poniedziałek, 5 stycznia 2026

Z dni 1945 roku - Margarete Riske - Sikawa - Łódź - Der Heimatbote - 8/1953 - cz.7

                                               

                                                    „Pokój śmierci” Sikawy

Moim głównym zadaniem była opieka nad tak zwanym „pokojem śmierci”, który był najstraszniejszym miejscem w całym bloku. Było to wilgotne, zimne pomieszczenie, w którym biedni „skazani” cierpieli swoje ostatnie dni i noce na tej przeklętej ziemi... Trafiały tam również kobiety, które nie miały już siły kontrolować swojego ciała i się brudziły. Dopóki mieliśmy dostęp do szmat i wody, staraliśmy się utrzymać porządek. Wyprane rzeczy często wisiały nad głowami chorych przez 8 do 14 dni i nie wysychały, tak że pomoc okazywała się ostatecznie niemożliwa. Wtedy musieliśmy je zostawić i podawać im tylko jedzenie lub picie, aż w końcu umierali. Czasami odchody sięgały im czasami aż do szyi. Pojawił się sanitariusz ze swoją ekipą, załadował ich na nosze i kazał przenieść do schronu przeciwlotniczego. Matka pięciorga małych dzieci leżała tam kilka dni i gorzko opłakiwała swoje maleństwa, które musiała zostawić same w Łodzi u starej, niewidomej babci. W swoim wielkim smutku wciąż miała nadzieję na wyzdrowienie, ale bezlitosna śmierć i tutaj zebrała swoje żniwo. Większość krewnych nigdy nie dowie się, gdzie spoczywają ich bliscy, ponieważ nie prowadzono żadnych list...

Pewnego wieczoru stoję przy oknie i patrzę na zewnątrz. Widzę tam duży, długi wagon towarowy, który jest wypełniony po brzegi. „O rany”, pomyślałem, „co oni jeszcze dzisiaj wywożą?” i przyjrzałem się bliżej. Z przerażeniem zdałam sobie sprawę, że to wszystko są zwłoki, ciała, które załadowano, aby je wywieźć. Wywożono je przez bramę na samym końcu obozu i wrzucano do głębokich dołów, które wykopano dzień wcześniej. – Tak zakończyło się wiele ludzkich losów! Kto w życiu może przewidzieć, jak umrze! Czy zostanie pochowany jak pies, czy też złożony w chłodnej ziemi przy uroczystych pieśniach pogrzebowych! To mądre zrządzenie losu, że nie wiemy tego wcześniej i nie możemy się tego dowiedzieć – – –.

Nadszedł dzień, w którym wprowadzono polską obsługę pielęgniarską i mogliśmy zostać z dala. Było nam wtedy znacznie łatwiej, ale żal nam było naszych biednych chorych. W tym czasie często musieliśmy też chodzić na „odwszenie”, nie pytano, czy ktoś jest chory, czy nie, po prostu trzeba było go nieść. A w czasie, gdy rzeczy, które miały być odwszczeszane, znajdowały się w kotle, musieliśmy czekać na nie zupełnie nago. Najpiękniejsze było to, że kocioł czasem się psuł i czekanie trwało godzinami, a my nie wiedzieliśmy, jak się chronić przed mrozem. Na szczęście całe to czekanie, nadzieja i oczekiwanie, stanie w kolejkach w końcu się skończyło. - Również w naszym obozie kobietom obcinano włosy. Sama siedziałam już gotowa do strzyżenia, kiedy przyszło mi do głowy, żeby zapytać: „Myślę, że personelowi pielęgniarskiemu nie obcina się włosów?”. Na co fryzjer odpowiedział: „Należy pani do sióstr?”. No i jaki był wynik? Pozostawił mnie bez strzyżenia! Po raz kolejny miałam powód, aby szczególnie dziękować Bogu!

                                                                   Przełom roku

Zbliżały się Boże Narodzenie i Nowy Rok, a w tych dniach podwójnie odczuwaliśmy nienawiść pijanych strażników. W tym czasie różne grupy prosiły mnie o modlitwę, ale ledwo miałam na to czas i siły. W noc sylwestrową około godziny 23 wszyscy zostaliśmy wyprowadzeni z baraków i musieliśmy ustawić się na zewnątrz. W ciągu dnia kilku z nas się wymknęło i teraz trzeba było przez wiele godzin przeprowadzać liczenie. Taka była nasza „zabawa” w noc sylwestrową. Niektóre baraki musiały biegać i robić „kapelusze”, a my byliśmy wielokrotnie liczeni i besztani. W końcu musieliśmy wejść do baraków po kolei, jeden za drugim, a przy drzwiach ponownie nas policzono. Około godziny 2 w nocy pozwolono nam w końcu położyć się na naszych łóżkach. Tak dla nas wyglądał początek roku 1946. Co on nam przyniesie?! Kiedy tak staliśmy na dziedzińcu obozu i patrzyliśmy w cudowne nocne niebo z blaskiem gwiazd, z miriadami świecących punktów w nieskończonej przestrzeni, bardzo chcielibyśmy spojrzeć w przyszłość i, podobnie jak niegdyś astrologowie, wyczytać coś dla siebie z orbit gwiazd. Ale Pan mądrze postanowił, że nie możemy tego zrobić!

Nie wiemy, co nas czeka: głód i nędza, niewolnictwo i tyrania, zaraza i drogie czasy lub śmierć, a może też ucieczka od złych warunków do dobrych, powrót lepszych dni, wolność i prawo – dobrze, że przyszłość pozostaje tajemnicą, że nie możemy jej zasłony podnieść. Wszystko jest w rękach Boga; to, co On czyni, jest dobrze; Jego wola pozostaje sprawiedliwa. Jak mówi ta pieśń, człowiek powinien kroczyć po ziemi ze złotą laską wiary, zwracać się do bliźniego z aniołem miłości w duszy i patrzeć w górę na gwiazdkę nadziei, która wypełnia nasze serca radością i z daleka otwiera nam niebo, wieczną ojczyznę, do której wszyscy kiedyś dążymy.

                                                                   (ciąg dalszy nastąpi)

                                                       Aus den Tagen von 1945.

                                                Das "Sterbezimmer" von Sikawa

Meine Hauptaufgabe bestand in der Betreuung des sogenannten "Sterbezimmers", das war das Grauenhafteste im ganzen Block. Ein feuchtes, kaltes Zimmer, wo die armen "Ausgefertigten" ihre letzten Tage und Nächte auf dieser fluchwürdigen Erde durchlitten . . . Auch die Frauen, die keine Kraft mehr über ihren Körper hatten und Sich verunreinigten, kamen dort hinein. Solange uns noch Lumpen und Wasser zur Verfügung, standen, versuchten wir Ordnung zu schaffen. Die gewaschenen Sachen hingen aber oft 8 bis 14 Tage über den Köpfen der Kranken und wurden nicht trocken, so daß, sich ein Helfen schließlich als unmöglich herausstellte. Dann mußten wir sie liegen lassen und reichten innen nur mal Essen oder Trinken, bis sie früh als Tote ausgelitten hatten. Dann reichte ihnen der Kot manchmal bis zum Hals hinauf. Der Sanitäter erschien mit seiner Mannschaft, lud sie auf die Tragbahre und ließ sie in den Luftschutzkeller befördern. - Eine Mutter von fünf kleinen Kindern lag einige Tage da und klagte bitterlich um ihre Kleinen, die sie in Lodz' bei der alten blinden Großmutter allein hatte zurücklassen müssen. Im großen tiefen Weh hoffte sie immer noch auf Genesung, aber der gnadenlose Tod hielt auch hier seine Ernte. Die meisten Angehörigen hören wohl nie, wo ihre Lieben geblieben sind; denn es wurden keine Listen geführt . . .

Eines Abends stehe ich gerade am Fenster und schaue ein bißchen hinaus. Da sehe ich draußen einen großen, langen Tafelwagen, der hoch vollgeladen ist. "Nanu", denke ich, "was fahren denn die heute abend noch?" und schaue genauer hin. Da erkenne ich mit Grauen, daß das alles ausgezogene Tote sind, alles Leichen, die man zum Fortfahren aufgeladen hat. Sie werden zum Tor hinausgefahren, ganz am Ende des Lagers, und dort in tiefe Gruben geworfen, die man tags zuvor hat ausgraben lassen. - So endete dort menches, manches Menschenschicksal!! Wer ahnt auch im Leben, wie er einst sterben wird! Ob man ihn wie einen Hund verscharrt oder ob man ihn unter feierlichen Grabgesängen in die kühle Erde bettet! Es ist eine weise Fügung Gottes, daß wir es vorher nicht wissen und nicht erfahren können - - -.

Es kam der Tag., an dem polnisches Pflegepersonal eingeführt wurde und wir wegbleiben konnten. Wir hatten es dann viel leichter, aber unsere armen Kranken taten uns doch leid. Zu jener Zeit mußten wir auch oft in die "Entlausung", da wurde nicht gefragt, ob einer krank war oder nicht, der mußte eben getragen werden. Und in der Zeit, wo die Sachen, die entlaust werden sollten, sich im Kessel befanden, mußten wir splitternackt darauf warten. Das Schönste: der Kessel ging auch mal kaputt und da dauerte es Stunden, diese Warterei, und wir wußten uns vor Frost nicht zu lassen. Ein Glück, daß alles Warten, Hoffen und Harren, Schlangestehen doch einmal ein Ende hat. - Auch in unserem Lager wurden den Frauen die Haare geschnitten. Ich selbst saß schon zum Schneiden bereit, da fiel mir ein zu sagen: "Ich denke, dem Pflegepersonal werden die Haare nicht abgeschnitten?" Darauf der Haarscherer: "Gehören Sie denn mit zu den Schwestern?" Na - und das Ergebnis? Er ließ mich ungeschoren laufen! Wieder einmal hatte ich Grund, meinem Gott besonders zu danken! 

                                                    Jahreswende 

Weihnachten und Neujahr rückten heran, und in diesen Tagen bekamen wir von dem betrunkenen Aufsichtspersonal den Haß doppelt zu spüren. Damals wurde ich von verschiedenen Stuben zum Andachthalten aufgefordert, kaum reichten mir Zeit und Kräfte dazu. - In der Neujahrsnacht wurden wir alle gegen 23 Uhr von den Lagern geholt und müßten draußen Aufstellung nehmen. Es waren tagsüber einige ausgekniffen, und nun mußte stundenlang gezählt werden. Das war unser "Vergnügen" in der Silvesternacht. Einige Baracken mußten Dauerlauf und "Schapkes" machen und es wurde wieder und wieder gezählt und geschimpft. Schließlich mußten wir zimmerweise, im Gänsemarsch einer nach dem anderen, reingehen und an den Türen wurde nochmals gezählt. So gegen 2 Uhr durften wir uns endlich auf unseren Lagern niederstrecken. Das war für uns der Beginn des Jahres 1946. Was würde es alles bringen?! - Wenn wir so auf dem Lagerhof stunden und zu dem wunderbaren nächtlichen Himmel mit seinem Sternen glanz hinaufschauten, mit den Myriaden leuchtender Punkte in einem unendlichen All, dann hätte man gar zu gern einen Blick in die Zukunft getan und wie einst die Astrologen aus den Bahnen der Gestirne etwas für sich selbst herausgelesen. Aber der Herr hat es weise eingerichtet, daß wir das nicht können! Daß wir nicht wissen, was uns beschieden ist: Hunger und Elend, Sklaverei und Tyrannis, Pestilenz und teure Zeit oder der Tod oder vielleicht auch ein Entrinnen aus bösen in gute Verhältnisse, wieder bessere Tage, Freiheit und Recht - es ist gut, daß das Zukünftige ein Geheimnis bleibt, daß wir den Schleier von ihm nicht heben können. - Alles steht in Gottes Händen; was Er tut, das ist wohlgetan; es bleibt gerecht Sein Wille. Wie es in jenem Liede heißt, soll der Mensch am goldenen -Wanderstabe des Glaubens über die Erde schreiten, mit dem Engel der Liebe in seiner Seele sich zu seinem Nächsten kehren und aufwärts schauen zu dem  Sternlein des Hoffens, das uns die Brust mit Wonne füllt und uns von fern den Himmel offen hält, die ewige Heimat, der wir einst alle zustreben. 

                                                                   (Schluß folgt)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz