niedziela, 4 stycznia 2026

Z dni 1945 roku - Margarete Riske - Sikawa - Ozorków - Der Heimatbote - 5/1953 - cz.4

 

Byliśmy więc w Sikawie! Od wielu dni nie jedliśmy nic i teraz musieliśmy stać godzinami na placu obozowym. Milicjant, który nas prowadził, wygłosił długą przemowę, w której między innymi powiedział, że otrzymujemy jedynie zadośćuczynienie za to, co Niemcy zrobili Polakom podczas sześcioletniej okupacji. Zapadał wieczór, robiło się już prawie ciemno, kiedy w końcu zapędzono nas jak stado bydła do kilku dużych baraków. Leżeliśmy zdezorientowani, ściśnięci jeden obok drugiego, a następnie po ośmiu lub dziewięciu zaprowadzono nas do budynku gospodarczego. Tam ponownie nas przeszukano i wielu z nas ponownie straciło swoje rzeczy, często te najbardziej niezbędne. Tak, kiedy zamknęliśmy za sobą bramy obozu dla więźniów, nie mieliśmy jeszcze pojęcia, jakie cierpienia nas czekają! Wszyscy, którzy wyszliśmy stamtąd żywi, będziemy musieli, dopóki chodzimy po tej ziemi, z głębokim przerażeniem wspominać tamten czas!

Po tym, jak wszyscy zostaliśmy przeszukani i okradzeni, wróciliśmy do baraku. Wyczerpani próbowaliśmy zasnąć, leżąc lub półsiedząc. W środku nocy kilku strażników wtargnęło do środka i zapytało tych, którzy byli pod ręką, gdzie byli wcześniej. „Na dole, w budynku gospodarczym, na rewizji”. - Natychmiast zostali dotkliwie pobici, więc faceci pytali dalej, a oni znów byli bici. Wszyscy byliśmy przerażeni i nie rozumieliśmy, co to oznacza. Wtedy ktoś zorientował się: on nie powiedział prawdy, a właśnie to było celem tych mężczyzn. Nikt z nas nie miał zdradzić, że nas okradli.

Następnego dnia rozdzielono nas do innych baraków. Co chwilę wyganiano nas na dziedziniec, gdzie musieliśmy stać w szeregu, aż wybrano poszczególnych do pracy. W porze obiadowej podawano nam 3/4 litra zupy wodnistej z niewielką ilością kaszy jęczmiennej, to znaczy, że kasza leżała na dnie miski grubą warstwą, a reszta to była woda bez soli. Chleb nie był podawany codziennie, a jeśli już, to tylko około 160 g. Ci, którzy mieli jeszcze jakieś zapasy z Ozorkowa, rozdzielali je rozważnie; ci, którzy nie mieli już nic, musieli strasznie głodować. Ci, którzy zostali wywiezieni do Łodzi do pracy, mieli okazję coś kupić; ci jednak, którzy nie znali języka polskiego, musieli być bardzo ostrożni, bo inaczej czekało ich solidne lanie. W całej tej niedoli Pan Bóg zawsze dbał o to, abym znalazł współwyznawców. W kościele w Ozorkowie podeszła do mnie kobieta i powiedziała, że tak mi ufa, że może powinnyśmy trzymać się razem. Okazało się, że jesteśmy siostrami w Panu; była to wdowa po kaznodziei, z którą dzieliłam los niewoli. W Sikawie spotkałam w pierwszych dniach moją drogą siostrę Süßmilch  z Łodzi, od razu poczułyśmy do siebie sympatię, a kiedy jej krewni przynosili jej coś do obozu, wiernie dzieliła się tym ze mną. Pracowała w kuchni, obierając ziemniaki, i kiedy tylko mogła, podsuwała mi potajemnie kilka ziemniaków w mundurkach, żeby nikt tego nie zauważył. Była to prawdziwa uczta dla mojego głodnego żołądka. Dopiero w czasach głodu docenia się wartość zwykłego ziemniaka i suchego chleba...

W baraku prawie każdego wieczoru odprawiałam nabożeństwo. Kiedy wszystko się uspokajało i wszystko było gotowe na noc, czytałem na głos z mojej modlitewnika, Biblii i kalendarza i modliłam się głośno. Gdy raz tego nie zrobiłem, ponieważ w pomieszczeniu długo nie zapadała cisza, następnego dnia poproszono mnie o to. Na koniec śpiewaliśmy razem cicho. I wtedy było tak, jakby pokój Boży spoczął nad pomieszczeniem, w którym 64 osoby na kilka krótkich godzin nocnych zapomniały o ziemskiej dolinie łez.

Minęły trzy tygodnie najcięższych wyrzeczeń i wysiłków spowodowanych długim staniem w palącym słońcu. Potem były różne prace: na budowie w Łodzi, gdzie przynajmniej czekała na nas miska dobrej zupy, w drukarni, gdzie sortowaliśmy litery, i wreszcie przy transporcie węgla. W międzyczasie przygotowywano duże transporty do Warszawy; łaskawy Bóg uchronił mnie przed nimi, ponieważ w Warszawie zginęło nieskończenie wiele osób, a ci, którzy później powrócili, przeżyli straszne rzeczy. Ja sama trafiłam wraz ze 120 osobami na wieś, a konkretnie do szkółki ogrodniczej. Zabrano nas dwoma dużymi wozami, na których jednak zmieściły się tylko bagaże i kilka osób. Większość musiała iść obok w tempie marszu. Polscy woźnicy i milicjant delektowali się wódką w przydrożnych gospodach, aż milicjant był całkowicie pijany. Byliśmy w drodze przez pięć godzin i musieliśmy maszerować pięciu obok siebie. Mężczyzna wydawał polecenia „w prawo”, „w lewo” po polsku, ale większość starszych kobiet nie miała o tym pojęcia, więc facet wpadł w gniew i zaczął je bić kolbą karabinu – trwało to godzinami, aż z ust i nosów kobiet zaczęła płynąć krew. To jednak sprawiało, że chłopak z przodu stawał się coraz bardziej wściekły! To był marsz, podczas którego doświadczyliśmy męki wysokości. Kiedy w końcu dotarliśmy do miejsca docelowego, na końcu którego znajdowało się gospodarstwo, odważne młode Polki rzuciły się na brutalnego „kierownika transportu”, aby skłonić go do odrobiny człowieczeństwa, ale on również na nie nakrzyczał i zagroził, że one też dostaną! - Całkowicie wyczerpani dotarliśmy do majątku i padliśmy z wyczerpania na nasze słomiane łóżka nad oborą. - Jeszcze przez wiele miesięcy starsza współwięźniarka, żona profesora z krajów bałtyckich, skarżyła się na bóle karku spowodowane uderzeniami, które otrzymała. Ta pani profesor Blessig szczególnie źle znosiła prace rolnicze, ponieważ pomimo całej swojej sumienności miała do nich niewielkie zdolności, a strażnicy mieli na nią oko. Później Sikawa, natychmiast wysłał ją z powrotem na wieś do kopania ziemniaków, po 14 dniach wróciła bardzo zmęczona, ale po dwóch dniach musiała ponownie wyjść. Jej rzeczy, które właśnie wyprała, wisiały jeszcze mokre na drucie. Szybko dałam jej moje majtki i spódnicę, spakowałam jej mokre rzeczy i tak musiała pośpiesznie opuścić obóz. Nigdy do niego nie wróciła i prawdopodobnie gdzieś na wsi znalazła swój koniec.

W tej wspomnianej szkółce drzew pracowaliśmy cztery miesiące; miejsce to nazywało się Osiny. Cała załoga liczyła 164 osoby, prawie same kobiety, kilka dzieci i prawdopodobnie dwóch lub trzech mężczyzn. Dwie podłogi i dwie remizy służyły nam za miejsce do mieszkania i spania. Na szczęście dostaliśmy słomę do spania. Jedzenie, które dwie nasze kobiety musiały gotować w polowym kotle, też nie było takie złe.

Każdego ranka o godz. 7 musieliśmy stawić się na podwórzu, aby otrzymać przydział pracy. Naszym zadaniem było wyrywanie rabarbaru oraz uprawa ogromnych pól i szkółek drzew. Codziennie otrzymywaliśmy 200 g chleba, wieczorem zupę ziemniaczaną, a rano kawę. Również w niedziele pracowaliśmy zazwyczaj do południa, a czasami nawet do wieczora. W deszczowe dni pracowaliśmy bez przerwy; musieliśmy spać w mokrych ubraniach i następnego dnia znów w nich pracować. Ale i tak było znacznie lepiej niż w Sikawie. Po pracy mogliśmy chodzić do wsi i robić zakupy – ci, którzy mieli potrzebne złote. Zostawiłem tam swoje buty u szewca, aby je podzelował, a jako zapłatę dałem mu moją dużą kołdrę, za którą otrzymałem jeszcze 300 złotych. Dzięki temu mogłem dodatkowo kupić trochę chleba i masła. Również tutaj, w Osinach, zdarzały się czasem zamieszki, a od czasu do czasu dochodziło do bójki, której przyczyny często nie były dla nas jasne. Sama również kilka razy dostałam swoje. Na przykład pewnego razu wyszliśmy na pole podczas ulewnego deszczu. Jednak na gliniastym, rozmokłym gruncie praca wkrótce okazała się niemożliwa. Więc schroniliśmy się w najbliższej stodole, a ponieważ byłam boso, dostałem bólu reumatycznego. Deszcz ustąpił i niektórzy wrócili na pole. Niedługo potem znów zaczęło mocniej kropić i szukałem schronienia w innym gospodarstwie. Siedział tam Polak z kobietą i groźnym gestem wskazał mi moje miejsce pracy. Powiedziałem mu, żeby okazał mi trochę współczucia i wskazałem ręką na moją mokrą chustkę, ale on jeszcze bardziej się rozgniewał, więc postanowiłem wrócić. Kiedy wieczorem przechodziliśmy obok tego miejsca, nadzorca wywołał mnie z szeregu i kazał mi czekać, aż przejdzie cały pociąg. „Co odpowiedziałeś temu człowiekowi?” – zapytano mnie. Opowiedziałam prawdę, a wtedy mężczyzna stwierdził, że powiedziałem: „Polak zasługuje na kulkę w głowę” – i z prawej i lewej strony otrzymałam kilka ciosów w twarz, a następnie pchnięcie w plecy, tak że prawie poleciałam nosem do przodu – i szybko pobiegłam za innymi.

                                                                      (Ciąg dalszy nastąpi)


Wir waren also in Sikawa! Tagelang befanden wir uns nun schon ohne Essen und mußten jetzt auf dem Lagerhof stundenlang stehen. Auch hielt der Milizmann, der uns geführt hatte, eine lange Ansprache, in der es unter anderem hieß, daß wir nur in etwa das vergolten bekämen, was die Deutschen den Polen während der sechs Jahrelangen Okkupation angetan hätten. Der Abend dämmerte herauf, es wurde fast dunkel, als man. uns endlich, wie eine Viehherde, in einige große Barackenräume trieb. Verstört lagen wir, dicht gedrängt, nebeneinander und wurden dann zu acht und neun hinuntergeführt in das Wirtschaftshaus. Dort wurden wir noch einmal visitiert und so mancher mußte wiederum Federn lassen, dabei oft die allernotwendigsten Sachen. Ja, als ~ich die Tore des Strafgefangenenlagers hinter uns geschlossen hatten, da ahnten wir noch nicht, welch Maß von Leiden unserer harrte! Und alle, die wir lebend herausgekammen sind, werden, solange unser Fuß über diese Erde geht; mit tiefem Grauen an jene Zeit denken müssen! -

Nachdem Wir alle durchsucht und beraubt worden. waren, ging es in die Baracke zurück. Todmüde versuchte dann ein jeder hab liegend, halb sitzend etwas zu schlafen. Mitten in der Nacht kamen einige Aufseher, hereingepoltert und fragten die Schlaftrunkenen, die ihnen gerade zur Hand waren, wo sie vorhin gewesen wären. "Unten im Wirtschaftsgebäude zur Visitation." - Sofort erhielten sie heftige Schläge, und so fragten die Kerle immer weiter und stets wieder gab es Schläge. Wir waren alie voll Angst und erfaßten nicht, was das bedeuten sollte. Da ging einem ein Licht auf: er sagte nicht die Wahrheit und gerade das bezweckten diese Männer mit ihrer Aktion. Es' sollte niemand von uns verraten, daß sie uns beraubt hatte.

Am nächsten Tag wurden wir auf andere Baracken verteilt. Alle Augenblicke trieb man uns auf den Hof und dort hatten wir barackenweise in Reih und Glied zu stehen, bis einzelne zu Arbeiten herausgesucht waren. Essen gab es mittags 3/4 Liter Wassersuppe mit ganz wenig Graupen, das heißt, die Graupen lagen unten in der Schüssel einen Finger dick und alles andere war Wasser ohne salz. Brot erhielten wir nicht jeden Tag und dann nur zirka 160 g. Wer nun von Ozorkaw her noch etwas Vorrat hatte, der teilte es sich wohlweislich ein; wer nichts mehr besaß, der mußte entsetzlich hungern. Denjenigen, die zur Arbeit nach Lodz herausgeführt wurden, bot sich hin und her Gelegenheit, etwas zu kaufen; wer freilich der polnischen Sprache nicht mächtig war, mußte sehr vorsichtig sein, sonst setzte es eine ordentliche Tracht Prügel. In aller Not sorgte Gott der Herr immer wieder, daß ich Glaubensgenossen fand. In der Kirche zu Ozorkow trat eine Frau auf mich zu und sagte, sie habe solch Vertrauen zu mir, ob wir nicht zusammenhalten wollten. Es. stellte mich heraus, daß wir Geschwister im Herrn waren; es war eine Predigerwitwe, mit der ich dann da,s Los der Gefangenschaft geteilt habe. In Sikawa traf ich in den ersten Tagen mit meiner lieben Schwester Süßmilch aus Lodz zusammen, wir fühlten uns gleich zueinander hingezogen, und wenn sie von ihren Verwandten mall etwas ins Lager gebracht bekam, teilte sie es treulich mit mir. Sie war in der Küche beim Kartoffelschälen und wenn sie konnte, steckte sie mir einige Pellkartoffeln heimlich zu, daß es niemand merkte. Das war für meinen hungrigen Magen ein Leckerbissen. In Hungerzeiten erst lernt man den Wert der einfachen Kartoffel und des trockenen Brotes schätzen...

In der Baracke habe ich fast jeden Abend Andacht gehalten. Wenn sich alles beruhigt und zur Nacht zurecht gelegt hatte, dann pflegte ich aus meiner Andachtbuch, Bibel und Kalender vorzulesen und laut zu beten. Unterließ ich dies einmal.. weil in dem Raum lange keine Ruhe einkehren wollte, so bat man mich bestimmt nächsten Tag darum. Zum Schluß haben wir gemeinsam leise gesungen. Und dann war es, als ob der Friede Gottes über dem Raum lag, in dem 64 Menschenwesen für ein paar kurze Nachtstunden das irdische Jammertal vergaßen.

Drei Wochen schwerster Entbehrungen und Anstrengungen durch das lange Stehen in der Sonnenglut vergingen. Dann gab es Arbeiten verschiedenerlei Art: auf dem Bau in Lodz, wo wenigstem ein Teller gute Suppe winkte, in einer Druckerei, wo wir Buchstaben sortierten, und schließlich beim Kohlentransport. Inzwischen wurden große Transporte nach Warschau zusammengestellt; der gnädige Gott bewahrte mich vor diesen, denn dort in W. sind unendlich viele gestorben und die später Zurückkehrenden hatten Furchtbares hinter sich. Ich selbst kam mit 120 Mann auf's Land, nämlich in eine Gartenbau-Baumschule. Man holte uns mit zwei großen Leiterwagen ab, auf denen aber nur mehr das Gepäck und einige wenige Platz hatten. Die meisten mußten im Marschtempo nebenher laufen. Die polnischen Fuhrleute und der Miliz-Mann ließen sich in den jeweiligen Gasthäusern am Straßenrand den Wodka munden, bis. der Miliiz-Mann total betrunken war. Wir waren fünf Stunden unterwegs und mußten zu fünf nebeneinander hermarschieren. Der Mann kommandierte "rechts", "links" auf polnisch, doch die meisten alten Frauen hatten keine Ahnung davon, den Kerl packte die Wut und er schlug mit dem Gewehrkolben darauf los - stundenlang ging das, bis den Frauen das Blut aus Mund und Nase floß. Das aber machte den Burschen vorne schier immer rasender! Ein Marsch war das. bestimmt, auf dem uns die Qualen der HöHe geboten wurden. Als wir endlich durch den Zielort marschierten, an dessen Ende das Gut lag, sprangen beherzte junge Polinnen auf den rabiaten "Transportleiter" zu, um ihn ein bissel zur Menschlichkeit zu bringen, der aber schnauzte auch ,sie an und drohte, daß sie ebenso etwas abbekommen würden! - Furchtbar kaputt langten wir denn auf dem Gutshof an und sanken erschöpftauf unser Strohlager über dem Kuhstall. - Monate noch klagte eine ältere Mitgefangene, die Frau eines Professors aus dem Baltikum, über Genickschmerzen infolge der Schläge, die sie erhalten hatte. Dieser Frau Professor Blessig ist es bei: den landwirtschaftlichen Arbeiten besonders schlecht ergangen, da sie trotz aller Gewissenhaftigkeit wenig Geschick dazu besaß und die Aufseher gerade auf sie ein Auge hatten. Sie wurde später von Sikawa sofort wieder aufs Land zum Kartoffelhacken geschickt, kam nach 14 Tagen äußerst abgearbeitet zurück, mußte aber nach zwei Tagen erneut hinaus. Ihre Sachen, die sie gerade gewaschen hatte, hingen noch naß auf dem Draht. Da habe ich ihr schnell von mir Schlüpfer und Rock gegeben, ihr nasses Zeug zusammengepackt und so mußte sie eilig wieder das Lager verlassen. Sie ist in dieses nie mehr zurückgekehrt und hat wohl irgendwo auf dem Lande ihr Ende gefunden.  

In jener vorerwähnten Baumschule arbeiteten wir vier Monate; der Ort hieß Osiny. Die gesamte Belegschaft bestand aus 164 Mann, fast alles Frauen, einige Kinder und wohl: zwei oder drei Männer. Zwei Böden und zwei Wagenremisen dienten uns als Wohn- und Schlafstätten. Dankenswerterweise wurde Stroh zum Schlafen gegeben. Auch war das Essen, das zwei unserer Frauen im Feldkessel kochen mußten, verhältnismäßig nicht schlecht.

Jeden Morgen hatten wir um 7 Uhr auf dem Hof zur Arbeitseinteilung anzutreten. Unsere Beschäftigung bestand aus dem Reißen des Rhabarbers sowie der Bearbeitung der riesigen Felder und Baumschulen. Brot bekamen wir täglich 200 g, des Abends Kartoffelsuppe und früh Kaffee. Auch sonntags wurde meist bis mittags gearbeitet, mitunter sogar bis zum Abend. An Regentagen ging es stur durch; wir mußten mit den nassen Sachen schlafen und am nächsten Tage wieder darin arbeiten. Aber es war doch viel besser als in Sikawa. Durften wir doch nach der Arbeitszeit ins Dorf gehen und einkaufen - wer die nötigen Zloty hatte. Meine Schuhe ließ ich dart bei einem Schuster besohlen und gab als Bezahlung mein großes Federbett, wobei ich noch 300 Zloty ausbezahlt erhielt. Dafür konnte ich mir denn zusätzlich etwas Brot und Butter kaufen. Aufregungen gab es auch hier in Osiny immer mal, ebenso wurde ab und zu tüchtig geschlagen, die Gründe waren uns oft nicht klar. Ich selbst habe ebenfalls einige Male mein Teil abbekommen. Z. B. betraten wir da in starkem Regen das Feld. Auf dem lehmigen, aufgeweichten Boden aber erwies sich bald ein Arbeiten unmöglich. So stellten wir uns in die· zunächst gelegene Scheune, und da ich barfuß war, bekam ich Rheumaschmerzen. Das Tropfen und Tröpfeln ließ nach und einige begaben sich wieder aufs Feld. Nicht lange, fing es erneut an, stärker zu rieseln und ich suchte Schutz an einem anderen Bauernhause. Dort saß ein Pole mit einer Frau und wies mich mit drohender Gebärde auf meinen Arbeitsplatz zurück. Ich sagte ihm, er solle doch ein wenig Mitleid haben und zeigte mit der Hand auf mein nasses Kopftuch, da schimpfte er noch mehr und ich zog vor zurückzugehen. Als wir am Abend dort vorbei kamen, rief mich der Aufseher aus den Reihen heraus und hieß mich warten, bis der ganze Zug vorbei war. "Was haben Sie dem Mann geantwortet?" wurde ich gefragt. Ich erzählte wahrheitsgemäß, da brachte der Mann auf, ich hätte gesagt, "dem Polen gehöre eine Kugel durch den Kopf" - und rechts und links, sausten mir einige Schläge ins Gesicht, dann ein Stoß in den Rücken, d,aß ich fast auf die Nase flog - und schleunigst hinter den anderen herlief.                                                                               (Wird fortgesetzt)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz