piątek, 1 stycznia 2016

Będków - Wspomnienia - Krzysiek Trela - Peja.

Kto nadał Krzyśkowi przezwisko Peja nie potrafię powiedzieć. Krzysiu Trela mój rówieśnik, mieszkał długie lata w naszym domu przy ulicy Krakowskiej 1. Rodzina Trelów, szanowana w będkowskiej społeczności, z dwójką chłopców, Krzyśkiem i Zbyszkiem, ich rodzice długie lata pracowali w sklepie metalowym, w Rynku na wprost Remizy Straży Pożarnej. Ojciec, Zenon Trela jeszcze w latach 60  pracował w miejscowej piekarni jak sprzedawca. Miałem u niego chody i jako chłopiec nie musiałem stać w kolejce, świeżutkie bułki i chleb kartkowy był zawsze przygotowany !!. Od najmłodszych lat przyjaźniłem się z Peją, był troszkę niższy i szczuplejszy, być może dlatego dużo żwawszy. Jak tylko pamiętam, lubił śpiewać, nieraz przeszkadzało mi to jego podśpiewywanie, muszę jednak przyznać, ze miał dobry głos, zmarnowany talent. Miał dużo czasu w wakacje, nie był dzieckiem rolników, dlatego każdego dnia spędzaliśmy czas nad Wolbórką. Jego mama była dość ostra, trzymała dyscyplinę i porządek, Krzysiek musiał podporządkowywać się tym rygorom. Wielkim pomocnikiem jego mamy był Zbyszek, młodszy brat. Zawsze stawał nam w drodze, za każdym razem "kablował" nas, wołając:
- Mama, Krzysiek zrobił to, czy tamto !!
Oczywiście, pani Trelowa dawała wiarę swojemu maminsynkowi, Peja miał dużo problemów. Nie pamiętam dokładnie, ale kiedyś daliśmy mu niezły wycisk za donosicielstwo..
Chciałbym wspomnieć o dwóch wydarzeniach które najbardziej utkwiły mi w pamięci.
Mogliśmy mieć po lat czternaście nie więcej, w tych czasach nie otrzymywało się kieszonkowego, brak było pieniędzy na loda lub inne słodycze. Drapiąc się po głowach i hulającym wietrze w naszych kieszeniach, wymyśliliśmy zbiórkę złomu. Zrobiliśmy rozeznanie po sąsiadach, wielu było nawet zadowolonych, że będzie trochę porządku na podwórkach. Wózek dużych rozmiarów pożyczyliśmy chyba od pana Balcerka, i tak się zaczęła się nasza kariera złomiarzy. Nazbieraliśmy pełny wózek, zawieźliśmy na punkt skupu w Gminie. Dostaliśmy sporą kasę, apetyty wzrosły, tylko był problem, w najbliższej okolicy nic więcej nie można było wyszukać. Ale został las będkowski, znajdowało się w nim wiejskie wysypisko śmieci, pojechaliśmy tam, było sporo złomu, znaleźliśmy także dwa wiadra cynkowe wypełnione betonem. Ledwo wciągnęliśmy je na wózek, szczęśliwi i zmachani dojechaliśmy na punkt skupu, wiaderka były oczywiście odwrócone betonem w dół. Dostaliśmy naprawdę dużą kasę, ale chcieliśmy zostać jak najszybciej milionerami, i wpadliśmy na szatański pomysł. Wyjechaliśmy z pełnym wózkiem od tyłu Gminnej Spółdzielni, nie rozładowując zapłaconego już złomu. Na drugi dzień podjechaliśmy ponownie na wagę, jednak brak wyobraźni jak i ochoty spowodował, że nie przestawiliśmy na wózku złomu. Pan, który stał przy wadze skapnął się....i sprawa się rypła !! Znaleźli także betonowe wiaderka. Tata Krzyśka, jako pracownik Gminnej Spółdzielni, dowiedział się o naszym przestępstwie natychmiast. Co było dalej, nie trudno się domyśleć.., mnie się upiekło, mój przyjaciel miał trudności z siedzeniem..., także całą kasę musieliśmy oddać, nawet ta uczciwie zarobioną... A tak dobrze żarło...

Kilka lat później, mając już po  16-17 lat, chodziliśmy na wiejskie zabawy. Najczęściej bywaliśmy w będkowskiej remizie. Ja chodziłem rzadziej, gdyż wędkowałem zapamiętale, w soboty chodziłem rzeką do Woli Drzazgowej na nocki, randki z rybami. Nikt nie chciał mi towarzyszyć, bali się, twierdzili, że tam straszy (stara rzeka). Na starych stawach spędziłem dziesiątki nocy, nikt mnie nie porwał, nie straszył. Teraz nie byłbym tak odważny, zresztą po tych stawach nie ma już śladu.. Będąc uczestnikiem zabaw, najczęściej podpierałem ściany, dziewczyny tańczyły ze sobą, takie były czasy. W tym czasie jeszcze nie piliśmy wina ani piwa, więc nie było dopingu, aby złamać tremę. Chodziłem w tym czasie z Marysią K., do niej przyjechała kuzynka z Łodzi. I tak stworzyły się dwie pary, nie pamiętam tylko jak miała Krzyśka dziewczyna na imię. Pewnej soboty wybraliśmy się na zabawę do Ceniaw. Piechotką 7 kilometrów w jedną stronę, wszystko było super, bawiliśmy się dobrze. Dobrze po północy wracaliśmy do Będkowa. Z naszymi dziewczynami dochodziliśmy do skrzyżowania drogi Ceniawy-Wola Drzazgowa. Nagle nie wiadomo skąd, nie wiadomo jak, podskoczyło do Krzyska i jego dziewczyny kilka osób, kilka uderzeń, krzyków i było po wszystkim. Peja zafundował sobie w Pewexie za bony dolarowe, kurtkę teksasową która w tych czasach była szczytem marzeń. Z całą pewnością był obserwowany podczas zabawy. Na dodatek zdjął tę katanę i okrył nią swoją dziewczynę, szli obok nas przytuleni do siebie. Mimo diabelskich ciemności, napastnicy nie trafili mnie z Marysią, tylko właściwą parę. Nabili sporego guza dziewczynie Krzysia, kurtkę zabrali. Zaczęliśmy ich gonić po polu, ale szybko nam zniknęli z pola widzenia. Z samego rana Peja był na posterunku MO w Będkowie. Sprawców nie wykryto....
Później nasze kontakty rozluźniły się, wakacje często spędzałem pod Bełchatowem, po skończeniu technikum zacząłem pracować, poznałem moją przyszłą żonę, ślub, dziecko
i tak to się potoczyło...
Mam nadzieje na spotkanie Krzyśka i starych przyjaciół w najbliższym czasie. Nie widziałem go od ponad ponad 30 lat !! Organizuję małą imprezkę w naszym domu, niewielu już nas zostało, z naszej dawnej grupy pożegnało nas na zawsze ośmioro koleżanek i kolegów.... Dużo, zbyt dużo, czas i życie jest nieubłagane..

2 komentarze:

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Lepiej nie można "zrecenzować" Rodziny Trelów !
    Zenek był bardzo spokojnym i serdecznym człowiekiem,dominant w domu była żona, też jej się bardzo bałem, nie wszystko rozumiałem co mówiła, ze względu na szybkość, ale była nad wyraz osobą czystą, pedantyczną i z pewnością jest do chili obecnej. Zgadam się w 1000% co do Zbyszka !!
    Za kilka dni przyjeżdża do mnie Peja z żoną, materiał się z pewnością powiększy,to dobra Rodzina, warta dalszego wspominania !!

    OdpowiedzUsuń