czwartek, 15 stycznia 2026

Wspomnienia mieszkańca Łodzi z 1945 roku - Sikawa Łódź - Der Heimatbote - 9/1954 - cz.5

 


                                                  Przeżycia mieszkańca Łodzi

Byłem teraz członkiem obozu Sikawa. Razem ze mną przebywali inni mieszkańcy Łodzi, tacy jak bogaty Heine ze sklepu obuwniczego przy ulicy Pomorskiej, syn Birke, który podobno nadal przebywa w więzieniu w Polsce, i inni. Ogrodziliśmy część rozległego terenu obozu wysokim drutem kolczastym. drutem kolczastym – i pewnego dnia za tym drutem pojawili się pierwsi Polacy. Takie jest życie!

Wkrótce potem pojawili się przedstawiciele firmy Kamiński, Pomorska 85*, i szukali wykwalifikowanych pracowników, takich jak tkacze, strzygacze, przędzalnicy, reigerzy itp. Zgłosiło się około 80 Niemców, w tym ja, połowa z nich to były kobiety. Zostałem wybrany przez zdecydowaną większość na swego rodzaju komendanta, z czym zgodził się również były właściciel fabryki Kamiński oraz pełnomocnik Ministerstwa Pracy. Jedynie Hofmeister Przendzelewski nie był z tego zadowolony. Próbował więc zrzucić na mnie winę za wszystko. Dzięki osobistej rozmowie z Kamińskim i pełnomocnikiem udało mi się uzyskać dla nas, magazynierów, prawo do wychodzenia po zakończeniu pracy. Musiałem jednak ręczyć za to, że nikt nie ucieknie. Dzięki temu mogłem wypuszczać osoby, co do których miałem pewność, że wrócą. Pewnego dnia w zakładzie stwierdzono poważne kradzieże. Na zebraniu zakładowym Hofmeister Przendzelewski stwierdził, że złodziejami są tylko Niemcy, ponieważ to oni mają przepustki i tym samym możliwość sprzedania drogich przędz. Kaminski i Rossomanski (pełnomocnik) energicznie temu zaprzeczyli, a Kamiński powiedział nawet: „Niemcy nie kradną, tylko Polacy”, ale pan Przendzelewski, jako wielki komunista, przeforsował swój pogląd. Zaproponowałem Kamińskiemu, że wywabię złodziei. Nie musiałem długo czekać.

Pewnego popołudnia zauważyłem, że znowu zniknęło prawie pół skrzynki dobrej przędzy. Poinformowałem więc wszystkich Niemców, aby pięć minut przed końcem pracy udali się do piwnicy, która była naszym pokojem dziennym i miejscem spotkań. Jednocześnie pół godziny przed końcem pracy poprosiłem fabrykanta Kamińskiego, aby wezwał strażników, ponieważ wtedy znajdziemy złodziei. Polacy chcieli opuścić fabrykę punktualnie, gdy pojawiła się milicja. Kamiński i Rossomanski stanęli przy drzwiach fabryki, a ja, jako jedyny Niemiec, przed toaletą. Nieświadomi niczego Polacy podeszli do wyjścia z dziedzińca fabrycznego. Wtedy pierwsi z nich dostrzegli milicję i natychmiast zaczęli się cofać, jak raki. Nie mogli jednak wejść do budynku fabryki, ponieważ stał tam Kaminski i Rossomanski, więc podeszli do toalety, aby tam ukryć przędzę. Zablokowałem im drogę, ale oni mnie odepchnęli, weszli do toalety i wrzucili tam przędzę, a inni pozbyli się „gorącego” towaru na podwórzu. Cały proces obserwowali Kamiński i Rossomanski. Teraz okazało się, kim byli złodzieje...

Nie pasowało to wcale zarządcy. Chciał, aby Niemcy zostali podejrzani, aby uniemożliwić im wyjście. Ja jednak doprowadziłem do tego, że złodzieje zostali rozpoznani. Teraz zarządca naprawdę się na mnie rozgniewał. Po zakończeniu pracy odwiedził nas w piwnicy, gdzie najczęściej rozmawiałem z ludźmi w języku niemieckim. Wściekły sapnął i zapytał, czy nie możemy rozmawiać po polsku. Odpowiedziałem mu jednak bezczelnie: „Czy Niemcy zabronili wam też posługiwania się językiem polskim?”. Teraz próbował pozbawić mnie funkcji komendanta 80 Niemców, ale nie udało mu się to, ponieważ miałem teraz jeszcze większe wsparcie i poparcie Kamińskiego i Rossomanskiego.

Pewnego dnia los przyszedł z pomocą Hofmeisterowi. Mój brat, który miał wtedy 13 lat i nie mógł znieść życia w tej dziurze, często przychodził do mnie do obozu. Pewnego dnia powiedział mi, że Hofmeister podobno dodał do naszego jedzenia żółty proszek. Rzeczywiście, wkrótce potem nasz współtowarzysz niedoli Erwin Nickel zachorował, cierpiąc na duszności. Pomimo wielokrotnych rozmów z Hofmeisterem – ponieważ była już godzina po pracy, nikogo innego nie było na miejscu – nie wezwano lekarza. Erwin Nickel zmarł tego samego wieczoru. Wieść rozeszła się lotem błyskawicy: jesteśmy truci. Do dziś nie wiem, na ile to była prawda. W każdym razie cztery dni później pani Sperling dotknęły te same trudności w oddychaniu. Było to w czwartek wieczorem, kiedy poprosiła mnie, abym dał jej urlop, tzn. pozwolenie na wyjście, ponieważ chciała pójść do lekarza. Dałem pani Sperling urlop, musiała tylko obiecać, że wróci do piątku w południe. Nadeszło piątkowe południe, piątkowy wieczór, a pani Sperling nie było widać. W sobotę rano zacząłem się denerwować, ponieważ pani nadal nie wracała. Hofmeister chodził z uśmiechem i wszędzie opowiadał, że moja kariera komendanta dobiegła końca. W tym samym czasie znalazło się dwóch mężczyzn z obozu, którzy stali się moimi zdrajcami – prawdopodobnie z powodu gorącego pragnienia zdobycia wygodnego stanowiska komendanta i rzecznika. Kiedy pani Sperling nie pojawiła się również wieczorem, stało się dla mnie jasne, że sam muszę zniknąć najpóźniej do niedzieli.

                                                           Ucieczka z przeszkodami

Już w niedzielę w nocy chciałem odejść. Tuż po północy ubrałem się i zamierzałem opuścić obóz, przeskakując przez ogrodzenie. Właśnie otworzyłem drzwi piwnicy, gdy nagle obaj zdrajcy stanęli przede mną i nie pozwolili mi odejść, jednocześnie alarmując cały obóz. Kobiety wsparły mnie i powiedziały, że bez względu na to, co się z nami stanie, on musi odejść. Część mężczyzn stała się niezdecydowana, byli teraz całkowicie rozbudzeni, wiedzieli, że to ucieczka i nie chcieli brać za to odpowiedzialności.

Wczesnym rankiem obaj zdrajcy przekazali wszystko zarządcy. Na szczęście w sobotę poprosiłem Kamińskiego i Rossomanskiego o wystawienie mi pozwolenia na wyjście w niedzielę. Zarządca nie chciał mnie wypuścić nawet w niedzielę po południu. Dopiero po ożywionej wymianie zdań ustąpił i zezwolił na wyjście. Jednocześnie zdymisjonował mnie ze stanowiska komendanta obozu dla 80 Niemców i mianował jednego z tych zdrajców. Nie miało to dla mnie znaczenia, wiedziałem już, że nie ma dla mnie powrotu do obozu. Jeszcze w niedzielę zdobyłem polski dowód tożsamości od dobrych polskich znajomych z Łodzi-Radegast, ul. Bednarskiej 30. Byli to porządni Polacy, którzy często odwiedzali mnie w obozie i już wcześniej doradzali mi ucieczkę. Byłem więc dobrze przygotowany do ucieczki i w niedzielę wieczorem zamierzałem zostawić całą tę sprawę za sobą. Pociągiem miałem najpierw pojechać z Łodzi do Wrocławia.

                                                                      (ciąg dalszy nastąpi)

Źródło: Przegląd od AI

* - Fabryka Kamiński przy ul. Pomorskiej 83/85 w Łodzi to historyczna nazwa dla dawnej fabryki, która po wojnie przeszła na własność państwa i była związana z Pomorską Fabryką Maszyn, a obecnie na tym adresie znajduje się klub sportowy Manufaktura mocy, oferujący siłownię i treningi sztuk walki dla dorosłych i dzieci. 

Kluczowe informacje:
  • Historia: W okresie powojennym obiekt był związany z nazwą „Jakób Kamiński i 9-ka” oraz Pomorską Fabryką Maszyn, a wcześniej był to zakład należący do Löhnert Sp. z o. o..
  • Lokalizacja: Łódź, ul. Pomorska 83/85 (lub 85).
  • Współczesność: Obecnie pod tym adresem działa klub Manufaktura Mocy. 


                                                     Erlebnisse eines Lodzers

Ich war nun ein Angehöriger des Lagers Sikawa. Mit mir saßen andere Lodzer, wie der reiche Heine vom Schuhgeschäft on der Pomorska, dann der Sohn von einem Birke, der angeblich noch in Polen im Gefängnis sein soll, und andere mehr. Wir umzäunten einen Teil des ausgedehnten Lagergeländes mit hohem. Stacheldraht - und eines Tages kamen die ersten Polen hinter diesen Stacheldraht. So geht es im Leben!

Bald darauf erschienen Vertreter von der Firma Kaminski, Pomorska 85*, und suchten Fachkräfte, wie z. B. Weber, Scherer, Andreher, Reiger usw. Etwa 80 Deutsche meldeten sich, darunter auch ich, die Hälfte waren Frauen. Ich wurde von der überwiegenden Mehrheit als sozusagen Kommandant gewählt, womit auch der ehemalige Fabrikbesitzer Kaminski sowie der Pełnomocnik (Bevollmächtigte) vom Arbeitsministerium einverstanden waren. Lediglich Hofmeister Przendzelewski paßte das nicht ganz in den Kram. Er hat denn auch versucht, mir allerhand in die Schuhe zu schieben. Ich hatte durch persönliche Vorsprache bei Kaminski und dem Pełnomocnik erreicht, daß wir Gelagerten nach Dienstschluß Ausgang haben durften. Nur mußte ich dafür geradestehen, daß niemand entfloh. So konnte ich die Leute ausgehen lassen, zu denen ich Vertrauen hatte, daß sie auch wieder zurückkommen würden. Nun wurden eines Tages im Betrieb größere Diebstähle festgestellt. Auf einer Betriebsversammlung äußerte sich Hofmeister Przendzelewski, die Diebe seien nur die Deutschen, denn die hätten ja auch Ausgang und somit die Möglichkeit, die teuren Garne abzusetzen. Kaminski und Rossomanski (der Pelnomocnik) bestritten das energisch und Kaminski sagte sogar: "Die Deutschen stehlen nicht, das tun nur die Polen", doch setzte sich der Pan Przendzelewski als großer Kommunist mit seiner Ansicht durch. Ich erbot mich Kaminski, die Diebe zu überführen. Brauchte auch nicht lange darauf zu warten.

Eines Nachmittags merkte ich, daß abermals fast eine halbe Kiste guten Garnes verschwunden war. Ich gab daraufhin allen Deutschen bekannt, sich fünf Minuten vor Dienstschluß inden Keller zu begeben, der ja unser Wohn- und Aufenthaltsraum war. Gleichzeitig bat ich eine halbe Stunde vor Feierabend den Fabrikanten Kaminski, er möge heute Wachen anfordern, denn dann würden wir die Diebe finden. Pünktlich wollten die Polen die Fabrik verlassen, als Miliz erschien. Kaminski sowie Rossomanski stellten sich an die Fabriktüren, ich als alleiniger Deutscher vor den Abort. Ahnungslos schritten die Polen dem Ausgang des Fabrikhofes zu. Da erblickten die ersten die Miliz und sofort setzte ein reges Zurückgehen ein, wie bei einem Krebs. Ins Fabrikgebäude konnten sie aber nicht rein; da ja Kaminski und Rossomanski dort standen, so kamen sie auf den Abort zu, um hier das Garn verschwinden zu lassen.lch verwehrte ihnen den Weg, sie stießen mich jedoch weg, gingen in den Abort und warfen das Garn hinein, andere entledigten sich der "heißen" Ware auf dem Hof. Dieser Vorgang wurde von Kaminski und Rossomanski beobachtet. Nun stellte sich heraus, wer die Diebe waren ...

Das paßte dem Hofmeister gar nicht ins Konzept. Er wollte mit der Verdächtigung der Deutschen erreichen, daß denselben der Ausgang gesperrt würde. Ich aber hatte erreicht, daß die Diebe erkannt wurden. Nun wurde der Hofmeister erst richtig auf mich wütend. Besuchte uns nach Dienstschluß im Keller, wo ich mich meistens mit den Leuten in deutscher Sprache unterhielt. Wütend schnaufte er und meinte, ob wir nicht polnisch sprechen könnten. Ich aber antwortete ihm frech: "Haben euch denn die Deutschen auch die polnische Sprache verwehrt??" Nun versuchte er mich als Kommandanten der 80 Deutschen abzusetzen, was ihm aber nicht gelang, da ich jetzt erst recht große Unterstützung und Rückhalt bei Kaminski und Rossomanski hatte.

Da kam dem .Hofmeister eines Tages der Zufall zu Hilfe. Mein Bruder, der damals 13 zählte und es in dem Loch zu Hause nicht aushielt, fand sich öfter bei mir im Lager ein. Eines Tages trug er mir zu, daß der Hofmeister in unser Essen angeblich gelbes Pulver getan hätte. Tatsächlich. erkrankten einige Zerspäter unser Leidensgenosse Erwin Nickel, indem er an Atemnot litt. Trotz mehrmaliger Vorsprache beim Hofmeister - da es bereits nach der Arbeitszeit war, war niemand sonst anwesend - wurde kein Arzt geholt. Erwin Nickel verstarb noch am selben Abend. Wie ein Lauffeuer ging es um: wir werden vergiftet. Was daran wahr, weiß ich bis heute nicht. Jedenfalls befiel vier Tage später Frau Sperling dieselbe Atemnot. Es war am Donnerstagabend, als sie mich bat, ich möge ihr doch Urlaub, d. h. Ausgang geben, sie wolle zum Arzt. Ich gab daraufhin Frau Sperling Urlaub, lediglich mußte sie versprechen, bis Freitag mittags zurück zu sein. Es kam Freitagmittag, Freitagabend, Frau Sperling ist nicht zu sehen. Sonnabend früh wurde ich auch schon nervös, da die Frau immer noch ausblieb. Grinsend ging der Hofmeister umher und erzählte überall, daß ich nun wohl endgültig als Kommandant ausgespielt hätte. Gleichzeitig fanden sich auch zwei Männer von den Gelagerten, die zum Verräter an mir wurden - wohl in dem sehnlichen Wunsch, selbst die bequeme Stelle als Kommandant und Sprecher zu erhalten. Als Frau Sperling sich auch am Abend nicht zeigte, stand es bei mir fest, daß ich selbst noch bis spätestens Sonntag verschwinden müßte.

                                                           Flucht mit Hindernissen

Schon in der Sonntagnacht wollte ich fort. Kurz nach Mitternacht zog ich mich an und gedachte das Lager über den Zaun zu verlassen. Eben öffnete ich die Tür des Kellers, als plötzlich die beiden Verräter vor mir standen und mich nicht weiter ließen, zugleich aber das ganze Lager alarmierten. Die Frauen unterstützten mich und sagten, ganz gleich, was nachher mit uns geschieht, er muß fort. Ein Teil der Männer wurde wankelmütig, sie waren jetzt hellwach, wußten, daß es eine Flucht war und wollten es nicht verantworten.

Am frühen Morgen wurde durch die beiden Verräter dem Hofmeister alles zugetragen. Zum Glück hatte ich mir Sonnabend noch von Kaminski und Rossomanski einen Urlaubsschein für den Sonntag ausstellen lassen. Der Hofmeister wollte mich auf diesen Urlaubsschein nicht einmal Sonntag nachmittag herauslassen. Erst nach heftigem Wortwechsel gab er nach und erlaubte den Ausgang. Gleichzeitig setzte er mich als Lager: kommandanten für die 80 Deutschen ab und ernannte einen dieser Verräter. Mir war das gleich, nun wußte ich, daß es für mich kein Zurück zum Lager mehr gab. Noch im Laufe des Sonntags besorgte ich mir von guten polnischen Bekannten aus Lodz-Radegast, Bednarska-Straße 30, einen polnischen Ausweis. Es waren anständige Polen, die mich oft im Lager besuchten und mir bereits zur Flucht geraten hatten. So war ich gut versorgt zur Flucht und gedachte am Sonntagabend der ganzen Sache den Rücken zu kehren. Mit einem Zug sollte es von Lodz zunächst nach Breslau gehen. 

                                                                   (Fortsetzung folgt)

Quelle: Überblick von AI

* - Die Fabrik Kamiński in der Pomorska-Straße 83/85 in Łódź ist der historische Name einer ehemaligen Fabrik, die nach dem Krieg in Staatsbesitz überging und mit der Pomorska Fabryka Maszyn (Pommersche Maschinenfabrik) verbunden war. Heute befindet sich an dieser Adresse der Sportverein Manufaktura mocy, der ein Fitnessstudio und Kampfsporttraining für Erwachsene und Kinder anbietet.

Wichtige Informationen:

  • Geschichte: In der Nachkriegszeit war das Objekt mit dem Namen „Jakób Kamiński i 9-ka” und der Pomorska Fabryka Maszyn verbunden, zuvor gehörte es der Firma Löhnert Sp. z o. o..
  • Standort: Łódź, ul. Pomorska 83/85 (oder 85).
  • Gegenwart: Derzeit ist unter dieser Adresse der Club Manufaktura Mocy tätig.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz