czwartek, 27 listopada 2025

Wygorzele - Łęczyca - Niemieccy osadnicy - W starej rodzinnej wsi - Der Heimatbote - 3/1961- cz.6

 

Ostatnia część wspomnień Juliusza Henke. Zastanawiałem się, czy zamieścić ostatnią z tych części. Postanowiłem, że niech czytelnicy sami ocenią osobę nauczyciela. Najmniejszej skruchy, słowa o bestialstwie przez pełne 6 lat ze strony Niemiec. 

Niestety, i obecnie pisze się historię na zamówienie będący u władzy....

                                                       Do czasu polonizacji

Podczas I wojny światowej obszar kantoratu Wygorzele uległ zmniejszeniu: w latach 1916/17 wioski Ksawerów, Ksawerówek, Odachów i Jastrzembie utworzyły własną gminę kantora w Ksawerowie i zbudowały piękną salę modlitewną. W 1943 r. funkcję nauczyciela i kantora pełnił tu Reinhold WenseI. Poniżej znajduje się lista nauczycieli, którzy pracowali w Wygorzelach:

Zgodnie z artykułem „Lentschutz dem Lodzer Raum” (Heimatbote nr 10/1965) już około 1800 r. istniała tu niemiecka szkoła. Nie są znane nazwiska, pamięta się tylko kantora Webera. Następnie byli to:

Fenner (1888-92), Wolf (1892-99), Emil Kunitzer (1899-1904), Julius Henke (1904-24) i Gustav Badke (1924-34).

Wraz z przeniesieniem nauczyciela Badke w 1934 roku szkoła w Wygorzelach straciła swój niemiecko-ewangelicki charakter. Została podporządkowana 7-klasowej polskiej szkole podstawowej w Sobótce, a polscy nauczyciele mieszkali w budynku szkolnym. Polonizacja rozpoczęła się również tutaj najpierw od dzieci... Tylko kaplica pozostała niemiecka, tutaj nadal można było modlić się i śpiewać w języku ojczystym. Nikt nie przypuszczał, że to również nie potrwa długo i wkrótce nie pozostanie tu najmniejszy ślad niemieckiego życia...

                                                                          Upadek

II wojna światowa zniszczyła dosłownie wszystko, co przez wiele dziesięcioleci pracowite niemieckie ręce wypracowały, zbudowały, stworzyły i ukształtowały, ponosząc wiele wyrzeczeń, wykazując się wytrwałością i odwagą. Ojczyzna, na którą Niemcy zapracowali potem i krwią, została im wyrwana z rąk poprzez wywłaszczenie, terror i brutalność. Mężczyźni zostali częściowo zamordowani lub wywiezieni do Rosji, kobiety i dziewczęta zgwałcone i zdegradowane do roli niewolnic. Tylko nielicznym udało się uwolnić z rąk oprawców i uciec na Zachód. Niektórzy z nich dopiero po latach zdołali uciec z niewoli; przybyli do Niemiec chorzy i ubodzy...

Poniżej podajemy nazwiska niektórych osób, które straciły życie w tragicznych okolicznościach, poprzez śmierć głodową, deportację lub maltretowanie:

Adolf Jüngling, Artur Jüngling, Adolf Weitbrecht, Heinrich Wackenhut, Berthold Mund, Herman Jüngling, Jakob Bachmann, ale z Wygorzele; Adolf Stuck i Otto Nikolaj z Rochówka; Adolf Mund, Ludwig Mund, Reinhold Fenner z Rochowo; Emil Krüger, Alexander Krüger, Edmund Krüger, Emil Klempel, Robert Jüngling z Bowyczyny; Leinhold Wensel z Ksawerowa. - Edmund Alexander EiseIe zginęli bohaterską śmiercią w Rosji.

Nie chcemy zapomnieć o zmarłych!

                                                                         Julius Henke, emerytowany nauczyciel

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Der letzte Teil der Erinnerungen von Juliusz Henke. Ich habe überlegt, ob ich den letzten Teil veröffentlichen soll. Ich habe beschlossen, dass die Leser selbst über die Person des Lehrers urteilen sollen. Nicht die geringste Reue, kein Wort über die Grausamkeiten, die Deutschland sechs Jahre lang begangen hat.

Leider wird auch heute noch Geschichte auf Bestellung der Machthaber geschrieben...

Bis zur Polonisierung

Im ersten Weltkrieg wurde der Bereich des: Kantorats Wygorzele kleiner: um die Jahre 1916/17 gründeten die Dörfer Ksawerow, Ksawerowek, Odachow und Jastrzembie eine eigene Kantoratsgemeinde in Ksawerow und bauten einen schönen Betsaal. Als Lehrer und Kantor amtierte hier his 1943 Remhold WenseI. Nun eine Aufzählung der Lehrer, die, in Wygorzele tätig waren:

Es soll gemäß dem Artikel "Lentschutz dem Lodzer Raum" (Heimatbote Nr. 10/1965) hier schon um 1800 eine deutsche Schule bestanden haben. Namen sind, aber nicht bekannt, Erinnerlich ist nur noch, ein Kantor Weber. Nachher folgten:

Fenner (1888-92), Wolf (1892-99), Emil Kunitzer (1899-1904), Julius Henke (1904-24) und Gustav Badke (1924-34).

Mit der Versetzung des Lehrers Badke im Jahre 1934 verlor die Wygorzeler Schule ihren deutsch-evangelischen Charakter. Sie wurde der 7 klassigen polnischen Volksschule in Sobótka unterstellt, und polnische Lehrer wohnten im Schulhaus. Die Polonisierung begann auch hier zuerst bei den Kindern ... Nur der Betsaal blieb deutsch, hier durfte man noch in der Muttersprache beten und singen. Niemand dahte, daß auch dies nicht mehr lange währen und bald nicht mehr die geringste Spur deutschen Lebens hier zurückbleiben sollte ...

Untergang

Der 2. Weltkrieg vernichtete in seinem Ausgang buchstäblich alles, was in vielen Jahrzehnten fleißige deutsche Hände erarbeitet, erbaut, unter viel Entbehrung, Ausdauer und Mut geschaffen und gestaltet haben. Die durch Arbeit und Schweiß verdiente Heimat wurde den Deutschen durch Enteignung, Terror, Brutalität aus den Händen gerissen. Die Männer zum Teil ermordet oder nach Rußland verschleppt, Frauen und Mädchen geschändet und zu Sklaven degradiert. Nur wenigen ist es gelungen, sich aus den Händen der Peiniger zu befreien, und nach dem Westen zu fliehen. Einige konnten erst nach Jahren aus der Sklaverei entkommen; krank und bettelarm kamen sie in Deutschland an ..

Es seien hier einige Namen derer aufgeführt, die ihr Leben in tragischer Weise hingeben mußten, się es durch Mund, durch Verschleppung, .Mißhandlung:

Adolf Jüngling,Artur Jüngling, Adolf Weitbrecht, Heinrich Wackenhut, Berthold Mund, Herman Jüngling, Jakob Bachmann, ale aus Wygorzele; Adolf Stuck und Otto Nikolaj aus Rochowek; Adolf Mund, Ludwig Mund, Reinhold Fenner aus Rochow; Emil Krüger, Alexander Krüger, Edmund Krüger, Emil Klempel, Robert Jüngling aus Bowyczyny; Leinhold Wensel aus Ksawerow. - Edmund Alexander EiseIe starben den Heldentod in Rußland.

Wir wollen die Toten nicht vergessen!

Julius Henke, Oberlehrer i.R.


Wygorzele - Łęczyca - Niemieccy osadnicy - W starej rodzinnej wsi - Der Heimatbote - 3/1961- cz.5

 


                                                       Wierność Kościołowi

Niemieccy chłopi w środkowej Polsce i na Wołyniu pozostawali wierni wyznaniu ewangelicko-augsburskiemu, co wyrażali poprzez sumienne uczestnictwo w nabożeństwach  oraz gotowość do ponoszenia ofiar na cele kościelne. W miejscowości Wygorzele, powiat Łęczyca, nabożeństwa odbywały się w specjalnie wybudowanej sali modlitewnej, która znajdowała się w budynku szkoły. W sali modlitewnej płeć była starannie rozdzielona: po prawej stronie stały ławki dla kobiet i dziewcząt, po lewej dla mężczyzn i chłopców. Przy ścianie znajdowały się siedziska, na których zmęczeni goście mogli odpocząć, zanim dzwony ogłosiły rozpoczęcie nabożeństwa. Wokół ołtarza i ambony znajdowało się miejsce z krzesłami dla chóru i uczestników komunii, a później dla chóru trąbkowego.

Nauczyciel był jednocześnie kantorem. Za swoje usługi kantorskie otrzymywał od rolników 3 funty żyta z każdego akra oraz jako dobrowolną darowiznę pół lub cały centnar pszenicy od każdego gospodarstwa. Do tego dochodziły ofiary pieniężne z okazji wielkich świąt. Ziemia kantora była uprawiana przez rolników na zmianę za pomocą ich zaprzęgów. Za nauczanie konfirmantów otrzymywał jesienią lub w Boże Narodzenie gęś lub pieniądze za każde dziecko. Udostępniano mu również wóz, gdy chciał pojechać z rodziną z wizytą.

Natomiast wynagrodzenie za swoją działalność jako nauczyciel kantor otrzymywał od państwa, a do tego 12 prętów = 40 m³ drewna opałowego. Tylko połowa tej ilości była dostarczana, druga połowa była sprzedawana zainteresowanym osobom, a za uzyskane środki kupowano węgiel kamienny. Dostarczaniem drewna i węgla zajmowali się rolnicy.

                                             Dąbie/nad Nerem było właściwe

Parafia kantora Wygorzele i jej okolice podlegały wówczas parafii Dąbie/Eichstädt nad Nerem. Jednak tylko bierzmowanie i śluby odbywały się w Dąbiu; wszystkie pozostałe czynności urzędowe, takie jak chrzty i pogrzeby, wykonywał kantor we wsi. Błogosławieństwo konfirmantów z całej parafii odbywało się w dniu Wniebowstąpienia Pańskiego w Dąbiu. Tuż przed tym wydarzeniem pastor odwiedzał poszczególne kantory i przeprowadzał egzaminy dla konfirmantów.

W tym czasie w Dąbiu urzędował pastor Anton Rutkowski. W Wygorzelach dwa razy w roku odprawiał nabożeństwa połączone z Komunią Świętą. Wtedy też pobierano składki kościelne. Pastorowi należała działka parafialna o powierzchni 3 morgi, położona w Wygorzelach, którą co roku dzierżawił rolnikowi z wsi. Rozważano wówczas budowę na tej działce własnego kościoła dla Wygorzeli. Zebrano już datki, ale życzenie to nie zostało spełnione. W zamian za to powiększono o kilka metrów kwadratowych salę modlitewną, która była zdecydowanie za mała.

W skład zarządu kantora wchodzili wówczas: Wilhelm Wackenhut i Adolf Hahn z Wygorzeli, Gustav Notacker z Wymysłowa i Julius Zerecke z Odechowa. W skład chóru wchodzili: Ottilie Henke, Emma Henke, EmiIie Krüger, Natalie Weitbrecht, Natalie Wackenhut i Wilhelmine Wackenhut (sopran); Charlotte Henke, Wilhelmine Weibrecht i Leokadie Krüger (alt); Wilhelm Weber, Rudolf Weber i Reinhold Krüger (tenor); Adolf Hahn, Gottlob Appelt, Adolf Weißmann i Johann Jüngling (bas). Dyrygentem chóru był kantor Julius Henke. Chórem puzonowym kierował misjonarz Julian Jesse.

Nigdy życie duchowe i kulturalne w Wygorzelach i okolicach nie było tak ożywione jak w okresie służby wspomnianego kantora i nauczyciela Juliusa Henke w latach 1904–1924! Wrócimy jeszcze do postaci Henke jako typowego wierzącego, niezwykle aktywnego i zdolnego organizacyjnie kantora niemieckiego pochodzenia. Wszystkie instytucje kulturalne utworzone we wsi, wszystkie ulepszenia budowlane szkoły i domu modlitwy były zasługą jego inicjatywy.

                                                                Ciąg dalszy nastąpi

                                    

                                                      Treue zur Kirche

Die deutschen Bauern , in Mittelpolen und Wolhynien hielten an ihrem evang.-augsburg. Bekenntnis fest und bekundeten da durch den fleißigen Besuch der Gottesdienste  wie auch die Opferwilligkeit für kirchliche Zwecke. Im Dorfe Wygorzele, Kreis Lentschütz, fanden die Andachten in einem eigens dazu erbauten Betsaal statt, der sich im Schulhaus befand. In diesem Betsaal waren die Geschlechter sorgsam getrennt: rechts standen die Bänke für Frauen und Mädchen, links für Männer und Knaben: An der Wand war eine Sitzgelegenheit, auf der sich müde Besucher ausruhen konnten, bevor die Glocken den Gottesdienst linläuteten. Um Altar und Kanzel befand sich ein bestuhiter Platz für Gesangchor und Abendmahlgäste, später für den Posaunenchor.

Der Lehrer war gleichzeitig Kantor. Für seine Kantordienste erhielt er Von den Bauern pro Morgen 3 pfund Roggen sowie als freiwillige Spende einen halben oder ganzen Zentner  Weizen von jedem Bauernhof. Geldopfer zu den großen Festtagen kamen hinzu. Das Land des Kantors wurde von den Bauern der Reihe nach mit ihrem Gespann besteIlt. Für den Konfirmandenunterricht erhielt er pro Kind im Herbst oder zu Weihnachten eine Gans oder Geld. Auch stellte man ihm ein Fuhrwerk zu Verfügung, wenn er mit seiner Familie zu Besuch fahren wollte.

Das Gehalt für seine Tätigkeit als Lehrer hingegen erhielt der Kantor vom Staate, dazu 12 Klafter= 40 cbm Brennholz. Nur die Hälfte davon wurde herangefahren, die zweite Hälfte an Interessenten verkauft und dafür Steinkohle erstanden. Das Heranfahren des Holzes wie der Kohle besorgten die Bauern.

Dombie/Eichstädt war zuständig

Die Kantoratsgemeinde Wygorzele und ihre Nachbarschaft unterstand damals der Kirchengemeinde Dombie/Eichstädt am Ner. Doch nur Konfirmation und Trauung fanden in Dombie statt; alle übrigen Amtshandlungen wie Taufen, Begräbnisse, vollzog im Dorf der Kantor. Die Einsegnung der Kanfirmanden des gesamten Kirchspiels wurde jeweils am Himmelfahrtstag in Dombie durchgeführt. Kurz zuvor hatte der Pastor die einzelnen Kantorate besucht und die Konfirmanden einer Prüfung unterzogen.

In jener Zeit amtierte in Dombie Pastor Anton Rutkowski. In Wygorzele hielt er zweimal im Jahre Gottesdienste ab, verbunden mit hl. Abendmahl. Es wurden dann auch die Kirchenbeiträge eingezogen. Dem Pastor gehörte das in Wygorzele gelegene 3 Mogen große Pfarrland, das er alljährlich einem Bauern des Dorfes verpachtete. Man trug sich derzeit mit dem Gedanken, auf diesem pfarrland ein eigenes Kirchlein für Wygorzele zu bauen. Es lagen schon 5penden vor, dem Wunsch ging aber nicht in Erfüllung . Dafür wurde wenigstens der Betsaal, der viel zu klein war, um einige Quadratmeter vergrößert.

Der Kantoratsrvorstand setzte sich damals zusammen aus: Wilhelm Wackenhut und Adolf Hahn aus Wygorzele, Gustav Notacker aus Wymyslow und Julius Zerecke aus Odechow. Zum Chor gehörten: Ottilie Henke, Emma Henke, EmiIie Krüger, Natalie Weitbrecht, Natalie Wackenhut und Wilhelmine Wackenhut (im Sopran); Charlotte Henke, Wilhelmine Weibrecht und Leokadie Krüger (im Alt); Wilhelm Weber, Rudolf Weber und Reinhold Krüger (als Tenor); Adolf Hahn, Gottlob Appelt, Adolf Weißmann und Johann Jüngling (als Baß). Gesangleiter war Kantor Julius Henke. Den Posaunenchor leitete Missionar Julian Jesse.

Nie war das geistliche, und kulturelle Leben in Wygorzele und Umgegend so rege als damals, während der Dienstzeit des erwähnten Kantors und Lehrers Julius Henke von 1904 bis 1924! Auf Henke als den Typ eines gläubigen, dabei ungemein rührigen und ogranisatorisch befähigten volksdeutschen Kantors kommen wir noch zurück. All die im Dorf geschaffenen kulturellen Einrlichtungen, alle bauliche Verbesserung des Schul- und Bethauses waren seiner Initiative zu danken !

                                                               Wird fortgesetzt

środa, 26 listopada 2025

Wygorzele - Łęczyca - Niemieccy osadnicy - W starej rodzinnej wsi - Der Heimatbote - 3/1961- cz.4

 

Zwyczaj „dyngusa” w drugi dzień Wielkanocy, przywieziony do Polski przez niemieckich kolonistów już w średniowieczu, został entuzjastycznie przyjęty przez Polaków, tak bardzo, że w końcu uznali oni „dyngusa” za „rzeczą typowo polską”! Jednak, podobnie jak zwyczaj malowania jajek lub wręczania cukierkowych jajek, które „zajączek wielkanocny” wkłada dzieciom do przygotowanych gniazdek w wielkanocny poranek, nie ma to żadnego związku z Polską.

W Zielone Świątki dziewczęta i kobiety ozdabiały swoje czyste okna kalmusem i gałązkami brzozy, a chłopcy i mężczyźni stajnie i dachy zielonymi gałązkami (przynajmniej w Wygorzele). Dla bydła i koni pozostawiano w Zielone Świątki najbardziej soczystą trawę lub białą koniczynę. Mogły się nimi delektować do woli. - Święto plonów obchodzono hucznie: w wielu regionach naszej ojczyzny zwyczajowo po zakończeniu żniw pleciono z źdźbeł zboża i kwiatów wieniec, który był przeznaczony dla gospodarza. Ten urządzał ucztę i świętował radośnie do późnej nocy. Po zebraniu ostatniego snopa zboża odbywała się impreza „Pimpek”. Wieczorem pracodawcy i pracownicy spotykali się, aby grać, pić i słuchać muzyki. Recytowano żniwne rymowanki, tańczono, żartowano, a na pożegnanie pracownicy otrzymywali swoją dźwięczną zapłatę.

                                       Władze, kradzieże i zagrożenie pożarowe

Podobnie jak wszystkie wioski, również Wygorzele miały swojego sołtysa. Był on wybierany na trzy lata. Ponowny wybór był dozwolony. Podlegał bezpośrednio wójtowi, który sprawował urząd w Starej Sobótce. Wójt musiał pobierać podatki, organizować zaprzęgi („podwody”) do prac gminnych oraz dbać o porządek i spokój we wsi. Aby zapewnić bezpieczeństwo w nocy, ustanowił straż nocną w godzinach od 22:00 do 3:00. Każdy rolnik musiał pełnić tę służbę po kolei. Na znak pełnienia funkcji strażnika nocnego nosił drewnianą grzechotkę; później była to porządna laska z ozdobną głowicą. Strażnicy ci nie byli oczywiście w stanie zapobiec kradzieżom; tak więc nauczycielowi Henke skradziono w środku wsi z zamkniętej stajni krowę w zaawansowanej ciąży – strażnik nic nie zauważył, a krowy nie odnaleziono pomimo wszystkich poszukiwań i badań. W późniejszych latach zawodowi strażnicy nocni zastąpili rolników w tej uciążliwej służbie.

Znacznie większym zagrożeniem niż włamania i kradzieże było wszędzie zagrożenie pożarowe. Najmniejsze zaniedbanie mogło spowodować, że pokryte słomą budynki stanęły w płomieniach. Rolnicy szczególnie obawiali się burzy. Byli bezsilni wobec tej siły natury, modlili się w strachu i śpiewali pieśni błagalne, podczas gdy na zewnątrz nieustannie błyskały pioruny i grzmiały potężne grzmoty. Jakże często piorun uderzał to w drzewo, to w dom! Często był to zimny cios, ale gdy budynek się zapalił, był stracony, nawet jeśli odważni mężczyźni próbowali uratować przynajmniej żywe zwierzęta. Często kończyło się to niepowodzeniem; pies uwiązany na łańcuchu spalał się. Straż pożarna mogła jedynie zapobiegać rozprzestrzenianiu się iskier na inne obiekty. Wszystkie odbudowane stodoły, stajnie i domy mieszkalne były dla bezpieczeństwa pokryte dachówkami. Nie znano jeszcze piorunochronów.

                                                           Ciąg dalszy nastąpi



Dieser von den deutschen Kolonisten schon im Mittelalter nach Polen mitgebrachte Brauch des „Dünnguß" am zweiten Ostertage ist von den Polen begeistert übernommen worden, so begeistert, daß diese zuletzt sogar meinten, der "dyngus" sei eigentlich eine „urpolnische sache!" Was aber wie die Sitte der Bemalung der Eier oder des Schenkens von Zuckereiern, die der „Osterhase" den Kindern am Ostermorgen in die bereitgestellten Nester legt, keinesfalls zutrifft.

Zu Pfingsten schmückten die Mädchen und Frauen ihre sauberen Fenster mit Kalmus und Birkenzweigen, die Buben und Männer die Ställe und Dächer mit grünen Zweigen (jedenfalls in Wygorzele). Für Vieh und Pferde ließ man zu Pfingsten das saftigste Gras oder weißen Klee zurück. Daran durften sie sich nach Herzenslust laben. - Gebührand gefeiert wurde Erntedank: in vielen Gegenden unserer Heimat war es ja Sitte, daß nach der Beendigung des Mähens aus Getreidehalmen und Blumen ein Erntekranz geflochten wurde, der für den Wirt bestimmt war. Dieser gab ein Festmahl und m.n feierte fröhlich bis in die Nacht. War das letzte Fuder Getreide eingebracht, gab es den "Pimpek". Da waren Arbeitgeber und Arbeiter abends bei Spiel, Trank und Musik zusammen. Erntesprüche wurden aufgesagt, es wurde getanzt, gescherzt, und zum Abschied erhielten die Arbeiter ihren klingenden Lohn.

                                              Obrigkeit, Diebstahls- und Feuersgefahr

Wie alle Dörfer hatte auch Wygorzele seinen Dorfschulzen. Er wurde jeweils auf drei Jahre gewählt. Wiederwahl war zulässig. Er unterstand unmittelbar dem Wójt, der in Alt-Sobotka amtierte. Der Dorfschulze mußte die Steuern einkassieren, veranlassen, daß die für Gemeindearbeiten befohlenen Gespanne ("Podwody") 'gestellt wurden, und ·im Dorfe für Ruhe und Ordnung sorgen. Um die Sicherheit in der Nacht zu gewährleisten, richtete er in der Zeit von 22 ·bis 3 Uhr eine Nachtwache ein. Der Reihe nach mußte früher jeder Bauer diese Wache übernehmen. Zum Zeichen seines Nachtwächteramtes trug er eine Holzknarre (Rätsche); später war es ein ordentlicher Stock mit einem verzierten Kopf. Diese Wachen konnten freilich Diebstähle nicht verhindern; so wurde dem Lehrer Henke mitten im Dorf aus dem abgeschlossenen Stall, eine hochtragende Kuh qestohlen – der Wächter hatte nichts gemerkt, und die Kuh wurde trotz allen Suchens und Forschens nicht wiedergefunden. In späteren Jahren lösten berufmäßige Nachtwächter die Bauern von dem beschwertlichen Wachdienst ab.

Weit größer, als die Einbruchs- und Diebstahlsgefahr war allenthalben die Feurgefahr. Bei der geringsten Fahrlässigkeit konnten die mitt Stroh gedeckten Gebäude  in Flammen aufgehen. Besonders bangten die Bauern während eines Gewitters. Machtlos waren sie gegen diese Naturgewalt, beteten in ihrer Angst und sangen Bittlieder, während draußen unablässig die Blitze zuckten und gewaltige Donnerschläge niedergingen. Wie oft schlug es bald in einen Baum, bald in ein Haus ein! Oft war es ein kalter Schlag, aber wenn ein Gebäude brannte, war es verloren, wenn gleich mutige Männer versuchten, wenigstens das lebende Inventar zu retten. Auch das mißlang oft; der Hund an der Kette verbrannte. Die Feuerwehr konnte nur noch den Flug der Funken auf andere Objekte verhindern. Oie wiederaufgebauten Scheunen, Ställe, Wohnhäuser wurden vorsichtshalber mit Dachziegeln gedeckt. Blitzableiter kannte man noch nicht.

                                                                 Wird fortgesetzt

wtorek, 25 listopada 2025

Wygorzele - Łęczyca - Niemieccy osadnicy - W starej rodzinnej wsi - Der Heimatbote - 3/1961- cz.3

                                               W DAWNEJ RODZINNEJ WSI

Nie tylko rolnicy, ale także mieszkańcy miast spośród naszych rodaków chętnie przeczytają o tym, jak dawniej wyglądało życie na wsi, gdzie wprawdzie trzeba było ciężko pracować fizycznie, ale mimo to świętowano uroczyście, szanowano tradycje, utrzymywano wspólnotę i do momentu wybuchu nienawiści narodowej można było prowadzić spokojne życie, widocznie błogosławione przez Boga. Nauczyciel Henke opisuje głównie życie wsi Wygorzele w powiecie łęczyckim do około 1925 roku; w innych niemieckich wsiach naszej ojczyzny mogło wyglądać podobnie.

                                                      Jak świętowano uroczystości

Uroczystości rodzinne, zwłaszcza wesela, obchodzono z wielkim rozmachem; uczestniczyła w nich prawie cała wieś. W pierwszej ćwierci naszego stulecia goście weselni byli jeszcze zapraszani przez specjalnego „posłańca weselnego”. Przybywał on konno i recytował swój wierszyk, mniej więcej w tym stylu:

Przybywam tu konno

i zapraszam was na wesele.

Nie przychodźcie ze względu na mnie,

ale ze względu na szanowną pannę młodą i pana młodego

(następuje imię)

Kucharka obiecała nam,

że wszystko dobrze przygotuje i ugotuje.

Weźcie ze sobą noże i widelce;

 będzie tam wiele do krojenia . .

„Wierszyk weselny” kończył się w zabawny sposób, np. „Jeśli nie ma sznapsa i nie ma piwa, to studnia stoi przed drzwiami”; bawił on zaproszonych gości tym bardziej, że był recytowany w dialekcie szwabskim. Mieszkańcy wsi wiernie trzymali się swoich szwabskich zwyczajów i dialektu, które niegdyś przywieźli ich przodkowie z Württembergu. Nie podobało im się również, gdy szwabski chłopak chciał poślubić obcą dziewczynę. Nic dziwnego, że w rezultacie wszyscy w wiosce byli ze sobą spokrewnieni, spowinowaceni, spokrewnieni przez małżeństwa: takie kazirodztwo musiało mieć niekorzystny wpływ na następne pokolenie – a który z naszych czytelników, pochodzący z całkowicie odizolowanej niemieckiej wioski położonej w polskim otoczeniu, nie pamięta „wiejskiego głupka”, „głupiego Otto”, godnych pożałowania ludzi upośledzonych fizycznie i umysłowo, jako nieuniknione konsekwencje licznych małżeństw między krewnymi? Tacy biedni ludzie musieli być utrzymywani przez swoich bliskich; byli w stanie wykonywać tylko najprostsze czynności.

Rozumie się, że porządne wesele trwało kilka dni, co najmniej dwa, i że obfite nakrycie stołu weselnego nie było tanie. W zamian za to goście wręczali hojne prezenty lub bezpośrednio uczestniczyli w kosztach wesela, dobrowolnie przejmując część wydatków. Nikt nie miał nic przeciwko temu, tak silna była wspólnota w wiosce. Oczywiste jest, że tańczono do upadłego. Taniec zawsze był największą rozrywką, zwłaszcza dla chłopców i dziewcząt z wsi. Tak jest również dzisiaj w wioskach. Jeśli weekendowa potańcówka u pobliskiego gospodarza nie dojdzie do skutku, miłośnicy tańca szybko udają się do sąsiedniej wsi, ponieważ: Człowiek musi mieć to, czego potrzebuje...

Wielkie święta kościelne obchodzono w godny sposób. Wizyta w miejscu kultu religijnego była czymś oczywistym. W okresie Bożego Narodzenia w każdym domu stała choinka, ozdobiona jabłkami i orzechami, słodyczami, dekoracjami itp. U niektórych ludzi pozostawała ona nie tylko do dnia Trzech Króli, ale aż do święta Ofiarowania Pańskiego.

Podobnie jak w Sylwestra, również w Ostatki pieczono naleśniki (polskie: pączki), zazwyczaj na oleju rzepakowym. Gdy zbliżał się okres wielkanocny, kuchnie były bielone, inne pomieszczenia, jeśli to konieczne, malowane, słoma w workach wymieniana, a meble czyszczone i myte. W Wielkanoc znany był zwyczaj „Biczowanie” i „Dyngus”. Chłopcy „biczowali” gałązkami brzozowymi dziewczęta, które im się podobały. Nawiasem mówiąc, bicie gałązką brzozową, przygotowaną przed świętami wielkanocnymi, jest uważane za pradawny germański rytuał płodności. Oczywiście na świeżym powietrzu oblewano się nawzajem wodą, co miało służyć „utrzymaniu czystości i zdrowia oraz ochronie przed chorobami zakaźnymi” (jak wyjaśnił rolnik z okręgu Płocka).

                                                             Ciąg dalszy nastąpi

 ------------------------------------------------------------------------------------------------------------------                                                                   

                                                     IM ALTEN HEIMATDORF

Nicht nur die Bauern, auch die Städter unter unseren Landsleuten werden gern mal lesen, wie es früher auf dem Lande zuging, wo man sich zwar körperlich abplagen mußte, nichtsdestotrotz aber die Feste schön feierte, das Herkommen achtete, Gemeinschaft miteinander hielt und bis zum Aufbrechen völkischen Hasses ein sichtlidt von Gott gesegnetes ruhiges Dasein führen konnte. - Lehrer Henke schildert in der Hauptsache das Dorfleben von Wygorzele, Kr. Lentschütz, bis um 1925; in anderen deutschen Dörfern unserer Heimat mag es ähnlich hergegangen sein.

                                                              Wie man Feste feierte

Familienfeste, besonders Hochzeiten wurden mit qroßem Aufwand gefeiert; fast das ganze Dorf nahm daran teil. Im ersten Viertel unseres Jahrhunderts wurden die Hochzeitsgäste noch durch einen besonderen "Hochzeitsbitter" eingeladen. Der kam hoch zu Roß und sagte sein Verslein her, etwa in dieser Art:

Ich komm' da hinengeritten

und will euch zu der Hochzeit bitten.

Komm' nicht von meinetwegen,

aber weqen der ehrbaren Braut und Bräutigam

(der Name folgt)

Die Köchin hat uns versprochen,

Sie wird alles gut richten und kochen.

Stecket euch Messer und Gabel ein;

 dort wird viel zum Schneiden sein . .

Der „Hochzeitsbitterspruch" ging in lustiqer Weise zu Ende, z. B. „Gibts kein Schnaps und gibts kein Bier, steht der Brunnen vor der Tür"; er belustigte die ,Eingeladenen umsomehr, da er in der schwäbischen Mundart gesprochen wurde. An ihren schwäbischen Sitten und der Mundart, die einst die Urväter aus Württemberq mitgebracht, hielten ja die Dorfbewohner treulich fest. Sie sahen ,es auch nicht gern, wenn ein schwäbischer Bursche ein fremdes Mädchen heiraten wollte. Kein Wunder, daß demzufolge alle im Dorf miteinander verwandt, versippt, verschwägert waren: eine solche Inzucht mußte sich auf die nächste Generation nachteilig auswirken - und wer von unseren Lesern, der aus einem völlig isoliert in polnischer Umgebung gelegenen deutschen Dorf stammt, erinnert sich nicht an einen „.Dorfidioten", an einen „doofen Otto", an bedauernswerte körperlich und geistig zurückgebliebene Menschen als die nicht zu übersehenden Folgen der vielen Verwandtenheiraten? Solche armen Menschen mußten von ihren Angehörigen unterhalten werden; nur zu den primitivsten Verrichtungen waren sie imstande.

Es versteht sich, daß ein anständiges Hochzeitsfest mehrere Tage dauerte, mindestens aber zwei und daß es nicht.billig war, den Hochzeitstisch reichhaltig zu decken. Dafürgaben denn die Gäste große Geschenke. ode sie beteiligten sich direkt an den Auslagen der qastqebenden Brauteltem, indem sie einen Teil der Lasten freiwillig übernahmen. Daran nahm niemand Anstoß, so groß war die Gemeinschaft im Dorf. Daß ausgiebig getanzt wurde. ist klar. Tanzen ist besonders für die Bauernburschen und - mädchen immer das größte Vergnügen gewesen. Das ist auch heute in den Dörfern so. Wenn da mal der Wochenend-Tanz beim Gastwirt in der Nähe ausfällt, fahren die Tanzlustligen flugs ins Nachbardorf, denn: Was der Mensch braucht, das muß er haben . . .

Die großen Feste des Kirchenjahres wurden in würdiger Weise begangen. Der Besuch der gottesdienstlichen Stätte warselbstverständlich. In der Weihnachtszeit stand in jedem Hause ein Christbaum, geschmückt mit Äpfeln und Nüssen, Zuckerwerk, Zierat usw. Er hielt sich bei manchen Leuten nicht nur bis zum Dreikönigstag, sondern bis Mariä Lichtmeß.

Wie zu Silvester wurden auch zur Faßtnacht Pfannkuchen (polnisch: ponczki) gebacken, gewöhnlich auf Rapsöl Nahte dann die Osterzeit, wurden die Küchen geweißt, die anderen Räume, wenn notwendig, gemalt, das Stroh in den Strohsäcken gewechselt und die Möbel durch Scheuern und Waschen überholt. Zu Ostern war die Sitte des "Stiepens'" und „Dünnguß" bekannt. Die Burschen .stliepten" mit Birkenreisern die Mädchen, denen sie wohlwollten. Uebrigens wird das Schlagen mit der Stieprute, ein vor dem Osterfest zum Treiben gebrachtes Birkenreis, aJs ein uralter germanischer Fruchtbarkeitszauber angesehen. Daß man sich, natürlich im Freien, gegenseitig mit Wasser bespritzte, sollte wohl dazu dienen, "sauber und gesund zu bleiben und vor ansteckenden Krankheiten gefeit zu sein" (wie dies ein Bauer aus dem Kreise Plozk erklärte).

                                                               Wird fortgesetzt



Wygorzele - Łęczyca - Niemieccy osadnicy - W starej rodzinnej wsi - Der Heimatbote - 3/1961- cz.2

 

Do ogrodu szkolnego przylegało 3 morgi ziemi szkolnej. Po lewej stronie szkoły znajdowały się studnie i budynki gospodarcze, takie jak stajnia, piwnica i mała stodoła pod strzechą. Około 70 m na północ znajdowała się nigdy nie wysychająca studnia z wodą źródlaną, tzw. Krugbrunnen. Kiedy podczas suchych lat wszystkie studnie we wsi wysychały, Krugbrunnen nigdy nie wysychał. Kiedyś miała tam stać wiejska karczma!

Wieś miała dobrze utrzymany cmentarz na polach Bisele. Były też dwa stawy, jeden w górnej części wsi, drugi w dolnej, w którym w 1911 roku utonął 18-letni młodzieniec o imieniu Rudolf Wackenhut, gdy kąpał się tam po ciężkiej pracy przy żniwach.

                                                              Jak się zaopatrywano .

Po pierwsze, nasi niemieccy rolnicy byli samowystarczalni. W każdym gospodarstwie domowym pieczono chleb z własnej mąki; żyto i pszenicę mielono w jednym z dwóch wiatraków. Mięsem można było się hojnie dzielić; na podwórku biegało wystarczająco dużo drobiu, a ponadto co roku zabijano dwie, czasem nawet trzy tuczone świnie, w zależności od wielkości i potrzeb rodziny.

Jednak niektóre produkty trzeba było kupować. Ponieważ w kolonii nie było ani sklepu spożywczego, ani gospody, niezbędne artykuły, takie jak cukier, sól, mydło, a także wyroby tytoniowe dla mężczyzn, trzeba było kupować w sklepie w Starej-Sobótce. Gdy mężczyźni mieli ochotę na sznaps lub piwo, udawali się do gospody w sąsiedniej miejscowości; wesoło nastawieni, często naprawdę pijani, wracali i zachowywali się zgodnie z wierszem:

Właśnie wychodzę z gospody.

Ulico, jakże dziwnie mi się wydajesz!

Prawa ręka, lewa ręka, wszystko się pomieszało,

ulica, dobrze to widzę: jesteś pijana...

Nie zdarzało się to jednak często, zazwyczaj tylko w dni jarmarku lub wyborów do rady gminy. Sobótka była siedzibą gminy politycznej.

Jeśli jednak trzeba było kupić coś większego, np. garnitury, płaszcze i buty, jechano do miasta, albo do Grabowa, Kłodawy, a nawet do Łęczycy. Czasami rolnicy i rolnice wyruszali w podróż do Łodzi, aby dokonać tam ważnych zakupów. Niemiecka kolonia nie była zresztą odizolowana od świata: co tydzień lub nawet rzadziej przez wieś przejeżdżali handlarze, oferując swoje towary.

 Wyposażenie posagu dla dorastających córek było dawniej wytwarzane samodzielnie, ponieważ uprawiano len. Gospodynie pracowicie kręciły kołowrotkiem, zwłaszcza babcie, a wiosną tkały na własnych krosnach cenne płótno, z którego szyto sąsiedzkie prześcieradła i poszewki, koszule, halki, obrusy i inne przydatne rzeczy, a także worki itp. To oczywiście było dawno temu; tylko nasze babcie i prababcie pamiętają jeszcze dawne przędzalnie z opowieściami starych ludzi o duchach oraz wesołymi piosenkami i żartami młodzieży.

Natomiast czesanie piór, „wesele piór”, jak mówiono w wielu miejscach, które zimą odbywało się kolejno w całej wsi, jest czymś, co wszyscy jeszcze pamiętają. Kobiety i dziewczęta z sąsiedztwa zbierały się najpierw u jednego rolnika, aby szlifować pióra, potem u innego, i panowała swobodna, radosna atmosfera. Była tam również młodzież męska, która nie chciała zostawiać „swoich dziewczyn” samych, więc nie tylko szlifowano pióra, ale także opowiadano dowcipy. Śpiewano ludowe pieśni i opowiadano straszne historie, podczas gdy księżycowe światło oświetlało upiorny, pokryty śniegiem krajobraz. Na zakończenie „ślubu piór” podawano kawę i ciasto lub inne smakołyki, a jeśli był obecny harmonijkarz, tańczono również.

                                                         Ciąg dalszy nastąpi

                                                         

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

An den Schulgarten schloß sich das 3 Morgen große Schulland an. Links der Schule waren Brunnen und Nebengebäude wie Stall, Keller, eine kleine Scheune unter einem Strohdach. Ca. 70 m nördlich befand sich ein nie versiegender Wasserspender mit Quellwasser, der Krugbrunnen. Wenn in trok-kenen Sommern alle Brunnen des Dorfes versiegten, so der Krugbrunnen nie. Einst soll dort ein Dorfkrug gestanden haben!

Das Dorf hatte auf Biseles Felde einen gut gepflegten Friedhof. Auch zwei Teiche, der eine im Ober-, der andere im Unterdorf, in welch letzterem 1911 ein 18jähriger Jüngling namens Rudolf Wackenhut ertrunken ist, aIs er nach schwerer Erntearbeit dort badetes.

                                              Wie man sich versorgte .

Zunächst einmal waren unsere deutschen Bauern Selbstversorger. In jedem Haushalt wurde Brot aus eigenem Mehl gebacken; den Roggen und Weizen dazu hatte man sich in einer der beiden Windmühlen mahlen lassen. In Fleisch konnte. man großzügig sein; es lief genug Geflügel auf dem Hof herum, dazu wurden jährlich zwei, manchmal auch drei gemästete Schweine geschlachtet, je nach Größe und Bedarf der Familie.

Einiges einkaufen aber mußte man für den Haushalt doch. Da in der Kolonie weder ein Lebensmittelgeschäft noch ein Gasthaus bestand, mußten so notwendige Dinge wie Zucker, Salz, Seife oder auch Rauchwaren für die Männer aus dem Laden von Alt-Sobotka geholt werden. Hatten die Männer Durst auf Schnaps oder Bier, pilgerten sie zur Schenke in den Nachbarort; angeheitert, oft rlchtig blau, kehrten sie dann wieder und es ging ihnen nach dem Vers:

Gerad' aus dem Wirtshaus nun komm ich heraus.

Straße, wie wunderlich siehst du mir aus!

Rechter Hand, linker Hand, beides vertauscht,

Straße, ich merk es wohl: Du bist berauscht ...

Immerhin kam es nicht oft vor, gewöhnlich naeb Jahrmarkttagen oder Gemeinderatswahlen. Sobotka war Sitz der politiseben Gemeinde.

Sollte aber etwas Größeres, wie Anzüge, Mäntel und Schuhe gekauft werden, fuhr man zur Stadt, entweder nach Grabow, Kłodawa oder gar Lentschütz. Manchmal unternahmen Bauer und Bäuerin die Reise bis Lodz, um dort wichtige Einkäufe zu tätigen. Weltabgelegen war übrigens das deutsche Kolonistendorf nicht: in wöchentlichen oder noch größeren Abständen durchzogen Trödler das Dorf und boten ihre Waren an.

 Die Aussteuer für die heranwachsenden Töchter wurde früher selbst hergestellt, denn man baute ja Flachs an. Die Hausfrauen drehten fleißig das Spinnrad, vor allem die Großmütter waren dabei, und webten im Frühjahr auf eigenen Webstühlen die kostbare Leinwand, aus der nachbar Bettlaken und bezüge, Hemden, Unterröcke, Tischtücher und andere nützliche Dinge genäht wurden, auch Säcke usw. Dies liegt freilich schon länger zurück; nur unsere Groß- und Urgroßmütter werden sich noch an die damaligen Spinnstuben mit den Spukgeschichten der Alten und den fröhlichen Liedern und Scherzen der Jugend erinnern.

Das Federnschleißen hingegen, die „Federhochzeit", wie man vielerorts sagte, die im Winter nacheinander im Dorf herumgeht, ist etwas, das alle noch kennen werden. Da kamen die Frauen und Mädchen der Nachbarn zuerst bei diesem Bauern zum Schleißen der Federn zusammen, dann bei jenem, und es herrschte eine ungezwungene, frohe Geselligkeit. War doch die männliche Jugend dabei; sie wollten „ihre Mädels” nicht allein lassen, und so wurden nicht nur Federn, sondern auch Witze „gerissen". Volkslieder gesungen und schaurige Geschichten erzählt, während das Mondlicht draußen eine geisterhafte Schneelandschaft beleuchtete. Zum Abschluß der ,,Federhochzeit" gab es Kaffee und Kuchen oder sonst einen Schmaus, und war ein Mundharmonikaspieler anwesend, wurde auch getanzt.

                                                    Wird fortgesetzt

poniedziałek, 24 listopada 2025

Wygorzele - Łęczyca - Niemieccy osadnicy - W starej rodzinnej wsi - Der Heimatbote - 3/1961- cz.1

 

W starej rodzinnej wsi.

Życie na wsi jest piękne. Życie w mieście jest wprawdzie znacznie wygodniejsze, oferuje więcej rozrywek, a nasi dawni rolnicy, którzy przenieśli się do miast, już dawno się o tym przekonali, zwłaszcza ich synowie, którzy zazwyczaj nie są już gotowi, aby tak jak ich ojcowie zajmować się rolnictwem – jednak w pamięci chętnie powraca się do dawnej wsi, wspominać ciężkie tygodnie pracy i radosne święta, ożywić w pamięci to, czym było własne gospodarstwo i co oznaczało dla rodziny. Postanowiliśmy więc opublikować reportaż o takiej niemieckiej wsi w środkowej Polsce: jest to Wygorzele w powiecie Lentchütz. Nauczyciel Julius Henke relacjonuje:

Na skrzyżowaniu dróg niemieckiej osady Wygorzele, dawniej zwanej Neu-Renneberg, stał drogowskaz. Na wschód wskazywał drogę do powiatu łęczyckiego, na zachód do Kłodawy (Tönningen) i Koła (Warthbrücken), na południe do Sobótki i Dombia nad Nerem, a na północ do Chodzecza i Przedacza (Moosburg). Na południe od wsi płynął strumień ReguIówka; tylko podczas ulewnych deszczy dostarczał on obficie wody, w przeciwnym razie był prawie suchy i można było bez problemu przejść przez rów porośnięty trzciną i trawą. Tylko podczas topnienia lodu i śniegu na wiosnę rów mógł stać się niebezpieczny, zalewając wówczas przyległe łąki i pola i „szalejąc”. Na brzegach Regulówki rosło wiele wierzb, olch i innych krzewów, które chroniły pola uprawne. Ptaki śpiewające budowały tam gniazda i wychowywały swoje młode na wiosnę.

Wysokie topole i krępe wierzby otaczały drogi wsi. Po prawej i lewej stronie rozciągały się żyzne pola uprawne, które były uprawiane dzięki pracowitości rolników. Pszenica i buraki cukrowe były tu zbierane w dużych ilościach. Jesienią rolnicy wozili buraki bezpośrednio do cukrowni w Ostrowie, a pszenicę i inne zboża do Łęczycy, gdzie sprzedawali je żydowskim handlarzom zboża.

Niemieckie gospodarstwa rolne miały tu zasadniczo kształt prostokąta. Dom mieszkalny stał frontem do ulicy, po lewej i prawej stronie domu znajdowały się obory i stajnie, a na wprost stodoła i szopa na narzędzia rolnicze wraz z chlewem i kurnikiem. Podwórze było wybrukowane kamieniami i otoczone drewnianym płotem. Niedaleko domu znajdowała się studnia zbudowana z kamieni polnych lub cegieł, a przy oborach – gnojowisko. Na każdym podwórzu znajdowała się toaleta. Przylegał do niego ogród owocowo-warzywny, w którym pracowicie brzęczało kilka rodzin pszczół.

Budynki były w większości zbudowane z gliny, tylko te ostatnio wzniesione z cegły palonej. Prawie wszystkie miały jednak tylko słomiane dachy, a drewniane stodoły były zawsze szczególnie narażone na pożar.

Gołębie, psy i koty były nieodłącznym elementem każdego gospodarstwa. Mieszkańcy Wygorzel bardzo lubili hodowlę koni, które były pielęgnowane z wielką starannością. Nie zaniedbywano również hodowli bydła, świń i drobiu. Najwięcej pieniędzy przynosiły świnie, bydło i cielęta. Rzeźnicy z Sobótki i innych większych miejscowości pojawiali się i po często trudnych targach, a także płacąc „kredyt za ogon”, robili interesy z rolnikami. Sprzedaż kurczaków, kaczek, gęsi i gołębi, a także jajek, masła i sera nie leżała jednak w gestii rolnika, ale gospodyni, która w ten sposób zdobywała niezbędną gotówkę.

Prawie każdy rolnik posiadał bryczkę i lśniące uprzęże dla koni. Chciano przecież reprezentować się i zakładano koniom eleganckie uzdy na przejażdżki do kościoła lub na wizyty; oczywiście „bryczkę państwową” używano również w dni ślubów, chrzcin i bierzmowań oraz innych ważnych wydarzeń życiowych.

Gospodarstwa były oddalone od siebie o 100 do 150 m. W centrum wsi, na małej łące, stała szkoła. Przed nią znajdowała się dzwonnica z dwoma dzwonami, duża grusza, dąb luterański z 1917 roku oraz inne drzewa i krzewy (patrz zdjęcie poniżej).



Im alten Heimatdorf.

Man lebt schön auf dem Lande. Wohl ist das Leben in der Stadt ungleich bequemer, es bietet viel mehr Zerstreuung, und unsere ehemaligen, in die Städte verschlagenen Bauern werden das längst herausgefunden haben, vor allem aber ihre Söhne, die gewöhnlich unter gar keinen Umständen mehr bereit sind, sich wie einst ihre Väter mit der Landwirtschaft abzuplagen - dennoch wird man in der Erinnerung gern einmal in das frühere Dorf einkehren, saurer Arbeitswochen und froher Feste gedenken, sich lebendig machen, was der eigene Hof war und für die Familie bedeutet hat, und so haben wir uns entschlossen, einen Bericht über solch ein deutsches Dorf in Mittelpolen zu bringen: es ist Wygorzele im Kreise Lentchütz. Lehrer Julius Henke berichtet:

Am Kreuzwege der deutschen Siedlung Wygorzele, früher Neu-Renneberg genannt, stand ein Wegweiser. Ostwärts wies er nach der Kreisstadt Lentschütz, westwärts nach Klodawa (Tönningen) und Kolo (Warthbrücken), südwärts nach Sobotka und Dombie am Ner und nordwärts endlich nach Chodecz und Przedecz (Moosburg). Südlich des Dorfes floß ein Bächlein vorbei, die ReguIówka; es spendete nur bei vielem Regen reichlich Wasser, ansonsten war es fast trocken, und man konnte ohne weiteres den mit Schilf und Gras bestandenen Graben überqueren. Nur bei der Eis- und Schnee-schmelze im Frühjahr konnte der Graben gefährlich werden, er überflutete dann die anliegenden Wiesen und Felder und „spielte verrückt". An den Ufern der Regulówka standen und schützend das Ackerland viele Weiden, Erlen und anderes Gebüsch. Da hatten die Singvögel ihre Nester gebaut und zogen im Frühling ihre Jungen auf.

Große Pappeln und stämmige Weiden umsäumten die Wege des Dorfes. Rechts und links breitete sich fruchtbarer Ackerboden aus, der mit bäuerlichem Fleiß bebaut wurde. Weizen und Zuckerrüben wurden hier reichlich geerntet. 'Im Herbst fuhren die Bauern ihre Rüben direkt in die Zuckerfabrik nach Ostrowo, den Weizen und das andere Getreide nach Lentschütz, wo sie es an jüdische Getreidehändler verkauften.

Die deutschen Bauernhöfe hier hatten grundsätzlich die Form eines Rechtecks. Das Wohnhaus stand mit dem Giebel zur Straße, links und rechts des Hauses waren ein Vieh- und Pferdestall, geradeaus Scheune und Ackergeräte-Schuppen mit Schweine- und Geflügelstall. Der Hof war mit Steinen gepflastert und mit einem Holzzaun umgehen. Unweit des Hauses befand sich ein aus Feldsteinen oder Ziegeln gemauerter Ziehbrunnen und an den Ställen die Mistgrube. Aborthäuschen gab es auf jedem Hof. Ein Obst- und Gemüsegarten schloß sich an, in dem auch einige Bienenvölker emsig summten.

Die Gebäude waren vorwiegend aus Lehm, nur die in der letzten Zeit errichteten aus Brandziegel. Fast alle aber hatten nur Strohdächer, und die hölzernen Scheunen waren immer besonders feuergefährdet.

Tauben, Hunde und Katzen gehörten zu jedem Bauernhofe. Für Pferdezucht hatten die Wygorzeler viel übrig, die Tiere wurden mit großer Sorgfalt gepflegt. Die Vieh-, Schweine- und Geflügelzucht wurde auch nicht vernachlässigt. Scheine, Rinder und Kälber brachten das meiste Geld. Die Metzger aus Sobotka und anderen größeren Orten erschienen und machten mit den Bauern nach oft hartem Feilschen und auch Zahlen von „Schwanzgeld" ihre Geschäfte. Der Verkauf von Hühnern, Enten, Gänsen und Tauben, wie auch von Eiern, Butter und Käse hingegen lag nicht in den Händen des Bauern, sondern der Bäuerin, die dadurch zu dem nötigen Kleingeld kam.

Fast jeder Bauer besaß eine "bryczka" (Kutsche) und ein blitzblankes Pferdegeschirr. Man wollte schließlich auch einmal repräsentieren und legte das feine Zaumzeug den Pferden für die Fahrt zur Kirche an oder zu Besuchsfahrten; natürlich benutzte man die "Staatskutsche" auch an Hochzeits-, Tauf- und Konftirmationstagen und sonstigen Höhepunkten des Lebens.

Die Höfe lagen in Abständen von 100 bis 150 m auseinander. In der Mitte des Dorfes stand auf einer kleinen Wiese das Schulhaus. Davor ein Glockenturm mit zwei Glocken, ein großer Birnbaum, eine Luthereiche aus dem Jahre 1917 und andere Bäume und Strächer (siehe obiges Bild)

Bocianicha - Zelów - Niemieckie osadnictwo - Der Heimatbote - 1/1956

 

                         Rekonstrukcja zdjęcia w wykonaniu Natalki i Kacperka, dzięki!

Jako jeden z wielu domów modlitwy i szkół w naszej niezapomnianej ojczyźnie widzimy tutaj dom modlitwy kantora B o c i a n i c h a, parafia Lask, powiat Łódź, do której należały wioski Zagławki, Strupin i Grzesin. - Kantorat ten powstał w 1826 roku. Pierwszym nauczycielem był Utta (kuzyn znanej rodziny Utta). Przed wybudowaniem domu modlitwy wszystkie czynności religijne musiały być wykonywane w lokalnym kościele katolickim. Z okazji stulecia istnienia dom został wyposażony w harmonię, żyrandol i dzwonnicę. W uroczystościach jubileuszowych wzięły udział chóry i chóry śpiewające z sąsiedniej gminy Bełchatów, a także niżej podpisany. – Dzisiaj z ówczesnych członków rady kościelnej żyje tylko Adolf Schulz. Cieszy się nie tylko dobrym zdrowiem, ale ma również szczęście pełnić funkcję patriarchy wśród swoich trzech córek, zięciów i wnuków. Jego czwarta córka pozostała niestety w Polsce i opisuje nieopisany stan kantora w obecnej epoce kulturowej. Nie tylko dom modlitwy jest opuszczony i pusty, ale także cmentarz, gdzie zniknęły wszystkie pomniki, a latem pasą się krowy. Smutne świadectwo upadku ludzkości... P. J... Gerhard

Bocianicha – wieś w Polsce położona w województwie łódzkim, w powiecie bełchatowskim, w gminie Zelów. W latach 1975–1998 miejscowość administracyjnie należała do województwa piotrkowskiego. Przez wieś przepływa struga Czajka, dopływ Końskiej Strugi. Wikipedia






Als eines der vielen Bethäuser und Schulen in unserer unvergessenen Heimat sehen wir hier das Bethaus des Kantorats B a c i a n i c h y, Kirchspiel Lask, Bezirk Lodz, zu dem nach die Dörfer Zaglawki, Strupin und Grzesin gehört haben. - Dieses Kantorat entstand 1826. Der erste Lehrer war Utta (ein· Varfahren der bekannten Familie Utta). Var dem Bau des Bethauses mußten alle geistlichen Handlungen in der örtlichen katholischen Kirche vollzogen werden. Anläßlich seines hundertjährigen Jubiläums wurde das Haus mit einem Harmonium, Kronleuchter und Glockenturm ausgestattet. An der Jubiläumsfeier nahmen auch die Pasaunen- und Gesangchöre der Nachbargemeinde Belchatow wie der Unterzeichnete teil. – Heute ist von den damaligen Kirchenvorstehern nur Adolf Schulz am Leben. Er erfreut sich nicht nur einer guten Gesundheit, sondern hat auch das Glück, bei seinen 3 Töchtern nebst Schwiegersöhnen und Enkeln wie ein Patriarch das Priesteramt auszuüben. Seine vierte Tachter blieb leider in Polen und schildert den unbeschreiblichen Zustand des Kantorats in der jetzigen Kulturepoche. Nicht nur das Bethaus ist wüste und leer, sondern auch der Friedhof, wo alle Denkmäler verschwunden sind und dafür im Sommer die Kühe grasen. Ein trauriges Zeugnis menschlichen Niederganges .. P. J .. Gerhard

Bocianicha – ein Dorf in Polen in der Woiwodschaft Łódź, im Landkreis Bełchatów, in der Gemeinde Zelów. In den Jahren 1975–1998 gehörte der Ort administrativ zur Woiwodschaft Piotrków. Durch das Dorf fließt der Bach Czajka, ein Nebenfluss der Końska Struga. Wikipedia

Maślaki - Konin - Gmina ewangelicka - Der Heimatbote - 1954 - cz.3

 W pierwszej części tego materiału napisałem, że nie odpowiadam za treść tego materiału przeczuwając co nastąpi później...

Nauczyciel Edmund Steinke, słowem nie wspomniał, co Niemcy zgotowali Polakom, mordując ich, zsyłając do obozów koncentracyjnych, wysiedleniach, zakazowi nauki polskim dzieciom, zamordowali kilka milionów niewinnych ludzi ....

Zastanawiałem się bardzo, czy nie opuścić części tego materiału, jednak uznałem, że należy go zamieszczę z odpowiednim komentarzem.

Wojna w latach 1939–1945, podobnie jak w wielu innych gminach naszej pięknej ojczyzny, dotknęła również Maślaki. Kościół, zbudowany przez grupę wiernych ludzi, ostatnio będący centrum parafii liczącej 4000 dusz, kościół, który był dumą i sercem małej wioski – dziś już nie istnieje!

Zniknęła jego mała wieża, która wznosiła się ku niebu spośród pięknych drzew, które niczym wieczna straż otaczały świątynię. Uciszył się mały dzwon, który wzywał wiernych na nabożeństwa, a także ogłaszał pogrzeby i śluby! Już w 1939 roku wielu z tych, którzy zostali rozdzieleni tylko dlatego, że byli Niemcami, pracowali jako Niemcy i tworzyli, aby dać państwu to, co należy do państwa, a Bogu to, co należy do Boga, znalazło śmierć z rąk bezlitosnych morderców. Nie było to jednak jeszcze w 1945 roku, kiedy po upadku niemieckiego Wehrmachtu hordy przemierzały kraj i próbowały wytępić wszystko, co niemieckie, aby, ich zdaniem, służyć Panu. Również w gminie Maślaki/Butterholland doszło do okrutnych aktów przemocy. Ci, którzy usłyszeli słowa: „Uciekajcie i nie oglądajcie się za siebie!”, zdążyli uciec i w większości zatrzymali się w strefie wschodniej, gdzie budują swoją nową ojczyznę. Inni dotarli na zachód i tam ledwo wiążą koniec z końcem. Znaczna część jednak wpadła w ręce bezlitosnych morderców w ojczyźnie, została zamordowana lub do niedawna żyła w niewoli dobrych sąsiadów – Polaków.

Jak już wspomniano, nie oszczędzono nawet kościoła, który w latach 1945/46 został przebudowany, a z materiałów budowlanych wzniesiono stodoły i stajnie. Zmarli na cmentarzu nie zaznali spokoju, ponieważ groby zostały zrównane z ziemią i przekształcone w pola uprawne.

W ten sposób gmina Maślaki uległa rozpadowi i zgodnie z wolą władców kraju zniknęła z powierzchni ziemi na zawsze. My jednak, którzy należymy do grona ocalałych, chcemy w naszych sercach wznieść jej wdzięczny pomnik z napisem:

„Zdejmijcie buty, bo miejsce, na które wchodzicie, jest ziemią świętą”.

A wam, którzy zostaliście wyrwani ze społeczności przez haniebną śmierć, niech Pan da spocząć w pokoju aż do dnia Jego pojawienia się, kiedy to wezwie was po imieniu jako swoich świadków i wiernych w życiu i śmierci. Chcemy tutaj w ciszy modlić się za was i prosić Boga, aby ponownie zjednoczył nas w swojej wiecznej społeczności w królestwie niebieskim.

Oto osoby zamordowane, o ile mi wiadomo:

1939: Adolf Dalig, Richard Pletzke, Johann Mündt (Maslaki); Julius Zander i Beer (Kopydłowo); Heinrich Kreutzmann (Bolesławowo); Emil Banik, Artur Banik, Eduard Banick, Ludwik Lück, Eduard Henke, Friedrich Scheel, Ewald Weidner, Julian Banik, Gustav Friedrich, Henkelmann, Stachel (kantorat Lipnica).

1945: Emil Kaschube (Kopydłowo); Wilhelm Kaschube (z Połajewa, który przebywał tymczasowo w Maślakach); Julian Schilke (Modrzerzewo); Julian Schilke, Karl Mikolajewski, Adolf Schilke, Eduard lutzer wraz z żoną, Raddatz, Geisler (Wola Spłowiecka); Michael Beich, Julis Jeßke, Wilhelm Moller, Adolf Dalig, ojciec pierwszego Daliga (Maślaki), pani Neumann (z Dembowca), Julian Tilman (Marcewo); Julian Besler, Reinhard Martin (Brzozogaj), Reinhold Primas (Kochowo), Wilhelm Ratz (Gosdun); Ludwig Schmidt (Tumidaj); Wilhelm Lucht (Szyszłowo).

                                                               - Koniec - 



Im ersten Teil dieses Artikels habe ich geschrieben, dass ich nicht für den Inhalt dieses Artikels verantwortlich bin, da ich ahne, was später passieren wird...

Der Lehrer Edmund Steinke erwähnte mit keinem Wort, was die Deutschen den Polen angetan hatten, indem sie sie ermordeten, in Konzentrationslager schickten, vertrieben, polnischen Kindern den Schulbesuch verboten und mehrere Millionen unschuldiger Menschen ermordeten....

Ich habe lange überlegt, ob ich diesen Teil des Materials weglassen sollte, aber dann habe ich beschlossen, ihn mit einem entsprechenden Kommentar zu veröffentlichen.

Der Krieg 1939 bis 1945 hat, wie so vielen anderen Gemeinden in unserem schönen Heimatland, auch Maslaki den Geraus gemacht. Die Kirche, von einem Häusem gläubiger Menschen erbaut, zuletzt der Mittelpunkt eines Kirchenbereiches von 4 ooo Seelen, die Kirche, die der Stolz und das Herz eines Kleinen Dorfes war – się ist heute nicht mehr!

Verschwunden ihr Kleiner Turm, der aus der Umgebung der schönen Bäume zum Himmel ragte, die gleichsam ewige Wache um das Gotteshaus hielten. Verstummt die kleine Glocke die zu den Predigten rief und auch Trauer und Hochzeiten verkündete! Schon 1939 haben viele der Getrenen, nur weil się Deutsche waren, als Deutsche arbeiteten und schafften, um dem Staate zu geben, was des Staates ist und Gott, was Gottes ist, den Tod durch ruchlose Mörderhand gefunden. Das war aber noch nicht gegen 1945 als nach dem Zusammenbruch der deutsche Wehrmacht die Horden das Land durchzogen und auszurotten versuchten, was deutsch war, um dem Herrn einen Dienst, ihrer Meinung nach zu tun. Auch in der Gemeinde Maslaki/Butterholland wurde auf das grausamte gewütet. Diejenigen, die jenes Wort vernahmen: „Flieh und sich nicht hinter dich!” sind rechtzeitig entkommen und zum größten Teil in der Ostzone hängengeblieben, wo się sich ihre neue Heimat aufbauen. Andere sind nach dem Westen gelangt und fristen ihr Dasein. Ein erheblicher Teil aber ist in der Heimat den ruchlosen Mördern in die Hände gefallen, ermordet oder lebte bis vor kurzern noch im Sklavendienst der guten Nachbarn – Polen.

Selbst die Kirche hat man wie bereits angedeutet, nicht verschont, 1945/46 wurde sie umgebaut und wurden aus dem Baumaterial Scheunen und Stall errichtet. Die Toten auf dem Friedhof hatten keine Ruhe, indern die Gräber planiert und zu Ackerland hergerichtet wurden.

So ist die Gemeinde Maslaki zerfallen und im Sinne der Herrscher des Landes für ewige Zeiten vom Erdboden verschwunden. Wir aber, die wir zu den Überlebenden zählen, wollen ihr in unserem Herzen ein dankbares Denkmal mit der Aufschrift errichten:

„Zieher eure Schuhe aus, denn der Ort, den ihr betretet, ist heiliges Land.”

Euch aber, die ihr der Gemeinde durch einen schmachwollen Tod entrissen wurdet, möge der Herr in Frieden ruhen lassen bis zum Tage Seiner Erscheinung, wo er euch bei Namen rufen wird als seine Zeugen und Getreuen im Leben und im Tode. Wir wollen Euer hier im Stiller Andacht gedenken und Gott bitten, daß er uns wieder vereinigten möchte zu seiner ewigen Gemeinde im himmlischen Reich.

Dies sind Ermordeten, soweit mir bekannt:

1939: Adolf Dalig, Richard Pletzke, Johann Mündt (Maslaki); Julius Zander und Beer (Kopydlowo); Heinrich Kreutzmann (Boleslawowo); Emil Banik, Artur Banik, Eduard Banick, Ludwik Lück, Eduard Henke, Friedrich Scheel, Ewald Weidner, Julian Banik, Gustav Friedrich, Henkelmann, Stachel (Kantorat Lipnica).

1945: Emil Kaschube (Kopydlowo); Wilhelm Kaschube (aus Polajewo, der besuchsweise in Maslaki war); Julian Schilke (Modrzerzewo); Julian Schilke, Karl Mikolajewski, Adolf Schilke, Eduard lutzer nebst Frau, Raddatz, Geisler (Wola Splowiecka); Michael Beich, Julis Jeßke, WEilhelm Moller, Adolf Dalig, Vater des ersten Dalig (Maslaki), Frau Neumann (aus Dembowiec), Julian Tilman (Marcewo); Julian Besler, Reinhard Martin (Brzozogaj), Reinhold Primas (Kochowo), Wilhelm Ratz (Gosdun); Ludwig Schmidt (Tumidai); Wilhelm Lucht (Schyschlowo).


Maślaki - Konin - Gmina ewangelicka - Der Heimatbote - 1954 - cz.2

 Najpierw, w latach 1923/24, niemiecka szkoła, w której do tej pory uczył niemiecki nauczyciel, pełniący jednocześnie funkcję kantora, została przejęta przez Polaków i obsadzona polskim nauczycielem. Gmina była zmuszona wybudować nowy dom parafialny z salą konfirmacyjną, który został ukończony w latach 1925/26. Droga do uzyskania niezależności wydawała się otwarta, ale brakowało duszpasterza i trzeba było dalej czekać. W końcu w 1940 roku pastor Jacob Roßnagel (obecnie w Kanadzie) został mianowany pierwszym niezależnym pastorem Butterholland, a po krótkim czasie zastąpił go pastor Herbert Schaupp, obecnie mieszkający w Wärttenbergu. Ten ostatni mógł jednak cieszyć się parafią tylko przez kilka miesięcy, ponieważ został powołany do niemieckiego Wehrmachtu, tak że jego żona musiała wykonywać najpotrzebniejsze obowiązki duszpasterskie, które pełniła wiernie i sumiennie aż do upadku. Nabożeństwa ponownie odprawiał pastor z Konina.

Maślaki/Butterholland osiągnęły cel, jakim była niezależność, i mogły teraz spojrzeć wstecz na swoją drogę rozwoju i wzrostu. Duży udział w tym mieli przede wszystkim kantory. Oto kilka nazwisk, które zapamiętałem: Fiedler, Münch, Adam, Belinke, Lorenz, Jesse, Ernst, Greger, Nikolai, Weber i Mielke. Należy wyraźnie zaznaczyć, że praca duszpasterzy nie była łatwa. Daleka droga z Konina, którą trzeba było pokonywać konnym zaprzęgiem, wiązała się z dużym nakładem czasu i wysiłku, jednak pastorzy zawsze z radością głosili słowo Boże i byli do dyspozycji członków wspólnoty w smutku i trudnościach. O tym, że praca ta przyniosła owoce, świadczy już sama liczba wiernych uczęszczających do kościoła. Raz w miesiącu oraz w święta, zawsze drugiego dnia świąt, odprawiano nabożeństwa z komunią świętą. Dniem bierzmowania było od zawsze święto Wniebowstąpienia Pańskiego. W takie dni już od wczesnego rana w wiosce panował ożywiony ruch, cała wiejska droga i gospodarstwa rolne były pełne powozów, bryczek i bryczek przyjezdnych wiernych, którzy nawet przy najgorszej pogodzie nie stronili od pokonywania wielu kilometrów, aby dotrzeć do kościoła. W tamtych czasach religijność wyglądała inaczej niż dzisiaj! Trzy do czterech razy w roku odwiedzano również poszczególne kantory, aby oszczędzić osobom starszym i słabym długiej podróży, głosić im słowo Boże i podawać Komunię Świętą. Podobnie jak nabożeństwa kaznodziejskie w Maślakach, nabożeństwa czytane w kantoratach w niedziele i święta były bardzo dobrze odwiedzane, sale modlitewne i cmentarze były tam starannie utrzymywane, przywiązywano dużą wagę do wydarzeń religijnych, uroczystości i tym podobnych, ponieważ te rzeczy były zawsze najpewniejszym gwarantem pielęgnowania języka, obyczajów i zwyczajów. Trudno uwierzyć, że pomimo wielu lat życia w polskim środowisku większość kobiet starszego pokolenia mówiła, jeśli w ogóle, to tylko bardzo łamaną „polszczyzną”!

                                       Kościół w Maślakach / Butterhoiland. Fot. E.Steinke.


Zunächst wurde 1923/24 die deutsche Schule, an der bis dahin ein deutscher Lehrer wirkte, der zugleich die Geschäfte des Kantors versah, von den Polen übernommen und mit einer polnischen Lehrkraft besetzt. Notgedrungen mußte die Gemeinde ein neues Gemeindehaus mit Konfirmationssaal erbauen, welches 1925/26 fertiggestellt war. Der weg zur Verselbständigung schien frei, doch es fehlten jetzt Seelsorger und man mußte weiter warten. Endlich im Jahre 1940 war es soweit, daß Pfarrer Jacob Roßnagel (heute in Kanada) als erster selbständiger Pastor von Butterholland bestätigt wurde, dem nach kurzer Zeit Pastor Herbert Schaupp, heute in Wärttenberg folgte. Letzterer konnte sich freilich ebenfalls nur Monate der Gemeinde erfreuen, denn er wurde zur deutschen Wehrmacht einberufen, sodaß seine Gattin die nötigsten pfarramtlichen Geschäfte verrichten mußte welchen Dienst się in Treue und Sorgfalt bis zum Zusammenbruch ausgeführt hat. Die Gottesdienste hielt wiederum der Pfarrer aus Konin.

Maslaki/ Butterholland hatte das Ziel, die Selbständigkeit erreicht und konnte jetzt Rückschau halten auf sein Werden und Wachsen. An diesem hatten nicht zuletzt die Kantoren ihren hohen Anteil. Hier einige Namen, die mir in Erinnerung sind: Fiedler, Münch, Adam, Belinke, Lorenz, Jesse, Ernst, Greger, Nikolai, Weber und Mielke. Daß die Arbeit der Seelsorger nicht leicht war, muß ausdrücklich erwähnt werden. Denn der weite Weg aus Konin, der mit Pferdegespann zurückgelegt werden mußte, war mit viel Zeit und Strapazen verbunden; dennoch haben die Pastoren stets freudig mit dem Worte Gottes genent und sich in Kummer und Bedrängnissen der Gemeindeglieder zur Verfügung gestellt. Daß die Arbeit einen fruchtbaren Boden fand, ergibt sich schon aus dem zahlreichen Kirchenbesuch. Einmal im Monat und bei Feiertagen immer am Zweiten Feiertag wurden Abendmahlsgottesdienste gehalten. Der Tag der Konfirmation war von je her das Himmelfahrtsfest. An solchen Tage herrschte schon vom frühen Morgen an reger Verkehr im Dorf, die ganze Dorfstraße und dazu die Bauerngehöfte standen voller Gespanne, Kutschen, Britschken der auswärtigen Kirchenbesucher, die auch bei schlechtestem Wetter die meilenweiten Wege zum Kirche nicht scheuten. Das war damals eine andere Kirchlichkeit als heute! Drei – bis viermal im Jahr wurden auch die einzelnen Kantorate bereist, um das Alten und Schwachen die weite Strecke zu ersparen, ihnen das Wort Gottes zu verkündigen und das hl. Abendmahl zu reichen. Gleicherweise wie der Predigtgottesdienst am Hauport Maslaki waren die Lesegottesdienste in den Kantoraten am Sonn- und Festtagen sehr gut besucht, wurden dort die Betsäle und Friedhofe sorgfältig in Ordnung gehalten, wurde viel wert auf religiöse Veranstaltungen, Feiern und dergleichen gelegt, da diese Dinge immer die sichersten Garanten für die Pflege der Sprache, Sitten und Gebräuche waren. Es dürfte kaum glaublich erscheinen, daß trotz der vielen Jahre, da się in polnischen Umwelt lebten, die meisten Frauen der älteren Generation, wenn überhaupt, dann nur ein ganz gebrechliches „Polnisch” sprachen!

niedziela, 23 listopada 2025

Maślaki - Konin - Gmina ewangelicka - Der Heimatbote - 1954 - cz.1

Wraca osoba mojego Kolegi Damiana Korwin - Kruczkowskiego. Wiem o jego zainteresowaniach Koninen i okolicami w temacie niemieckiego osadnictwa. Znów zacząłem "grzebać" w moich archiwach.... Jako ciekawy (tak myślę) jest artykuł  w Der Heimatbote z sierpnia 1954 roku dotyczący ewangelickiej wsi Maślaki i okolicach pisane ręką nauczyciela Edmunda Steinke. Nie biorę odpowiedzialności za treść tego materiału, z pewnością jest on ciekawy, zapraszam!




                                Maślaki Powiat Konin

-                                            Autor: nauczyciel Edmund Steinke


Opisując powstanie, przebudowę i upadek filii parafii Maślaki, nie chcę ograniczać się do konkretnych okresów, ponieważ brakuje mi dokumentów i mogę opisać tylko to, co osobiście wiem i co zapamiętałem.

Podobnie jak w innych regionach środkowej Polski, również tutaj wiele lat temu osiedlili się niemieccy koloniści. Według tradycji było to 12 rolników, którzy osiedlili się tutaj i założyli wieś, która otrzymała nazwę „Butterholland” lub „Butterhauland” = Maślaki. Nowi osadnicy nie mieli początkowo żadnego związku z kościołem ewangelicko-luterańskim, co potwierdzają tamtejsze księgi stanu cywilnego, dlatego dzieci musiały być początkowo chrzczone w kościele katolickim w Wilczej Górze. Ponieważ jednak koloniści nie chcieli pozostać bez starego słowa Bożego, od razu pomyśleli o budowie własnej szkoły z przylegającą salą modlitewną, która pomimo wielu przebudów i dobudówek zawsze zajmowała honorowe miejsce we wsi. Z powodu braku nauczycieli najzdolniejszy z chłopów sam uczył dzieci i w niedzielę odprawiał nabożeństwa. Jak opowiadali mi starzy rolnicy, Maślaki należało w najwcześniejszym okresie do obszaru duszpasterskiego proboszcza ze Strzelna w prowincji poznańskiej. Była to ogromna odległość, co spowodowało, że w Maślakach zbudowano własny mały drewniany kościół.

Za rok założenia filii parafii uznaje się rok 1842. Pierwszym pastorem z Konina, który opiekował się tą miejscowością, był pastor Seel. Ogółem następujący pastorzy z Konina, a czasami także z Sompolna, pełnili tu swoje obowiązki: P. Seel, P. Henkel, P. Schnorr, P. Adolf Löffler (później Łódź), P. Robert Badke, P. Baumann, P. Seezen, a także z Sompolna P. Bierschenk i P. Philipp Kreutz.

Do parafii filialnej Maślaki należały następujące kantory: Brzozogaj, Doly, Kamionka, Bolesławowo, Lipnica, Genowefa, Stogi i Czartówek.

W ostatnim czasie kantory Kamionka zostały przyłączone do Maślaków, kantory Stogi i Genowefa połączono, a kantor Czartówek połączyło się z Gawronami. Wynikało to z faktu, że wielu chłopów z tych wsi wyemigrowało na Wołyń, a gminy stały się zbyt małe, aby utrzymać własnego nauczyciela i kantora. Widocznym świadectwem tego, że miejsca te były kiedyś kantoratami, pozostały niemieckie cmentarze. Nieliczni mieszkańcy, którzy pozostali na miejscu, nadal dbali o miejsca spoczynku zmarłych i utrzymywali je w godnym stanie.

Gdy z biegiem lat drewniany kościół w Maślakach okazał się zbyt mały, aby pomieścić wszystkich wiernych, postanowiono go rozbudować lub przebudować. Jednak ze względu na wysokie koszty przebudowy część gminy nie zgodziła się na nią i wolała wybudować nowy kościół w Lehmstadt/Kleczew, gdzie w przyszłości miała również znajdować się siedziba parafii. W sporze tym ostatecznie zwyciężyli zwolennicy przebudowy w Maślakach. Po długich wahaniach w latach 1919/20 kościół w Maślakach został przebudowany i powiększony pod kierownictwem ówczesnego właściciela majątku i przewodniczącego rady kościelnej Christopha Lutzera z Kopydłowa, a wnętrze kościoła zostało wyposażone w ołtarz, ambonę i organy. Po remoncie nasi współwyznawcy zamierzali wybrać proboszcza i tym samym podnieść Maślaki do rangi samodzielnej parafii, która nie byłaby już filią zależną od Konina. Jednak zanim to marzenie mogło się spełnić, wiele wody upłynęło jeszcze w Warcie.


Mein Kollege Damian Korwin-Kruczkowski meldet sich wieder. Ich weiß, dass er sich für Koninen und Umgebung im Zusammenhang mit der deutschen Besiedlung interessiert. Ich habe wieder angefangen, in meinen Archiven zu stöbern... Interessant (glaube ich) ist ein Artikel  in Der Heimatbote vom August 1954 über das evangelische Dorf Maślaki und Umgebung, verfasst von dem Lehrer Edmund Steinke. Ich übernehme keine Verantwortung für diesen Text, aber er ist sicherlich interessant, viel Spaß beim Lesen!

                  Maslaki im Kreris Konin

                   Von Lehrer Edmund Steinke

Wen ich hier  über die Entstechung, Neugestaltung, sowie den Untergang der Maslaker Filialgemeinde berichte, möchte ich mich an keine bestimmten Zeitabschnitte binden, weil mir Urkunden fehlen, und nur das wiedergeben, was mir persönlich bewußt und in Erinnerung geblieben ist.

Wie in anderen Gegenden Mittelpolens sind, auch hier vor vielen Jahren deutsche Kolonisten angesiedelt worden und zwar waren es der Überlieferung nach 12 Bauern, die hier ansässig wurden und das Dorf gegründeten, das den Namen „Butterholland” oder „Butterhauland” = Maslaki erhielt. Die Neusiedler waren zunächst ohne Verbindung mit der evang. Lutherischen Kirche, wie die dortigen standesamtlichen Bücher beweisen, mußten die Kinder anfangs in der katholischen Kirche zu Wilczagora getauft werden. Weil die Kolonisten aber der Neusiedlung nicht ohne das alte Gotteswort blieben wollten dachten się gleich an den Bau eines eigenen Schulhauses mit angeschlossenen Betsaal, das dann immer, trotz vieler Um- und Anbauten, einen Ehrenplatz im Dorf eingenommen hat.  Aus Mangel an Lehrkräfen unterrichtete der tüchtigste der Bauern die Kinder selbst und hielt sonntags die lesegottesdienste ab. Ans ich gehörte Maslaki in die frühesten Zeit zum Betreungsbereich des Pfarrers von Strelno, Provinz Posen, wie mir alte Bauern berichteten. Dies war eine ungeheuer weite Entfernung, die denn auch Veranlassung gab, daß in Maslaki eine eigene kleine Holzkirche gebaut wurde.

Als Gründungsjahr der Filialgemeinde gilt das Jahr 1842. Der erste Koniner Pastor, der Ort mitbetreute, war Pastor Seel. Im ganzen haben folgende Pastoren aus Konin und zwischendurch aus Sompolno Deutscheneck hier ihres Amtes gewaltet: P.Seel, P. Henkel, P. Schnorr, P. Adolf Löffler (später Lodz), P. Robert Badke, P. Baumann, P. Seezen, sowie aus Sompolno P. Bierschenk und P. Philipp Kreutz.

An Kantoraten gehörten der Filialgemeinde Maslaki folgende an: Brzozogaj, Doly, Kamionka, Bolesławowo, Lipnica, Genowefa, Stogi und Czartowek.

In letzter Zeit wurden das Kantorat Kamionka an Maslaki angeschlossen, die Kantorate Stogi und Genowefa vereinigt und Kantorat Czartowek mit Gawrony zusammengelegt. Denn es waren aus diesen Dörfern viele Bauern nach Wolhynien weitergewandert, und die Gemeinden wurden zu klein, um noch einen eigenen Lehrer und Kantor zu unterhalten. Als sichtbares Zeugnis, daß diese Orte jedoch früher Kantorate waren, blieben ihre deutschen Friedhöfe. Die paar Zurückgebliebenen pflegten die Ruhestätten der Toten weiter und hielten się in würdigem Zustand.

Als sich im Laufe der Jahre das hölzerne Gotteshaus in Maslaki als viel zu klein erwies, um alle Besucher fassen zu konnen, wollte man anbauen oder umbauen. Infolge der hohen Umbaukosten war ein Teil der Gemeinde jedoch mit dem Umbau nicht einverstanden und wollte lieber in Lehmstadt/Kleczew eine neue Kirche errichten, wo künftig auch der Sitz des Pfarramtes sein sollte. In diesem Streit setzten sich schließlich die durch, die sich für den Umbau in Maslaki entschieden hatten. Nach langem Hin und Her wurde in den Jahren 1919/20 das Maslaker Gotteshaus unter Leitung des damaligen Gutsbesitzers und Kirchenvorstehers Christoph Lutzer aus Kopydlowo umgebaut, vergrößert und auch das Innere der Kirche mit Alter, Kanzel und Orgel neu ausgestattet. Nach der Instandsetzung gedachten unsere Glaubensgenossen, einen Pfarrer zu wählen und somit Maslaki in den Rang einer selbständigen Kirchengemeinde zu erheben, die nicht mehr eine von Konin abhängige Filiale war. Viel Wasser floß jedoch noch die Warthe hinab, ehe dieser Wunschtraum seine Verwirklichung finden konnte.


Jan Woltersdorf - Kłodawa - Lekkoatletyka - ŁKS - Pomoc

 

Damiana (Korwin-Kruczkowski) miałem przyjemność poznać w styczniu 2017 roku. Odwiedził "mój" Bukowiec wspólnie z Ulą Karolczak. Bardzo znana i poważana postać na terenie Konina i okolic. Współzałożyciel Stowarzyszenia FRYDHOF, regionalista, opiekun cmentarzy ewangelickich. Nie jestem w stanie wymienić jego wszystkich zainteresowań i zasług!

Damian i Ula podczas pamiętnej wizyty na cmentarzu ewangelickim w Bukowcu w styczniu 2017 roku.


Ważne, że kontakt w przedewszystkim w tematyce niemieckiego osadnictwa. W rozmowie telefonicznej zaproponowałem Damianowi, że z chęcią zamieszczę na moim blogu prośby do moich czytelników gdyby Damian kogoś lub czegoś szukał. Dzisiaj napisał do mnie z prośbą o osobę Jana Woltersdorfa, syna Alfreda i Pauliny Woltersdorfów.

Zwracam się z apelem do moich szanownych czytelników o pomoc, być może ktoś jest w stanie coś dodać w tym temacie?

Żródło: Encyklopedia ŁKS.

Jan Woltersdorf, syn Alfreda i Pauliny Woltersdorfów. Zapomniany długodystansowiec z Kłodawy. Urodził się 29 grudnia 1899 roku w Kłodawie jako syn Alfreda i Pauliny z Lange. Chrzest odbył się dzień później w parafii ewangelicko-augsburskiej w Przedczu; jego chrzestnymi byli Gustaw Woltersdorf i Karolina Lange z d. Jeske. Ojciec Alfred był stelmachem, od początku związany był ze strażą kłodawską, pełnił funkcje na stanowisku prądownika przy sikawce nr 2. Jan odbył służbę wojskową w 60. pułku piechoty wielkopolskiej w Ostrowie, gdzie od 1920 r. stacjonował ten pułk i być może to właśnie tam rozpoczął karierę biegową. Dzięki wątłej budowie i niskiej masie ciała osiągał dobre wyniki w biegach długodystansowych. Najważniejsze osiągnięcia sportowe Jana Woltersdorfa: • 1922 – zwycięstwo w Biegu Okrężnym „Głosu Polskiego” w Łodzi (4990 m w 16:38,5). • 1923 – zwycięstwa w dorocznym Biegu Kuriera Poznańskiego (4 km, rekord 12:24) oraz w 3. Biegu Kuriera Warszawskiego (6400 m w 22:05,3), gdzie imponował taktyką i finiszem na ostatnich 50 m. • 1923 – debiut na torze (3 km w 9:43,6). • 1923–1924 – triumfy w kolejnych biegach, w tym Biegu „Zamek–Belweder” i Okrężnym Biegu „Głosu Polskiego” w Łodzi; jego styl i umiejętność rozłożenia sił były wysoko cenione. • 1924 – dołączenie do sekcji lekkoatletycznej Łódzkiego Klubu Sportowego (ŁKS). W wywiadach podkreślał skromne początki, systematyczny trening od 1922 roku oraz proste posiłki przed zawodami. Był niskim, szczupłym blondynem, szeregowcem, nieśmiałym, ale pełnym dyscypliny sportowcem.

Niestety, dalsze losy Jana Woltersdorfa, w tym życie prywatne, rodzina i data śmierci, pozostają nieznane.




sobota, 22 listopada 2025

Łódź - Irena Janowska - Hajzler - Łódzkie dziewczęta - Okupacja - cz.2

 

Przyjaciółki Irenki, bez opisu. Wszystkie z okresu okupacji. Zdjęcie z ugór z prawej strony, stempel tłoczony: Foto Mentzel Lizmannstadt.

                                          Okres okupacji, Irenka wśród swoich przyjaciół.

Na górnych dwóch zdjęciach tata Irenki Józef Janowski, na pierwszym u góry pośrodku mama Marianna. 


Łódź - Irena Janowska - Hajzler - Łódzkie dziewczęta - Okupacja - cz.1

 Moja Teściowa Irenka Hajzler - Janowska zgromadziła naprawdę duże archiwum zdjęciowe. Odeszła kilkanaście lat temu, wielka szkoda... Zbyt późno zabrałem się za jej kolekcję. Ostatnie tygodnie przed śmiercią dużo rozmawiałem o tych zdjęciach, Jak mogła, leżąc opowiadała kto jest na niektórych zdjęciach. Nie zdążyłem przejrzeć wszystkich. 

Postanowiłem obecnie zajrzeć do nich, one wszystkie mają swoją historię, w szczególności łódzką. Na zdjęciach są przyjaciółki i przyjaciele Irenki w większości z lat niemieckiej okupacji. Myślę, że zamieszczając te zdjęcia na moim blogu te osoby odżyją, być może ktoś bliski rozpozna niektóre z fotografii.

Irenka urodziła się w Łodzi, ul. Kilińskiego 125, wyszła za mąż za Zenona Hajzlera, który urodził się niedaleko, bo pod numerem 118. Po ślubie zamieszkali także w Łodzi przy ul. Głębokiej 4. Ważnym miejscem jest również ul. Sucha 5, tam mieszkała po wojnie mama Irenki, Maria Janowska. Osoby na zdjęciach z pewnością są związane z tymi okolicami.



                                            Irena Janowska - Litzmannstadt - 1943
                                      Ręcznie: To jestem ja i moja koleżanka Aluśka.

                                                                      Bez opisu
Na pamiątkę miłej koleżance Joanna - Łódź 10.2.46. Stempel: Foto T.Michalak Łódź, Piotrkowska 33.
                                                       Piestrzeniewicz Zofia.
                                                            Hania Kombłowska

                              Foto - Atelier Eugen Kozakow, Litzmannstad, Ostlandstrasse 203


          Na pamiątkę Irysowi Helutek (Helenka Szurek), Litzmannstadt, 1.2.1943.

          Kochanej koleżance ofiaruję swą podobiznę Ździcha W. , dnia 10.1.1942.
                                      Na pamiątkę Irce Kanka K. Litzmannstadt 11.2.1942.