czwartek, 24 października 2019
Trzciel - Cmentarz żydowski - Jezioro Żydowskie - Judaika - cz.1
Zwiedzając Gminę Trzciel przed trzema laty jako jeden z zaproszonych samorządowców, miałem przyjemność poznać wielu wspaniałych mieszkańców tej gościnnej Gminy. Obecnie zamieszkuje ją ponad 6.000 mieszkańców, wielkością jest podobna do mojej Gminy Brójce koło Łodzi. Sam Trzciel zamieszkuje ok.2.500 mieszkańców.
Podczas tej wizyty poznałem Roberta Kaczmarka, pracownika Gminy, który był nam przewodnikiem zarazem opiekunem. To podczas zwiedzania, przez szybę autokaru spostrzegłem żydowski cmentarz, były to sekundy, jednak w mojej pamięci ten widok pozostał do chwili obecnej. Dlaczego? - otóż ilość pięknych macew stojących rzędem na wzniesieniu wśród drogi prowadzącej przez las zrobił na mnie olbrzymie wrażenie! Wiemy wszyscy jak wyglądają w przytłaczającej ilości cmentarze żydowskie, czy też ewangelickie, ich stany - to mogło zrobić wrażenie.
Robert obiecał mi, że podczas następnego spotkania będę mógł zwiedzić tę nekropolię, tak też się stało. Na początku września, dokładniej szóstego, w sobotę przyjechaliśmy jako zaproszeni samorządowcy na otwarcie hali sportowej, po oficjalnych uroczystościach, przyszedł czas na zwiedzanie. Robert ze swoją nieocenioną żoną Elą przygotowali program, gdzie nawet przez minutę nie mogliśmy się nudzić! Poprzez zwiedzanie prawie 10 hektarowej plantacji borówki - nigdy w życiu nie jadłem bardziej smakowitych borówek, także w takiej ilości- po wycieczkę rowerową!
Dwadzieścia dobrej klasy rowerów podstawiono pod nasz hotel, w planie była ponad 20 kilometrowa wycieczka poprzez lasy! Wiedziałem, że Robert tak ustawił trasę, żeby przejeżdżać koło tego cmentarza. Kiedy tam podjechaliśmy, postanowiłem zostawić całą grupę i zostać, aby w spokoju zwiedzić ten teren i zrobić zdjęcia. Pogoda nie była sprzyjająca, popadywał kapuśniaczek, ale dla mnie nie było to większą przeszkodą. Nie wierzyłem moim oczom, tak olbrzymia ilość macew, których stanu mógłby pozazdrościć niejeden cmentarz na terenie naszego kraju, widać nie dotarli tutaj wandale!
Jak wspomniałem wcześniej, zrobiłem mnóstwo zdjęć, co ciekawe wszystkie macewy miały napisy po hebrajsku i niemiecku (np.przód po hebrajsku, tył po niemiecku). W tej części nie pokażę tych zdjęć, będą w następnych, myślę, że warte je pokazywać. Samo położenie tego cmentarza jest urokliwe, na sporawym wzniesieniu spoczywają dawni mieszkańcy Trzciela, z tyłu, schodząc w dół, zwiedzającym rzuca się oczy cudowny widok, pośród drzew prześwituje tafla jeziora: Jeziora Żydowskiego! Jakże nie zakochać się w takich widokach, spędziłem tam dwie godziny, tylko dwie, gdyż wracała moja roześmiana grupa, musiałem z nimi wracać.., a tak naprawdę nie miałem na to najmniejszej ochoty!
Tutaj, bez wyjątku chciałbym podziękować trójce naszych przyjaciół: Burmistrzowi Jarkowi Kaczmarkowi oraz wspominanych wcześniej Elizabeth i Robertowi Kaczmarkom (zbieżność nazwisk zupełnie przypadkowa) za tak serdeczne przyjęcie i opiekę!
Troszeczkę informacji o Trzcielu wedug informacji znalezionych na Wikipedii:
Trzciel (do 1945 niem. Tirschtiegel) – miasto w województwie lubuskim, w powiecie międzyrzeckim, siedziba gminy miejsko-wiejskiej Trzciel. W latach 1975–1998 miasto administracyjnie należało do województwa gorzowskiego.
Według danych z 1 stycznia 2018 Trzciel liczył 2 455 mieszkańców[2].
Współczesny Trzciel to niewielkie miasteczko nad rzeką Obrą, położone między jeziorami: Młyńskim i Wielkim, w pobliżu autostrady A2. Jest to lokalny ośrodek usługowy i wypoczynkowy. Miasteczko jest znane z wyrobów wikliniarsko-trzciniarskich (meble, koszyki) i uprawy szparagów. Obrą prowadzi znany szlak kajakowy.
We wczesnym średniowieczu istniał tu gród. Miasteczko po raz pierwszy zostało wymienione w dokumentach w 1307 roku. Prawa miejskie uzyskało przed 1394 rokiem. W czasie wojny trzynastoletniej Trzciel wystawił w 1458 roku 2 pieszych na odsiecz oblężonej polskiej załogi Zamku w Malborku[5].Prywatne miasto szlacheckie położone było w 1582 roku w powiecie poznańskim województwa poznańskiego[6]. Miasto początkowo rozwijało się na prawym brzegu Obry, ale w XVIII wieku na lewym brzegu powstało drugie miasto Nowy Trzciel, w którym osiedlali się protestanci przybyli ze Śląska i Brandenburgii. Połączenie obu miast nastąpiło w 1880 r. o czym przypominał stojący do 1945 r. na Rynku Nowego Trzciela pamiątkowy obelisk. Na mocy postanowień Traktatu Wersalskiego od roku 1920 granica polsko-niemiecka przecięła Trzciel, zostawiając centrum miasteczka po stronie niemieckiej, natomiast stacja kolejowa (linia Międzychód – Zbąszyń) przypadła Polsce. W okresie międzywojennym w miejscowości stacjonowała placówka Straży Granicznej I linii „Trzciel
Wikipedia:
Cmentarz żydowski w Trzcielu – znajduje się na wzgórzu nad brzegiem Jeziora Żydowskiego, przy asfaltowej (w tym miejscu) drodze do Starej Jabłonki (przedłużenie ul. Świerczewskiego w Trzcielu). Ma powierzchnię 0,65 ha i jest jednym z najlepiej zachowanych cmentarzy żydowskich w województwie lubuskim. Został uporządkowany staraniem uczniów II LO w Gorzowie Wielkopolskim, Polskiej Unii Studentów Żydowskich oraz Akcji Pokuta z Niemiec. Najstarszy spośród 58 zachowanych[1] do dnia dzisiejszego nagrobków pochodzi z 1779, a pierwsza wzmianka o kirkucie z roku 1745. Pierwsze nagrobki wykonywano z kamieni polnych; nagrobki te znajdują się najwyżej na zboczu wzgórza i mają jedynie napisy hebrajskie. Późniejsze macewy kuto w kamieniach ozdobnych (piaskowiec, granit, marmur) i zazwyczaj wyposażano w napisy dwujęzyczne (hebrajskie i niemieckie), niejednokrotnie z obu stron płyty. Macewy wykonane z najcenniejszych materiałów (granit, marmur) zostały rozkradzione w pierwszych latach po II wojnie św. (część połamanych macew, zapewne przygotowanych do wywózki można jeszcze dostrzec przy szosie)[2]. Granitową tablicę pamiątkową w językach polskim i hebrajskim odsłonięto 6. sierpnia 2014 r.
środa, 23 października 2019
Trzciel - Gorzów - Cmentarz ewangelicki
Podczas mojej pierwszej wizyty w Trzcielu trzy lata temu poznałem Roberta Kaczmarka. Oczywiście wszystkie rozmowy po wstępnym poznaniu sprowadzam do historii, nie inaczej było w tym przypadku, interesowało mnie, czy na terenie Trzciela są cmentarze innych wyznań niż katolickich. Robert powiedział, że są dwa: ewangelicki i żydowski. Jednak nie miałem czasu i możliwości na ich zwiedzanie, umówiliśmy się, że podczas mojej następnej wizyty pokaże mi obie nekropolie.
Tak też się stało, na początku września przyjechałem wspólnie z samorządowcami z naszej gminy Brójce na uroczystość otwarcia pięknej hali sportowej przeznaczonej przede wszystkich dla zapaśników. Od ponad 30 lat zapasy są wiodącym sportem w Trzcielu, ponad 100 medalistów Mistrzostw Polski, Europy i Świata, także medal olimpijski Moniki Michalik o tym najlepiej świadczą!
Przez dwa dni byliśmy miło przyjmowani, jednak dla mnie w pamięci pozostawały cmentarze, w ostatni dzień podczas powrotu z zawodów zapaśniczych całą grupą, Robert pokazał mi teren cmentarza ewangelickiego. Nie było dla mnie niespodzianką to, że jest w fatalnym stanie, przyzwyczaiłem się do tego, większość odwiedzanych cmentarzy jest w takim stanie... Zaskoczeniem dla mnie była wielkość, naprawdę olbrzymi teren, porośnięty jeżynami, drzewami... Natura skryła w większości aktów wandalizmu poczynionych po 1945 roku, można zobaczyć kilkadziesiąt ram grobowych, kilka połamanych nagrobków oraz resztki kaplicy z 1867 roku.
Robert, serdecznie dziękuję, wywiązałeś się z obietnicy, sprawiłeś mi wielką frajdę! Chcę również serdecznie podziękować twojej żonie Eli, za to, że wspólnie z Tobą opiekowała się nami przez cały okres pobytu!- mieliśmy wszystko, co tylko dusza zapragnęła!
Mój nieceniony przewodnik i opiekun Robert Kaczmarek na obrzeżach cmentarza ewangelickiego.
Wikipedia:
Trzciel – gmina miejsko-wiejska w województwie lubuskim, w powiecie międzyrzeckim. W latach 1975–1998 gmina położona była w województwie gorzowskim. Siedziba gminy to Trzciel. Według danych z 30 czerwca 2004 gminę zamieszkiwało 6348 osób.
Trzciel
Dawny cmentarz ewangelicki (1775-1945)
W połowie XVII wieku, po zakończeniu wojny
trzydziestoletniej w okolice Trzciela zaczęli przybywać religijni
migranci z Brandenburgii i Śląska, poszukujący spokojnego miejsca, gdzie
mogli kultywować swoją religię. Na zachód od Obry założyli osadę, z
której w XVIII wieku rozwinęło się miasto Nowy Trzciel. Ewangelicy
stanowiący przytłaczającą większość mieszkańców zbudowali tutaj swój
zbór oraz w założyli cmentarz.
W 1775 r., kiedy zamknięto dotychczasową nekropolię przy kościele ewangelickim, założono nowy cmentarz pomiędzy dzisiejszymi ulicami Zbąszyńską i Armii Czerwonej. Do 1945 r. spoczywały tutaj kolejne pokolenia ewangelików. Po II wojnie światowej zniszczono właściwie wszystkie nagrobki, a teren porósł samosiejkami. W ostatnich latach na starym cmentarzu, wśród okazałych drzew ustawiono krzyż oraz pamiątkowy kamień przypominający spoczywających tu ewangelików.
Fundamenty, pozostałość po kaplicy wybudowanej w 1867 roku.
Jedna z niewielu zachowanych płyt nagrobnych.
Grupa samorządowców z gminy Brójce na terenie cmentarza.
Matka natura wzięła w swoje objęcia groby mieszkańców dawnego Trzciela.
W 1775 r., kiedy zamknięto dotychczasową nekropolię przy kościele ewangelickim, założono nowy cmentarz pomiędzy dzisiejszymi ulicami Zbąszyńską i Armii Czerwonej. Do 1945 r. spoczywały tutaj kolejne pokolenia ewangelików. Po II wojnie światowej zniszczono właściwie wszystkie nagrobki, a teren porósł samosiejkami. W ostatnich latach na starym cmentarzu, wśród okazałych drzew ustawiono krzyż oraz pamiątkowy kamień przypominający spoczywających tu ewangelików.
Fundamenty, pozostałość po kaplicy wybudowanej w 1867 roku.
Jedna z niewielu zachowanych płyt nagrobnych.
Grupa samorządowców z gminy Brójce na terenie cmentarza.
Matka natura wzięła w swoje objęcia groby mieszkańców dawnego Trzciela.
poniedziałek, 21 października 2019
Prawdzic - Bentkowski - Kowalewski - Adwokat - Wspomnienia - 1976 - cz.2
Dzieciarnia ukończyła naukę /dyrektorem szkoły był nasz kolega z Piotrkowa, Wacek Krauze/, żona pracowała w administracji szkolnej / z powodu choroby gardła i tarczycy nie mogła nadal uczyć/, a ja zajmowałem się ogródkiem i ulepszaniem domku sposobem gospodarczym. Ale choroba oczu posuwała się: w 1961 r. uzyskałem drugą grupę 1969 r. pierwszą grupę. Widzę tylko bokami, w centrum pola widzenia mam gęsty mroczek. Stąd trudności w pisaniu ręcznym, wolę na maszynie, choć niezbyt wprawnie, ale czytelnie. Myślę, że i Tobie będzie łatwiej mnie odczytać.
Lata biegły, Krysia po ukończeniu ze złotym medalem W.S.E. w Katowicach otrzymała posadę w min. Komunikacji, wyszła za mąż i mieszka w pobliżu dworca głównego, szalenie do mnie przywiązana. Terenia ukończyła również ze złotym medalem Politechnikę Śląską, wyszła za mąż za kolegę z uczelni, mieszka w Dąbrowie Górniczej, a pracuje jako asystentka na uczelni i robi tam doktorat. Władek ukończył Politechnikę Warszawską, zaraz też się ożenił, mieszka przy teściowej, pracuje w Dyrekcji P.K.P.. W tych warunkach nie było dla nas dwojga starszych sensu dalej mieszkać w domku, palić w piecu, odgarniać śnieg i naprawiać dach. Wiosną 1974 r. sprzedaliśmy więc domek, kupując równocześnie mieszkanie spółdzielcze.Dwa pokoje i kuchnia z oknem, co w budownictwie stołecznym często się nie spotyka. Nadwyżkę ze sprzedaży zamierzaliśmy przeznaczyć na wycieczki i rozrywki. Ale z zamiarów nic nie wyszło. Nagle zaskoczyła mnie w grudniu 1974 r. operacja /niedrożność/, odnowienie nowego mieszkania i przeprowadzka odbyła się podczas mojego pobytu w szpitalu.
Do normalnego stanu powracałem nawet dość szybko, w maju 1975 byliśmy nawet na wczasach w Spale. W sierpniu żona otrzymała sanatorium w Szczawnie, ja pojechałem razem /prywatnie/ i tam wzmogły się moje dolegliwości. Trzeba było pobyt przerwać. We wrześniu szpital, powtórna operacja. Tym razem do zdrowia powrócić nie mogę. Kompletny brak apetytu, wstręt do mięsa, jadam tylko kaszkę mannę, omlecik na parze, twarożek. Od dwóch miesięcy z regularnością co 7 dni lub 8 dni łapią mnie torsje, bardzo obfite, odwadnia to organizm i mocno osłabia. Nigdzie więc się nie ruszam, nawet na krótkie przechadzki po osiedlu wypuszczam się rzadko. A jeśli trzeba coś pozałatwiać to nigdzie bez żony nie wyruszam. Jest moją nieodstępną towarzyszką. Sprawuje funkcję sekretarki, kasjerki, lektorki, gosposi, praczki, szwaczki, sprzątaczki, pielęgniarki. A ja niczym odwzajemnić się nie mogę. Czuję się jak postrzelony zając, który jeszcze po lesie kluczy, ale w ciągłej obawie, ze go lis złapie.
Tak szczegółowo opisałem swoje dolegliwości, gdyż na pewno właściwie je odczujesz, wynika bowiem z Twego listu, że i Ty niedomagasz. Ale kończmy ten temat, teraz trochę wspomnień.
Jeśli chodzi o kolegów szkolnych to kontakt utrzymywałem z Wojtkiem Karwowskim. Felek Przyłubski zasklepił się w domu, pochłonięty ponoć wychowywaniem wnuków i opracowaniem wydawnictw. Twoją kuzynkę p.Genę dobrze pamiętam, a że w albumie mam nawet jedno nadetatowe zdjęcie, więc przesyła je Tobie, może właśnie nie posiadasz. Często przebiegam myślą do czasów naszego wspólnego i to przez ładnych parę lat na letnisku we Włodzimierzowie, nasze biegi, skoki i inne zawody, w których rolę arbitra pełnił sędzia Kowalczewski. A podczas zajęć szkolnych wspólne przerabianie zadań matematycznych. Pamiętam, że miałeś zwyczaj wróżenia sobie, czy w szkole dzień przejdzie pomyślnie. Miało o tym świadczyć pociąganie rano przy wstawaniu właściwego sznurka od rolety okiennej. Ale to podobno nie zawsze się sprawdzało. natomiast w okresie studenckim, gdy mieszkałeś przy Chmielnej 49 na odwrocie drzwi do szafy miałeś umieszczony wizerunek jakiegoś fetysza, który miał szczęście przynosić. Również i Twoich rodziców dobrze pamiętam. Twoja matka w pogodne dni letnie lubiła wczesnym rankiem brodzić po Luciąży, a Twój ojciec był człowiekiem szanowanym i zapobiegliwym. pamiętam, że "Krakowski" był jeszcze domem parterowym, potem Twój ojciec rozbudował go, ale w ten sposób, ze nie było tam ani jednego lokatora. Wystawiłeś też na cmentarzu piękny pomnik z czarnego marmuru.
Jeśli chodzi o kolegów piotrkowiaków to mało się tu już ich widzi. parokrotnie zetknąłem się z wackiem Wolskim, a rewelacją było wspólne przebywanie w szpitalu na tej samej sali z Marianem Bartenbachem. Mimo okazywanej serdeczności z jego strony stosunków koleżeńskich nie odnowiłem, z uwagi na przykre wspomnienia z okresu okupacji, o czym może będę miał możność kiedy Ci opowiedzieć.
- ciąg dalszy nastąpi -
Lata biegły, Krysia po ukończeniu ze złotym medalem W.S.E. w Katowicach otrzymała posadę w min. Komunikacji, wyszła za mąż i mieszka w pobliżu dworca głównego, szalenie do mnie przywiązana. Terenia ukończyła również ze złotym medalem Politechnikę Śląską, wyszła za mąż za kolegę z uczelni, mieszka w Dąbrowie Górniczej, a pracuje jako asystentka na uczelni i robi tam doktorat. Władek ukończył Politechnikę Warszawską, zaraz też się ożenił, mieszka przy teściowej, pracuje w Dyrekcji P.K.P.. W tych warunkach nie było dla nas dwojga starszych sensu dalej mieszkać w domku, palić w piecu, odgarniać śnieg i naprawiać dach. Wiosną 1974 r. sprzedaliśmy więc domek, kupując równocześnie mieszkanie spółdzielcze.Dwa pokoje i kuchnia z oknem, co w budownictwie stołecznym często się nie spotyka. Nadwyżkę ze sprzedaży zamierzaliśmy przeznaczyć na wycieczki i rozrywki. Ale z zamiarów nic nie wyszło. Nagle zaskoczyła mnie w grudniu 1974 r. operacja /niedrożność/, odnowienie nowego mieszkania i przeprowadzka odbyła się podczas mojego pobytu w szpitalu.
Do normalnego stanu powracałem nawet dość szybko, w maju 1975 byliśmy nawet na wczasach w Spale. W sierpniu żona otrzymała sanatorium w Szczawnie, ja pojechałem razem /prywatnie/ i tam wzmogły się moje dolegliwości. Trzeba było pobyt przerwać. We wrześniu szpital, powtórna operacja. Tym razem do zdrowia powrócić nie mogę. Kompletny brak apetytu, wstręt do mięsa, jadam tylko kaszkę mannę, omlecik na parze, twarożek. Od dwóch miesięcy z regularnością co 7 dni lub 8 dni łapią mnie torsje, bardzo obfite, odwadnia to organizm i mocno osłabia. Nigdzie więc się nie ruszam, nawet na krótkie przechadzki po osiedlu wypuszczam się rzadko. A jeśli trzeba coś pozałatwiać to nigdzie bez żony nie wyruszam. Jest moją nieodstępną towarzyszką. Sprawuje funkcję sekretarki, kasjerki, lektorki, gosposi, praczki, szwaczki, sprzątaczki, pielęgniarki. A ja niczym odwzajemnić się nie mogę. Czuję się jak postrzelony zając, który jeszcze po lesie kluczy, ale w ciągłej obawie, ze go lis złapie.
Tak szczegółowo opisałem swoje dolegliwości, gdyż na pewno właściwie je odczujesz, wynika bowiem z Twego listu, że i Ty niedomagasz. Ale kończmy ten temat, teraz trochę wspomnień.
Jeśli chodzi o kolegów szkolnych to kontakt utrzymywałem z Wojtkiem Karwowskim. Felek Przyłubski zasklepił się w domu, pochłonięty ponoć wychowywaniem wnuków i opracowaniem wydawnictw. Twoją kuzynkę p.Genę dobrze pamiętam, a że w albumie mam nawet jedno nadetatowe zdjęcie, więc przesyła je Tobie, może właśnie nie posiadasz. Często przebiegam myślą do czasów naszego wspólnego i to przez ładnych parę lat na letnisku we Włodzimierzowie, nasze biegi, skoki i inne zawody, w których rolę arbitra pełnił sędzia Kowalczewski. A podczas zajęć szkolnych wspólne przerabianie zadań matematycznych. Pamiętam, że miałeś zwyczaj wróżenia sobie, czy w szkole dzień przejdzie pomyślnie. Miało o tym świadczyć pociąganie rano przy wstawaniu właściwego sznurka od rolety okiennej. Ale to podobno nie zawsze się sprawdzało. natomiast w okresie studenckim, gdy mieszkałeś przy Chmielnej 49 na odwrocie drzwi do szafy miałeś umieszczony wizerunek jakiegoś fetysza, który miał szczęście przynosić. Również i Twoich rodziców dobrze pamiętam. Twoja matka w pogodne dni letnie lubiła wczesnym rankiem brodzić po Luciąży, a Twój ojciec był człowiekiem szanowanym i zapobiegliwym. pamiętam, że "Krakowski" był jeszcze domem parterowym, potem Twój ojciec rozbudował go, ale w ten sposób, ze nie było tam ani jednego lokatora. Wystawiłeś też na cmentarzu piękny pomnik z czarnego marmuru.
Jeśli chodzi o kolegów piotrkowiaków to mało się tu już ich widzi. parokrotnie zetknąłem się z wackiem Wolskim, a rewelacją było wspólne przebywanie w szpitalu na tej samej sali z Marianem Bartenbachem. Mimo okazywanej serdeczności z jego strony stosunków koleżeńskich nie odnowiłem, z uwagi na przykre wspomnienia z okresu okupacji, o czym może będę miał możność kiedy Ci opowiedzieć.
- ciąg dalszy nastąpi -
niedziela, 20 października 2019
Prawdzic - Bentkowski - Kowalewski - Adwokat - Wspomnienia - 1976 - cz.1
Postanowiłem zamieścić korespondencję dwóch kolegów ze szkolnej ławy: Stefana Antoniego Prawdzica-Bentkowskiego i Karola Kowalewskiego urodzonych w Piotrkowie, przyszłych prawników.
Wielkim pozytywem jest to, że zachowała się korespondencja obu panów, więc łatwiej będzie zrozumieć cały ten dialog i wspomnienia. Wspomnienia o tyle ciekawe, że pokazują czasy młodości, okres okupacji i trudne lata powojenne. Z całą pewnością zainteresują czytelników, szczególnie zainteresowanych Piotrkowem.
Szanowny Panie!
W głębokim smutku zawiadamiam o przykrym fakcie, na który my najbliżsi byliśmy wprawdzie przygotowani, niemniej jest to bardzo bolesne. Na wieczny spoczynek odprowadzili Stefana Koledzy pp.Ginter, Dobrowolski, Łubkowski i jeszcze Jeden nieznany mi.
W wypadku Stefana śmierć była wyzwoleniem, gdyż bardzo cierpiał, ale opuścił nas na zawsze i z tym się trudno pogodzić.
Serdecznie pozdrawiam
Helena Bentkowska
29.V.76
Łódź dn. 2/VI-76r.
Łaskawa Pani!
Dziękuję serdecznie za to, że była Pani łaskawa napisać do mnie list i przesłać nekrolog, który zachowam na pamiątkę.
Śmierć ś.p. Stefana bardzo mnie dotknęła i wzbudziła głęboki żal.
Poznaliśmy się z Nim wieku lat dziesięciu i przez okres gimnazjum oraz studiów byliśmy w kontakcie, który, po przejściu każdego z nas na "swoje gospodarstwo" w innych miejscach Polski, sprowadzał się do rzadkich, sporadycznych tylko spotkań, a od 25 lat uległ całkowitemu przerwaniu, aby odnowić się w ostatnich miesiącach Jego życia.
Mimo to wielokrotnie, w ciągu tej długiej przerwy, myślałem o nim, boć przecież związany był z moimi dziecięcymi i młodzieńczymi, a zawsze miłymi wspomnieniami.
Gdyby zechciała W.Pani napisać jeszcze czy przeczytał mój ostatni list z dnia 6/5 b.r., jak przebiegły ostatnie Jego dni i czy umierał przytomnie, byłbym Pani bardzo wdzięczny. Z góry proszę o wybaczenie mi tej prośby.
Jestem pełen szacunku dla Pani ofiarnej opieki nad Nim i aczkolwiek w nekrologu zastrzeżono nieskładanie kondolencji, ośmielam się wyrazić u Pani i Dzieciom szczere, serdeczne współczucie.
Karol Kowalewski
Listy które pisali do siebie obaj koledzy zaczynają się 14 lutego i kończą 12 kwietnia 1976 roku.
Warszawa, dn. 14 lutego 1976 r.
Drogi Karolu!
List Twój ucieszył mnie niepomiernie, a że zaraz nie odpisywałem to wyjaśnię następnie.
Pytasz o moje losy w ostatnim ćwierćwieczu. Otóż po wojnie mieszkałem we Wrocławiu. W 1948 r. ożeniłem się z nauczycielką ze Sosnowca, którą wyswatała mnie zamieszkała tam ciotka /znałeś ją, mastka naszych rówieśników Heftmanów/. Wybór nie był łatwy z uwagi na to, że w gr ę wchodziło zachowanie mojej córki z pierwszego małżeństwa Krysi, wówczas już panienki 12-letniej. Ale to był w mym życiu naprawdę wielki los oraz wielka wygrana. Życie rodzinne cały czas w wielkiej harmonii i zgodzie. W 1949 r. przyszła na świat córeczka Terenia, a w roku następnym syn Władysław. Ale wilgotny klimat wrocławski zaczął dawać się nam we znaki. Nawet mai reumatyczne, żona wymogła więc na mnie decyzję wyprowadzenia się właśnie do Sosnowca w 1954 r., gdzie wspólnie mieliśmy trochę rodziny i gdzie zapewniono mi posadę połączoną z mieszkaniem, a mianowicie kierownika administracyjnego szpitala w Mysłowicach. Zlikwidowałem więc całe gospodarstwo i przeprowadziliśmy się do Sosnowca, zamieszkując chwilowo kątem w kuchni u jednej z moich ciotek.
Po trzech miesiącach dowiedziałem się, że na obiecane mi stanowisko komórka partyjna przeforsowała swojego kandydata. Pozostałem bez posady, bez mieszkania, z małymi zasobami finansowymi. Rozpoczię jeden z najtrudniejszych moich okresów życiowych walki o byc i egzystencję. Odbiło się to na moim stanie zdrowia, choroba siatkówki i nerwu ocznego. Jako kierownik księgarni w Zabrzu otrzymałem w 1958r. trzecią grupę inwalidztwa. W międzyczasie zdołąłem sprzedać nieruchomości spadkowe po pierwszej żonie i teściowej, kupiłem działkę w Warszawie/Anin/ na której z wysiłkiem ale jednak z pomyślnym rezultatem postawiłem domek, wprawdzie skromniutki, bo z elementów trzcinowych, ale wygodny i własny.W takim zresztą układzie była jedyna możliwość uzyskania stałego zameldowania w Warszawie...
- ciąg dalszy nastąpi -
Wielkim pozytywem jest to, że zachowała się korespondencja obu panów, więc łatwiej będzie zrozumieć cały ten dialog i wspomnienia. Wspomnienia o tyle ciekawe, że pokazują czasy młodości, okres okupacji i trudne lata powojenne. Z całą pewnością zainteresują czytelników, szczególnie zainteresowanych Piotrkowem.
Szanowny Panie!
W głębokim smutku zawiadamiam o przykrym fakcie, na który my najbliżsi byliśmy wprawdzie przygotowani, niemniej jest to bardzo bolesne. Na wieczny spoczynek odprowadzili Stefana Koledzy pp.Ginter, Dobrowolski, Łubkowski i jeszcze Jeden nieznany mi.
W wypadku Stefana śmierć była wyzwoleniem, gdyż bardzo cierpiał, ale opuścił nas na zawsze i z tym się trudno pogodzić.
Serdecznie pozdrawiam
Helena Bentkowska
29.V.76
Łódź dn. 2/VI-76r.
Łaskawa Pani!
Dziękuję serdecznie za to, że była Pani łaskawa napisać do mnie list i przesłać nekrolog, który zachowam na pamiątkę.
Śmierć ś.p. Stefana bardzo mnie dotknęła i wzbudziła głęboki żal.
Poznaliśmy się z Nim wieku lat dziesięciu i przez okres gimnazjum oraz studiów byliśmy w kontakcie, który, po przejściu każdego z nas na "swoje gospodarstwo" w innych miejscach Polski, sprowadzał się do rzadkich, sporadycznych tylko spotkań, a od 25 lat uległ całkowitemu przerwaniu, aby odnowić się w ostatnich miesiącach Jego życia.
Mimo to wielokrotnie, w ciągu tej długiej przerwy, myślałem o nim, boć przecież związany był z moimi dziecięcymi i młodzieńczymi, a zawsze miłymi wspomnieniami.
Gdyby zechciała W.Pani napisać jeszcze czy przeczytał mój ostatni list z dnia 6/5 b.r., jak przebiegły ostatnie Jego dni i czy umierał przytomnie, byłbym Pani bardzo wdzięczny. Z góry proszę o wybaczenie mi tej prośby.
Jestem pełen szacunku dla Pani ofiarnej opieki nad Nim i aczkolwiek w nekrologu zastrzeżono nieskładanie kondolencji, ośmielam się wyrazić u Pani i Dzieciom szczere, serdeczne współczucie.
Karol Kowalewski
Listy które pisali do siebie obaj koledzy zaczynają się 14 lutego i kończą 12 kwietnia 1976 roku.
Warszawa, dn. 14 lutego 1976 r.
Drogi Karolu!
List Twój ucieszył mnie niepomiernie, a że zaraz nie odpisywałem to wyjaśnię następnie.
Pytasz o moje losy w ostatnim ćwierćwieczu. Otóż po wojnie mieszkałem we Wrocławiu. W 1948 r. ożeniłem się z nauczycielką ze Sosnowca, którą wyswatała mnie zamieszkała tam ciotka /znałeś ją, mastka naszych rówieśników Heftmanów/. Wybór nie był łatwy z uwagi na to, że w gr ę wchodziło zachowanie mojej córki z pierwszego małżeństwa Krysi, wówczas już panienki 12-letniej. Ale to był w mym życiu naprawdę wielki los oraz wielka wygrana. Życie rodzinne cały czas w wielkiej harmonii i zgodzie. W 1949 r. przyszła na świat córeczka Terenia, a w roku następnym syn Władysław. Ale wilgotny klimat wrocławski zaczął dawać się nam we znaki. Nawet mai reumatyczne, żona wymogła więc na mnie decyzję wyprowadzenia się właśnie do Sosnowca w 1954 r., gdzie wspólnie mieliśmy trochę rodziny i gdzie zapewniono mi posadę połączoną z mieszkaniem, a mianowicie kierownika administracyjnego szpitala w Mysłowicach. Zlikwidowałem więc całe gospodarstwo i przeprowadziliśmy się do Sosnowca, zamieszkując chwilowo kątem w kuchni u jednej z moich ciotek.
Po trzech miesiącach dowiedziałem się, że na obiecane mi stanowisko komórka partyjna przeforsowała swojego kandydata. Pozostałem bez posady, bez mieszkania, z małymi zasobami finansowymi. Rozpoczię jeden z najtrudniejszych moich okresów życiowych walki o byc i egzystencję. Odbiło się to na moim stanie zdrowia, choroba siatkówki i nerwu ocznego. Jako kierownik księgarni w Zabrzu otrzymałem w 1958r. trzecią grupę inwalidztwa. W międzyczasie zdołąłem sprzedać nieruchomości spadkowe po pierwszej żonie i teściowej, kupiłem działkę w Warszawie/Anin/ na której z wysiłkiem ale jednak z pomyślnym rezultatem postawiłem domek, wprawdzie skromniutki, bo z elementów trzcinowych, ale wygodny i własny.W takim zresztą układzie była jedyna możliwość uzyskania stałego zameldowania w Warszawie...
- ciąg dalszy nastąpi -
Hanulin - Kępno - Dwór - Ignacy Stefaniak - Album - Koń - Stadnina - 1932-39 - cz.3
Koński temat, na zdjęcia wyraźnie widać, że lubowano się w hodowli koni. Konie nie tylko były pomocne w uprawie roli, służyły także jako zwierzęta pociągowe. na żadnym ze zdjęć nie widać samochodów, prawdopodobnie więc bryczki służyły jako środki lokomocji.
sobota, 19 października 2019
Kolej - Pociąg pancerny - Polska - Pomoc
Prośba od czytelników mojego bloga. Ja sam nie mogę w niczym pomóc, dlatego prośba do czytelników, może ktoś coś wie, pomoże!
Dobry wieczór,
Niestety, dopiero dzisiaj natrafiłem w sieci na Pański interesujący blog.
Od
dawna interesuję się tematyką polskiej broni pancernej, a w
szczególności polskimi pociągami pancernymi. Jestem autorem szeregu
artykułów na ten temat. Korzystałem z zasobów Archiwum Wojskowego w
Rembertowie. W najnowszym numerze czasopisma "Świat kolei" 09/2019
ukazał się artykuł pt. Szerokotorowy pociąg pancerny "Gen. Konarzewski
1.Dywizji Strzelców Wielkopolskich" cz.1, który napisałem wspólnie z
kolegą.
Poszukując informacji na ten temat przeglądam
także stare czasopisma, a ciekawe rzeczy fotografuję. Mogę udostępnić
zdjęcia do Pańskiego bardzo ciekawego bloga.
Pozdrawiam serdecznie Krzysztof M.
P.S. Poszukuję takiego zdjęcia, jak w załączniku, bo z tego Muzeum w Warszawie dawno je ukradziono.
Muzeum - Gałkówek - Skarżysko Kamienna - Kolej - St.Mazurowski - Piotrków - 1919-27 - cz.9
W październiku 2017 roku zamieściłem na moim blogu korespondencję ze strony pana Antoniego Jarosława Okońskiego mieszkańca Gliwic.:
pozdrawiam
Od jakiegoś czasu pisze do mnie Pan Wojciech Knapczyk który jest bardzo zainteresowany kontaktem z Panem Antonim. Prośba, jeśli Pan przeczyta tę wiadomość proszę o kontakt!
Witam!
Postać Stefana Mazurowskiego.
Witam !!
Nazywam się Antoni Jarosław Okoński i
mieszkam w Gliwicach .Przypadkowo przeglądając internet natknąłem się na
album dotyczący mojego św. pamięci pradziadka inż. Stefana Piotra
Mazurowskiego ,który był Naczelnikiem II Oddziału drogowego kolei
Radomskiej w Skarżysku- Kamiennej ,następnie Wice Dyrektorem kolei
Wileńskiej .Co ciekawe, album, który Pan zaprezentował jest prawie
dokładnie taki sam jakim dysponuję w moich zbiorach rodzinnych . Mój ma
okładkę zieloną, złoconą ,obrzeża również złocone a na pierwszej
stronie widnieje piękny orzeł w koronie poniżej koło z wagonu
kolejowego na torze kolejowym (grafika ). Z tego wniosek ,że były
zrobione przynajmniej dwa .Jeden otrzymał mój pradziad Stefan Mazurowski
a drugi zapewne gdzieś pozostał .Moje pytanie jest takie : Czy Pan ma
informację skąd pochodzi ten egzemplarz ,który jest w Państwa zbiorach
???? Dysponuje obszernym materiałem zdjęciowym ,dokumentacyjnym
,publikacjami i wycinkami z gazet z okresu poczynań zawodowych mojego
pradziadka, etc.Tak więc moglibyśmy wymienić się rożnymi informacjami.pozdrawiam
Antoni Jarosław Okoński
Niestety, niedługo po tym uległ zniszczeniu mój twardy dysk w komputerze, utraciłem wiele danych, także e-mail z numerem telefonu. Od jakiegoś czasu pisze do mnie Pan Wojciech Knapczyk który jest bardzo zainteresowany kontaktem z Panem Antonim. Prośba, jeśli Pan przeczyta tę wiadomość proszę o kontakt!
Witam!
Dowiedziałem się z Pańskiego blogu że gdzieś w
Polsce istnieje prawnuczek inż.Stefana Mazurowskiego i zapewne ma Pan z
nim kontakt byłbym wdzieczny za przekazanie jakichkolwiek informacji na
temat Pana Antoniego Okonskiego.
Mieszkam w Skarzysku-Kamiennej i tez posiadam niniejszy album.
Zależy mi na wiedzy która posiada ten Pan dotyczacego jego pradziadka.
Pozatym jestem historykiem z wykształcenia i zapalonym regionalista.
Z góry dziękuję.
Pozdrawiam Wojciech Knapczyk
piątek, 18 października 2019
Hanulin - Kępno - Dwór - Ignacy Stefaniak - Album - 1932-39 - cz.2
Pierwsza strona albumu, cztery zdjęcia, wszystkie ciekawe, pokazany front dworu (zdjęcie 1), na dwóch następnych najprawdopodobniej taras z balustradami. Pytanie, czy zachowały się te balustrady? - widząc współczesne zdjęcie tego budynku, można mieć wątpliwości...Postacie na zdjęciach każą przypuszczać, że są to właściciele tego majątku, liczącego w okresie międzywojennym 488 hektarów. Zwłaszcza zdjęcie nr.1 pokazuje starszego pana, być może jest to Ignacy Stefaniak? Czy ktoś zna powojenne losy tej rodziny, bardzo ciekawy temat, liczę, że członkowie-pasjonaci www.kepnosocjum.pl pomogą rozpisać tę historię.
czwartek, 17 października 2019
Hanulin - Kępno - Dwór - Ignacy Stefaniak - Album - 1932-39 - cz.1
Porządki, porządki w moich archiwach... Album którego się nie spodziewałem, nie wiem, gdzie i kiedy go kupiłem.. Zdjęcia wklejone w albumie, a jest ich 66 pokazują życie codzienne w jakiejś wsi w okresie międzywojennym. Zaglądałem na tyły kilku zdjęć, niestety brak było jakichkolwiek zapisków, już miałem go odłożyć ad akta, kiedy na wewnętrznej stronie okładki znalazłem ręcznie zapisane:
"HANULIN 1932-1939, na pamiątkę Marjanowi w dniu Imienin - 15.VII.1942"
Podlesie od ...... JWarbiechowscy?
Niesamowite odkrycie, natychmiast wpisałem hasło HANULIN na Google i znalazłem na stronie: www.kepnosocjum.pl wszystko co potrzebowałem! Pierwsze ze zdjęć pokazujących dwór pasowało jak ulał do wstawionych na tym portalu!
W tej części prezentuję tylko 3 zdjęcia, resztę postaram się pokazać w następnych odcinkach. Są o tyle ciekawe, że oprócz osób pokazują prace polowe i inne budynki!
Na zamieszczonych fotografiach są najprawdopodobniej członkowie rodziny Ignacego Stefaniaka.
Zaczerpnąłem troszeczkę informacji z bloga: www.kepnosocjum.pl
Właścicielem majątku w Hanulinie w okresie międzywojennym był Ignacy Stefaniak. Dworek zbudowano na przełomie XIX i XX wieku. Jest to budynek piętrowy podpiwniczony, z wystawką wspartą na 2 kolumnach, pokryty czterospadowym dachem. Do głównego wejścia prowadzą szerokie schody. Za dworkiem znajduje się park dworski.
Obok dworu zachowały się pozostałości budynków gospodarczych należących do majątku.
Po II wojnie światowej majątek wraz z dworkiem przejmuje PGR, a we dworze znajdują się wtedy biura PGR i świetlica.
Obecnie w części dworku znajdują się mieszkania, a część zajęta jest na hurtownię materiałów budowlanych oraz produkcję pokryć dachowych*.
* -
"HANULIN 1932-1939, na pamiątkę Marjanowi w dniu Imienin - 15.VII.1942"
Podlesie od ...... JWarbiechowscy?
Niesamowite odkrycie, natychmiast wpisałem hasło HANULIN na Google i znalazłem na stronie: www.kepnosocjum.pl wszystko co potrzebowałem! Pierwsze ze zdjęć pokazujących dwór pasowało jak ulał do wstawionych na tym portalu!
W tej części prezentuję tylko 3 zdjęcia, resztę postaram się pokazać w następnych odcinkach. Są o tyle ciekawe, że oprócz osób pokazują prace polowe i inne budynki!
Na zamieszczonych fotografiach są najprawdopodobniej członkowie rodziny Ignacego Stefaniaka.
Zaczerpnąłem troszeczkę informacji z bloga: www.kepnosocjum.pl
Właścicielem majątku w Hanulinie w okresie międzywojennym był Ignacy Stefaniak. Dworek zbudowano na przełomie XIX i XX wieku. Jest to budynek piętrowy podpiwniczony, z wystawką wspartą na 2 kolumnach, pokryty czterospadowym dachem. Do głównego wejścia prowadzą szerokie schody. Za dworkiem znajduje się park dworski.
Obok dworu zachowały się pozostałości budynków gospodarczych należących do majątku.
Po II wojnie światowej majątek wraz z dworkiem przejmuje PGR, a we dworze znajdują się wtedy biura PGR i świetlica.
Obecnie w części dworku znajdują się mieszkania, a część zajęta jest na hurtownię materiałów budowlanych oraz produkcję pokryć dachowych*.
* -
Dwór w Hanulinie - front - www.kepnosocjum.pl - Galeria zdjęć
Polska Kompania Wartownicza Niemcy - U.S.Army - Zygmunt Kuczkowski - Warszawa - Łódź - 1945-46
Prezentuję kilka dokumentów dotyczących rodziny Kuczkowskich - starałęm się przeanalizować to co jest w moim posiadaniu, pozostaje dużo niewiadomych..
Zygmunt Kuczkowski, bardzo młody człowiek, z początkiem 1945 roku obchodził 19 urodziny, pisze do swoich rodziców z Mühlbühl koło Norymbergii. Tutaj nasuwa się pytanie, dlaczego znalazł się tak daleko od swojego domu? Został wywieziony na roboty przymusowe? - Jako uczestnik Powstania Warszawskiego?\
Mam nadzieję, że ktoś z jego rodziny, lub ze znajomych pomoże rozwikłać tą zagadkę. Prezentuję 6 kartek pocztowych pisanych od 1 do 8 stycznia 1945 roku adresowanych na adres Włochy - Jelonki, ul.Mirosławskiego 3. Natomiast list wysłany 30 stycznia 1945 roku, jest adresowany na Łódź ul.Poznańska 49 (Litzmannstadt, Detmolderstrasse 49).
Ciekawe, dlaczego Zygmunt, który w korespondencji do swojego ojca Stanisława pisze o szybkim powrocie do Polski, pozostaje w okolicach Norymbergi, dokładniej w Gaustadt/Bamberg jeszcze półtora roku?. To pokazują dokumenty Polskiej Kompanii Wartowniczej datowane od 3.8.1946 do 31 października 1946 roku.
środa, 16 października 2019
Legiony Polskie - Ostrów-Komorowo - Ułan Litewski - Wachmistrz Stefan Kwiatkowski - Wilno - Wojna - Radomsko - 1918
Na początku października na moją skrzynkę e-mailową otrzymałem wiadomość od Pana Artura Kwiatkowskiego z Radomska. Nie mogłem z powodu dużych problemów zdrowotnych odpowiedzieć w miarę szybko, za co przepraszam Pana Artura. Nadmienię tylko, że inspiracją do napisana do mnie był materiał jaki zamieściłem na moim blogu 24 listopada 2018 roku:
Historia nieznana: Legiony Polskie - Ostrów Komorowo - II ...
historia-nieznana.blogspot.com › 2018/11 › legiony-polskie-ostrow-komo...
Treść wiadomości:
Witam, mój dziadek Stefan Kwiatkowski w 1918 był w 2-gim Baonie 3-ciej Kompanii. Później trafił pod rozkazy rtm. Władysława Dąbrowskiego i był wachmistrzem w 2-gim szwadronie 13 Pułku Ułanów Litewskich. Poważnie ranny spędził sporo czasu w szpitalu w Wilnie. Mam dobrej jakości zdjęcie dziadka i jego kolegów z marca 1918 roku. Jeśli chciałby Pan mieć je w swoim archiwum proszę pisać.....
Oczywiście, że bardzo chciałem mieć skan tego zdjęcia, nie musiałem długo czekać na jakże miłe wspomnienia dotyczące dziadków Pana Artura, także 3 piękne skany!
Pięknie dziękuję Panie Arturze!
Wachmistrz Stefan Kwiatkowski w środku - Warszawa 29.Vi.1919 roku w Warszawie na urlopie.
Oddział Samoobrony Litwy i Białorusi 2.III.1918 roku - Ostrów-Komorowo.
Witam, mój dziadek po ukończeniu gimnazjum i po serii nieporozumień
ze swoim ojczymem postanowił zaciągnąć się do rodzących się zalążków
polskiej armii pod znakiem Legiony. Nie znam dokładnie całej historii
peregrynacji Stefana Kwiatkowskiego w początkach 1918 roku, ale wiem, że
przebywał jakiś czas w Zawierciu, gdzie prawdopodobnie był punkt
werbunkowy dla młodych Polaków do oddziałów rezerwowych,z których
budowano później struktury legionowe. W początkach 1918 roku Stefan
trafił do Szkoły Podchorążych utworzonej w Ostrowii Komorowie, a później
w ramach naprędce tworzonych oddziałów Samoobrony Litwy i Białorusi
trafił do 13 Pułku Ułanów Wileńskich. Zresztą dla wielu młodych ludzi
legenda tej formacji rozpalała emocje i nadzieje na wpisanie się w
historyczną szansę odzyskania przez nasz kraj niepodległości. Dziadkowi
mojemu Stefanowi się udało i w 1919 roku walczył pod dowództwem braci
Dąbrowskich w strukturach tworzonego 13 Pułku Ułanów Wileńskich, aż w
grudniu 1919 został poważnie ranny w jednej z bitew ( koń pod nim padł
podczas szarży i dziadek miał złamana nogę, roztrzaskaną miednicę i
wstrząs mózgu). Jak sądzę we wspomnieniach Stefana Szyłkiewicza jest
ujęty w wykazie poległych jako bez imienia wachmistrz Kmiatkowski pod
datą 9.XII.1919. W szpitalu wileńskim spędził sporo czasu, w tym czasie
jego szwadron wojował z ruskimi i litwinami i przysyłał dziadkowi
fotografie z miejsc postoju. Po długiej rekonwalescencji dziadek Stefan
Kwiatkowski postanowił wrócić w rodzinne strony i w Cielętnikach pod
Radomskiem poznał Elżbietę Domańską, córkę jednego z rządców w majątku
Kobierzyckich, która jest moją ukochaną Babcią.
Pozdrawiam serdecznie. Artur Kwiatkowski Radomsko2-gi szwadron 13 Pułku Ułanów Wileńskich na początku `1920 roku (dziadek został poważnie ranny w bitwie pod Janowem 9.12.1919 roku - foto od kolegów z oddziału.
Ksiądz Wincenty Sudziński - Połonka Baranowicze - Mord - Białoruś - Obóz Kołdyczewo - 1942
Ponad miesiąc przerwy.., choroba wyrwała mnie z życia codziennego. Obecnie jest troszeczkę lepiej, materiału przybyło, czas wrócić do codzienności. Przez ostatni tydzień sortuję tysiące pocztówek, zdjęć i dokumentów które "poniewierały" się w dziesiątkach, kartonów, pudełeczek.. w moim pokoju, sam nie wiedziałem co mam, czego nie mam.. Teraz mam jaki taki porządek, znalazłem sporo "nowości", które postaram się przedstawić na moim blogu.
Jednym z nich jest zdjęcie formatu pocztówkowego przedstawiające postać księdza profesora Wincentego Siudzińskiego podczas święceń diakonatu w dniu 18 września 1932 roku.
Ksiądz Wincenty Siudziński był jednym z setek zamordowanych księży w czasie okupacji niemieckiej.
W Martyrologium duchowieństwa pod BOD BIAŁĄ KSIĘGĄ znalazłem materiał poświęcony bohaterowi tej fotografii.
administrator (1941‑2) i wikariusz (do 1941) parafii pw. św. Jerzego w Swojatyczach, b. wikariusz parafii Mikaszewicze (ok. 1934‑5) — także duszpasterz kościoła we wsi Lenin, b. student teologii i filozofii Wyższego Seminarium Duchownego oo. Misjonarzy Oblatów w Obrze (do 1933)
Uczestnik Powstania Wielkopolskiego 1918‑9. Członek oddziału powstańczego z Młynów. Uczestnik walk o Strzelno i Inowrocław. Następnie żołnierz Pułku Grenadierów Kujawskich (07.02.1919 przemianowanego na 5. Pułk Strzelców Wielkopolskich, a 17.01.1920 na 59. Pułk Piechoty Wielkopolskiej). Prawd. wziął udział w przejmowaniu z rąk niemieckich Pomorza (od 17.01.1920). Następnie, w składzie 15. Dywizji Piechoty a następnie 13. Dywizji Piechoty Wojska Polskiego, skierowany na front ukraiński. Wziął udział w walkach nad rzeką Słucz (m.in. pod Kowaleńkami). Zaraz potem wziął udział w wyprawie kijowskiej i 08.05.1920 wkroczył do Kijowa. Stamtąd 30.05.1920 dotarł do Mińska. W czasie rosyjskiego najazdu na Polskę bronił w 08.1920 okolic Wiązownej pod Warszawą. 17.08.1920 przełamał front rosyjski i 22.08.1920 zwycięsko wziął udział w bitwie o Łomżę. Kampanię wojny polsko–rosyjskiej 1919‑21 zakończył pod Rakowem na Białorusi. Po niemieckim i rosyjskim najeździe na Rzeczpospolitą w 09.1939 i rozpoczęciu II wojny światowej, po rozpoczęciu okupacji rosyjskiej prawd. wyrzucony z plebanii i po zamknięciu przez Rosjan prawd. potajemnie posługiwał w domach prywatnych. Po niemieckim ataku 22.06.1941 na uprzedniego sojusznika, Rosjan, i rozpoczęciu okupacji niemieckiej, po mordzie 29.06.1941 swego proboszcza, ks. Lucjana Strumiłło–Pietraszkiewicza, przejął parafię Swojatycze. Aresztowany przez Niemców i kolaborujących z nimi Białorusinów prawd. ok. 26.06.1942. Przewieziony do więzienia w Baranowiczach*. Następnie ok. 03.07.1942 przetransportowany do obozu koncentracyjnego Kołdyczewo**. Stamtąd wywieziony samochodem na miejsce straceń i zamordowany.
* - Baranowicze (więzienie): Więzienie zarządzane w latach 1939‑40 przez Rosjan, a w latach 1941‑44 przez Niemców.
** - Kołdyczewo: Niemiecki obóz koncentracyjny i obóz zagłady zorganizowany od 03.1942 do 07.1944 na Białorusi, ok. 20 km od Baranowicz. W obozie więziono m.in. Żydów i Polaków. Funkcjonowało krematorium. W obozie, który nadzorowało kilku Niemców, a zarządzającymi, strażnikami i katami byli Białorusini, zamordowanych zostało ok. 22 tys. więźniów — mężczyzn, kobiet, dzieci, starców różnych zawodów i pochodzenia społecznego, przeważnie narodowości polskiej, w tym ok. 24 księży katolickich. Białorusini mordowali strzałami w tył głowy oraz biciem kijem z nabitymi gwoździami
Jednym z nich jest zdjęcie formatu pocztówkowego przedstawiające postać księdza profesora Wincentego Siudzińskiego podczas święceń diakonatu w dniu 18 września 1932 roku.
Ksiądz Wincenty Siudziński był jednym z setek zamordowanych księży w czasie okupacji niemieckiej.
W Martyrologium duchowieństwa pod BOD BIAŁĄ KSIĘGĄ znalazłem materiał poświęcony bohaterowi tej fotografii.
Urodzony 10.01.1899 w Młyny (pow. Mogilno).
administrator (1941‑2) i wikariusz (do 1941) parafii pw. św. Jerzego w Swojatyczach, b. wikariusz parafii Mikaszewicze (ok. 1934‑5) — także duszpasterz kościoła we wsi Lenin, b. student teologii i filozofii Wyższego Seminarium Duchownego oo. Misjonarzy Oblatów w Obrze (do 1933)
Uczestnik Powstania Wielkopolskiego 1918‑9. Członek oddziału powstańczego z Młynów. Uczestnik walk o Strzelno i Inowrocław. Następnie żołnierz Pułku Grenadierów Kujawskich (07.02.1919 przemianowanego na 5. Pułk Strzelców Wielkopolskich, a 17.01.1920 na 59. Pułk Piechoty Wielkopolskiej). Prawd. wziął udział w przejmowaniu z rąk niemieckich Pomorza (od 17.01.1920). Następnie, w składzie 15. Dywizji Piechoty a następnie 13. Dywizji Piechoty Wojska Polskiego, skierowany na front ukraiński. Wziął udział w walkach nad rzeką Słucz (m.in. pod Kowaleńkami). Zaraz potem wziął udział w wyprawie kijowskiej i 08.05.1920 wkroczył do Kijowa. Stamtąd 30.05.1920 dotarł do Mińska. W czasie rosyjskiego najazdu na Polskę bronił w 08.1920 okolic Wiązownej pod Warszawą. 17.08.1920 przełamał front rosyjski i 22.08.1920 zwycięsko wziął udział w bitwie o Łomżę. Kampanię wojny polsko–rosyjskiej 1919‑21 zakończył pod Rakowem na Białorusi. Po niemieckim i rosyjskim najeździe na Rzeczpospolitą w 09.1939 i rozpoczęciu II wojny światowej, po rozpoczęciu okupacji rosyjskiej prawd. wyrzucony z plebanii i po zamknięciu przez Rosjan prawd. potajemnie posługiwał w domach prywatnych. Po niemieckim ataku 22.06.1941 na uprzedniego sojusznika, Rosjan, i rozpoczęciu okupacji niemieckiej, po mordzie 29.06.1941 swego proboszcza, ks. Lucjana Strumiłło–Pietraszkiewicza, przejął parafię Swojatycze. Aresztowany przez Niemców i kolaborujących z nimi Białorusinów prawd. ok. 26.06.1942. Przewieziony do więzienia w Baranowiczach*. Następnie ok. 03.07.1942 przetransportowany do obozu koncentracyjnego Kołdyczewo**. Stamtąd wywieziony samochodem na miejsce straceń i zamordowany.
* - Baranowicze (więzienie): Więzienie zarządzane w latach 1939‑40 przez Rosjan, a w latach 1941‑44 przez Niemców.
** - Kołdyczewo: Niemiecki obóz koncentracyjny i obóz zagłady zorganizowany od 03.1942 do 07.1944 na Białorusi, ok. 20 km od Baranowicz. W obozie więziono m.in. Żydów i Polaków. Funkcjonowało krematorium. W obozie, który nadzorowało kilku Niemców, a zarządzającymi, strażnikami i katami byli Białorusini, zamordowanych zostało ok. 22 tys. więźniów — mężczyzn, kobiet, dzieci, starców różnych zawodów i pochodzenia społecznego, przeważnie narodowości polskiej, w tym ok. 24 księży katolickich. Białorusini mordowali strzałami w tył głowy oraz biciem kijem z nabitymi gwoździami
„BIAŁA KSIĘGA”
Martyrologium duchowieństwa — Polska
Martyrologium duchowieństwa — Polska
XX w. (lata 1914 – 1989)
dane osobowe
WINCENTY SIUDZIŃSKI — MARTYROLOGIUM
wtorek, 3 września 2019
Rogowiec - Kleszczów - Bronisław Mantyk - Sołtys - Znachor
Dawnymi czasy, na wsiach byli tzw. znachorzy, ludzie którzy potrafili prawie wszystko. Nie było dróg, telefonów, pogotowia ratunkowego, w przypadku zachorowania, leczono się na miejscu. tak było w przypadku ludzi jak i zwierząt domowych. O Bronisławie Mantyku, mieszkańcu wsi Rogowiec, słyszałem bardzo dużo z opowiadań mojego taty, jak i mieszkańców tej wsi. Obrósł legendą, był postacią nietuzinkową, nie przez przypadek był przez długie lata sołtysem, także tym który potrafił leczyć. niestety, sam sobie nie potrafił pomóc, zachorował na nowotwór, ciężko chorował, zmarł w wieku 59 lat, spoczywa na cmentarzu w Kleszczowie.
To, że dzisiaj wspominam o nim, przyczyniła się rozmowa z Adolfem z Kleszczowa, który jest ostatnim ewangelikiem w tej okolicy. Dlaczego rozmawiałem z nim? - otóż było on mieszkańcem wsi Stawek, niedaleko Rogowca, wsi, która już nie istnieje, ze względu na powstającą kopalnie i elektrownię. O osobie Adolfa napiszę osobno - to on podczas naszej rozmowy wspomniał o Bronisławie Mantyku.
Osiemdziesięcioletni obecnie pan Adolf wspomina jak to mając 19 lat miał wypadek na rowerze. Upadł tak nieszczęśliwie, że połamał sobie kości w łokciu lewej ręki, także część z nich była przemieszczona. Był u lekarzy, poskładali połamane kości, jednak nie wszystko było w porządku. Znając wiedzę i doświadczenia pana Bronisława, zdecydował się prosić o pomoc. Przy ogromnym bólu, kości zostały prawidłowo ustawione - tutaj pan Adolf nadmienia, że jak pan Bronisław miał w swoich rękach chorego, nie puścił go mimo protestów, niekiedy płaczu, aż do momentu zakończenia "operacji". Drugim w Rogowcu, który robił podobne rzeczy (jednak nie osiągnął tej wiedzy, w takim stopniu jak jego sąsiad był Zenon Mantyk) - jednak on nie był tak "twardy"i niekiedy puszczał delikwenta przed zakończeniem zabiegu.
Wracając do pana Adolfa, wspomniał, że chyba miesiąc po tym nastawianiu mijał się na wysokości Kleszczowa z panem Bronisławem, Adolf jechał na rowerze, miał chorą rękę na temblaku. Bronisław zajechał mu drogę furmanką, pytając:
- Co to ma znaczyć?!
- Czemu masz rękę podwiązaną?!
- Czy nie mówiłem tobie, że masz pracować nad nią, masz regularnie ją przygotowywać do normalnej pracy?!
- Jak tak będziesz postępować, nigdy nie uzyskasz w niej pełni władzy!
- Zagroził mi, że jak mnie jeszcze raz tak zobaczy, rozmontuje mi mój łokieć do stanu poprzedniego!- pomogło!
Ile lat miał pani tata kiedy umarł?
- Niecałe 60 lat, zmarł na raka, chorował dłuższy czas.
czy do końca piastował funkcję sołtysa?
- Tak, do końca, chociaż ostatni rok przed śmiercią nie mógł w pełni spełniać swoich obowiązków, ze względu na postępującą chorobę. Zastępował go jak mógł Zdzisiu, miał kilkanaście lat, pomagał w obliczeniach. Zaraz, po śmierci taty sołtysem został Leon Mantyk.
Czy tata od dawna zajmował się nastawianiem złamanych kończyn, zwichnięć, od kogo tego wszystkiego się nauczył?
- Jak tylko pamiętam zajmował się leczeniem ludzi, swoje nauki pobierał u swojego ojca, to była rodzinna tradycja. muszę zaznaczyć, że z czwórki rodzeństwa tylko on umiał pomagać chorym.
- Nie tylko ludziom pomagał, również jechał do chorych krów, czy tez koni. W większości przy problemach przy cieleniu lub źrebieniu.
- Muszę ci powiedzieć, że pamiętam taki przypadek, kiedy wyjmował z boku krowy cielaka. Często, czy to z Janowa, czy też z innych pobliskich wsi, przyjeżdżali po niego w dzień czy też w nocy rolnicy którzy mieli problemy z rodzącą rogacizną.
Pamiętam niewiele pani tatę, jednak jak tylko sięgam pamięcią, zawsze słyszałem najlepsze opinie o nim, jego pracowitości i dobroci.
- Zgadza się, tata był bardzo szanowany, muszę ci powiedzieć, że za swoją pomoc w leczeniu nigdy nie przyjął nawet jednej złotówki. Zdarzało się, ze ludzie chcieli płacić mu pieniędzmi - a w tym czasie na wsiach żyło się bezgotówkowo, ludzie byli samowystarczalni, jeśli to, był to handel wymienny), wtedy zdecydowanie odmawiał, mówiąc, że jest to dar od Boga i za to nie może brać wynagrodzenia.
- Wiesz przecież, że mieliśmy jak na rogowskie warunki naprawdę wielką gospodarkę. Dla przykładu, podczas kopania kartofli, a wtedy pracowało się motykami, zeszło się tyle ludzi bez żadnej prośby, że w ciągu dnia wszystkie kartofle były wykopane. Ludzie ci, chcieli chociaż w takiej formie odwdzięczyć się za okazaną przez tatę pomoc.
- Moja mama widząc co się dzieje, szybko biegła do domu, wypełniała dwa sabatniki piekąc ciasta. Przygotowywała jak mogła uroczystą wieczerzę. Na stole było i mięso (zawsze mieliśmy peklowane, czy też solone mięso ze świni, gdyż każdego roku zabijaliśmy wyhodowane przez nas dwie sztuki) i wszystkie wiejskie przysmaki.
Nie tylko zdarzała się taka sąsiedzka pomoc jak przy wykopkach, także podczas sianokosów. Byłam młodą dziewczyną, przegrabiałam siano aby szybciej schło, wtedy też bez zapowiedzi zawsze ktoś przychodził i mi pomagał.
- Andrzejku, muszę przy tej sposobności wspomnieć o bracie mojego taty, Felku Mantyku. Był przez kilkanaście lat wójtem w Klukach.
Rozmowa nasza odbywała się w obecności wnuczki pana Bronisława, Danusi Braun, która w tym momencie przyszła ze smacznym obiadem serwowanym w ogrodzie. W żartach powiedziałem, żeby przysłuchiwała się opowieści o swoim dziadku, bo z pewnością mało wie w tym temacie. pomyliłem się, odpowiedziała mi natychmiast zdecydowanym głosem:
- Oj, bardzo się mylisz, ja wszystko wiem o moim dziadku. Byłam bardzo mała jak zmarł w czerwcu 1965 roku, miałam wtedy 4 lata, ale znam z opowiadań jak dobrym był człowiekiem i fachowcem niosącym pomoc ludziom i zwierzętom.
- Słyszałam o przypadku, kiedy mój dziadek tak profesjonalnie poskładał połamany obojczyk u jednego z mieszkańców, że z łódzkiego WAM-u przyjechała na Rogowiec specjalna komisja składająca się z lekarzy, którzy chcieli naocznie zobaczyć człowieka, który bez wykształcenia medycznego potrafi czynić takie cuda.
- Andrzejku - mówi pani Marysia, wyobraź sobie, że po tej wizycie mój tata pojechał do Łodzi na Akademię Medyczną, tam pokazywał i opowiadał co potrafi. Dostał bardzo poważną propozycję: duże mieszkanie, pracę, szkoły dla całej rodziny. nie chcieli nawet słyszeć, że wróci na Rogowiec.
- Mój tata zdecydowanie odrzucił tą intratną propozycję - powiedział:
- W żadnym przypadku nie opuszczę Rogowca, tam jest moja liczna rodzina, duże gospodarstwo, tam są ludzie którzy potrzebują mojej pomocy. W Łodzi przebywał pół roku. Danusia dopowiada, że wracając otrzymał specjalne pozwolenie jako ortopeda, że może bez żadnych obaw leczyć ludzi! To w tych latach było wprost niemożliwe, musiał być naprawdę wielkim fachowcem kiedy okazano mu takie zaufanie!
Jego przypadek można porównać z bohaterem filmu Znachor.
- Pamiętam przypadek kobiety mówi Danusia, która spotkała nas w lesie kiedy zbieraliśmy jagody i powiedziała, że gdyby nie mój dziadek, to z pewnością już by nie żyła, czy też nigdy nie chodziła. Pani Marysia mówi, że faktycznie, pamięta ten przypadek, kiedy to przywieźli ją na do mojego taty na wozie konnym, miała wszystko pozrywane w wyniku wypadku, w szczególności kręgosłup. Tata wszystko ponastawiał, tak, ze ta kobieta mogła normalnie funkcjonować.
Zapytałem czy pan Bronisław urodził się w Rogowcu.
- Nie, odpowiedziała pani Marysia, tata mój urodził się w Nowym Janowie (Grafenorcie). Wywodził się z dużej rodziny, miał trzech braci, wspomnianego wcześniej Feliksa, Leona i Zenona którzy także przeprowadzili się na Rogowiec. Była także siostra, która jako mała dziewczynka zachorowała na krztusiec i zmarła, spoczywa na cmentarzu w Kaszewicach. Moja mamusia bardzo rozpaczała, nie mogła przeboleć jej śmierci. Wspomnę jeszcze, że mój tatuś był bardzo podobny mentalnie do Felka, natomiast Leon i Zenon mieli inne charaktery.
Tyle wspominek o Bronisławie Mantyku. Wprosiłem się na wspominki w innych tematach, także związanych z Rogowcem i rodziną Mantyków. Pani Marysia wyraziła zgodę, myślę, że przeczytacie państwo ciekawy materiał, gdyż Rogowiec jest tego wart!
poniedziałek, 2 września 2019
Biskup Matteo Zuppi - Kościół - Aleteia - Artykuł
Myślę, że każdy przeczyta ten materiał, pomimo, ze prezentuję tylko część. Takich księży potrzebujemy, od nich można nauczyć się pokory.. Zapraszam do przeczytania całości pod:
https://pl.aleteia.org › 2019/09/02 › nie-jest-biskupem-a-zostanie-kardynal...
Żeby zostać księdzem, uciekł z domu. Jest biskupem bezdomnych i bezrobotnych. Zostanie kardynałem
Kiedy w 2010 r. zapytano go, gdzie teraz chciałby pracować, poprosił o możliwie peryferyjną parafię z możliwie dużymi problemami... Teraz, zgodnie z wolą papieża Franciszka, zostanie kardynałem.
Żeby zostać księdzem, uciekł z domu. A zaraz po święceniach w 1981 roku uciekł na ulicę. Do biednych, bezdomnych, bezrobotnych, naćpanych. Na peryferie. Związany z pomagającą ubogim wspólnotą Sant’Egidio przez trzydzieści lat posługiwał przy bazylice Santa Maria na rzymskim Zatybrzu. Kiedy w 2010 zapytano go, gdzie teraz chciałby pracować, poprosił o możliwie peryferyjną parafię z możliwie dużymi problemami. I tak został proboszczem osiemdziesięciotysięcznej wspólnoty w Torre Angela.W 2012 roku został biskupem pomocniczym diecezji Rzym-centrum (otoczonej plus minus dziesięcioma diecezjami podmiejskimi, tworzącymi strukturę kościelną Wiecznego Miasta). To wtedy powiedział, że Kościół musi być jak rzeka, która nie boi się zabrudzić, płynąc przez swoje miasto. Nominację na arcybiskupa Bolonii otrzymał na jesieni 2015 roku.
12 grudnia 2015 roku biskup Matteo Zuppi odbył ingres do swojej bolońskiej katedry. Wieczorem. Przedtem, zgodnie z planem ogłoszonym już kilka dni po październikowej nominacji, odwiedził parafię leżącą przy samej granicy diecezji, spotkał się z zagrożonymi utratą pracy pracownikami fabryki Saeco i zjadł obiad z ubogimi w domu pomocy.
Znalazł czas na rozmowę z uchodźcami z północnej Afryki, na dworcu złożył hołd ofiarom ataku terrorystycznego z 1980 roku i pojawił się na dziecięcym oddziale onkologicznym szpitala św. Urszuli. W międzyczasie wymienił niezliczone uściski i pozdrowienia, wysłuchał bez pośpiechu kilkudziesięciu osób, a po obiedzie wpadł do kuchni podziękować kucharkom i zapytać, czy umieją przygotować jego ulubioną pastę........
niedziela, 1 września 2019
2 wojna światowa - Bazińska Aleksandra - Muzeum Warszawy - Dokument
W ubiegłym miesiącu, dokładniej 23 lipca otrzymałem takiego oto e-maila z Muzeum Warszawy:
.............................
Szanowny Panie, z prawdziwym przejęciem odkryłam na Pańskim blogu informację o dokumentach, które zakupił Pan w łódzkim antykwariacie . Znajduje się wśród nich Berufs-Ausweis Aleksandry Bazińskiej, ur w 1921 roku. Ojciec Aleksandry, Aleksander Baziński był autorem przechowywanego w Muzeum Warszawy pamiętnika – wspomnień z września 1939 roku. W związku z planowaną publikacją pamiętnika poszukujemy kontaktu z potomkami autora. Znalezienie tego dokumentu ( ze zdjęciem!) na Pana stronie będzie być może jakąś pomocą. Niezależnie od tego, czy uda się znaleźć dzieci Aleksandry (która zapewne po wojnie nosiła inne nazwisko) czy też nie, bylibyśmy bardzo zainteresowani możliwością wykorzystania dokumentu do publikacji. Czy zechciałby Pan go nam udostępnić? Prosimy o informację Z wyrazami szacunku
................... (nie podaję imienia i nazwiska osoby piszącej.
Odpowiedziałem na ten e-mail przesyłając skan tego dokumentu, w odpowiedzi otrzymałem:
Bardzo dziękuję, to wspaniale, jednak z pliku o takiej rozdzielczości, jak u Pana na stronie, nie da się wykorzystać do druku. Czy byłaby możliwość zrobienia lepszego skanu tego dokumentu? Muzeum oczywiście pokryłoby koszt takiej operacji.
Pozdrawiam serdecznie
Nie chcąc bawić się w skanowanie, podjąłem decyzję, że przekaże w prezencie ten dokument, gdyż uważam, że jego miejsce powinno być w muzeum.
Szanowny Panie,
z wielką wdzięcznością przyjmujemy Pana
propozycję. Byłoby wspaniale, gdyby ta pamiątka mogła się znaleźć w
zbiorach Muzeum Warszawy, tym bardziej, że Aleksandra Bazińska występuje
w pamiętniku ojca jako bardzo wyrazista postać. Będzie się Pan mógł o
tym przekonać, bo z przyjemnością przyślę Panu egzemplarz książki, kiedy
się tylko ukaże.
Prosimy zatem o przesłanie dokumentu na adres;
Działu Badań nad Warszawą
Head of Research Department
Muzeum Warszawy
Rynek Starego Miasta 28–42, 00-272 Warszawa
Przyjęcie
daru do Muzeum ma swoje procedury, dlatego podaję właśnie ten, a nie
mój własny adres. Oczywiście może się Pan spodziewać potwierdzenia i
podziękowania z naszej strony.
Ja osobiście już teraz serdecznie Panu dziękuję.
Wysłałem list polecony, taką odpowiedź otrzymałem:
Szanowny Panie,
jestem niezmiernie wdzięczna za ten dar. Będę
zobowiązana za przesłanie go na mój oficjalny, muzealny adres: Muzeum
Warszawy, Rynek Starego Miasta 28-42, 00-272 Warszawa. Dary do Muzeum
przyjmuje specjalnie powołana do tego celu Komisja, będę Pana informować
o procedurze i podam sygnaturę obiektu w inwentarzu muzealnym. Pozwolę
sobie również przesłać Panu książkę, jak tylko zostanie wydana.
Z wyrazami szacunku,
Szanowny Panie,
raz jeszcze dziękuję za dar i przepraszam, że Pana
niepokoję, ale procedura Muzeum ma pewne wymogi. Jeśli
chciałby Pan być formalnie naszym darczyńcom (fakt ten
odnotowywany jest w księgach inwentarzowych), Muzeum musi Panu
przesłać różne dokumenty do podpisu. Czy wyraża Pan zgodę, bym
przekazała Pana adres mailowy do pracowników
Działu Gromadzenia Zbiorów?
Z wyrazami szacunku,
Nie śmiem nawet podejrzewać, że pani pisząca do mnie miała złe zamiary. Jednak procedury związane z potwierdzenia darowania czegoś do muzeum są co najmniej dziwne. Mój kumpel, czeka ponad rok na potwierdzenie... To nie sprzyja, żeby darować coś więcej, zagmatwane procedury, terminy.., nie wygląda to najlepiej...
Nie mam szczególnie parcia na podziękowania, dużo dokumentów, zdjęć, czy też pocztówek przesyłałem w prezencie do podobnych instytucji, czy też osób prywatnych. Jednak miłym jest, że mam swój malutki wkład w powiększaniu kolekcji, w szczególności dla miasta Warszawy, która dokładnie 80 lat temu została zaatakowana przez niemieckiego okupanta i została ograbiona ze skarbów kultury.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







































