Wręczanie prezentów bożonarodzeniowych ubogim i starszym osobom w Łodzi
Odkąd straciliśmy nasze rodzinne miasto Łódź, wciąż powracają mi wspomnienia.
Towarzyszą im radości i smutki, które powoli przemykają przed moimi oczami. To wręcz niepojęte, że przez tyle lat wszystko, co dobre i piękne w naszej ojczyźnie, pokryło się kurzem zapomnienia i pogonią za nowym bogactwem i dobrobytem.
Szczególnie teraz, w okresie przedświątecznym, widzę przed sobą wiele małych, udekorowanych choinek i błyszczące oczy dzieci z prezbiterium naszego ukochanego kościoła św. Jana!
Kto jeszcze pamięta, jak to było wtedy? Ponieważ jako Niemcy w Polsce nie mieliśmy prawa do żadnej pomocy publicznej dla osób starszych i ubogich, ponieważ nie znaliśmy dzisiejszych, w wielu przypadkach bardzo wysokich emerytur, podwyższanych co roku o kolejne 5 - 6 procent, ponieważ nadal panowała nędza i bieda, tak, wtedy Kościół zajął się ubogimi!
Nasz drogi, czcigodny superintendent, pastor Dietrich, który obecnie spędza jesień życia w Erfurcie, nigdy nie ustawał w osobistej pomocy i wzywał nas do współpracy.
Już w październiku każdego roku prosił o datki, stare, ale nadal nadające się do użytku bieliznę, ubrania, wszystko, czego można było się pozbyć, aby służyło ubogim i starszym jako ciepła ochrona na zimę.
Nasz drogi pastor umiał poruszyć serca członków wspólnoty swoimi prośbami. Nie bez powodu nazywano go „pastorem żebrakiem”. Rzeczywiście, wielu darczyńców przyniosło paczki, bogaci i biedni, wszyscy odpowiedzieli na wezwanie i przynieśli dary!
Również fabrykanci, na czele z naszą drogą przewodniczącą stowarzyszenia, panią Kindermann, i jej córką, panią Schweikert, przekazali dobre materiały na prezenty bożonarodzeniowe. W stowarzyszeniach dziewcząt gromadziły się rzeczy.
Teraz pomocniczki miały bardzo dużo do zrobienia, trzeba było zebrać adresy osób starszych i ubogich, które miały otrzymać prezenty, i rozdzielić je na grupy. Wolontariuszki podjęły się odwiedzania potrzebujących z kościoła dziecięcego i ustalania następujących informacji: liczba osób, wiek, najpilniejsze życzenia. Chciano w miarę możliwości zaspokoić potrzeby wszystkich.
W kilka określonych dni w tygodniu w sali misyjnej, a później w domu młodzieżowym, w sali stowarzyszenia młodzieżowego, wszystko było starannie przygotowywane i porządkowane. Dorośli i dzieci, wszyscy, którzy potrafili trzymać igłę, przychodzili, aby naprawiać i prasować rzeczy!
My, pomocnice, wraz z panną Peipp, panną Neumann i wieloma innymi, których imiona niestety wymknęły mi się z pamięci, nadzorowałyśmy prace naprawcze poszczególnych grup dzieci. Te wieczory były piękne, ponieważ podczas pracy rozbrzmiewały stare, znane kolędy.
Z niecierpliwością czekaliśmy na pierwszą niedzielę adwentową. Każde dziecko z dziecięcej mszy świętej otrzymywało świeczkę do zielonej gałązki wraz z sentencją! Z roku na rok nasza gromadka dzieci powiększała się, mieliśmy aż 700 dzieci! Po kazaniu gaszono oświetlenie kościoła i zapalano przytulne świeczki.
Nasz drogi pastor Dietrich chodził po środkowej nawie kościoła. Głosy dzieci śpiewały „Córko Syjonu, raduj się” oraz inne piękne pieśni adwentowe i bożonarodzeniowe w stylu misyjnej harfy!
Płonące świece unosiły się w rękach dzieci, raz wyżej, raz niżej, w zależności od akcentu. W tym okresie adwentowym wielu dorosłych przychodziło na nabożeństwa dla dzieci, aby cieszyć się blaskiem świec. Trwało to przez cztery niedziele, aż w końcu Wigilia otworzyła drzwi do Bożego Narodzenia.
Rozpoczęło się wielkie rozdawanie prezentów! Już wczesnym popołudniem dzieci zebrały się wraz z pomocnikami i pomocniczkami w dużej sali misyjnej. Udekorowano małe drzewka w doniczkach. Każde dziecko przyniosło ze sobą małe smakołyki, słodycze i produkty spożywcze. Starsze dzieci nieśli paczki przeznaczone dla rodzin, a jedno dziecko szło przed radosną gromadką z drzewkiem.
Oczywiście zabrano również zapas świec. Z drzewkiem i paczkami wyszliśmy z sali misyjnej do kościoła. Ustawiliśmy się w prezbiterium, pastor Dietrich wygłosił przemówienie, pobłogosławił nas i dary!
Zebraliśmy się, a następnie ruszyliśmy w drogę. Pod przewodnictwem pastora udaliśmy się na ulicę. Przemarsz się rozpadł, grupy rozeszły się w różnych kierunkach i każda z nich zmierzała do celu, jakim były osoby potrzebujące opieki. Chcieliśmy nieść radość świąt. To „Słodko dzwonią dzwony, bo nadchodzi Boże Narodzenie” miało stać się rzeczywistością w ciemnych komórkach i mieszkaniach na podwórkach, w piwnicach i na strychach... Chcieliśmy dać radość, aby sami zostali napełnieni radością!
Jako dziecko należałam do grupy panny Busse, dopóki nie stała się stara, słaba i ślepa i nie trafiła do domu spokojnej starości w Łodzi-Karolewie. (Widzimy tutaj zdjęcie domu spokojnej starości z panną Busse).
Następnie należałam do grupy panny Eugenie Wieder. Jako dorosła osoba sama dołączyłam do kręgu pomocników i prowadziłam grupę, uczestniczyłam w rozdawaniu prezentów, tak jak kiedyś jako dziecko, tylko teraz jako liderka. Wiele młodych dziewcząt chętnie pełniło wówczas służbę jako pomocniczki i liderki grup.
Rodziny, którymi opiekowała się moja grupa, były bez wyjątku biednymi ludźmi i miały bardzo nędzne mieszkania. Po starych, rozpadających się schodach wchodziło się wysoko do małej komórki. Potem znowu schodziło się głęboko do wilgotnej piwnicy, gdzie nie widać było słońca ani nieba! Problem mieszkaniowy w Łodzi był zawsze poważny, a państwo nie dbało o nędzę (niestety planowane zniesienie przepisów chroniących najemców spowoduje również nędzę najemców w Niemczech Zachodnich!
Przez podwórze przeszłam z dziećmi do stodoły, która była tylko nieco oklejona i zamalowana, ale mieszkała w niej wdowa z pięciorgiem dzieci – znajdowała się ona w bloku czynszowym na samym końcu...
W ciemnych kątach zapaliliśmy świece i śpiewając weszliśmy do pokoju! Rzadko było dla nas wszystkich miejsce, więc mogliśmy wchodzić do pokoju pojedynczo, aby recytować wiersz lub cytat z Biblii.
Starsi, chorzy, biedni byli prawie zawsze wzruszeni i nie powstrzymywali łez! Oczy dzieci odwiedzanych rodzin zawsze błyszczały. Z szeroko otwartymi oczami i rumieńcami na policzkach patrzyły w blask świec! Nagle ze swojego pokoju wyszła stara Polka, płacząc i mówiąc:
„Tak Niemcy o stare dbają, a Polacy na stare srają”.
Kiedy dzięki naszym darowiznom sprawiliśmy wszystkim radość, z radością w sercu poszedłem z dziećmi do domu i na nabożeństwo.
Do 1939 roku mogliśmy rozdawać prezenty ubogim z kościoła, potem tę służbę przejęła NSV i brakowało mi tej radości. Dzisiaj opowiadam o tym, zwłaszcza w okresie przedświątecznym, mojemu synowi, który mówi: „Ach mamo, opowiedz mi coś pięknego o swoim rodzinnym mieście Łodzi!”.
Irmgard Kohlmann z domu Fischer
Weihnachtsbescherung bei Armen und Alten in Lodz
Seitdem wir unsere Heimatstadt Lodz verloren haben, steigen immer wieder Bilder der Erinnerung in mir auf.
Von Freud und Leid begleitet, ziehen sie langsam an meinem geistigen Auge vorüber. Es ist schier unfaßbar, daß schon so viele Jahre all das Gute und Schöne aus der Heimat mit dem Staub der Vergessenheit und der Jagd nach neuem Reichtum und Wohlstand decken konnten.
Besonders jetzt in der Vorweihnachtszeit sehe ich viele kleine geschmückte Weihnachtsbäumchen und strahlende Kinderaugen aus dem Altarraum unserer Lieben St. Johanniskirche vor mir stehen!
Wer weiß noch, wie es damals war? Da wir als Deutsche in Polen für Alte und Arme wenig oder gar nichts an öffentlicher Hilfe zu beanspruchen hatten, da die in vielen Fällen sehr hohen Renten von heute mit ihrer alljährlichen Anhebung um weitere 5 ws 6 Prozent unbekannt waren, da noch weit und breit Elend und Not herrschten, ja, da nahm sich die Kirche der Armen an!
Unser lieber ehrwürdiger Superintendent, Pastor Dietrich, der jetzt in Erfurt seinen Lebensabend verbringt, wurde nie müde, neben seiner persönlichen Hilfsbereitschaft uns zur Mithilfe aufzurufen.
Schon im Oktober eines jeden Jahres bat er um Spenden, Alte, noch brauchbar,e Wäsche, Bekleidungsstücke, was man so entbehren konnte, sollte gegeben werden, um Armen und Alten als wärmenden Schutz für den Winter zu dienen.
Unser lieber Herr Pastor verstand es, mit seinen Bitten die Herzen der Gemeindeglieder zu rühren. Er wurde nicht umsonst der "Bettelpastor" genannt. Es kamen in der Tat viele Spender mit Paketen, kleinen und großen Reiche und Arme, alle folgten dem Ruf und überbrachten Gaben!
Auch Fabrikanten, mit unserer lieben Vereinsvorsitzenden, Frau Kindermann, und ihrer Tochter, Frau Schweikert, an der Spitze, spendeten gute Stoffe für die Weihnachtsbescherung. Bei den Jungfrauenvereinen stauten sich die Sachen.
Nun gab, es für die Helferinnen viel, sehr viel zu tun, Anschriften der zu bescherenden Alten und Armen mußten gesammelt und gruppenweise verteilt werden. Die freiwilligen Helferinnen übernahmen es, vom Kindergottesdienst aus die Bedürftigen zu besuchen und folgendes festzustellen: Personenzahl, Alter, die dringlichsten Wünsche. Man wollte nach Möglichkeit jedem gerecht werden.
An mehreren bestimmten Tagen in der Woche wurde im Missionssaal oder später im Jugendheim, im Saal des Jünglingsvereins, tüchtig alles vorbereitet und zurecht gemacht. Erwachsene und Kinder, alles, was eine Nadel halten konnte, kam, um Sachen noch auszubessern und zu bügeln!
Wir Helferinnen mit Frl. Peipp, Frl. Neumann und noch viele andere, deren Namen leid,er meinem Gedächtnis entschwunden sind, beaufsichtigten die Ausbesserungsarbeiten der einzelnen Kindergruppen. Schön waren ,diese Abende, da bei der Arbeit die alten vertrauten Weihnachtslieder erklangen.
Mit Sehnsucht erwarteten wir den ersten Adventssonntag. Da gab es eine Kerze zum grünen Zweig mit einem Spruch für jedes Kind des Kindergottesdienstes! Von Jahr zu Jahr mehrte sich dabei unsere Kinderschar, wir hatten bis zu 700 Kinder! Nach der Predigt erlosch die Kirchenbeleuchtung und die traulichen Kerzen wurden angebrannt.
Unser lieber Pastor Dietrich ging im Mittelschiff der Kirche auf und ab. Kinderstimmen schmetterten das "Tochter Zion, freue dich" sowie andere herrliche Advents- und Weihnachtslieder nach der Weise der Missionsharfe!
Die brennenden Kerzen stiegen, je nach der Betonung, in der Hand der Kinder, einmal höher, einmal tiefer. In dieser Adventszeit kamen viele Erwachsene in den Kindergottesdienst, um sich an dem Glanz der Kerzen zu erfreuen. So ging es vier Sonntage lang, bis der Heilige Abend dem Weihnachtsfest, die Tür öffnete.
Die große Weihnachtsbescherung begann! Schon am frühen Nachmittag sammelten sich die Kinder mit den Helfern und Helferinnen im großen Missionssaal. Kleine Bäumchen im Blumentopf wurden geschmückt. Jedes Kind brachte noch kleine Leckerbissen, Zuckerwerk und Lebensmittel mit. Die den Familien zugedachten Pakete trugen die größeren Kinder, ein Kind ging der frohen Schar mit dem Bäumchen voraus.
Freilich wurde auch Kerzenvorrat mitgenommen. Mit dem Bäumchen und den Paketen zogen wir vom Missionssaal aus in die Kirche ein. Wir stellten uns, im Altarraum auf, Herr Pastor Dietrich hielt die Ansprache, segnete uns und die Gaben!
Wir sammelten und dann zum Zug.Voran oder Herr Pastor, schritten wir der Straße zu. Der Zug löste sich auf, die Gruppen verteilten sich auf die verschiedenen Richtungen und eine jede strebte dem Ziel der zu Betreuenden zu. Festesfreude wollten wir bringen. Jenes "Süßer die Glocken nie klingen, denn zu der Weihnachtszeit" sollte in dunklen Kammern und Hinterhofwohnungen, in Keller- und Dachräumen wahr werden ... Freude wollten wir schenken. um, selbst von Freude erfüllt zu werden !
Ich gehörte als Kind der Gruppe von Frl. Busse an, bis sie alt, schwach und blind war und ins Greisenheim zu Lodz-Karolew kam. (Wir sehen hier eine Aufnahme des Greisenheims mit Frl. Busse.)
Anschließend war ich in der Gruppe von Frl. Eugenie Wieder. Erwachsen, trat ich selber dem Helferkreis bei und führte eine Gruppe, nahm wie einst als Kind an der Bescherung teil, nur jetzt als Leiterin. Viele junge Mädchen taten damals gern den Dienst als Helferin und Gruppenleiterin.
Die von meiner Gruppe betreuten Familien waren durchweg arme Leute und hatten nur sehr elende Wohnungen. Ueber alte zerfallene Treppen ging es hoch hinauf in ein kleines Kammerlein. Dann wieder tief hinunter in einen feuchten Kellerraum, wo man keine Sonne und keinen Himmel sah! Die Wohnungsnot in Lodz war immer groß und der Staat kümmerte sich um kein Elend (leider wird die beabsichtigte Aufhebung der Mieterschutzbestimmungen auch in Westdeutschland Mieterelend herbeiführen!
Ueber einen Hof schritt ich mit den Kindern in einen Stall, der nur etwas beklebt und übertüncht war, wo aber eine Witwe mit fünf Kindern hauste - es war in einer Mietskaserne ganz hinten ...
An dunklen Ecken zündeten wir die Kerzen an und gingen singend in das Stübchen ! Selten war für uns alle Platz, so daß wir nur einzeln den Raum betreten konnten, um ein Gedicht oder, einen Bibelspruch aufzusagen.
Die Alten, Kranken, Armen waren fast immer gerührt und heßen, ihren Tränen freien Lauf! Immer strahlten die Augen der Kinder der besuchten Familien. Mit großen Augen und roten Bäckchen sahen sie in den Schein doer Kerzen! Plötzlich kam eine alte Polin aus ihrem Stübchen, weinte und sagte:
"Tak Niemcy stare dbają, a Polacy na stare srają".
Als wir mit unseren Spenden allen Freude, gebracht hatten, ging ich frohen Herzens mit meinen Kindern nach Hause und in den Gottesdienst.
Bis 1939 durften wir von der Kirche aus die Armen bescheren, darun übernahm, diesen Dienst die NSV und mir fehlte diese Freude. Heute, erzähle ich es, besonders in der Vorweihnachtszeit gern meinem Sohn, der dan sagt: "Ach Mutti, erzähl mir doch etwas Schönes aus deiner Heimatstadt Lodz! "
Irmgard Kohlmann geb. Fischer

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz