wtorek, 6 listopada 2018

Adwokat - Piotrków Trybunalski - Łódź - Wspomnienia - ŁKS - Concordia - Huta szkła - Dzieciństwo - 1906-1916 - cz.7


             Odniosłem wrażenie, że ostateczny uraz spowodowany został wypadkami 1905-1906 roku, kiedy to rewolucyjni robotnicy podzielili się na dwa odłamy, jeden stanowiła Polska Partia Socjalistyczna (PPS), a drugi Narodowa
 Partia Robotnicza (NPR) i w rezultacie, zaczęli się wzajemnie mordować.
             Jeśli idzie i pomijanie w opowiadaniach spraw polsko-rosyjskich, to później zrozumiałem, że chodziło Ojcu o to, aby nie robić ze mnie nieszczęśnika, cierpiącego już od dziecka na kompleks niewolnika, gnębionego jarzmem zaborcy. Nikt wówczas nie przypuszczał, że Polska stała już u progu niepodległości - przeciwnie sytuacja wyglądała wprost beznadziejnie.
             Gdy jednak chodzi o Niemców, to Ojciec nie szczędził w swych opowiadaniach opisów walk, toczonych przez Polaków z zachłannością germańską.
             Wywołał tym skutek zupełnie przez siebie nieoczekiwany. Otóż Rodzice moi uważali, ze obcego języka należy uczyć się od dziecka i wybór padł na język niemiecki. Oboje zresztą mówili zarówno językiem niemieckim, jak i rosyjskim. W tym celu została zaangażowana dla mnie niemiecka bona, ale cóż z tego, kiedy przejęty opowiadaniami Ojca, nie chciałem słowa powiedzieć po niemiecku. Bona mordowała się ze mną szereg miesięcy, ale wobec mego, iście oślego uporu, zrezygnowała z pracy.
             Wobec tego Ojciec wpadł na inny pomysł. Przyszedł do przekonania, ze prędzej zacznę mówić, gdy zajmę się zabawą. W tym celu zaangażował chłopca w moim wieku, Niemca, syna majstra hut szklanych w Piotrkowie. Według porozumienia z ojcem chłopca, musiał on przychodzić do mnie i bawić się ze mną, za co otrzymywał obiad i kolację, oraz jego ojciec - zapłatę. Ale i z tego nic nie wyszło, bo ów Niemczak unikał również mówić po polsku i w tym języku ze mną rozmawiał.
            To moje przekonanie, że Niemcy są naszym jedynym wrogiem, objawiało się czasem dość zabawnie, a mianowicie:
             W roku 1912 czy 1913, Ojciec zabrał mnie na mecz piłki nożnej, "futbolowy", jak to wówczas z angielska mówiło. Piłka nożna w zaborze rosyjskim była wówczas dopiero w powijakach, a dla mnie był to pierwszy mecz tego rodzaju, jaki w życiu oglądałem. Mecz rozgrywał się pomiędzy jakąś łódzką drużyną, prawdopodobnie późniejszym ŁKS-em, a drużyną piotrkowską, zorganizowaną przy hucie szkła - późniejszą "Concordią". Nic się oczywiście na grze nie rozumiałem, ale nieustannie pytałem Ojca, kto wygrywa, czy Niemcy (tj.łodzianie). czy Polacy (tj.piotrkowianie).
             Prawdziwą jednak udręką były dla mnie - skrzypce! ojciec tak się kiedyś zachwycił grą Bronisława Hubermana, skrzypka światowej sławy, ze postanowił mnie nauczyć gry na tym instrumencie i w tym celu zaangażował nauczyciela. Byłem chłopcem wątłym, karmionym ciągle różnymi wzmacniającymi środkami, z których jeden świetnie zresztą pamiętam, bo mi smakował. Otóż nabijano gwoździami jabłka, które po wyciągnięciu zostawiały ślady rdzy. Według lekarza, miało to być naturalne spożywanie żelaza. Ucząc się gry na skrzypcach, trzeba nie tylko stać, ale ponadto lewą ręką trzymać w górze podtrzymując instrument wetknięty pod brodę.

                                                         - ciąg dalszy nastąpi -

           

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza