Rozległe wspomnienia urodzonego w Łodzi i kochającego to Miasto Alfreda Neuberta zamieszczono w 5 numerach Der Heimatbote (5-9/1954). Jego walka o pozostanie łodzianinem jest treścią tego niezwykłęgo materiału. Także wraca temat Sikawy, obozu pracy, więzienia i udręki nie tylko etnicznych Niemców, także Polaków. Było by dobrze otworzyć archiwa, by poznać co tak naprawdę wyczyniał w tym miejscu niemiecki okupant, później komuniści z pomocą radzieckich siepaczy...
DOŚWIADCZENIA MIESZKAŃCA ŁODZI
W styczniu 1945 roku mieszkaniec Łodzi został zmuszony do ucieczki wbrew swojej woli i zamiarom. W Nowej Soli - Neusalz na Dolnym Śląsku udaje się przejechać rosyjskim walcem parowym, zdobywa dokument polskiego robotnika przymusowego i wraca do Łodzi jako „prawdziwy Polak”.
Niewiarygodne przesłuchanie
W ten sposób 23 lutego 1945 r., w gęstej mgle, zupełnie nie rozpoznany, wróciłem do domu. Ale to, co ujrzały moje oczy, trudno opisać, trzeba to przeżyć samemu. Matka, brat, żona i dziecko nie mieli już mieszkania, mieszkali w dziurze. Kiedy mnie zobaczyli, płakali i krzyczeli, dlaczego przyszedłem. Miałem natychmiast wyjechać, bo tutaj rozpętało się piekło. Mógłbym szybko się skryć, ponieważ nadal posiadałem legitymację polskiego robotnika przymusowego, który powrócił z Niemiec, i dzięki niej mogłem gdzieś w Polsce ukryć się, aż emocje ludu opadną.
Co robić? Nie odważyłem się wyjść na ulicę. Wezwałem moich polskich przyjaciół, którym podczas okupacji niemieckiej wyświadczyłem wiele dobrych przysług. - Przybyli. Zastanawialiśmy się, co zrobić, abym wyszedł z tego bez szwanku. Już następnego dnia, 24 lutego 1945 r., poszli ze mną do prokuratora i na podstawie pisemnych dowodów oświadczyli, że jestem tym, który wiele zrobił dla Polski, który zawsze troszczył się o swoich polskich współobywateli, który z powodu ciągłych kontaktów z Polakami trafił nawet do więzienia i któremu odebrano listę ludności (patrz początek relacji w numerze kwietniowym). Czy Polacy mogli skazać takiego Niemca? Chyba nie mogli!!? - - - Ha, ha, jednak mogli – ale o tym później. Najpierw prokurator rzeczywiście wręczył mi pismo, że należy mnie zostawić w spokoju. Musiałem tylko zgłosić się na komisariat policji i powiedzieć, że nie chcę być wysłany do Rosji. Dramat deportacji był już bowiem w toku i wszyscy mężczyźni niemieckiej ludności, od 14-letnich chłopców po 65-letnich starców, musieli zgłosić się do Sikawy, aby w razie kwalifikacji zostać wysłani do Rosji. Zgodnie z poleceniem udałem się 24 lutego na posterunek policji przy ul. Sierakowskiego w Żubardziu, gdzie przedstawiłem zaświadczenie prokuratora i zostałem łaskawie zwolniony do domu. Wieczorem świętowaliśmy tak pomyślny przebieg sprawy, ponieważ tego samego dnia moja córka obchodziła swoje pierwsze urodziny.
Radość nie trwała jednak długo. Już 25 lutego 1945 r. przybyli po mnie z innego posterunku policji zupełnie obcy mi Polacy. Nie da się opisać słowami tego, co wtedy przeżyłem. Najpierw zapytano mnie, gdzie się tak długo ukrywałem, skoro jeszcze wieczorem podczas nalotu (17 stycznia 1945 r.) byłem w Łodzi. Kiedy odpowiedziałem, że przyszedłem prawie z Berlina, roześmiali się i powiedzieli, że po pierwsze, żaden Niemiec nie jest na tyle głupi, żeby wracać, skoro już znalazł się w Niemczech, a po drugie, nie byłoby to możliwe, ponieważ na każdym dworcu kolejowym kontrolowano ludzi i nie można było nawet pomyśleć o przejściu bez dokumentu tożsamości lub niemieckiego paszportu. Zapewniłem ich, że mimo wszystko to prawda. Nie chcieli mi jednak wierzyć. Nagle drzwi się otworzyły i wszedł Rosjanin. Porucznik. Był to ten sam Rosjanin, którego spotkałem w Neusalz i z którym spędziłem tam kilka dni. Odpowiedziałem więc Polakom, że porucznik może potwierdzić, że przychodzę prawie z Berlina. Porucznik potwierdził to. Wtedy Polacy zwrócili się do porucznika: „To jest Niemiec”. Rosyjski oficer zaprzeczył: „Niet, niet, to nie może być prawda, to musi być pomyłka”. Polscy towarzysze uparcie twierdzili, że jest Niemcem. Rosjanin zwrócił się bezpośrednio do mnie: „Czy to prawda, co oni o tobie twierdzą?” Musiałem przyznać, że tak jest i że jestem Niemcem. Iwan potrząsnął głową, nie mogło mu to pasować. Jak mogłem tu stać, skoro niedawno rozmawiał ze mną w Neusalz, jak mogłem jako Niemiec dotrzeć tutaj...
Jeden z Polaków nagle doznał olśnienia: ten facet przyleciał samolotem do Zgierza jako niemiecki partyzant! Ta myśl nie była dla nich na tyle szalona, żeby nie uwierzyć w nią od razu. Hitler wciąż żył, nawet jeśli „wyzwoliciele” walczyli już nad Odrą, kto wie, do czego Niemcy byli jeszcze zdolni... Tłum natychmiast rzucił się na mnie, ale ja słyszałem śpiew aniołów w niebie. Zaczęły się ciosy, rozbijano mi głowę stołami i krzesłami, wrzeszczano, przekrzykiwano się, czerpiąc przyjemność z moich cierpień. Rewolwer był gotowy, aby zadać mi łaskawy cios kulą. W mojej wielkiej ziemskiej niedoli przyszedł mi z pomocą Bóg Wszechmogący. Znalazłem jeszcze siłę, by krzyknąć do Rosjanina, że przecież dobrze wie, iż nigdy nie mogłem być niemieckim szpiegiem, czy nie pamięta, że spędziliśmy razem kilka tygodni w Neusalz po wycofaniu się tam niemieckiego wojska i że jako partyzant miałbym tam łatwość zabicia jego lub innych Rosjan? Rosjanin zatrzymał się, natychmiast przestał bić Polaka i wysłał mnie do Sikawy, aby uchronić mnie przed polskimi bohaterami.
Ci jednak wykonali swoją pracę dokładnie. Do Sikawy dotarłem ze złamanymi rękami, więc wysłano mnie do Rosji, do Stalina w Donbasie, „na leczenie”.
(W następnym numerze – ucieczka z Rosji).
Die umfangreichen Erinnerungen des in Łódź geborenen und diese Stadt liebenden Alfred Neubert wurden in fünf Ausgaben von Der Heimatbote (5-9/1954) veröffentlicht. Sein Kampf, ein Einwohner von Łódź zu bleiben, ist der Inhalt dieses außergewöhnlichen Materials. Auch das Thema Sikawa, das Arbeitslager, das Gefängnis und die Qualen nicht nur der ethnischen Deutschen, sondern auch der Polen kommt wieder zur Sprache. Es wäre gut, die Archive zu öffnen, um zu erfahren, was die deutschen Besatzer und später die Kommunisten mit Hilfe sowjetischer Schergen an diesem Ort wirklich getan haben...
ERLEBNISSE EINES LODZER
Ein Lodzer Landsmann wurde im Januar 1945 gegen seinen Willen und seine Absicht zur Flucht gezwungen. In Neusalz Niederschlesien läßt er sich von der russischen Dampfwalze überrollen, besorgt sich den Ausweis eines polnischen Zwangsarbeiters und gelangt als "echter PoJe" zurück nach Lodz.
Unglaubliches Verhör
Ich war also am 23. Februar '1945 bei starkem Nebel, völlig unerkannt, wieder daheim eingetroffen. Aber was sich dort meinen Augen bot, ist kaum zu schildern, das muß man selbst erlebt haben. Mutter, Bruder, Frau und Kind hatten keine Wohnung mehr, sondern hausten in einem Loch. Als sie mich sahen, weinten und schrieen sie, warum ich denn gekommen sei. Ich sollte unverzüglidl wieder abreisen, denn hier wäre die Hölle los. Ich hätte mich auch schnell verkrümeln können, besaß ich doch noch den Ausweis als polnischer Zwangsarbeit er, der aus Deutschland heimkehrte, und konnte damit irgendwo in Polen untertauchen, bis sich die kochende Volksseele beruhigt haben würde.
Was tun? Auf die Straße traute ich mich nicht. Ich ließ meine polnischen Freunde rufen, denen ich während der deutschen Zeit viel Gutes getan hatte. - Sie kamen auch. Wir berieten, was zu machen sei, damit ich ungeschoren davon käme. Gleich am nächsten Tag, dem 24. Februar 1945, gingen sie mit mir zum Prokurator, erklärten anhand von schriftlichen Beweisen zu Protokoll, daß ich der und der sei, der viel für Polen tat, der sich stets seiner polnischen Mitbürger angenommen habe, ja, der wegen dauernden Polenverkehrs sogar im Gefängnis gesessen und dem man die Volksliste abgenommen habe (siehe Anfang des Berichts in der April-Nummer). Konnten die Polen einen solchen Deutschen verurteilen? Das konnten sie dom wohl nicht!!? - - - Ha, ha, das konnten sie aber doch - aber das kommt noch. Zunächst händigte mir der Prokurator wirklich ein Schreiben aus, daß man mich in Ruhe lassen solle. Nur müßte ich mich auf meinem Polizeirevier melden und dort sagen, daß ich nicht nach Rußland verschickt werden soll. Denn das Drama der Verschleppung war bereits im Gange und jung und alt der männl. deutsch. Bevölkerung angefangen vom Jüngling mit 14 bis zum Greis mit 65, mußte sich für Sikawa melden, um bei Eignung nach Rußland verfrachtet zu werden. Ich ging befehlsgemäß noch am 24. 2. zum Polizeirevier an der ul. Sierakowskiego in Zubardz, legte dort die Bescheinigung des Prokurators vor und wurde in Gnaden nach Hause entlassen. Die so glimpflich abgelaufene Sache feierten wir am Abend, da es gleichzeitig meiner Tochter erster Geburtstag war.
Die Freude sollte nicht allzu lange dauern. Schon am 25. 2. 1945 kamen von einem anderen Polizeirevier - mir ganz fremde Polen und holten mich ab. Was ich dann erlebte, geht mit Worten gar nicht zu schildern, Zuerst fragte man mich, wo ich mich denn so lange versteckt hätte, da ich doch noch am Abend während des Luftangriffs (17. I. 45) in Lodz gewesen sei. Als ich ihnen antwortete, ich käme fast aus Berlin. lachten sie und sagten, erstens sei kein Deutscher so dumm und käme, wenn er erst einmal in Deutschland wäre, zurück, und zweitens wäre es mir unmöglich, da man ja auf jedem Bahnhof die Menschen kontrolliere und dabei an ein Durchkommen ohne Ausweis bzw. auf deutschen Ausweis gar nicht zu denken sei. Ich beteuerte, daß es trotzdem wahr ist. Was sie aber nicht glauben wollten. Da ging auf einmal die Tür auf und ein Russe trat herein. Ein Oberleutnant. Es war derselbe Russe, den ich in Neusalz getroffen hatte und mit dem ich dort verschiedene Tage zusammen war. Ich antwortete daher den Polen, der Oberleutnant könnte doch bezeugen, daß ich fast aus Berlin komme. Der Oberleutnant bestätigte das. Darauf die Polen zum Oberleutnant: "Das da ist ein German. " Der russische Offizier widersprach: "Niet, niet, das kann nicht stimmen, das muß ein Irrtum sein." Die polnischen Genossen behaupteten stur weiter, daß ist ein Deutscher sei. Der Russe wandte sich direkt an mich: "Stimmt das, was jene von, dir behaupten?" Ich mußte halt bekennen, daß es an dem sei und daß ich Deutscher bin. Der Iwan schüttelte sein Haupt, das ging ihm nicht mit rechten Dingen zu, Wie konnte im dann hier stehen, wo er mich doch erst vor kurzem in Neusalz gesprochen hatte, wie konnte ich als Deutsche den Weg hierher zurückgelegt haben ... Einem Polen kam plötzlich die Erleuchtung: der Kerl ist mit dem Flugzeug bei Zgierz: als deutscher Partisan abgesetzt worden! Der Gedanke war ihnen nicht verrückt genug, um nicht sofort geglaubt zu werden. Denn der Hitler lebte immer noch, wenn die "Befreier" auch schon an der Oder kämpften, wer weiß, wozu die Deutschen noch fähig waren ... Die Meute stürzte sich sofort auf mich, ich aber konnte die Engel im Himmel singen hören, es setzte gleich Schläge, Tische und Stühle zerschlug man an meinem Kopf, man johlte, überschrie sich, fand Gefallen an meiner Qual. der Revolver, lag bereit, um mir den Gnadenstoß durch eine Kugel zu geben. In meiner großen irdischen Not kam mir Gott der Allmächtige zur Hilfe. Ich fand noch die Kraft, dem Russen zuzurufen, er wisse es doch wohl sehr gut, daß ich nie deutscher Spion gewesen sein könnte, erinnere er sich denn - nicht, daß wir in Neusalz Wochen gemeinsam verbracht haben, nachdem das deutsche Militär dort weggezogen und daß es mir als Partisan dort ein Leichtes gewesen wäre, ihn oder andere Russen umzulegen? Der Russe stutzte, hielt sofort inne, verbot den Polen weiter zu schlagen und schickte mich gleich nach Sikawa, um mich vor den polnischen Schlagerhelden zu bewahren.
Die aber hatten gründliche Arbeit geleistet. In Sikawa langte ich an mit beiden gebrochenen Armen, so wurde ich auch nach Rußland, Stalino im Donbas, "zur Auskurierung" verschickt.
(In der nächsten Nummer die Flucht aus Rußland.)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz