Mieszkaniec Łodzi opowiada nam o swoich przeżyciach. Jest to nasz rodak, który doświadczył niezwykłych rzeczy! Podobnie jak inni, w styczniu 1945 r. został zmuszony do wyjazdu na zachód, ale potem powrócił do rodzinnego miasta z dokumentem tożsamości „polskiego robotnika przymusowego”. Pomimo wszystkich dobrodziejstw okazanych Polakom, został tu aresztowany, wywieziony do zagłębia węglowego w Doniecku, w najgłębszej Rosji i stamtąd w końcu odważył się uciec. Ostatnia część zakończyła się opisem pierwszego etapu ucieczki i aresztowania.
Niebezpieczny list
Złapano mnie więc i zabrano. Ale wtedy stał się cud. Rosjanie zapytali, kim jestem. Zastanowiłem się przez chwilę i odpowiedziałem „Polak”. Ach – powiedziałem im – po prostu się zgubiłem. W Brześciu Litewskim wsiadłem do niewłaściwego pociągu – a kiedy się obudziłem, byłem w Rosji, a nie w Poznaniu, które było właściwym celem mojej podróży. Funkcjonariusz milicji zapytał najpierw, czy rozumiem rosyjski, ale zaprzeczyłem. „Ale niemiecki przecież znasz” – powiedział, a ja ponownie odpowiedziałem „nie”. Wtedy nakazał mnie dokładnie przeszukać. Rosjanie są po prostu nieufni... Rosjanin zaczął wszystko obmacywać od dołu. Musiałem zdjąć buty, skarpetki i tak dalej. Nagle przypomniałem sobie list, który dały mi żona i matka, kiedy wywożono mnie z Łodzi-Sikawy. Był napisany w języku niemieckim i nieuchronnie mnie zdradziłby, gdyby go znaleźli. Nie wiedziałem, co robić! List znajdował się w prawej kieszeni mojego płaszcza. Był to czterostronicowy dokument, a więc spora, złożona kartka papieru, która nie zniknęła bez śladu. Kiedy Rosjanin sprawdził mój garnitur, bieliznę i wszystko inne, przyszła kolej na płaszcz. Ponownie zaczął od dołu, a potem dotarł do lewej kieszeni. Zanim sięgnął do prawej kieszeni, poczułem, że ten kawałek papieru powoli przesuwa się w dół pod podszewką płaszcza. Kiedy sięgnął do prawej kieszeni, była pusta, list znalazł się już w podszewce płaszcza. Jakby to był cud Boży! Dopiero później sam sięgnąłem do prawej kieszeni i stwierdziłem, że była w niej dziura, której nigdy wcześniej nie zauważyłem. Gdyby list wypadł pół minuty wcześniej lub później, znaleźliby go nieuchronnie albo na dole podszewki, albo na górze kieszeni! To uzasadniłoby podejrzenia komendanta policji, który uważał, że jestem Niemcem lub przynajmniej potrafię mówić lub czytać po niemiecku. Po zakończeniu rewizji osobistej zdałem sobie sprawę, że miałem ogromne szczęście. Nie można było jednak na tym polegać, ponieważ posterunek policji na dworcu w Charkowie był zmieniany co 24 godziny i istniała możliwość, że nowa zmiana również wpadnie na pomysł, aby mnie dokładnie przeszukać. List musiał zniknąć, bez względu na to, jak, musiałem się go pozbyć.
Poprosiłem jeszcze stary posterunek policji o pozwolenie na skorzystanie z toalety, co mi przyznano. Kiedy dotarłem do toalety, wyciągnąłem list – i już go nie było! Plumps! – kamień spadł mi z serca.
Bez dowodu tożsamości, bez dokumentów
Komenda policji na dworcu w Charkowie została zastąpiona, a dowództwo przejął Żyd. Ponieważ byłem mocno zarośnięty i miałem całkiem niezłą brodę, być może przypominałem Żyda, ponieważ żydowski komendant od razu dał mi coś do jedzenia i obiecał nawet, że mnie uwolni, abym mógł pojechać do Polski.
Rzeczywiście, następnego ranka zostałem zwolniony i udałem się na dworzec, gdzie wkrótce miał przyjechać pociąg do Kijowa. Spacerując po dworcu, usłyszałem język polski. Podszedłem bliżej do osób, które były „z ojczyzny” i poprosiłem o coś do jedzenia. Polskie kobiety przestraszyły się na śmierć, gdy zwróciłem się do nich w ich języku. Dopiero wtedy zauważyłem, że były to wyłącznie kobiety i dzieci, nie było wśród nich ani jednego mężczyzny. Zapytałem, skąd pochodzą. Odpowiedziały mi, że z Syberii, dokąd zostały wywiezione w 1939 roku po zajęciu Polski. Według ich informacji ich mężowie albo służyli w utworzonej po 1941 roku w Rosji polskiej armii na uchodźstwie „Armia Ludowa” (AL), albo nadal przebywali na Syberii. Dały mi też coś do jedzenia i próbowały mnie ukryć, gdy na drugim końcu peronu dostrzegły policjanta. Ten jednak już mnie zauważył, podszedł natychmiast, poprosił o dowód tożsamości, a ponieważ go nie miałem, zabrał mnie ze sobą. Był on bowiem jednym ze strażników, którzy mnie nie znali. Ponownie trafiłem na posterunek, ale kiedy żydowski komendant mnie zobaczył, zbeształ nadgorliwego strażnika i pozwolił mi odejść.
Ale pociąg do Kijowa już odjechał, a to oznaczało kolejny dzień oczekiwania bez jedzenia. Pociągi te kursowały bowiem tylko raz na 24 godziny. Ponieważ zacząłem wierzyć, że bez jakiegokolwiek dokumentu nie uda mi się dostać do Polski, ponieważ radziecka policja ciągle zatrzymuje i aresztuje ludzi, postanowiłem spróbować zdobyć jakiś dokument od żydowskiego komendanta. Ale łatwiej było to powiedzieć niż zrobić! Pomimo błagań i próśb nie dał się przekonać, aby wystawił mi na podstawie mojego uczciwego wyglądu jakiś dokument osobisty lub przepustkę. Wysłał mnie tylko do komendanta miasta Charkowa, twierdząc, że tylko on jest do tego uprawniony. Ten jednak wyjaśnił, że nie ma do tego uprawnień, a raczej żydowski komendant straży, który w końcu lepiej mnie zna. Tak kilka razy kręciło się między Poncjuszem a Piłatem i z powrotem do Heroda, aż w końcu komendant miejski postanowił napisać – należy zauważyć, że najpierw wezwał polskiego przedstawiciela, który wypytał mnie o wiele spraw dotyczących Polski. Rosjanie są ostrożni i nieufni – a tym bardziej, gdy mają wystawić „dokument”! Prawdopodobnie Polak musiał potwierdzić komendantowi miasta, że jestem Polakiem i popełniłem tylko błąd. Przedstawiciel Polski bardzo mi jednak polecał, abym pozostał w Rosji i podjął pracę, ponieważ jest jej tu pod dostatkiem. Uwierzyłem mu na słowo, ale odpowiedziałem, że nie chcę tego, ponieważ zamierzam natychmiast wstąpić do AL (Armia Ludowa) w ojczyźnie. Następnie komendant miasta Charkowa wystawił mi pismo, którego nie byłem w stanie przeczytać, mimo że uważam się za osobę potrafiącą czytać po rosyjsku. Dokument nie zawierał nazwiska, podpisu ani pieczęci...
Z otrzymanym dokumentem ponownie udałem się na dworzec kolejowy. Ponieważ minął kolejny dzień, miałem szczęście, ponieważ właśnie przyjechał pociąg. Wsiadłem do niego i wyjaśniłem konduktorowi, że mam prawo do przejazdu.
Podróżuję jako biedny Żyd...
Podróż z Charkowa do Kijowa trwała około 24 godzin. Już w pociągu zauważyłem, że żydowscy pasażerowie przyglądają mi się z uwagą. Nagle obok mnie stanął Żyd. Zapytał: „Hewrej?” (po polsku: Hebrajczyk?). Odpowiedziałem „da” (tak), mimo że nie rozumiałem wtedy słowa „Hewrej” i nie wiedziałem, co ono oznacza, ponieważ nigdy wcześniej go nie słyszałem. Nie minęło dużo czasu, gdy podszedł do mnie Żyd i dał mi chleb i pieniądze. Wszyscy Żydzi znajdujący się w wagonie poszli za jego dobrym przykładem. W krótkim czasie miałem około 300 rubli i wystarczającą ilość chleba. Kiedy pociąg zatrzymał się na jednej ze stacji, kilku Żydów wysiadło i kupiło na bazarze, który znajduje się na każdej stacji kolejowej, mleko, a nawet ciasto i smażonego kurczaka. Podczas postojów na stacjach coraz więcej Żydów przychodziło do innego wagonu i przynosiło mi jedzenie, o którym pozostały mi tylko wspomnienia z dawnych czasów. W nowej „społeczności” nie musiałem już głodować – „patrzcie na ptaszki pod niebem...” – i bezpiecznie dotarłem do Kijowa. Żydzi zadbali nawet o to, abym mógł natychmiast złapać pociąg do Lublina. Ledwie wsiadam, Żyd kupuje mi bilet do wagonu sypialnego i po raz pierwszy od miesięcy mogę odpocząć na łóżku przypominającym kanapę, gdzie natychmiast zasypiam.
Na granicy rosyjsko-polskiej
Po 36 godzinach jazdy docieramy do obecnej granicy rosyjsko-polskiej. Tutaj jednak przejście do Polski było trudniejsze niż marsz przez całą Rosję. Polacy wiedzieli bowiem, że nie wszyscy, którzy mówią po polsku, są Polakami i zatrzymywali tych, którzy nie mieli odpowiednich dokumentów. Na szczęście dowiedziałem się o tym na czas i udało mi się uciec Polakom jeszcze po rosyjskiej stronie, koło Majdanku. Przez cały dzień próbowałem znaleźć wąskie miejsce na rzece Bug, aby przepłynąć ją wpław. Niestety bezskutecznie. Nie wierzyłem już, że mam siłę, aby przepłynąć rzekę. W końcu nie pozostało mi nic innego, jak spróbować pociągiem, a więc na oczach polskiej straży granicznej. Czekałem, aż w nocy przyjechał pociąg, a po tym, jak wszyscy pasażerowie wysiedli, aby pojedynczo okazać swoje dokumenty, wsiadłem sam. Być może wiadomo, że rosyjskie pociągi mają czasami trzy poziomy, to znaczy dwa rzędy siedzeń jeden nad drugim i miejsce na bagaż. Położyłem się na najwyższym siedzeniu, przeznaczonym do przechowywania bagażu, tak, że na dole umieściłem bagaż, w środku siebie, a na górze ponownie bagaż pasażerów, którzy wysiedli do kontroli. Po raz kolejny zaryzykowałem wszystko...
Po zakończeniu kontroli dokumentów tożsamości na zewnątrz, straż graniczna weszła do wagonu, aby przyjrzeć się bliżej osobom, które ewentualnie nie wysiadły. Machali dużymi latarniami i dokładnie oświetlali wszystko. Widziałem, jak dwie osoby z lewej strony zbliżały się coraz bardziej do mnie. Serce podeszło mi do gardła! Już myślałem, że mnie odkryli, ponieważ podnieśli lampę w odległości od jednego do półtora metra, która natychmiast mnie oślepiła, tak że zamknąłem oczy... Czekałem, aż mnie szturchną i zadadzą podstępne pytanie „A co z Panem...?” (Co się z Panem dzieje?) i „Pokaz no Pan papiery!” (Proszę pokazać dokumenty!). Była to minuta, która wydawała mi się wiecznością, w której sekundy ciągnęły się w nieskończoność...
W końcu jednak trwało to dla mnie zbyt długo i ostrożnie otworzyłem oczy. Widzę, że obaj kontrolerzy oddalili się już o 5 metrów. Nie mogłem jeszcze uwierzyć, że mnie nie zauważyli. Jak to było możliwe... Jedyna możliwość to taka, że świecili latarką w górę, ale sami nie patrzyli w górę – a może byli to w końcu tajni członkowie Armii Krajowej, których spotkałem jeszcze później? Tak czy inaczej, po raz kolejny zostałem uratowany, uratowany przez kolejny cud. Pociąg ruszył i wjechał do Polski.
(W następnym numerze autor opisuje, jak przybył do swojego rodzinnego miasta Łodzi, gdzie jednak został zdradzony i ponownie aresztowany, a w końcu w obozie koncentracyjnym Sikawa awansował na komendanta części personelu obozu).
Ein Lodzer erzählt uns hier seine Erlebnisse. Es ist ein Landsmann, der Außergewöhnliches erlebt hat! Wie die übrigen wurde er im Januar 1945 gezwungen, westwärts zu ziehen, kehrte aber dann mit einem Ausweis als "polnischer Zwangsarbeiter" wieder in die Heimatstadt zurück, wurde hier trotz aller an den Polen erwiesenen Wohltaten verhaftet, nach dem Donez-Kohlengebiet im tiefsten Rußland verschleppt und wagte von da aus schließlich die Flucht. Die letzte Fortsetzung schloß mit der Schilderung der ersten Fluchtetappe und Festnahme.
Der gefährliche Brief
Man hatte mich also geschnappt und mitgenommen. Doch nun geschah ein Wunder. Die Russen fragten, wer ich bin. Ich überlegte blitzschnell und antwortete "Pole". Ach - erzählte ihnen - ich hätte mich nur verfahren. In Brest Litowsk wäre ich in den falschen Zug eingestiegen - und als ich aufwachte, war ich in .Rußland und nicht in Poznan/Posen, was eigentlich das Ziel meiner Fahrt gewesen wäre. Der Milizbeamte fragte zunächst, ob ich denn russisch verstehe, was ich aber verneinte. "Aber deutsch kannst du doch", meinte er - abermals entegnete ich mit "Nein". Da befahl er, mich gründlich zu durchsuchen. Russen sind nun mal mißtrauisch ... Ein Russe fing von unten an alles abzutasten. Ich mußte Schuhe und Strumpfe ausziehen und so weiter. Da auf einmal erinnerte ich mich des Briefes, den mir meine Frau und Mutter gab, als ich aus Lodz-Sikawa abtransportiert wurde. Derselbe war ich in deutscher Sprache abgefäßt und würde mich unweigerlich verraten, wenn sie ihn fänden. Da war Rat teuer! Der Brief befand sich in der rechten Brusttasche meines Mantels. Es war immerhin ein vier Seiten langes Schreiben und somit ein beachtlich zusammengefaltetes Stück Papier, das sich nicht ohne weiteres in nichts auflöste. Als der Russe meinen Anzug, Unterhose und alles abgefühlt hatte, kam die Reihe an den Mantel, Abermals fing er von unten an, kam dann an die linke Brusttasche. Ehe er in die rechte Brusttasche langte, fühlte ich, daß sich dieses Stück Papier langsam im Mantelfutter nach unten schob. Als er in die rechte Brusttasche griff, war sie leer, der Brief war bereits im Futter des Mantelzipfels gelandet. Wie ein Wunder Gottes!! Erst später griff ich selbst in die rechte Brusttasche und stellte fest, daß dort ein Loch in der Tasche war, das ich aber noch nie zuvor bemerkt hatte. Wäre der Brief nur eine halbe Minute früher oder später heruntergefallen, hätten sie ihn unweigerlich, entweder unten im Futter oder oben in der Tasche gefunden! Damit wäre gleichzeitig der Verdacht des Polizeikommandanten begründet gewesen, der immerhin meinte, daß im vielleicht Deutscher wäre, zumindest aber deutsch sprechen oder lesen könnte. Nachdem die Leibesvisitation beendet war, wurde mir erst richtig klar, daß ich vorerst unheimlichen Dusel gehabt hatte. Aber bauen ließ sich darauf nicht, da die Polizeiwache auf dem Charkower Bahnhof alle 24 Stunden abgelöst wurde und somit die Möglichkeit bestand, daß es der Ablösung, gleichfalls einfiel, mich auf Herz und Nieren zu untersuchen. Der Brief mußte weg, einerlei wie, ich mußte ihn loswerden.
Ich bat noch die alte Polizeiwache, austreten zu dürfen, was mir auch genehmigt wurde. Als ich in der Toilette anlangte, zog ich den Brief heraus - und weg war er! Plumps! machte es, ein Stein war vom Herzen gefallen.
Ohne Ausweis, ohne Dokument
Die Polizeiwache im Charkower Bahnhof wurde abgelöst und ein Jude übernahm das neue Kommando. Da im stark bewachsen war und einen ganz schönen Bart- hatte, ähnelte ich vielleicht einem Juden, denn der Judenkommandant gab mir gleich zu essen und versprach sogar, mich. freizulassen, damit ich nach Polen fahren könnte.
Tatsächlich wurde ich am nächsten Morgen entlassen und ging auf den Bahnhof, wo in Kürze der Zug nach Kiew einlaufen sollte. Als ich auf dem Bahnhof herumspazierte, hörte ich polnisch sprechen. Ging näher an die Personen ran, die da "z ojczyzny" waren und bat um etwas Eßbares. Die polnischen Frauen erschraken zu Tode; als fm sie in ihrer Sprache anredete. Erst jetzt stellte ich fest, daß es alles nur Frauen und Kinder waren, kein einziger Mann darunter. Ich erkundigte mich, woher sie denn kämen. "Aus Sibirien", wurde mir die Antwort zuteil, wo sie 1939 nach Besetzung Polens hintransportiert worden waren. Ihre Männer befanden sim nach ihren Angaben entweder, in der nach 1941 in Rußland aufgestellten polnischen Exilarmee "Armia Ludowa". (AL) oder saßen noch in Sibirien. Sie gaben mir auch zu essen und versuchten mich zu verstecken, als sie am anderen Ende des Bahnsteiges einen Polizei mann erblickten. Der aber hatte mich schon entdeckt, kam sofort heran, fragte nach Ausweis .- und da ich keinen hatte, nahm er mich. mit. Er war nämlich einer von den ablösenden Wachen, die mich nicht kannten. Wieder landete ich auf der Wache; als mich aber der jüdische Kommandant sah, schimpfte er den allzu diensteifrigen Wachmann ordentlich aus und ließ mim gehen.
Doch nun war der Zug in Rimtung Kiew bereits weg und das hieß wieder einen Tag warten. ohne zu essen. Denn diese Züge verkehrten nur alle 24 Stunden einmal. Da ich zu glauben anfing, daß man ohne irgendein Papier wohl nicht würde nach Polen kommen können, da einen die sowjetische Polizei dauernd anhält und festnimmt, versuchte ich jetzt, mir irgend so ein Schreiben durch den jüdischen Kommandanten zu besorgen. Aber das war leichter gesagt als getan! Trotz Bitten und Betteln ließ er sich nicht dazu bewegen, mir auf mein ehrliches Gesicht hin irgendein Personalpapier oder Fahrtausweis auszustellen. Er schickte mich lediglich zum Stadtkommandanten von Charkow und meinte, nur dieser sei dazu berechtigt. Der aber erklärte, dazu sei er gar nicht berechtigt, vielmehr eher der jüd. Wachkommandant, der mim schließlich besser kennne. So ging das einige Male zwischen Pontius und Pilatus und wieder zurück zu Herodes, bis sim schließlich der Stadtkommandant zu schreiben entschloß - wohlgemerkt, er ließ sich erst einen polnischen Vertreter kommen, der mich über vieles was Polen betraf, ausfragte. Vorsichtig und mißtrauisch sind diese Russen - und gar erst, wenn sie ein "Dokument" ausstellen sollen! Hörnstwahrscheinlich muß der Pole dem Herrn Stadtkommandanten bestätigt haben, daß ich wohl Pole sei und mim nur irrtümlich verfahren habe. Der polnische Vertreter empfahl mir aber sehr, doch hier in Rußland zu bleiben und Arbeit anzunehmen, es sei genug da. Das glaubte ich ihm aufs Wort, erwiderte aber, daß ich das nicht möchte, denn im hätte die Absicht, in der Heimat sofort in die AL (Armia Ludowa) einzutreten. Daraufhin stellte mir der Stadtkommandant von Charkow ein Schreiben aus, das im beim besten Willen nicht durchlesen konnte und das/obwohl ich glaube, russisch lesen zu können. Das Schriftstück war ohne Namensangabe, ohne Unterschrift, ohne Stempel...
Mit dem erhaltenen Schriftstück machte ich mich erneut zum Bahnhof auf. Da inzwischen ein weiterer Tag vergangen war, hatte ich auch Glück, indem eben ein Zug einlief. Ich stieg ein und erklärte dem Zugführer, daß ich, berechtigt sei, mitzufahren.
Ich reise als armer Jude ...
Wir fuhren rund 24 Stunden von Charkow bis Kiew. Schon im Zug merkte ich, daß mich jüdische Reisende auffällig musterten. Auf einmal stand ein Jude bei mir. Er fragte "Hewrej?" (zu deutsch: Hebräer?). Ich antwortete "da" (ja) und das, obwohl ich den Ausdruck "Hewrej" dazumal gar nicht verstand und nicht wußte, was er bedeutet, da ich ihn nie zuvor gehört hatte. Es dauerte gar nicht lange, da kam ein Jude an mich heran, gab mir Brot und Geld. Nun folgten alle Juden, die sieh in dem Wagen befanden, dem guten Beispiel. In kurzer Zeit hatte ich ungefähr 300 Rubel und Brot genug. Als der Zug dann auf irgendeiner Station hielt, stiegen einige Juden aus und kauften auf dem Bazar, welcher sich auf jedem Bahnhof befindet, Milch, sogar Kuchen und gebratene Hühnchen. Immer mehr Juden kamen während der Aufenthalte auf den Haltestellen zum anderen Wagen und brachten mir eßbare Sachen, die mir nur noch die Phantasie von einstigen Tagen übrig gelassen hatte. In der neuen "Gemeinschaft" brauchte ich nicht mehr zu hungern - "sehet die Vöglein unter dem Himmel .... " - und kam wohlbehalten in Kiew an. Die Juden sorgten sogar dafür, daß ich sofort den Anschlußzug in Richtung Lublin erreichen konnte. Kaum steige ich dort ein, löst ein -Jude eine Schlafwagenkarte für mich und ich darf - seit Monaten zum ersten mal - wieder auf einem chouch-ähnlichen Bettgestell der Ruhe pflegen, wo ich sofort einschlafe.
An der russisch·polnischen Grenze
Nam 36 stündiger Fahrt erreichen wir die jetzige russisch-polnische Grenze. Hier jedoch war ein Übertritt nach Polen schwieriger als ein Marsch durch ganz Rußland. Die Polen wußten nämlich Bescheid, daß nicht alle, die polnisch sprechen, auch Polen sind und kassierten ein, was nimt ausreichende Papiere bei sich trug: Zum Glück erfuhr ich es rechtzeitig und konnte noch von der russischen Seite bei Maidanek den Polen entfliehen. Ich versuchte einen Tag lang, eine schmale Stelle des Bug zu finden, um ihn schwimmend zu überqueren. Leider ohne Erfolg. Die Kraft, um den Fluß zu durchschwimmen, traute ich mir nimt mehr zu. Schließlich blieb mir nichts anderes übrig, es dennoch mit einem Zug und somit unter den Augen der polnischen Grenzkontrolle zu versuchen. Ich wartete, bis nachts ein Zug einlief, und nachdem alle Passagiere ausgestiegen waren, um einzeln ihre Ausweise vorzuzeigen - stieg ich allein ein. Es ist vielleicht bekannt, daß die russischen Züge mitunter drei Etagen aufweisen, das heißt zwei Sitzgelegenheiten übereinander und eine Gelegenheit für die Aufbewahrung des Gepäcks. Ich legte mich in den obersten Sitz, also für Gepäckaufbewahrung und zwar so, daß ich unten Gepäckstücke, in der Mitte mich selbst und oben abermals Gepäckstücke der zur Kontrolle herausgetretenen Reisenden plazierte. Wieder einmal wagte ich alles...
Nachdem die Kontrolle der Personalausweise draußen beendet war, kamen die Grenzbeamten in den Wagen, um eventuell nicht ausgestiegene Personen sich näher anzuschauen. Sie fuchtelten mit großen Laternen herum und leuchteten alles sorgfältig ab. Ich sah, wie von links zwei Personen immer näher an mich herankamen. Das Herz schlug mir zum Halse! Schon glaubte ich mich entdeckt, da sie in unmittelbarster Nähe von einem bis anderthalb Meter die Lampe hochhoben, die mich auch sofort blendete, daß im meine Augen schloß ... Ich wartete, daß sie mim anstoßen und die tükkische Frage stellen "A co z Panem ... ?" (Was ist-denn mit Ihnen los?) und "Pokaz no Pan papiery !" (Zeigen Sie mal Ihre Papiere !), Es war eine Minute, die mir ewig zu dauern schien, in der sich die Sekunden dehnten . . .
Endlich aber währte es mir doch zu lange und ich öffnete vorsimtig die Augen. Siehe, da hatten sich die beiden Kontrollbeamten schon 5 Meter entfernt. Im konnte es noch nicht fassen, daß sie mich nimt entdeckt hatten. Wie war es möglich . . . Die einzige Möglichkeit, daß sie zwar mit der Lampe nam oben leuchteten, selbst aber nicht hoch schauten - oder waren es, am Ende geheime Angehörige der A.K. (Armja Krajowa), denen im noch später begegnet bin?? Wie dem auch war, ich war wieder einmal gerettet, gerettet durch ein abermaliges Wunder. Der Zug fuhr los und hinein ging es nach Polen.
(In der nächsten Nummer schildert der Verfasser, wie er in seiner Heimatstadt Lodz ankam, dort aber verraten und erneut verhaftet wurde und im KZ Sikawa schließlich zum Lagerkommandanten eines Teiles der KZ-Belegschaft aufstieg.)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz