czwartek, 15 stycznia 2026

Wspomnienia mieszkańca Łodzi z 1945 roku - Donbas - Ucieczka - Der Heimatbote - 8/1954 - cz.4

 Każdy z nas wiele przeżył. Aby nie zatonęło to w morzu zapomnienia, należy to spisać, tak jak uczynił to ten rodak z Łodzi, któremu rok 1945 przyniósł tak barwne i różnorodne przeżycia, jakich zwykli śmiertelnicy nigdy nie doświadczają, i który w dzisiejszej kontynuacji swojej relacji opisuje powrót do Polski po tym, jak udało mu się szczęśliwie uciec z obozu dla wysiedleńców w Rosji i w końcu przekroczyć granicę rosyjsko-polską.

W pociągu, który zabierał mnie coraz dalej w głąb Polski, panowała cisza jak makiem zasiał. Moje myśli krążyły w kółko. Jak to możliwe, że kontrola graniczna mnie nie wykryła?! - - - W końcu musiałem wyjść z mojej niewygodnej sytuacji i pokazać się innym pasażerom. Byli niezmiernie zaskoczeni, ale od razu przedstawiłem się jako Polak, który w 1939 roku trafił do rosyjskiej niewoli, a teraz udało mu się uciec. Mimo to niektórzy chcieli mnie zgłosić, podczas gdy inni – a była to większość – nie tylko ukryli mnie przed kontrolą, ale nawet kupili mi bilet, gdy konduktor znalazł mnie bez biletu. W ten sposób dotarłem bezpiecznie do Lublina.

Kiedy wysiedliśmy w Lublinie i chciałem wejść do poczekalni, nagle obok mnie stanęła polska sierżant (feldwebel). Szepnęła mi do ucha: „Proszę udać się do Polskiego Czerwonego Krzyża na dworcu! Tam proszę wejść do trzeciego pokoju i powiedzieć, że przysłała pani Agnieszka”. Zrobiłam, jak mi polecono. Dumny Polak, którego od razu można było rozpoznać jako wyższego rangą oficera, przyglądał mi się przez chwilę, a następnie kazał mi czekać na zewnątrz. Słyszałam rozmowę telefoniczną, ale nic nie rozumiałam. Po około pół godzinie wyszedł ze swojego pokoju i poprosił mnie do siebie. Mówił bardzo uprzejmym tonem, zadawał kilka nieistotnych pytań. Nagle powiedział: „W tej chwili nie ma dla nas znaczenia, kim pan jest. Proszę tu zostać, otrzyma pan dowód tożsamości, pieniądze, rzeczy i wszystko inne. Wie pan zapewne, gdzie ma pan zostać przydzielony”. Oczywiście odpowiedziałem, że wiem. Nie chcę jednak wstąpić do Armii Krajowej w Lublinie, ale w Poznaniu lub Sierpcu. Na to on odpowiedział: „Jeśli był pan Polakiem, nie figurującym na żadnej liście ludności, to nawet dobrze, że pojawiają się tam ludzie znający Rosję. Jeśli jednak kiedykolwiek figurował pan na liście ludności (Volkslista), to powinien pan pozostać u nas w Lublinie i – ukryć się tutaj”. Jego szczerość na chwilę odebrała mi mowę. Jednak błyskawicznie zdałem sobie sprawę, że pod żadnym pozorem nie należy przyznawać się do posiadania listy ludności, więc ponownie bezczelnie odpowiedziałem: „Jestem Polakiem”. W rezultacie pozostałem w Lublinie przez cały dzień, otrzymałem pieniądze i prowiant, a polski urzędnik wysłał mnie w kierunku Poznania i Leszna, dając mi hasło, które miałem dobrze zapamiętać. Miałem dokładne instrukcje, do kogo mam się tam zwrócić. Ogolony i świeżo umyty, w końcu z prawdziwym biletem w ręku, wyruszyłem w kierunku ojczyzny.

                                                             Z powrotem w Łodzi

Około południa dotarłem na łódzki dworzec (Dworzec Fabryczny), przeszedłem bez przeszkód przez blokadę i znalazłem się w Łodzi, mieście moich marzeń. Z bijącym sercem spacerowałem po mieście, chciałem tylko raz zobaczyć, jak się mają moi bliscy, przebrać się w domu i następnie, zgodnie z moim biletem, pojechać dalej w kierunku Poznania, a później, co nie było przewidziane w bilecie, udać się do Niemiec. Na moje nieszczęście w parku przy Dworcu Fabrycznym spotkałem sąsiada, który był całkowicie zaskoczony i nie wierzył własnym oczom. Wiedział przecież, że 1 marca 1945 r. wyjechałem transportem do Rosji, a dziś był 17 kwietnia – czyli zaledwie siedem tygodni później – więc musiało to być jakieś dziwne zjawisko, że ten Niemiec znów był wolny. Był to Polak, który był mi życzliwie nastawiony, ale teraz miał na sobie mój płaszcz i garnitur. Wykorzystał „nowe czasy” i zorganizował sobie większość moich rzeczy. Przyjrzałem mu się od stóp do głów, a on od razu zrozumiał, co oznacza moje spojrzenie. Szybko powiedział: „Ubrałem się w twoje rzeczy, żeby nie dostały się do nich mole”.

Mężczyzna był troskliwy... Odpowiedziałem, że to w porządku, ale raczej nie będę już mógł ich używać... Chociaż początkowo zamierzałem wieczorem udać się do moich bliskich, nie mogłem odrzucić jego propozycji, aby pojechać z nim do domu już teraz. Zapłacił nawet za bilet. Kiedy skręciliśmy w Alexanderhofstraße/Aleksandrowska, powiedział, że musi jeszcze odwiedzić swoją matkę. Począłem coś podejrzewać, ale nie mogłem wysiąść w pobliżu mojego miejsca zamieszkania i ukrywać się do wieczora, więc pojechałem do domu.

Zapukałem – można sobie wyobrazić zdziwienie mojej żony, kiedy otworzyła drzwi i mnie rozpoznała! Nie rozmawialiśmy zbyt wiele, nie mogła mi darować, że znów się tu pojawiłem. „Wracaj do Niemiec!” Wyjaśniłem jej, że jeszcze tej nocy ucieknę, ale najpierw chcę się przebrać, przede wszystkim pozbyć się wszy i porządnie zjeść.

                                                                    Nowe aresztowanie

Ledwie skończyłem mówić, a żona postawiła coś do jedzenia na stole – ktoś zapukał! Milczeliśmy, ale pukanie stawało się coraz głośniejsze, więc poszedłem otworzyć. Weszło trzech Polaków, właściwie starych znajomych, z którymi przeżyłem wiele, ale dziś byli wysokimi rangą członkami milicji. Spojrzeli na mnie i miałem wrażenie, że patrzą przeze mnie, ponieważ gapią się na mnie jak na Marsjanina. Na moje pytanie, czego ode mnie chcą, czy znów mnie aresztują, odpowiedzieli: tak. – A dlaczego? – zapytałem. „Rozkaz rosyjskiego dowódcy!” Próbowałem przypomnieć im o minionych czasach, a także o obietnicach i przysięgach, które mi kiedyś złożyli. Wtedy jeden z nich zapytał, dlaczego byłem tak głupi, że wróciłem do własnego domu, i że powinienem był raczej przyjść do niego i jego żony. Na moje pytanie, skąd dowiedzieli się o moim przybyciu, odpowiedzieli: „Dobrzy sąsiedzi cię wydali. Wiedzieliśmy nawet, jakim tramwajem przyjechałeś”. Hojnie, jako dawni przyjaciele, pozwolili mi przynajmniej się przebrać i szybko coś zjeść.

Teraz ponownie udaliśmy się na posterunek policji na rogu ulicy Sierakowskiego. Nie było tam żadnych obcych twarzy, wszyscy byli mi znani, ale mimo to nikt nie był w stanie mi pomóc. Wszyscy rozmawiali o tej sprawie, ja również próbowałem ożywić dawno zapomniane wydarzenia. W końcu wszyscy zgodzili się, że Polacy nie będą mnie już aresztować, o ile rosyjski komendant wypuści mnie na wolność.

Komendantura znajdowała się w budynku właściciela fabryki Buhle. Znana mi polska milicja towarzyszyła mi w tej drodze do Canossy. Czekały tam na mnie kolejne przesłuchania. Polscy świadkowie zgłaszali się dobrowolnie i wychwalali moje dobre zachowanie w czasie niemieckiej okupacji. Rosyjski komendant nie wiedział, co zrobić, i pomimo wielu interwencji nie czuł się uprawniony do zwolnienia mnie. Powód: „N. miał kiedyś listę ludową” - Volksliste.  i tak zostałem przekazany NKWD do dalszej oceny.

                                                              W więzieniu NKWD

Trafiłem do więzienia przy ulicy Kilinskiego 152 w Łodzi. Przez dwie doby siedziałem w pokoju recepcyjnym, nie będąc przesłuchiwanym. Ponieważ protokół komendanta został przekazany, wiedzieli o mnie wszystko i o tym, że przybyłem z Rosji. Oczywiście podczas przesłuchań nigdy nie przyznałem się, że uciekłem z Rosji, tylko „zostałem zwolniony z powodu choroby”. Wszyscy się z tego śmiali i nikt mi nie wierzył, ale ja pozostałem przy swoim...

Wtedy popełniłem największy błąd w moim życiu. Podczas drugiej nocy w pokoju przyjęć przyprowadzono do mnie skrępowanego, pokrytego krwią człowieka.

Zaczęliśmy powoli rozmawiać z zachowaniem dystansu. Nie zauważyłem, że wciągnął mnie w coraz głębszą rozmowę. Już w 1918 roku uciekł z Charkowa przed bolszewikami, a teraz złapali go tutaj. Kiedy dowiedział się, że ja też byłem w Charkowie, chciał wiedzieć, jak tam wygląda sytuacja i jak żyją tam ludzie. I tak się złożyło, że opowiedziałem mu trochę o prawdziwej sytuacji w „raju”. Że w Rosji panował głód i jedzono chleb z nasion słonecznika – przed końcem wojny w 1945 roku! – że takie delikatne rzeczy, jakie miałem teraz w domu, nosił co najwyżej burmistrz Moskwy i tak dalej.

Następnego ranka zabrano mojego współwięźnia, a pół godziny później mnie. Przesłuchiwał mnie major NKWD; nagle zmienił temat i zapytał, jak by to było, gdybym dzisiaj umarł, a moje rzeczy zostały wysłane do burmistrza Moskwy... Błyskawicznie zorientowałem się w sytuacji i zapytałem go niewinnie, czy mógłby wyrazić się jaśniej. I wtedy wyszło na jaw wszystko, co powiedziałem mojemu rzekomemu współwięźniowi. Zaprzeczyłem i stanowczo wszystkiemu zaprzeczyłem, nawet podczas konfrontacji pozostałem nieugięty. Bicie i pistolet przy skroni nie mogły skłonić mnie do wyznania prawdy. Niech panowie się wysilają; zbyt dobrze wiedziałem, o co toczy się gra: jeśli się przyznasz, to pozostało ci tylko kilka minut, które możesz spędzić na tej pięknej ziemi...

Przez trzy dni torturowano mnie w sposób ledwo do zniesienia, ale pozostałem nieugięty. Czwartego dnia umieszczono mnie w celi, w której przebywało około 40 innych więźniów. Więźniowie nie byli Niemcami, tylko Polakami. Wśród nich byli byli oficerowie, policjanci, wysocy urzędnicy i konfidenci, czyli niemieccy donosiciele. Nie wiem, kto zadbał o to, aby wszyscy wiedzieli: „Ten nowy uciekł z Rosji!”. W każdym razie wszyscy mnie atakowali i chcieli dowiedzieć się jak najwięcej o Rosji. Ja jednak byłem ostrożny i zachowałem rozwagę, bo mowa jest srebrem, a milczenie złotem! Wolałem milczeć jak grób, ale już następnego dnia do naszej celi przyprowadzono kolejnego więźnia. Rozpoznałem w nim mojego byłego dowódcę batalionu z polskiej armii. On również mnie rozpoznał i również chciał wiedzieć, jak wygląda sytuacja w Rosji. Zacząłem więc mówić, ale nie tak jak poprzednio: źle, lecz przedstawiałem wszystko w jasnych, czerwonym barwach, wychwalałem Rosję, jak mało kto na tym świecie wychwalał „raj”. Na pytanie mojego byłego dowódcy batalionu, dlaczego nie zostałem tam, gdzie było tak dobrze, tylko się roześmiałem i mrugnąłem okiem. . .

Tak się złożyło, że po pięciu tygodniach zostałem przeniesiony z więzienia do Sikawy.

                                                                     (ciąg dalszy nastąpi)


Jeder von uns hat viel erlebt. Damit es nicht im Meer der Vergessenheit versinkt, sollte es aufgeschrieben werden, wie es dieser Lodzer Landsmann getan hat, dem das Jahr 1945 so bunte und vielfältige Erlebnisse bescherte, wie sie dem gewöhnlich Sterblichen niemals zuteil werden, und der uns in der heutigen Fortsetzung seines Berichtes die Rückkehr nach Polen schildert, nachdem es ihm gelungen war, aus dem Verschleppten lager in Rußland glücklich auszubrechen und endlich auch, die russisch-polnische Grenze zu überschreiten.

Im lag mucksmäuschenstill in dem Zuge, der mich immer weiter nach Polen hineintrug. Meine Gedanken kreisten in der Runde. Wie war es möglich gewesen, daß mich die Grenzkontrolle nicht entdeckt hatte?! - - - Endlich mußte ich aus meiner unbequemen Lage heraus und mich den anderen Fahrgästen zeigen. Die waren nicht wenig erstaunt, aber ich gab mich gleich als Pole aus, der 1939 in russische Gefangenschaft geriet und dem jetzt die Flucht gelang. Trotzdem wollten die einen mich anzeigen, während die anderen - und das war die Mehrheit - mich nicht nur vor Kontrollen versteckten, sondern sogar eine Fahrkarte lösten, nachdem mich ein Schaffner ohne Fahrkarte angetroffen hatte. So kam ich gut bis Lublin durch.

Als wir in Lublin ausstiegen und ich eben in den Wartesaal treten wollte, stand plötzlich eine polnische Sergeantin (Feldwebel) neben mir. Sie rief mir leise zu: Begeben Sie sich zum Polnischen Roten Kreuz auf dem Bahnhof! Dort gehen Sie in das dritte Zimmer und sagen, daß Agnieszka Sie geschickt hätte. - Ich tat wie mir befohlen. Ein stolzer Pole, dem man den höheren Offizier sofort ansah, musterte mich einige Zeit und hieß mich dann draußen warten. Ich hörte telefonieren, konnte aber nichts verstehen. Nach ungefähr einer halben Stunde kam er aus seinem Zimmer und bat mich zu sich. Er redete in sehr höflichem Ton, fragte einiges Belanglose. Auf einmal sagte er: "Uns ist im Moment ganz gleich, wer Sie sind. Bleiben Sie hier, Sie bekommen Ausweis, Geld, Sachen und alles andere. Wo Sie eingegliedert werden sollen, wissen Sie wohl." Natürlich antwortete ich, daß ich Bescheid wisse. Doch möchte ich nicht in Lublin der A.K. (Armia Krajowa) beitreten, sondern in Posen oder Lissa. Darauf meinte er: "Wenn Sie Pole waren, ohne jegliche Volksliste, dann ist es sogar gut, daß auch dort Leute auftauchen, die Rußland kennen. Besaßen Sie aber jemals eine Volksliste, dann sollten Sie bei uns in Lublin bleiben und - hier untertauchen." Seine Offenheit verschlug mir für einen Augenblick die Sprache. Überdachte aber blitzschnell, daß es unter gar keinen Umständen gut sei, den vormaligen Besitz der Volksliste zuzugeben und so antwortete ich wieder dreist: "Ich bin Pole." Daraufhin blieb ich in Lublin einen ganzen Tag, faßte Geld und Verpflegung und wurde mit einem Kennwort, welches ich mir gut einprägen sollte, von dem polnischen Beamten in Richtung Posen und Leszno in Marsch gesetzt. Hatte genaue Anweisung, an wen ich mich dort wenden sollte. Glattrasiert und frischgewaschen fuhr ich, endlich mit einer richtigen Fahrkarte in der Hand, in Richtung Heimat los.

                                                                Wieder in Lodz

Gegen Mittag traf ich auf dem Lodzer Bahnhof (Dworzec Fabryczny) ein, ging unbehelligt durch die Sperre und befand mich in Lodz, der Stadt meiner Träume. Mit einigem Herzklopfen spazierte ich durch die Stadt, wollte nur einmal hinschauen, wie es wohl meinen Angehörigen gehen mochte, mir zu Hause andere Sachen anziehen und dann ganz so, wie es meine Fahrkarte vorsah, in Richtung Posen weiterfahren und später, was die Fahrkarte nicht vorsah, mich nach Deutschland absetzen. Zu meinem Unglück begegnete ich in dem Park am Dworzec Fabryczny einem Nachbarn, der ganz verdutzt war und glaubte, seinen Augen nicht zu trauen. Wußte er doch, daß ich am 1. März 1945 mit einem Transport nach Rußland abgefahren war und heute hatten wir den 17. April - also noch nimt sieben Wochen später - da mußte es mit dem Kuckuck zugegangen sein, daß dieser Niemiec schon wieder frei war. Es war ein an sich mir gut gesonnener Pole, nur steckte er jetzt in meinem Mantel und auch Anzug, er hatte die "neue Zeit" ausgenutzt und sich einen Großteil meiner Sachen organisiert. Ich musterte ihn von oben bis unten und er begriff sofort, was mein Mustern zu bedeuten hatte. Schnell sagte er: "Ich habe mir deine Sachen angezogen, damit die Motten nicht reinkommen sollen." Der Mann war fürsorglich - - - -. Ich erwiderte hierauf, es sei schon gut, ich werde sie wohl kaum noch gebrauchen können . . . . Obwohl ich erst beabsichtigt hatte, gegen Abend zu meinen Angehörigen zu gehen, konnte ich schlecht seinen Vorschlag ablehnen, gemeinsam mit ihm nach Hause zu fahren und zwar schon jetzt. Er bezahlte noch die Fahrkarte. Als wir in die Alexanderhofstraße/ Alexandrowska einbogen, meinte er, er müsse noch mal seine Mutter besuchen. Ich schöpfte Verdacht, konnte aber unmöglich mehr in der Nähe meines Wohnortes abspringen und mich bis abends verstekken, deshalb fuhr ich eben bis nach Haus.

Ich klopfte - das Erstaunen meiner Frau kann man sich vorstellen, als sie öffnete und mich erkannte! Viel sprachen wir nicht, sie konnte mir den Vorwurf nicht ersparen, weshalb ich mich wieder hierher wage. "Geh nach Deutschland!" Ich erklärte ihr, daß ich noch diese Nacht abhauen würde, nur wollte ich mich umziehen, vor allen Dingen meine Läuse loswerden und auch einmal richtig essen.

                                                               Neue Verhaftung

Kaum hatte ich mein Sprechen beendet und die Frau etwas Eßbares auf den Tisch gestellt - klopfte es! Wir schwiegen, aber das Klopfen wurde lauter und ich ging und öffnete. Herein kamen drei Polen, eigentlich alte Bekannte, mit denen ich schon durch dick und dünn gegangen war, heute aber hohe Angehörige der Miliz. Sie sahen mich an und ich glaubte, sie sähen durch mich hindurch, denn sie bestaunten einen wie einen Marsmenschen . Auf meine Frage, was sie denn von mir wollten, ob etwa wieder verhaften, antworteten sie: ja. - Und warum? fragte ich. "Befehl vom russischen Kommandanten !" Ich versuchte sie an vergangene Zeiten zu erinnern sowie an die Versprechen und Schwüre, die sie mir einst gaben. Darauf äußerte sich einer, warum ich denn so dumm gewesen sei, ins eigene Haus zurückzukehren, ich hätte lieber zu ihm und seiner Frau kommen sollen. Auf meine Frage, wie sie meine Ankunft hier erfahren hätten, antworteten sie: "Die guten Nachbarn haben dich verpfiffen. Wir wußten sogar, mit welcher Straßenbahn du gefahren bist." Großzügig, als ehemalige Freunde, gestatteten sie, daß ich mich wenigstens umziehen konnte und schnell etwas in den hungernden Magen steckte.

Nun ging es abermals zum Polizeirevier an der Ecke Sierakowskiego. Kein fremdes Gesicht dort, vielmehr alles Bekannte und trotzdem - von keinem eine Hilfe. Alle sprachen zu dem Fall, auch ich, versuchte, längst in Vergessenheit Geratenes neu zu beleben. Zum Schluß waren sich alle einig daß mich die Polen nicht mehr verhaften würden, sofern mich der russische Kommandant auf freien Fuß setzte. 

Die Kommandantura befand sich in dem Gebäude des Fabrikbesitzers Buhle. Polnische bekannte Miliz begleitete mich auf diesem Gang nach Canossa. Verhör um Verhör wartete dort meiner. Polnische Zeugen marschierten freiwillig auf und sangen Loblieder auf mein gutes Verhalten zur Zeit der deutschen Besetzung. Der russische Kommandant wußte schließlich weder aus noch ein, er glaubte sich trotz vieler Fürsprachen nicht berechtigt, mich auf freien Fuß zu setzen. Begründung: "N. hat einmal eine Volksliste gehabt", und so wurde ich der NKWD zur weiteren Beurteilung übergeben.

                                           Im NKWD Gefängnis

Ich landete im Gefängnis auf der Kilinskiego 152 in Lodz. Zwei Tage und zwei Nächte saß ich im Zimmer der Aufnahme, ohne daß ich verhört wurde. Da das Protokoll des Kommandanten ja mitkam, wußten sie über mich, Bescheid und daß ich ein Ankömmling aus Rußland wäre. Natürlich habe ich bei den Vernehmungen nie zugegeben, daß ich aus Rußland geflohen bin, sondern .,ich wurde wegen Krankheit entlassen". Alle lachten darüber und keiner glaubte es, ich aber blieb dabei . . . .

Nun kam der größte Fehler, den ich je gemacht hab. Während der zweiten Nacht in den Aufnahmeräumen brachte man einen gefesselten mit Blut besudelten Menschen zu mir. Wir fingen langsam auf Distanz an zu sprechen. Er verwickelte mich in ein immer tieferes Gespräch, ohne daß ich es merkte. Schon 1918 sei er aus Charkow vor den Bolschewisten geflohen und jetzt hätten sie ihn hier gegriffen. Als er nun erfuhr, daß ich auch in Charkow war, wollte er wissen, wie es dort aussähe und wie es den Leuten dort ginge. Und da passierte es, daß ich ihm einiges von den wahren Verhältnissen im "Paradies" erzählte. Daß nämlich in Rußland Hungersnot herrschte und man Brot aus Sonnenrosenkernen verzehrte, - vor Kriegsende 1945! - daß solch, feine Sachen, wie ich sie jetzt von zu Hause hatte, höchstens der Bürgermeister von Moskau anzöge, und so weiter.

Am nächsten Morgen holte man meinen Mitgefangenen, nach einer halben Stunde mich. Ein NKWD-Major verhörte mich; plötzlich wechselte er das Thema und meinte, wie es denn wohl wäre, wenn ich heute sterbe und meine Sachen dem Bürgermeister von Moskau geschickt würden - - - - Blitzartig erfaßte ich die Situation und fragte ihn harmlos, er möge deutlicher werden. Und da kam schon alles ans Tageslicht, was ich meinem angeblichen Mitgefangenen erzählt hatte. Ich leugnete und stritt rundheraus alles ab, sogar bei einer Gegenüberstellung blieb ich hart. Prügel und die Pistole im Genick konnten mich nicht von meinem Leugnen abbringen. Sollten sich die Herren anstrengen; ich wußte zu genau, was auf dem Spiele stand: gibst du es zu, dann sind es nur noch Minuten, die du auf dieser schönen Erde verbringen kannst ...

Drei Tage lang wurde ich auf kaum mehr erträgliche Weise gefoltert, blieb aber hart. Am vierten Tag legten sie mich in eine Zelle, in der sich ungefähr 40 andere Gefangene befanden. Die Gefangenen waren keine Deutschen, vieimehr lauter Polen. Darunter ehemalige Offiziere, Polizei, hohe Beamte und Konfidenten, d. h. deutsche Spitzel. Wer dafür gesorgt hat, daß es alle wußten: Der Neue da ist aus Rußland entflohen! - weiß ich nicht. Jedenfalls bestürmten mich alle und wollten viel über Rußland wissen. Ich aber war ein gebranntes Huhn und blieb vorsichtig, Reden ist Silber, Schweigen Gold! Ich schwieg lieber wie Eisen,

Gleich am nächsten Tag 'brachte man abermals einen Gefangenen in unsere Zelle. Ich erkannte in ihm meinen ehemaligen Bataillonskommandeur aus der polnischen Wehrmacht. Auch er erkannte mich, auch er wollte wissen, wie es in Rußland aussehe. Da fing ich an zu reden, aber nicht wie zuvor: schlecht, sondern malte alles in leuchtend roten Farben, lobte Rußland, wie wohl kaum ein Mensch auf dieser Welt das "Paradies" gelobt hat. Auf die Frage meines ehemaligen Bataillonskommandeurs, warum ich denn nicht dort blieb, wo es so gut sei, lachte ich bloß und zwinkerte mit den Augen. . .

So kam es, daß ich nach fünf Wochen vom Gefängnis nach Sikawa transportiert wurde. 

                                                          (Fortsetzung folgt)


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz