Byliśmy już od jakiegoś czasu w Sikawie. Stopniowo do obozu wracały również inne grupy, które nadal pracowały na wsi. Od czasu do czasu mieliśmy szczęście spotkać starych znajomych. Niemal codziennie raz lub dwa razy w naszych barakach pojawiali się nadzorcy, mężczyźni lub kobiety. Te ostatnie były jednak znacznie bardziej złośliwe; strażnicy mieli po prostu nieco więcej rozsądku niż strażniczki. Gdy strażnik pojawiał się w drzwiach, musieliśmy wyskakiwać z naszych łóżek i ustawiać się obok siebie w szeregu – z rękami przy szwach spodni! Jeśli w ciągu dnia nie mieliśmy pracy, nie wolno nam było się kłaść. Pomieszczenie było dobrze wypełnione: „mieszkaliśmy” na trzech piętrach, jeden nad drugim! Pewnego dnia nagle pojawił się strażnik. Stara, mocno opuchnięta kobieta nie podniosła się tak szybko, jak trzeba, co w jej stanie było całkowicie niemożliwe, więc ten brutal uderzył ją batem, wypchnął nogami za drzwi, a my nadal słyszeliśmy uderzenia i przekleństwa! Wszyscy staliśmy jak sparaliżowani, nikt nie śmiał oddychać, głęboko wstrząśnięci, każdy wrócił na swoje miejsce; czyż nie mogliśmy wszyscy spodziewać się, że następnym razem doświadczymy czegoś podobnego, że na własnej skórze poczujemy takie barbarzyńskie, niesprawiedliwe uderzenia batem? Nigdy więcej nie widzieliśmy tej kobiety, na pewno została pobita na śmierć!
Tak właśnie w Sikawie tak często przeżywaliśmy niezapomniane chwile. Pewnego dnia idę do łazienki i widzę na dole stojącą grupę ludzi; było to zabronione, ale z ciekawości schodzę na dół. W środku grupy stoi wysoki mężczyzna pokryty krwią, a żołnierz trzyma miskę z szmatką i zmywa z niego krew. Mężczyzna był słaby umysłowo i próbował uciec przez bramę w biały dzień, kiedy strażnik stał z karabinem, i za to został okrutnie pobity...
Nie mogę też zapomnieć o młodej dziewczynie w wieku około dwudziestu lat, która przez cały czas odgrywała swoje gościnne role. Była to studentka teologii, która oszalała. Biegała swobodnie, wchodziła do baraków i głosiła tam kazania, a czasami brała kamienie i wybiła szyby w oknach. Na środku dziedzińca zaczęła się rozbierać i zawsze zwracała na siebie uwagę wszystkich. Czasami zamykano ją w celi, a wtedy krzyczała, stukała lub śpiewała, aż ponownie ją wypuszczano. Była też starsza panna, która również oszalała, ale zawsze stała nieruchomo i milczała i trzeba było ją przenosić jak trupa. - Czasami całe pokoje były karane, musieli biegać po podwórzu, robić okrążenia, kłaść się na plecach lub na brzuchu, a potem czołgać się, skakać w kucki w galopie i robić inne tego typu figle. Jednak w naszym opłakanym stanie i głodzie wszystko to stanowiło straszny wysiłek. - Wielką cichą radość sprawiło mi znalezienie zegarka. Stało się to na początku, kiedy często chodziliśmy do magazynu drewna, aby się odwszyć. Czasami czołgałem się za stosem drewna, raz podniosłam deskę – a pod nią leżał piękny zegarek na rękę. Zgodnie z zasadami zgłosiłam znalezisko naszemu starszemu, ale nikt nie zgłosił się po zegarek do magazynu i służył nam wszystkim przez długi czas. Pomimo wszystkich rewizji i kontroli zachowałem go do dziś i mogłem nawet podarować go mojej córce, która wraz z pięciorgiem dzieci i bez męża również straciła wszystko.
Pewnego dnia do Sikawy przybył duży transport z Warszawy, czyli powracający tam ludzie, których wcześniej wywieziono z Sikawy.
Kiedy przybywały takie transporty, z gniewem i krzykami przepędzano nas z powrotem do baraków, a wyżywienie w takie dni było zupełnie gorszej jakości, aż sytuacja znów się unormowała.
Wracający z Warszawy towarzysze niedoli wyglądali żałośnie. Mieli całkowicie ogolone głowy, ubrani byli w stare mundury żołnierskie i byli całkowicie wygłodzeni. Serce się krajało, gdy trzeba było bezradnie patrzeć na to wszystko. „Nowi” musieli nocować na korytarzach baraków, zanim ponownie zakwaterowano ich w pokojach.
W szpitalu śmierci
W tym czasie duży, długi barak został przekształcony w szpital i natychmiast przyjęto do niego chorych na tyfus. Wszyscy, co byli starzy i chorzy, trafiali do tych pomieszczeń. Byłam zatrudniona w pracowni rękodzieła; teraz połączono krawiectwo i rękodzieło, znacznie zmniejszając liczbę pracowników. Pewnego dnia zwróciłam się do diakonisy, siostry Annemarie Wohlmacher, i zaproponowałam, że będę opiekować się chorymi. Skonsultowała się z lekarzem i za jego zgodą rozpoczęłam pracę jako pomoc siostry A. Zostaliśmy odizolowani od pozostałych, więc musiałam spać razem z personelem pielęgniarskim. Niemal na końcu baraku dyżurował sanitariusz, a niemiecki lekarz i lekarka sprawowali formalny nadzór nad chorymi. Nie było dostępnych lekarstw ani środków pomocniczych. Nie było herbaty, często nie było nawet wody, której tak bardzo pragnęli chorzy na gorączkę i umierający. Większość sióstr również zachorowała i do dziś pamiętam duży otwarty samochód, który był wypełniony ubogo ubranymi chorymi i wysłany do szpitala w Łodzi. Rzeczywiście, niektórzy chorzy wrócili jako wyleczeni.
My, którzy przeżyliśmy, nigdy nie zapomnimy tych tygodni spędzonych w bloku 5. Szczególnie zapadły mi w pamięć duże pomieszczenia, w których 60–70 kobiet leżało bezradnie na podłodze, bez słomy, często nawet bez płaszcza lub koca do przykrycia. Wchodziło się do tych pomieszczeń tylko z westchnieniem do nieba i biorąc głęboki oddech. Gorączkowa atmosfera zapierała dech w piersiach, a dziesięć do dwudziestu rąk wyciągało się w prośbie i błaganiu o pomoc. „Proszę, siostro, łyk wody”, albo „proszę, siostro, wiadro”, albo „proszę, siostro, przesuń mnie trochę! Siostro, kobieta obok mnie się posikała” – i tak pojawiały się prośby, wszystkie zapewne uzasadnione, a jednak często nie mogliśmy ich spełnić, ponieważ po prostu brakowało wody, szmat i czasu. Oczywiście staraliśmy się pomóc, jak tylko mogliśmy, bo potrzeba jest matką wynalazków. Wszyscy z ropiejącymi ranami, świerzbem i obrzękami wodnymi udawali się do felczera. Widzieliśmy też wielu biednych żołnierzy, wciąż osłabionych przez odniesione rany, leżących na surowych drewnianych łóżkach. - W porze obiadu chorzy, którzy byli w stanie chodzić, byli prowadzeni przez sanitariusza do kuchni. Rozdzielaniem posiłków zajmowała się siostra Anneliese; stali tam głodni i błagali, a porcje były zazwyczaj tak skromne, że nie wystarczały dla wszystkich. Jednak dzięki przydziałom dla chorych czasami można było podarować kawałek chleba tak głodnej duszy. - Ach, tak dobrze to rozumieliśmy, ponieważ my również, którzy od rana do nocy musieliśmy intensywnie biegać, często odczuwaliśmy bolesny głód. Zazwyczaj jako personel pielęgniarski mieliśmy prawo do 100 gramów chleba dziennie więcej. Sanitariusz nienawidził mnie jednak jak diabeł wierzącą dziewczynę i zatrzymywał moją porcję. Nienawiść ta wynikała z tego, że czuł, iż traktowaliśmy chorych z chrześcijańską miłością, a w przypadku zgonów zawsze staraliśmy się przekazać bliskim zmarłych to, co najlepsze. Dla niego była to strata, ponieważ wszędzie szukał korzyści i wzbogacał się na spadkach najbiedniejszych, a do punktu zbiórki oddawał tylko łachmany. Typowy padlinożerca! Kto potrafił dobrze przekupić sanitariusza, ten czasem dostawał dobre rzeczy. Tak wyglądała codzienność, która charakteryzowała upadek naszego narodu pod względem obyczajów i poglądów.
(Ciąg dalszy nastąpi)
ßÄäÖöÜü
Wir waren nun schon wieder einige Zeit hier im Sikawa. Nach und nach kamen auch die anderen Trupps, die noch auf dem Lande gearbeitet hatten, ins Lager zurück. Ab und zu hatte man auch das Glück, alte Bekannte wiederzusehen. Beinahe täglich ein- bis zweimal erschien in unseren Barackenräumen die Aufsicht, männliche oder auch weibliche. Letztere war jedoch bedeutend gehässiger; die Aufseher hatten eben einen Deut mehr Vernunft als die Aufseherinnen. Sofern die Aufsicht in der Tür erschien, mußten wir von unseren Lagern aufspringen und. uns nebeneinander stramm hinstellen - mit "Hände an die Hosennaht!" Wenn wir nun tagsüber mal keine Arbeit hatten, war es nicht erlaubt, sich hinzulegen. Den Raum hatte man gut ausgefüllt: in drei Etagen "wohnte" man übereinander! - Eines Tages kam plötzlich die Aufsicht. Eine alte, stark geschwollene Frau erhob sich nicht so schnell, es war ihr in ihrem Zustand ganz unmöglich, da schlägt der Rohling mit der Peitsche auf diese Frau ein, stößt sie mit den Füßen zu Tür hinaus, und weiter hören wir die Schläge und Schimpfereien! Wir alle standen wie erstarrt, keiner wagte zu atmen, auf tiefste erschüttert ging ein jeder auf seinen Platz zurück; denn konnten wir nicht alle damit rechnen, das nächste Mal ähnliches zu erleben, am eigenen Leibe solch barbarische, ungerechte Peitschenhiebe zu fühlen? Jene Frau ist uns nie mehr zu Gesicht gekommen, sicher war sie totgeschlagen!
So haben wir, gerade in Sikawa, ach so oft unauslöschliche Momente erlebt. Eines Tages gehe ich zum Waschraum, da sehe ich unten eine Anzahl Menschen stehen; es war ja verboten, umd doch gehe ich neugierig hinunter. Da befindet sich mitten in der Gruppe ein langer Mann, blutüberstömt, und ein Soldat hat ein Schüsselchen mit einem Lappen und wäscht ihm das Blut ab. Der Mann war schwächsinnig und hatte einen Fluchtversuch übers Tors gemacht, am hellen, lichten Tage, wo der Posten mit dem Gewehr stand, und dafür hatte man den Mann entsetzlich geschlagen----
Aus dem Sinn geht mir auch nicht ein junges Mädchen von einigen zwanzig Jahren, die während der ganzen Zeit ihre Gastrollen spielte. Es war eine Theologie-Studentin, die irre geworden war. Sie lief frei herum, ging in die Baracken und predigte dort und nahm gelegentlich auch keine Steine und warf die Fensterscheiben ein. Mitten auf dem Hof fing sie an, sich auszuziehen und gab immer Veranlassung, die allgemeine Aufmerksamkeit auf sich zu lenken. Manchmal wurde sie in eine Zelle gesperrt, dann hat sie geschrien oder geklopt oder gesungen, bis man sie wieder frei ließ. - Dann gab es ein älteres Fräulein, das auch irre war, es stand nur immer still und schweig und mußte fortbewegt werden wie eine Tote. - Mitunter bekamen ganze Stuben Strafe, da mußten sie auf den Hofe rennen, eine Runde um die andere sich lang auf den Rücken legen oder glatt auf den Bauch und dann robben, auch im Galopp in die Hocke springen und was dergleichen Scherze mehr waren. Bei unserer jämmerlichen Verfassung und dem Hunger steilte all dies jedoch eine entsetzliche Anstrengung dar. - Eine große stille Freude hat mir der Fund einer Uhr bereitet. Es ereignete sich dies in der ersten Zeit, da wir zum Entlausen öfter in einen Holzlagerraum gingen. Gelegentlich krieche ich hinter einen Holzstapel, hebe ein Brett hoch - da liegt eine schöne Armbanduhr darunter. Ich habe, wie es sich gehört, den Fund unserer Stubenältesten angezeigt, es hat sich aber niemand danach Uhr im Lager und hat uns allen oft gedient. Trotz all der Filzungen und Kontrollen ist sie mir bis heutigentags erhalten geblieben und ich konnte sie sogar noch meiner Tochter, die mit ihren fünf Kindern und ohne Gatten auch alles verloren hat, schenken.
Eines Tages langte in Sikawa ein großer Transport aus Warschau an, das heißt, es handelte sich um Rückkehrer, die man früher von Sikawa dort hingeschafft hatte.
ßÄäÖöÜü
Wenn solche Transporte eintrafen, wurden wir jeweils mit Wut und Geschrei in unsere Barackenräume zurückgejagt, und die Verpflegung war an solchen Tagen völlig minderwertig, bis sich die Dinge wieder eingespielt hatten.
Die aus Warschau wiedergekehrten Leidensgefährten sahen zum Erbarmen aus. Die Haare sämtlich abgeschoren, als Kleidung alte Soldatenuniformen und körperlich vollkommen heruntergehungert. Das Herz drehte sich einem im Leibe herum, wenn man in seiner Ohnmacht dies alles mit ansehen mußte. Nächtelang mußten die "Neuen" in den Barackenfluren liegen, ehe sie wieder in Zimmern untergebracht wurden.
In Lazarett des Todes
Zu jener Zeit wurde eine große lange Baracke als Lazarett eingerichtet und sofort mit Typhuskranken belegt. Auch alles, was sonst alt und krank war, kam in diese Räume. Ich war in der Handarbeitsstube beschäftig gewesen; nun hatte man Schneiderei und Handarbeit zusammengelegt und die Kräfte sehr reduziert. Eines Tages redete ich eine Diakonissin, Schwester Annemarie Wohlmacher, an und erbot mich Kranke zu pflegen. Sie nahm mit der Ärztin Rücksprache , und mit deren Zustimmung ging ich in die Krankenpflege als Hilfe für Schwester A. Wir wurden von den anderen isoliert, und so mußte ich auch beim Pflegepersonal schlafen. Fast am Ende der Baracke hielt ein Feldscher (Sanitäter) Sprechstunden, und ein deutscher Arzt sowie eine Ärztin führten pro forma die Aufsicht über die Kranken. Arznei und Hilfsmittel standen nicht zur Verfügung. Kein Tee, oft kein Schuck Wasser, wonach die Fieberkranken und Sterbenden sehnsüchtig verlangten. Auch die meisten der Schwestern wurden krank, und ich sehe noch heute ein großes offenes Auto, welches voll dürftig gekleideter Kranker geladen und nach Lodz ins Krankenhaus abgeschickt wurde. Tatsächlich sich einige der Kranken als geheilt zurückgekehrt.
Diese Wochen im Block 5 werden wir Lebenden wohl nie vergessen Einige große Räume, wo 60 bis 70 Frauen auf den Fußböden lang und hilflos hingestreckt lagen, ohne Stroh, oft nicht einmal mit Mantel oder Decke zum Zudecken, sind mir besonders in Erinnerung. Man trat in diese Räume nur mit einem Stoßseufzer zum Himmel und indem man nochmal tief Luft holte. Eine fiebergeschwängerte Atmosphäre versetzte einem den Atem und zehn bis zwanzig Arme strecken sich einem bittend und hilfeflehend entgegen. "Bitte, Schwester, einen Schluck Wasser", oder "bitte, Schwester einen Eimer", oder "bitte, Schwester, rücken. Sie mich doch mal ein wenig herum! Schwester, die Frau neben mir hat sich voll gemacht" --- und so gab es Wünsche, sämtlich wohl berechtigt, und doch konnten wir sie oft nicht erfüllen, weil es einfach an Wasser, Lappen und Zeit mangelte. So gut es immer ging, schafften wir freilich Abhilfe, die Not macht erfinderisch. Alle die mit eitrigen Wunden, Krätze und Wassergeschwulst begaben sich zum Feldscher. Wir sahen auch viele arme Landser, noch geschwächt von ihren Verletzungen, auf den rohen Holzlagern. - Zum Mittagholen wurden die Kranken, die noch laufen konnten, vom Sani in die Küche geführt. Das Austeilen besorgte Schwester Anneliese; da standen sie dann hungerend und bittend herum und meist so knapp bemessen, daß wir nicht hinreichten. Immerhin, die Zuteilung für die Kranken ermöglichte es manchmal, ein Stück Brot solch hungriger Seele zuzustecken. - Ach und wir konnten das so gut nachfühlen, denn auch wir, die wir nun von morgens früh bis zur Nacht tüchtig zu laufen hatten, verspürten oft schmerzhaften Hunger. Normalerweise standen uns als Pflegepersonal täglich 100 Gramm Brot mehr zu. Der Sani haßte mich aber wie der Teufel eine gläubige Seefe und behielt meinen Anteil. Der Haß entspann sich, weil er fühlte, daß wir den Kranken in christlicher Liebe entgegen kamen und bei Sterbefällen ständig bestrebt waren, den Angehörigen die guten Sachen zukommen zu lassen. Das war für ihn der Verlust, suchte er doch überall seinen Vorteil und bereicherte sich an dem Nachlaß der Ärmsten und gab nur die Lumpen an die Sammelstelle ab. Typischer Leichenfledderer! Wer nun den Sani gut bestechen konnte, bekam auch mal gute Sachen. Das war das noch heute übliche Bild; das den Niedergang unseres Volkes in Gesittung wie. Gesinnung kennzeichnet.
(Wird fortgesetzt)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz