piątek, 16 stycznia 2026

Z dni 1945 roku - Margarete Riske - Sikawa - Łódź - Der Heimatbote - 9/1953 - cz.8

                                                     WYJEŻDŻAMY DO NIEMIEC!

Wracamy do obozu koncentracyjnego Sikawa. Krążą tu plotki, że duża grupa osób starszych i chorych ma zostać wywieziona do Niemiec. Rzeczywiście pojawiła się komisja i przeszukiwała wszystkie pomieszczenia w poszukiwaniu odpowiednich osób. Miałam szczęście i znalazłam się wśród nich. Początkowo sytuacja nas, wyselekcjonowanych, pogorszyła się: trafiliśmy do specjalnych baraków, nie mieliśmy już miejsca na składowanie rzeczy, a wyżywienie też nie było już takie samo. Ale co to znaczyło w porównaniu z nadzieją na szybkie wyzwolenie? Mniej więcej 6 stycznia 1946 r. musieliśmy wszyscy ustawić się na dziedzińcu obozowym zaraz po otrzymaniu chleba i uważnie słuchać, kiedy zostaną odczytane nasze nazwiska. Było strasznie ślisko i mogliśmy chodzić tylko z wielką ostrożnością. Musieliśmy tak wytrzymać do godziny 14:00, aż wszystkie nazwiska zostały wywołane. Nie było żadnego jedzenia! W pośpiechu zabraliśmy wszystkie nasze bagaże i musieliśmy zgłosić się w określonym miejscu. Każdy dostał dwa kilogramy chleba i odrobinę tłuszczu, to było prowiant na drogę. Większość od razu włożyła tłuszcz do ust.

Chorzy i słabi zostali przewiezieni samochodami na stację kolejową; reszta z nas około godziny 3 rano podążała za nimi pieszo. Była to nieskończenie męcząca wędrówka. Cierpiałam nieludzkie męki i często miałam ochotę wyrzucić swój bagaż. Przepędzono nas przez całą Łódź, a nasza wędrówka zakończyła się gdzieś na dworcu towarowym. Przez pierwsze godziny byłam w pierwszych rzędach, a pod koniec szłam jako ostatnia, ciągle uderzana kolbą karabinu, ale biegłam jak ślimak. Pozostali już dawno znaleźli się w pierwszych wagonach, wepchnęli mój worek do środka, w końcu sama też tam dotarłam i wyczerpana opadłam na swój worek. Nie wiem, kiedy, czy i jak wszystko potoczyło się dalej...

Ocknęłam się dopiero, gdy pociąg ruszył. Świtał dzień i zauważyłam, że wokół mnie byli sami obcy ludzie. Nad głową miałam strzelnicę w wagonie, przez którą wytężyłam wzrok, aby rozpoznać okolicę. Wciąż obawialiśmy się, że zostaniemy przewiezieni do Rosji. Jednak kiedy dotarliśmy do okolic Poznania, wszystkie obawy zniknęły; zmierzaliśmy w kierunku ojczyzny, kraju, z którego kiedyś wyruszyli nasi przodkowie! Jechaliśmy od poniedziałku do czwartku. Po drodze czasami otwierano drzwi i pytano, czy są w wagonie zmarli i czy ktoś musi wyjść. Trzeba było się spieszyć, ale potem wagony często stały godzinami, zwłaszcza w nocy, na stacjach kolejowych. Przez całą podróż nie podano nam ani wody, ani żadnego innego płynu. Nie zjedliśmy naszych dwóch kilogramów chleba w ciągu trzech dni, nie mieliśmy już śliny, aby przełknąć chleb. Podróż trwała dalej, a w środę rano pociąg powoli przejechał przez zniszczony most na Odrze koło Frankfurtu. Po drodze wielokrotnie widzieliśmy zniszczenia i spustoszone krajobrazy, wojna przetoczyła się nad nimi! Ojczyzno! Gdzie podziała się twoja uroda i piękno? Została zniszczona przez wściekłą furię wojny, przez walce parowe armii! Tak, grzech jest zgubą ludzi, a kto chwyta za miecz, ten przez miecz zginie! Straszne jest, gdy Bóg cofa swoje błogosławione ręce! -

Wjechaliśmy na stację we Frankfurcie i usłyszeliśmy: wszyscy wysiadać! Najpierw odszukałam moich znajomych, a potem poszłam z nimi do kranu, żeby się umyć. Ach, to była nieopisana przyjemność!!! – Trudno nam było oswoić się z uczuciem, że możemy poruszać się samodzielnie, bez polskiego nadzoru. Wróciliśmy na peron i znaleźliśmy tam siostrę Anneliese, której właśnie nadzorca powierzył kierowanie transportem. Właśnie ogłoszono: wsiadać do pociągu do Berlina! Były to otwarte wagony towarowe, w których w pośpiechu szukaliśmy miejsca. Chorzy musieli zostać i mieli być przewiezieni dalej pociągiem sanitarnym. Siostra Anneliese była ciężko chora, ale zmusiła się z całych sił i wsiadła do naszego pociągu. Ogrzewaliśmy ją naszymi kocami i tak następnego ranka dotarła do Berlina, siedząc, ale z gorączką. Najpierw pogoda się zmieniła i zaczęło padać. Siedzieliśmy więc zmarznięci, głodni i zmęczeni w deszczu na naszych tobołkach, gdy pociąg zatrzymał się w półmroku. Personel odjechał, a my siedzieliśmy i czekaliśmy do jasnego poranka. 

Poranek minął, była chyba godzina 10. Podszedł do nas pracownik kolei i powiedział, że powinniśmy wsiąść do pociągu, do zamkniętego wagonu bydlęcego, abyśmy mogli schronić się przed ulewnym deszczem. Na stacji nie wiedzieli, co mają z nami zrobić. „Być może będziecie musieli wrócić do Polski!” – Cóż za wspaniała perspektywa! Z trudem udało się przesiąść i każdy szukał sobie suchego miejsca w wagonie. Starszy mężczyzna, który upadł podczas wysiadania, leżał w kałuży i nikt nie pospieszył mu z pomocą, ja również! – Teraz widzimy, że ktoś przyniósł gorącą wodę z lokomotywy, idziemy za nim jak stado i jaka to ulga, pozwolić, by gorąca woda spływała po nas, tchnęła nowe życie i dodała odwagi! Obserwujemy, jak kilku żołnierzy odłącza się od naszego transportu, mają bagaż na plecach i opuszczają nas. „Dokąd idziecie?” „Do mam”, i radośnie machają czapkami. – „Siostro Anneliese, masz tu swój dom rodzinny, chodź, my też wysiadamy”. I szybko, jakby ktoś mógł nas zatrzymać, spakowaliśmy nasze tobołki i czwórką ruszyliśmy w drogę. Kawałek wzdłuż nasypu kolejowego, a potem w dół do miasta, mijając niezliczone ruiny i gruzowiska. Co kilka kroków musieliśmy się zatrzymywać. Pani Süßmilch ciągle wymiotowała, a Anneliese nie mogła już chodzić. Miała silne bóle stawów. A my dwie pozostałe, oprócz naszego bagażu, niosłyśmy jeszcze rzeczy pozostałych dwóch. Zatrzymaliśmy przechodnia, pytając, czy nie moglibyśmy gdzieś dostać wózka. Roześmiał się: „Nie macie pojęcia o Berlinie”. Spotkaliśmy kilka młodszych kobiet z wózkiem ręcznym. Zwróciłem się do nich i zapytałem, dokąd zmierzają. Kiedy usłyszały, że chcemy dotrzeć do domu macierzystego diakonis w Dahlem, zgodziły się zabrać nasz bagaż. Nasza czwarta towarzyszka niedoli, pani Tutscheck, miała jeszcze tyle siły, że mogła iść z kobietami, a my trzy powoli podążaliśmy za nimi. Po południu dotarliśmy do domu diakonis, a siostra Anneliese przeżyła wzruszający „powrót do domu”: przełożona, siostry i lekarze powitali kobietę, którą uważano za zmarłą. Wszyscy zostaliśmy otoczeni wielką miłością, wykąpani, położeni do łóżek, zostaliśmy tam kilka dni i odpoczęliśmy od Sikawy i wszystkiego innego. Z nową energią kontynuowaliśmy podróż, najpierw do moich krewnych w Hohenleipisch, potem Anna Süßmilch udała się do Lipska, a ja do mojego syna w Tann koło Hersfeld. W jak wielkiej potrzebie łaskawy Bóg rozpostarł nade mną swoje skrzydła.

Księga Izajasza 38,17: Oto bardzo się bałem o pocieszenie. Ale Ty serdecznie przyjełeś moją duszę.

                                                                                                              Margarete Riske.


                                              ES GEHT NACH DEUTSCHLAND!

Wir kehren in das KZ Sikawa zurück. Hier wurde mittlerweile das Gerücht laut, daß ein großer Transport Alter und Kranker nach Deutschland fortgeschafft werden sollte. Tatsächlich erschien, eine Kommission und suchte in allen Räumen die Betreffenden heraus. Ich hatte Glück und geriet auch darunter. Zunächst änderte es sich mit uns Aussortierten zum Schlechten: wir kamen in besondere Baracken, hatten keinen Lagerplatz mehr und die Verpflegung funkte auch nicht mehr recht. Aber was bedeutete das gegenüber der Hoffnung, bald erlöst zu werden? Etwa am 6. Januar 1946 mußten wir uns gleich früh nach dem Brotempfang alle auf dem Lagerhof aufstellen und scharf aufpassen, wann unsere Namen verlesen würden. Es war furchtbares Glattes und wir konnten nur mit großer Vorsicht laufen. So mußten wir bis nachmittags 2 Uhr aushalten - bis alle Namen aufgerufen waren. Essen gab es keins! In Hast holten wir alle unser Gepäck und hatten uns an einer bestimmten Stelle einzufinden. Jeder bekam zwei kg Brot und einen Klecks Fett, das war die Wegzehrung. Das Fett steckten die meisten gleich in der Mund.

Die Kranken und Schwachen wurden mit Autos zur Bahn gefahren; wir übrigen trotteten gegen 3 Uhr auf Schusters Rappen hinterher. Es war ein unendlich saurer Gang. Ich habe mich unmenschlich gequält und hatte öfter Lust, mein Gepäck wegzuwerfen. Wir wurden durch ganz Lodz getrieben, draußen irgendwo auf einem Güterbahnhof endete unser Lauf. In den ersten Stunden war ich in den vorderen Reihen und in den letzten schleppte ich mich als allerletzte mit immer wieder mit seinem Gewehrkolben, doch ich lief wie eine Schnecke. Die anderen waren schon längst in die vorderen Wagen, würgte meinen Sack zur Tür hinein, kam schließlich selbst auch noch hinterher und sank erschöpft auf meinen Sack. - Wann, ob und wie alles weiter ging, weiß ich nicht...

Ich kam erst wieder zu mir, als der Zug fuhr. Der Tag graute und ich bemerkte, daß alles fremde Menschen um mich waren. Über mir eine Schießscharte im Wagen, dahinaus schaute ich angestrengt, ob ich die Gegend wohl erkennen würde. Wir befürchteten immer noch, nach Rußland transportiert zu werden. Doch als wir in die Gegend von Posen kamen, waren alle Befürchtungen verscheucht; es ging der Heimat entgegen, dem Lande, aus dem die Urväter einst ausgezogen waren! Wir fuhren von Montag bis Donnerstag. Unterwegs wurden manchmal die Türen geöffnet, gefragt, ob Tote drin seien und ob jemand austreten müßte. Das mußte ganz eilig gehen; hinterher aber standen die Wagen oft stundenlang, besonders in der Nacht, auf den Bahnhöfen still. Uns wurde auf der ganzen Fahrt weder Wasser noch sonst welche Flüssigkeit gereicht. Unsere zwei Kilo Brot haben wir in der drei Tagen nicht aufgegessen, wir hatten keinen Speichel mehr, um das Brot schlucken zu können. Es ging weiter, und am Mittwoch früh überquerte der Zug langsam die zertrümmerte Oderbrücke bei Frankfurt. Unterwegs hatten wir immer wieder Zerstörungen und verwüstete Landschaften gesehen, der Krieg war darüber hingebraust! Heimatland! Wo blieb deine Lieblichkeit und Schönheit? Zerfetzt war sie von der wütenden Kriegsfurie, von den Dampfwalzen der Heere! Ja, die Sünde ist der Leute Verderben und wer das Schwert nimmt, soll durch das Schwert umkommen! Furchtbar ist es, wenn Gott seine segnenden Hände zurückzieht! - 

Nun fuhren wir in den Bahnhof von Frankfurt ein und es hieß: alles aussteigen! Zuerst suchte ich meine Bekannten wieder und ging dann mit diesen zum Waschen an die Wasserleitung. Ach, das war ein unbeschreiblicher Genuß!!! - Das Gefühl, sich selbständig, ohne polnische Aufsicht bewegen zu dürfen, wollte uns nur schwer kommen. Wir gingen zum Bahnsteig zurück und fanden dort auch Schwester Anneliese wieder, die soeben vom Aufsichtsbeamten mit der Führung des Transportes beauftragt worden war. Soeben wurde ausgerufen: Einsteigen in den Zug nach Berlin! - Es waren offene Güterwagen, in denen wir uns in aller Hast einen Platz suchten. Die Kranken mußten zurückbleiben und sollten mit einem Sanitätszug weiterbefördert werden. Schwester Anneliese war schwerkrank, aber sie zwang sich mit aller Gewalt und stieg mit in unseren Zug ein. Wir verwahrten sie mit unseren Decken und so kam sie sitzend am anderen Morgen, jedoch fieberkrank, in Berlin an. Zuerst war Wetter um und es fing an zu regnen. So saßen wir frierend, hungrig und müde im Regen auf unserem Bündel, als der Zug im Dämmerlicht hielt. Das Fahrpersonal ging fort und wir saßen und warteten weiter, bis in den hellen Morgen hinein. - 

Der Morgen verging, es war wohl 10 Uhr. da kommt ein Bahnarbeiter und sagt uns, wir sollten in den Zug einsteigen, der geschlossene Viehwagen hätte, damit wir doch Schutz fänden vor dem strömenden Regen. Sie wüßten hier auf dem Bahnhof nicht, was sie mit uns anfangen sollten. "Vielleicht müßt ihr wieder nach Polen zurück!" - Das waren ja reizende Aussichten! Mit Mühe wurde das Umsteigen bewerkstelligt und jeder suchte sich im Wagen ein trockenes Plätzchen. Ein alter Mann, der beim Aussteigen gefallen war, blieb in der Pfütze liegen und keiner sprang ihm zu Hilfe, auch ich nicht! - Jetzt sehen wir, daß einer sich von der Lokomotive heißes Wasser holte, wir gleich wie die Herde hinterher und was für ein Labsal, das brühheiße Wasser sich  hinunterrinnen zu lassen, neues Leben einflößend und neuen Mut! Wir beobachten, wie einige Landser sich von unserem Transport lösen, sie haben ihr Gepäck auf dem Rücken und verlassen uns. "Wo wollt ihr denn hin?" "Zu Muttern", und freudig schwenken sie ihre Mützen. - "Schwester Anneliese, du hast dein Mutterhaus hier, komm, wir steigen auch aus". Und eilig, als könnte uns jemand halten, packten wir unser Bündel zusammen und machten uns zu viert auf den Weg. Ein Stück den Bahndamm entlang und dann hinunter in die Stadt, an zahlllosen Ruinen und Trümmerstätten vorbei. Alle paar Schritt mußten wir haltmachen. Frau Süßmilch übergab sich andauernd und Anneliese wollten die Beine nicht mehr tragen. Sie hatte heftige Gelenkschmerzen. Und wir zwei übrigen trugen doch außer unserem Gepäck noch die Habseligkeiten der beiden anderen. Wir hielten einen Vorübergehenden an, ob wir nicht irgendwo einen Wagen bekommen könnten. Der lachte: "Ihr habt ne Ahnung von Berlin." Ein paar jüngere Frauen begegneten uns mit einem Handwagen. Auch die sprach ich an und sie fragten, wo wir denn hin wollten. Als sie hörten, daß wir nach dem Diakonissenmutterhaus Dahlem wollten, erwiesen sie sich willig, unser Gepäck mitzunehmen. Unsere vierte Leidensgenossin, Frau Tutscheck, hatte noch so viel Kraft, mit den Frauen mitzugehen und wir drei schlichen im Schneckentempo hinterher. - Nachmittags langten auch wir im Diakonissenhaus an und Schwester Anneliese erlebte ein rührendes "Heimkommen": Oberin, Schwestern und Aerzte begrüßten die Totgeglaubte. Wir alle wurden in großer Liebe verpflegt, gebadet, in Betten gepackt, wir blieben einige Tage und erholten uns von Sikawa und allem anderen. Neugestärkt setzten wir die Reise fort, zunächst zu meinen Verwandten nach Hohenleipisch, dann ging Anna Süßmilch nach Leipzig und ich zu meinem Sohn nach Tann bei Hersfeld. In wie viel Not hat nicht der gnädige Gott über mich Flügel gebreitet.

Jesaja 38,17: Siehe, um Trost war mir sehr bange. Du aber hast dich meiner Seele herzlich angenommen.

                                                                                                             Margarete Riske. 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz