poniedziałek, 12 listopada 2018

Sieradz - Pomnik Piłsudskiego - Harcerz - Żołnierz - Synagoga - 1957

              Malutkie zdjęcie kupione kilka lat temu na giełdzie samochodowej w Łodzi, przeleżało w moich archiwach... Zacząłem szukać historii pomnika na forach, okazuje się, że jest bardzo ciekawa. Także komentarze uzupełniają jego historię, jeśli to prawda o materiale budowlanym pochodzącym z nieistniejącej Synagogi, tym bardziej jest to ciekawe!




Losy pomnika Józefa Piłsudskiego w Sieradzu.....
W Sieradzu miejscem, gdzie odbywa się większość uroczystości patriotycznych jest skwer pomiędzy ulicami Kościuszki i Żwirki Wigury. Tam też stoi okazały pomnik Marszałka Józefa Piłsudskiego.
W Sieradzu miejscem, gdzie odbywa się większość uroczystości patriotycznych jest skwer pomiędzy ulicami Kościuszki i Żwirki Wigury. Tam też stoi okazały pomnik Marszałka Józefa Piłsudskiego.
Jest to już drugi pomnik poświęcony jednemu z największych Polaków. Pierwszy ufundowali sieradzanie w latach 1927-28. Stanął on na na Skwerze Tadeusza Kościuszki, w miejscu, gdzie na placu kozackim Rosjanie wieszali Powstańców 1863-1864 roku, a w 1910r. Rosjanie zbudowali cerkiew. Tamten pomnik zbudowany został z różowego chęcińskiego piaskowca.
We wrześniu 1939 r. rozpoczęła się II wojna światowa. Do Sieradza wkroczyli Niemcy. Mimo, że w czasie okupacji wydali wojnę wielu pomnikom, to nie zniszczyli bryły pomnika sieradzkiego. Zatarto wówczas jedynie zaprawą wapienną wizerunek głowy Marszałka na owalnym medalionie tak, że był niewidoczny. Tabliczkę ktoś zdjął i ocalił. Także medalion z głową Marszałka został ocalony choć nie wiadomo kiedy i przez kogo.
Tak zmieniony pomnik stał na skwerze Pomnik ten w okaleczonym stanie stał na skwerze do 1948 r. Wtedy właśnie rozmontowano go, a prostokątne bloki w części zostały zużyte na obelisk Adama Mickiewicza w nowym parku, a w części na obelisk upamiętniający udział Chorągwi Sieradzkiej w bitwie pod Grunwaldem. Reszta bloków przez długie lata leżała wzdłuż ul. Żwirki i Wigury.
W miejscu pomnika Marszałka w 1949 r. ufundowano pomnik wdzięczności dla Armii Czerwonej i dla tych, którzy utrwalali „władzę ludową”.
Tak było do 1991 r. Zarząd Miasta, kierowany przez Prezydenta Janusza Marszałkowskiego, uchwałą nr 33/91 z 9 IV 1991r. zdecydował, że Marszałek Józef Piłsudski wrócił na dawne miejsce. Nowy pomnik Marszałka Józefa Piłsudskiego został uroczyście odsłonięty w dniu 3 Maja 1991 roku....
Tekst powstał w oparciu o artykuł A. Ruszkowskiego "Z dziejów pomnika Marszałka Józefa Piłsudskiego w Sieradzu", Na Sieradzkich Szlakach, nr 1/2008 *

Wojciech Malczewski Z tym pomnikiem w latach 1949-1991 to chyba nie do końca tak było. O ile mnie pamięć nie myli, to przed nastaniem pomnika w obecnej wersji był bardzo podobny, zresztą możliwe, że kolumna obecnego jest kolumną z tego poprzedniego. Był on poświęcony m. in wdzięczności Armii Czerwonej, choć nie tylko. Szczegółów z tablicy nie pamiętam, ale najważniejsze jest, że tablice obecne teraz na pomniku są tablicami, które były poprzednio, tyle, że zamieniono je stronami. Jeśli spojrzy się na nie od wewnątrz, tzn. od strony kolumny, to można odnaleźć stare napisy.
Zarządzaj
Lubię to!Zobacz więcej reakcji
Odpowiedz1 l
Wojciech Kowalczyk Tak było. Jeśli mnie pamięć nie myli to w 1984r Stary pomnik otoczono wysokim parkanem z desek , i zburzono. Wystawiono ten w obecnej postaci - z innymi napisami i CHYBA o jeden "klocek" wyższy.
Zarządzaj
Lubię to!Zobacz więcej reakcji
Odpowiedz1 l
Gocha Ejchman To ja dodam, jeśli i mnie pamięć nie myli :) iż projektantem współczesnej wersji podobizny Marszałka jest nauczyciel pobliskiego liceum Pan Zbigniew Lubczyński (znany jako Pędzel")... podkreślam: JEŚLI MNIE PAMIĘĆ NIE MYLI:D
Zarządzaj
Lubię to!Zobacz więcej reakcji
Odpowiedz1 l
Janusz Wawrzyniak Przed pomnikiem na tym placu stała przed wojną synagoga z której niektóre elementy zostały użyte do budowy pomnika i wystroju tego parku czytałem o tym chyba w na sieradzkich szlakach






* Materiał pochodzi z:
Losy pomnika Józefa Piłsudskiego w Sieradzu..... W Sieradzu miejscem, gdzie odbywa się większość uroczystości patriotycznych jest skwer pomiędzy ulicami ...

czwartek, 8 listopada 2018

Adwokat - Piotrków Trybunalski - Łódź - Wspomnienia - Kino - Dorożka - Dzieciństwo - 1906-1916 - cz.8


       To stanie mnie męczyło i omdlewała ręka. Normalne skrzypce były dla mnie za duże, więc kupiono tzw. połówkę tj. o połowę mniejsze od normalnych, ale to nic nie pomogło. Lekcja muzyki była dla mnie postrachem, tym bardziej, ze nie okazywałem żadnego talentu w grze na skrzypcach. na szczęście pierwsza wojna światowa uratowała mnie z tego, ale tylko na pewien czas, bo już pod jej koniec, zaczęła się ta udręka od nowa. Szkoda, że Ojciec zachwycił się Hubermanem a nie jakimś pianistą światowej sławy, gdyż wtedy uczono by mnie gry na pianinie, które zresztą było w domu.
       W mieszkaniu naszym było już światło gazowe, gdyż pod koniec XIX wieku, wybudowano w Piotrkowie gazownię, pamiętam jednak również lampę naftową, gdyż była zabierana, gdy wyjeżdżaliśmy na letnisko. Była to duża stojąca lampa z ozdobnym szklanych kloszem, rzucająca światło w krąg na stole, koło którego wieczorem wszyscy się skupiali wytwarzała ciepły nastrój rodzinny.
        Z wczesnego dzieciństwa utrwaliła mi się przejażdżka łódką, w której wiosłował Ojciec, a to dlatego, że moja Mama bardzo się na niego gniewała, gdyż wiosłując nieumiejętnie, pryskał wodą do łódki. W tym miejscu odtwarzam ubranie Mamy. A więc na głowie szeroki kapelusz pełen sztucznych kwiatów na rondzie, a czasem wśród kwiatów głowa ptaszka. Kapelusz przymocowany był do włosów dwoma długimi szpilkami. Mam miała bardzo bujne włosy, tak dalece., że gdy była panną, wycinano jej ze środka, gdyż nadmiernie ciążyły. Włosy zaczesywano do góry. Sukienki i spódnice były długie, tak, że prawie dotykały ziemi a pod nimi noszono sztywne gorsety, sznurowane z tyłu, sięgające od połowy piersi aż poniżej bioder. Był to prawdziwy pancerz, nie wygodny i niehigieniczny. Buty zimą były wysokie do połowy łydki, sznurowane.
        I jeszcze kilka słów o kinematografie (tak wówczas nazywano kino). W Pamięci pozostały urywki kilku filmów, które wywarły na mnie największe wrażenie. A więc film batalistyczny z wyprawy Francuzów na Moskwę. Widzę jeszcze jakąś zaśnieżoną fortyfikację i ludzi strzelających dymnym prochem i karabinów.
        Drugi film, również batalistyczny, prawdopodobnie opiewający czasy wojny secesyjnej w Stanach Zjednoczonych. Widzę więc oficera w kapeluszu a la skautowski, który dla zabawy fechtuje się z synkiem, będącym w moim wieku, a potem zostaje aresztowany pod zarzutem szpiegostwa.
        W innym filmie rzecz się dziej na księżycu. Są tam ludzie, ale nie przybyli z ziemi a "auchtochtoni". Aby udziwnić ich wygląd - nie mieli rąk i tak ich pamiętam. Wreszcie jeszcze jeden film - seryjny. Bohaterem jest człowiek stworzony przez uczonych w probówce. Tytuł serialu - "Homunculus". Ma on fantastyczne szczęście. Pamiętam, jak w grze w karty wyciąga zawsze asa. Poza tym dysponuje ogromną wiedzą, ale dowiaduje się wreszcie, że nie jest normalnie urodzonym człowiekiem, a więc nie ma duszy i postanawia się nad ludzkością, niszcząc cywilizację. Jeszcze teraz widzę te zniszczenia jakie poczynił na ziemi. Myśl o powszechnej zagładzie, spowodowanej przez samego człowieka, jest więc wiele wcześniejsza niż wynalezienie bomby atomowej.
         Wówczas nie było samochodów i zimą była prawdziwa sanna na ulicach miasta. Dorożkarze odstawiali swoje dorożki i zaprzęgali konie do sanek tzw. "petersburskich". Były to małe sanki na żelaznych płozach. Z tyłu było siedzenie tylko dla dwóch osób, a dorożkarz stał z przodu, opierając się wysoką, wąską deską, zastępującą mu siedzenie, chroniony z przodu wysokim wygięciem sanek ku górze. Pamiętam jeszcze charakterystyczne blaszki z numerem dorożki, jakie nosili dorożkarze zawieszone na plecach.
          W zimie ubierano mnie w tzw. baszłyk. Była to moda rosyjska, powstała na skutek panujących tam siarczystych mrozów. baszłyk był to kaptur, przeważnie koloru popielatego, beżowego lub białego, z bardzo długimi końcami. zakładało się go na czapkę, a końce krzyżowano na piersiach i zawiązywano dookoła w pasie.

                                                       - ciąg dalszy nastąpi -

środa, 7 listopada 2018

Dzierżbice - Kutno - Ksiądz - Grupa - 1917

    Zdjęcie jako ciekawostka - formatu pocztówkowego, prezentuje je, gdyż jest kawałkiem historii tej małej miejscowości. Dedykacja:
 Od Księdza na pamiątkę, Państwo Iżmanowscy dla Marysi Cywinskiej.
Dzierżbice, dn. 28 sierpnia Roku 1917.





wtorek, 6 listopada 2018

Adwokat - Piotrków Trybunalski - Łódź - Wspomnienia - ŁKS - Concordia - Huta szkła - Dzieciństwo - 1906-1916 - cz.7


             Odniosłem wrażenie, że ostateczny uraz spowodowany został wypadkami 1905-1906 roku, kiedy to rewolucyjni robotnicy podzielili się na dwa odłamy, jeden stanowiła Polska Partia Socjalistyczna (PPS), a drugi Narodowa
 Partia Robotnicza (NPR) i w rezultacie, zaczęli się wzajemnie mordować.
             Jeśli idzie i pomijanie w opowiadaniach spraw polsko-rosyjskich, to później zrozumiałem, że chodziło Ojcu o to, aby nie robić ze mnie nieszczęśnika, cierpiącego już od dziecka na kompleks niewolnika, gnębionego jarzmem zaborcy. Nikt wówczas nie przypuszczał, że Polska stała już u progu niepodległości - przeciwnie sytuacja wyglądała wprost beznadziejnie.
             Gdy jednak chodzi o Niemców, to Ojciec nie szczędził w swych opowiadaniach opisów walk, toczonych przez Polaków z zachłannością germańską.
             Wywołał tym skutek zupełnie przez siebie nieoczekiwany. Otóż Rodzice moi uważali, ze obcego języka należy uczyć się od dziecka i wybór padł na język niemiecki. Oboje zresztą mówili zarówno językiem niemieckim, jak i rosyjskim. W tym celu została zaangażowana dla mnie niemiecka bona, ale cóż z tego, kiedy przejęty opowiadaniami Ojca, nie chciałem słowa powiedzieć po niemiecku. Bona mordowała się ze mną szereg miesięcy, ale wobec mego, iście oślego uporu, zrezygnowała z pracy.
             Wobec tego Ojciec wpadł na inny pomysł. Przyszedł do przekonania, ze prędzej zacznę mówić, gdy zajmę się zabawą. W tym celu zaangażował chłopca w moim wieku, Niemca, syna majstra hut szklanych w Piotrkowie. Według porozumienia z ojcem chłopca, musiał on przychodzić do mnie i bawić się ze mną, za co otrzymywał obiad i kolację, oraz jego ojciec - zapłatę. Ale i z tego nic nie wyszło, bo ów Niemczak unikał również mówić po polsku i w tym języku ze mną rozmawiał.
            To moje przekonanie, że Niemcy są naszym jedynym wrogiem, objawiało się czasem dość zabawnie, a mianowicie:
             W roku 1912 czy 1913, Ojciec zabrał mnie na mecz piłki nożnej, "futbolowy", jak to wówczas z angielska mówiło. Piłka nożna w zaborze rosyjskim była wówczas dopiero w powijakach, a dla mnie był to pierwszy mecz tego rodzaju, jaki w życiu oglądałem. Mecz rozgrywał się pomiędzy jakąś łódzką drużyną, prawdopodobnie późniejszym ŁKS-em, a drużyną piotrkowską, zorganizowaną przy hucie szkła - późniejszą "Concordią". Nic się oczywiście na grze nie rozumiałem, ale nieustannie pytałem Ojca, kto wygrywa, czy Niemcy (tj.łodzianie). czy Polacy (tj.piotrkowianie).
             Prawdziwą jednak udręką były dla mnie - skrzypce! ojciec tak się kiedyś zachwycił grą Bronisława Hubermana, skrzypka światowej sławy, ze postanowił mnie nauczyć gry na tym instrumencie i w tym celu zaangażował nauczyciela. Byłem chłopcem wątłym, karmionym ciągle różnymi wzmacniającymi środkami, z których jeden świetnie zresztą pamiętam, bo mi smakował. Otóż nabijano gwoździami jabłka, które po wyciągnięciu zostawiały ślady rdzy. Według lekarza, miało to być naturalne spożywanie żelaza. Ucząc się gry na skrzypcach, trzeba nie tylko stać, ale ponadto lewą ręką trzymać w górze podtrzymując instrument wetknięty pod brodę.

                                                         - ciąg dalszy nastąpi -

           

poniedziałek, 5 listopada 2018

2 wojna światowa - Trup - Żołnierze - Wehrmacht - Bunkier - Francja ? - 6.6.1940 - cz.2

      Następne 5 zdjęć, bardzo drastycznych... Jest to przestroga dla obecnych pokoleń, wielu zapomniało co to jest wojna... Buduje się strzelnice, w gimnazjach zakłada się klasy mundurowe... Nie uczy się historii prawdziwej, której przewodnim tematem jest walka o pokój, dobrosąsiedzkie stosunki z sąsiadami Polski.. Nauka posługiwania się karabinem prowadzi do tragedii...













2 wojna swiatowa - Czołg - Działko przeciwlotnicze - Wehrmacht - Francja ? - 6.6.1940

          Odnalazłem w swoich archiwach 7 zdjęć, bardzo ciekawych zarazem bardzo drastycznych! Wszystkie są oryginałami o wymiarach 7,0x9,0 cm. Nie znam się na uzbrojeniu, dlatego nie chcę się wymądrzać w tym temacie, opinie zostawiam czytelnikom (być może ktoś pomoże mi w rozpisaniu tych zdjęć?). Na pierwszym z nich jest podane, że jest to 16-to tonowy czołg pancerny, pozwoliłem sobie napisać Francja, gdyż tak mi się wydaje. Następne zdjęcia będą bardzo drastyczne, pokazują zwęglone zwłoki żołnierzy, tylko dla czytelników z mocnymi nerwami...










Adwokat - Piotrków Trybunalski - Łódź - Wspomnienia - Freblówka - Policja carska - Sokół - Dzieciństwo 1906-1916 - cz.6


           Freblówka mieściła się parterowym budynku, a na poddaszu  znajdowała się izba, w której
p. Kwiatuszyńska uczyła czytać i pisać po polsku. Była to tajemnica, gdyż nie miała ona zezwolenia od władz rosyjskich. O tym miejscu nauki dowiedziałem się dopiero, gdy miałem siedem lat i zaprowadzony zostałem tam, dla nauki.
           W związku z tym przypominam sobie taką scenę: Pewnego dnia dnia schodzę z tego poddasza i na dole, przy schodach widzę p. Kwiatyszyńską i jej matkę, a przede wszystkim policjanta rosyjskiego t.zw. wówczas "stójkowego". Nosili ciemne mundury (czarne? ciemno-granatowe?) i charakterystyczny czerwony sznur, który wisiał na szyi i schodził do kabury dużego pistoletu, do którego był przyczepiony. Gdy byłem już prawie na dole, policjant spytał mnie niespodziewanie po polsku:
  - Co robiłeś na górze?
            Mimo, że nikt mnie nie uprzedzał, iż nie wolno mówić o tym nauczaniu, byłem w tym wieku, że wyczuwałem obecność władzy rosyjskiej w stosunku do Polaków. Już w domu zauważyłem, jakie uczucie niechęci wywołuje urzędowa wizyta władzy rosyjskiej, jak pewne piosenki śpiewa się cicho i tp. Co odpowiedziałem owemu policjantowi - nie pamiętam, ale w każdym razie nie to, że się tam uczę. Co wówczas z miejsca skomponowałem, musiało być udane, skoro po odejściu policjanta, zarówno p. Kwiatuszyńska, jak i jej matka, serdecznie mnie ucałowały.
            Do dzisiaj pamiętam także pierwsze słowo, jakie w swym życiu przeczytałem; pamiętam nawet miejsce i porę dnia w której to nastąpiło. Było to słowo "anioł". Stwierdzenie, ze z tych poszczególnych literek można złożyć wyraz, było dla mnie tak wielkim i wstrząsającym objawieniem, że fakt ten na zawsze wrył mi się w pamięć.
            Chodząc do freblówki nosiłem jeszcze długie włosy, obcięte "na polkę", aż pewnego dnia się zbuntowałem. Chodziło o to, że chłopcy pociągali mnie za nie wołając "dziewczynka". Ojciec stanął po mojej stronie i zaprowadził do fryzjera, a gdy z dumą wróciłem do domu, Mama była oburzona, że mnie tak ojciec oszpecił.
           Po drzemce popołudniowej, gdy była pogoda, zabierał mnie Ojciec na spacer za miasto. Bardzo lubiłem te spacery, bo opowiadał mi wówczas różne ciekawe rzeczy. Opowiadanie te, to była po prostu historia Polski, podana w przystępnej dla dziecka formie. Ciekawe jednak, że opowiadania nigdy nie dotyczyły spraw polsko-rosyjskich, a przecież Ojciec już wówczas należał do tajnego "Sokoła".
           "Sokół" była to patriotyczna organizacja polska, zajmująca się rozwojem świadomości narodowej i tężyzny fizycznej swych członków  (gimnastyka, sport, turystyka i tp.). Organizacja ta dozwolona była z zaborze austryjackim, gdzie istniał już wówczas ograniczony samorząd polski, ale zabroniona była w zaborze pruskim (tj. niemieckim) i rosyjskim. Pamiętam do dzisiaj melodię i treść "Marszu Sokołów":
           " Ospały i gnuśny, zgrzybiały ten świat,
              Na nowe on życie koleje,
              Z wygodnej pościeli nie dźwiga się rad,
              A ciało i dusza w nim mdleje.

              Hej bracia sokoli dodajcież mu sił,
        bis 
              By życia zapragnął, by powstał i żył.
            
              Przytaczam go tutaj na pamiątkę, bo spółka hitlerowsko-stalinowska zlikwidowała w roku 1939 tę organizację i wiele jeszcze wody upłynęło w Wiśle, zanim zostanie reaktywowana.
             Gdy chodziłem już do gimnazjum i stałem się mądrzejszy, zorientowałem się, ze Ojciec nie lubił polityki, nie lubił nawet o niej mówić. Po uzyskaniu niepodległości był wieloletnim, aż do śmierci, ccłonkiem zarządu wielu organizacji w Piotrkowie jak np. "Sokoła", "Ochotniczej Straży Pożarnej", "Stowarzyszenia Właścicieli Nieruchomości" itp., ale nigdy nie należał do jakiegoś stronnictwa politycznego.

sobota, 3 listopada 2018

Dokument - Ewangelicy - Jastrzębowo - Czeniejewo - Lisnowo - Czarne Dolne - Świecie n.Osą - Rogóźno - Grudziądz - Kwidzyń - cz.1


             Naście lat temu kupiłem na Flohmarku w Langenhagen teczkę z mnóstwem dokumentów w języku niemieckim. Kupiłem ją z dwóch powodów, po pierwsze walory filatelistyczne (kartki pocztowe)z lat 30 i 40 ubiegłego wieku, także fakt, że w wielu dokumentach i zapiskach były miejscowości polskie. Celem osoby która gromadziła te dokumenty było drzewo genealogiczne, tak obszernego wykazu nigdy wcześniej nie spotkałem. Nie zdawałem sobie sprawy jaką wartość mają te dokumenty obecnie, kiedy zajmuję się cmentarzami ewangelickimi. Brakuje tych informacji (które gromadził przez lata Reinhold Müller z Hamburga) w wielu miejscowościach w których zachowały się szczątki cmentarzy ewangelickich. Ten materiał który zachowałem przez lata, być może przyda się poszukiwaczom historii, szukających brakujących informacji. Jak wielki jest to obszar zgromadzony przez Reinholda, niech świadczą daty urodzin ludzi z początków 1500 roku! Większość dokumentów jest pisana ręcznie, w dodatku "maczkiem". Nie podejmuję się ich tłumaczenia, na poszczególnych stronach można znaleźć miejscowości, które obecnie znajdują się na terenie Polski. W wielu odcinkach będę zamieszczać te dokumenty, jeśli ktoś z państwa znajdą coś dla siebie, będę bardzo zadowolony!

                            Miejscowości: Jastrzębowo i Czerniejewo.

Miejscowości:
Lisnowo (1939–1942) Groß Leistenau
Czarne Dolne (niem. Niederzehren) - Kwidzyń (Marienwerder).
Świecie nad Osą (deutsch 1939–1945 Schwetz.

  
Miejscowości:
Szembruczek (Kleinschönbrück)
Przeczno (Ballrau)
Rogóżno /Grudziadz - Graudenz / Roggenhausen  

piątek, 2 listopada 2018

Kresy - Lwów - Światowid - Konkurs Fotograficzny - Stary cmentarz żydwoskiski - Judaika - Cerkiew - 1925

  W numerze 8-mym Światowida z 21 lutego 1925 roku, zamieszczono zdjęcia konkursowe zainicjowane przez redakcję tygodnika. Z ośmiu nagrodzonych fotografii, aż 3 nagrody zdobył Władysław Zapalski z Chęcin. Na tych 3 zdjęciach są motywy ze Lwowa. Widać, że był fanem tego przepięknego miasta. Niektóre z tych motywów już nie istnieją, cudownie, że pozostały zdjęcia...


       Nagroda (400 zł)- P.Władysław Zapalski (Chęciny): Stary cmentarz żydowski we Lwowie.

                                  Nagroda (400 zł)- P.Władysław Zapalski (Chęciny):
                                     W przedsionku cerkwi św. Mikołaja we Lwowie.

                                  Nagroda (400 zł)- P.Władysław Zapalski (Chęciny):
                                 Fragment attyki domu Jana Sobieskiego we Lwowie.


Władysław Reymont - Nobel - Chłopi - Śmierć - Pogrzeb - Warszawa - Stefan Żeromski - Światowit - 1915 - 1925 - cz.2

          W numerze Nr.51 w Światowidzie z 19 grudnia 1925 strona 16)  relacja i zdjęcia z pogrzebu naszego wielkiego wieszcza Władysława Reymonta:

                                              POGRZEB TWÓRCY CHŁOPÓW.

 Rodzina zmarłego, Prezydent i Rząd Rzeczypospolitej w kondukcie pogrzebowym na placu Zamkowym w Warszawie: 910 Prezydent, (2) Marszałek Sejmu Rataj, (3) Premier dr. Skrzyński, (4) Min. Spraw Wewnętrznych Raczkiewicz.

Kapituła i duchowieństwo w kondukcie pogrzebowym. Kondukt prowadzi, w zastępstwie chorego kardynała arcybiskupa ks. Kakowskiego, biskup podlaski ks.dr. Henryk hr. Przeździecki.

Min. W.R.i O.P. dr. Stanisław Grabski (x) przemawia na placu Zamkowym, imieniem Rządu, nad trumną Zmarłego, niesioną przez Krakusów.

Poeta Relidzyński niesie w kondukcie pogrzebowym na poduszce odznaczenia zmarłego: Wielką wstęgę orderu Polonia Restituta.

Delegacje włościańskie w kondukcie pogrzebowym. Na pierwszym planie wieniec Chłopów z Sierdzkiego.

          Kondukt pogrzebowy skręca z ulicy Wierzbowej na plac Teatralny, przed gmach Opery.

Władysław Reymont - Nobel - Chłopi - Śmierć - Stefan Żeromski - Światowit - 1915 - 1925 - cz.1

         W niecałe 16 dni 1925 roku, polska literatura, także cały Naród, poniosły niepowetowaną stratę.W dniu 20 listopada zmarł Stefan Żeromski, 5 grudnia odszedł Władysław Reymont. Tygodnik ilustrowany "Światowid"na stronach tytułowych jak i w środku obszernie opisuje te tragiczne informacje, dodając także bardzo dużo fotografii z ceremonii pogrzebowych. Skoncentrowałem się na Władysławie Reymoncie, gdyż jest mi bardzo bliski. Pasjonuje się jego książkami, także jego bardzo bliska obecność od mojego miejsca zamieszkania. Domek w którym mieszkał w Prażkach (10 km) jak i stacja kolejowa Wolbórka (18 km) gdzie pracował jako pomocnik dróżnika. Na ten temat pisałem w 2015 roku:

Wolbórka - Stacja kolejowa - Czarnocin - Będków - Smutek ......




Po stracie, jaką literatura, a z nią cała kultura narodowa polska poniosła przez śmierć Stefana Żeromskiego, nie mógł w nią uderzyć sroższy cios od zgonu Władysława Reymonta, genjalnego twórcy "Chłopów", laureata nagrody Nobla, pisarza, którego talent podziwiała nie tylko Polska, ale i cały świat.



środa, 31 października 2018

Kresy - Prut - Haculi - Ukraina - Światowid - 8.11.1924

 Jestem w posiadaniu pełnego rocznika tygodnika "Światowid", zestawu pięknego czasopisma. Mnóstwo fotografii i opisów z Polski i ze świata. W związku z tym, że w tym roku odwiedziłem piękną Ukrainę, zwiedzałem z przyjaciółmi wiele miejsc gdzie żyli i mieszkali Haculi. Dlatego jako pierwsze wstawiam artykuł pod tytułem:
                                  Z MALOWNICZEGO ZAKĄTKA POLSKI
      Jednym z najpiękniejszych zakątków Rzeczpospolitej jest niewątpliwie okolica Prutu. Malownicze krajobrazy oraz doskonałe warunki klimatyczne ściągają tam rok rocznie tysiące kuracjuszy z najdalszych stron Polski. Okolice te zamieszkują Haculi, sposobem życia i zatrudnieniem przypominający naszych górali tatrzańskich. Również i ich stroje są zbliżone bardzo do strojów naszych Zakopiańców. Malowniczość terenów zamieszkałych przez hacułów jak i ich stroje i zabawy ludowe były tematem wielu polskich malarzy. Aksentowicz uwiecznił w wielu obrazach zwyczaje ludowe hacułów jak "wesele", "święcenie Jordanu" i.t.d. Również wiele interesujących tematów czerpał wśród tej ludności znakomity malarz ś.p. Dębicki.
      Ludność haculska w odróżnieniu od ludności ruskiej nie zajmuje się zupełnie polityką. Wobec naszych włądz jest zupełnie lojalną i ani nie myśli o przewrotowych koncepcjach Petruszewicza. To też rząd polski otacza tę ludność ojcowską opieką, tem potrzebniejszą iż - jak wiadomo - wśród hacułów panują od wielu dziesiątek lat nagminnie choroby zaraźliwe. Rząd nasz ze strasznymi temi chorobami walczy skutecznie, i jest nadzieja, że w niedługim już czasie zaraza ta zostanie w zupełności wytępioną. Przyczyni się to do wzmożenia napływu kuracjuszów do Worochty, Jaremcza i innych podkarpackich miejscowości.

                           Typowa zagroda gospodarza na Haculszczyźnie.

                 Lepianki hacułów, którzy zagrody swe stracili w czasie wojny.

                              Haculi w odświętnych strojach na odpuście. Na pierwszym planie bogaty
                                                           gospodarz z nieodstępną fajką.

                                  Dziewczę haculskie w drodze do cerkwi. (Fot.K.Strzelecki)

                           Hacuł rozmawiający ze swym sąsiadem przy pomocy długiej trąby.

                    Grupa hacułek w malowniczych strojach ludowych na odpuście.

                                      Transport mleka i bryndzy z gór do doliny.

poniedziałek, 29 października 2018

Adwokat - Piotrków Trybunalski - Łódź - Wspomnienia - Wrocław Klinika Cesarska - Ciechocinek - Dzieciństwo 1906-1916 - cz.5



              W tym Ciechocinku upamiętnił mi się również inny fakt. Mieszkaliśmy wówczas w "Kruszynie", a więc był to rok 1912, czyli miałem sześć lat. Po południu chodziło się do parku "na wody" i koncert. Koncertowała wówczas jakaś duża orkiestra wojskowa rosyjska.Najpierw jednak wstępowaliśmy w tym parku na kefir, do pawilonu Sigaliny, warszawskiego wytwórcy kefiru. mam kupowała go w abonamencie i gdy Źle się czuła i nie szliśmy do parku, wysyłała mnie po kefir z kartą abonamentową.
             Pewnego dnia pobiegłem po kefir. Były to czasy, kiedy nawet takiemu małemu chłopcu, nie dawano w Polsce butelki bez zapakowania w papier. Tak też się stało i tym razem. Gdy biegłem z powrotem udając pociąg, wziąłem w jedną rękę butelkę za szyjkę, nie zdając sobie sprawy, co stać się musi. Butelka wysunęła się z papieru, upadła i rozbiła się. Wystraszony pobiegłem do domu i powiedziałem, że kefiru nie dostałem. Było to moje pierwsze kłamstwo. Mama stwierdziła, ze abonament jest przecięty i wierząc mi, postanowiła udać się następnego dnia z pretensją.
             Rozmowa z ekspedientką odbyła się w mojej obecności:
             - Dlaczego nie dała pani chłopcu kefiru, mimo przecięcia abonamentu?
             - Jeżeli przecięłam abonament, to na pewno chłopcu kefir dałam.
             - On twierdzi, ze nie dostał, a on nigdy nie kłamie.
 W tym momencie się "załamałem" i pociągnąłem mamę za sukienkę. Zwróciła się do mnie:
             - O co ci chodzi?
             - Ta pani mówi prawdę, kefir dostałem, ale w drodze butelka wypadła mi z ręki i potłukła się.
Mam poczerwieniała i przeprosiła ekspedientkę. Spodziewałem się na lada "bury", ale o dziwo, Mama mnie nie ukarała a tylko, gdy odeszliśmy, powiedziała:
             - Dobrze zrobiłeś, że się przyznałeś.
             Kary, jakie Mama stosowała, były następujące, zależne od wagi przewinienia; stanie w kącie, stanie w kącie twarzą do ściany, klęczenie w kącie, klęczenie w kącie z rękami podniesionymi do góry. Kara kończyła się wówczas, gdy podchodziłem i przepraszając, całowałem Mamę.
             Gdy tylko byłem dostatecznie duży, prowadzono mnie do freblówki. Freblówkami nazywano ówczesne przedszkola, powstałe na zasadach naukowych, opracowanych przez znanego niemieckiego pedagoga Fröbla. Właścicielką freblówki była p. Jadwiga Kwiatuszyńska, która była tez moją pierwszą nauczycielką. Dzieci spędzały tam całe przedpołudnie bawiąc się, układając klocki, uprawiając gry ruchowe, śpiewając, wykonując różne drobne roboty ręczne jak np. wycinanie ramek "laubzegą" i tp. tam też pierwszy raz zwróciłem uwagę na urodę dziewczynek, która tak mi się podobała, że zawsze stawałem z nią do porannej modlitwy, odmawianej stojąc parami. Do dzisiaj pamiętam jej nazwisko - Szachowska.
             Na uroczyste święta p. Kwiatuszyńska urządzała przedstawienia i w ten sposób stałem się "aktorem". Wtedy to Mama nauczyła mnie tańczyć walca, gdyż grałem królewicza w bajce "Kopciuszek" i ta umiejętność potrzebna mi była na scenie. Przypominam sobie, że również grałem Jasia w bajce "Ja i Małgosia", a upamiętniło mi się to dlatego, że gdy z Małgosią położyłem się spać w chacie czarownicy, leżąc mrugałem oczyma, wywołując śmiech na sali.
             Jeśli chodzi o tańczenie, to później wszystkich tańców nauczyłem się sam, obserwując tańczących.

                                                            
                                                         - ciąg dalszy nastąpi -

Adwokat - Piotrków Trybunalski - Łódź - Wspomnienia - Wrocław Klinika Cesarska - Ciechocinek - Dzieciństwo 1906-1916 - cz.4



               Bardzo wcześnie otrzymałem łyżwy i już jako mały chłopiec umiałem na nich jeździć, ale nigdy nie doszedłem w nich do perfekcji, kończąc swoje umiejętności na t.zw. "holendrowaniu". Holendrowaniem nazywano zataczanie łuków na zmianę, to na jednej, to na drugiej nodze, zawsze na zewnątrz.
               Rodzice mówili mi, że jak tylko nauczyłem się chodzić. i wymawiałem pierwsze słowa, nie lubiłem żeby mnie prowadzono za rękę; zaraz się wyrywałem wołając, że chcę "siam" iść. Rodzina zdrobniła moje imię z Karola na "Lolka" i tak mnie nazywano. Gdy pytano mnie kim chcę zostać, twierdziłem, że będę stangretem, bo mi się to zajęcie bardzo podobało. Pamiętam jakie wrażenie wywołało na domownikach moje trafne odczytanie godziny z zegara w pokoju stołowym. Nie umiałem wtedy jeszcze czytać, ale znałem już cyfry.
               Ponieważ, ani farmakologicznie, ani balneologiczne leczenie nie pomogło Mamie, więc w 1912 roku udała się znowu do Wrocławia, do tej samej "Kliniki Cesarskiej", tym razem na operację. Kiedy odbyła się ta operacja dokładnie nie wiem, gdyż z ocalałych dokumentów wynika, że była tam dwa razy t.j. od 27.6 do 23.7.1912 r. i w pół roku później t.j. od 28.1 do 3.3.1913 r. i że operował ją prof.dr. Küster. W każdym razie, na skutek tej choroby i operacji, nie mogła mieć już więcej dzieci i dlatego zostałem jedynakiem.
                Z tych najdawniejszych czasów przypominam sobie jeszcze, jak wywieszano w rosyjskie święta państwowe (t.zw. "galówki"), trzy kolorowe chorągwie na domach (barwy: czerwona, biała i ciemno-niebieska) i jak raz na głównej ulicy Piotrkowa - ul.Kaliskiej (obecnie ul.Sienkiewicza), nazywanej przez ciotki moje w żargonie uczniowskim "Kaliszem", paradował jakiś rosyjski dygnitarz w ogromnym "pierogu" na głowie i szpadą przy boku. Tych "galówek", ku radości uczniów, było bardzo dużo, gdyż każda rocznica związana z domem panującym i rodziną cara, była obchodzona ową "galówką", w czasie której nie było lekcji.
                Na lato jeździliśmy często do Ciechocinka, jako kurortu bardzo wskazanego dla dzieci. Chodziło tu o mnie, gdyż byłem dzieckiem mizernym, a i Mama zażywała kąpieli na swe dolegliwości. Wówczas w kurortach istniały t.zw. 3 sezony po 6 tygodni każdy. Pierwszy trwał od 15 maja do 30 czerwca; drugi od 1 lipca do 15 sierpnia, a trzeci od 15 sierpnia do 30 września. Jeździło się na cały sezon, a więc na 6 tygodni.
                Wiem, że w roku 1912 mieszkaliśmy w willi "kruszyna", niedaleko lasku sosnowego i wtedy też byłem z Mamą pierwszy raz w Toruniu, leżącym wówczas na terenie Niemiec. W 1913 roku mieszkaliśmy też w tej samej części Ciechocinka w willi "Meystra" i tam pierwszy raz widziałem w naturze polskie kontusze, w które pewnego dnia przebrała moich dwóch kolegów zabaw, ich matka, mieszkająca w tej samej willi.
                Przebywając w Ciechocinku chodziłem każdego popołudnia do zakładu gimnastycznego pana Nebla, gdzie z całą grupą innych dzieci, uprawialiśmy gimnastykę szwedzką. Moja Mama całe życie ją ćwiczyła w domu, więc na mnie coś z tego przeszło, gdyż wykonywałem ćwiczenia tak sprawnie, iż pan Nebel wyznaczył mnie na przewodnika, co polegało na tym, że on pokazywał ćwiczenia, stojąc twarzą do grupy a vis a vis niego stałem ja i ćwiczenie powtarzałem, a za mną cała grupa. Wszystko to odbywało się jednocześnie.Tam też przeżyłem jedną ze swoich dziecięcych tragedii. Co niedzielę p.Nebel urządzał jakieś zabawy i raz zorganizował wyścigi. Zawsze uważałem, że dobrze biegam, ale do wyścigu stanęła cała ćwicząca grupa, w której było wielu dużo starszych ode mnie chłopców. Nic dziwnego, że kilku z nich mnie wyprzedziło. Byłem zrozpaczony, płakałem twierdząc, że to niesprawiedliwy wyścig, bo jak można stawiać do biegu takiego małego chłopca jak ja, razem z takimi dużymi chłopakami. Ani Mama, ani pan Nebel nie mogli mnie uspokoić. Pan Nebel dawał mi taką samą zabawkę, jaka dostali w nagrodę wygrywający wyścig chłopcy, ale ja jej za nic przyjąć nie chciałem, bo przecież biegu nie wygrałem i nie przyjąłem.
              Matka moja nigdy mnie nie strofowała przy ludziach, ani na ulicy, nie mówiąc już o jakimś szarpaniu lub biciu.. Wystarczyło, że spojrzała na mnie i powiedziała: "Dobrze - porozmawiamy w domu", miała przy tym tak rozkazująco przenikliwy wzrok, że mi to zupełnie wystarczało, chociaż były wyjątki, jak w wyżej opisanej scenie u p.Nebla, gdzie poczucie niesprawiedliwości i krzywdy, przewyższyło wpływ Mamy.. Zresztą nie tylko ja bałem się tego jej wzroku; gdy była zagniewana, bali się go także wszyscy domownicy, służba i pracownicy Ojca. 

                                                        
                                                                     - ciąg dalszy nastąpi -
         

niedziela, 28 października 2018

Adwokat - Piotrków Trybunalski - Łódź - Wspomnienia - Mariawici - Dzieciństwo 1906-1916 - cz.3



       Otóż okazuje się, że działo się to wszystko w 1910 roku, miałem więc 4 lata, a rzecz przedstawiała się następująco:
       W 1908 r. Ojciec mój dostał zapalenie ucha środkowego. Jest to choroba bardzo bolesna. Udał się do lekarza w Piotrkowie, a ten oświadczył, że konieczna jest operacja i zalecił wyjazd w tym celu do Cesarskiej Kliniki we Wrocławiu. Przypomnieć trzeba, że wówczas Wrocław należał do Niemiec i nazywał się Breslau. Ponieważ ból się wzmagał, więc Ojciec jeszcze tego samego dnia załatwił sobie paszport zagraniczny w Urzędzie Gebernialnym (w czasie zaborów Piotrków - Pietrokow, był stolicą rosyjskiej guberni) i wieczorem wyjechał do Wrocławia, zaś następnego dnia leżał już na stole operacyjnym. Musiano trepanować czaszkę poza muszlą ucha; operacja się udała.
       Tymczasem Mama moja, od czasu mego urodzenia, cierpiała na dolegliwości kobiece, na które żaden lekarz, ani w Łodzi, ani w Warszawie nic nie pomógł. To zdecydowało, ze Ojciec w 1910 roku, postanowił zawieźć ją do tej samej kliniki, w której był operowany t.j. do Wrocławia, a ponieważ w planie był również letni pobyt w Krynicy, więc w tę podróż zabrano i mnie. I znowu muszę przypomnieć, że wówczas cała Małopolska, wraz z Krakowem i Lwowem, nazwana przez zaborców Galicją, należała do Austrii. Dotąd zachował mi się z tej podróży rosyjski paszport zagraniczny do Niemiec i Austrii.
        Tak więc słonie i hipopotama widziałem w ogrodzie zoologicznym we Wrocławiu, a owym kurortem była Krynica. Mieszkaliśmy przy deptaku w willi "Białej Róży", która dotąd istnieje, łazienki zaś znajdowały się niedaleko rzeczki przepływającej Krynicę, która wówczas nie była jeszcze uregulowana. Błoto, w którym widziałem Mamę, było oczywiście borowiną. Podobno kolej nie dochodziła wówczas do Krynicy i trzeba było z Muszyny dojeżdżać furką góralską, ale tego nie pamiętam.
         Nie pamiętam również naszej bytności w Krakowie i na wawelu i dlatego uważam, e wożenie takich małych dzieci na wycieczki turystyczne i to zagranicę, jest bezcelowe, bo i tak dziecko noc z tego nie pamięta, a jest tylko kłopotliwym ciężarem.
         Z czasów wczesnego dzieciństwa pamięta się tylko jakieś urywki, jakieś oderwane obrazki, czasem ważne, ale częściej zupełnie błache, trudne do umieszczenia w czasie, które z nich były wcześniej, a które później...
         A więc kanapa! Duża szeroka, obita dywanem zgniło-zielonego koloru. Ileż ona wycierpiała ode mnie, ile się na niej wyskakałem! Była widocznie bardzo solidnie zrobiona, skoro przetrwała 40 lat, gdyż wydałem ją dopiero wówczas, gdy likwidowałem mieszkanie moich zmarłych Rodziców.
         Na tej kanapie Ojciec urządzał sobie około godziny 16-tej krótką drzemkę. Wówczas niemodne były już brody, a tylko same wąsy, długie zakręcone. Celem utrzymania ich w tym stanie, trzeba było było je rano po myciu, wypomadować t.zw. "fiksatuarem" i założyć siatkę, zwaną "bindą". Bardzo zabawnie to wyglądało. Wówczas myślałem, że wąsy wyrastają z nosa i kiedyś, gdy właśnie Ojciec spał na kanapie, postanowiłem to dokładnie zbadać. W tym celu wdrapałem się na kanapę i znalezionym gdzieś ptasim piórkiem, próbowałem sięgnąć w głąb nosa. Ojciec łaskotany w ten sposób, najpierw zrobił przez sen śmieszne miny, aż wreszcie się obudził i z największym zdumieniem spojrzał na mnie.
         W niedzielę chodziliśmy do kościoła Jezuitów, czego bardzo nie lubiłem, gdyż z braku dostatecznej ilości miejsc siedzących, trzeba było stać, a od dzieciństwa, przez całe życie, długie stanie w miejscu, zawsze mnie bardzo męczyło. Poza tym kościół był ciemny, zimny i nieprzytulny.
         Pamiętam uderzenie pioruna w przewody telefoniczne tuż za oknami mieszkania, którego huk i błysk, zrobił na mnie ogromne wrażenie. Przypominam sobie również pierwszy, widziany przez mnie, samochód. Nie wyglądał już jak bryczka bez koni, a kształtem podobny był do t.zw. torpedo tj. auta z zaciąganą budą brezentową. Był koloru popielatego, a siedzący przy kierownicy mężczyzna, był ubrany w popielaty "pudermantel" i miał okulary na sportowej czapce.
         Jeszcze dzisiaj mam przed oczyma okazałą procesję Mariawitów, ciągnącą pod oknami naszego mieszkania. Mariawici, było to stowarzyszenie katolickie, którego zasady zostały potępione przez kościół w 1906 roku. Propagowali oni, między innymi, odprawianie mszy po polsku, a nie po łacinie i zyskali sobie dość dużo zwolenników przed I-szą wojną światową, tym bardziej, że byli popierani przez Rosjan, którzy mieli nadzieję rozbić w ten sposób Kościół Katolicki w zaborze rosyjskim. Księża ich mieli popielate (a nie czarne) sutanny, z wyszytą na piersiach złotą monstrancją. Ludność nazywała ich pogardliwie "Kozłowitami" gdyż współzałożycielką tego stowarzyszenia była tercjarka Feliksa Kozłowska, tytułowana przez wyznawców "Mateczką Kozłowską". Po odzyskaniu niepodległości, ruch ten zaczął się kurczyć, ubywało wyznawców i obecnie zaledwie wegetuje.

                                                         - ciąg dalszy nastąpi -