niedziela, 13 stycznia 2019

Rogowiec - Kleszczów - Marian Nagoda - Ryby - Wspomnienia - cz.2

       Dwa zdjęcia, niby normalne, jednak dla mnie mówiące i pokazujące bardzo dużo!
Sceny z Rogowca, trzej chłopcy, to bracia Andrzej, Kaziu i Marek Nagodowie. To chłopcy z którymi się bawiłem podczas moich wakacyjnych przygód...
       Zbiera się na wspominki.., tylko od czego zacząć? - Może od ryb - to było moje najważniejsze hobby szczenięcych lat. Było gdzie łapać, tylko nie było czym. - Cały strumyk, a w nim sumiki kanadyjskie, małe szczupaki, klenie i mnóstwo raków..
       Chęci były, tylko jak wspominałem brakowało sprzętu, nikt nie myślał o wędkach.  Jedyną możliwością było łapanie metalowym koszykiem w którym nosiło się ziemniaki podczas wykopek. Taki koszyk miał ten plus, że po bokach posiadał dwa uchwyty, dobrze przepuszczał wodę, gdyż otwory były sporawe. Wiele razy łapaliśmy w strumyku, jednak wyniki nikogo z nas nie zadawalały..., wyciągaliśmy drobiazg, który nie nadawał się do smażenia...Pokaźnych rozmiarów były sumiki, jednak po obraniu, łeb był większy niż reszta...
       Z tyłu naszych domów, w Porębie były stawy potorfowe, stawy może zbyt duże słowo. Bardziej trafnym będzie określenie, kanały. To były pozostałości po kopaniu torfu, ale sprzed wielu lat. Nie były zbyt głębokie, jednak pełne szlamu który tworzył się przez opadające latami sosnowe igły, czy też liście z wokół rosnących brzóz. Woda była czysta, na niej unosiły się liście nenufarów, cudowny widok, nieskazitelna natura. Tam postanowiliśmy poszaleć, było w tym troszeczkę dziecięcej głupoty. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z niebezpieczeństwa, to były bagna, bagna które są nieobliczalne.. W każdym bądź razie przemierzaliśmy z tym koszem całe połacie kanałów.., ale bez rezultatów. To, że były tam ryby, to sam się przekonałem. Kilka lat wcześniej chodziłem jako widz z moim wujkiem Stefkiem Mielczarkiem, tyle tylko, że on miał sak (taką sieć na długiej tyczce). Zawsze przynosiliśmy z tych miejsc wiadro złocistych linów, smukłych szczupaków i pękatych bąków czy też karasi. Moim partnerem przy koszu był najstarszy z braci Marek. Nie napisałem o problemach ze zdobyciem kosza - ten odpowiedni do łapania ryb był własnością Irusa (Irka) Mantyka. każdy z nas bał się iść po niego, bo oficjalnie byśmy go nie dostali... Padło na najmłodszych, nie przypominam sobie teraz który po niego poszedł Kaziu czy też Andrzej, jednak podczas wychodzenia poza podwórko, Irus wrzeszcząc, że wszystko widzi i nam coś niemiłego uczyni, jak nas złapie.. Jednak młodość ma swoje zalety, chronił nas las i szybkie nogi...
         W każdym bądź razie, zrezygnowani byliśmy blisko pastwy, przy niej był okrągły malutki stawik i tam.., nałapaliśmy piskorzy (ślizów). Jako to była frajda z ich wyjmowaniem, uciekały nam między palcami, wpadały znów do wody. Złapaliśmy ich kilkanaście, nie były zbyt wielkie, jednak wracaliśmy z tarczą!
        Piskorze nie miały ochoty bezczynnie poddać się operacji patroszenia, ślizgały się, uciekały, ktoś wpadł na pomysł (drastyczne).... W efekcie mama moich kolegów usmażyła je nam na maśle, smakowały wybornie!
        Nie chciałem na wstępie pisać o najmłodszym z naszej grupy, Kaziu.. zginął tragicznie porażony prądem podczas wspinaczki na słup wysokiego napięcia. Spoczywa wspólnie ze swoją mamą na cmentarzu katolickim w Kleszczowie.



    Rogowiec - Andrzej, Kaziu i Marek - w tle stodoła i budynek mieszkalny mojego wujka Wacka
    Kasikowskiego - obecnie tych budynków już nie ma, pobudował się było Sołtys.
       Rogowiec - podwórko rodziny Nagodów - Marek ze swoją kuzynką z Sosnowca Basią.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza