czwartek, 22 stycznia 2026

Nagroda za humanitaryzm - Oskar Welk - Łódź - Więzienie - Der Heimatbote - 10/1964

 

                                                   Nagroda za humanitaryzm

Humanitaryzm się opłaca. Tak jak traktujesz innych, tak samo będą traktować ciebie. Wielu doświadczyło tego w czasie wojny i po jej zakończeniu. Oto jedna z historii.

Mieszkałem w Łodzi przy linii autobusowej, gdzie mieliśmy własny dom. Do 1940 roku mieszkały w nim prawie wyłącznie rodziny żydowskie. Następnie nastąpiła przesiedlenie wszystkich Żydów do niesławnego getta w Litzmannstadt, a mieszkania w naszym domu prawie całkowicie opustoszały. Zostały one pozostawione w stanie zaniedbanym i zniszczonym. W międzyczasie Niemcy z Rzeszy, którzy przybyli do Litzmannstadt, podobnie jak Niemcy przesiedleni tutaj z krajów bałtyckich, Białegostoku, Galicji itp. szukali mieszkań. Niektórzy wprowadzili się do dawnych mieszkań żydowskich, inni odrzucili je z powodu zaniedbania.

W naszym domu przez dłuższy czas stały puste pokoje, w których wcześniej mieszkali Żydzi, ponieważ żaden Niemiec nie chciał ich wynająć. W końcu znalazła się biedna polska rodzina bednarzy, która chciała wynająć te pokoje i sama je wyremontować. Zgodziłem się, a liczna rodzina wprowadziła się z radością. Niewysoki czynsz był zawsze płacony punktualnie i żyliśmy z tymi ludźmi w najpiękniejszej zgodzie, nawet gdy w 1943 roku zostałem powołany do Wehrmachtu, a moja żona przejęła zarządzanie domem.

Rodzina bednarzy miała dorosłego syna, którego urząd pracy w Litzmannstadt wysłał do pracy w Starej Rzeszy. Chłopak nie mógł jednak znieść przymusowego wysłania, zwłaszcza że tęsknił za narzeczoną, która pozostała w Litzmannstadt, i potajemnie wrócił do L. Wkrótce jednak gestapo dowiedziało się o tym i aresztowało chłopca. Został przewieziony do Radegast i osadzony w więzieniu, w którym oprócz Polaków przebywało również kilku niemieckich więźniów. Niedługo potem samoloty zrzuciły na więzienie bomby zapalające, rzekomo rosyjskie, i ściśle strzeżony budynek stanął w płomieniach. Nieczynna fabryka z wieloma więźniami została strawiona przez płomienie i nikt nie przeżył, również Polak, który trafił tam 4 dni wcześniej, zginął w okropnych męczarniach. Kilka dni później, 19 stycznia 1945 r., wojska rosyjskie wkroczyły do Łodzi i ślepa wściekłość mogła wyładować się na Niemcach, którzy nie uciekli.

W naszej okolicy nienawiść i pragnienie zemsty wobec Niemców, którzy spowodowali tak straszną śmierć syna rodziny Böttcherów, były niezmierzone. Moja żona wraz z czwórką małych dzieci pozostała w tym domu i była zdana na łaskę Polaków. Mścili się oni na wielu pozostałych bezbronnych niemieckich rodzinach. Wtedy przelano wiele niewinnej krwi. Nie tak jednak postąpiła dotknięta wielkim cierpieniem biedna rodzina w naszym domu.

W 1945 roku trafiłem w ręce Polaków i jako więzień i internowany zostałem przewieziony do Łodzi i osadzony w więzieniu przy ulicy Kraszewskiego 1-5. Początkowo przebywali tam wyłącznie więźniowie niemieccy, ale z biegiem czasu, gdy więzienia stawały się coraz bardziej przepełnione, dołączyli do nich również przedstawiciele innych narodowości. Zostałem oskarżony o przynależność do SA i skazany przez ówczesny Sąd Specjalny dla Niemców (Specjalny Sąd Karny) na 3 lata więzienia.

Ten sąd specjalny został utworzony przez Polaków już w 1944 roku, kiedy ponownie rozpoczęli rządy z Lublina. Zgodnie z paragrafami 1 i 2 nieludzkiego dekretu skazywano niemieckich oskarżonych. § 1 przewidywał karę śmierci, § 2 kary więzienia od 3 do 15 lat. Nie było niższych wymiarów kary. 17 listopada 1946 r. ustawa reżimu lubelskiego z 22 lipca 1944 r. straciła moc. Od tego dnia przynależność do SA w czasie wojny nie była już przestępstwem, oczywiście bez udowodnionej winy.

Wśród nas, więźniów, rozeszła się wiadomość, że karę można zmniejszyć, jeśli udowodni się, że ma się nienaganną opinię i nie ma żadnych wpisów w rejestrze. Kiedy odbyłem dwie trzecie kary, złożyłem odpowiedni wniosek. Wniosek ten przeszedł przez różne instancje i ostatecznie trafił do komisariatu policji mojej dawnej dzielnicy. Polscy sąsiedzi mieli zeznawać na temat mojego postępowania w czasie niemieckiej okupacji. Przesłuchano przede wszystkim rodzinę Böttcherów, ponieważ milicja miała nadzieję znaleźć u tej rodziny wystarczającą nienawiść i oskarżenia wobec mnie.

Ale oto rodzina Böttcherów wystawiła mi tak dobrą opinię, że nawet komendant milicji więziennej był zdumiony i powiedział do mnie, kiedy otrzymał zaświadczenie z komisariatu policji: „Jakże piękne jest to, gdy człowiek ma czyste sumienie i pomimo dokładnego zbadania jego przeszłości nie można mu nic zarzucić. Wtedy nie ma dla niego znaczenia, jak ciężkie mogą być ciosy losu”. Nauczyłem się doceniać tę biedną, okrutnie dotkniętą przez los rodzinę Böttcherów, pomimo ówczesnych antagonizmów między Niemcami a Polakami. Wśród nienawistnych Polaków spotkałem więc również ludzi o wielkiej szlachetności, wielkiej dobroci serca i czystym sumieniu.

                                                                                                                             Oskar Welk


                                          Lohn der Menschlichkeit

Menschlichkeit zahlt sich aus. Wie man dem anderen begegnet, wird einem auch begegnet werden. Viele haben es in der Kriegs- und Nachkriegszeit erfahren nach. folgend eine Geschichte. 

Ich wohnte in Lodz an der Buschlinie, wo wir ein eigenes Haus besaßen. Es wurde bis zum Jahre 1940 fast nur von jüdischen Familien.bewohnt. Dann. kam die Umsiedlung aller Juden in das berüchtigte Litzmannstadter Getto, und die Wohnungen in unserem Hause wurden fast leer. Sie wurden in einem verwahrlosten und verkommenen Zustand zurückgelassen. Inzwischen suchten die in Litzmannstadt eingetroffenen Reichsdeutschen wie die auch hierher umgesiedelten Deutschen aus dem

Baltikum, Bialystok, Galizien usw. Wohnungen. Manche zogen in eine ehemals Jüdische Wohnung ein, andere verschmähten eine solche wegen der Verwahrlosung.

In unserem Hause standen auch längere Zeit vordem von Juden bewohnte Räume leer, weil kein Deutscher sie haben wollte. Schließlich fand sich eine arme polnische Böttcherfamilie, die diese Räume mieten und selbst instandsetzen wollte. Ich willigte ein, und die kinderreiche Familie zog beglückt ein. Der nicht hohe Mietzins wurde immer pünktlich entrichtet und wir lebten mit diesen Leutchen in schönstem Frieden auch als ich 1943 zur Wehrmacht eingezogen wurde und meine Frau die Verwaltung des Hauses übernahm.

Die Böttcherfamilie hatte einen erwachsenen Sohn den das Litzmannstädter Arbeitsamt nach dem Altreich zur Arbeit verschickte. Der Junge konnte es aber in der Zwangsverschickung nicht aushalten, zumal ihn die Sehnsucht nach der in Litzmannstadt zurückgebliebenen Braut erfüllte, und er kehrte mit äußersier Heimlichkeit nach L. zurück. Davon aber bekam die Gestapo in kurzer Zeit Nachricht und verhaftete den Burschen. Er wurde. nach Radegast gebracht und in. dem Gefängnis festgesetzt, in dem neben polnischen auch einige deutsche Häftlinge saßen. Kurze Zeit darauf warfen Flugzeuge Brandbomben auf das Gefängnis, angeblich russische, und das streng bewachte Gebaude geriet in Brand. Die stillgelegte Fabrik mit den vielen Insassen wurde ein Raub der Flammen und es kam niemand mit dem Leben davon, auch der vor 4 Tagen eingelieferte Pole ging elend zugrunde. Einige Tage später, am 19. Januar 1945, zogen die russischen Truppen in Lodz ein und blinde Wut konnte sich gegen nicht geflüchtete Deutsche austoben.

In unserer Gegend waren Haß und Rachegefühle gegen die Deutschen, die den Sohn der. Böttcherfamilie in solch einen größlichen Tod lagten, unermeßlich. Meine Frau mit Ihren vier kleinen Kindern war in diesem Hause zurückgeblieben und der Willkür der Polen ausgeliefert. Sie rächten sich an den vielen zurückgebliebenen wehrlosen deutschen Familien. Es ist damals sehr viel unschuldiges Blut vergossen worden. Nicht so aber handelte die von großem Leid betroffene arme Familie in unserem Hause.

Ich geriet 1945 in polnische Hände und wurde als Gefangener und Internierter nach Lodz gebracht und in das Gefängnis an der Kraszewskiego 1-5 eingeliefert. Dort waren anfangs nur deutsche Häftlinge untergebracht; im Laufe der Zeit als die Gefängnisse immer voller wurden, kamen auch Vertreter anderer Nationalitäten hinzu. Ich wurde der Zugehörigkeit zur SA beschuldigt und vom damaligen Sondergericht für Deutsche (Specjalny Sad Karny) zu 3 Jahren Zuchthaus verurteilt.

Dieses Sondergericht hatten die Polen gleich 1944 geschaffen als sie von Lublin aus wieder mit dem Regieren begannen. Gemäß den Paragraphen 1 und 2 eines unmenschlichen Dekrets wurden deutsche Angeklagte verurteilt. § 1 sah die Todesstrafe vor, § 2 Zuchthausstrafen von 3 bis 15 Jahren. Ein niedrigeres Strafmaß gab es nicht. Am 17. 11. 1946 trat dieses Gesetz des Lubliner Regimes vom 22. Juli 1944 außer Kraft. Von diesem Tage an war die Zugehörigkeit zur SA während des Krieges nicht mehr ein Verbrechen, natürlich ohne nachgewiesenes Verschulden.

Unter uns Strafgefangenen wurde bekannt, daß einem Häftling die Strafe ermäßigt werde, wenn er nachweise, daß sein Leumundszeugnis einwandfrei sei und im Register kein Vermerk vorhanden ist. Als ich zwei Drittel meiner Strafe abgebüßt hotte, reichte ich ein entsprechendes Gesuch ein. Dieses Gesuch durchlief verschiedene Instanzen und landete endlich im Polizeirevier meines ehemaligen Bezirks. Polnische Nachbarn sollten über mein Verholten während der deutschen Besatzungszeit aussagen. Vor allem wurde die Böttcherfamilie ausgefragt, denn die Miliz hoffte bei dieser Familie genügend Haß und Anklage gegen mich zu finden.

Doch siehe da, die Böttcherfamilie stellte mir einen solch guten leumund aus, daß selbst der Milizkommandant des Gefängnisses staunte und zu mir sagte, als er das Führungszeugnis des Polizeireviers los: "Wie schön ist es doch, wenn ein Mensch ein sauberes Gewissen hat, daß ihm trotz gründlicher Nachprüfung seiner Vergangenheit nicht das Geringste nachgesagt werden kann. Es kann ihm dann alles egal sein, wie hart auch seine Schicksalsschläge sein mögen." Diese arme, vom Schicksal grausam heimgesuchte Böttcherfamilie lernte ich schätzen trotz der damaligen Gegensätze zwischen Deutschen und Polen. Ich begegnete also unter den haßerfüllten Polen auch Menschen von großem Edelmut, großer Herzensgüte und rnit sauberem Gewissen. 

                                                                                                                         Oskar Welk

środa, 21 stycznia 2026

Aleksandrów - Szkółka niedzielna - Ewangelicy - Der Heimatbote - 1/1964

 

                                        Grupa pomocników z Aleksandrowa

W 1912 roku grupa pomocników szkółki niedzielnej parafii Aleksandrów pod Łodzią świętowała swoje 25-lecie istnienia. Z tej okazji wykonano zdjęcie, które po ponad 50 latach publikujemy w „Heimatboten”. „Niech to zdjęcie sprawi Aleksandrowianom wiele radości i przywoła wiele miłych wspomnień o naszym ukochanym Aleksandrowie” – pisze para Karl Krause, 4803 Amshausen 195, Post Steinhagen/Westf. Chętnie prześle zainteresowanym osobom pocztówki ze zdjęciem po uiszczeniu opłaty w wysokości 1,50 DM.

Osoby przedstawione na zdjęciu to (od lewej do prawej) 1. rząd u góry: Böttcher, Paul Hadrian, Max Littke, Richard Henschel, Böttcher, Otto Wagnitz. 2. rząd: Olga Scheller, Marie Weber, Melida Lechelt, Wanda Schultz, Olga Hirsch, Sophie Wagnitz, Martha Reichert, Marie Vogelsang. 3. rząd: Winerle, Wanda Hadrian, Pauline Pögel, Leitloff, Olga Pögel, Ida Pögel, Olga Lechelt, Juliane Wiese, Kurtz, Emma Schmidt. 4. rząd: Natalie Littke, Berthold Greilich, Adolf Greilich. Pastor Julius Buse, Heinrich Hadrian, Emilie Bischoff. 5. rząd: Laubstein, Emma König, Wanda Grönke, Klara Littke, Ida Schultz.

     


                      

                                                   Der Helferkreis von Alexandrow

Im Jahre 1912 feierte der Sonntagsschul-Helferkreis der Gemeinde Alexandrow bei Lodz sein 25jähriges Bestehen. Aus diesem Anlaß wurde eine Aufnahme gemacht die wir nach

über 50 Jahren hier im "Heimatboten" bringen. "Möge dieses Bild den Alexandrowern viele Freude bereiten und auch viele schöne Erinnerungen an unser liebes trautes Alexandrow wekken", schreibt das Ehepaar Karl Krause, 4803 Amshausen 195,

Post Steinhagen/Westf., dazu. Es ist gern bereit, Interessenten gegen Einsendung eines Unkostenbetreges von DM 1,50 Postkarten des Fotos zu übersenden.

Die dargestellten Personen sind (von links nach rechts) 1. Reihe oben: Böttcher, Paul Hadrian, Max Littke, Richard Henschel, Böttcher, Otto Wagnitz. 2. Reihe: Olga Scheller, Marie Weber, Melida Lechelt, Wanda Schultz, Olga Hirsch, Sophie Wagnitz, Martha Reichert, Marie Vogelsang. 3. Reihe: Winerle, Wanda Hadrian, Pauline Pögel, Leitloff, Olga Pögel, Ida Pögel, Olga Lechelt, Juliane Wiese, Kurtz, Emma Schmidt. 4. Reihe: Natalie Littke, Berthold Greilich, Adolf Greilich. Pastor Julius Buse, Heinrich Hadrian, Emilie Bischoff. 5. Reihe: Laubstein, Emma König, Wanda Grönke, Klara Littke, Ida Schultz. 

Dziewczęta z Konstantynowa - Niemieckie osadnictwo - Der Heimatbote - 10/1963

 


                                         DZIEWCZĘTA  Z  KONSTANTYNOWA

Dzisiaj prezentujemy zdjęcie stowarzyszenia dziewcząt z Konstantynowa pod Łodzią, które zostało wykonane jesienią 1927 roku. Będzie ono miłym wspomnieniem nie tylko dla mieszkańców Konstantynowa. Stowarzyszenia takie jak stowarzyszenie dziewcząt były bowiem znane poza granicami danej gminy. Zdjęcie zawdzięczamy naszej rodaczce Elfriede Bernhardt, z domu Wolbert, mieszkającej w Eames Way, Marshfield Mass. USA, dawniej Konstantynów, Goethestraße 9, która otrzymała je od krewnej z Polski. Jej radość była tak wielka, że chciała podzielić się nią z wszystkimi innymi znajomymi z ojczyzny.

Stowarzyszenie dziewcząt zostało założone około 1910 roku. Jego przewodniczącą była pani pastor Elisabeth Schmidt. Dziewczęta spotykały się w każdą niedzielę o godz. 16.00 na krótkim nabożeństwie. W każdą środę o godz. 20.00 w domu parafialnym odbywały się zajęcia z rękodzieła, które cieszyły się dużą popularnością. Istniał również chór, którym kierował kantor Rohrbach; dziewczęta śpiewały trzygłosowo. Stowarzyszenie organizowało również miłe wieczory herbaciane. Szczególnie chętnie uczęszczano na uroczystość fundacji w pierwszą niedzielę adwentu. Podczas tej uroczystości wystawiano również sztuki teatralne, śpiewano pieśni chóralne i recytowano wiersze. „Mam teraz 60 lat, ale lata młodości, a zwłaszcza piękne chwile spędzone w stowarzyszeniu dziewcząt, pozostały mi do dziś w żywej pamięci” – wyznaje pani Frieda Riemann, z domu Dreger, która uprzejmie przesłała nam szczegółowe informacje.

A teraz nazwiska osób przedstawionych na zdjęciu. Po nazwiskach panieńskich podajemy nazwiska po ślubie. W górnym rzędzie od lewej do prawej: Olga Melzer, zamężna Schulz, Olga Seifert, zamężna Schulz. Lydia Seifert, która zmarła, Alma Melzer, zamężna Hoffmann. Klara Rohrbäch, z domu Baumstark, Olga Raczynski, z domu Reimann, Marta Seidlitz, z domu Vogt, Elfriede Wolbert, z domu Bernhardt, Melanie Schöps, która zmarła. - Drugi rząd stojący: pani Gastring, imię męża nieznane, Hulda Lange, mąż nieznany, Else Lange, mąż nieznany, Selma Wenzel, mąż Hauser, Frieda WenzeI, mąż Fröhnel, Amanda Dürrschmidt, mąż Dreger, Alma Bernstein, mąż Jensch, Helene Schütz, zam. Pilz, Marta Schulz, zam. Schütz, Dorothea Hirsekorn, zam. Dümmel, Olga Dathe, zam. Schmalz, Amanda Schwarz, zam. Schwarz, Ella Richard, zam. nieznana, Ella Römer, zam. Dreger.

Siedzące, trzeci rząd od góry: Frieda Dreger, zam. Riemann, Ruth Rohrbach, pozostała niezamężna, Alma Dathe, zam. Seifert, Anna Dümmel, niezamężna, kierowniczka pani Elisabeth Schmidt, Berta Beer, niezamężna, Anna Dathe, niezamężna, Alma Dümmel, zam. Holtz, Leokadie Holtz, zam. Prokop. - Siedzące w dolnym rzędzie: Anna Römer, zam. Wiltmann, Lydia Räuber, zam. nieznana, Charlotte Kresse, zam. nieznana, Johanna Ludwig, zam. Heidrich, Selma Seher, zam. Fröhnel, Amalie Linke, zam. Kreschel, Lydia Noll, zam. nieznana.

Jak widać, dziewczęta nosiły wówczas, a było to 36 lat temu, sukienki o długości trzech czwartych. Niektóre miały również futrzane kołnierze. Była to wówczas moda jesienna... a właściwie nie tak dawno temu...




                                         DIE JUNGFRAUEN VON KONSTANTINOW

Wir bringen heute eine Aufnahme des Jungfrauenvereins von Konstantynow bei Lodz, die im Herbst des Jahres 1927 gemacht wurde. Sie wird nicht nur für die Konstantynower eine liebe Erinnerung sein. Denn solche Vereine wie ein Jungfrauenverein waren über die Grenzen der jeweiligen Gemeinde hinaus bekannt. Das Bild verdanken wir der Landsmännin Elfriede Bernhardt, geb. Wolbert, in Eames Way, Marshfield Mass. USA, früher Konstantynow, Goethestraße 9, die es von einer Verwandten aus Polen erhielt. Ihre Freude darüber war so groß, daß sie auch alle anderen Heimatbekannten an dieser Freude teilhaben lassen möchte.

Der Jungfrauenverein wurde etwa, im Jahre 1910 gegründet. Leiterin war Frau Pastor Elisabeth Schmidt. Die Jung frauen kamen jeden Sonntag um 16. Uhr zu einer kurzen Andacht zusammen. Jeden Mittwoch um 20.00 Uhr war im Gemeindehaus Handarbeitsstunde, die gern besucht wurde. Auch ein Chor existierte, den Kantor Rohrbach leitete; die Mädchen sangen dreistimmig. Der Verein veranstaltete auch nete Teeabende. Besonders gern besucht wurde das Stiftungsfest am 1. Advent. Zu diesem Fest wurden auch Theaterstücke aufgeführt, Chorgesänge und Gedichte vorgetragen. "Ich bin jetzt 60 Jahre, aber die Jugendjahre und besonders die schönen Stunden im Jungfrauenverein sind mir noch heute in lebendigster Erinnerung", bekennt Frau Frieda Riemann. geb. Dreger, die uns freundlicherweise die näheren Angaben übersandte.

Nun die Namen der Dargestellten. Auf den Mädchennamen lassen wir den Namen nach der Verehelichung folgen. In der oberen Reihe stehen von links nach rechts: Olga Melzer, verheiratete Schulz, Olga Seifert, verh. Schulz. Lydia Seifert, die verstorben ist, Alma Melzer, verh. Hoffmann. Klara Rohrbäch, verh. Baumstark, Olga Raczynski, verh. Reimann, Marta Seidlitz, verh. Vogt, Elfriede Wolbert, verh. Bernhardt, Melanie Schöps, die verstorben ist. - Zweite Reihe stehend: Fr. Gastring, Name des Mannes unbekannt, Hulda Lange, verh. unbekannt, Else Lange, verh. unbekannt, Selma Wenzel, verh. Hauser, Frieda WenzeI, verh. Fröhnel, Amanda Dürrschmidt, verh. Dreger, Alma Bernstein, verh Jensch, Helene Schütz, verh. Pilz, Marta Schulz, verh. Schütz, Dorothea Hirsekorn, verh. Dümmel, Olga Dathe, verh. Schmalz, Amanda Schwarz, verh. Schwarz, Ella Richard, verh. unbekannt, Ella Römer, verh. Dreger.

Sitzend, dritte Reihe von oben: Frieda Dreger, verh. Riemann, Ruth Rohrbach, ledig geblieben, Alma Dathe, verh. Seifert, Anna Dümmel, unverheiratet, Leiterin Frau Elisabeth Schmidt, Berta Beer, unveheiratet, Anna Dathe, unverheiratet, Alma Dümmel, verh. Holtz, Leokadie Holtz, verh. Prokop. - Untere Reihe sitzend: Anna Römer, verh. Wiltmann, Lydia Räuber, verh. unbek., Charlotte Kresse, verh. unbek., Johanna Ludwig, verh. Heidrich, Selma Seher, verh Fröhnel, Amalie Linke, verh. Kreschel, Lydia Noll, verh. unbekannt.

Wie man. sieht, trugen die Mädchen damals, es sind jetzt 36 Jahre her, dreiviertellange Kleider. Manche hatten auch Pelzkragen. Das war zu jener Zeit die Herbstmode ... und es ist eigentlich noch gar nicht so lange her . . .

Niemcy pomagali partyzantom - Łódź - Litzmannstadt - Der Heimatbote - 12/1962

                                               Niemcy pomagali partyzantom

                                        „Czy moja siekiera jest już gotowa?”

Władze Łodzi świętowały 20. rocznicę powstania PPR. PPR, dosłownie: Polska Partia Robotnicza, to partia komunistyczna, która powstała w 1942 roku na terenie Łodzi. Jej członkowie, na czele z towarzyszem Ignacym Logą-Słowińskim, zobowiązali się wówczas do walki z faszystami i do dziś opowiadają o swoich bohaterskich czynach, które rozpoczęli w podziemiu. Żyją tym tak samo, jak uchodźcy swoimi doświadczeniami z czasów ucieczki i wysiedlenia. Bo „wspomnienie przetrwanych trudów jest przyjemne”. Można to spotkać wszędzie.

Ale w Łodzi było to bardzo trudne, uważa dziś sekretarz partii Marian Kuliński. „Wielu spośród tysięcy Niemców mieszkających w tym mieście obserwowało każdy krok Polaków. Ale jestem dumny, że praca w sabotażowych oddziałach, na froncie walki, nie poszła na marne. Najpiękniejszą opowieścią była dla mnie zawsze relacja z różnych akcji sabotażowych”. „ Niestety nie mogłem pozostać w kierownictwie „frontu”. Musiałem uciekać z Łodzi, ponieważ Niemcy mnie ścigali. Wyjechałem do Tomaszowa i pracowałem w fabryce tekstylnej. Tomaszów również od samego początku był dobrze „strzeżony” przez Niemców ... ”

Tajne spotkania partyzantów odbywały się w Łodzi przy Voglerweg 26 (uI. Admiralska 18 a), w mieszkaniu Stefana Grabowskiego. Miał on kuźnię przy Marysińskiej 13, która była pierwszym punktem kontaktowym. Kiedy ktoś przychodził i mówił: „Dzień dobry. Czy moja siekiera jest już gotowa?”, kowal Grabowski przyglądał się mu badawczo i odpowiadał: „Tak. Wszystko w porządku, towarzyszu, proszę wejść”. Było to hasło rozpoznawcze i znak, że powietrze jest „czyste”.

Na początku „grupy bojowe Frontu Ludowego” nie miały ani broni, ani materiałów wybuchowych, tylko niepohamowaną nienawiść do wszystkiego, co niemieckie, która rozpalana była już samym dźwiękiem słowa „Litzmannstadt”. W swoim domu kowal Grabowski posiadał wiele książek. To właśnie z niemieckiej encyklopedii Orgelbranda członkowie ruchu oporu znaleźli przepisy, dzięki którym mogli wytworzyć materiały wybuchowe, które następnie wykorzystano do produkcji granatów.

Z tej dzielnicy Łodzi pochodziła grupa młodzieżowa „Promienni”, która wyróżniała się w walce z Niemcami. Młodszy syn kowala Grabowskiego wraz z ośmioma bojownikami z tej grupy zginął pod Psarami. Niemcy pojmali go podczas potyczki i 11 maja powiesili na cmentarzu żydowskim w Łowiczu. Wcześniej, 30 kwietnia 1943 r. o godz. 2 w nocy, w domu jego ojca w Łodzi rozpoczęła się wielka rewizja. Kowal Grabowski był jednak tak sprytny, że Niemcy nie znaleźli u niego ani broni, ani tajnych dokumentów. Wiedzieli jednak, że był głównym wrogiem i zabrali go do więzienia przy ul. Sterlinga. Nie wydał żadnego ze swoich licznych towarzyszy i ostatecznie zginął w obozie koncentracyjnym Mauthausen.

Interesuje nas fakt, że Niemcy znacznie pomagali partyzantom. Żona wspomnianego kowala opowiada: „Niemcy bardzo nam pomagali. Nasze radio zanieśliśmy do Niemca o nazwisku Hugo Grieschke. Nasi ludzie chodzili do niego i słuchali (zakazanych) zagranicznych audycji. To właśnie z nich czerpali informacje do tajnych "gazet”. Papier do gazet partyzanci otrzymywali od siostrzenicy kowala, która pracowała w niemieckiej papierni przy ulicy Piotrkowskiej 90. Także powielacz, bez którego podziemna propaganda byłaby prawie niemożliwa?

Zajmował się tym Niemiec Adolf Tebus, obecnie mieszkający w strefie. Nosił mundur NSDAP (!) i kupił urządzenie na podstawie prawdziwej „karty zaopatrzeniowej”. Tramwajem przewiózł je do partyzantów na przedmieściach Łodzi, do Marysina. Ci ostatni wydali później tajną gazetę „Głos Łodzi” w nakładzie 2000 egzemplarzy, które były rozprowadzane w sposób niepozorny, tak że niemieccy strażnicy nic nie zauważyli... Jeden z kolporterów mieszkał przy Deutschlandplatz (Plac Wolności)... Tak, w niemieckim Litzmannstadt działo się wiele rzeczy...


Ignacy Loga-Sowiński – polski komunistyczny działacz związkowy i polityk. Członek Biura Politycznego KC PZPR, poseł do Krajowej Rady Narodowej, na Sejm Ustawodawczy oraz Sejm PRL II, III, IV i V kadencji, członek i zastępca przewodniczącego Rady Państwa. Ambasador PRL w Turcji. Budowniczy Polski Ludowej. Wikipedia

                                        Deutsche halfen Partisanen

                                      "Ist meine Axt schon fertig?"

Das amtliche Lodz feierte den 20. Jahrestag der Entstehung der PPR. Die PPR, wörtlich: Polska Partia Robotnicza, ist eine kommunistische Partei, die im Jahre 1942 im Lodzer Gebiet ins Leben gerufen wurde. Ihre Mitglieder, an der Spitze Genosse Ignacy Loga-Slowinski, verschworen sich damals zum Kampf gegen die Faschisten und erzählen noch heute von den im Untergrund began genen Heldentaten. Sie leben davon wie die Flüchtlinge von ihren Erlebnissen während der Flucht und Vertreibung. Denn "die Erinnerung an überstandene Mühsale ist angenehm " Man findet das überall.

Aber in Lodz war es sehr schwer, meint Parteisekretär Marian Kulinski heute. "Viele der Tausende von Deutschen, die in dieser Stadt wohnten, beobachteten jeden Schritt der Polen. Aber ich bin stolz, daß die Arbeit in den Sabotage-Aussmüssen, in der Kampf-Front" nicht umsonst war. Ich hörte als die schönste Erzählung immer den Bericht von den verschiedenen Sabotageaktionen. " Weiter sagte er: "Leider konnte im in der Leitung der "Front" nicht bleiben. Ich mußte aus Lodz flüchten, denn die Deutschen waren hinter mir her. Begab mich nach Tomaschow, arbeitete in der Textilfabrik. Auch Tomaschow war gleich von Anfang an von den Deutschen gut "bewacht" ... "

Die geheimen Zusammenkünfte der Partisanen fanden in Litzmannstadt im Voglerweg 26 (uI. Admiralska 18 a) statt, in der Wohnung eines Stefan Grabowski. Der hatte in der Marysinska 13 eine Schmiede, die der erste Kontaktpunkt war. Kam hier einer und sprach: "Guten Tag. Ist meine Axt schon fertig?, dann sah ihn der Schmied Grabowski prüfend an und sagte: "Ja. Alles ist in Ordnung, Genosse komm herein". Es war das Erkennungswort und auch Zeichen, daß die Luft "sauber" sei.

Am Anfang hatten die "Kampfgruppen der Volksfront" weder Waffen noch Sprengmaterial, nur den unbändigen Haß gegen alles Deutsche, der schon beim Klang des Wortes "Litzmannstadt" aufloderte. Dom Schmied Grabowski besaß viele Bücher. Ausgerechnet aus der deutschen Enzyklopädie Orgelbrands ersahen die Widerständler die Rezepte, mit deren Hilfe sie Sprengmaterial herstellen konnten, das dann zu Granaten verwendet wurde.

Aus diesem Lodzer Viertel kamen aum die ,Strahlenden" (Promienisci), eine Jugendgruppe, die sich gegen die Deutschen hervortat. Der jüngere Sohn von Schmied Grabowski wurde zusammen mit 8 Kämpfern der Gruppe bei Psary getötet. Das heißt, die Deutschen schnappten ihn nam, dem Scharmützel und hängten ihn am 11. Mai auf dem jüdischen Friedhof zu Lowitsch auf. Bei seinem Vater in Lodz hatte vorher, am 30. 4. 1943, nachts 2 Uhr, die große Haussuchung begonnen. Schmied Grabowski war aber ein solcher Fuchs, daß die Deutschen weder Waffen noch geheime Schriften bei ihm finden konnten. Sie wußten jedoch, daß er ein Hauptfeind war und nahmen ihn ins Gefängnis ul.Sterlinga mit. Er verriet keinen der vielen mit ihm bekannten Genossen und starb schließlich im KZ Mauthausen.

Uns interessiert, daß eigene Deutsche den Partisanen wesentlich geholfen haben. So erzählt die Frau des erwähnten Smmiedes: "Viel haben uns die Deutschen geholfen. Unser Radio brachten wir zu einem Deutschen, der Hugo Grieschke hieß. Unsere gingen dann zu ihm hin und hörten die (verbotenen) ausländischen Sendungen. Gerade aus diesen schöpften sie die Nachrichten für die Geheimblätter." Das Papier für die Blätter bekamen die Partisanen von der Nichte des Schmiedes, die in einem deutschen Papiergeschäft in der Petrikauer 90 beschäftigt war. Und den Vervielfältiger selbst, ohne den die unterirdische Propaganda kaum möglich war?

Den besorgte der Deutsche Adolf Tebus, heute in der Zone lebend. Er trug die Uniform der NSDAP (!) und kaufte den Apparat auf einen regelrechten "Bezugschein" . Mit der Straßenbahn, brachte er ihn in den Lodzer Vorort Marysin zu den Partisanen. Die stellten später den geheimen "Glos Lodzi" mit einer Auflage von 2000 Exemplaren her, die unauffällig vertrieben wurden, so daß die deutschen Wachtmeister nichts merkten ... Ein Kolporteur wohnte am Deutschlandplatz (Plac Wolnosci) ... Ja, im deutschen Litzmannstadt geschahen so manche Dinge ...

Ignacy Loga-Sowiński – polnischer kommunistischer Gewerkschaftsaktivist und Politiker. Mitglied des Politbüros der Polnischen Vereinigten Arbeiterpartei (PZPR), Abgeordneter des Nationalen Rates, des Gesetzgebenden Sejm und des Sejm der Volksrepublik Polen der II., III., IV. und V. Legislaturperiode, Mitglied und stellvertretender Vorsitzender des Staatsrates. Botschafter der Volksrepublik Polen in der Türkei. Erbauer des Volkspolens. Wikipedia

wtorek, 20 stycznia 2026

Dom starców - Karolew Łódź - Szlachetna paczka - Der Heimatbote - 12/1962

 




       Wręczanie prezentów bożonarodzeniowych ubogim i starszym osobom w Łodzi

Odkąd straciliśmy nasze rodzinne miasto Łódź, wciąż powracają mi wspomnienia.

Towarzyszą im radości i smutki, które powoli przemykają przed moimi oczami. To wręcz niepojęte, że przez tyle lat wszystko, co dobre i piękne w naszej ojczyźnie, pokryło się kurzem zapomnienia i pogonią za nowym bogactwem i dobrobytem.

Szczególnie teraz, w okresie przedświątecznym, widzę przed sobą wiele małych, udekorowanych choinek i błyszczące oczy dzieci z prezbiterium naszego ukochanego kościoła św. Jana!

Kto jeszcze pamięta, jak to było wtedy? Ponieważ jako Niemcy w Polsce nie mieliśmy prawa do żadnej pomocy publicznej dla osób starszych i ubogich, ponieważ nie znaliśmy dzisiejszych, w wielu przypadkach bardzo wysokich emerytur, podwyższanych co roku o kolejne 5 - 6 procent, ponieważ nadal panowała nędza i bieda, tak, wtedy Kościół zajął się ubogimi!

Nasz drogi, czcigodny superintendent, pastor Dietrich, który obecnie spędza jesień życia w Erfurcie, nigdy nie ustawał w osobistej pomocy i wzywał nas do współpracy.

Już w październiku każdego roku prosił o datki, stare, ale nadal nadające się do użytku bieliznę, ubrania, wszystko, czego można było się pozbyć, aby służyło ubogim i starszym jako ciepła ochrona na zimę.

Nasz drogi pastor umiał poruszyć serca członków wspólnoty swoimi prośbami. Nie bez powodu nazywano go „pastorem żebrakiem”. Rzeczywiście, wielu darczyńców przyniosło paczki, bogaci i biedni, wszyscy odpowiedzieli na wezwanie i przynieśli dary!

Również fabrykanci, na czele z naszą drogą przewodniczącą stowarzyszenia, panią Kindermann, i jej córką, panią Schweikert, przekazali dobre materiały na prezenty bożonarodzeniowe. W stowarzyszeniach dziewcząt gromadziły się rzeczy.

Teraz pomocniczki miały bardzo dużo do zrobienia, trzeba było zebrać adresy osób starszych i ubogich, które miały otrzymać prezenty, i rozdzielić je na grupy. Wolontariuszki podjęły się odwiedzania potrzebujących z kościoła dziecięcego i ustalania następujących informacji: liczba osób, wiek, najpilniejsze życzenia. Chciano w miarę możliwości zaspokoić potrzeby wszystkich.

W kilka określonych dni w tygodniu w sali misyjnej, a później w domu młodzieżowym, w sali stowarzyszenia młodzieżowego, wszystko było starannie przygotowywane i porządkowane. Dorośli i dzieci, wszyscy, którzy potrafili trzymać igłę, przychodzili, aby naprawiać i prasować rzeczy!

My, pomocnice, wraz z panną Peipp, panną Neumann i wieloma innymi, których imiona niestety wymknęły mi się z pamięci, nadzorowałyśmy prace naprawcze poszczególnych grup dzieci. Te wieczory były piękne, ponieważ podczas pracy rozbrzmiewały stare, znane kolędy.

Z niecierpliwością czekaliśmy na pierwszą niedzielę adwentową. Każde dziecko z dziecięcej mszy świętej otrzymywało świeczkę do zielonej gałązki wraz z sentencją! Z roku na rok nasza gromadka dzieci powiększała się, mieliśmy aż 700 dzieci! Po kazaniu gaszono oświetlenie kościoła i zapalano przytulne świeczki.

Nasz drogi pastor Dietrich chodził po środkowej nawie kościoła. Głosy dzieci śpiewały „Córko Syjonu, raduj się” oraz inne piękne pieśni adwentowe i bożonarodzeniowe w stylu misyjnej harfy!

Płonące świece unosiły się w rękach dzieci, raz wyżej, raz niżej, w zależności od akcentu. W tym okresie adwentowym wielu dorosłych przychodziło na nabożeństwa dla dzieci, aby cieszyć się blaskiem świec. Trwało to przez cztery niedziele, aż w końcu Wigilia otworzyła drzwi do Bożego Narodzenia.

Rozpoczęło się wielkie rozdawanie prezentów! Już wczesnym popołudniem dzieci zebrały się wraz z pomocnikami i pomocniczkami w dużej sali misyjnej. Udekorowano małe drzewka w doniczkach. Każde dziecko przyniosło ze sobą małe smakołyki, słodycze i produkty spożywcze. Starsze dzieci nieśli paczki przeznaczone dla rodzin, a jedno dziecko szło przed radosną gromadką z drzewkiem.

Oczywiście zabrano również zapas świec. Z drzewkiem i paczkami wyszliśmy z sali misyjnej do kościoła. Ustawiliśmy się w prezbiterium, pastor Dietrich wygłosił przemówienie, pobłogosławił nas i dary!

Zebraliśmy się, a następnie ruszyliśmy w drogę. Pod przewodnictwem pastora udaliśmy się na ulicę. Przemarsz się rozpadł, grupy rozeszły się w różnych kierunkach i każda z nich zmierzała do celu, jakim były osoby potrzebujące opieki. Chcieliśmy nieść radość świąt. To „Słodko dzwonią dzwony, bo nadchodzi Boże Narodzenie” miało stać się rzeczywistością w ciemnych komórkach i mieszkaniach na podwórkach, w piwnicach i na strychach... Chcieliśmy dać radość, aby sami zostali napełnieni radością!

Jako dziecko należałam do grupy panny Busse, dopóki nie stała się stara, słaba i ślepa i nie trafiła do domu spokojnej starości w Łodzi-Karolewie. (Widzimy tutaj zdjęcie domu spokojnej starości z panną Busse).

Następnie należałam do grupy panny Eugenie Wieder. Jako dorosła osoba sama dołączyłam do kręgu pomocników i prowadziłam grupę, uczestniczyłam w rozdawaniu prezentów, tak jak kiedyś jako dziecko, tylko teraz jako liderka. Wiele młodych dziewcząt chętnie pełniło wówczas służbę jako pomocniczki i liderki grup.

Rodziny, którymi opiekowała się moja grupa, były bez wyjątku biednymi ludźmi i miały bardzo nędzne mieszkania. Po starych, rozpadających się schodach wchodziło się wysoko do małej komórki. Potem znowu schodziło się głęboko do wilgotnej piwnicy, gdzie nie widać było słońca ani nieba! Problem mieszkaniowy w Łodzi był zawsze poważny, a państwo nie dbało o nędzę (niestety planowane zniesienie przepisów chroniących najemców spowoduje również nędzę najemców w Niemczech Zachodnich!

Przez podwórze przeszłam z dziećmi do stodoły, która była tylko nieco oklejona i zamalowana, ale mieszkała w niej wdowa z pięciorgiem dzieci – znajdowała się ona w bloku czynszowym na samym końcu...

W ciemnych kątach zapaliliśmy świece i śpiewając weszliśmy do pokoju! Rzadko było dla nas wszystkich miejsce, więc mogliśmy wchodzić do pokoju pojedynczo, aby recytować wiersz lub cytat z Biblii.

Starsi, chorzy, biedni byli prawie zawsze wzruszeni i nie powstrzymywali łez! Oczy dzieci odwiedzanych rodzin zawsze błyszczały. Z szeroko otwartymi oczami i rumieńcami na policzkach patrzyły w blask świec! Nagle ze swojego pokoju wyszła stara Polka, płacząc i mówiąc:

„Tak Niemcy o stare dbają, a Polacy na stare srają”.

Kiedy dzięki naszym darowiznom sprawiliśmy wszystkim radość, z radością w sercu poszedłem z dziećmi do domu i na nabożeństwo.

Do 1939 roku mogliśmy rozdawać prezenty ubogim z kościoła, potem tę służbę przejęła NSV i brakowało mi tej radości. Dzisiaj opowiadam o tym, zwłaszcza w okresie przedświątecznym, mojemu synowi, który mówi: „Ach mamo, opowiedz mi coś pięknego o swoim rodzinnym mieście Łodzi!”.

                                                                                              Irmgard Kohlmann z domu Fischer





Dom starców w Łodzi-Karolewie (kantorat kościoła św. Jana).
W pierwszym rzędzie widzimy pannę Busse, jedną z najstarszych pomocniczek, trzymającą kotka w rękach. Z tyłu autorka, zwana rybaczką, wraz z siostrą i kuzynką.

Das Greisenheim zu Lodz-Karolew (Kantorat der St. Johanniskirdle).
Wir sehen den der ersten Reihe Frl. Busse, eine der ältesten Helferinnen, mit Kätzchen in den Händen. Hinten die Verfasserin, genannt die Fischerin, mit ihrer Schwester und Cousine.


                                Weihnachtsbescherung bei Armen und Alten in Lodz

Seitdem wir unsere Heimatstadt Lodz verloren haben, steigen immer wieder Bilder der Erinnerung in mir auf. 

Von Freud und Leid begleitet, ziehen sie langsam an meinem geistigen Auge vorüber. Es ist schier unfaßbar, daß schon so viele Jahre all das Gute und Schöne aus der Heimat mit dem Staub der Vergessenheit und der Jagd nach neuem Reichtum und Wohlstand decken konnten.

Besonders jetzt in der Vorweihnachtszeit sehe ich viele kleine geschmückte Weihnachtsbäumchen und strahlende Kinderaugen aus dem Altarraum unserer Lieben St. Johanniskirche vor mir stehen!

Wer weiß noch, wie es damals war? Da wir als Deutsche in Polen für Alte und Arme wenig oder gar nichts an öffentlicher Hilfe zu beanspruchen hatten, da die in vielen Fällen sehr hohen Renten von heute mit ihrer alljährlichen Anhebung um weitere 5 ws 6 Prozent unbekannt waren, da noch weit und breit Elend und Not herrschten, ja, da nahm sich die Kirche der Armen an!

Unser lieber ehrwürdiger Superintendent, Pastor Dietrich, der jetzt in Erfurt seinen Lebensabend verbringt, wurde nie müde, neben seiner persönlichen Hilfsbereitschaft uns zur Mithilfe aufzurufen.

Schon im Oktober eines jeden Jahres bat er um Spenden, Alte, noch brauchbar,e Wäsche, Bekleidungsstücke, was man so entbehren konnte, sollte gegeben werden, um Armen und Alten als wärmenden Schutz für den Winter zu dienen. 

Unser lieber Herr Pastor verstand es, mit seinen Bitten die Herzen der Gemeindeglieder zu rühren. Er wurde nicht umsonst der "Bettelpastor" genannt. Es kamen in der Tat viele Spender mit Paketen, kleinen und großen Reiche und Arme, alle folgten dem Ruf und überbrachten Gaben!

Auch Fabrikanten, mit unserer lieben Vereinsvorsitzenden, Frau Kindermann, und ihrer Tochter, Frau Schweikert, an der Spitze, spendeten gute Stoffe für die Weihnachtsbescherung. Bei den Jungfrauenvereinen stauten sich die Sachen.

Nun gab, es für die Helferinnen viel, sehr viel zu tun, Anschriften der zu bescherenden Alten und Armen mußten gesammelt und gruppenweise verteilt werden. Die freiwilligen Helferinnen übernahmen es, vom Kindergottesdienst aus die Bedürftigen zu besuchen und folgendes festzustellen: Personenzahl, Alter, die dringlichsten Wünsche. Man wollte nach Möglichkeit jedem gerecht werden.

An mehreren bestimmten Tagen in der Woche wurde im Missionssaal oder später im Jugendheim, im Saal des Jünglingsvereins, tüchtig alles vorbereitet und zurecht gemacht. Erwachsene und Kinder, alles, was eine Nadel halten konnte, kam, um Sachen noch auszubessern und zu bügeln!

Wir Helferinnen mit Frl. Peipp, Frl. Neumann und noch viele andere, deren Namen leid,er meinem Gedächtnis entschwunden sind, beaufsichtigten die Ausbesserungsarbeiten der einzelnen Kindergruppen. Schön waren ,diese Abende, da bei der Arbeit die alten vertrauten Weihnachtslieder erklangen.

Mit Sehnsucht erwarteten wir den ersten Adventssonntag. Da gab es eine Kerze zum grünen Zweig mit einem Spruch für jedes Kind des Kindergottesdienstes! Von Jahr zu Jahr mehrte sich dabei unsere Kinderschar, wir hatten bis zu 700 Kinder! Nach der Predigt erlosch die Kirchenbeleuchtung und die traulichen Kerzen wurden angebrannt.

Unser lieber Pastor Dietrich ging im Mittelschiff der Kirche auf und ab. Kinderstimmen schmetterten das "Tochter Zion, freue dich" sowie andere herrliche Advents- und Weihnachtslieder nach der Weise der Missionsharfe!

Die brennenden Kerzen stiegen, je nach der Betonung, in der Hand der Kinder, einmal höher, einmal tiefer. In dieser Adventszeit kamen viele Erwachsene in den Kindergottesdienst, um sich an dem Glanz der Kerzen zu erfreuen. So ging es vier Sonntage lang, bis der Heilige Abend dem Weihnachtsfest, die Tür öffnete.

Die große Weihnachtsbescherung begann! Schon am frühen Nachmittag sammelten sich die Kinder mit den Helfern und Helferinnen im großen Missionssaal. Kleine Bäumchen im Blumentopf wurden geschmückt. Jedes Kind brachte noch kleine Leckerbissen, Zuckerwerk und Lebensmittel mit. Die den Familien zugedachten Pakete trugen die größeren Kinder, ein Kind ging der frohen Schar mit dem Bäumchen voraus.

Freilich wurde auch Kerzenvorrat mitgenommen. Mit dem Bäumchen und den Paketen zogen wir vom Missionssaal aus in die Kirche ein. Wir stellten uns, im Altarraum auf, Herr Pastor Dietrich hielt die Ansprache, segnete uns und die Gaben!

Wir sammelten und dann zum Zug.Voran oder Herr Pastor, schritten wir der Straße zu. Der Zug löste sich auf, die Gruppen verteilten sich auf die verschiedenen Richtungen und eine jede strebte dem Ziel der zu Betreuenden zu. Festesfreude wollten wir bringen. Jenes "Süßer die Glocken nie klingen, denn zu der Weihnachtszeit" sollte in dunklen Kammern und Hinterhofwohnungen, in Keller- und Dachräumen wahr werden ... Freude wollten wir schenken. um, selbst von Freude erfüllt zu werden !

Ich gehörte als Kind der Gruppe von Frl. Busse an, bis sie alt, schwach und blind war und ins Greisenheim zu Lodz-Karolew kam. (Wir sehen hier eine Aufnahme des Greisenheims mit Frl. Busse.)

Anschließend war ich in der Gruppe von Frl. Eugenie Wieder. Erwachsen, trat ich selber dem Helferkreis bei und führte eine Gruppe, nahm wie einst als Kind an der Bescherung teil, nur jetzt als Leiterin. Viele junge Mädchen taten damals gern den Dienst als Helferin und Gruppenleiterin.

Die von meiner Gruppe betreuten Familien waren durchweg arme Leute und hatten nur sehr elende Wohnungen. Ueber alte zerfallene Treppen ging es hoch hinauf in ein kleines Kammerlein. Dann wieder tief hinunter in einen feuchten Kellerraum, wo man keine Sonne und keinen Himmel sah! Die Wohnungsnot in Lodz war immer groß und der Staat kümmerte sich um kein Elend (leider wird die beabsichtigte Aufhebung der Mieterschutzbestimmungen auch in Westdeutschland Mieterelend herbeiführen!

Ueber einen Hof schritt ich mit den Kindern in einen Stall, der nur etwas beklebt und übertüncht war, wo aber eine Witwe mit fünf Kindern hauste - es war in einer Mietskaserne ganz hinten ...

An dunklen Ecken zündeten wir die Kerzen an und gingen singend in das Stübchen ! Selten war für uns alle Platz, so daß wir nur einzeln den Raum betreten konnten, um ein Gedicht oder, einen Bibelspruch aufzusagen.

Die Alten, Kranken, Armen waren fast immer gerührt und heßen, ihren Tränen freien Lauf! Immer strahlten die Augen der Kinder der besuchten Familien. Mit großen Augen und roten Bäckchen sahen sie in den Schein doer Kerzen! Plötzlich kam eine alte Polin aus ihrem Stübchen, weinte und sagte:

"Tak Niemcy stare dbają, a Polacy na stare srają".

Als wir mit unseren Spenden allen Freude, gebracht hatten, ging ich frohen Herzens mit meinen Kindern nach Hause und in den Gottesdienst.

Bis 1939 durften wir von der Kirche aus die Armen bescheren, darun übernahm, diesen Dienst die NSV und mir fehlte diese Freude. Heute, erzähle ich es, besonders in der Vorweihnachtszeit gern meinem Sohn, der dan sagt: "Ach Mutti, erzähl mir doch etwas Schönes aus deiner Heimatstadt Lodz! "

                                                                                     Irmgard Kohlmann geb. Fischer

Brzeziny - Cmentarz ewangelicki - Der Heimatbote - 11/1962

 


                                        Cmentarz w Brzezinach

Pewna rodaczka pisze:

Kiedy znów nadchodzi Niedziela Zmarłych, myśli wędrują do starej ojczyzny. Sercem jestem przy naszych grobach w rodzinnym mieście Brzeziny i w Koluszkach. Moje ręce pragną złożyć tam wieńce, udekorować miejsca spoczynku naszych bliskich. Ale nie tylko tam, również wszędzie w Rosji, gdzie nasi drodzy bracia, ojcowie i krewni spoczywają pod cichą trawą, śpiąc w oczekiwaniu na zmartwychwstanie, chciałabym złożyć kwiaty na znak pamięci, aby wiedzieli, że nie zostali zapomniani. Ach, moje serce myśli o tym tylko we łzach.

Nasz „Heimatbote” przynosi prawdziwe wspomnienia o niezapomnianej ojczyźnie, tak wiele nowości, że zawsze czekam na niego z niecierpliwością. Kiedy go otrzymuję, zastanawiam się, co ciekawego będzie w następnym numerze? Gazeta łączy mnie z dawną, ukochaną ojczyzną.

                                                                                       Olga Wedemann, dawniej gmina Brzeziny                        


                                                           Friedhof in Brzeziny

Eine Landsmännin schreibt:

Wenn wieder Totensonntag kommt, wandern die Gedanken in die alte Heimat. Mit dem Herzen bin ich an unseren Gräbern in der Heimatstadt Brzeziny und in Koluszki. Meine Hände möchten dort Kränze niederlegen, die Ruhestätten unserer Lieben schmücken. Aber nicht nur dort, auch überall in Rußland, wo unsere lieben Brüder, Vattern und Angehörigen unterm stillen Rasen liegen, der Auferstehung entgegen schlafend, möchte ich Blumen zum Zeichen des Gedächtnisses stellen, Sie müßten wissen, daß sie nicht vergessen sind. Ach, nur in Tränen denkt mein Herz daran.

Unser "Heimatbote" bringt wirklich wahre Erinnerungen an die unvergessene Heimat, rauch viel Neues, sodaß ich ihn schon immer sehnsüchtig erwarte. Wenn ich einen bekomme, meine ich, was wird im nächsten Schönes stehen? Das Blatt verbindet mich mit der alten, geliebten Heimat.

                                                                        Olga Wedemann, früher Gemeinde Brzeziny

Kwilno - Władysławów - Łęczyca - Wygnanie złego ducha - Der Heimatbote - 3/1960

 

                                                       WYGNANIE ZŁEGO DUCHA

Wracając myślami do roku 1945, chcę opowiedzieć o wydarzeniu, które po raz kolejny pokazuje, jak wówczas Polacy w euforii i radości zwycięstwa stracili wszelką rozsądność i tylko nieliczni nie dali się porwać ogólnej euforii i szaleństwu.

Na południowym skraju powiatu łęczyckiego leżały nasze dwie wioski Kwilno i Władysławów. Należały one do parafii Ozorków, ale Ozorków znajdował się 14 km dalej, więc większość parafian nie miała możliwości uczestniczenia w niedzielnych nabożeństwach. Również konfirmanci mieli trudności z pokonywaniem tych 14 km dwa razy w tygodniu, ponieważ w okolicy nie było wygodnego autobusu ani pociągu. Dlatego w 1935 roku obie wioski postanowiły zbudować własną salę modlitewną. W każdy możliwy sposób zbierano pieniądze i wciąż żywo pamiętam, jak nasz nieżyjący już prezes Heinrich Petrich nieustannie podróżował, aby pozyskać środki i siłę roboczą. Po wielu trudnych wyrzeczeniach dom stanął, a także zatrudniono kantora. Wszystko wydawało się być w porządku – aż do wydarzeń z 1945 roku – o których chcę opowiedzieć.

Dom modlitwy pozostawał opuszczony i zniszczony, całkowicie ograbiony przez Polaków. W październiku 1945 roku postanowili oni urządzić w nim szkołę. Uszkodzenia można było naprawić tylko prowizorycznie. Najbardziej zaskoczyło mnie jednak wypędzenie złego ducha, które miało miejsce w grudniową niedzielę. To, co tam zobaczyłem, do dziś pozostaje dla mnie niezrozumiałe. Sam musiałem zawieźć tam wójta, a ktoś inny katolickiego duchownego.

W domu modlitwy, gdzie przez prawie dziesięć lat w każdą niedzielę głoszono słowo Boże, Polacy tańczyli i hałasowali. Pili tam obficie wódkę, aż padali z nóg. W tym towarzystwie swoje miejsce znalazł również katolicki duchowny, który z pozornie szczęśliwym i zadowolonym uśmiechem obserwował to zamieszanie. Tuż przed powrotem do domu ponownie podniósł ręce i wygnał złego ducha, który, jak powiedział, zagnieździł się tam wraz z ewangelikami. Potem wódka nadal płynęła, a pary kręciły się w rytm polki lub oberka. Kiedy później zapytałem kilku Polaków, czy wierzą w innego Boga niż my i dlaczego wypędzają jednego Boga, aby ponownie wprowadzić tego samego, nie znali odpowiedzi. Obudzili się z odurzenia dopiero wtedy, gdy było już za późno i komunistyczne rządy ostatecznie się umocniły.

                                                                                                                 Rudolf Petrich

                          NOWY EWANG. DOM MODLITWY  WE WŁADYSŁAWOWIE - KWILNIE

Zgodnie z doniesieniami, w niedzielę 29 grudnia 1935 r. we Władysławowie - Kwilnie koło Ozorkowa poświęcono nowy protestancki dom modlitwy.
Źródło: Die Zeit in Bild 1.5.1936


                                 AUSTREIBUNG DES BÖSEN GEISTEN

Zurückdenkend an die Zeit von 1945 will ich ein Erlebnis erzählen, das wieder einmal aufzeigt, wie damals die Polen im Rausch und Jubel des Sieges jegliche Vernunft verloren und es nur wenige gab, die sich von dem allgemeinen Rausch und Wahn nich mitreißen ließen. 

Da lagen am südlichen Rande des Kreises Lentschütz unsere beiden Dörfer Kwilno und Wladyslawów. Sie gehörten zur Kirchengemeinde Ozorkow, aber Ozorkow war 14 km entfernt, so daß es dem größten Teil der Gemeindeglieder nicht möglich war, den sonntäglichen Gottesdienst zu besuchen. Auch die Konfirmanden hatten ihre liebe Not zweimal in der Woche, diese 14 km zu. durchmessen, denn ein bequemer Omnibus oder Bahn fehlten n dieser Gegend. Darum beschlossen die beiden Dörfer 1935, sich selbst einen Betsaal zu bauen. Auf alle erdenkliche Weise wurde Geld gesammelt und mir ist noch lebhaft in Erinnerung, wie unser nun schon verewigter Vorstand Heinrich Petrich laufend unterwegs war um Mittel und Arbeitskräfte zu gewinnen. Nach vielen und harten Opfern stand das Haus und auch ein Kantor wurde bestellt Alles schien glücklich zu sein - bis zu jenen Ereignissen von 1945 - und davon will ich berichten.

In Verlassenheit und Öde lag nunmehr das Bethaus, von den Polen. total ausgeraubt: Im. Oktober 1945 beschlossen sie dann, danin eine Schule einzurichten. Nur notdürftig konnte der angerichtete Schaden behoben werden Was mich aber am meisten überraschte, war die Austreibung des bösen Geistes, die an einem Dezembersonntag stattfand. Was ich dort sah,i,st mir heute noch unverständlich. Ich selbst mußte den Wojt (Distriktsvorsteher) hinfahren ein anderer den katholischen Geistlichen. 

In dem Bethaus, wo fast zehn Jahre Sonntag für Sonntag Gottes Wort gepredigt wurde, tanzten und grölten die Polen. Sie tranken dort ausgiebig ihren Wodka, bis sie umfielen. In dieser Gesellschaft suchte auch der katholische Geistliche seinen Platz, und mit einem scheinbar glücklichen und zufriedenen lächeln sah er dem Treiben zu. Kurz vor seiner Heimfahrt hob er noch einmal die Hände und trieb den bösen Geist der wie er sagte, sich mit den Evangelischen dort eingenistet habe, aus. Danach floß weiter der Wodka, und die Pärchen, drehten sich im Takte einer Polka oder Oberek. Als ich später mal einige Polen fragte, ob sie an einen anderen Gott glaubten als wir, und warum sie einen Gott austreiben, um denselben wieder einzusetzen, wüßten sie keine Antwort. Sie erwachten erst aus ihrem Rausch, als es zu spät war und die kommunistische Herrschaft sich endgültig befestigt natte. 

                                                                                                                   Rudolf Petrich


poniedziałek, 19 stycznia 2026

Karolew - Łódź - Cmentarz ewangelicki - Kantorat - Der Heimatbote - 11/1959

 

                                   Walczący o niemieckość w kantoracie Karolew

2 listopada Leopold Bender, mieszkaniec przedmieścia Karolew pod Łodzią, obchodzi swoje 80. urodziny. W ojczyźnie pierwszym zadaniem Bendera, poza opieką nad rodziną, było umacnianie niemieckiego charakteru jego rodzinnej miejscowości. Zaraz po zakończeniu pierwszej wojny światowej, kiedy Polacy próbowali przejąć niemiecką szkołę, budynek kantora ewangelickiego i cmentarz ewangelicki, podjął walkę o ich zachowanie.

Głównie dzięki niemu niemiecka szkoła podstawowa przetrwała do 1932 roku na poziomie gminnym, a następnie do 1937 roku jako prywatna szkoła niemiecka. Cmentarz ewangelicki oraz kantorat udało się utrzymać aż do wysiedlenia. Po wprowadzeniu powszechnego obowiązku szkolnego w Polsce przez wiele lat był ławnikiem w sądzie miejskim ds. szkolnych. Kantorat Karolew był do 1931 r. przypisany do ewangelicko-luterańskiej gminy w Konstantynowie. Chociaż przedmieście Karolew zostało włączone do miasta Łodzi już w 1908 r., wszystkie czynności kościelne musiały być wykonywane w Konstantynowie. Również w tym przypadku jego zdecydowana interwencja podczas zebrania gminnego, które odbyło się pod przewodnictwem zmarłego generalnego superintendenta Jul. Bursche, doprowadziła do rozwiązania kantoratu Karolew w Konstantynowie w dniu reformacji w 1931 r. i przyłączenia go do parafii św. Jana. W ten sposób mieszkańcy tych dzielnic uzyskali znaczne ułatwienia w zakresie opieki duszpasterskiej. B. był następnie przez wiele lat skarbnikiem, a do końca życia członkiem kantora Karolewa. W ten sposób mieszkańcy tych dzielnic uzyskali znaczne ułatwienia w zakresie opieki kościelnej.

B. był następnie przez wiele lat skarbnikiem, a do końca członkiem kantoratu Karolew. Jednocześnie był współzałożycielem męskiego chóru „ZDROWIE” oraz mieszanego chóru „EINHEIT”. Do tego ostatniego należał jako aktywny śpiewak i honorowy przewodniczący aż do momentu wysiedlenia. Jako członek komitetu budowlanego domu spokojnej starości parafii św. Jana w Łodzi oraz członek zarządu tej instytucji nieustannie dbał o jej rozwój i ułatwianie życia pensjonariuszom. Nawet po upadku w 1945 r., kiedy to mieszkańcy domu spokojnej starości zostali wyrzuceni na ulicę, a on sam stracił wszystko, wraz z żoną nadal opiekował się osobami starszymi i gościł niektóre z nich w swoim skromnym mieszkaniu. Również nowo wybudowane w latach 1923-1925 murowane ogrodzenie cmentarza w Karolewie z potężną bramą i pięknymi drzwiami wejściowymi, zwieńczonymi napisem „Memento Mori”, są dowodem na to, że zależało mu na stworzeniu godnego miejsca spoczynku dla zmarłych współobywateli.

Tak skromny, jak Bender był w swojej starej ojczyźnie, pozostał do dziś. Obecnie mieszka w Bergischen, w idyllicznie położonym miasteczku Hückeswagen Markbergstraße 2-4, na którego cmentarzu od 1948 roku spoczywa również jego żona Lina, z domu Müller. Z okazji jego uroczystości przyjaciele i znajomi ze starej ojczyzny życzą mu spokojnej i szczęśliwej starości oraz Bożego błogosławieństwa na jego, miejmy nadzieję, jeszcze długiej drodze życiowej.


                                      Ein Deutschtumskämpter im Kantorat Karolew

Am 2. November begeht der im Vororte Karolew bei Lodz wohnhaft gewesene Hausbesitzer Leopold Bender seinen 80. Geburtstag. - In der Heimat galt Benders erste Aufgabe, außer seiner Familie, der Festigung des deutschen Wesens seines Heimatortes. Gleich nach Beendigung des ersten Weltkrieges, als die Polen versuchten, die deutsche Schule, sowie das ev. Kantoratsgebäude und den evang. Friedhof in ihren Besitz zu bringen, nahm er den Kampf um deren Erhaltung auf.

Hauptsächlich ihm ist es zu verdanken, daß die deutsche Volksschule bis 1932 auf kommunaler Ebene, sodann bis 1937 als private deutsche Schule erhalten blieb. Der evang. Friedhof sowie das Kantorat konnten. bis zur Vertreibung behauptet werden. Nach Einführung der allgemeinen Schulpflicht in Polen war er jahrelang Schöffe beim Stadtgericht für Schulfragen. Das Kantorat Karolew war bis 1931 der ev.-luth. Gemeinde in Konstantynow angeschlossen. Obwohl der Vorort Karolew schon 1908 der Stadt Lodz einverleibt wurde, mußten alle kirchlichen Handlungen in Konstantynow vollzogen werden. Auch hier war es seinem zielbewußten Einschreiten gelungen, auf einer Gemeindeversammlung, die unter der Leitung des verst. Generalsuperintendenten Jul. Bursche stand, am Reformationstage des Jahres 1931 das Kantorat Karolew von Konstantynow zu lösen und der St. Johannisgemeinde anzugliedern. Die Vororte Bruss und Zdrowie, welche auch Teile des Kantorats bildeten wurden der St. Trinitatiskirche zugesprochen. Alt-Karolew sowie ein Teil von Rokicie wurden St. Matthäi einverleibt. Somit wurde auf dem Gebiet der kirchlichen Betreuung den Bewohnern dieser Ortsteile weitgehendste Erleichterung geschaffen.

B. war sodann viele Jahre Kassierer und bis zuletzt Vorstadsmitglied des Kantorats Karolew. Gleichzeitig war er Mitgründer des Männergesangvereins "ZDROWIE" sowie des gemischten Gesangvereins "EINHEIT". Dem letzteren gehörte er bis zur Vertreibung als aktiver Sänger sowie Ehrenvorsitzender an. Als Mitglied des Baukomitees des Greisenheims der St. Johannisgemeinde in Lodz sowie Verwaltungsmitglied dasselben war er ständig bemüht, dasselbe in seinem Aufbau zu fördern und den Insassen ihren Lebensabend zu erleichtern. Selbst nach dem Zusammenbruch 1945, als die Insassen des Greisenheims auf die Straße gesetzt wurden. und er selbst alles verloren hatte, nahm er sich mit seiner Ehefrau noch der Greise an und beherbergte einige davon in seiner mehr als notdürftigen Unterkunft. Auch die in den Jahren 1923-1925 neuerrichtete gemauerte Friedhofsumzäunung des Karolewer Friedhofs mit dem wuchtigen Tore und den belden EIngangspforten, die die Worte "Memento Mori" krönen, sind ein Beweis dafür, daß er darauf bedacht war, den verstorbenen. Mitbürgern eine würdige Ruhestatt zu schaffen. 

So bescheiden wie Bender in der alten Heimat war, ist er bis zum heutigen Tage, geblieben. Seinen ständigen Wohnsitz hat er jetzt im Bergischen,in dem idyllisch gelegenen Städtchen Hückeswagen Markbergstraße 2-4 gefunden, auf dessen Friedhof auch seine Gattin Lina, geb. Müller, seit 1948 ruht. Zu seinem Ehrentage wünschen ihm seine Freunde und Bekannten aus der alten Heimat einen ruhigen und glücklichen lebensabend und Gottes reichen Segen auf seinem, hoffentlich noch recht langem Lebenswege.


Otto Eisenbraun - Wspomnienie - Łódź - Fabryka - Der Heimatbote - 8/1959

 


                                                         Łódzki przemysłowiec

Jak już informowaliśmy, 3 czerwca 1959 r. w San Paulo (Brazylia) zmarł znany łódzki przemysłowiec Otto Eisenbraun.  4 czerwca łódzka kolonia w San Paulo pożegnała go ostatnią drogą.

Zmarły urodził się 1 października 1886 r. jako syn przemysłowca Cezara Eisenbrauna i Emmy z domu Kindermann. Był dwukrotnie żonaty: pierwsze małżeństwo z Luzie z domu Schweikert trwało 42 lata, drugie z Mirą z domu von Scheibler – 4 lata. W głębokim smutku pozostawia swoją drugą żonę, synów z pierwszego małżeństwa, dr. Gerta i Roberta Eisenbraunów, dwie synowe i pięcioro wnucząt, którzy wszyscy mieszkają w Brazylii, a także swoją siostrę Emmę Steigert mieszkającą w Szwajcarii oraz wielu krewnych i znajomych.

Pan Otto Eisenbraun był w swoim rodzinnym mieście powszechnie szanowaną i zasłużoną osobistością w kręgach przemysłowych, biznesowych i towarzyskich. Był kierownikiem technicznym i dyrektorem administracyjnym firmy „Baumwoll-Manufaktur F. Eisenbraun A-G”, członkiem zarządu firmy „Wollmanufaktur und Gummiwerke von F. W. Schweikert A-G”, członkiem Towarzystwa Tramwajów Elektrycznych w Łodzi oraz członkiem komisji rewizyjnych lub rad nadzorczych innych spółek akcyjnych. Był również komendantem Ochotniczej Straży Pożarnej w Łodzi, kuratorem „Szpitala Dziecięcego im. Anny Marii”, członkiem rady kościoła ewangelicko-luterańskiego św. Jana, przewodniczącym jej stowarzyszenia młodzieżowego, członkiem łódzkiej gildii tkaczy, łódzkiego chrześcijańskiego stowarzyszenia charytatywnego, stowarzyszenia misji wewnętrznej oraz innych stowarzyszeń i instytucji kulturalnych, społecznych i kościelnych. Dzięki swojemu wszechstronnemu zaangażowaniu na rzecz dobra ogółu zasłużył się w dziedzinie przemysłu, opieki społecznej i kościoła w Łodzi, za co Rzeczpospolita Polska przyznała mu nawet Złoty Krzyż Zasługi! Styczniowe dni 1945 roku wyprowadziły go jednak z ojczyzny, najpierw do Austrii, potem do Bawarii, a w końcu, po śmierci jego pierwszej żony, do Brazylii.

Wraz z odejściem tego człowieka, który odcisnął swoje piętno w odległej Ameryce Południowej, odszedł kolejny ŁODZIANIN o czystym charakterze i szlachetnych zamiarach, który wiele dobrego uczynił w imię chrześcijańskiej miłości bliźniego i zawsze miał otwartą rękę dla potrzebujących. Wszyscy jego byli współpracownicy, pracownicy i robotnicy z głębokim smutkiem przyjmą wiadomość o jego śmierci, ponieważ był dla nich sprawiedliwym, przyjaznym szefem i wzorowym przełożonym. Będą go opłakiwać również ci, którzy doświadczyli od niego dobra. Pozostanie więc w sercach niezapomniany, a wraz z tym nekrologiem niech zostanie mu złożony wieniec miłości i wdzięczności i złożony w duchu w miejscu jego spoczynku. Chwała jego pamięci!

                                                                                                                                    Th. N

Źródło: Przegląd od AI

Otto Eisenbraun nie był postacią historyczną związaną z fabrykami, lecz nazwisko Eisenbraun (Fryderyk Eisenbraun i jego potomkowie) jest kluczowe dla historii przemysłu włókienniczego w Łodzi, gdzie założyli i prowadzili duże Manufaktury Bawełniane (np. przy ulicy Kilińskiego 228) oraz tkalnie (pierwotnie przy ul. Zachodniej i Piotrkowskiej), zatrudniając setki osób i będąc ważnym elementem łódzkiej przemysłowej historii, zwłaszcza w kontekście budowy nowoczesnych fabryk i willi przędzalniczych. 

                                                     Lodzer Großindustrieller

Wie wir bereits meldeten, verschied, am 3. Juni 1959 in Sao Paulo (Brasilien) der weitbekannte Lodzer Großindustrielle Otto E i s e n b r a u n.  Am 4. 6.gab ihm die Lodzer Kolonie von Sao Paulo das letzte Geleit. .

Der Heimgegangene wurde als Sohn des Großindustriellen Cäsar Eisenbraun und -Emma geb. Kindermann am 1. 10. 1886 geboren. Er war zweimal verheiratet: in erster Ehe 42 Jahre lang mit Luzie geb. Schweikert, in zweiter Ehe 4 Jahre lang mit Mira geb. v. Scheibler. In tiefem Schmerz hinterläßt er seine zweite Gattin, die Söhne aus 1. Ehe, Dr. Gert und Robert Eisenbraun, zwei Schwiegertöchter und 5 Enkelkinder, die sämtlich in Brasilien weilen, ferner seine in der Schweiz lebende Schwester Emma Steigert, viele Verwandte und Bekannte.

Herr Otto Eisenbraun war in seiner Heimatstadt in Industrie-Geschäfts- und Gesellschaftskreisen eine allgemein geschätzte und hochverdiente Persönlichkeit. Er war techno Betriebsleiter und Verwaltungsdirektor der Fa. "Baumwoll-Manufaktur F. Eisenbraun A-G", Verwaltungsmitglied der Firma "Wollmanufaktur und Gummiwerke von F. W. Schweikert A-G", Glied der Gesellschaft der Lodzer elektr. Straßenbahn 'und Mitglied von Revisionskommissionen oder Aufsichtsräten ander. Aktiengesellschaften. Er war ferner Kommandant der Lodzer Freiwilligen Feuerwehr, Kurator des "Anne-Marie-Kinderkrankenhauses", Kirchenvorsteher der ev.-Iuth. St. Johannisgemeinde, Vorstand ihres Jünglings-Vereins, Mitglied der Lodzer Webmeister-Innung, des Lodzer Christlichen Wohltätigkeitsvereins, des Vereins für Innere Mission und sonstiger kultureller, sozialer und kirchlicher Vereine und Institutionen. Mit seinem vielseitigen Einsatz für das allgemeine Wohl nat er sich auf dem Gebiete der Industrie, des Sozialwesens und der Kirche in Lodz höchste Verdienste erworben, für die ihm die Republik Polen sogar das goldene Verdienstkreuz verlieh! Die Januartage von 1945 führten freilich auch ihn aus der Heimat heraus, zunächst nach Österreich, dann nach Bayern, schließlich, als seine erste Frau gestorben war, nach Brasilien.

Mit dem im fernen Südamerika Verewigten, ist wieder ein Lodzer von lauterem Charakter und edler Gesinnung dahingegangen, einer, der in christlicher Nächstenliebe viel Gutes getan und bei Not immer eine offene Hand gehabt hat. Tieferschüttert werden alle seine ehemaligen Mitarbeiter, Angestellten und Arbeiter die Todeskunde lesen, denn er war ihnen ein gerechter, freundlicher Chef und vorbildlicher Vorgesetzter gewesen. Es werden auch um ihn trauern, die von ihm Gutes erfahren haben. Er bleibt somit im Herzen unvergessen, und mit diesem Nachruf sei ihm noch in Liebe und Dankbarkeit ein Kranz gewunden und im Geiste an seiner Ruhestätte niedergelegt. Ehre seinem Andenken! 

                                                                                                                                    Th. N

Quelle: Überblick von AI

Otto Eisenbraun war keine historische Persönlichkeit, die mit Fabriken in Verbindung stand, aber der Name Eisenbraun (Fryderyk Eisenbraun und seine Nachkommen) ist von entscheidender Bedeutung für die Geschichte der Textilindustrie in Łódź, wo sie große Baumwollmanufakturen (z. B. in der Kilińskiego-Straße 228) und Webereien (ursprünglich in der Zachodnia- und Piotrkowska-Straße) gründeten und betrieben, die Hunderte von Menschen beschäftigten und ein wichtiger Bestandteil der Industriegeschichte von Łódź waren, insbesondere im Zusammenhang mit dem Bau moderner Fabriken und Spinnereien.

Zelów - Fabryka J. Jersaka - Kradzież - Der Heimatbote - 4/1958

 

Działo się w fabryce Jersaka......

                                                        Skandal w Zelowie

Zelów to małe miasteczko w powiecie łaskim koło Łodzi, które obecnie liczy 7500 mieszkańców. W 1936 roku zbudowano tu kościół ewangelicki im. Gustawa Adolfa i do dziś w miejscowości pozostało kilku ewangelickich Niemców, którymi opiekuje się duszpastersko pastor Gryniakow z Piotrkowa. Miejscowość ta jest dziś, podobnie jak dawniej, dość odległa: 20 km do stacji kolejowej, 17 km do powiatu Łask. Ale Zelów ma swoje znaczenie: znajduje się tu duża fabryka bawełny, która zatrudnia 2000 osób. Praktycznie całe miasto żyje z fabryki bawełny; jedni są w niej zatrudnieni, inni tkają w domu przędzę, częściowo skradzioną z fabryki. W Zelowie jest 400 prywatnych krosien, które formalnie działają pod szyldem dwóch istniejących tu spółdzielni. Ponadto są tacy „specjaliści”, którzy pracują w zakładzie, ale poprawiają swoje zarobki, naprawiając prywatne krosna i wykorzystując do tego części zamienne potajemnie wyniesione z fabryki. Kradzież mienia społecznego jest powszechną praktyką w całej Polsce!

Jednak kradzieże w fabryce bawełny w Zelowie wykraczały daleko poza zwykłą skalę – prawie całe kierownictwo tego przedsiębiorstwa kradło, fałszowało i przywłaszczało sobie to, co powinno być „własnością ludową”. Największy przypadek korupcji miał miejsce, gdy wyszło na jaw, jak wszyscy oni „ręka w rękę” współpracowali: zastępca dyrektora Lorenc, poprzedni dyrektor zakładu Piekielny. potężny finansista Kapuściński, kierownik działu produkcji Pełka, główny księgowy Telazka, kierownik działu płac Chęciński, inspektor pracy Krakowski i sześciu innych panów z administracji – cały personel 2000-osobowej fabryki bawełny w Zelowie! Fałszowali listy płac, wystawiali faktury za prace, które w ogóle nie zostały wykonane, ale pieniądze były pobierane, podawali nieprawdziwe wyniki produkcji, to znaczy rok po roku dodawali produkcję z początku nowego roku do produkcji z poprzedniego roku i w ten sprytny sposób zawsze realizowali, a nawet przekraczali plan na miniony rok. Nie da się już ustalić, ile surowców i artykułów technicznych zostało wyprowadzonych z fabryki, ponieważ listy i rejestry były prowadzone w chaotyczny sposób! Szacuje się, że w ciągu zaledwie pół roku zniknęło około 30 000 kg przędzy (o wartości około 3 mln złotych) i około 600 000 Zł. Wynagrodzenia zostały sprzeniewierzone lub wypłacone w sposób nie do końca legalny.

W związku z tym dyrektorzy znaleźli się na ławie oskarżonych, a gazeta napisała, że ci byli robotnicy „tylko dzięki zmianom społecznym, które zaszły w naszym państwie od czasu wyzwolenia, otrzymali swoje wysokie stanowiska. Ludzie, którzy dorobili się pozycji dzięki państwu ludowemu, zawiedli państwo i zawiedli zaufanie podległych im pracowników”.

Proces przeciwko dyrektorom był przez wiele tygodni tematem rozmów w Zelowie, a nawet w Łodzi. Wyroki były surowe: łącznie 97,5 roku więzienia dla 13 z 15 oskarżonych. Sam dyrektor, jego zastępca, kierownik działu finansowego, kierownik działu produkcji i główny księgowy otrzymali po 13 do 10 lat.

Od tej pory w przedsiębiorstwach uspołecznionych mają być przeprowadzane bardziej rygorystyczne kontrole; w Zelowie w ostatnich latach również odbywały się rutynowe kontrole, ale zawsze przebiegały one „z pełnym zadowoleniem” ...


                                           Der Skandal von Zelow

Zelow ist ein kleines Städtchen im Kreise Lask bei Lodz, das heute 7500 Einwohner zählt. 1936 wurde hier für die Evangelischen die Gustav-Adolf-Kirche gebaut und noch heute sind einige evangelische Deutsche im Ort verblieben, die seelsorgerisch von Pastor Gryniakow-Petrikau betreut werden. Der Ort ist heute wie früher recht abgelegen: 20 km zum Bahnhof, 17 km zur Kreisstadt Lask. Aber Zelow hat seine Bedeutung: hier besteht eine große Baumwollfabrik, die 2000 Menschen beschäftigt. Praktisch lebt die ganze Stadt von der Baumwollfabrik; die einen sind darin beschäftigt, die anderen verweben zu Hause das zum Teil in der Fabrik gestohlene Garn. Es gibt 400 private Webstühle in Zelow, die formell freilich unter dem Firmenschild zweier hier bestehender Genossenschaften arbeiten. Außerdem gibt es solche "Fachleute", die im Betrieb tätig sind, ihre Löhne aber dadurch verbessern, daß sie private Webstühle reparieren und dabei die aus der Fabrik still herausgetragenen Ersatzteile verwenden. Diebstahl am vergesellschafteten Eigentum ist in ganz Polen gang und gäbe!

Aber das Stehlen in der Zelower Baumwollfabrik ging weit über das übliche Maß hinaus - indem nämlich fast die gesamte Direktion dieses Unternehmens selbst stahl, fälschte, sich aneignete, was doch "Volkseigentum" sein sollte. Der größte Korruptionsfall war fällig, als ans Tageslicht kam, wie sie alle "Hand in Hand" gearbeitet hatten: der stellvertretende Direktor Lorenc, der vorherige Betriebsdirektor Piekielny. der Finanzgewaltige Kapuscinski, der Leiter der Produktionsabteilung Pelka, ·der Hauptbuchhalter Telazka. der Leiter der Lohnabteilung Checinski, der Arbeitsinspektor Krakowski und sechs weitere Herren von der Verwaltung - der ganze Stab des 2000 Mann-Baumwollbetriebes in Zelow! Sie hatten Lohnlisten gefälscht, Rechnungen für Arbeiten ausgestellt, die gar nicht ausgeführt worden waren, aber die Gelder kassiert Produktionsergebnisse falsch angegeben, das heißt Jahr für Jahr die Produktion vom Anfang des neuen Jahres zur Produktion des abgelaufenen Jahres hinzugerechnet und auf diese kluge Weise den Plan für das abgelaufene Jahr immer erfüllt und sogar übererfüllt. Was nun an Rohstoffen und technischen Hilfsartikeln aus der Fabrik beiseitegeschafft worden ist läßt sich schon gar nicht mehr feststellen - denn die Listen und Verzeichnisse wurden in einer chaotischen Weise geführt! Man schätzt, daß allein im Zeitraum eines halben Jahres etwa 30000 kg Garn verschwunden sind (ca. 3 Mill. Zloty wert) und etwa 600 000 ZI. Lohngelder veruntreut bzw. nicht ganz legal ausgezahlt wurden.

Dafür saßen die Direktoren auf der Anklagebank und die Zeitung schrieb dazu, daß diese vormaligen Arbeiter, "nur durch die sozialen Veränderungen, die seit der Befreiung in unserem Staat erfolgten, ihre hohen Posten bekamen. Leute, die durch den Volksstaat emporgekommen sind - enttäuschten den Staat enttäuschten das Vertrauen der ihnen unterstellten Arbeiter".

Der Prozeß gegen die Direktorengemeinschaft war wochenlang das Tagesgespräch in Zelow und sogar in Lodz. Harte Strafen wurden ausgesprochen: insgesamt 97,5 Jahre Gefängnis für 13 der 15 Angeklagten. Allein der Direktor, sein Stellvertreter, der Finanzabteilungsleiter, der Produktionsabteilungsleiter und der Hauptbuchhalter erhielten je 13 bis 10 Jahre.

In den vergesellschafteten Betrieben soll von nun an schärfer kontrolliert werden; es hatten auch in Zelow in den vergangenen Jahren routinemäßige Kontrollen stattgefunden, aber die waren stets "zur vollen Zufriedenheit" verlaufen ...

niedziela, 18 stycznia 2026

Niemieckie osadnictwo - Tajna szkoła - Chojny - Łódź - ul. Rysia 36 - Der Heimatbote - 9/1956 - cz.2

 


     Nauczyciel Krause z dziećmi. Przesłane przez E. Petliczek. Obróbka zdjęcia w wykonaniu Natalki!

     Lehrer Krause mit Kindern Übersandt von E. Petliczek. Foto bearbeitet von Natalka!


Działalność szkoły w Chojnach nie mogła pozostać tajemnicą przez cały czas. Dzieci – około 40 – uczęszczały przecież regularnie do szkoły. Na podwórzu przy ulicy Rysia 36 panowała oczywiście ożywiona atmosfera. Nie wahaliśmy się również organizować prawdziwych uroczystości szkolnych. Dzieci wielokrotnie wyruszały w zamkniętym pochodzie, wyposażone w kolorowe chorągiewki i lampiony, do Weißes Wäldchen (Białego lasku) na Chojnach.

Aż w końcu ta powstała z konieczności i prowadzona z tak wielką miłością i poświęceniem szkoła musiała zostać zamknięta po trzech latach działalności w wyniku brutalnej interwencji władz państwowych: pod koniec czerwca 1936 roku, czyli dokładnie 20 lat temu, w lokalu pojawił się funkcjonariusz policji kryminalnej, spisał nauczyciela i wszystkie dzieci i zakazał dalszego prowadzenia zajęć. Natychmiast potem policja sporządziła protokół, w którym jako inicjatora i odpowiedzialnego za prowadzenie tajnej szkoły wymieniono niżej podpisanego. Jednak nigdy nie doszło do procesu. Władze bały się go. Byłoby dla nich krępujące, gdyby w trakcie procesu wyszło na jaw, do jakich środków musiała uciekać się mniejszość niemiecka, aby zapewnić swoim dzieciom niemieckie nauczanie szkolne.

Dzieci, które w ten sposób nagle pozostały bez nauki szkolnej, mogły zostać umieszczone w szkole powszechnej przy LDG. Niezbędne środki finansowe zostały wdzięcznie zapewnione przez Łódzkie Niemieckie Stowarzyszenie Szkolne i Edukacyjne, na czele którego stał ówczesny przewodniczący, redaktor Horst Markgraf.

Na koniec należy jeszcze wspomnieć o właścicielu domu w Chojnach, w którym znajdował się lokal służący szkole jako schronienie: Alfredzie Seidelu. Dla niego zorganizowanie tajnych lekcji w swoim domu było szczególnym ryzykiem. Seidel zapłacił za swoją ofiarność dla sprawy niemieckiej tym, że we wrześniu 1939 roku jego dom był jednym z pierwszych w Chojnach, które zostały zniszczone.

W ten sposób po 20 latach wspominamy wydarzenie, które wprawdzie pozostało pojedynczym przypadkiem, ale jest charakterystyczne dla naszej ówczesnej sytuacji w Polsce. Świadczy ono o silnej woli Niemców w Polsce, by nie poddawać się, a także o gotowości do największych poświęceń dla zachowania języka niemieckiego i kultury niemieckiej. Rodzicom, którzy mieli wówczas odwagę sprzeciwić się wysyłaniu swoich dzieci do polskiej szkoły w tak trudnych okolicznościach, oraz wszystkim, którzy przyczynili się do sukcesu walki obronnej, należy się dziś podziękowanie i uznanie.

                                                                                                        Otto Heike



Der Schulbetrieb in Chojny konnte für die Dauer nicht geheim bleiben. Kamen doch dde Kinder - etwa 40 an der Zahl - regelmäßiger Schule. Auf dem Hofe Rysiastraße 36 ging es natürlich lebhaft zu. Ja, wir scheuten auch nicht davor zurück, regelrechte Schulfeste zu veranstalten. In geschlossenem Zuge zogen die Kinder wiederholt mit bunten Fähnchen und Lampions ausgerüstet nach Weißes Wäldchen in Chojny. 

Bis dann dieser aus der Not der Zeit entstandene und mit so viel Liebe und Aufopferung geführte Schulbetrieb nach dreijährigem Bestehen durch gewaltsamen Eingriff der staatlichen Obrigkeit eingestellt werden mußte: ende Juni 1936, also vor genau 20 Jahren, erschien im Lokal ein Kriminalbeamter, schrieb den Lehrer und alle Kinder auf und verbot jeglichen weiteren Unterricht. Gleich darauf wurde der Unterzeichnete als der Initiator und verantwortliche Träger der geheimen Schule von der Polizei zu Protokoll aufgenommen. Zu einem Prozeß ist es aber nie gekommen. Die Behörden scheuten ihn. Es wäre für sie peinlich gewesen, wenn im Verlauf des Prozesses bekannt geworden wäre, zu welchen Mitteln die deutsche Minderheit greifen mußte, um ihren Kindern deutschen Schulunterricht zu sichern.

Die auf diese Weise plötzlich ohne Schulunterricht gebliebenen Kinder konnten dann sämtlich in die Vollksschule beim LDG untergebracht werden. Die hierfür erforderlichen finanziellen Mittel wurden in dankenswerter Weise vom Lodzer Deutschen Schul- und Bildungsverein mit seinem damaligen Vorsitzenden, Schriftleiter Horst Markgraf, an der Spitze aufgebracht.

Zuletzt sei noch der Besitzer des Hauses in Chojny genannt, in welchem sich das Lokal befand, das der Schule als Unterschlupf diente: Alfred Seidel. Für ihn war es ein besonderes Wagnis, den geheimen Schulunterricht in seinem Hause abhalten zu lassen. Seine Opferbereitschaft für die deutsche Sache mußte Seidel dadurch bezahlen, daß sein Haus in den Septembertagen 1939 als eines der ersten in Chojny demoliert wurde.

So erinnern wir uns jetzt nach 20 Jahren eines Geschehnisses. das zwar ein Einzelfall blieb. aber für unsere damalige Lage in Polen charakteristisch ist. Es zeugt von dem festen Willen der Deutschen in Polen, sich nicht unterkriegen zu lassen, wie auch von der Bereitschaft zum größten Opfer für die Erhaltung der deutschen Sprache und Kultur. Den Eltern, die damals den Mut hatten, sich unter so schwierigen Umständen der Einweisung ihrer Kinder in die polnische Schule zu widersetzen, und alle denen, die zum Erfolg des Abwehrkampfes beigetragen haben, sei noch heute Dank und Anerkennung ausgesprochen.

                                                                                                        Otto Heike

Niemieckie osadnictwo - Tajna szkoła - Chojny - Łódź - ul. Rysia 36 - Der Heimatbote - 8/1956 - cz.2

 

                                               Kiedy istniała tajna niemiecka szkoła

Całkowicie niezauważone przez opinię publiczną, 20 lat temu, pod koniec czerwca 1936 r., na przedmieściach Łodzi, w Chojnach, miało miejsce wydarzenie charakterystyczne dla ówczesnej sytuacji mniejszości niemieckiej w Polsce: zamknięcie przez policję tajnej niemieckiej szkoły.

W Chojnach, które należały do powiatu łódzkiego, w pierwszych latach po 1918 r. osiedliło się wielu niemieckich robotników fabrycznych z Łodzi. Większość z nich zbudowała sobie własne domki. Dla polskich władz nie było małym zaskoczeniem, gdy w wyborach gminnych 19 czerwca 1927 r. na listę niemiecką oddano 25 procent wszystkich głosów.

W Chojnach nie było jednak niemieckiej szkoły. Ponieważ w sąsiedniej Łodzi, przy ulicy Rzgowskiej 62, istniała 7-klasowa szkoła podstawowa z językiem niemieckim jako językiem wykładowym (dyrektor H. Thiem), a nieco dalej, przy ulicy Nowo-Zarzewskiej 62, podobna szkoła (dyrektor Koßmann), niemieccy rodzice z Chojn starali się umieścić swoje dzieci w tych szkołach. Zgłoszenia nie zostały jednak przyjęte przez miejską komisję ds. nauczania (Komisja Powszechnego Nauczania), ponieważ Chojny należały do powiatu.

Naszym celem było zatem pokonanie tych trudności. Ileż przeszkód trzeba było pokonać, aby osiągnąć ten cel! Najpierw należało uzyskać zgodę państwowych inspektorów szkolnych miasta Łodzi i powiatu łódzkiego (Zawadzki). W tamtych czasach, czyli w latach 1927/28, nadal można było coś osiągnąć dla mniejszości niemieckiej. Wkrótce udało się uzyskać zgodę obu inspektorów. Również dzięki pomocy zastępcy przewodniczącego rady miejskiej Reinholda Klima, który sam był nauczycielem, udało się uzyskać zgodę władz miejskich Łodzi, które musiały pokrywać koszty administracyjne związane z nauczaniem dzieci z obcej gminy. W ten sposób od 1928 roku niemieckie dzieci z Chojny były bez trudności przyjmowane do państwowych szkół niemieckich w Łodzi.

Jednak Niemcy z Chojn tylko przez cztery lata korzystali z tego przywileju. Gdy po 1930 r. polityka polskiego rządu wobec niemieckiego systemu szkolnictwa stawała się coraz bardziej ostra, od 1932 r. przywilej ten został zniesiony. Odmówiono jednak utworzenia niemieckiej szkoły w Chojnach. Istniało teraz niebezpieczeństwo, że dzieci zostaną przymusowo skierowane do polskiej szkoły w Chojnach. Niebezpieczeństwo to zostało przezwyciężone poprzez fikcyjne zgłoszenie dzieci do policji jako dzieci zastępcze w niemieckich rodzinach w Łodzi. „Rodzice zastępczy” zapisywali następnie dzieci do niemieckiej szkoły. Organizatorem tej akcji była Niemiecka Socjalistyczna Partia Pracy Polski, która również wyszukiwała „rodziców zastępczych” w Łodzi. Jednak władze szkolne szybko zorientowały się w tej sztuczce; zwróciły uwagę na nagły wzrost liczby niemieckich „dzieci zastępczych” w południowej części miasta.

W 1933 r. nie tylko odrzucono znaczną część „dzieci zastępczych”, ale także część z poprzedniego roku została usunięta z niemieckich szkół w Łodzi.

Nasza decyzja, aby nie posyłać niemieckich dzieci do polskiej szkoły wbrew woli rodziców, pozostała jednak niezmienna! Aby spełnić formalny wymóg obowiązku szkolnego, zgłoszono władzom szkolnym, że dzieci uczą się w domu, co wymagało przedłożenia zaświadczenia od nauczyciela domowego. „Nauczycieli domowych” znaleziono głównie wśród absolwentów łódzkiego niemieckiego gimnazjum, którzy z reguły chętnie się do tego zgłaszali. W rzeczywistości dla dzieci zorganizowano prawdziwą naukę szkolną w siedzibie Niemieckiej Socjalistycznej Partii Pracy Polski przy ulicy Rysia 36 w Chojnach, oczywiście bez wiedzy władz. Zatrudniono niemieckiego nauczyciela Josefa Krause, zwolnionego ze służby przez Polaków, którego później zastąpił nauczyciel Gläser. Zajęcia odbywały się wprawdzie w prymitywnych warunkach, ale dzieci i rodzice cieszyli się, że zostali uwolnieni od przymusu polskiej szkoły.

Dużym zmartwieniem była kwestia finansowa, ponieważ od stycznia 1933 r. odcięto nam wszelkie źródła pomocy. W tej trudnej sytuacji nasza prośba spotkała się z pozytywną reakcją pastora Adolfa Löfflera z parafii św. Mateusza w Łodzi, który co miesiąc przekazywał nam pewną kwotę na wynagrodzenie nauczyciela. Część wynagrodzenia nauczyciela pokrywali sami rodzice, wpłacając niewielkie kwoty.

Kolejną bardzo dużą pomoc otrzymaliśmy od łódzkiego niemieckiego gimnazjum, a konkretnie od stowarzyszenia gimnazjalnego, na czele którego stał Arthur Thiele. Po pierwszym lub drugim roku szkolnym dzieci musiały zostać objęte regularną nauką szkolną, aby nie pozostawały w tyle w ogólnym rozwoju. Po dwóch latach nauki były już na tyle przygotowane, że mogły samodzielnie pokonywać długą drogę do szkoły w mieście. Dla nas w grę wchodziła tylko prywatna szkoła podstawowa przy LDG. Jednak biedni niemieccy robotnicy w Chojnach nie byli w stanie pokryć wysokich opłat szkolnych, które były tu pobierane. Stowarzyszenie Gimnazjalne hojnie zgodziło się przyjąć dzieci z tajnej szkoły w Chojnach po drugim roku nauki, znosząc pobieranie standardowych opłat szkolnych. Rodzice z Chojnów płacili tylko tyle, ile mogli. Najczęściej było to od 5 do 10 złotych miesięcznie. Jakże dumne były te dzieci robotników, kiedy mogły chodzić do „niemieckiego gimnazjum”!

                                                             (ciąg dalszy nastąpi)


                               Nauczyciel Krause z dziećmi Przesłane przez E. Petliczek

                                 Lehrer Krause mit Kindern Übersandt von E. Petliczek

                                          

                                             Als es eine geheime deutsche Schule gab

Von der Öffentlichkeit völlig unbeachtet trug sich vor 20 Jahren, und zwar Ende Juni 1936, in dem Lodzer Vorort Chojny ein für die damalige Lage der deutschen Volksgruppe in Polen bezeichnendes Vorkommnis zu: die Schließung einer geheimen deutschen Schule durch die Polizei.

In Chojny, das zum Landkreis Lodz gehörte, waren in den ersten Jahren nach 1918 zahlreiche deutsche Fabrikarbeiter aus Lodz seßhaft geworden., Die meisten von ihnen hatten sich ein eigenes Häuschen gebaut. Es war für die polnischen Stellen keine geringe Überraschung, als bei den Gemeindewahlen am 19. Juni 1927 auf die deutsche Liste 25 Prozent aller Stimmen abgegeben wurden.

Eine deutsche Schule gab es aber in Chojny nicht. Da auf dem angrenzenden Stadtgebiet von Lodz in der Rzgowskastraße 62 die 7 klassige Volksschule mit deutscher Unterrichtssprache (Schulleiter H. Thiem) und etwas weiter entfernt in der Nowo-Zarzewskastraße 62 eine gleiche Schule (Leiter Koßmann) bestand, waren die deutschen Eltern von Chojny bemücht, ihre Kinder in diesen Schulen unterzubringen. Die Anmeldungen wurden aber von der städtischen Unterrichtskommission (Komisja Powszechnego Nauczania) nicht angenommen, da Chojny zum Landkreis gehörte.

Diese Schwierigkeiten zu überwinden, war daher unser Ziel. Wie viele Hindernisse mußten auf dem Wege zu diesem Ziel aber überwunden werden! Zunächst mußte das Einverständnis der staatlichen Schulinspektoren von Lodz-Stadt und Lodz-Land (Zawadzki) eingeholt werden. Damals, also im Jahre 1927/28, war es noch möglich, für die deutsche Minderheit etwas zu erreichen. So gelang es bald, die Einwilligung der beiden Inspektoren zu erlangen. Ebenso konnte mit Hilfe des stellv. Stadtratsvorsitzenden Reinhold Klim, der selbst Lehrer war, das Einverständnis der Lodzer Stadtverwaltung, die ja die Verwaltungskosten für den Unterricht der Kinder aus der fremden Gemeinde tragen mußte, erwirkt werden. Somit wurden die deutschen Kinder aus Chojny ab 1928 ohne Schwierigkeiten in die staatlichen deutschen Schulen in Lodz aufgenommen.

Doch nur vier Jahre genossen die Deutschen von Chojny diesen Vorzug. Als nach 1930 der Kurs der polnischen Regierung gegen das deutsche Schulwesen ständig an Schärfe zunahm, wurde ab 1932 auch dieses Privileg abgeschafft. Die Errichtung einer deutschen Schule in Chojny wurde aber verweigert. Es bestand nun die Gefahr, daß die Kinder zwangsweise in die polnische Schule in Chojny eingewiesen wurden. Diese Gefahr wurde dadurch überwunden, daß die Kinder bei deutschen Familien in Lodz fiktiv als Pflegekinder polizeilich angemeldet wurden. Die "Pflegeeltern" meldeten die Kinder dann für die deutsche Schule an. Träger dieser Aktion war die Deutsche Sozialistische Arbeitspartei Polens, die auch die "Pflegeeltern" in Lodz ausfindig machte. Doch kam die Schulbehörde bald hinter den Trick; der plötzliche Anstieg deutscher "Pflegekinder" im südlichen Stadtteil war ihr aufgefallen.

Im Jahre 1933 wurde daher nicht nur ein großer Teil der "Pflegekinder" zurückgewiesen, sondern auch eine Anzahl aus dem Vorjahre wurde aus den deutschen Schulen in Lodz entfernt.

Unser Entschluß, kein deutsches Kind gegen den Willen der Eltern in die polnische Schule gehen zu lassen, stand aber nach wie vor fest! Um der Formalität der Schulpflicht nachzukommen, wurde der Schulbehörde gemeldet. daß, die Kinder Hausunterricht genießen, wobei eine Bescheinigung des Hauslehrers hinterlegt werden mußte. Die "Hauslehrer" wurden zumeist unter den Absolventen des Lodzer Deutschen Gymnasiums ausfindig gemacht, die sich in der Regel auch bereitwillig zur Verfügung stellten. In Wirklichkeit wurde für die Kinder im Lokal der Deutschen Sozialistischen Arbeitspartei Polens in Chojny, Rysiastraße 36, ein regelrechter Schulunterricht eingerichtet, selbstverständlich ohne Wissen der Behörden. Es wurde der von den Polen aus dem Dienst entlassene deutsche Lehrer Josef  Krause angestellt, der später durch Lehrer Gläser abgelöst wurde. Der Unterricht wurde zwar unter primitiven Verhältnissen geführt, aber Kinder und Eltern freuten sich, vom Zwang der polnischen Schule befreit zu sein.

Große Sorge bereitete die finanzielle Frage, da uns seit Januar 1933 jegliche Hilfsquellen versperrt waren. In dieser Not fand unsere Bitte bei Pastor Adolf Löffler von der St. Matthäi-Gemeinde in Lodz Gehör, der uns zur Bezahlung des Lehrers monatlich einen gewissen Beitrag zukommen ließ. Einen Teil des Lehrergehalts brachten dIe Eltern durch kleinere Zahlungen selber auf.

Eine weitere sehr große Hilfe erfuhren wir vom Lodzer Deutschen Gymnasium, und zwar vom Gymnasialverein mit seinem Vorsitzenden Arthur Thiele an der Spitze. Nach dem ersten bzw. zweiten Schuljahr mußten die Kinder einem geordneten Schulunterricht zugeführt werden. sollten sie in der allgemeinen Entwicklung nicht zurückbleiben. Nach zwei Schuljahren waren sie auch schon so weit, daß sie den weiten Schulweg in die Stadt allein zurücklegen konnten. In Frage kam für uns nur die private Volksschule beim LDG. Das hier übliche hohe Schulgeld konnten aber die armen deutschen Arbeiter in Chojny nicht aufbringen. Da erklärte sich der Gymnasialverein in großherziger Weise bereit, die Kinder aus der geheimen Schule in Chojny nach dem zweiten Schuljahr unter Wegfall des üblichen Schulgeldes aufzunehmen. Die Chojner Eltern zahlten nur soviel, wie sie konnten. Zumeist waren es 5 bis 10 Zloty monatlich. Wie stolz waren da diese Arbeiterkinder, als sie ins Deutsche Gymnasium" gehen konnten!

                                                                                (Schluß folgt.)