czwartek, 8 stycznia 2026

Wspomnienia mieszkańca Łodzi z 1945 roku - Donbas - Ucieczka - Der Heimatbote - 6/1954 - cz.2

 Jeden z moich rodaków opowiada o swoich wyjątkowych przeżyciach w nieszczęsnym roku 1945, o tym, jak wbrew swojej woli został zmuszony do ucieczki na Zachód, ale potem, dzięki dokumentom tożsamości „polskiego robotnika przymusowego”, mógł wrócić do swojego rodzinnego miasta Łodzi, gdzie jednak, pomimo wszystkich udowodnionych dobrodziejstw, Polacy aresztowali go, maltretowali i ostatecznie trafił do:

                                                        Ab nach Rußland

Nasz transport wyruszył 1 marca 1945 roku z Łodzi-Sikawy, początkowo pieszo z Sikawy do Ozorkowa, gdzie nocowaliśmy w stodole. W drodze towarzyszyła mi moja żona na Bałucki Rynek, potem się pożegnaliśmy. Ona poszła do domu, a ja, jak tysiące innych, wyruszyłem w nieznane. Już w drodze do Ozorkowa wielu z tych biedaków upadało, a chwilę później, gdy ktoś nie mógł już iść dalej i pozostawał w tyle, słychać było strzał. Jego życie i cierpienie dobiegły końca. Moje życie też nie było już nic warte. Najmniejsze potknięcie na śliskiej, pokrytej śniegiem drodze sprawiało, że nie mogłem się podnieść z powodu złamanych rąk, które były tylko prowizorycznie unieruchomione. Gdyby nie moi przyjaciele, rodacy Wahl z Łodzi i Erwin Wegner z Aleksandrowa, którzy wielokrotnie pomagali mi wstać, nadeszła by moja ostatnia godzina. W ten sposób następnego dnia dotarliśmy do Kutna. Tutaj leżeliśmy kilka dni w cukrowni, a potem zostaliśmy załadowani. Chociaż rosyjska lekarka chciała mnie zwolnić, odmówiłem, ponieważ wiedziałem, że i tak zaraz po mnie wrócą. Transport ruszył.

                                                         W obozie jenieckim w Stalino

18 marca 1945 r. dotarliśmy do naszego miejsca przeznaczenia w Donbasie. Donbas przyjął już wielu Niemców, a transporty nieustannie dostarczały nowych ludzi. Zostałyśmy wyładowane i musieliśmy wspiąć się na wzgórze, czego ponownie nie byłam w stanie zrobić z powodu złamanych rąk. Przyjaciele ponownie mi pomogli. Po dotarciu na miejsce moje ręce zostały odpowiednio unieruchomione i nie musiałem pracować. Dzięki temu miałem więcej czasu, aby przyjrzeć się życiu w obozie w Rosji. Od samego początku nie podobało nam się tam. Dlatego w mojej głowie i głowach moich towarzyszy dojrzewała myśl o ucieczce.

Nie, takie warunki! Już po przybyciu do obozu zauważyliśmy, że w większości pomieszczeń nie ma drzwi. Były wprawdzie piece, ale nie było węgla, który by się palił. Węgiel wydobywany z tamtejszych kopalń nie chciał się palić, ponieważ rzekomo zawierał zbyt dużo żelaza. Musieliśmy spać na gołych deskach, które były słabe i uginały się, tworząc podczas snu szczeliny o szerokości 5 i więcej centymetrów. Można sobie wyobrazić, jak wyglądał odpoczynek, chociaż i tak było to lepsze niż podczas czternastodniowej podróży z Kutna do Stalina, kiedy to wszyscy siedzieliśmy w wagonach jak kurczaki na szpilkach. Wyżywienia w obozie nie można było nazwać dobrym ani zadowalającym, nawet przy najlepszej woli. Przez pierwsze dwa lub trzy dni nie było nic, potem raz dziennie dostawaliśmy kiszoną kapustę z wodą, po pewnym czasie dwa razy dziennie to samo, a jeszcze później trzy razy dziennie to samo. Był też kawałek chleba kukurydzianego. Dopiero po dwóch tygodniach, a dokładnie w drugi dzień świąt wielkanocnych 1945 roku, po raz pierwszy poszedłem do pracy.

30 marca, czyli w Wielki Piątek, który był jednocześnie moimi urodzinami, spotkała mnie miła niespodzianka. Podczas rozdawania obiadu do mojej puszki z jedzeniem ponownie wpadł kawałek kapusty. Kiedy jednak przyjrzałem się bliżej, zauważyłem, że tym razem nie była to łodyga kapusty, ale kawałek chudej wołowiny. Trudno sobie wyobrazić moją radość! W tych czasach głodu! Nie miałem odwagi zjeść tego mięsa, tylko patrzyłem na nie z podziwem, aż w końcu wziąłem je i poszedłem do znajomych do ich baraku. Kiedy pokazałem mięso panu Henusowi z Łodzi i panu Riemerowi ze Zgierza i powiedziałem im, że to mój prezent urodzinowy, pan Riemer wyciągnął z kieszeni kawałek starego chleba, który przywiózł jeszcze z Łodzi, i podał mi go, mówiąc: „Ty też dostaniesz ode mnie prezent urodzinowy”. Tego samego dnia uzgodniliśmy, ja, Erwin Wegner, Wahl, Riemer i Henus, że wkrótce uciekniemy, zwłaszcza że dni stawały się coraz ładniejsze. Dowiedzieliśmy się bowiem, że strażnicy mieli zostać wzmocnieni, a wokół naszego obozu miały zostać ustawione wieże strażnicze. Powodem tego było zgłoszenie pierwszych uciekinierów z innych obozów. Były obozy, z których w ciągu jednego dnia uciekało nawet 200 osób. Niestety, wkrótce zostali oni ponownie schwytani lub sami wrócili, ponieważ po 14 dniach bezskutecznych prób przedostania się przez Donbas zrezygnowali.

W rzeczywistości trudności związane z opuszczeniem okolic Stalino były ogromne. Nie wiedzieliśmy o tym przed ucieczką, ale przekonaliśmy się o tym później. Kiedy 3 kwietnia 1945 r. zmieniono również nasze straże (pilnowały nas kobiety), stało się dla mnie jasne, że albo uciekniemy wkrótce, albo nigdy. Kiedy jednak w południe tego dnia poinformowałem pana Riemera i pana Henusa, że najprawdopodobniej jeszcze dzisiaj wyruszymy, obaj nagle stracili odwagę. Próbowali mnie przekonać, żebym poczekał jeszcze kilka tygodni, „aż pogoda się poprawi”. Najwyraźniej dałem się przekonać, ponieważ obawiałem się, że mogą nas jakoś wydać, jeśli będę nadal nalegał na ucieczkę tej nocy. Inaczej było w przypadku kolegów Erwina Wegnera i Wahla, którzy od razu dołączyli do nas. Tak więc mogliśmy ruszać...

                                                                              Ucieczka

Wieczorem jak zwykle odebraliśmy posiłek, a następnie około godziny 21.00–21.30 wyruszyliśmy w drogę. Przekroczyliśmy druty i zostawiliśmy obóz za sobą, oddychając powietrzem wolności! Trzech uciekinierów! Jakże jednak zdziwiliśmy się, gdy nagle pojawił się czwarty! Bardzo młody chłopak, mający 16 lat. Na nasze pytanie, czego chce, odpowiedział wprost: „Widziałem, że chcecie uciekać i ja też chcę iść z wami”. Teraz nie wiedzieliśmy, co robić. Nie mogliśmy odesłać tego chłopca, bo zaalarmowałby cały obóz. Musieliśmy go zabrać, chcąc nie chcąc.

Trasę naszej wędrówki ustaliliśmy już wcześniej. Pierwszej nocy mieliśmy przejść 25–30 kilometrów. Rozczarowanie było ogromne, gdy po przejściu około 2 km wpadliśmy w bagno, z którego nie mogliśmy znaleźć wyjścia ani w prawo, ani w lewo, ani do przodu. Byliśmy całkowicie zniechęceni. Noc była ciemna jak smoła i zrobiło się naprawdę zimno. Wziąłem kołdrę, którą miałem jeszcze z Łodzi, rozłożyłem ją na zimnej ziemi i wszyscy czterej usiedliśmy na niej, czekając, aż zrobi się jasno. Gdy tylko zaczęło świtać, zauważyliśmy, że w naszym obozie, który był jeszcze całkiem blisko, zbiera się tłum. Czołgaliśmy się na czworakach w przeciwnym kierunku i udało nam się uciec.

W południe pierwszego dnia po raz ostatni pomachaliśmy naszemu obozowi na pożegnanie i wyprostowani ruszyliśmy w kierunku domu. Wieczorem wszyscy jedliśmy moje kromki chleba, które wymieniłem z Rosjaninem. Poświęciłem na to koszulę. Naszym noclegiem była sterta słomy.

Tak minęły trzy dni. Zapasy żywności się wyczerpały, a my nadal znajdowaliśmy się w Donbasie, zaledwie 100–150 kilometrów od naszego obozu. Co robić? Postanowiliśmy losować, kto pierwszy odda swój płaszcz w zamian za żywność. Los padł na szesnastoletniego chłopca, który chętnie oddał płaszcz. Ponownie trzeba było losować, kto pójdzie do Rosjan, aby dokonać wymiany. Uzgodniono, że pójdzie dwóch. Ponownie padło na szesnastolatka, a także na kolegę Erwina Wegnera. Chłopiec poprosił mnie, żebym poszedł za niego, ponieważ strasznie bolały go stopy. Początkowo odmówiłem, ponieważ sam byłem bardzo wyczerpany. Dopiero gdy wielokrotnie mnie błagał, spojrzałem na niego i dostrzegłem w nim mojego brata, który był prawie w tym samym wieku, ale nie miał tego „szczęścia” wyruszyć w podróż.

Erwin Wegner i ja ruszyliśmy. Nakazaliśmy Wahlowi i chłopcu, aby zeszli na dół, nie pozostawali na wzgórzu i czekali na dole, aż wrócimy z czymś do jedzenia. Rzeczywiście, mieliśmy szczęście z naszą wymianą. Rosjanka wzięła płaszcz dla swojej córki. Dała nam cebulę, mąkę kukurydzianą i chleb kukurydziany, a ponadto poczęstowała nas dobrze ugotowaną kapustą z ziemniakami. Zjedliśmy wszystko, co nam dała. Obładowani jedzeniem i w dobrych nastrojach ruszyliśmy do naszych towarzyszy.

Właśnie mieliśmy zejść po zboczu, na którym mieli siedzieć Wahl i chłopiec, gdy Rosjanin pokryty odznaczeniami podszedł do nas wraz z nimi. Niemal zamarliśmy w bezruchu. Odległość między nami a Rosjaninem i jego obecnymi jeńcami wynosiła około 15–20 metrów. Rosjanin pomachał do nas i zawołał: „Idi sjuda”. Wegner i ja zareagowaliśmy błyskawicznie, oddalając się w przeciwnym kierunku. Rosjanin próbował zbliżyć się do nas. W tym momencie Wahl i chłopiec chcieli uciec. Iwan szybko się odwrócił i ponownie ich dogonił. Moje spojrzenie spotkało się z Wahl i pokazałem mu, że Rosjanin nie ma przy sobie żadnej broni. Wahl skinął głową, dając znak, że zrozumiał. Kiedy oddalaliśmy się coraz bardziej, Rosjanin wołał o pomoc. Podbiegł około 18-letni chłopiec z wsi, a mężczyzna w mundurze krzyknął do niego, żeby nas dogonił i zabrał. Kiedy Rosjanin zbliżył się do nas na odległość około 10–15 metrów, każdy z nas chwycił kij, aby go nim powitać. Najwyraźniej człowiek ten myślał, że może nas po prostu złapać i zabrać, tak jak zabiera się owce. Kiedy zobaczył nasze kije i groźną postawę, uciekł, głośno wołając o pomoc. Biegliśmy tak szybko, jak tylko mogły nas ponieść nogi, w przeciwnym kierunku.

Przez przypadek trafiliśmy do jaskini, czyli kryjówki, w której podczas okupacji niemieckiej przebywali rosyjscy partyzanci. Znaleźliśmy tam kiszoną kapustę i najpierw zaspokoiliśmy głód.

Gorsze było uciekać stamtąd następnego dnia. Ledwie opuściliśmy naszą kryjówkę, zauważyliśmy na wzgórzach w okolicy kilku Rosjan. Prawdopodobnie mieli oni pilnować uciekinierów. Musieliśmy więc spędzić kilka dni w jaskini, aż sytuacja w okolicy się uspokoiła i pewnej nocy mogliśmy zaryzykować ucieczkę.

Nie było to łatwe na nieznanym terenie – skąd mielibyśmy wziąć mapę i kompas? – ale Bóg szczęśliwie nas wyprowadził.

Teraz próbowaliśmy opuścić strefę zamkniętą Donbasu, wagonem węglowym, po tym jak zrozumieliśmy, że przedostanie się pieszo jest niemożliwe. Położyliśmy się w wagonie węglowym i całkowicie przykryliśmy się węglem. Tylko w ten sposób udało nam się wydostać z obszaru zamkniętego niezauważonymi. Na stacji kolejowej potajemnie opuściliśmy pociąg węglowy i wskoczyliśmy do pociągu pasażerskiego jadącego w przeciwnym kierunku. Przed większymi przystankami zawsze wyskakiwaliśmy, a kiedy lokomotywa ruszała, ponownie wskakiwaliśmy. W nocy szło to dobrze, nikt nic nie zauważył, zwłaszcza że rosyjskie stacje kolejowe często nie są wyposażone w bariery ani podobne zabezpieczenia.

Był już prawie świt, kiedy ponownie wskoczyliśmy do pociągu. Serce mi zamarło, kiedy wylądowałem prosto na nogach umundurowanego Rosjanina. Erwin Wagner szturchnął mnie, ponieważ zauważył, że Rosjanin w ogóle nas nie zauważył. Jechaliśmy około pół godziny, a on nie odezwał się ani słowem. Zebrałem się na odwagę i zapytałem go, dokąd właściwie jedzie pociąg. „Do Moskwy” – brzmiała odpowiedź. Rozpoczęliśmy rozmowę, a Rosjanin powiedział nam nawet, że jedzie na czarnt urlop do Moskwy. Uważał, że jesteśmy uciekinierami i zapytał, dokąd jedziemy. Kiedy usłyszał „do Polski”, poradził nam: „Wysiąść na następnej stacji i wypatrywać pociągu jadącego w kierunku Charkowa”. On również wysiadł na następnej stacji i zniknął, po tym jak wskazał nam właściwy pociąg do Charkowa.

Dzięki wzajemnej pomocy udało nam się szczęśliwie wskoczyć do jadącego pociągu. Z Rosji można uciec tylko pociągiem, nikt jeszcze nie przemierzył rosyjskiego terytorium pieszo, nawet europejskiej części Rosji. Po torach dotarliśmy więc bezpiecznie do Charkowa, nowej stolicy Ukrainy.

Dopiero pięć godzin później miał odjechać pociąg z Charkowa do Kijowa. Siedzieliśmy w naszej leśnej kryjówce, ale przy tak paskudnej pogodzie nawet pies nie mógł tego wytrzymać. Deszcz i śnieg smagały nas do suchej nitki, więc schroniliśmy się w małej poczekalni, która była wypełniona ludźmi. Już słychać było świst pociągu jadącego w kierunku Kijowa, kiedy drzwi zostały otwarte i weszło dwóch rosyjskich milicjantów. Podeszli prosto do mnie i poprosili o dowód tożsamości. Ponieważ nie miałem dowodu, a oni szybko zorientowali się po moim akcencie, że nie jestem Rosjaninem, zabrali mnie ze sobą. Na szczęście umówiłem się z moim kolegą Erwinem Wegnerem, że nigdy nie będziemy stać razem w jednym miejscu, ale zawsze będziemy zachowywać się wobec Rosjan tak, jakbyśmy byli dla siebie zupełnie obcymi ludźmi. Tylko dzięki temu Erwin Wegner zdołał uciec. Dopiero znacznie później zdałem sobie sprawę, że zwróciłem na siebie uwagę wyłącznie dzięki mojemu europejskiemu ubraniu, podczas gdy Erwin Wegner zaopatrzył się w obozie w rosyjskie workowate ubranie i dzięki temu nie rzucał się w oczy i mógł uciec.

                                               (W następnym numerze dalszy ciąg) 


Ein Landsmann erzählt seine einmaligen Erlebnisse im Jahre des Unheils 1945, wie er gegen seinen Willen auf den Fluchtweg nach dem Westen gedrängt wurde, wie er aber dann mit einem Ausweis als "polnischer Zwangsarbeiter" wieder in seine Heimatstadt Lodz zurückgelangen konnte, wie ihn hier jedoch trotz aller erwiesenen Wohltaten die Polen verhafteten, ihn mißhandelten, und es am Ende für ihn hieß:

                                                         Ab nach Rußland

Unser Transport ging am 1. 3. 45 von Lodz-5ikawa ab, anfangs zu Fuß von Sikawa nach Ozorkow, wo wir in einer Scheune übernachteten. Auf diesem Weg begleitete mich meine Frau bis Baludzki Rynek, dann Verabschiedeten wir uns. Sie ging heim, id1 marschierte wie Tausende andere ins Ungewisse. Schon auf dem Wege nach Ozorkow brachen viele der Armen zusammen, man hörte nur immer kurz Zeit darauf, wenn einer nicht mehr weiter konnte und Hegen blieb, einen Schuß. Sein Leben und seine Qual waren zu Ende. Auch mein Leben war keinen Pfifferling mehr wert. Denn bei dem geringsten Ausrutschen auf der glatten, schneebedeckten Straße konnte ich mich mit meinen beiden gebrochenen Armen schlecht wieder aufrappeln, zumal sie nur notdürftig geschient waren. Wären nicht meine Freunde mit mir gewesen, ein Landsmann Wahl aus Lodz und ein Landsmann Erwin Wegner aus Alexandrow, die mir immer wieder halfen hochzukommen, hätte damals mein letztes Stündlein geschlagen. So gelangten wir am nächsten Tag nach Kutno. Hier lagen wir einige Tage in einer Zuckerfabrik und wurden dann verladen. Obwohl mich eine russische Ärztin frei lassen wollte, lehnte ich ab, da ich ja wußte, daß man mich doch gleich wieder holen würde. Der Transport ging los.

                                                      Im Gefangenenlager zu Stalino

Am 18. März 1945 kamen wir an unserem Bestimmungsort im Donbas an. Der Donbas hatte schon viele Deutsche aufgenommen und laufend brachten Transporte neues Menschenmaterial. Wir wurden ausgeladen und mußten dann 'eine Anhöhe erklettern, was ich abermals infolge meiner gebrochenen Hände nicht konnte. Die Freunde halfen abermals. Am Orte angelangt, wurden meine Hände vernünftig geschient und ich brauchte nicht zu arbeiten. Somit hatte ich besser Zeit, um das Lagerleben hier in Rußland zu studieren. Es gefiel uns gleich am Anfang nicht. Deswegen reifte in mir und meinen Kameraden der Gedanke einer Flucht.

Nein, solche Zustände! Schon bei unserem Eintreffen im Lager stellten wir fest, daß in den meisten Stuben keine Türen vorhanden waren. Zwar gab es Ofen, jedoch keine Kohle, die auch gebrannt hätte. Die aus den dortigen Gruben gewonnenen Kohlen wollten nicht brennen, da sie angeblich zu stark eisenhaltig waren. Schlafen mußten wir auf den blanken Brettern, die oberen Brettern waren dazu noch schwach und gaben nach, sodaß sich Spannen von 5 und mehr Zentimetern beim Schlafen bildeten. Man kann sich da ein Ausruhen vorstellen, obwohl es immerhin noch besser war als auf den vierzehn Tagen Fahrt von Kutno nach Stalino, damals saßen wir in den Waggons alle wie Hühner auf Stengeln. Die Verpflegung im Lager konnte man beim besten Willen nicht als gut oder zufriedenstellend bezeichnen. Die ersten zwei oder drei Tage gab es gar nichts, dann erhielten wir einmal täglich Sauerkohl mit Wasser, wiederum einige Zeit später zweimal täglich dasselbe, sowie noch später dreimal täglich dasselbe. Auch gab es da schon ein Stück Maisbrot. Erst nach zwei Wochen und zwar am 2. Osterfeiertag 1945, ging ich zum erstenmal auf Arbeit.

Am 30. 3., d. h. am Stillen Freitag, der auch zugleich mein Geburtstag war, erlebte ich eine freudige Überraschung. Beim Mittagausteilen fiel anscheinend wieder einmal ein Stück Kohlkopf in meine Essendose. Als ich aber näher hinschaute, wurde ich gewahr, daß es diesmal kein Kohlstrunk war, sondern ein Stück mageren Rindfleisches. Die Freude kann man sich kaum vorstellen! In dieser Hungerzeit! - Ich traute mir gar nicht, das Fleisch zu essen, starrte nur andächtig darauf, nahm es schließlich und ging zu Bekannten auf deren Bude. Als ich Herrn Henus aus Lodz sowie Herrn Riemer aus Zgierz das Fleisch zeigte und ihnen sagte, daß es mein Geburtstagsgeschenk sei, zog Herr Riemer einen alten Kanten Brot, noch aus Lodz stammend, aus der Tasche und reichte ihn mir mit den Worten: "Auch von mir sollst du ein Geburtstagsgeschenk haben." Am selben Tage vereinbarten wir, ich, sowie Erwin Wegner, Wahl, Riemer und Henus, in Bälde zu flüchten, zumal die Tage schon schöner wurden. Denn wir hatten in Erfahrung gebracht, daß die Wachen verschärft und Wachtürme um unser Lager aufgestellt werden sollten. Der Grund lag darin, daß aus anderen Lagern die ersten Flüchtenden gemeldet worden waren. Es gab Lager, aus denen bis 200 Mann und mehr an einem Tage ausbrachen. Leider aber wurden sie bald wieder geschnappt oder kamen von selbst zurück, da sie nach 14 tägigen erfolglosen Versuchen, den Donbass zu durchqueren, die Sache aufgaben.

In der Tat waren die Schwierigkeiten, das Gebiet um Stalino glücklich zu verlassen, ungeheuer groß. Das wußten wir aber vor unserer Flucht nicht, sondern sahen es erst spater. Als man am 3. April 1945 auch unsere Wachen (wir wurden von Frauen bewacht) ablöste, war es für mich klar, in Bälde zu fliehen oder nie. Doch als ich zu Mittag dieses Tages Herrn Riemer sowie Herrn Henus davon verständigte, daß es höchstwahrscheinlich noch heute losgehen sollte, sank auf einmal den beiden der Mut. Sie versuchten, mich zu überreden, doch noch einige Wochen zu warten, "bis das Wetter besser geworden sei". Scheinbar ließ ich mich auch überreden, denn ich fürchtete, daß sie uns vielleicht irgendwie verpfeifen könnten, wenn ich weiter darauf dringen würde, noch diese Nacht zu fliehen. Anders verhielt es sich mit den Kameraden Erwin Wegner und Wahl, die waren gleich mit von der Partie. Somit konnte es losgehen ....

                                                                   Die Flucht

Am Abend holten wir uns wie gewöhnlich unser Essen und dann gegen 21.00 bis 21.30 Uhr brachen wir auf. Wir durch kletterten die Drähte und hatten damit das Lager hinter uns, atmeten die Luft der Freiheit! Drei Entflohene! Wie erstaunten aber wir drei, als auf einmal ein Vierter bei uns auftauchte! Ein ganz junger Bursche von 16 Jahren. Auf unsere Frage, was er denn wolle, antwortete er geradeswegs: "Ich sah, daß ihr fliehen wollt und will auch mit." Nun war guter Rat teuer. Zurückjagen konnten wir den Kerl nicht, der würde das ganze Lager alarmieren. Wir mußten ihn. wohl oder übel mitnehmen. 

Unseren Marsch hatten wir schon vorher festgelegt. 25 bis 30 Kilometer sollten es die erste Nacht werden. Die Enttäuschung war groß, als wir ungefähr 2 km gingen und in einen Sumpf gerieten, aus dem wir weder nach rechts, noch nach links oder nach vorne hin einen Ausweg fanden. Wir verbiesterten uns restlos. Die Nacht war stockdunkel und es wurde anständig kalt. Ich nahm meine Steppdecke, dIe noch von Lodz her stammte, breitete sie auf dem kalten Boden aus und wir setzten uns alle vier Mann darauf um zu warten, bis es hell werden würde. Kaum graute der Tag, bemerkten wir schon einen Auflauf in unserem Lager, das ja noch ganz nahe war, wir robbten auf allen Vieren in die entgegengesetzte Richtung und es gelang uns, zu entkommen.

Um die Mittagszeit des ersten Tages winkten wir unserem Lager noch einmal "Ade" und hoch aufgerichtet schritten wir dem ~resten zu, Richtung Heimat. Abends aßen wir alle von meinen Brotrinden, die ich vom Russen eingetauscht hatte. Ein Hemd hatte ich dafür geopfert. Unser Nachtlager war ein Strohschober. 

So ging es drei Tage. Da waren die Verpflegungsreserven aufgebraucht und doch befanden wir uns nach wie vor im Donbas nur 100 bis 150 Kilometer von unserem Lager entfernt. Was tun?' Wir entschlossen uns zu losen, wer als erster seinen Mantel zum Umtausch für Lebensmittel hergeben sollte. Das Los fiel auf den sechzehnjährigen Jungen, er gab den Mantel auch gerne. Abermals mußte gelost werden, wer den Umtausch bei der russischen Bevölkerung vornehmen sollte. Es wurde vereinbart, daß es zweie tun sollten. Wieder war der 16jährige Junge dran, außerdem Kamerad Erwin Wegner. Der Junge bat mich, ich sollte für ihn gehen, da ihm seine Füße furchtbar schmerzten. Anfangs lehnte ich ab, da ich selber stark erschöpft war. Erst als er mich immer wieder anflehte, schaute ich ihn an - und glaubte meinen Bruder. der auch fast so alt war wie er, aber dieses "Glück" der nuß landfahrt nicht hatte, in ihm zu sehen.

Erwin Wegner und ich gingen los. Wir schärften dem Wahl sowie dem Jungen ein, den Abgang hinunter zu gehen, ja nicht auf der Anhöhe zu bleiben, und unten zu warten, bis wir mit etwas Eßbarem erscheinen würdert. Tatsächlich hatten wir mit unserem Tauschgeschäft Glück. Eine Russin nahm den Mantel für ihre Tochter. Sie gab uns Zwiebeln, Maismehl und Maisbrot, außerdem spendierte sie uns beiden tüchtig gekochtes Kraut mit Kartoffeln Wir aßen von dem Gekochten, was sie uns nur gab. Vollbeladen mit Eßwaren und guten Mutes zogen wir zu unseren Kameraden.

Gerade waren wir im Begriff, den Abhang wo Wahl und der Junge sitzen sollten, hinunterzusteigen, als ein mit Orden über und über bedeckter Russe mit den beiden diesen Abhang heraufkam. Wir erstarrten fast zu Stein. Die Entfernung zwischen uns und dem Russen mit seinen bei den jetzigen Gefangenen betrug etwa 15 bis 20 Meter. Der Russe winkte uns zu und rief: "Idi sjuda ". Blitzschnell reagierten ich und Wegner, indem wir uns mich der entgegengesetzten Richtung entfernten. Der Russe versuchte, uns näher zu kommen. In diesen Augenblick wollten Wahl und der Junge flüchten. Der Iwan drehte sich kurz entschlossen um und holte die bei den abermals ein. Mein Blick traf noch Wahl und ich zeigte ihm, daß der Russe ja gar keine Waffe bei sich habe Wahl nickte mit dem Kopf, zum Zeichen, daß er verstanden habe. Als wir uns immer weiter entfernten, schrie der Russe um Hilfe. Ein etwa 18jähriger Bauernbengel kam angelaufen und der Uniformierte rief ihm zu, er solle uns einholen und mitnehmen. Als der Russenjunge etwa 10 bis 15 m an uns heran war; ergriffen wir jeder einen Stock, um ihn damit zu begrüßen. Augenscheinlich dachte der Mensch, er könnte uns so mir nichts dir nichts fangen und abführen, wie man Lämmer abführt. Als er unsere Stöcke und drohende Haltung sah, gab er Fersengeld, mit lautem Geschrei um Hilfe rufend. Wir liefen, so schnell uns die Füße trugen, in der anderen Richtung weiter.

Durch Zufall landeten wir in einer Höhle, d. h. einem Versteck in dem sich die russischen Partisanen zur Zeit der deutschen Besetzung aufgehalten hatten. Wir fanden dort Sauerkohl vor und stillten erst mal den Hunger.

Schlimmer war am nächsten Tage ein Entkommen von dort. Kaum hatten wir unser Versteck verlassen, als wir auf den Anhöhen der Umgegend einige Russen bemerkten. Die sollten da wohl auf Ausbrecher acht geben. So mußten wir einige Tage in der Höhle zubringen, bis sich die Gegend beruhigt hatte und wir eines Nachts den Ausbruch wagen konnten. .

Bei dem unbekannten Gelände war es nicht einfach - von wo hätten wir uns auch Karte und Kompaß besorgen sollen? - aber Gott führte uns glücklich heraus.

Nun versuchten wir, das Sperrgebiet, den Donbas, mit einem Kohlenzug zu verlassen, nachdem wir eingesehen hatten, daß ein Durchbruch zu Fuß unmöglich war. Wir legten uns in einen Kohlenwagen und deckten uns gänzlich mit Kohlen zu. Nur auf diese Weise gelang es, unentdeckt aus dem Sperrgebiet herauszukommen. Auf einem Bahnhof verließen wir heimlich den Kohlenzug und sprangen auf einen in entgegengesetzter Richtung fahrenden Personenzug. Vor größeren Haltestellen sprangen wir immer ab und wenn die Lokomotive anzog, wieder auf. Bei Nacht ging das mand merkte was, zumal die russischen Bahnhöfe oft nicht mit ganz gut, niemand merkte was, zumal die russischen Bahnhöfe oft nicht mit Sperren oder dergleichen versehen sind. 

Schon gegen Morgengrauen war es, als wir abermals aufsprangen. Mir drohte das Herz stehenzubleiben, als ich einem uniformierten Russen direkt in die Beine sprang. Erwin Wagner stieß mich an, da er gesehen hatte, daß der Russe gar keine Notiz von uns nahm. Wir fuhren ungefähr eine halbe Stunde ohne daß ein Wort durch .ihn fiel. Ich nahm mir ein Herz und fragte ihn, wohin denn eigentlich der Zug fährt. "Nach Moskau" lautete die Antwort. Wir kamen richtig ins Gespräch und der Russe erzählte uns sogar, daß er schwarz in Urlaub nach Moskau fahre. Er meinte wir seien doch .Plennis = Gefangene, die flüchtig sind, und erkundigte sich, wohin wir denn wollten. Als er hörte ",nach Polen", gah er den Rat: "Springt bei der nächsten Haltestelle ab und gebt acht auf einen Zug, der in Richtung Charkow fährt." Auch er verließ in Höhe der nächsten Station den Zug und verschwand, nachdem er uns noch zuvor auf den richtigen Zug nach Charkow hingewiesen hatte.

Glücklich konnten wir durch gegenseitige Hilfe auf den fahrenden Zug aufspringen. Nur mit der Bahn kann man aus Rußland fliehen, noch niemand hat zu Fuß den russischen Raum durchmessen, auch das europäische Rußland nicht. Auf dem Schienenstrang gelangten wir also wohlbehalten bis vor Charkow, der neuen Hauptstadt der Ukraine.

Erst fünf Stunden später sollte ein Zug von Charkow nach Kiew gehen. Wir saßen in unserem Waldversteck, aber bei dem häßlichen Wetter konnte es nicht einmal ein Hund aushalten. Regen und Schnee peitschten uns bis auf die Haut, und wir suchten Zuflucht in einem kleinen Warteraum, der vollgepfropft mit Menschen war. Schon hörte man den Zug in Richtung Kiew fauchen, als die für aufgerissen wurde und zwei russische Bahnhofsmilizen hereinkamen. Geradewegs steuerten sie auf mich zu und fragten nach Ausweis. Da ich nun keinen besaß und sie auch bald an der Sprache merkten, daß ich kein Russe war, nahmen sie mich mit. Zum Glück hatte ich mit meinem Kameraden Erwin Wegner vereinbart, nie zusammen auf einer Stelle zu stehen, sondern gegenüber den Russen immer zu tun, als seien wir einander Wildfremde. Nur deshalb gelang es Erwin Wegner zu entfliehen. Erst viel später stellte ich fest, daß ich allein durch meine europäische Kleidung aufgefallen war, während Erwin Wegner sich im Lager noch russische Sackkleidung besorgt hatte und somit, da er nicht bei mir and nicht auffiel und entkommen konnte.

                              (In der nächsten Nummer der weitere Verlauf der Flucht.)



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz