środa, 31 października 2018

Kresy - Prut - Haculi - Ukraina - Światowid - 8.11.1924

 Jestem w posiadaniu pełnego rocznika tygodnika "Światowid", zestawu pięknego czasopisma. Mnóstwo fotografii i opisów z Polski i ze świata. W związku z tym, że w tym roku odwiedziłem piękną Ukrainę, zwiedzałem z przyjaciółmi wiele miejsc gdzie żyli i mieszkali Haculi. Dlatego jako pierwsze wstawiam artykuł pod tytułem:
                                  Z MALOWNICZEGO ZAKĄTKA POLSKI
      Jednym z najpiękniejszych zakątków Rzeczpospolitej jest niewątpliwie okolica Prutu. Malownicze krajobrazy oraz doskonałe warunki klimatyczne ściągają tam rok rocznie tysiące kuracjuszy z najdalszych stron Polski. Okolice te zamieszkują Haculi, sposobem życia i zatrudnieniem przypominający naszych górali tatrzańskich. Również i ich stroje są zbliżone bardzo do strojów naszych Zakopiańców. Malowniczość terenów zamieszkałych przez hacułów jak i ich stroje i zabawy ludowe były tematem wielu polskich malarzy. Aksentowicz uwiecznił w wielu obrazach zwyczaje ludowe hacułów jak "wesele", "święcenie Jordanu" i.t.d. Również wiele interesujących tematów czerpał wśród tej ludności znakomity malarz ś.p. Dębicki.
      Ludność haculska w odróżnieniu od ludności ruskiej nie zajmuje się zupełnie polityką. Wobec naszych włądz jest zupełnie lojalną i ani nie myśli o przewrotowych koncepcjach Petruszewicza. To też rząd polski otacza tę ludność ojcowską opieką, tem potrzebniejszą iż - jak wiadomo - wśród hacułów panują od wielu dziesiątek lat nagminnie choroby zaraźliwe. Rząd nasz ze strasznymi temi chorobami walczy skutecznie, i jest nadzieja, że w niedługim już czasie zaraza ta zostanie w zupełności wytępioną. Przyczyni się to do wzmożenia napływu kuracjuszów do Worochty, Jaremcza i innych podkarpackich miejscowości.

                           Typowa zagroda gospodarza na Haculszczyźnie.

                 Lepianki hacułów, którzy zagrody swe stracili w czasie wojny.

                              Haculi w odświętnych strojach na odpuście. Na pierwszym planie bogaty
                                                           gospodarz z nieodstępną fajką.

                                  Dziewczę haculskie w drodze do cerkwi. (Fot.K.Strzelecki)

                           Hacuł rozmawiający ze swym sąsiadem przy pomocy długiej trąby.

                    Grupa hacułek w malowniczych strojach ludowych na odpuście.

                                      Transport mleka i bryndzy z gór do doliny.

poniedziałek, 29 października 2018

Adwokat - Piotrków Trybunalski - Łódź - Wspomnienia - Wrocław Klinika Cesarska - Ciechocinek - Dzieciństwo 1906-1916 - cz.5



              W tym Ciechocinku upamiętnił mi się również inny fakt. Mieszkaliśmy wówczas w "Kruszynie", a więc był to rok 1912, czyli miałem sześć lat. Po południu chodziło się do parku "na wody" i koncert. Koncertowała wówczas jakaś duża orkiestra wojskowa rosyjska.Najpierw jednak wstępowaliśmy w tym parku na kefir, do pawilonu Sigaliny, warszawskiego wytwórcy kefiru. mam kupowała go w abonamencie i gdy Źle się czuła i nie szliśmy do parku, wysyłała mnie po kefir z kartą abonamentową.
             Pewnego dnia pobiegłem po kefir. Były to czasy, kiedy nawet takiemu małemu chłopcu, nie dawano w Polsce butelki bez zapakowania w papier. Tak też się stało i tym razem. Gdy biegłem z powrotem udając pociąg, wziąłem w jedną rękę butelkę za szyjkę, nie zdając sobie sprawy, co stać się musi. Butelka wysunęła się z papieru, upadła i rozbiła się. Wystraszony pobiegłem do domu i powiedziałem, że kefiru nie dostałem. Było to moje pierwsze kłamstwo. Mama stwierdziła, ze abonament jest przecięty i wierząc mi, postanowiła udać się następnego dnia z pretensją.
             Rozmowa z ekspedientką odbyła się w mojej obecności:
             - Dlaczego nie dała pani chłopcu kefiru, mimo przecięcia abonamentu?
             - Jeżeli przecięłam abonament, to na pewno chłopcu kefir dałam.
             - On twierdzi, ze nie dostał, a on nigdy nie kłamie.
 W tym momencie się "załamałem" i pociągnąłem mamę za sukienkę. Zwróciła się do mnie:
             - O co ci chodzi?
             - Ta pani mówi prawdę, kefir dostałem, ale w drodze butelka wypadła mi z ręki i potłukła się.
Mam poczerwieniała i przeprosiła ekspedientkę. Spodziewałem się na lada "bury", ale o dziwo, Mama mnie nie ukarała a tylko, gdy odeszliśmy, powiedziała:
             - Dobrze zrobiłeś, że się przyznałeś.
             Kary, jakie Mama stosowała, były następujące, zależne od wagi przewinienia; stanie w kącie, stanie w kącie twarzą do ściany, klęczenie w kącie, klęczenie w kącie z rękami podniesionymi do góry. Kara kończyła się wówczas, gdy podchodziłem i przepraszając, całowałem Mamę.
             Gdy tylko byłem dostatecznie duży, prowadzono mnie do freblówki. Freblówkami nazywano ówczesne przedszkola, powstałe na zasadach naukowych, opracowanych przez znanego niemieckiego pedagoga Fröbla. Właścicielką freblówki była p. Jadwiga Kwiatuszyńska, która była tez moją pierwszą nauczycielką. Dzieci spędzały tam całe przedpołudnie bawiąc się, układając klocki, uprawiając gry ruchowe, śpiewając, wykonując różne drobne roboty ręczne jak np. wycinanie ramek "laubzegą" i tp. tam też pierwszy raz zwróciłem uwagę na urodę dziewczynek, która tak mi się podobała, że zawsze stawałem z nią do porannej modlitwy, odmawianej stojąc parami. Do dzisiaj pamiętam jej nazwisko - Szachowska.
             Na uroczyste święta p. Kwiatuszyńska urządzała przedstawienia i w ten sposób stałem się "aktorem". Wtedy to Mama nauczyła mnie tańczyć walca, gdyż grałem królewicza w bajce "Kopciuszek" i ta umiejętność potrzebna mi była na scenie. Przypominam sobie, że również grałem Jasia w bajce "Ja i Małgosia", a upamiętniło mi się to dlatego, że gdy z Małgosią położyłem się spać w chacie czarownicy, leżąc mrugałem oczyma, wywołując śmiech na sali.
             Jeśli chodzi o tańczenie, to później wszystkich tańców nauczyłem się sam, obserwując tańczących.

                                                            
                                                         - ciąg dalszy nastąpi -

Adwokat - Piotrków Trybunalski - Łódź - Wspomnienia - Wrocław Klinika Cesarska - Ciechocinek - Dzieciństwo 1906-1916 - cz.4



               Bardzo wcześnie otrzymałem łyżwy i już jako mały chłopiec umiałem na nich jeździć, ale nigdy nie doszedłem w nich do perfekcji, kończąc swoje umiejętności na t.zw. "holendrowaniu". Holendrowaniem nazywano zataczanie łuków na zmianę, to na jednej, to na drugiej nodze, zawsze na zewnątrz.
               Rodzice mówili mi, że jak tylko nauczyłem się chodzić. i wymawiałem pierwsze słowa, nie lubiłem żeby mnie prowadzono za rękę; zaraz się wyrywałem wołając, że chcę "siam" iść. Rodzina zdrobniła moje imię z Karola na "Lolka" i tak mnie nazywano. Gdy pytano mnie kim chcę zostać, twierdziłem, że będę stangretem, bo mi się to zajęcie bardzo podobało. Pamiętam jakie wrażenie wywołało na domownikach moje trafne odczytanie godziny z zegara w pokoju stołowym. Nie umiałem wtedy jeszcze czytać, ale znałem już cyfry.
               Ponieważ, ani farmakologicznie, ani balneologiczne leczenie nie pomogło Mamie, więc w 1912 roku udała się znowu do Wrocławia, do tej samej "Kliniki Cesarskiej", tym razem na operację. Kiedy odbyła się ta operacja dokładnie nie wiem, gdyż z ocalałych dokumentów wynika, że była tam dwa razy t.j. od 27.6 do 23.7.1912 r. i w pół roku później t.j. od 28.1 do 3.3.1913 r. i że operował ją prof.dr. Küster. W każdym razie, na skutek tej choroby i operacji, nie mogła mieć już więcej dzieci i dlatego zostałem jedynakiem.
                Z tych najdawniejszych czasów przypominam sobie jeszcze, jak wywieszano w rosyjskie święta państwowe (t.zw. "galówki"), trzy kolorowe chorągwie na domach (barwy: czerwona, biała i ciemno-niebieska) i jak raz na głównej ulicy Piotrkowa - ul.Kaliskiej (obecnie ul.Sienkiewicza), nazywanej przez ciotki moje w żargonie uczniowskim "Kaliszem", paradował jakiś rosyjski dygnitarz w ogromnym "pierogu" na głowie i szpadą przy boku. Tych "galówek", ku radości uczniów, było bardzo dużo, gdyż każda rocznica związana z domem panującym i rodziną cara, była obchodzona ową "galówką", w czasie której nie było lekcji.
                Na lato jeździliśmy często do Ciechocinka, jako kurortu bardzo wskazanego dla dzieci. Chodziło tu o mnie, gdyż byłem dzieckiem mizernym, a i Mama zażywała kąpieli na swe dolegliwości. Wówczas w kurortach istniały t.zw. 3 sezony po 6 tygodni każdy. Pierwszy trwał od 15 maja do 30 czerwca; drugi od 1 lipca do 15 sierpnia, a trzeci od 15 sierpnia do 30 września. Jeździło się na cały sezon, a więc na 6 tygodni.
                Wiem, że w roku 1912 mieszkaliśmy w willi "kruszyna", niedaleko lasku sosnowego i wtedy też byłem z Mamą pierwszy raz w Toruniu, leżącym wówczas na terenie Niemiec. W 1913 roku mieszkaliśmy też w tej samej części Ciechocinka w willi "Meystra" i tam pierwszy raz widziałem w naturze polskie kontusze, w które pewnego dnia przebrała moich dwóch kolegów zabaw, ich matka, mieszkająca w tej samej willi.
                Przebywając w Ciechocinku chodziłem każdego popołudnia do zakładu gimnastycznego pana Nebla, gdzie z całą grupą innych dzieci, uprawialiśmy gimnastykę szwedzką. Moja Mama całe życie ją ćwiczyła w domu, więc na mnie coś z tego przeszło, gdyż wykonywałem ćwiczenia tak sprawnie, iż pan Nebel wyznaczył mnie na przewodnika, co polegało na tym, że on pokazywał ćwiczenia, stojąc twarzą do grupy a vis a vis niego stałem ja i ćwiczenie powtarzałem, a za mną cała grupa. Wszystko to odbywało się jednocześnie.Tam też przeżyłem jedną ze swoich dziecięcych tragedii. Co niedzielę p.Nebel urządzał jakieś zabawy i raz zorganizował wyścigi. Zawsze uważałem, że dobrze biegam, ale do wyścigu stanęła cała ćwicząca grupa, w której było wielu dużo starszych ode mnie chłopców. Nic dziwnego, że kilku z nich mnie wyprzedziło. Byłem zrozpaczony, płakałem twierdząc, że to niesprawiedliwy wyścig, bo jak można stawiać do biegu takiego małego chłopca jak ja, razem z takimi dużymi chłopakami. Ani Mama, ani pan Nebel nie mogli mnie uspokoić. Pan Nebel dawał mi taką samą zabawkę, jaka dostali w nagrodę wygrywający wyścig chłopcy, ale ja jej za nic przyjąć nie chciałem, bo przecież biegu nie wygrałem i nie przyjąłem.
              Matka moja nigdy mnie nie strofowała przy ludziach, ani na ulicy, nie mówiąc już o jakimś szarpaniu lub biciu.. Wystarczyło, że spojrzała na mnie i powiedziała: "Dobrze - porozmawiamy w domu", miała przy tym tak rozkazująco przenikliwy wzrok, że mi to zupełnie wystarczało, chociaż były wyjątki, jak w wyżej opisanej scenie u p.Nebla, gdzie poczucie niesprawiedliwości i krzywdy, przewyższyło wpływ Mamy.. Zresztą nie tylko ja bałem się tego jej wzroku; gdy była zagniewana, bali się go także wszyscy domownicy, służba i pracownicy Ojca. 

                                                        
                                                                     - ciąg dalszy nastąpi -
         

niedziela, 28 października 2018

Adwokat - Piotrków Trybunalski - Łódź - Wspomnienia - Mariawici - Dzieciństwo 1906-1916 - cz.3



       Otóż okazuje się, że działo się to wszystko w 1910 roku, miałem więc 4 lata, a rzecz przedstawiała się następująco:
       W 1908 r. Ojciec mój dostał zapalenie ucha środkowego. Jest to choroba bardzo bolesna. Udał się do lekarza w Piotrkowie, a ten oświadczył, że konieczna jest operacja i zalecił wyjazd w tym celu do Cesarskiej Kliniki we Wrocławiu. Przypomnieć trzeba, że wówczas Wrocław należał do Niemiec i nazywał się Breslau. Ponieważ ból się wzmagał, więc Ojciec jeszcze tego samego dnia załatwił sobie paszport zagraniczny w Urzędzie Gebernialnym (w czasie zaborów Piotrków - Pietrokow, był stolicą rosyjskiej guberni) i wieczorem wyjechał do Wrocławia, zaś następnego dnia leżał już na stole operacyjnym. Musiano trepanować czaszkę poza muszlą ucha; operacja się udała.
       Tymczasem Mama moja, od czasu mego urodzenia, cierpiała na dolegliwości kobiece, na które żaden lekarz, ani w Łodzi, ani w Warszawie nic nie pomógł. To zdecydowało, ze Ojciec w 1910 roku, postanowił zawieźć ją do tej samej kliniki, w której był operowany t.j. do Wrocławia, a ponieważ w planie był również letni pobyt w Krynicy, więc w tę podróż zabrano i mnie. I znowu muszę przypomnieć, że wówczas cała Małopolska, wraz z Krakowem i Lwowem, nazwana przez zaborców Galicją, należała do Austrii. Dotąd zachował mi się z tej podróży rosyjski paszport zagraniczny do Niemiec i Austrii.
        Tak więc słonie i hipopotama widziałem w ogrodzie zoologicznym we Wrocławiu, a owym kurortem była Krynica. Mieszkaliśmy przy deptaku w willi "Białej Róży", która dotąd istnieje, łazienki zaś znajdowały się niedaleko rzeczki przepływającej Krynicę, która wówczas nie była jeszcze uregulowana. Błoto, w którym widziałem Mamę, było oczywiście borowiną. Podobno kolej nie dochodziła wówczas do Krynicy i trzeba było z Muszyny dojeżdżać furką góralską, ale tego nie pamiętam.
         Nie pamiętam również naszej bytności w Krakowie i na wawelu i dlatego uważam, e wożenie takich małych dzieci na wycieczki turystyczne i to zagranicę, jest bezcelowe, bo i tak dziecko noc z tego nie pamięta, a jest tylko kłopotliwym ciężarem.
         Z czasów wczesnego dzieciństwa pamięta się tylko jakieś urywki, jakieś oderwane obrazki, czasem ważne, ale częściej zupełnie błache, trudne do umieszczenia w czasie, które z nich były wcześniej, a które później...
         A więc kanapa! Duża szeroka, obita dywanem zgniło-zielonego koloru. Ileż ona wycierpiała ode mnie, ile się na niej wyskakałem! Była widocznie bardzo solidnie zrobiona, skoro przetrwała 40 lat, gdyż wydałem ją dopiero wówczas, gdy likwidowałem mieszkanie moich zmarłych Rodziców.
         Na tej kanapie Ojciec urządzał sobie około godziny 16-tej krótką drzemkę. Wówczas niemodne były już brody, a tylko same wąsy, długie zakręcone. Celem utrzymania ich w tym stanie, trzeba było było je rano po myciu, wypomadować t.zw. "fiksatuarem" i założyć siatkę, zwaną "bindą". Bardzo zabawnie to wyglądało. Wówczas myślałem, że wąsy wyrastają z nosa i kiedyś, gdy właśnie Ojciec spał na kanapie, postanowiłem to dokładnie zbadać. W tym celu wdrapałem się na kanapę i znalezionym gdzieś ptasim piórkiem, próbowałem sięgnąć w głąb nosa. Ojciec łaskotany w ten sposób, najpierw zrobił przez sen śmieszne miny, aż wreszcie się obudził i z największym zdumieniem spojrzał na mnie.
         W niedzielę chodziliśmy do kościoła Jezuitów, czego bardzo nie lubiłem, gdyż z braku dostatecznej ilości miejsc siedzących, trzeba było stać, a od dzieciństwa, przez całe życie, długie stanie w miejscu, zawsze mnie bardzo męczyło. Poza tym kościół był ciemny, zimny i nieprzytulny.
         Pamiętam uderzenie pioruna w przewody telefoniczne tuż za oknami mieszkania, którego huk i błysk, zrobił na mnie ogromne wrażenie. Przypominam sobie również pierwszy, widziany przez mnie, samochód. Nie wyglądał już jak bryczka bez koni, a kształtem podobny był do t.zw. torpedo tj. auta z zaciąganą budą brezentową. Był koloru popielatego, a siedzący przy kierownicy mężczyzna, był ubrany w popielaty "pudermantel" i miał okulary na sportowej czapce.
         Jeszcze dzisiaj mam przed oczyma okazałą procesję Mariawitów, ciągnącą pod oknami naszego mieszkania. Mariawici, było to stowarzyszenie katolickie, którego zasady zostały potępione przez kościół w 1906 roku. Propagowali oni, między innymi, odprawianie mszy po polsku, a nie po łacinie i zyskali sobie dość dużo zwolenników przed I-szą wojną światową, tym bardziej, że byli popierani przez Rosjan, którzy mieli nadzieję rozbić w ten sposób Kościół Katolicki w zaborze rosyjskim. Księża ich mieli popielate (a nie czarne) sutanny, z wyszytą na piersiach złotą monstrancją. Ludność nazywała ich pogardliwie "Kozłowitami" gdyż współzałożycielką tego stowarzyszenia była tercjarka Feliksa Kozłowska, tytułowana przez wyznawców "Mateczką Kozłowską". Po odzyskaniu niepodległości, ruch ten zaczął się kurczyć, ubywało wyznawców i obecnie zaledwie wegetuje.

                                                         - ciąg dalszy nastąpi -

czwartek, 25 października 2018

ORBIS - Wycieczka - Adwokat - Łódź - NRD - Bułgaria - Rumunia - 1962-63 - cz.3

    Następne prospekty OBRBIS-u z dokładnym opisem wycieczek. Ciekawe też ceny, warto porównać.






Adwokat - Piotrków Trybunalski - Łódź - Wspomnienia - Dzieciństwo 1906-1916 - cz.2


                 Pamiętam również, jak siedzę na wysokim dziecinnym krzesełku przysunięty do stołu i mimo usilnego nalegania, nie chcę jeść. Należałem do tak. zw. "niedojadków". Nie miałem nigdy apetytu i jedzenie mi w różny sposób po prostu wmuszano. Pamiętam n.p. jak uchylają się się drzwi i ukazuje się w nich głowa dziadka z siwą brodą, który grozi mi, ze mnie zabierze, jeśli nie będę jadł. W jakiś czas potem zobaczyłem w przedpokoju zapomnianą maskę owego "dziada", co zupełnie zdekonspirowało go w moich oczach.
                 Ta walka o jedzenie ciągnęła się aż do mojego pójścia do szkoły średniej, a więc do 11 roku życia, kiedy to zacząłem jeść normalnie, bez próśb i gróźb. Nigdy jednak nie byłem łakomy i mogły stać na stole słodycze i owoce, a nigdy ich sam, bez zachęty nie ruszyłem.
                  Pamiętam także moje zachorowanie na dławca (croup - krup). Jest to bardzo niebezpieczna choroba dziecięca, występująca nagle, polegająca na zatkaniu krtani i w razie braku natychmiastowej pomocy lekarskiej, dziecko się dusi.
                  Widzę siebie, jak stoję na krześle przed umywalnią i druga ciotka - Marcia (Marta K., potem zamężna Thierbach), nakłania mnie, żebym płukał gardło. Opieram się i po chwili tracę przytomność. Budzę się na moment w nocy, na skutek ukłucia w brzuch i widzę nad sobą lekarza. (Naszym lekarzem był wówczas dr. Szancer, a gdy zmarł dr. Kobos).
                   Uratował mi wówczas życie znajdujący się w mieszkaniu telefon. Pamiętam go dobrze. Drewniana szafeczka koloru brązowego w kształcie pulpiciku na wydłużonej podstawie, była przymocowana do ściany. Na szafeczce znajdowały się widełki, a na nich słuchawka z tubką do mówienia. Trzeba było zakręcić korbką, zdjąć słuchawkę i powiedzieć żądany numer do telefonistki łączącej w centrali.
                   Z bolesnych przeżyć pamiętam jeszcze, jak oparzyła mnie praczka żelazkiem do prasowania. Stało się to w ciemnym korytarzu, gdzie nie zauważyła, że mnie mija. Byłem tak mały, ze niosąc żelazko w opuszczonej ręce, oparzyła mnie w policzek. Bardzo mnie to bolało, płakałem, a ślad w postaci lekkiego wgłębienia, utrzymywał się przez wiele lat.
                   Upamiętniło mi się również wyrwanie pierwszego zęba. Byłem już wówczas 6-letnim chłopcem. Idę z mamą do dentysty, która schodach mówi do mnie:
- Tylko nie zrób mi wstydu, zachowuj się jak mężczyzna.
Podobno Mamy nie zawiodłem, a dentysta pochwalił mnie, że nawet nie krzyknąłem. Pamiętam jednak, że w momencie wyrwania, z bólu podniosłem gwałtownie nogę! Warto tu wspomnieć, że w całym Piotrkowie było wówczas zaledwie dwóch dentystów. Ten, który nam stale leczył zęby, nazywał się Michalski.
                   Z okresu dzieciństwa upamiętnił mi się na całe życie smak kotleta! Chorowałem na dezynterię (czerwonkę) i dłuższy czas byłem na ścisłej diecie. W okresie rekonwalescencji, jako pierwsze danie, po dotychczasowych kaszkach i kleikach, dostałem kotlecik saute' z kury. Od tego czasu nie zapomniałem, ani wspaniałego smaku, ani nawet nazwy tej potrawy.
                    Zastanawiałem się od jakiego wieku człowiek jest w stanie pamiętać coś ze swego dzieciństwa i myślę, że od 3-4 roku życia. Pamiętam np., ze byłem z Rodzicami gdzieś w obcej miejscowości, było dużo ludzi i widziałem w klatce lisa, którego ktoś drażnił. jak ustaliłem, było to na Wystawie Przemysłu i Rolnictwa w Częstochowie, która odbyła w 1909r., a więc wówczas miałem 3 lata.
                     Przypominam sobie również widok słonia, któremu Ojciec mój rzuca kawałki bułki, a on łapie trąbą. Hipopotama, jak pływa w basenie; jakiś plac w obcym mieście, gdzie Ojciec kupuje mi gumowego białego słonia i gumowego czerwonego konia, obydwa z gwiazdkami w brzuchu. Jakiś kurort, w którym jest nieuregulowana rzeczka, niedaleko jej willa, a w niej starsi chłopcy dają nam piękne żaglowce (zabawki), które potem Mama nie pozwali mi, mimo mego płaczu, zabrać w podróż do domu. Są tam też niedaleko łazienki a w nich w wannie Mam siedzi w błocie i t.p.

                                                      - ciąg dalszy nastąpi -

ORBIS - Wycieczka - Adwokat - Łódź - M/S "Dzierżyński" - Morze Czarne i Śródziemne - 1960 - cz.2

      Następna "wypasiona" 21 dniowa wycieczka - rejs statkiem M/S "Dzierżyński".
Jest szczegółowy program wycieczki, nie zamieszczam go na stronie.


Troszeczkę informacji o statku M/S "Dzireżyński" z Wikipedii:
Dzierżyńskidrobnicowiec zbudowany w 1943 podczas II wojny światowej w stoczni Burmeister & Wain w Kopenhadze, miał nazywać się „Adelaide Star” i pływać dla brytyjskiego armatora Blue Star Line ale przejęli go Niemcy nadając mu nazwę „Seeburg”. Wykorzystywany przez Kriegsmarine pełnił rolę okrętu-bazy dla niemieckich okrętów podwodnych. Zatonął koło Jastarni 2 grudnia 1944 – według jednej wersji w wyniku wpłynięcia na minę, według drugiej po trafieniu przez radziecki okręt podwodny typu Szczuka. Wydobyty 6 czerwca 1954 po dwóch latach prac i kilku nieudanych próbach przez Polskie Ratownictwo Okrętowe tymczasowo nazywał się „Jastarnia”, odbudowany w Stoczni im. Komuny Paryskiej. Pływał od 1957 jako „Dzierżyński” na trasie Antwerpia-Szanghaj-Gdynia, będąc ówcześnie największym polskim statkiem handlowym.
19 września 1963 uległ on wypadkowi po uderzeniu w śluzę na rzece Skaldzie i aby uniknąć zatonięcia został osadzony na mieliźnie rzeki, ale po kilku dniach statek przełamał się. Ostatecznie został uznany za stracony i złomowany w 1963 w belgijskiej Antwerpii[1].
Film dokumentalny Wrak z 1954 w reżyserii Stanisława Możdżeńskiego opowiada o akcji wydobycia „Seeburga”, tak jak film Wraki z 1956 w reżyserii Ewy i Czesława Petelskich nakręcony na podstawie powieści Janusza Meissnera pod tym samym tytułem.




ORBIS - Wycieczka - Adwokat - Łódź - Związek Radziecki - Kaukaz - 1957 - cz.1


               Bardzo ciekawa zawartość następnej teczki z mojego archiwum, komplet dokumentów dotyczący wyjazdów za granicę z lat 1957-80. Dokumenty te należały do znanego łódzkiego adwokata, o który zamieściłem wcześnie dużo informacji. W okresie 23 lat odbył 22 wycieczki poprzez ORBIS, wspaniale, że zgromadził większość dokumentów poprzez prospekty, rachunki i zapiski! Okazuje się, że byli lepsi i gorsi, niektórzy mogli wyjeżdżać poza kraje demoludów. Z ciekawszych wycieczek , które odbył nasz łodzianin w szczególności interesujące są wyjazdy do:
Egipt -1960, Chiny-Wietnam - 1961, U.S.A. - 1973, Hiszpania - 1974, Anglia - Francja -1977... Kraje demoludów odwiedził w komplecie i to w większości wielokrotnie... Chcę zaprezentować w szczególności prospekty Orbisu, z pewnością niektórzy z czytelników posiadali podobne, czy pozostały one w domowych archiwach???





środa, 24 października 2018

Adwokat - Piotrków Trybunalski - Łódź - Wspomnienia - Dzieciństwo 1906-1916 - cz.1



                        Cały czas wracam do wspomnień łódzkiego adwokata, gdyż uważam, ze są warte zamieszczenia. Tym razem chcę udostępnić jego wspomnienia z lat 1906-1916 roku. Bardzo ciekawy okres jego pierwszych 10 lat, w tym materiale jest sporo o Piotrkowie, bowiem w nim się urodził. Swoje wspomnienia spisał mając 71 lat, zadedykował je ukochanej córce Teni i swoim wnukom.


                                                                      CZĘŚĆ I

                                                           

            Kochana Teniu, dziecko moje jedyna! mam obecnie czas spisać swoje wspomnienia, na pamiątkę dla Ciebie i Twoich dzieci, jak układały się moje losy i jak wyglądały czasy w których żyłem.
                                                            Dzieciństwo (1905-1916r.)




            Urodziłem się dnia 10 kwietnia 1906 r. w Piotrkowie Trybunalskim jako syn kupca Konstantego K. i jego zony Heleny z Pietrzykowskich. Kiedyś mówiła mi Mama, że zaraz po urodzeniu, przez kilka tygodni nieustannie płakałem, mimo braku jakichkolwiek, możliwych do ustalenia, schorzeń. Myślę, że to akt urodzenia tak mnie poturbował. W każdym razie musiałem być bardzo nieznośny, skoro przez ten czas zmieniło się kilka nianiek.
             Gdy mi to przeszło, okazałem się dzieckiem bardzo spokojnym. Gdy dano mi zabawki, mogłem się nimi bawić godzinami, nikogo nie absorbowałem swoją osobą.
             To moje skupienie się przy jednej czynności miało jednak tę wadę, że zapominałem zawiadamiać o konieczności wsadzenia mnie na nocnik, a ponieważ ciągnęło się to zbyt długo, Mama straciła cierpliwość i zastosowała radykalny środek. Kazała mianowicie postawić miednicę z wodą na podłodze, wrzucić tam moje zabrudzone majtki, dała mi patyk do ręki i poleciła tym patykiem mieszać wodę oświadczając, że teraz sam będę "prał" swoje brudy, a jeśli nie zechcę, to wyrzuci mnie z domu.
              Ta scena utrwaliła mi się w pamięci. Stoję nad tą nieszczęsną miednicą, ogarnia mnie straszliwe obrzydzenie, płaczę i za nic nie chcę mieszać patykiem. Ubierają mnie w płaszczyk i każą iść. Przestaję płakać, wychodzę z mieszkania, mijam bramę domu i staję bezradny na ulicy. w tym momencie przybiega zapłakana, jedna z dwóch moich ciotek, które chodząc w Piotrkowie na pensję, mieszkały wówczas u nas. Była to Stacha (Pietrzykowska, potem zamężna Tomaszewska). Pamiętam jak spytała mnie:
- I dokąd ty chcesz iść?
Nie pamiętam co na to odpowiedziałem. Tu mój film się urywa. W każdym razie zastosowany przez Mamę środek pomógł zdecydowanie, gdyż od tego czasu już nigdy nie zrobiłem w majtki..

wtorek, 23 października 2018

Judaika - Kwestia żydowska w Polsce - Adwokat - Izrael - Haifa - Łódź - Piotrkowska 128 - Imigracja - 1957



                          Jeden z wielu listów z archiwum łódzkiego adwokata. W 12 odcinkach zapisałem jego opinię w kwestii żydowskiej w Polsce. Miał dużo znajomych i sąsiadów pochodzenia żydowskiego, większość z nich wyjechała z Polski. To jeden z jego sąsiadów, który opisuje pierwsze dni po przyjeździe na stałe do Haify w Izraelu, jego zmartwienia i nadzieje, ciekawy materiał, zapraszam!



Szanowni Państwo!                                                                     Hajfa, dn. 12.5.1957

Listy Państwa otrzymaliśmy i jesteśmy Państwu niezmiernie wdzięczni za słowa otuchy w pierwszych, zawsze trudnych chwilach pobytu w nowym kraju. Zdajemy sobie dobrze sprawę, że jakakolwiek zmiana miejsca zamieszkania, pociąga za sobą zawsze szereg przewidzianych i nieprzewidzianych trudności, a tym bardziej emigracja do kraju Bliskiego Wschodu, gdzie język, obyczaje i wszystko inne, nie wyłączając klimatu, jest biegunowo odmienne od przyzwyczajeń całego naszego życia w Polsce. Mamy jednak nadzieję, że po upływie pewnego czasu zaaklimatyzujemy się tutaj i rozpoczniemy nowe życie. Zapytujcie Państwo, jaką mieliśmy podróż. Otóż wyjechaliśmy z Warszawy pociągiem do Wiednia w dn. 30.11.56r., a stamtąd samolotem przybyliśmy do Izraela w dn. 2.12.56r. nad ranem. A więc podróż wspaniała, szybka i bez przykrych wrażeń. Obejrzeliśmy w ciągu kilku godzin Wiedeń i zdołaliśmy się zorientować, że jest pięknym miastem. Po przyjeździe na miejsce, każdy nowy emigrant znajduje się przez pewien czas, dłuższy czas pod opieką specjalnej organizacji pomocy, która zabezpiecza go hotelem, domkiem fińskim lub mieszkaniem, zależnie co posiada w danej chwili, oraz niezbędnymi meblami, naczyniami, żywnością i gotówką. Oczywiście takie miejsce zamieszkania jest tylko przejściowe do chwili przydzielenia stałego mieszkania w miejscu uzyskania pracy. Budownictwo jest tu bardzo rozwinięte. Domy są żelbetonowe, przewiewne, przystosowane do warunków klimatycznych i powstają, jak grzyby po deszczu, a to w celu zabezpieczenia mieszkaniami bardzo licznej imigracji do kraju. Również i my byliśmy przez pewien czas pod opieką tej organizacji, która nam nadto umożliwiła naukę języka na jednym z organizowanych tu licznie kursów dla nowo przybyłych imigrantów. Otrzymaliśmy już przydział mieszkania w domu, który wkrótce zostanie wykończony. Bedzie to mieszkanie, składające się z 2 pokoi, dużego hollu, kuchni, kąpielowego z dużymi przyległościami oraz 2 tarasów. Bardzo się z tego cieszymy, niecierpliwimy się, aby jak najszybciej przejść na własne śmiecie. Kilka dni temu zacząłem również już pracować jako księgowy w urzędzie państwowym i mam nadzieję, że powoli urządzimy się od nowa, tym bardziej, że i żona moja również wkrótce otrzyma posadę. Bagaż nasz, który szedł 3,5 miesiąca, już odebraliśmy. Mieliśmy trochę strat w kryształach (potłukły się), ale ponadto wszystko przyszło w najlepszym porządku. Żywność, materiały, ubrania, buty itp. są tu może droższe jak w Polsce, ale też i pensje są wyższe, jak również i wszystko w lepszych gatunkach. Są tu rzeczy i materiały, szczególnie dla kobiet, w Polsce nie spotykane. Stopa życiowa w ogóle jest na bardzo wysokim poziomie i to nie w gazetach. Miernikiem drożyzny i zarobków może być to, że w Polsce na same utrzymanie, miesięcznie wydawałem całą pensję, tzn. ok.1.500 zł., tu zaś z pensji po wydatkach na samą tylko żywność miesięcznie, pozostaje połowa. Jest tylko jedno "ale" - gdyż w związku z tak liczną imigracją, nie jest obecnie łatwo o pracę, szczególnie dobrą. Z czasem jednak i to się ułoży. Co się tyczy przyrody, to jest ona bardzo piękna. Góry, morze i wspaniałe widoki radują oko. Klimat oczywiście gorący. Przeżyliśmy już tu całą zimę, która się ogranicza do deszczów. Od marca jest już zupełnie ciepło i chodzi się bez marynarki. W kwietniu były upały 40 C. w cieniu. Najgorsze są gorące wiatry, wiejące od czasu do czasu z pustyni, w czasie których ciężko się jest poruszać, gdyż człowiek się poci i pije na zmianę. Ale i do tego można się przyzwyczaić. Rozpisałem się tak, żeby wykorzystać miejsce, nie rozpoczynałem od akapitów, co proszę mi wybaczyć. bardzo nas cieszy, że p.Mecenas rozpoczął już praktykę adwokacką i życzymy Mu na tej drodze wielu sukcesów. mamy nadzieję, że epidemia grypy, jaka panowała w Polsce, nie dała się Państwu we znaki i że córeczka jest już zdrowa. Na początku kwietnia wysłaliśmy dla p.Doktór serramecynę i przypuszczamy, że już nadeszła. Co się tyczy porcelany, cementu i in., żona wysłała do wujka w Ameryce nazwy leków, zostawiając sobie odpisy, więc jeśli jeszcze ich nie wysłano, to poszukamy ich tutaj. Jeśli znajdziemy, nie omieszkamy, dla Pani wysłać. Serdecznie Państwa pozdrawiamy i życzymy Im wszelkiej pomyślności.

                                                                                                       J.Janowski
ps. Prosimy odpisać, zwracając uwagę na nasz nowy adres.

Drodzy Państwo!
Tym razem przyjemność napisania listu do Państwa miał mój mąż. Zostaje mi tylko serdecznie Państwa pozdrowić i życzyć wszystkiego najlepszego. Pozdrawiam serdecznie Tenię. Jak ona obecnie się czuje po przebytej grypie? prosimy o szczegółową odpowiedź.
                                                                                                       Basia

Judaika - Kwestia żydowska w Polsce - Adwokat - Wspomnienia - Łódź - cz.12



                       Uważałem, ze dla dobra zarówno narodu polskiego, jak i żydowskiego, sprawę tę należy postawić na forum międzynarodowym i obydwie strony powinny ją ustnie formować. Żydom należało się własne państwo, gdzie mając swoją ziemię, swego chłopa, mogliby się jako naród normalnie rozwijać, bo niewątpliwie nienormalna sytuacja w diasporze, paczyła ich charaktery. Tak Polacy, jak Żydzi polscy i zagraniczni powinni podnosić alarm na cały świat z powodu niezdrowej sytuacji, jaka istniała w Polsce i na konieczność ludzkiego jej rozwiązania.
                        Gdyby wobec uporu Anglików (mimo deklaracji Balfoura z 1917r.), nie udało się przesiedlenie Żydów do Palestyny, w której zresztą i tak cały naród by się przemieścił, to przecież na kuli ziemskiej było jeszcze dość miejsca (mówiło się np. o Madagaskarze), aby utworzyć dostatecznie obszerne państwo żydowskie. Obowiązkiem wszystkich państw, nie włączając Polski, byłoby sfinansowanie tej akcji i wydatnie pomożenia Żydom  w urządzenie sobie życia. (z mojego punktu widzenia, wolałbym przenieść się właściwego państwa, choćby na Madagaskar, niż być członkiem ....(nie czytelne).
                        Gdy po dojściu Hitlera do władzy, zaczęły napływać alarmujące wiadomości z Niemiec. Uważałem, że są przesadzone i rozdmuchane z właściwą Żydom egzaltacją. Kiedy jednak w Polsce zaobserwowałem narastającą nienawiść przeciwko Żydom, zaniepokoiłem się na dobre. Nie zdawałem sobie oczywiście sprawy z tego, ze wojna jest już tak blisko, i że Niemcy tak łatwo opanują Polskę, a już w żadnym razie, że dopuszczą się tak potwornej zbrodni, jak wymordowanie całej ludności żydowskiej. W moich rozmowach z kolegami Żydami, gdy zeszliśmy na ten temat, usiłowałem ich przekonać, że fala nienawiści niebezpiecznie wzrasta, że trzeba robić to co wyżej napisałem t.j. stworzyć warunki do masowej emigracji, ze sprawa ma charakter międzynarodowy, że wymaga solidarnej akcji polsko - żydowskiej. Wydawało mi się, że jest jeszcze dość czasu na to, nie przypuszczałem bowiem, że niebezpieczeństwo stoi już za progiem.
                           Koledzy Żydzi nie godzili się ze mną, twierdzili, że ponieważ tu się urodzili i tu jest ich ojczyzna, z której się nie ruszą. Nie chciałem im robić przykrości i powiedzieć prawdę, że czują się przede wszystkim Żydami, a nie Polakami, ze interesy Polski i narodu polskiego stawiają na dalszym planie, gdyż pochłonięci interesami własnego narodu, że przy tym nastawieniu są dla nas ciężarem i swoim uporem prowokują nieszczęście.
                           Zdarzali się i tacy (oczywiście nie wśród moich kolegów), którzy ośmielali się głośno mówić: "wasze ulice, nasze kamienice", co niestety stawało się extrem oczywistą prawdą, a jeszcze starczało im pieniędzy na to, aby lokować je za granicą między innymi w Izraelu, gdzie kupowali domy, działki, sady z cytrusowymi drzewami itp. Ten wywóz pieniędzy przybrał takie rozmiary, że wreszcie Polska, na 3 lata przed wojną wprowadziła przepisy dewizowe, które zresztą ludność żydowska, z właściwym sobie sprytem i zapobiegliwością, potrafiła omijać.
                           Gdy po wojnie niektórzy, mało mnie osobiście znający, adwokaci Żydzi, zaczęli mi, "szyć buty" jako "antysemicie", Bernard Bruzda dobrze im powiedział:
- Czego od niego chcecie?
- Czy nie miał racji mówiąc, że jest źle, że narasta fala antysemityzmu, że grozi nam poważne
  niebezpieczeństwo, że trzeba emigrować!
Tutaj muszę się jeszcze wspomnieć o młodym bezdzietnym małżeństwie żydowskim , które poznałem na początku okupacji w Warszawie. Ponieważ przestałem być adwokatem, a nie miałem z czego żyć, więc wziąłem za handel manufakturą i nawiązałem kontakt z owym małżeństwem, które mieszkało  też przy Placu Krasińskich. On był bogatym hurtownikiem materiałów włókienniczych i dlatego się z nim zetknąłem. Byłem u niego wielokrotnie i dużo ze sobą rozmawialiśmy (mówił mi np. że ma trzypiętrową wille w Tel Awiwie). Gdy Niemcy zaczęli budować mur wokoło ghetta i mówiło się, że robią to w celu jego zamknięcia, zacząłem przekonywać go, że powinien z żoną uciekać, póki jeszcze nie jest za późno. Nie przyszło mi oczywiście do głowy, że Niemcy mogą wszystkich w Ghetcie wymordować, a ale z doświadczenia pierwszej wojny światowej wiedziałem, że w obozach niemieckich jenieckich, panował z reguły głód. Kiedy mu to udowodniałem odparł, ze ma dość pieniędzy, aby to zamknięcie przetrzymać. Jakże biedak się mylił! Przytaczam ten fakt jako charakterystyczny dla naszej nieświadomości z kim mamy do czynienia i dla zaufania jakie Żydzi pokładali zawsze w złocie.
                           Czy byłoby lepiej, gdyby Żydzi w Polsce się za asymilowali? Dla nich niewątpliwie tak, gdyż uniknęliby potworne hitlerowskiej masakry. A dla nas? Gdyby z tej mieszanki wyszło społeczeństwo o zaletach narodu polskiego i żydowskiego, byłoby to wspaniałe, ale po co teoretyzować, skoro Żydzi nawet przez setki lat nie próbowali się spolszczyć w swej masie, a przeciwnie, całą siłą strzegli swojej odrębności narodowej. W XIX i pierwszej połowie XX wielu, gdy np. Polka wyszła za mąż za Żyda, lub Polak ożenił się z Żydówką, w polskim społeczeństwie budziło to najwyżej zdziwienie, podczas gdy wśród ortodoksyjnych Żydów fakt taki wywoływał głębokie oburzenie, awantury a nawet czynne wystąpienia.
                            Konkretyzując twierdzę, że kwestię żydowską można było po ludzku rozwiązać, ale akcja musiałaby być solidarna obu narodów, zdecydowania, nie szczędząca wszelkiego wysiłku i zaczęta wiele dziesiątków lat wcześniej. Nie doszłoby wówczas do tak straszliwego nieszczęścia ludności żydowskiej. Dzisiaj nie ma kwestii żydowskiej w Polsce. Byłem i jestem pełen sympatii dla narodu żydowskiego  w Izraelu, dla jego zalet które tak pięknie rozwinęły się w naturalnych warunkach posiadania własnej ziemi i własnej państwowości. Poza tym tam przecież serdecznych przyjaciół, których los leży mi na sercu i którym życzę jak najlepiej.


                                                        - Koniec -

poniedziałek, 22 października 2018

Ozorków - Album - Zdjęcia - Wojsko Polskie - Wehrmacht - Tomaszów Maz. - Warta - cz.3















Ozorków - Album - Zdjęcia - Wojsko Polskie - Wehrmacht - Pies - cz.2

                                          Niestety, żadne z tych zdjęć nie są opisane....














Ozorków - Album - Zdjęcia - Wojsko Polskie - Wehrmacht - cz.1



                   Kiedy kupiłem ten album fotograficzny, nie potrafię dokładnie powiedzieć.. Z całą pewnością kilkanaście lat temu na Flohmarku w Langenhagen k.Hannoveru. Przeleżał więc swoje w moich archiwach, teraz, mając troszeczkę więcej czasu, zabieram się do przeglądu zgromadzonych dokumentów. Takich albumów można tam spotkać bardzo dużo, lubiłem je przeglądać, starałem się odnaleźć w nich polskie motywy. Tak było i w tym przypadku, jedno ze zdjęć w środku albumu przedstawiało dziewczynę w polskim, wojskowym mundurze. Wszystkie zdjęcia było mocno wklejone, nie było możliwości zobaczenia co jest na rewersach zdjęć. Ciekawostką były też zdjęcia z żołnierzami Wehrmachtu, kupiłem ten album.........




Odklejałem poszczególne zdjęcia, na nie wielu znalazłem opisy,jednak te które były stanowiły niespodziankę! Bohaterowie tych zdjęć wywodzili się z Ozorkowa koło Łodzi. To że byli powiązani z osobami pochodzenia niemieckiego, świadczą m.in. Napisy po niemiecku, czy też rzadko spotykane w Polsce imię Irma. Nic więcej nie mogę napisać w tym temacie, uważam, że szkoda zniszczyć tych anonimowych zdjęć, być może ktoś rozpozna kogoś na tych fotografiach (byłoby to piękne).

   
          
        

     

           
       

    

                                                

niedziela, 21 października 2018

Judaika - Kwestia żydowska w Polsce - Adwokat - Wspomnienia - Łódź - Komunizm - cz.11



                        Żydzi jako naród stary i doświadczony, unikali ciężkiej pracy fizycznej. Domeną ich działalności był handel i rzemiosło, skupowali domy i fabryki i w końcu wytworzyła się taka paradoksalna sytuacja, że chłop polski miał tylko jedną drogę z przeludnionej wsi - zagranicę, na emigrację zarobkową lub roboty (tzw."saksy"). Naturalnym awansem gospodarczym wychodzącego z ziemi chłopa, jest drobny handel i rzemiosło w miasteczkach, potem większe interesy w większym mieście i tak dalej, co raz wyżej i szerzej. Ale nasz chłop miał te normalną drogę zamkniętą, gdyż wszystkie miasteczka w b. Kongresówce i byłej Galicji i na Kresach Wschodnich zajęte były przez wyłącznie przez ludność żydowską i ona to awansowała, zamiast chłopa.
                        Czy można było spokojnie patrzeć na to, ze brat-Polak, musi iść za chlebem w świat, bo obcy naród zajmuje mu miejsce? Nie mogłem zrozumieć naszej lewicy, która mimo tego oczywistego faktu, nie chciał widzieć i twierdziła uparcie, że kwestii żydowskiej w Polsce nie ma, że wymyślili ją szowiniści. Tłumaczyłem to sobie faktem, że we władzach partii lewicowych było bardzo dużo ludzi pochodzenia żydowskiego, ale dokąd mieli iść ci działacze? na prawicę, która uważała, że Żydzi są tu niepotrzebni? Szli więc tam, gdzie mieli szanse utrzymania narodowościowo doby czasowej - stany rzeczy t.j. na lewicę. W ten sposób socjalistami  z imienia stawali się bogaci lub wpływowi inteligencji pochodzenia żydowskiego, którzy nawet demonstrowali swoją polskość, ale w istocie pozostawali zawsze tym czym byli, co natychmiast można było zauważyć, gdy rozmowa zeszła na kwestie żydowską. W tedy od razu wychodziło na jaw, ze interes narodu żydowskiego stoi dla nich przed interesem narodu Polskiego.
                          Ortodoksyjni Żydzi rozmnażali się szybciej niż Polacy, gdyż według religii, ilość dzieci świadczyła o wielkości łaski boskiej. Płodzili się więc bez względu na swoje warunki materialne, często bardzo ubogie. To powodowało silne zróżnicowanie w stanie majątkowym wśród ludności żydowskiej, większe niż w społeczeństwie polskim. Było wielu Żydów bogatych i bardzo bogatych, ale było również nader wielu biedniejszych. Często nie wiadomo, z czego żyjących. Ci biedacy, którzy zdołali się wyłamać z pod wpływu rabinów, stawali się często komunistami, cóż bowiem mieli do stracenia? Ojczyznę? Dobrobyt?
                           A zwycięstwo komunizmu, patrząc na rewolucję rosyjską, dawało im dużą szansę nieograniczonej władzy (dyktatury proletariatu), możliwość zemsty nad tymi, którzy nimi pogardzali, oraz widoki osobistego dobrobytu, jaki daje posiadanie władzy. Po zdelegalizowaniu Partii Komunistycznej w Polsce, widywałem na ławie oskarżonych komunistów w następującej przeciętnej proporcji 7-8 Żydów na 2-3 Polaków.

                                                          - ciąg dalszy nastąpi -
                      

sobota, 20 października 2018

Judaika - Kwestia żydowska w Polsce - Adwokat - Wspomnienia - Łódź - Niemcy - Manufaktura - cz.10



              Wreszcie zaległości urosły do tak horrendalnej wysokości, że rząd zdecydował się ustanowić przymusowego zarządcę państwowego nad fabryką, a że było to za dyktatury Piłsudskiego więc zarządcą został naturalnie wierny piłsudczyk - pułkownik, który chyba nie wiele się znał na prowadzeniu fabryki włókienniczej. W ciągu 3 lat mojego zastępowania adwokata Cygańskiego jako pełnomocnika Prokuratorii Generalnej  miałem do czynienia nieomal wyłącznie z ludnością żydowską w sprawach zaległości za podatki.
               Czy działo się tak dlatego, że mieszkający u nas Żydzi nienawidzili Polski, byli jej wrogami? Nic podobnego!
               Takie twierdzenie byłoby w stosunku do przeważającej większości nieprawdziwe i krzywdzące. Ta większość czuła nawet sentyment do ziemi na której się urodziła, a były i takie wyjątki, że ludzie pochodzenia żydowskiego byli lepszymi Polakami niż bardzo wielu urodzonych Polaków. Nie zmienia to jednak faktu, że w swej masie, Żydzi byli po prostu innym narodem, dlatego dbali przede wszystkim o swoje interesy, bowiem bliższa koszula ciału niż kożuch. Tej masie było zawsze obojętne, kto będzie tu rządził, czy Polacy, czy obcy, byleby dał im spokój, pozwolił żyć i bogacić się.
                Nauczeni wielowiekowymi , a jakże smutnymi doświadczeniami, że byle łobuz, nawet z tych co siedzą na tronie, może ich ciężko skrzywdzić, gromadzili usilnie majątki, pieniądze, złoto, gdyż w nich widzieli jedyną możność, możliwość wykupienia się prześladowcom, nie mówiąc o tym, że zamożność dawała wpływy w państwie, tak przydatne dla ochrony interesów ludności żydowskiej! Jako daleko zapobiegliwsi, przebieglejsi i oszczędniejsi od olbrzymiej większości Polaków, dorabiali się szybciej (nigdy np. nie widziałem pijanego Chasyda, mimo, że tzw. "pejschakówka" jest prawie czystym spirytusem).
                Zresztą wielowiekowe przekonania Polaków, że handel jest zajęciem niehonorowym, wręcz nieuczciwym, w połączeniu z polską lekkomyślnością powodowało to, że bogacili się i inni obcy przybysze. Nie da się przecież zaprzeczyć, ze cały przemysł aglomeracji łódzkiej stworzony został  przez Niemców, Czechów, Francuzów, a nie Polaków, którzy potrafili tylko przepijać swoje tygodniówki (zazdroszczono temu Polakowi, który zdołał dojść do czegoś. Ciekawe, że Polak nigdy nie zazdrościł dorobienia się poszczególnemu Niemcowi, Żydowi, czy innemu obcemu, uważając to widocznie za zupełnie naturalne.
                 Tkacze niemieccy przyjechali do nas dosłownie na psach, a jednak w ciągu kilkudziesięciu lat dorobili się fabryk z kilkoma, kilkunastoma tysiącami robotników. Czyja to była wina, ze nie my, a cudzoziemcy uprzemysławiali kraj i dorabiali się fortun i to nader często - naszym kosztem? Gdzie było nasze ziemiaństwo i arystokracja posiadająca przecież pieniądze? Antoni Tyzenhauz, Prot (Protazy), Potocki, Henryk Łubieński i trochę następnych to wyjątki i to nie tak bardzo, z różnych względów, chwalebne. Olbrzymia większość grzebała w ziemi według odwiecznych prawideł, albo lekkomyślnie traciła majątki. Wina, ze tak się działo, była oczywiście przede wszystkim nasz własna!

                                                                - ciąg dalszy nastąpi -


                          

środa, 17 października 2018

Bukowiec - Königsbach - Carmen Beret - cz.2

              Podczas naszej korespondencji, otrzymałem od Carmen w e-mailu 3 zdjęcia z 1975 roku. Są on bardzo ciekawe, pokazują, jak zmienił się Bukowiec przez ostatnie 40 lat. Dom i zabudowania gospodarcze zniknęły, kiedy nie potrafię w obecnej chwili odpowiedzieć. Adres: Bukowiec, ul. Dolna 45 lub 46. Należały do 1946 do rodziny Beret. Teraz, w tym miejscu jest łąka, rośnie sobie trawa....







Bukowiec - Königsbach - Cmentarz ewangelicki - Kościół - Carmen Beret - Wizyta - cz.1


                 W dniu wczorajszym spotkałem się z Carmen Beret, córką Wilhelma Beret, który urodził się w Bukowcu - Königsbach w 1930 roku. Wilhelm wraz ze swoimi rodzicami opuścił swoje rodzinne strony na zawsze w 1946 roku. Wcześniej sporo korespondowaliśmy razem, rozmawialiśmy telefonicznie. Carmen pisała do mnie, że przyjeżdża do Polski ok.15 października, będzie również w Bukowcu... Nawaliłem, nie odpisałem, nie odpowiadałem na jej telefony, ostatnie dni to gorący okres przedwyborczy, nie wyrabiam się czasowo. Wczorajszy telefon musiałem odebrać, Carmen powiadomiła mnie, że jest w tym momencie na cmentarzu w Bukowcu. Nieśmiało zapytała, czy mógłbym się z nią spotkać? Cóż miałem do zrobienia, szybka kąpiel i w przeciągu kilku minut byłem na miejscu. Carmen w towarzystwie swojej siostry i szwagra była bardzo zadowolona, serdeczna rozmowa, spacer po cmentarzu i przyjęcie propozycji zwiedzenia Bukowca. Okazało się, że dwie godziny wcześniej zwiedzali go sami, znaleźli miejsce, gdzie stał ich dom rodzinny. Robili zdjęcia pozostałym, stojącym jeszcze drewnianym domom z okresu międzywojennego. Podczas fotografowania spotkali się z bardzo agresywną reakcją jednej z mieszkanek Bukowca. Wiem, kim jest ta osoba, w najbliższym czasie przeprowadzę rozmowę... Gdy ich spytałem, czy chcą zobaczyć miejsce w którym stał kościół, byli mocno zdziwieni! Przejeżdżali koło tego miejsca, nie przypuszczali jednak, że jest to ,to miejsce. Spytali, dlaczego, nie ma tablicy, która informowałaby, ze w tym miejscu znajdował się zabytek.... Cóż miałem im powiedzieć??.., że walczyłem 4 lata, i nic z tego nie wyszło...W następnym odcinku opiszę dalsze "wojaże" po Bukowcu.

                              Carmen (z lewej) na cmentarzu ewangelickim w Bukowcu.




                             Miejsce, w którym do lat 70-ych XX wieku stał kościół ewangelicki.

To jest pierwszy e-mail, który dostałem od Carmen 10 lutego 2018 roku:

Dobry wieczór Szukam moich przodków i znalazłem ich stronę internetową. Mam oficjalne dokumenty z Polski i nie mogę ich tłumaczyć. Czy możesz mi pomóc? Moi przodkowie przybyli z Alzacji do Bukowca / Königsbach i wyemigrowali z Polski do Niemiec około 1946 roku. Dużo czytałem na stronie Mittelpolen.de. Myślę, że to godne pochwały, że dbają o historię starych cmentarzy.
Otrzymałem 5 takich formularzy i nie mogę ich odczytać. Patrz formularz dodatku 1.

Jestem Carmen Beret, mój ojciec Willhelm Beret 1930, którego ojciec Robert Beret 1901 urodził się, a matka Juljana Beret urodziła się w 1905 roku w Bukowcu. Następnie wyemigrował do Niemiec (Lonzig bei Zeitz).
Czy możesz mi pomóc? Dołączono także poprzednie drzewo genealogiczne mojego ojca.  Z poważaniem, Carmen Beret


Guten Abend ich bin auf der Suche nach meinen Vorfahren und habe ihre Webseite gefunden. Ich habe aus Polen Amtliche Papiere bekommen und kann diese nicht übersetzen. Können sie mir helfen? Meine Vorfahren sind aus dem Elsass nach / KönBukowiec igsbach gekommen und etwa 1946 aus Polen nach Deutschland ausgewandert. Ich habe schon viel auf der Webseite Mittelpolen.de gelesen. Ich finde es lobenswert das sie sich um die Geschichte der alten Friedhöfe kümmern. Ich habe 5 solcher Formulare bekommen und kann sie nicht lesen. 

Ich bin Carmen Beret mein Vater Willhelm Beret 1930 deren Vater Robert Beret 1901 und Mutter Juljana Beret 1905 geborene Kühler  in Bukowiec geboren. Sind dann nach Deutschland (Lonzig bei Zeitz) ausgewandert.

Können sie mir helfen?
Mit freundlichen Grüßen Carmen Beret

















Judaika - Kwestia żydowska w Polsce - Adwokat - Wspomnienia - Łódź - Kino Bałtyk - Widzewska Manufaktura - cz.9



              Istniała wówczas instytucja prawna tak zwana "intercyza" polegająca na tym, że kobieta wychodząca za mąż, zastrzegała w akcie notarialnym, i włożone przez nią do małżeństwa, a szczegółowo przedmioty stanowiące jej własność. Przepis był mądry, bo zabezpieczał żonę przed długami męża, ale cóż z tego, kiedy ludność żydowska zapisywała w intercyzie. Z reguły nie to, co było, ale to co małżonkowie zamierzali po dorobieniu się kupić.W rezultacie Skarb Państwa zajmujący przedmioty majątkowe za zaległe podatki, narażał się na sprawę wyłączeniową, gdyż żona przedstawiała intercyzę i sąd musiał zajęte rzeczy wyłączyć z egzekucji, mimo, że kupione, między innymi za niezapłacone podatki.
               Właścicielem mieszkania przy ul. Cegielnianej 58, gdzie przez jakiś czas zamieszkiwałem jako sublokator, był kupiec, który nie płacił za dużych podatków, urządził się bowiem (i jak stwierdził, nie on jeden) w następujący sposób. Kupował bawełnę czy wełnę, dawał ją do przerobienia na przędzę do t.zw. przędzalni, potem tę przędzę do tkalni. Gotowy towar sprzedawał kupcom, po cenie konkurencyjnej. Ponieważ w tym czasie, życie handlowe i przemysłowe nie było skrępowane tylu przepisami, więc wyżej opisaną procedurę można było stosować, bez płacenia podatków, chyba, że kto wydał, czego się na ogół nie obawiano, gdyż ludność żydowska w takich sprawach na zewnątrz, była nadzwyczajnie solidarna.
                 Robili także inaczej. Fabryka, urządzenia przedsiębiorstwa, kina itp. stanowiły własność określonej osoby, ale ona nie prowadziła swego przedsiębiorstwa, tylko je wydzierżawiała i dzierżawa obowiązała, był płacić podatki z prowadzonego przedsiębiorstwa. Gdy wobec zalegania z płatnością Skarb państwa zajmował urządzenia przedsiębiorstwa i następowało wyłączenie , gdyż rzeczy nie były własnością dłużnika, a sam dłużnik był, albo spółka z ograniczoną odpowiedzialnością , która okazała się bez kapitału, albo biedakiem, który był po prostu osobą podstawioną. Przypominam sobie np. sprawę dużego kina istniejącego zresztą do dzisiaj przy ul. Narutowicza w Łodzi, pod nazwą "Bałtyk". Gdy Prokuratoria Generalna w Warszawie przekazała nam tę sprawę, kino nazywało się "Splendid". Właścicielami lokalu, krzeseł, aparatury kinowej i w ogóle całego urządzenia byli dwaj Żydzi, którzy wystąpili o wyłączenie tych rzeczy z pod zajęcia, dokonanego przez Skarb Państwa, gdyż prowadząca je spółka z ograniczoną odpowiedzialnością nie zapłaciła grosza podatku i rozwiązała się gdy tylko zjawił się sekwestrator skarbowy. Sąd musiał urządzenia kina wyłączyć i skarb nic nie dostał.
                  Aliści po półtora roku, znowu natknąłem się na sprawę tego kina. Tym razem nazywało się ono "Nowy Splendit" i było dzierżawione prywatnej osobie, która nie zapłaciła podatków, a gdy przyszło co do czego, okazało się, że dzierżawca jest ubogim Żydkiem, mieszkającym w jakiejś klitce pod schodami, a jedynym jego majątkiem jest siedmioro dzieci. Nie mieliśmy wątpliwości, że kino faktycznie prowadzą właściciele lokalu i urządzeń, ale aby nie płacić podatków z obrotu i dochodu kina , podstawiają jakiegoś "Strohmanna" (słomianego figuranta). Niestety, w ówczesnym ustroju demokratycznym, nie można było im nic zrobić, gdyż formalnie byli w porządku, a szukanie świadków dla ustalenia prawdziwego stanu rzeczy i obalenie zmowy milczenia, było z góry skazane na niepowodzenie, gdyż rzecz działa się wśród ludności żydowskiej, była jak już wspominałem bardzo solidarna.
                    Znana jest historia "Widzewskiej Manufaktury" w Łodzi, której właściciel - Uszer Kohn płacił podatki kapaniną, jak z łaski i gdy go przyciskano, groził, że zamknie fabrykę i kilka tysięcy robotników zostanie bez pracy. Nie przeszkadzało mu to jednak wiadomymi sobie drogami, lokować zarobionych pieniędzy za granicą.
            
                                                        - ciąg dalszy nastąpi -