Pewnego razu wraz z koleżanką z majątku Osiny podjęliśmy próbę ucieczki. W drodze do autobusu natknęliśmy się jednak na powóz z majątku i od razu stało się dla mnie jasne, że przegraliśmy. Nadal mieliśmy jednak nadzieję, że autobus odjedzie szybciej, ale ktoś już zadzwonił, więc przyjechał samochód i zabrał nas z powrotem do majątku. Nasi współtowarzysze niedoli właśnie jedli kolację, więc musiałyśmy czekać, aż pójdą spać. Zaprowadzono nas do starej ruiny i kolejno zadawano nam tak silne ciosy w twarz, że przez kilka tygodni byłyśmy całkowicie oszpecone. Potem otworzyły się drzwi do piwnicy i jednym pchnięciem zrzucono nas ze schodów. Drzwi się zamknęły i otoczyła nas całkowita ciemność. Kiedy już jakoś się ogarnęliśmy, znaleźliśmy się obok siebie na schodach. Nie mogłem powstrzymać śmiechu: „To ma być nasza kara”. – Tak spędziliśmy tam noc, nawet zasnęliśmy, i nie było to wcale nieprzyjemne, ponieważ nie było pcheł, które zawsze nas dręczyły na naszym słomianym posłaniu na górze. Kiedy nastał świt, okazało się, że siedzieliśmy w całkiem porządnej piwnicy, składającej się z kilku pomieszczeń, a w jednym z nich stała nawet skrzynia z najpiękniejszymi jabłkami. Byłyśmy głodne jak wilki. Wzięłam jedno z najładniejszych, potrząsnąłem skrzynką, a szczelina znów się zamknęła. Instynkt samozachowawczy był silniejszy niż strach, więc podzieliliśmy się jabłkiem jako darem od Boga! Kiedy nadeszła pora pracy, wypuszczono nas i przydzielono do naszej grupy. Miłość i współczucie naszych towarzyszy niedoli były dla nas pocieszeniem i otuchą; potajemnie podawano nam chleb, dawano nam pić, podawano nam kilka ukradzionych jabłek i pomidorów, tak że mieliśmy więcej, niż mogliśmy zjeść. Niektórzy nie mogli spać z troski o los tych, którzy zostali złapani, więc teraz starali się okazać nam wszelką miłość. Jednak ogólnie rzecz biorąc, reżim panów stał się nieco surowszy i bardziej rygorystyczny, przynajmniej na kilka dni. Wieczorem nas, przestępców, ponownie zamknięto w piwnicy bez jedzenia. A następnego ranka ponownie trafiliśmy na swoje miejsce. „Z całego serca cieszylibyśmy się, gdyby ucieczka się powiodła, ale cieszymy się też, że znów tu jesteście. Kto inny miałby nam czytać i modlić się z nami? – tak skomentowano naszą nieudaną wyprawę. Tak, każdego wieczoru, gdy nastawała godzina ciszy, mówiono: „A teraz zaśpiewajmy, a potem pomódlmy się, pani Riske!”. Cicho rozbrzmiewał śpiew pieśni religijnej, zazwyczaj z Reichsliederbuch (książki pieśni Rzeszy), po czym z gorącą modlitwą przedstawiałam Panu nasze prośby, a na zakończenie zazwyczaj śpiewaliśmy wersety „Müde bin ich, geh zur Ruh” (Jestem zmęczony, idę odpocząć) . Zawsze było tak, jakby pokój Boży rozprzestrzeniał się nad nami, a zmęczeni, udręczeni ludzie znajdowali na kilka godzin błogie zapomnienie w śnie.
Muszę jeszcze wspomnieć o jednym wydarzeniu, które miało miejsce w tym czasie. W niedzielne popołudnie jestem wraz z 5–6 kobietami na trawniku, gdzie odprawiamy nabożeństwo, gdy nagle przeraża nas zmiana powietrza i zmusza do powrotu do magazynów. Pędzę do swojego miejsca na końcu pomieszczenia, podchodzę do dużego okna i widzę, jak wszystko się trzęsie i drży, a w głowie słyszę głos: „odsuń się na bok”. Instynktownie wspięłam się na swoje łóżko, blisko ściany – i w tej samej chwili półtorametrowe okno zostało rozbite przez spadające drzewo, a jego gałęzie sięgały daleko do naszej sypialni! Wielka brama otwiera się z hukiem, a na zewnątrz, w parku majątku, przewraca się wiele starych pni, wystarczająco wydrążonych i spróchniałych przez upływ czasu. Okna wraz z ramami wypadają z innych domów, a z ogromnej (64-metrowej) stodoły majątku cały dach zostaje podniesiony jak zabawka i wyrzucony kawałek dalej na pole! Zjawisko naturalne, jakiego jeszcze nie doświadczyliśmy. Wszystko zostało głęboko wstrząśnięte, a szkody, również w uprawach owoców, były nie do opisania. Mogłem upaść na kolana, po raz kolejny doświadczyłem ochronnej łaski mojego Boga i mogłem Mu za to z całego serca podziękować. Polacy na chwilę poczuli wyrzuty sumienia. Czyżby posunęli się za daleko w stosunku do Niemców...
Większość naszych współwięźniów była otwarta na słowo Boże. Często proszono mnie, abym w niedzielę poprowadziła nabożeństwo. Kiedy pojawiałam się o wyznaczonej porze na strychu, wszyscy siedzieli już z śpiewnikami i w głębokiej powadze i świętej ciszy oczekiwali błogosławieństwa. I mogę śmiało powiedzieć, że mam nadzieję odnaleźć te godziny w wieczności. Była to zapewne służba, której oczekiwał ode mnie Pan Bóg i dlatego doprowadził mnie do niewoli. Takie godziny wspólnego śpiewania i modlitwy pozwalały zapomnieć o ponurej teraźniejszości!
Również w innych przypadkach słońce radości często przebijało się przez deszczową szarość dni. Niemcom w Osinach pozwalano nawet od czasu do czasu wyjeżdżać na weekend do swoich rodzinnych miejscowości. Kobieta z Ozorkowa uzyskała od zarządcy pozwolenie również dla siebie i dla mnie. Późną nocą dotarliśmy do Ozorkowa i nocowaliśmy u krewnych tej kobiety w małym pokoju na ziemi. Myślę, że było nas siedem osób. Wczesnym rankiem poszedłem do teściów – radość była ogromna! Poprosiłem ludzi mieszkających w naszym domu o kołdrę, a innych o mój letni płaszcz. Ojca naszej najmłodszej sprzedawczyni, który był Polakiem, poprosiłem serdecznie, aby wyrobił mi w policji pozwolenie na wyjazd do Rzeszy, co obiecał zrobić następnego dnia. Pozwoliłem więc mojej towarzyszce podróży wrócić sama do majątku, a sama zostałem u teściów. ... – Koniec? Nie otrzymałem pozwolenia na wyjazd i musiałem wrócić do majątku, czując się jak żołnierz, który uderza w kołek. Poza tym nie znałam języka polskiego, a moja towarzyszka podróży, która rozmawiała za mnie na dworcach, nie była obecna, więc pozostało mi tylko udawać głuchoniemą. Poprosiłam teściową, aby wszystko zapisała mi na kartce, a ja udawałam głuchoniemą. Udało mi się to tak dobrze, że bez żadnych trudności dotarłam do Osin. Tam oczywiście już dawno zauważono przekroczenie urlopu, zadzwoniono w sprawie „tej osoby” i uznano ją za zbiegłą. Po moim powrocie nie potraktowano mnie jednak źle – najwyraźniej łaska zwyciężyła nad prawem – i sprawa została zamknięta. W sumie pracowaliśmy w Osinach przez cztery miesiące, a potem, prawdopodobnie w październiku 1945 roku, ponownie przewieziono nas do Sikawy.
Ponownie Sikawa
Obóz był nam już dobrze znany, więc szybko poczuliśmy się jak w domu. Trafiłem do baraku nr 2, w którym mieszkało około 64 osób. Ponownie rozpoczęła się codzienna rutyna obozowa. O 5 rano pobudka, przygotowanie się i udanie się do łazienek. Następnie ustawialiśmy się przed barakami i maszerowaliśmy na plac główny. Tam wszyscy mieszkańcy baraków ustawiali się w kształcie podkowy. Była to prawdziwa „parada”, a wyglądało to tak: przed tą podkową stał tak zwany „komendant”, Niemiec, który musiał przekazywać nam rozkazy Polaków. Dbał o porządek i przyjmował zgłoszenia od starszych baraków. Następnie musieliśmy czekać, aż pojawił się właściwy polski komendant obozu wraz z kilkoma strażnikami, otrzymał raport, przeglądał „paradę” i wracał do budynku administracyjnego. Ponownie rozległo się komando „Uwaga”, mężczyźni musieli zdjąć czapki, a my zostaliśmy poproszeni o śpiewanie. Było to tak zwane błogosławieństwo wieczorne i poranne. Osoby mówiące po polsku wyjaśniły mi, że jest to podziękowanie Bogu i prośba o ochronę. Śpiewanie to było jednak osiągnięciem ostatnich miesięcy, po zmianach w administracji. Ogólna surowość nieco się zmniejszyła.
Po porannym błogosławieństwie szliśmy „w prawo” (oczywiście po polsku) na posiłek. Czasami nie było nic do jedzenia, były to straszne dni głodu. Następnie ustawialiśmy się w kolejce po kawę lub kaszę, około pół litra. Musieliśmy to spożywać na naszych łóżkach. O godz. 7.30 ustawialiśmy się w szeregu, aby „handlarze niewolników” mogli dokonać wyboru. Ci, których los wybrał lub którzy zgłosili się na ochotnika, byli zabierani do pracy. Niektórych zabierano na 8 do 14 dni lub nawet na dłużej. Ponieważ nie rozumiałem, jakich pracowników szukano, zazwyczaj pozostawałem w obozie. - Raz dałem się włączyć do grupy zajmującej się pracami ręcznymi – była to miła odmiana. Jednak wkrótce zostałem ponownie zwolniony. Obiadowy gulasz podawano około godziny 12. Składał się on średnio z kaszy jęczmiennej z ziemniakami, gotowanej w wodzie, bez soli. Porcja wynosiła około trzech czwartych litra. Wieczorem podawano trochę kawy.
. (Ciąg dalszy nastąpi)
Einmal machte ich mit einer Leidensgefährtin vom Gut Osiny einen Ausbruchsversuch. Auf dem Wege zum Omnibus begegnete uns aber ein Gespann vom Gut, und da war mir schon klar, daß wir Verspielt hatten. Wir hofften aber immer noch, daß der Omnibus schneller abfahren werde, doch man hatte bereits dorthin telefoniert, und so kam ein Wagen und holte uns auf Gut zurück. Unsere Leidensgenossen waren gerade beim Abendessen, und so mußten wir warten, bis die sich zur Ruhe begeben hatten. Wir wurden zur alten Ruine geführt und erhielten nacheinander so heftige Schläge ins Gesicht, daß wir wochenlang ganz entstellt waren. Dann öffnete sich eine Kellertür, und wir flogen mit einem Stoß die Treppe hinunter. Die Tür schloß sich, und totale Finsternis umgab uns. Als wir uns einigermaßen zurechtgestatet hatten, fanden wir uns nebeneinander auf den Treppenstufen wieder. Ich mußte unwillkürlich lachen: "Das soll nun unsere Strafe sein". - So haben wir dort die Nacht verbracht, sind sogar eingenickty, und es war gar nicht ungemütlich, denn es gab nicht die Flöhe, die uns oben auf unserem Strohlager immer geärgert hatten. Als der Morgen dämmerte, stellte es sich heraus, daß wir in einem ganz ordentlichen Keller saßen, bestehend aus mehreren Räumen, und in einem Raum stand sogar eine Kiste mit den schönsten Äpfel. Hunger hatten wir wie die Wölfe. Ich nahm einen der schönsten, rüttelte an der Kiste, und da ging die Lücke wieder zu. Der Selbsterhaltungstrieb war größer als die Angst, und so teilten wir uns den Apfel als eine Gabe Gottes! Als die Stunde zur Arbeit schlug, ließ man uns heraus, und wir wurden unserer Gruppe zugeteilt. - Die Liebe und das Mitgefühl unserer Leidensgefährten waren Trost und Aufmunterung; heimlich steckte man uns Brot zu, gab uns zu trinken, reichte uns einige geklaute Äpfel und Tomaten, so daß wir mehr hatten, als wir essen konnten. Verschiedene hatten vor Sorge um das Geschick der Ertappten nicht schlafen können, und so versuchte man uns jetzt jegliche Liebe zu erweisen. Doch war im allgemeinen das gutsherrliche Regiment etwas straffer und härter geworden, man zog die Zügel an, wenigstens für einige Tage. Des Abends wurden wir Übeltäter wieder ohne Essen in den Keller gesteckt. Und am nächsten Morgen dunften wir wieder auf unseren Platz. "Wir hätten Euch ja von Herzen gegönnt, daß die Flucht geglückt wäre, aber wir sind auch froh, daß Ihr wieder hier seid. Wer sonst sollte uns etwas vorlesen und mit uns beten? - das war ein Kommentar zu unserem mißglückten Unternehmen. Ja, jeden Abend, wenn die Stunde der Ruhe eingekehrt war, dann hieß es:"und nun wollen wir singen und dann beten Sie, Frau Riske!" Leise hub der Gesang eines geistlichen Liedes an, meist aus dem Reichsliederbuch, hernach habe ich in heißem Flehen unsere Anliegen vor den Herrn gebracht, und den Schluß bildeten meist, die Verse von "Müde bin ich, geh zur Ruh". Es war allemal, als ob der Friede Gottes sich über uns ausbreitete, und die müden gequälten Menschen fanden für einige Stunden wohltätiges Vergessen im Schlaf.
Eines Erlebnisses, welches in diese Zeit hineinfällt, muß ich gleich noch gedenken. Bin einen Sonntagnachmittag gerade mit 5 bis 6 Frauen auf einem Rasenplatz, wo wir Andacht halten, da schreckt uns urplötzlich eine Luftveränderung auf und treibt uns in die Lagerräume zurück. Ich eile an meinen Platz am Ende des Raumes, trete ans große Fenster und sehe, wie, ein Ächzen und Beben und ich vernehme eine Stimme in mir:"tritt zur Seite". Instinktiv bin ich auf mein Lager gestiegen, dicht an der Wand - und ich demselben Moment wird das anderthalb Meter hohe Fenster von einem herabfallenden Baum zerschlagen und mit Ästen greift er weit in unseren Schlafraum hinein! Das große Tor fliegt auf und draußen im Gutspark fällt manch alter Stamm, vom Zahn der Zeit genugsam ausgehöhlt und morsch, Fenster mitsamt dem Rahmen fallen aus anderen Häusern heraus und von der riesig langen (64 Meter) Gutsscheune wird das ganze Dach wie ein Spielzeug abgehoben und ein Stück in das Feld hineingeworfen! Ein Naturereignis, wie wir es noch nicht erlebt hatten. Alles war zutiefst erschüttert, und der Schaden, auch an der Obsternte, unbeschreiblich. Ich durfte auf die Knie fallen, ich hatte wieder einmal die bewahrende Gnade meines Gottes erlebt und konnte ihm von Herzen dafür danken. Den Polen schlug für einen Augenblick das Gewissen. Ob man es mit den Deutschen nicht doch zu weit getrieben hatte...
Unsere Leidensgenossen waren zum großen Teil für das Wort Gottes aufgeschlossen. Oft wurde ich gebeten, des Sonntags eine Andacht zu halten. Erschien ich dann zur festgesetzten Zeit auf dem Heuboden, saßen sie bereits alle mit ihren Gesangbüchern und erwarteten in tiefen Ernst und heiliger Stille einen Segen. Und ich kann wohl sagen, ich hoffe diese Stunden in der Ewigkeit wiederzufinden. Das war wohl der Dienst, den der Herrgott von mir erwartete und weshalb Er mich in die Gefangenschaft geführt hat. Solche Stunden der Sing- und Betgemeinschaft machten die düstere Gegenwart vergessen!
Auch sonst durchbrach die Sonne der Freude öfter mal das Regengrau der Tage. So wurde den Deutschen in Osiny hin und wieder sogar erlaubt, zum Wochenende kurz in ihren Heimatort zu gehen. Eine Frau aus Ozorkow erwirkte beim Verwalter auch für sich und mich die Erlaubnis dazu. Zu später Nachtstunde langten wir denn in Ozorkow an und übernachteten bei Verwandten dieser Frau in einem kleinen Raum an der Erde. Ich glaube, wir waren sieben Menschen. Am frühen Morgen ging ich zu meinen Schwiegereltern - die Freunde war groß! Ein Federbett holte ich mir noch von den Leuten, die in unserem Hause wohnten und von anderen meinen Sommermantel. Den Vater unserer jüngsten Verkäuferin, der ja Pole war, bat ich herzlich, er möchte mir bei der Polizei doch die Reiseerlaubnis ins Reich erwirken, was er auch für den nächsten Tag zusage. So ließ ich meine Reisebegleiterin allein nach dem Gut zurückfahren und blieb einfach bei den Schwiegereltern... - Das Ende? Eine Reiserlaubnis bekam ich nicht und wohl oder übel mußte auch ich wieder nach dem Gut zurück, mit dem Gefühl, das der Soldat hat, der über den Zapfen haut. Außerdem - ich beherrschte nicht das Polnische und meine Reisebegleiterin, die für mich auf den Bahnhöfen redete, nicht da war, blieb nur der Ausweg, die Taubstumme zu markieren. Ich ließ mir von meiner Schwiegermutter alles auf einen Zettel schreiben und war denn taub und stumm. Das ist mir so ausgezeichnet geglückt, daß ich ohne jede Schwierigkeit in Osiny ankam. Dort hatte man die Urlaubsüberschreitung natürlich längst gemerkt, wegen "dieser Person" telefoniert und sie als Ausreißer gezeichnet. Nach meiner Rückkunft jedoch war, man gar nicht häßlich zu mir - man ließ anscheinend Gnade vor Recht ergehen - und der Fall war erledigt. Insgesamt vier Monate haben wir in Osiny gearbeitet und wurden dann, es mochte im Oktober 1945 sein, wieder nach Sikawa verfrachtet.
ßÄäÖöÜü
Erneut in Sikawa
Das Lager war uns bereits "vorzüglich" bekannt und so wurden wir rasch wieder "heimisch". Ich kam in Baracke 2, wir waren etwa 64 Personen in einem Raum. Es begann wieder der Lagerbetrieb. Früh 5 Uhr wecken, alles fertig machen und in die Waschräume gehen. Dann vor den Baracken antreten und Abmarsch auf den Hauptplatz. Dort Aufstellung aller Barackenbewohner in Hufeisenform. Das war eine richtige "Parade", nämlich so: Vor diesem Hufeisen stand der sogenannte "Kommandant", ein Deutscher, der die Befehle der Polen an uniS weitergeben mußte. Er sorgte für Ordnung und empfing die Meldungen der Baracken-Ältesten. Dann hatten wir. zu warten, bis der eigentliche polnische Lagerkommandant mit einigen Aufsehern auf der Bildfläche erschien, ihm wurde gemeldet, er nahm die "Parade" ab und ging in das Verwaltungsgebäude zurück.- Wieder erscholl das Kommando "Achtung", die Männer mußten ihren Hut abnehmen und wir wurden zum Singen aufgefordert.Da gabes einen sogenannten Abend- und Morgensegen. Ich ließ mir von Polnischsprechenden erklären, es sei ein Dank gegen Gott und Bitte um Schutz. Dieses Singen war aber freilich erst eine Errungenschaft der letzten Monate,nachdem sich in der Verwaltung ein Wechsel vollzogen hatte. Überhaupt ließ nachher die. allgemeine Härte etwas nach.
Nach dem Morgensegen gings "rechtsum" / natürlich polnisch / zum Brotempfang. Manchmal gab es keines, das waren furchtbare Hungertage. Danach Antreten zum Kaffee- oder Grützeempfang, ca. einen halben Liter. Das mußten wir auf unseren Lagern einnehmen. Geigen 7,30 Uhr Antreten zum Aussuchen für die "Sklavenhändler". Wen das Los traf oder wer sich freiwillig_meldete, wurde zm Arbeit abgeführt. Manche holte man für 8 bis 14 Tage bzw. für noch länger. Da ich nicht verstand, was für Kräfte gesucht wurden, blieb ich meist im Lager. - Einmal ließ ich mich in die Handarbeitsstube mit einreihen - das war eine nette Abwechslung. Doch bald wurde ich wieder entlassen. Den mittäglichen Lagereintopf gab es gegen 12 Uhr, er bestand durchschnittlich aus Graupen mit Kartoffeln, in Wasser gekocht, ohne· Salz. Menge ca. dreiviertel Liter. Abends etwas Kaffee.
. (Wird fortgesetzt)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz