sobota, 20 grudnia 2025

Podróż do Polski - Niemieckie osadnictwo - Der Heimatbote - 3/1968 - cz.1

 

       Wspomnienia ze starej ojczyzny oczyma Ludwiga Janke                


                                   ZOBACZYŁEM PONOWNIE MÓJ KRAJ WARTY

                                                           Brakujący stempel

W 1967 roku odwiedziłem moją dawną ojczyznę i miejsca, które znałem z przeszłości.

Wszystkie formalności załatwiłem za pośrednictwem biura podróży. Pozwolenie na pobyt otrzymałem od córki mojego brata Adolfa Janke, który pozostał w Polsce, ponieważ poślubił Polkę. Wiza wjazdowa kosztowała 50 marek niemieckich, a za każdy dzień pobytu w Polsce musiałem z góry wykupić bon hotelowy o wartości 30 marek niemieckich – tylko dwa dni są dniami wolnymi od opłat. Ponieważ chciałem mieszkać u krewnych, mogłem wymienić bony na złote; za 1 markę niemiecką dostaje się 6 złotych.

W drodze tam miałem pecha. Z Hanoweru jechałem pociągiem ekspresowym Paryż-Moskwa i podczas wjazdu do strefy zostałem skontrolowany. Okazało się, że zdjęcie w paszporcie nie zostało ostemplowane przez nasze zachodnioniemieckie władze! Cholerna nieostrożność urzędnika! Jeszcze przed Berlinem musiałem opuścić pociąg. Moje dokumenty zostały ponownie sprawdzone, a walizka przeszukana.

W walizce znaleźli dwie Biblie, jedną polską i jedną niemiecką. Zapytano mnie, czy jestem duchownym. Wyśmiewali mnie i moje Biblie, ale mimo to nawiązaliśmy rozmowę na temat wiary. Jeden z funkcjonariuszy policji ludowej stwierdził, że nikt jeszcze nie widział Boga, więc nie może w Niego wierzyć. Podałem mu przykłady prądu elektrycznego i wiatru, których również nikt nie widział, ale których działanie jest całkowicie wyczuwalne. Wśród moich dokumentów znaleźli również wiele adresów znanych Polaków. Zapytali, skąd mam te adresy i w jakich stosunkach pozostaję z tymi osobami. Cała procedura trwała cztery godziny w nieogrzewanych pomieszczeniach, a wszystko to dlatego, że zwróciłem na siebie uwagę brakiem pieczątki.

W końcu przyjechał pociąg z Berlina i musiałem ponownie wsiąść do niego, jadąc na zachód. Po przybyciu do Helmstedt udałem się do ratusza i nadrobiłem zaległości, czyli uzyskałem pieczątkę, o której zapomniano na zdjęciu paszportowym. Następnie mogłem ponownie wsiąść do pociągu Warszawa-Moskwa i przez Poznań kontynuować podróż do Kutna i Łodzi.

Pierwsze wrażenia

W pociągu spotkałem kilku podróżnych, którzy wracali z Niemiec i Francji i musieli dokupić bilety, a jeden z konduktorów powiedział: „Bilet kosztuje 80 złotych, ale ja nie jestem taki, dam wam za 40 złotych”. A inny: „Bilet kosztuje 120 zł, u mnie kosztuje 80 zł”. Bardzo mnie to zdziwiło...

 Ogólnie ludzie byli mili i uprzejmi. W Kutnie poznałem Polaka, który również jechał do Łodzi; po przyjeździe zamówił taksówkę, zawiózł mnie do moich krewnych i znajomych, a na dodatek zapłacił za mnie za przejazd. Kilometr taksówką kosztuje 2 Zł. = cena jajka. To naprawdę tanio, więc często jeździłem taksówką, zwłaszcza gdy chciałem dostać się do mniejszej miejscowości.

Najpierw pojechałem do Pabianic i okolic. Odwiedziłem polskiego nauczyciela, który wcześniej mieszkał w Uniejowie i którego udało mi się uwolnić z obozu koncentracyjnego Dachau podczas wojny. To było wzruszające spotkanie; mieliśmy sobie tyle do opowiedzenia! Kiedy się żegnaliśmy, płakał głośno na ulicy i krzyczał za mną, ponieważ mój taksówkarz chciał już jechać dalej: „Pewno ostatni raz w życiu się widzimy!” (Na pewno widzimy się po raz ostatni).

W Pabianicach odwiedziłem jeszcze znanego mi z dawnych czasów lekarza, dr Sygniewicza, który również serdecznie mnie przyjął. W Dalikowie córka właściciela sklepu Adamskiego powiedziała: „Ten pan mego brata ratował” (ten pan uratował mojego brata). Opowiadam o tych wydarzeniach, aby pokazać, że Niemcy z Republiki Federalnej nie spotykają się z taką nienawiścią, jak się często uważa. Po 22 latach ponownie spotkałem mojego brata Adolfa w łódzkim szpitalu wojskowym. To było wstrząsające, leżał śmiertelnie chory, rak zaatakował cały jego kręgosłup.

Po wizycie w szpitalu pojechałem do jego córki, która pożyczyła samochód marki „Warszawa”, do Lobocha, gdzie mieszka August Scheibler, który wrócił z Republiki Federalnej Niemiec do Polski. Państwo Scheiblerowie mieli bowiem w Polsce dwie córki, które poślubiły polskich mężczyzn, dlatego delikatną siłą przyciągnęło ich z powrotem do Polski. Powracający mogli zabrać ze sobą z Republiki Federalnej wszystko, nawet samochód. Zostaliśmy u nich do zmroku. Byli tam również Polacy z sąsiedztwa, a kiedy rozmawialiśmy o przeszłości i Hitlerze, jeden z nich powiedział do mnie: „Panie Janke, Pan ma w okolicy dobrą opinię”.

                                         ICH SAH DAS WARTHELAND WIEDER

                                                      Der fehlende Stempel

Im Jahre 1967 besuchte ich meine alte Heimat und die mir von früher her vertrauten Orte. 

Ich habe alle Formalitäten durch ein Reisebüro erledigt. Die Aufenthaltsgenehmigung erhielt ich von der Tochter meines Bruders Adolf Janke, der in Polen blieb, weil er eine Polin zur Frau hatte. Das Einreisevisum kostete an 50 DM und für jeden Tag des Aufenthaltes in Polen mußte ich im voraus einen Hotelgutschein zu 30 DM lösen - nur zwei Tage sind als Reisetage frei. Weil ich bei Verwandten wohnen wollte, konnte ich die Gutscheine in Zloty umtauschen; für 1 DM bekommt man 6 Zloty.

Auf der Hinfahrt hatte ich großes Pech. Ich saß ab Hannover im D-Zug Paris-Moskau und wurde bei der Einreise in die Zone kontrolliert. Da stellte sichs heraus, daß das Paßbild von unserer westdeutschen Behörde nicht abgestempelt war! Eine verdammte Schusseligkeit des Beamten! Noch vor Berlin mußte ich den Zug verlassen. Meine Papiere wurden abermals geprüft und mein Koffer durchsucht.

Im Koffer fanden sie zwei Bibeln, eine polnische und eine deutsche. Ich wurde gefragt, ob ich Geistlicher sei. Und sie machten sich über mich und meine Bibeln lustig, aber wir kamen doch noch in ein Gespräch, das sich auf den Glauben bezog. Einer der Volkspolizisten meinte, den lieben Gott habe noch keiner gesehen und somit könne er auch an keinen glauben. Ich führte ihm Beispiele vom elektrischen Strom und vom Winde an, die auch noch keiner gesehen habe, deren Wirkung aber durchaus wahrzunehmen sei. - Unter meinen Papieren fanden sie auch viele Anschriften von bekannten Polen. Sie fragten, wie ich zu diesen Anschriften gekommen sei, und in welchem Verhältnis ich zu den Personen stehe. Die ganze Prozedur dauerte vier Stunden in ungeheizten Räumen, und alles deswegen, weil ich durch einen fehlenden Stempel aufgefallen war.

Endlich kam ein Zug aus Richtung Berlin, und den mußte ich wieder westwärts besteigen. In Helmstedt angekommen, suchte ich das Rathaus auf und ließ das Versäumte nachholen, nämlich den Stempel, den man auf dem Paßbild vergessen hatte. Dann konnte ich abermals den Zug Warschau-Moskau besteigen und über Posen meine Fahrt nach Kutno und Lodz fortsetzen.

                                                              Die ersten Eindrücke

In der Bahn traf ich einige Reisende, die aus Deutschland und Frankreich zurückkamen und unterwegs nachlösen mußten, wobei der eine Schaffner meinte: "Bilet kosztuje 80 Zloty, ale ja nie jestem takim, dom wam za 40 ZI." (die Fahrkarte kostet 80 ZI., aber ich bin nicht so, gebe sie Euch für 40 ZI.). Und ein anderer: "Bilet kosztuje 120 Zl., u mnie kosztuje 80 Zl" (die Fahrkarte kostet 120 ZI., bei mir kostet sie 80 ZI.). Darüber wunderte ich mich sehr ...

Im allgemeinen verhielten sich die Menschen nett und zuvorKommend. In Kutno lernte ich einen Polen kenen, der auch nach Lodz fuhr; er bestellte nach der Ankunft ein Taxi, ließ mich zu meinen Verwandten und Bekannten fahren und bezahlte auen noch den Fahrpreis für mich. Ein Kilometer mit dem Taxi kostet 2 ZI. = der Preis für ein Ei. Das ist wirklich billig, und so bin ich sehr viel mit dem Taxi gefahren, besonders, wenn ich in einen kleineren Ort wollte.

Zunächst bin ich nach Pabianice und Umgebung gefahren. Ich besuchte einen polnischen Lehrer, der früher in Uniejow wohnte und den ich im Kriege aus dem KZ Dachau frei bekommen konnte. Es war ein rührendes Wiedersehen; was hatten wir uns alles zu erzbählen! Beim Abschied weinte er auf der Straße laut und schrie hinterher, weil mein Taxifahrer schon weiter wollte: "Pewno ostatni raz w zyciu sie widzimy!" (Bestimmt sehen wir uns zum allerletztenmal).

In Pabianice war idl noch bei dem mir von früher bekannten Arzt Dr. Sygniewicz, der mich ebenfalls herzlich aufnahm. In Dalikow sagte die Tochter des Ladenbesitzers Adamski : "Ten Pan mego brata ratowal" (dieser Herr hat meinen Bruder gerettet). - Ich erzähle diese Dinge, um zu zeigen, daß der Deutsche aus der Bundesrepublik nicht einem solchen Haß begegnet, wie so oft angenommen wird. Meinen Bruder Adolf sah ich nach 22 Jahren im Lodzer Militärkrankenhaus wieder. Es war erschütternd, er lag todkrank, der Krebs hatte die ganze Wirbelsäule befallen. 

Nach dem Krankenbesuch fuhr ich zu seiner Tochter, die sich einen Wagen Marka "Warszawa" geliehen hatte, nach Lobocha, wo Ldsm. August Scheibler wohnt, der von der Bundesrepublik wieder zurück nach Polen gegangen ist. Das Ehepaar Scheibler hatte nämlich in Polen zwei Töchter, die polnische Männer heirateten; darum zog es sie mit sanfter Gewalt zurück. Die Rückkehrer durften aus der Bundesrepublik alles nach Polen mitnehmen, sogar einen Wagen. Wir weilten bei ihnen, bis die Nacht herniedersank. Es waren auch Polen aus der Nachbarschaft zugegen, und als wir über die Vergangenheit und Hitler sprachen, sagte einer zu mir: "Panie Janke, Pan w okolicy ma dobra opinie". (Herr Janke, Sie haben in der Gegend einen guten Leumund).


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz