czwartek, 15 stycznia 2026

Wspomnienia mieszkańca Łodzi z 1945 roku - Sikawa Łódź - Ucieczka - Der Heimatbote - 9/1954 - cz.6

Nasz rodak załatwił sobie niedzielną przepustkę i zamierzał w niedzielę wieczorem pojechać pociągiem z Łodzi do Wrocławia. Ale sprawy potoczyły się inaczej. Pociąg został odwołany. Został więc na ulicy. Musiał ponownie przenocować u swoich polskich znajomych w Łodzi, aby w poniedziałek wieczorem ponownie spróbować szczęścia na dworcu. Człowiek myśli... Nasz łodzianin kontynuuje swoją relację:

Kiedy w poniedziałek rano nie wróciłem z urlopu, nowe kierownictwo obozu wysłało dwóch milicjantów do mojej żony w centrum Łodzi. Przeprowadzili oni dokładną rewizję i pytali mieszkańców domu, czy nie widzieli mnie w niedzielę w moim mieszkaniu. Osoby przesłuchiwane musiały zaprzeczyć, ponieważ w niedzielę rzeczywiście nie było mnie w domu. Po przeszukaniu naszego mieszkania na dworcach natychmiast podwojono lub potrojono liczbę posterunków milicji. O wszystkim tym dowiedziałem się dopiero później.

W poniedziałek wieczorem byłem nieźle zaskoczony, gdy po wejściu na dworzec natychmiast podeszła do mnie milicja i zażądała okazania dokumentu tożsamości. Pokazałem funkcjonariuszom polski dowód osobisty z odciskiem palca. Mimo to zapytali mnie, jak się nazywam i kiedy się urodziłem. Na szczęście dobrze zapamiętałem swoje polskie imię i datę urodzenia. Dzięki temu mogłem szybko odpowiedzieć – a oni zwrócili mi dowód osobisty, aby sprawdzić dokumenty innych podróżnych i znaleźć tego Niemca, który uciekł. Zauważyłem, że wszędzie stali funkcjonariusze, zatrzymywali każdego młodego mężczyznę, żądali dowodu tożsamości i pytali o imię i datę urodzenia. Jednak polski dowód tożsamości dawał mi dość duże poczucie bezpieczeństwa i nie sądzę, żeby coś mi mogło się stać. Mogliby mnie zatrzymać tylko wtedy, gdyby ktoś mnie osobiście rozpoznał...

Stało się coś nieprawdopodobnego. Mały polski chłopiec, który sprzedawał na dworcu papierosy i inne drobiazgi, pochodził z moich stron. Nie zdając sobie z tego sprawy, powiedział do mnie po polsku: „Panie Neubert, pan tutaj? A milicja szukała dzisiaj u pańskiej żony!”. Kilku Polaków usłyszało to i natychmiast odeszło. Instynkt ostrzegł mnie: bądź ostrożny, możesz tu zostać aresztowany i osadzony w więzieniu. Na szczęście do stacji wjechał kolejny pociąg i dołączyłem do wysiadających pasażerów. Ruszyłem więc w kierunku wyjścia. Pociąg do Wrocławia, który w niedzielę nie odjechał zgodnie z rozkładem, również dzisiaj miał opóźnienie. Co miałem zrobić, naprawdę opuścić stację? Byłem już zdecydowany to zrobić. Wtedy głośnik ogłosił, że pociąg do Wrocławia przyjedzie za kilka minut. W tym samym czasie przez głośnik rozległo się ogłoszenie, że mały chłopiec, który sprzedaje papierosy, jest proszony o zgłoszenie się do wyjścia w pilnej sprawie. Teraz już wiedziałem, o co chodziło, mogło chodzić tylko o mnie. Funkcjonariusze milicji jeszcze bardziej wzmożyli kontrole. Kilku młodych mężczyzn, których najwyraźniej podejrzewano o bycie Niemcami, stało już pod strażą milicjantów.

W międzyczasie pociąg wjechał w kierunku Wrocławia. Z pociągu wysypał się strumień ludzi. Nie podszedłem do pociągu, tylko wmieszałem się w tłum ludzi zmierzających do wyjścia. Przez chwilę trwała przepychanka. Ale powoli zbliżałem się do wyjścia. Czy powinieneś wyjść z dworca, skąd za godzinę odjeżdżał pociąg do wolności? Szybko się zorientowałem, podszedłem do milicjanta i zapytałem go, gdzie znajduje się P.U.R. (Polski Urząd Repatriacyjny). Odpowiedział, że mam chwilę poczekać, zaraz mi pokaże, ale teraz nie ma czasu, ponieważ musi pomóc w kontroli dokumentów tożsamości. Nie chciałem jednak stać sam, więc zapytałem go, czy mogę iść z nim. „Może pan” – odpowiedział. Tak się złożyło, że poszukiwany pomógł w poszukiwaniach... Żołnierz milicji miał trudności z czytaniem, więc pokazał mi dokumenty osób, które zatrzymał. Zapytałem o imiona i daty urodzenia.

Pociąg do Wrocławia, stojący na peronie, szybko zapełnił się tak, że podnóżki i dachy były pełne. Delikatnie oddaliłem się od milicjanta i chciałem pojechać tym pociągiem, który właśnie otrzymał sygnał do odjazdu. Ale, ojej, gdzie się wspiąć? Nigdzie nie było możliwości postawienia stopy, a tym bardziej uchwycenia się ręką. Wtedy zobaczyłem wagon bagażowy, w którego otworze stał tylko urzędnik pocztowy, który ostro odpierał wszystkich, którzy chcieli wskoczyć do środka. Szybko krzyknąłem do niego, że dostanie 500 złotych, jeśli pozwoli mi wskoczyć do swojego wagonu. Rzeczywiście, urzędnik zwolnił miejsce i mogłem wskoczyć! W środku wagonu dałem mu pieniądze. „Schowaj się na górze za workami”, powiedział towarzysz z poczty, ponieważ surowo zabroniono mu zabierać kogokolwiek do tego wagonu. Nie mogło mi być nic milsze. Ponieważ szósty zmysł wciąż mnie ostrzegał: jeszcze nie jesteś wolny. Położyłem się więc za workami i zasnąłem.

Nagle słyszę głosy z przodu. Pytają, czy ktoś tu jedzie. Urzędnik pocztowy odpowiada stanowczo: „Nie, u mnie nie! Dwóch funkcjonariuszy milicji wysiada na następnej stacji. Pociąg pędzi dalej. W końcu pada komunikat: wszyscy wysiadają. Dojechaliśmy do Wrocławia!

Krótko mówiąc: całe poszukiwania mnie okazały się daremne. Urzędnik pocztowy nie zaprzeczył, że w jego wagonie jest jeszcze ktoś, aby mnie chronić! Obawiał się raczej, że pomimo jednoznacznego zakazu zabrał jednak kogoś ze sobą.

                                              W drogę do granicy nad Nysą!

Po kilku dniach wyruszyłem dalej z Wrocławia. Najpierw do Neusalz - Nowa Sól (Dolny Śląsk), gdzie mieszkała moja ciotka i gdzie już kiedyś trafiłem, choć zupełnie niechętnie (patrz Heimatbote nr 4/54). Jakże się ucieszyłem, widząc ponownie to miasteczko! O zgrozo – mimo że leżało na zachód od Odry, również było okupowane przez Polaków. Poszedłem do mieszkania mojej ciotki – niestety, Polacy byli już tam nowymi „właścicielami”. Zamieszkałem więc w sąsiednim domu, wynająłem puste mieszkanie i powiesiłem przed nim tabliczkę z krótkim i zwięzłym napisem: to mieszkanie jest zajęte przez Polaka!

Tak minął jakiś czas. Chcieliśmy żyć i jeść – niestety nie mieliśmy żadnych dochodów! Jako Niemiec mogłeś pracować tylko za darmo. Długotrwałe występowanie jako Polak było dla mnie zbyt ryzykowne i niebezpieczne. Oczywiste było, że nie mogłem tu zostać i najlepszym rozwiązaniem dla mnie było ostateczne przeniesienie się przez Nysę do Niemiec.

Oczywiście przejście przez Nysę – nawet teraz, w październiku i listopadzie 1945 roku – wiązało się z trudnościami i wydawało się prawie niemożliwe dla młodego Niemca. Polacy bowiem przejmowali wszystko, co tylko pojawiło się w odległości 15–20 kilometrów od rzeki granicznej. Byłem jednak zdecydowany podjąć to ryzyko.

Wspomniałem o moim zamiarze kilku sąsiadom – i nie byłem zaskoczony, gdy następnego dnia rano o świcie pojawiła się u mnie 17-letnia dziewczyna, która chciała przeprawić się ze mną przez Nysę. Zamierzała odnaleźć swoją matkę, która leżała chora gdzieś za Nysą. Pomimo jej młodości i urody nie byłem zachwycony tym pragnieniem dziewczyny. Powodem tego było to, że dziewczyna nie miała pojęcia o języku polskim. Ten głos wewnętrzny podpowiadał mi, że ta dziewczyna przyniesie ci tylko nieszczęście. I tak się stało już dwa dni później! Na początku dałem się jednak przekonać, żeby ją zabrać, bo inaczej uznałbym to za prawdziwe wykroczenie.

Następnego dnia wyruszyliśmy w drogę. Do Grünbergu - Zielonej Góry wszystko szło dobrze. Dalsza podróż była jednak niebezpieczna, ponieważ milicja kontrolowała pociągi. Wszyscy Niemcy zostali wyprowadzeni. Polacy, którzy nie mogli okazać zgłoszenia policyjnego z jednej z okolicznych miejscowości, również musieli opuścić pociąg. Woleliśmy wysiąść wcześniej. Przez obszar przygraniczny można było w razie potrzeby przedostać się pieszo.

                                                                 Lądujemy u rolnika

Musieliśmy jednak czekać do zmroku, aż zapadła noc. Chętnie zasiedli byśmy w jakiejś restauracji, ale nie znaliśmy tego miejsca. Moja towarzyszka bez wahania zapytała starszą panią, która wyglądała na Niemkę. Starsza pani wskazała nam lokal, w którym mogliśmy się zatrzymać. Rozmowa toczyła się w języku niemieckim i była dość głośna, ponieważ starsza pani miała problemy ze słuchem. Nagle przed nami pojawił się polski milicjant i zażądał okazania dokumentów. Co teraz?! Czy powinienem odpowiedzieć mu po polsku, że nie mam przy sobie dokumentów? To tylko pogorszyłoby sytuację! Mimo wszystko zabraliby mnie ze sobą i za wszelką cenę próbowali by dowiedzieć się, kim naprawdę jestem. Pozostałem więc przy tym, że rozumiem tylko niemiecki. Funkcjonariusz milicji zabrał nas obu. Jeden dzień spędziliśmy na posterunku policji, a następnego dnia pojawił się polski rolnik, który przejął niemiecką posiadłość pod Grünbergiem - Zieloną Górą i potrzebował pracowników. Byliśmy dla niego idealni!

Tego samego dnia przyprowadzili innego Niemca, którego również zatrzymali, gdy próbował przekroczyć Nysę. Wszyscy trzej pracowaliśmy teraz u tego rolnika. Powiedziano nam, że gdy tylko zakończą się jesienne prace, pozwolą nam przekroczyć Nysę. Rozumiałem jednak język polski, czego nie wiedzieli miejscowi Polacy, i z ich rozmów wywnioskowałem, że nawet po zakończeniu jesiennych prac nie ma mowy o zwolnieniu nas do Niemiec. Często kręcili głowami nad moją osobą i twierdzili, że coś jest ze mną nie tak. Przede wszystkim wyróżniałem się swoim ubraniem. W Łodzi szybko założyłem najlepszy garnitur, jaki posiadałem. Nawet 30 pracownikom zatrudnionym w tym gospodarstwie wydawałem się zbyt elegancki. „Na pewno tu nie zostaniecie”. To było również moim najszczerszym pragnieniem. Już samo spanie w pokoju z tylko 2 łóżkami, w którym spało już 4 mężczyzn, nie było dla mnie...

                                                    

                                                                 Podróż na zachód

Po zebraniu trochę jedzenia, znów pojawiło się hasło: ucieczka. Brygadzista na gospodarstwie był starym Niemcem, którego Polacy tolerowali ze względu na jego wiedzę fachową, więc mógłbym to wytrzymać, ale praca na roli nie była dla mnie, ponieważ nadal nosiłem eleganckie ubrania z domu, które Polacy chcieli mi odebrać, czy to w dobrej wierze, czy siłą. Kiedy odchodziłem, jedna z tamtejszych kobiet chciała dołączyć do mnie, ale biorąc pod uwagę doświadczenia z Zielonej Góry - Grünbergu, ostro odmówiłem i w ciemną noc i ulewny deszcz ruszyłem w drogę.

Przejście przez Nysę okazało się nie takie proste, musiałem ukrywać się w ciągu dnia w stogu siana, na brzegu nieustannie patrolowali strażnicy graniczni, a rzeki nie dało się po prostu przejść brodząc. Nigdzie nie było łodzi, w końcu musiałem zdać sobie sprawę, że nie da się tu przeprawić... Wróciłem więc ponownie; przy dogodnej okazji podkradłem się do pociągu z przesiedleńcami i wsiadłem do niego.

 Wydawało się, że wszystko idzie dobrze. Zbliżaliśmy się do granicy i nie spodziewaliśmy się już żadnych niespodzianek. Jednak tuż przed mostem nad rzeką graniczną do pociągu wskoczyli różni łotrzykowie i ograbili nas do ostatniej koszuli. Nie spotkało mnie nic lepszego niż innych, musiałem przede wszystkim zdjąć dobry garnitur, który miałem na sobie, a w zamian dostałem zużytą rosyjską kurtkę. Początkowo broniłem się, mówiąc złodziejom kilka nieprzyjemnych słów po rosyjsku, więc zostawili mnie w spokoju, ale wtedy pojawił się Rosjanin w mundurze majora, przyłożył mi pistolet do piersi i pozbawił mnie ostatniej rzeczy, jaką posiadałem. Biedny jak mysz kościelna dotarłem do strefy rosyjskiej i po kolejnych przygodach – m.in. pracowałem jako strażnik graniczny na granicy rosyjsko-angielskiej – trafiłem do Hamburga. Przekierowany do obozu dla uchodźców w Garding w Szlezwiku-Holsztynie, znalazłem tam w końcu spokój. Życie pisze najwspanialsze powieści!

                                                                                             Alfred Neubert


Unser Landsmann hatte sich einen Sonntagsurlaubsschein besorgt und gedachte am Sonntagsabend mit der Bahn von Lodz nach Breslau zu gelangen. Aber es kam anders. Der Zug fiel aus. So stand er auf der Straße. Mußte nochmals bei guten polnischen Bekannten in Lodz übernachten, um dann am Montagabend wiederum sein Glück auf den Bahnhof zu versuchen. Der Mensch denkt... Unser Lodzer berichtet nun weiter:

Als ich Montagmorgen nicht von Urlaub, zurückgekehrt war, schickte die neue Lagerleitung gleich zwei Milizsoldaten zu meiner Frau in der Lodzer Innenstadt. Dort nahm man eine genauere Durchsuchung vor und befragte die im Hause wohnhaften Polen, ab sie mich nicht am Sonntag in meiner Wohnung gesehen hätten. Die Befragten mußten es verneinen, da ich am Sonntag tatsächlich  nicht zu Hause war. Nach Durchsuchung unserer Wohnung wurden auf den Bahnhöfen unverzüglich die Milizposten verdoppelt bzw. verdreifacht. All dies erfuhr ich erst später.

Ich war Montagnacht nicht schlecht erstaunt, als, kamm daß ich den Bahnhof betreten hatte, sofort Miliz auf mich zukam und den Ausweis verlangte. Ich zeigte den Beamten einen polnischen Ausweis mit Fingerabdruck. Trotzdem fragten sie mich, wie ich denn heiße und wann ich geboren wäre. Glücklicher weise hatte ich den polnischen Namen und das Geburstdatum gut in Gedächtnis. So konnte ich ihnen prompt antworten - und sie gaben mir den Ausweis zurück, um nun die Papiere der anderen Reisenden zu prüfen und doch nach diesen entsprungenen Niemiec zu finden. Ich stellte fest, daß überall Beamte herumstanden und jeden jungen Mann anhielten, den Ausweis forderten und nach Namen wie Geburtsdatum fragten. Doch verlieh mir der polnische Ausweis eine ziemliche Sicherheit und ich glaube nicht, daß mir etwas geschehen könnte. Man hätte meiner nur habhaft werden können, wenn mich jemand persönlich erkannt hätte....

Das Unwahrscheinliche geschah. Ein kleiner polnische Junge der auf dem Bahnhof Zigaretten und ähnliches feilbot, stammte aus meiner Gegend. Er sagte, wohl selbst nicht ahnend, zu mir auf polnisch:"Herr Neubert, Sie hier?? Und Sie hat die Miliz heute bei Ihrer Frau gesucht!" Das hörten einige Polen und sie gingen sofort von dort weg. Mein Instinkt warnte mich: Sei  vorsichtig, kannst hier doch noch festgenommen und eingebuchtet werden. Zum Glück fuhr wieder ein Zug in den Bahnhof ein und ich schloß mich den aussteigenden Fahrgästen an. Begab mich also in Richtung Ausgang. Der planmäßige Zug nach Breslau, der am Sonntag ausfiel, hatte auch heute Verspätung. Was sollte ich tun, wirklich den Bahnhof verlassen? War auch schon dazu entschlossen. Da gab der Lautsprecher bekannt, daß der Zug in Richtung Breslau in wenigen Minuten einfahre. Gleichzeitig erscholl es durch das Sprechgerät über den ganzen Bahnhof, daß der kleine Junge, der sich als Zigarettenverkäufer betätigt, in ganz dringender Angelegenheit zum Ausgang gebeten werde. Nun wußte ich, was die Glocke geschlagen hatte, es konnte sich nur um mich handeln. Noch eifriger nahmen die Beamten der Miliz ihre Kontrollen vor. Eine Anzahl junger Männer, die man anscheinend als Deutsche verdächtige, standen bereits von Milizianten bewacht.

Inzwischen lief der Zug in Richtung Breslau ein. Ein Strom von Menschen ergoß sich aus demselben. Ich begab mich nicht an diesen Zug, sondern mischte mich unter die Menschenmenge, die nach dem Ausgang zu strebte. Es gab ein Stoßen und Schieben, die einige Augenblicke. Aber langsam war ich doch dem Ausgang nahe gekommen. Sollst du raus aus dem Bahnhof, wo nun der Zug in die Freiheit schon die nächste Stunde abfahren mußte? Ich schaltete schnell, ging an einen Milizsoldaten heran und fragte ihn, wo denn hier der P.U.R. (Polski Urząd Repatriacyjny) sei. Er meinte, ich solle mich einen Augenblick gedulden, er zeige es mir gleich, habe nur jetzt im Moment keine Zeit, da er mithelfen müßte, die Personalusweise zu kontrollieren. Allein wollte ich aus Furcht nicht stehen bleiben; so fragte ich ihn, ob ich denn nicht mitgehen dürfe. "Sie dürfen", gab er zur Antwort. So kam es, daß in den Gesuchten selber suchen half... Der Milizsoldat konnte nur mit Mühe lesen und zeigte mir deshalb den Ausweis der von ihm angehaltenen Personen. Ich fragte nach Namen und Geburtsdatum..

Der auf dem Bahnsteig stehende Zug in Richtung Breslau füllte sich bald dermaßen, daß Trittbretter und Dächer voll wurden. Ich entfernte mich ganz sachte von dem Milizmann und wollte doch nach mit diesem Zug mit, der nun schon das Zeichen zur Abfahrt erhielt. Aber o weh, wo hinaufspringen? Nirgendwo die Möglichkeit, einen Fuß hinzustellen oder sich gar mit der Hand festzuhalten. Da sah ich den Paketwagen, in dessen Öffnung breitbeinig nur der Postbeamte stand, der alle, die hier aufspringen wollten, schroff abwehrte. Schnell rief ich ihm zu, daß er 500 Zloty bekommt, wenn er mich in seinen Waggon reinspringen laßt. Tatsächlich gab der Beamte den Platz frei, ich konnte aufspringen! Drinnen im Wagen gab ich ihm das Geld. "Verstecken Sie sich oben hinter den Säcken", sagte der Genosse von der Post, es sei ihm streng verboten jemanden in diesem Wagen mitzunehmen. Nicht kannte mir lieber sein als das. Denn noch immer warnte mich ein sechster Sinn: noch bist du nicht frei. Bettete mich also hinter die Säcke und schlief ein.

Mit einemmal höre ich vorne Stimmen. Man fragt, ob hier jemand mitfahre. Der Postbeamte antwortet mit Entschiedenheit:"Nein, bei mir nicht! Zwei Milizbeamte steigen an der nächsten Haltestelle aus. - Weiter saust der Zug. Endlich heißt es: Alles aussteigen. Wrocław (Breslau) ist erreicht!

Kurz und gut: die ganze Sucherei nach mir blieb vergebens. Der Postbeamte hatte die Frage, ob noch jemand in seinem Waggon sei, nicht etwa deshalb verneint, um mich zu schützen! Sondern die Angst saß ihm Nacken, daß er trotz einheilligen Verbotes doch jemanden mitgenommen hatte.

                                                        Auf zur Neiße - Grenze!

Von Breslau ging es nach einigen Tagen weiter. Zuerst nach Neusalz (Niederschlesien), wo meine Tante gewohnt hatte und wohin ich schon einmal, und zwar höchst unfreiwilligerweise, gelangt war (s. Heimatbote Nr. 4/54). Wie freute ich mich jetzt, als ich dies Städtchen wiedersah! O Schreck - es war, obwohl westlich der Oder, auch von den Polen besetzt. Ich ging nach der Wohnung meiner Tante - leider waren bereits Polen als die neuen "Wohnherren" drinnen. So quartierte ich mich denn in einem Nachbarhause ein, nahm eine Wohnung, die leer stand und hängte ein Schild davor, das kurz und bündig besagte: diese Wohnung ist von einem Polen besetzt!

So ging das eine Zeit. Man wollte leben und essen - leider keine Einnahmen! Als Deutscher konntest du nur za darmo - umsonst arbeiten. Als Pole auf die Dauer aufzutreten, war es mir selbst hier zu riskant und gefährlich. Klar, daß ich hier nicht bleiben konnte und es das beste für mich war, mich über die Neiße endgültig nach Deutschland abzusetzen.

Freilich bat der  Übergang über die Neise - selbst jetzt im Oktober - November 1945 - seine Schwierigkeiten, schien für einen deutschen jungen Mann fast unmöglich zu sein. Denn die Polen griffen alles auf, was sich irgendwie 15 bis 20 Kilometer vor dem Grenzfluß blicken ließ. Doch war ich entschlossen, auch dieses Wagnis zu unternehmen.

Mein Vorhaben deutete ich einigen Nachbarn an - und ich war nicht wenig erstaunt, als sich am nächsten Morgen in aller Herrgottsfrühe ein 17 jähriges Mädchen bei mir einfand, welches mit mir über die Neiße wollte. Es gedachte ihre Mutter aufzusuchen, die irgendwo hinter der Neiße krank daniederlag. Von diesem Wunsch der Kleinen war ich trotz ihrer Jugend und guten Aussehens nicht begeistert. Der Grund lag darin, daß dieses Mädchen von der polnischen Sprache keine blasse Ahnung hatte. Diese Kleine bringt dir nur Unglück, sagte mir eine innere Stimme. Was auch schon zwei Tage danach eintraf! Vorerst ließ ich mich doch überreden, sie mitzunehmen, es wäre mir sonst als richtiger Kavaliersdelikt vorgekommen.

Nächsten Tag machten wir uns auf. Bis Grünberg ging alles gut. Eine Weiterfahrt war aber gefährlich, dann Miliz kontrollierte die Züge. Alle Deutschen wurden herausgeholt. Polen, die keine polizeiliche Anmeldung von einem der hier liegenden Orte vorweisen konnten, mußten ebenfalls den Zug verlassen. Wir steigen lieber früher aus. Durch den Grenzbezirk konnte man sich notfalls auf Schusters Rappen durchschlagen.

                                                                Wir landen beim Bauern

Immerhin mußten wir bis zum zum Dunkelwerden, bis zum Anbruch der Nacht, warten. Gern hätten wir uns in irgendeine Gaststätt gesetzt, aber man kannte ja dieses Nes hier nicht. Kurz entschlossen befragte sich meine Begleiterin bei einem alten Mütterchen, der das Deutsche ansah. Die alte Frau zeigte uns eine Lokalität, in der wir gut unterkommen könnten. Die Unterhaltung fand in deutscher Sprache und ziemlich laut statt, da die alte Frau schwerhörig war. Da - auf einmal stand ein polnischer Milizmann wie aus dem Boden gewachsen vor uns und verlangte den Ausweis. Was nun jetzt?! Sollte ich ihm polnisch antworten, daß ich keinen bei mir habe --- Das wäre nur noch schlimmer gewesen! Man hätte mich trotz allem mitgenommen und unter allen Umständen zu erfahren versucht, wer ich wirklich sei. So blieb ich denn dabei, daß ich nur deutsch verstehe. Der Milizbeamte nahm uns beide mit. Einen Tag saßen wir auf dem Polizeirevier und am nächsten Tag erschien ein polnischer Bauer, der bei Grünberg ein deutsches Gut übernommen hatte und Arbeitskräfte brauchte. Dem waren wir gerade recht!

Noch am selben Tag brachten sie einen anderen Deutschen, den sie auch aufgegriffen halten, als er die Neiße überschreiten wollte. Alle drei arbeiteten wir nun bei diesem Bauern. Man sagte uns, daß, falls erst die ganze Herbstarbeit zu Ende sei, wir über die Neiße gelassen würden. Ich verstand aber polnisch, was die hiesigen Polen nicht wußten, und konnte aus ihren Reden entnehmen, daß auch nach der Herbstarbeit kein Gedanke sei, uns nach Deutschland zu entlassen. Über mich schüttelten sie öfter den Kopf und meinten, daß mit mir etwas nicht stimme. Vor allem fiel ich allgemein durch meinen Anzug auf. Ich hatte mir in Lodz noch schnell den besten Anzug angezogen, den ich besaß. Auch den 30 Arbeitskräften, die auf diesem Bauerngut beschäftigt waren, kam ich zu fein vor. "Sie bleiben bestimmt nicht hier". Das war auch selbst mein ehrlichster Wunsch. Schon das Schlafen in einem Raum mit nur 2 Betten, in denen schon 4 Männer schliefen, war nichts für mich...

                                                    Fart nach dem Westen

Nachdem ich einige Lebensmittel beisammen hatte, hieß wieder die Parole: Flucht. Der Vorarbeiter auf dem Gut war ein alter Deutscher, den die Polen wegen seiner Sachkenntnis vorläufig duldeten, ich hätte es somit aushalten können, aber die Landarbeit war nichts für mich, wo ich noch die feinen Sachen von zu Hause trug, die mir die Polen im Guten oder mit Gewalt abnehmen wollten. Als ich fortging wollte sich mir wieder veines der dortigen Frauenzimmer anschließen, ich winkte aber angesichts der Erfahrungen in Grünberg schroff ab und machte mich stockdunkler Nacht und reiselndem Regen aus dem Staube.

An der Neiße erwies sich ein Übergang als nicht so einfach, ich mußte mich tagsüber in einem Heuschober verstecken, am Ufer patroullierten dauernd die Grenzposten und den Fluß konnte man auch nicht einfach durchwaten. Nirgends ein Kahn, ich mußte schließlich einsehen, daß man hier nicht rüber kam... So ging ich noch einmal zurück; ich pirschte mich bei günstiger Gelegenheit an einen Zug mit Aussiedlern heran und bestieg denselben.

Es schien alles gut gehen. Wir kamen auch der Grenze näher und glaubten nicht mehr an einen Zwischenfall. Aber kurz vor der Brücke über den Grenzfluß sprangen allerlei Untermenschen in den Zug und plünderten uns bis aufs Hemd aus. Mir erging es nicht besser als den andern, mußte vor allem den guten Anzug, den ich anhatte, ausziehen und bekam dafür eine ausgediente Russenjoppe zugeworfen. Anfangs setzte ich mich zur Wehr, sagte den Räubern in russischer Sprache einige unangenehme Brocken, sie ließen von mir ab, dann aber erschien ein Russe in der Uniform eines Majors, setzte mir die Pistole auf die Brust und befreite mich vom letzten, was ich hatte. Arm wie eine Kirchenmaus kam ich in die russische Zone und gelangte nach weiteren Abenteuern - u. a. besatätigte ich mich als Grenzführer an der russisch-englischen Zonengrenze - nach Hamburg. Weitergeleitet in ein schleswig-holsteinisches Flütlingslager nach Garding, fand ich dort zunächst meine Ruhe. - Das Leben schreibt die größten Romane!

                                                                                             Alfred Neubert


 




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz