Test

poniedziałek, 16 czerwca 2025

Herbert Höft - Turbulente Zeiten - Egzekucja - Gałkówek

 

Na stronach 108-110 książki Herberta Höfta - Turbulente Zeiten jest temat który jest mi troszeczkę znany. Myślę, że najwięcej będzie miał do powiedzenia Dominik Trojak. Także ten materiał zamieszczam na Facebooku, być może ktoś z czytelników dopisze dalszą historię (gdzie był ten masowy grób), i czy jest prawdą, że szczątki tych 28 żołnierzy przeniesiono na cmentarz ewangelicki w Borowej?

                                        POZOSTAWIENIE RANNYCH

Ofensywa Armii Czerwonej w styczniu 1945 r. rozpoczęła się pod Warszawą z taką siłą, że duże oddziały Wehrmachtu w naszym regionie zostały rozbite i pozostały daleko za frontem, w lasach. Dowództwo Armii Czerwonej nie interesowało się tymi oddziałami Wehrmachtu. Wykorzystali okazję, aby jak najdalej na zachód przepędzić pokonanego, zdezorientowanego wroga, niemiecki Wehrmacht i inne walczące oddziały. Żołnierze, którzy codziennie patrzą śmierci w oczy, nie są sentymentalni. Biorą to, czego potrzebują i co się im nadarzy. Jeśli w pobliżu nie było oficera, młodzi mężczyźni rzucali się grupami na dziewczyny i kobiety. Łatwa zdobycz.

Oddziały frontowe ruszyły dalej. W wiosce pozostał oficer i trzech żołnierzy. Trzeba było przywrócić porządek. Na torach przed małą stacją kolejową w Gałkowie pozostały wagony porzucone przez uciekający Wehrmacht. Stały opuszczone. Starsza kobieta zgłosiła, że w jednym z wagonów słychać jęki i ciche wołanie o wodę.

Rosyjski oficer i jego mały oddział ruszyli w tę stronę.

„Sasza, zajrzyj do środka. Wy dwaj osłaniajcie go” – brzmiał rozkaz dla młodych chłopców. Sasza otworzył drzwi wagonu i wsadził do środka kałasznikowa. Uderzyła go okropna woń. Opuścił broń.

Przerażone, szeroko otwarte oczy patrzyły na niego z opatrunków na głowach. Był to wagon towarowy z ciężko rannymi. Trzej rosyjscy żołnierze ostrożnie przeszli przez wagon, zabezpieczając lewą i prawą stronę. Panowała absolutna cisza, nie słychać było jęków, ani szeptów, ledwie słychać było oddech, tylko przerażone oczy śledziły powolne ruchy ludzi w innych mundurach. Co się teraz stanie? Ci, którzy tam leżeli, byli bezradni, ciężko ranni, niektórzy bez rąk, bez ramion, bez nóg, z ciałami pokrytymi ranami, a niektórzy z ciężkimi obrażeniami głowy – porzuceni, pozostawieni wrogowi, zdani na łaskę losu.

Sascha złożył raport: „Ranni Niemcy, prawdopodobnie bez broni, bez jedzenia, bez opatrunków, po prostu porzuceni”.

„Ilu?”

„Cały wagon, około dwudziestu”.

Oficer zastanawiał się. Co teraz? Przez chwilę chodził w tę i z powrotem obok wagonu. Cholera, ci Fryce (obraźliwe określenie Niemców); zostawiają swoich ciężko rannych ludzi po prostu tak. Rozmyślał pół po rosyjsku, pół po niemiecku: „Szpital w pobliżu? Njet. Bandaże? Njet. Wyżywienie? Njet. Lekarz, morfina, operacje? Niemożliwe do zorganizowania”.

Odmachał ręką.

„Ach, kto się troszczy o tych ludzi? Jest wojna. To wrogowie. Ciężko ranni, ale kto wie, co narobili w naszym kraju?”.

Zapytał jeszcze raz: „Ilu ich jest?”.

Następnie wyciągnął pistolet, sprawdził zapasowy magazynek i wysłał żołnierzy, aby zabezpieczyli oba wyjścia. Wszedł do wagonu z odbezpieczonym pistoletem, spojrzał surowo, wytrzymał przerażone spojrzenia, dostrzegł drgawki i rezygnację w ruchach ciał, które wiedziały, co zaraz zrobi.

Zastosował bezpieczny i bezbolesny strzał w głowę. Wkrótce rozległy się wystrzały. Strzał w lewo, w prawo, w lewo, w prawo, w lewo, w prawo. W środku wagonu wyprostował się młody chłopak, chcąc opuścić pryczę i uciec. Trzy strzały z bliskiej odległości sprawiły, że osunął się na siatkę zabezpieczającą. Oficer spokojnie i pewnie zmienił magazynek, nie zwracając uwagi na rannych, którzy jeszcze żyli.

I znowu: lewa, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa.

Na zewnątrz wydał rozkaz: „Jutro sprowadźcie z wioski kilka dziewcząt, które mają ich zakopać tutaj, przy nasypie kolejowym”. Dziewczynki były jeszcze dziećmi. Również Hilde, moja kuzynka, została do tego zmuszona. Ziemia była zamarznięta. Rosyjscy żołnierze zadowolili się płytkim dołem między nasypem kolejowym a brzozowym zagajnikiem. „Wyciągnijcie ich i wrzućcie do środka”.

Wiele dziesięcioleci później Hilde zeznała: „Ciała były sztywno zamarznięte w nocy. Zmarli mieli na szyjach nieśmiertelniki, ale nikt z nas nie odważył się ich zerwać, aby zachować informacje. Nie wiedzieliśmy też, czy nie grozi nam to samo. Była wojna, a zabijanie niewinnych ludzi było jej częścią. Niektórzy z młodych niemieckich żołnierzy mieli szeroko otwarte oczy, inni zamknęli je. Co mogło dziać się w głowach tych mężczyzn w ostatnich sekundach życia, kiedy widzieli i słyszeli śmiertelne strzały swoich pierwszych towarzyszy?

Hilde nigdy nie zapomniała twarzy młodego chłopca, który w połowie wychylał się ponad siatkę ochronną. Rysy twarzy, nawet w sztywnym, zimnym stanie, wyrażały krzyczącą niesprawiedliwość wojny. Później dołączyło jeszcze 10 ciał z drugiego wagonu. Wiosną trawa porosła niewielkie wzniesienie. Wkrótce brzozowy zagajnik całkowicie pokrył pagórek. Nikt nie zapytał o 28 nazwisk.

W kolejnych latach, kiedy Hilde była w Polsce, zawsze odwiedzała to miejsce nieznanego zbiorowego grobu. Ile matek i kobiet czekało jeszcze przez lata na wiadomość od swoich synów i mężów, zastanawiając się, gdzie są ich bliscy i jak zginęli.

Tak więc ci mężczyźni nadal są uznawani za zaginionych – pochowani w zbiorowej mogile przy nasypie kolejowym, o której nikt nie wie.


Auf den Seiten 108-110 des Buches von Herbert Höft – Turbulente Zeiten – wird ein Thema behandelt, das mir ein wenig bekannt ist. Ich denke, Dominik Trojak wird dazu am meisten zu sagen haben. Ich veröffentliche diesen Beitrag auch auf Facebook, vielleicht kann jemand aus der Leserschaft weitere Informationen hinzufügen (wo sich dieses Massengrab befand) und ob es stimmt, dass die Überreste dieser 28 Soldaten auf den evangelischen Friedhof in Borowa überführt wurden.

                     ZURÜCKGELASSENE VERWUNDETE

Die Januaroffensive der Roten Armee 1945 hatte bei Warschau mit solcher Wucht begonnen, dass große Wehrmachtsverbände in unserer Gegend zersplittert wurden und weit hinter der Front in den Wäldern zurückgeblieben waren. Die Führung der Roten Armee interessierte sich kaum für diese Wehrmachtsteile. Sie nutzte die Gelegenheit, den geschlagenen, desorientierten Feind, die deutsche Wehrmacht und andere kämpfende Einheiten, so weit als nur möglich nach Westen zu jagen. Soldaten, die täglich den Tod vor Augen haben, sind nicht sentimental. Się nehmen sich, was sie brauchen und was sich ihnen bietet. War kein Offizier in der Nähe, stürzten sich die jungen Kerle gruppenweise auf die Mädchen und Frauen. Leichte Beute.

Die Fronttruppen zogen weiter. Ein Offizier und drei Soldaten bleiben im Dorf. Ordnung sollte wieder einziehen. Da waren Waggons auf der Schienenstrecke vor dem kleinen Bahnhof bei Galkow von der fliehenden Wehrmacht zurückgelassen worden. Sie standen verlassen da. Eine alte Frau hatte gemeldet, się habe ein langes Stöhnen und leises Rufen nach Wasser in einem der Waggons vernommen.

Der russische Offizier und sein Kleiner Trupp marschierten dorthin.

”Sascha, schau rein. Ihr beiden gebt ihm Deckung”, so lautete der Befehl an die jungen Burschen. Sascha stieß die Waggontür auf und hielt seine Kalaschnikow hinein. Ein übler Dunst kam ihm entgegen. Er ließ die Waffe sinken. Angstvolle, aufgerissene Augen schauten ihn aus verbundenen Köpfen an. Es war ein Liegewagen mit Schwerverwundeten. Die drei russischen Soldaten gingen vorsichtig, nach links und rechts sichernd, durch den Waggon. Absolute Stille, kein Stöhnen, keine Silbe, kaum ein Hauch, nur angstvolle Augen, die den langsamen Bewegungen der anders Uniformierten folgten. Was wird jetzt geschehen? Die da drin lagen, waren hilflos, schwer verwundet, manche ohne Hände, ohne Arm, ohne Bein, mit durchlöchertem Körper, und manche mit schweren Kopfverletzungen – zurückgelassen, dem Feind überlassen, ausgeliefert.

Sascha machte stramme Meldung: ”Verwundete Fritzen, wahrscheinlich ohne Waffen, ohne Essen, ohne Verbandszeug, einfach zurückgelassen.”

”Wie viele?”

”Der ganze Waggon voll, circa zwanzig.”

Der Offizier überlegte. Was nun? Eine Weile ging er neben dem Waggon hin und her. Verdammt noch mal, diese Fritzen (Schimpfwort für die Deutsche); lassen ihre schwer verwundeten Leute einfach stehen. Er sinnierte halb russisch, halb deutsch: ”Krankenhaus in der Nähe? Njet. Verbandszeug? Njet. Verpflegung? Njet. Arzt, Morphium, Operationen? Unmöglich zu organisiert.”

Er winkte ab.

”Ach, wer fragt schon nach den Leuten? Es ist Krieg. Się sind Feinde. Schwer verwundet zwar, aber wer weiß, was die in unserem Land angerichtet haben?”

Er fragte noch einmal: ”Wie viele?”

Dan zog er seine Pistole, überprüfte das Reservemagazin und schickte seine Soldaten, die beiden Ausgänge zu sichern. Er betrat mit entsicherter Pistole den Waggon, schaute streng drein, hielt den ängstlich schauenden Augen Stand, sah die Ansprung und die resignierenden Bewegungen der Körper, die wussten, was er jetzt gleich tun würde.

Er würde den sicheren und schmerzarmen Kopfschuss anwenden. Bald krachte es. Ein Schuss links, einer rechts, links, rechts, links, rechts. In der Mitte des Waggons bäumte sich ein junger Bursche auf, wollte die Pritsche verlassen, entfliehen. Drei Schuss aus Geringer Entfernung ließen ihn im Sicherungsnetz zusammensacken. Der Offizier wechselte ruhig und sicher das Magazin, ohne auf die noch lebenden Verwundeten zu achten.

Und wieder: links, rechts, links, rechts, links, rechts.

Draußen gab er den Befehl: ”Schafft morgen aus dem Dorf ein paar Mädchen her, die sollen się gleich hier am Bahndamm einbuddeln.” Die Mädchen waren noch Kinder. Auch Hilde, meine Cousine, wurde dazu verpflichtet. Der Boden war gefroren. Die russische Soldaten gaben sich mit einer flachen Grube, zwischen Bahndamm und Birkenwäldchen zufrieden. ”Holt sie raus und schmeißt sie rein.”

Viele Jahrzehnte später gab Hilde zu Protokoll: „”Die Körper waren in der Nacht steif gefroren. Die Toten trugen ihre Erkennungsmarken am Hals, aber keine von uns traute sich, eine Marke abzubrechen, um eine Information zu bewahren. Wie wussten auch nicht, ob. uns nicht hinterher Ähnliches droht. Es war Krieg und töten von Unschuldigen gehörte dazu. Einige der jungen deutschen Soldaten hatten die Augen schreckhaft aufgerissen, andrere geschlossen. Was mag in diesen Männern in ihren letzten Sekunden vorgegangen sein, als sie die Todesschüsse ihrer ersten Kameraden sahen und hörten?

Niemals konnte Hilde das Gesicht des jungen Burschen vergessen, der halb über dem Schutznetz. Die Gesichtszüge drückten noch im erstarrten kalten Todd as schreiende  Unrecht des Krieges aus. Später kamen noch weitere 10 Tote aus einem zweiten Waggon Hinzu. Im Frühjahr wuchs Gras über die kleine Erhebung. Bald hatte das Birkenwäldchen den Hügel vereinnahmt. Niemand hatte nach den 28 Namen gefragt.

In den folgenden Jahren, wenn Hilde in Polen war, besuchte się stets diese Stelle des unbekannten Massengrabes. Wie viele Mütter und Frauen hatten noch Jahre auf eine Nachricht von ihren Söhnen und Männern gewartet, sich gefragt, wo ihre Lieben geblieben und wie się gestorben waren.

So gelten wohl auch diese Männer noch immer als vermisst – begraben in einem Massengrab an einem Bahndamm, das niemand kennt.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz