Z dni 1945 roku
W tym raporcie, rozpoczętym w nr 2/53, rodaczka opisuje swoje przeżycia w roku terroru. Podobnie jak tysiące naszych współtowarzyszy niedoli, pozostała wówczas w ojczyźnie, ponieważ nie czuła się winna...
Dni mijały, aż pewnego dnia ja również musiałam zgłosić się do urzędu pracy. Moją pierwszą pracą było sprzątanie w drukarni. Następnie wspólnie zamiataliśmy ulice. Odśnieżaliśmy. Załadowywaliśmy wagony kolejowe zbożem (podczas czego jedna z kobiet, która była słaba, dostała krwotoku!). Przenosiliśmy meble z jednego domu do drugiego, przenosiliśmy maszyny do szycia z prywatnych mieszkań do budynku fabrycznego i wykonywaliśmy inne podobne prace dla robotników i niewolników, którymi teraz byliśmy. Słabe ramiona kobiet przejmowały ciężary przeznaczone dla mężczyzn; w ten sposób przenosiliśmy duże kłody drewna z jednego składowiska przez długą drogę na inne miejsce, przy czym kłody były oblodzone i tak ciężkie, że prawie załamaliśmy się pod ich ciężarem. Następnie przez kilka dni pracowaliśmy na cmentarzu, gdzie należało kopać groby i zapewnić zmarłym ostatni spoczynek. Pierwszym był fabrykant z Łodzi, który przez wiele dni wraz z wieloma innymi był przetrzymywany i dręczony w kościele ewangelickim; dwukrotnie podciął sobie tętnice na obu ramionach i wykrwawił się. Inny powiesił się, kończąc w ten sposób swoje męki, a niektórzy opuścili ten świat cierpienia i nienawiści, tę dolinę łez strachu i niedoli, w inny sposób. - Musieliśmy zabrać z rynku zwłoki mężczyzny, który leżał na ulicy przez kilka dni po tym, jak został zastrzelony przez milicję. Jego siostra, starsza kobieta, była u nas zatrudniona i potajemnie powiadomiła żonę i córkę zastrzelonego, aby mogły przyjść na cmentarz, kiedy składaliśmy zwłoki do grobu. - Fabrykant: musieliśmy go ponownie przenieść, ponieważ przyjechała jego żona z dziećmi z Łodzi i przywieźli trumnę. Była to bardzo nieprzyjemna praca, ponieważ zmarły był całkowicie zabrudzony ziemią, a jego żona myła mu twarz i ręce. Nasza równowaga wewnętrzna była często wystawiana na ciężką próbę!
Następnie każdego ranka musieliśmy pokonywać 13 kilometrów do lotniska, a sam marsz był ogromnym wysiłkiem. Do tego dochodziły bezsensowne drogi; celowo prowadzono nas przez najgłębsze błoto. Nasze spódnice były często mokre do kolan, a potem marzły podczas pracy na lotnisku. Tam musieliśmy zasypywać rozjeżdżone tory i oczyszczać pas startowy ze śniegu i kamieni. Nie dostawaliśmy nic do jedzenia, a kiedy późnym wieczorem wracaliśmy do naszych kwater, byliśmy zbyt zmęczeni, aby coś ugotować. To, że następnego ranka mogliśmy ponownie wstać i iść do pracy, wydawało nam się cudem Bożym. Pewnego ranka przyszłam do urzędu pracy i usłyszałam, jak szef policji bije kobietę i wyrzuca nas z korytarza; szukała schronienia przed ulewnym deszczem. Przycisnęłam się do ściany budynku i dzięki temu pozostałam niezauważona. Przebiegł obok mnie do bramy podwórza i tam bił i kopał każdą kobietę. Słychać było straszne krzyki i lamenty, a wkrótce podwórze zapełniło się płaczącymi, zrozpaczonymi kobietami. Po przybyciu naszych strażników dowiedzieliśmy się, że o godz. 5.30 zapomnieliśmy wezwać strażników... Nawiasem mówiąc, prace na lotnisku wkrótce dobiegły końca, więc zostaliśmy od nich uwolnieni.
W międzyczasie wszystkich mężczyzn umieszczono w czerwonej szkole. Zanim Robert wyjechał, wynegocjował z polskim szewcem, któremu miasto przydzieliło nasz dom, że będę pracować jako pokojówka u jego żony. Udało się, ale nie na długo – wkrótce ponownie wezwano mnie do urzędu pracy. W międzyczasie mężczyźni zostali wywiezieni do Kutna w niekończących się kolumnach, a ja mogłam tylko przelotnie zobaczyć mojego męża przy bramie szkoły. Podobnie jak tysiące innych Niemców etnicznie niemieckich, wyruszył on na wschód, ku niepewnej przyszłości, wielkim pytaniom i ponurej niepewności.
Pracowałam teraz jako szwaczka u Polki. Było tam bardzo przyjemnie, ale nie trwało to długo. Wielkanoc 1945 roku przyniosła wielką niespodziankę: właśnie w święto wielkanocne, w nocy, wyciągnięto mnie z łóżka. Dwóch milicjantów czekało przy drzwiach, aż się ubiorę i będę gotowa do marszu do komisariatu. Po przybyciu na miejsce wrzucono mnie na podłogę w ciemnym pomieszczeniu, które było już pełne ludzi. Rozmawiali szeptem, a ci, którzy znaleźli jeszcze miejsce, siadali na podłodze. Po pewnym czasie pierwszych sześciu poproszono, aby poszli wraz z bagażem. Wkrótce przyszła kolej na mnie i zaprowadzono nas na dół, do jasno oświetlonego pomieszczenia. Przy długim stole siedzieli urzędnicy i rosyjscy oficerowie. Zabrano nam ostatnie dokumenty tożsamości i przepytano nas z powodu przynależności do partii. Śmiali się z niedowierzaniem i pokazali mi zdjęcie mojego najmłodszego syna w mundurze leśnego, mówiąc „SS”!
Następnie w sąsiednim pomieszczeniu zawartość naszych worków została wyrzucona na podłogę, a wszystko, co miało jakąkolwiek wartość, oczywiście zniknęło, a potem wróciliśmy do innego pomieszczenia, gdzie musieliśmy nocować na podłodze. Tam po raz pierwszy zaatakowały mnie wszy! Trzy dni byliśmy tu przetrzymywani, wykorzystywani do wszelkich prac, a potem ponownie zwolniono nas do naszych kwater. Codziennie mieliśmy przyjemność chodzić do urzędu pracy, gdzie zapewniano nam pracę, ale nie jedzenie – to była prywatna sprawa każdego z nas, jak sobie radził; cóż, dzięki moim ziemniakom, marchewkom, burakom, octowi, cebuli i soli nie mogłem jeszcze umrzeć z głodu. – Po krótkim czasie policja ponownie wyciągnęła do mnie swoje długie palce. Moja torba z najpotrzebniejszymi rzeczami była już jednak gotowa. Ponownie odbyła się bardzo nieprzyjemna, haniebna rewizja osobista, a następnie kontrola torby: władze uznały, że maść, opakowanie bandaży, łyżka stołowa, grzebień, szczotka, papier listowy i chusteczki do nosa są jednak zbyt luksusowe dla „Niemry”, czyli dość dobrze wyposażonych mężczyzn i kobiet, którzy wspólnie udali się do kościoła ewangelickiego, gdzie zostaliśmy zakwaterowani na kilka tygodni.
Jakże smutny widok przedstawiało wnętrze tego domu Bożego, który teraz był naszym mieszkaniem! Ławki zostały wyrwane, szyby w oknach wybite, a wiele rzeczy zniszczonych! Nagie podłogi były naszym miejscem noclegowym; każdego ranka zabierano nas do pracy. Kuchnia fabryczna dostarczała raz w południe zupę składającą się z wody, marchwi i ziemniaków. Niektórzy otrzymywali dodatkowe posiłki od swoich bliskich, a od czasu do czasu ktoś współczujący dzielił się ze mną czymś. Rano mogliśmy umyć się w studni po drugiej stronie ulicy. Kiedy wieczorem kładliśmy się spać na podłodze kościoła, zawsze śpiewaliśmy cicho jakąś pieśń religijną.
Pewnego dnia gospodarstwo rolne poszukiwało pracowników, więc zgłosiłem się, mając nadzieję na lepsze wyżywienie. Razem z dwunastoma osobami, głównie młodymi dziewczętami, przewieziono nas wagonem 18 km dalej. W domu robotniczym, na piętrze, przy całkowicie zniszczonym piecu, mieliśmy gotować, mieszkać i spać. Tego samego dnia wzdłuż ściany zamontowano drewniane łóżka, a my musieliśmy poprosić ludzi o stary garnek i zebrać opał. Trudności były wszędzie! Codziennie o 6 rano musieliśmy stawić się w gospodarstwie i zostaliśmy przydzieleni do nadzorcy. Trzeba było kopać buraki, niekończące się pola buraków. Robiłem to przez trzy dni, a potem nie mogłem już z bólu serca. Przyszedł młody 30-letni zarządca i porozmawiał ze mną. Był człowiekiem – wszyscy wiemy, że z tamtych czasów pochodzą również wzruszające świadectwa człowieczeństwa – i pozwolił mi wykonywać drobne prace u ogrodnika w parku, aby ostatecznie zatrudnić mnie jako pomocnika kuchennego. A kiedy po kilku tygodniach nagle nadeszło wezwanie do obozu, rodzina zarządcy wyraziła ubolewanie z powodu mojego odejścia, a zarządca podarował mi z wdzięczności 20 złotych, abym mogła kupić sobie chleb... To był jedyny raz, kiedy dostałam pieniądze; nigdy wcześniej nie dostałam pieniędzy za pracę.
W obozie w Ozorkowie stopniowo trafiali wszyscy, którzy zostali wywiezieni do pracy rolniczej. Wkrótce rozeszła się plotka, że wielki obóz karny pod Łodzią ma stać się naszym stałym miejscem pobytu. Leżeliśmy więc kilka dni w stanie gotowości, aż pewnego ranka ruszyliśmy. Zaproszono nas do tramwaju i przewieziono przez Łódź; stamtąd musieliśmy pokonać jeszcze dość długą drogę pieszo – aż do Sikawy! Tam dopiero zaczęły się prawdziwe cierpienia...
(Ciąg dalszy nastąpi)
In diesem in Nr. 2/53 begonnenen Bericht schildert eine Landsmännin ihre Erlebnisse im Jahre des Schreckens. Sie war damals, wie Tausende unserer Leidensgefährten, in der Heimat zurückgeblieben, da sie sich keiner Schuld bewußt fühlte ...
Die Tage gingen dahin und eines Tages mußte auch ich mich auf dem Arbeitsamt melden. Meine erste Arbeit war Aufputzen in einer Druckerei. Dann waren gemeinsam die Straßen zu kehren. Schnee zu schaufeln. Eisenbahnwaggons mit Getreide zu beladen (wobei eine schwache Frau einen Blutsturz bekam!). Möbel von einem Haus ins andere zu schleppen, Nähmaschinen aus Privatwohnungen in ein Fabrikgebäude zu tragen und was dergleichen Beschäftigungen für Kulis und unbezahlte Knechte, die wir jetzt waren, mehr sind. Schwache Frauenschultern nahmen Transportlasten für Männer auf; so schleppten wir große Holzstämme von einem Lagerplatz durch einen langen Weg auf einen anderen Platz, wobei die Stämme vereist waren und so schwer, daß wir unter der Last fast zusammenbrachen. Dann betätigten wir uns Abwechslung ein paar Tage auf dem Friedhof, wo es galt, Gräber zu schaufeln und den Toten die letzte Ruhe zu geben. Der erste war ein Fabrikant aus Lodz, der viele Tage mit einer großen Zahl anderer in der evangelischen Kirche gelagert und schikaniert worden war; er hatte sich an jedem Arm zweimal die, Pulsadern durchgeschnitten und war verblutet. Ein anderer hatte sich erhängt und auf diese weise den Qualen ein Ende gemacht, und manche waren auf wiederum andere Art aus diese Welt des Leides und Hasses aus diesem Jammertal der Angst und Not fortgegangen. - Einen Toten mußten wir vom Martktplatz abholen, der hatte einige Tage, von der Miliz erschossen, auf de Straße gelegen. Seine Schwester, eine ältere Frau, war mit bei uns beschäftigt, und diese verständigte heimlich Gattin und Tochter des Erschossenen, so daß sie zum Friedhof kommen konnten, als wir den Toten in sein Grab legten. - Den Fabrikanten: mußten wir hernach nochmals umbetten, da seine Frau und Kinder aus Lodz erschienen waren und einen Sarg besorgt hatten. Eine ganz widerliche Arbeit war das, da der Tote von der Erde völlig verschmutzt war und seine Frau ihm Gesicht und Hände wusch. Unser inneres Gleichgewicht wurde oft aufs höchste geprobt!
Dan ging es jeden Morgen 13 Kilometer weit, bis auf einen Flugplatz, wobei der Anmarsch allein eine maßlose Anstrengung bedeutete. Dazu die grundlosen Wege; man führte uns absichtlich durch den tiefsten Schmutz. Unsere Röcke waren oft bis zu den Knien naß und froren nachher bei der Arbeit auf dem Flugplatz. Dort mußten wir die aufgewühlten Geleise zuschippen und die Rollbahn von Schnee und Steinen befreien. Zu essen bekamen wir nichts, und wenn wir dann spät abends in unser Quartier gelangt waren, da konnte man sich schon vor Müdigkeit nichts mehr kochen. Es war uns immer wieder wie ein Wunder Gottes, daß wir am nächsten Morgen erneut aufstehen und arbeiten konnten. - Eines Morgens komme ich zum Arbeitsamt und höre gerade, wie der Polizeichef eine Frau schlägt und uns dem Hausflur weist; sie hatte vor dem strömenden Regen Schutz gesucht. Ich drückte mich an die Hauswand und konnte so unbemerkt bleiben. Er stürmte an mir vorüber nach dem Hoftor und empfing dort jede Frau mit Schlägen und Fußtritten. Furchtbare Schreie und Klagelaute waren zu hören, und bald füllte sich der Hof mit weinenden, verstörten Frauen. Nachdem auch unsere Aufseher aufgekreuzt waren, erfuhren wir, daß wir schon um 5,30 Uhr hätten die Aufseher vergessen zu bestellen... Übrigens nahmen die Arbeiten auf dem Flugplatz bald ein Ende, davon wurden wir also erlöst.
Inzwischen hatte man alle Männer in der roten Schule gelagert. Ehe Robert ging, hatte er mit dem polnischen Schuhmachermeister, dem die Stadt unser Haus zugewiesen hatte, verhandelt, daß ich als Dienstmädchen bei seiner Frau arbeiten sollte. Das klappte auch, aber nicht lange - da wurde ich von Arbeitsamt wieder angefordert. Inzwischen waren auch die Männer in endlosen Kolonnen nach Kutno getrieben worden, und ich hatte nur flüchtig noch meinen Mann am Tor der Schule sehen können. Wie Tausende von Volksdeutschen trat auch er den Weg in den Osten an, in ein Schicksal der Ungewißheit, der großen Frage und düsteren Bangigkeit.
Ich arbeitete jetzt bei einer Polin als Näherin. Es war sehr angenehm dort, aber nicht von Dauer. Ostern 1945 nämlich kam die große Überraschung: gerade am heiligen 1.Feiertag werde ich in der Nacht aus dem Bett geholt. Zwei Milizmänner stehen wartend an der Tür, bis ich angezogen und marschbereit zur Kriminale bin. - Dort angekommen, wurde ich auf den Boden in einen dunklen Raum geführt, der schon voller Menschen war. Im Flüsterton verständigte man sich, und wer noch so viel Platz fand, setzte sich auf den Fußboden. nach einiger Zeit wurden die ersten sechs aufgefordert, samt ihrem Gepäck mitzugehen. Die Reihe war auch bald an mir, und wir wurden hinunter im hell erleuchtete Bäume geführt. An einem langen Tisch saßen Beamte und russische Offiziere. Es wurden uns unsere letzten Ausweise wie Papiere abgenommen, und wir wurden wegen der Zugehörigkeit zur Partei ausgefragt. Ungläubig lachte man und wies mir das Bild meines jüngsten Sohnes in Forstuniform und sagte "SS"!
Anschließend kehrte sich im Nebenraum der Inhalt unserer Säcke nach unten, wobei alles Wertvolle selbstredent verschwand, und dann ging es in einen anderen Raum zurück, wo wir auf dem Fußboden übernachten mußten. Da haben mich die ersten Läuse befallen! - Drei Tage wurden wir hier festgehalten, zu allen Arbeiten herangezogen und dann wieder in unsere Quartiere entlassen. Täglich hatten wir dann wieder das Vergnügen, zum Arbeitsamt zu spazieren, wo man uns wohl mit Arbeit, bloß nicht mit Essen versorgte - das war Privatsache eines jeden, wie er durchkam; nun ich konnte bei meinen Kartoffeln, Möhren, Rote Beeten, Essig, Zwiebeln und Salz noch eben nicht verhungern. - Nach kurzer Zeit schon streckte die Kriminale erneut ihre langen Finger nach mir aus. Mein Sack mit dem Notwendigsten stand aber schon bereit. Wiederum eine ganz gemeine schändliche Leibesvisitation, dann eine Untersuchung des Sackes: Die Behörde fand, daß Salbe, Verbandspäckchen, Eßlöffel, Kamm, Bürste, Briefpapier und Taschentücher doch für "Niemcys" recht übersuchten Männer und Frauen gemeinsam in Marsch nach der ev. Kirche, wo wir einige Wochen gelagert wurden.
Was für einen traurigen Anblick bot das Innere dieses Gotteshauses, das nun unsere Wohnung war! Die Bänke alle herausgerissen, Fensterscheiben zerschlagen und vieles verwüstet! Der nackte Fußboden war unser Lager für die Nacht; jeden Morgen holte man ins zur Arbeit ab. Eine Fabrikküche lieferte einmal mittags eine Suppe, bestehend aus Wasser, Möhren und Kartoffeln. Verschiedene bekamen durch Angehörige zusätzlich Speise gebracht, und ab und zu gab mir eine mitleidige Seele etwas ab. Waschen durften wir uns früh in Brunnen über der Straße. Wenn wir des Abends auf dem Kirchenboden zur Ruhe niedersinken durften, dann haben wir immer leise irgendein geistliches Lied gesungen.
Eines Tages forderte ein Gut Landarbeiter an, da bin ich mit vorgetreten; ich hoffe, besseres Essen zu bekommen. Mit zwölf Personen, meist jungen Mädchen, wurden wir per Wagen 18 km weit transportiert. In einem Arbeiterhause, eine Treppe hoch, mit einem ganz zerfallenen Herd, da sollten wir kochen, wohnen und schlafen. An der Wand entlang wurde noch am selben Tag ein Brettergestell zum Schlafen angebracht, und wir mußten uns bei den Leuten einen alten Topf ausbitten sowie Feuerung zusammenkratzen. Schwierigkeiten überall! Und täglich fruh, 6 Uhr, hatten wir uns auf dem Gutshof einzufinden und wurden dem Aufseher zugeteilt. Rübenfelder waren zu behacken, endlose lange Rübenfelder. das habe ich drei Tage mitgemacht, und dann konnte ich vor Herzschmerzen nicht mehr. Der junge 30 jährige Verwalter kam und nahm mit mir Rücksprache. Er war ein Mensch - wir wissen wohl alle, daß es auch rührende Zeugnisse von Menschlichkeit aus jenen Tagen gibt - und so ließ er mich dann beim Gärtner im Park kleine Arbeiten verrichten, um mich schließlich als Küchenhilfe bei sich zu verwenden. Und als nach einigen Wochen plötzlich die Abberufung ins Lager kam, da sprach die Familie des Verwalters ihr Bedauern über mein Weggehen aus, und der Verwalter schenkte mir aus Dankbarkeit 20 Zloty, damit ich mir mal Brot kaufen konnte... Das war das einzige Mal, daß ich Geld bekam; habe sonst nie Geld bekommen, wo ich arbeiten mußte.
Wider im Lager in Ozorkow, landeten hier nach und nach alle, die zu landwirtschaftlichen Arbeiten fortgebracht worden waren. Es redete sich bald herum, daß das große Strafgefangenenlager bei Lodz unsere Dauerstation werden sollte. So lagen wir einige Tage, in Alarmstellung, bis es eines Vormittags losging. Wir wurden in die Elektrische eingeladen und bis durch Lodz gefahren; von da ging es im Marsch noch einen ziemlich weiten Weg - bis nach Sikawa! Da ging das Leiden erst richtig los..
(Wird fortgesetzt)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz