poniedziałek, 26 stycznia 2026

Wspomnienia 13-latka - Styczeń - Luty 1945 - Łódź - Der Heimatbote - 1/1968

 

                                         WSPOMNIENIA 13-LATKA Z 1945 ROKU

Styczeń ponownie przywołuje wspomnienia mrocznego okresu, dlatego poniżej zamieszczamy zapiski trzynastoletniego chłopca z Łodzi.

16 stycznia 1945 r. mama upiekła mi tort urodzinowy, ponieważ 17 stycznia miałem skończyć 13 lat. Dni były bardzo spokojne, nie słychać było nic o wrogach. Cieszyłem się na tort. Dostałem też tort bombowy – jeszcze tego samego wieczoru!

Pierwsze rakiety świetlne zauważyła moja babcia, a zaraz potem spadły bomby. Babcia pobiegła w pośpiechu do piwnicy i przewróciła wiadro z wodą! Ciotka z moją małą siostrzenicą Giselą, która od kilku dni była z powrotem w Łodzi, podążyły za nią z walizkami! Tylko mama zachowała spokój, stanęła przy oknie i patrzyła na „choinki” (światła magnezowe) na niebie; mama miała bardzo wielką wiarę w Boga! Kilka razy ją upominałem, ale zeszła dopiero wtedy, gdy bomby spadły bardzo blisko.

Stałem na swoim posterunku wraz z kolegą Richardem. Polacy nie chcieli schodzić do piwnicy; widać było, że cieszą się z wolności. Mała pięciolatka nuciła piosenkę. Po nalocie poszedłem z kolegą do sąsiedniego domu, aby pomóc w gaszeniu pożaru. Nasze szyby były całkowicie wybite z jednej strony. Nasi żołnierze frontowi stali rozproszeni wszędzie z pistoletami przeciwpancernymi. Na początku nie chcieli się do tego przyznać, ale kiedy matka przyniosła jednemu z żołnierzy posiłek, wyznał, że od trzech dni nic nie jadł.

18 stycznia nastąpił kolejny nalot bombowy. Potem przez całą noc słychać było strzały.

Nadeszło fatalne 19 stycznia 1945 roku. Wszyscy siedzieliśmy jeszcze w piwnicy, była godzina 11.30, kiedy przyszedł jakiś pan i powiedział: „Rosjanie są już w Łodzi!”. Niemieckie kobiety płakały; mama przyszła i powiedziała, że wjeżdżają na małych wózkach.


Wyszedłem na ulicę; z kierunku Zgierza nadjechały czołgi. Na każdym czołgu siedziało około dwudziestu Rosjan. Jeden z nich spadł, nikt nie zwrócił na to uwagi, pozostałe stalowe kolosy przejechały nad biedakiem, nie pozostawiając po nim nic. To straszne, widzieć coś takiego! Ale czym jest człowiek, skoro zginęło już tak wielu młodych ludzi!

Na Placu Wolności ustawiono armaty w czterech kierunkach. Nagle rozległy się strzały; ludzie pobiegli do bram i domów. Później dowiedziałem się, że przejechał jeszcze niemiecki samochód oficerski; nie wiem, czy dotarł do drogi na zachód.

Wieczór minął spokojnie. Położyliśmy się późno spać, ja zasnąłem od razu. O trzeciej w nocy ktoś głośno zapukał do naszych drzwi; mama wstała i otworzyła. Weszło dwóch rosyjskich oficerów. Jeden z nich zatrzymał się u nas, daliśmy mu naszą sypialnię, drugi odszedł. Rosjanin położył się spać, ale my nie mogliśmy już zasnąć tej nocy.

Rankiem 20 stycznia Rosjanin zszedł do swoich ludzi, ponieważ w naszym gospodarstwie zakwaterował się cały oddział. Dziwne, że oficerowie szukali miejsc do spania tylko u Niemców! Matka stwierdziła później, że chcieli nam pokazać, że są ludźmi kulturalnymi: rzeczywiście byli przyzwoici, ale najgorsze miało dopiero nadejść.

Kiedy nasz Rosjanin wrócił, przyniósł nam chleb i wieprzowinę. Potem poszedłem na podwórze i patrzyłem, jak dwóch Rosjan zabija wołu. Jeden z nich wziął pistolet i strzelił mu w głowę, wół zatoczył się, a wtedy padł drugi strzał, wół wpadł w szał i chciał rzucić się na Iwana. Wyprostował się, ale zanim zdążył skoczyć, padł trzeci strzał i wół oszołomiony upadł na ziemię. Potem podcięto mu gardło ostrym nożem, krew płynęła, a ja schowałem się na drugim końcu podwórza. Wtedy zobaczyłem, jak Rosjanie i Polacy plądrują sklep z tkaninami Philippa!

Kiedy dotarliśmy do domu, pojawił się ponownie Rosjanin i przyniósł mięso z zabitego wołu, był to duży kawałek. Na obiad przyprowadził jeszcze Rosjankę, ponieważ mama musiała oczywiście gotować. Potem nadszedł dzień, w którym Rosjanie ruszyli dalej. Następnego dnia zobaczyliśmy pierwsze zwłoki leżące na naszym podwórzu na pryzmie obornika. Była to była gospodyni naszego gospodarstwa, która została zastrzelona. Nie odważyliśmy się już wychodzić na zewnątrz. Babcia przyniosła nam swoje zapasy żywności i zamknęła mieszkanie, ponieważ ciotka wyjechała ostatniego dnia. (Wciąż widzę małą Gisela, jak 17 stycznia o 2 w nocy radośnie odchodziła; od tego czasu nie mieliśmy o niej żadnych wiadomości).

Zachowywaliśmy się bardzo cicho. U naszej sąsiadki, której również nie było, wyłamano drzwi i wprowadzili się Polacy. Jedna z Polek powiedziała nam, że lepiej będzie, jeśli zajmiemy tylko jeden pokój, a pozostałe ona chce zatrzymać dla siebie. Matka zgodziła się, ponieważ spaliśmy już dwie noce u pani S., ponieważ w domu nie mieliśmy spokoju przed pukaniem. Ale ludziom chodziło tylko o wszystkie nasze rzeczy, które zapakowaliśmy do pudeł i przechowywaliśmy u pani S. Teraz powiedzieli: nie możecie zostać, ponieważ nie wolno pomagać Niemcom.

Wzięliśmy nasze kołdry i wróciliśmy do naszego pokoju (odzyskaliśmy tylko część naszych rzeczy). Zabito okna, ponieważ nie mieliśmy już szyb i żyliśmy tylko przy sztucznym świetle. Nie mieliśmy węgla, ponieważ 26 stycznia zabrano nam stodołę, a tego samego wieczoru przyszli, aby nas ograbić. Było to dwóch Polaków i trzech Rosjan, którzy znaleźli również strzelbę myśliwską ojca. Jeden z Rosjan powtarzał około dziesięć razy, że matka powinna zostać zastrzelona, ponieważ SS postąpiłoby tak samo, ale on uważał, że „my, Rosjanie, mamy lepsze serca”. Zabrali wszystko, co miało jeszcze jakąś wartość. Musieliśmy pokazać nasze ręce, a on zerwał mi z nadgarstka zegarek. Zabrali też żywność.

Od tego momentu nie było dnia, żeby nie przychodzili Polacy i czegoś nie chcieli. Nadszedł też dzień, kiedy Polacy, którzy u nas mieszkali, nie pozwolili nam zabrać naszych rzeczy i oświadczyli, że wspólne mieszkanie Polaków i Niemców jest zabronione.

Matka musiała wymknąć się w największej tajemnicy z żywnością, którą starannie ukryliśmy, i przenieśliśmy się na czwarte piętro do współpracownicy babci. Babcia nie mogła już wejść do swojego mieszkania, ponieważ mieszkał tam już Polak, który wyszedł z więzienia. Babcia miała tylko stary płaszcz zimowy. Stopniowo okradano nas ze wszystkich rzeczy, a ja chodziłem w butach ojca, które były o trzy numery za duże.

Potem nadszedł dzień, w którym pojawiła się gospodyni i wydawała polecenia. Musieliśmy zamiatać schody i odśnieżać podwórze. Bito mnie batem.

Wieczorem siedzieliśmy przy świecach i opowiadaliśmy sobie o wydarzeniach dnia. Pani B., która również mieszkała z nami i nie mogła wrócić do swojego domu w Pabianicach, opowiadała, że w sąsiednim domu zastrzelono niemieckiego żołnierza i wystawiono go w oknie sklepowym w kąpielówkach i stalowym hełmie. Stał tam przez kilka dni zamarznięty, ponieważ styczeń był bardzo mroźny, podobnie jak luty. Przed snem zakładaliśmy nasze ostatnie ubrania, ponieważ cały czas spodziewaliśmy się, że zostaniemy stąd wyprowadzeni.

Tak żyliśmy w strachu i niepokoju przez cztery miesiące, aż w końcu uciekliśmy na Zachód.

Olga Münnich, wdowa po Wiesenthalu, z domu Kinzel (według pamiętnika jej syna Waldemara).


                              EIN 13 JÄHRIGER SCHRIEB IM JAHRE 1945

Der Januar beschwört wieder die Erinnerung an eine dunkle Zeit herauf und so mögen hier Aufzeichnungen folgen, die sich ein dreizehnjähriger Junge im heimatlichen Lodz machte.

Am 16. 1. 1945 buk Mutter meinen Geburtstagskuchen, denn ich sollte am 17. 1. 13 Jahre alt werden. Die Tage waren sehr ruhig, man hörte von den Feinden gar nichts. Ich freute mich auf meinen Kuchen. Ich bekam auch Bombenkuchen - noch am sei ben Abend!

Die ersten Leuchtraketen bemerkte meine Oma, darauf folgten sogleich die Bomben. Großmutter mit großer Eile nach dem Keller lief und dabei den Wassereimer umstieß! Tante mit meiner kleinen Nichte Gisela, die seit ein paar Tagen wieder in Lodz war, mit den Koffern hinterher! Nur Mutter behielt die Ruhe, sie stellte sich ans Fenster und schaute auf die "Weihnachtsbäume" (Magnesiumlichter) am Himmel; Mutter hatte ein sehr großes Gottvertrauen! Ich mahnte sie ein paarmal, aber sie kam erst dann herunter, als die Einschläge ganz nahe lagen.

Ich stand auf meinem Meldeposten mit meinem Kameraden Richard. Die Polen wollten nicht in den Keller; man sah es ihnen an, daß sie sich auf die Freiheit freuten. Eine kleine Fünfjährige trällerte ein Liedchen. Nach dem Fliegerangriff ging ich mit meinem Kameraden zum Nachbarhaus, um löschen zu helfen. Unsere Scheiben waren auf der einen Seite alle heraus. Zerstreut standen überall unsere Frontsoldaten mit Panzerfäusten. Sie wollten es anfangs nicht gestehen, aber als Mutter dem einen Soldaten Essen brachte, kam er mit dem Bekenntnis heraus, daß er schon drei Tage nichts im Munde hatte.

Am 18. 1. erfolgte noch ein Bombenangriff. Dann hörte man die ganze Nacht Schüsse.

Der verhängnisvolle 19. Januar 1945 brach an. Wir saßen alle noch im Keller, es war 11.30 Uhr, da kam ein Herr und sagte: "Die Russen sind schon in Lodz!" Deutsche Frauen weinten; Mutter kam und erzählte, daß sie auf kleinen Wägelchen hereinfahren.

Ich trat auf die Straße; da kamen aus Richtung Zgierz die Panzer angerollt. Auf jedem Panzer hockten an die zwanzig Russen. Ein Russe fiel herunter, niemand achtete darauf, die anderen Stahlkolosse fuhren über den armen Kerl hinweg, daß von ihm nichts mehr übrig blieb. Es ist schrecklich, wenn man so etwas sicht! Aber was ist ein Mensch, wenn doch schon so viele junge Menschen umgekommen sind!

Auf dem Deutschland-Platz wurden in vier Richtungen Kanonen aufgestellt. Mit einem Mal hörte man Schüsse krachen; die Leute rannten zu den Toreinfahrten und Häusern. Hinterher erfuhr ich, daß noch ein deutsches Offiziersauto durchgejagt war; ob es die Straße nach dem Westen geschafft hat, weiß ich nicht.

Der Abend verlief ganz ruhig. Wir legten uns spät zu Bett, ich schlief gleich ein. In der Nacht um drei Uhr polterte es gegen unsere Tür; Mutter stand auf und öffnete. Zwei russische Offiziere traten herein. Der eine Russe nahm bei uns Quartier, wir gaben ihm unser Schlafzimmer, der andere ging wieder. Der Russe legte sich schlafen, wir aber konnten in dieser Nacht keinen Schlaf mehr finden.

Am Morgen des 20. 1. ging der Russe zu seinen Leuten hinunter, denn auf unserem Hofe hatte sich eine ganze Abteilung einquartiert. Merkwürdig, daß die Offiziere nur SchlafsteIlen bei den Deutschen suchten! Mutter meinte nachher, daß sie uns zeigen wollten, daß sie Kultur besitzen: sie waren tatsächlich anständig, aber das dicke Ende kam nachher.

Als unser Russe zurückkehrte, brachte er uns Brot und Schweinefleisch. Nachher ging ich auf den Hof und sah zu wie zwei Russen einen Ochsen erschlugen. Der eine Russe nahm eine Pistole und schoß ihm in den Kopf, der Ochse taumelte da krachte auch schon der zweite Schuß, der Ochse wurde wütend und wollte auf den Iwan losgehen. Er bäumte sich auf doch ehe er springen konnte, krachte der dritte Schuß, und der Ochse sank betäubt zur Erde. Nachher wurde ihm mit einem scharfen Messer die Gurgel durchschnitten, das Blut floß - und ich verzog mich auf das andere Ende des Hofes. Da sah ich gerade, wie Russen und Polen den Philipper Stoffladen ausplünderten!

Zu Hause angekommen, erschien wieder der Russe und brachte von dem Ochsen, der geschlachtet worden war, Fleisch mit, es w.ar e!n großes Stock. Zum. Mittagessen brachte er noch eine Russin mit, denn Mutti mußte ja selbstverständlich kochen. Dann kam der Tag, an dem die Russen weiterzogen. Am folgenden Tage sahen wir die erste Leiche auf unserem Hofe auf dem Misthaufen liegen. Es war die frühere Hausmeisterin unseres Hofes, die erschossen wurde. Wir wagten uns nicht mehr heraus. Großmutter brachte ihre Lebensmittel zu uns herunter und verschloß die Wohnung, da die Tante am letzten Tag weggefahren war. (Ich sehe immer noch Klein-Gisela, wie sie am 17. Januar um 2 Uhr nachts munter wegging; seit dieser Zeit hörten wir nichts mehr von ihr.)

Wir verhielten uns ganz still. Bei unserer Nachbarin, die auch nicht mehr da war, wurde die Tür aufgebrochen, und Polen zogen ein. Eine Polin sagte zu uns, es wäre besser, wenn wir nur ein Zimmer bewohnten, die anderen möchte sie nehmen. Mutter willigte ein, da wir inzwischen zwei Nächte schon bei einer Frau S. schliefen, denn zu Hause hatten wir vor dem Klopfen keine Ruhe. Aber den Leuten ging es nur um all unsere Sachen, die wir in Kisten verpackt und bei Frau S. untergestellt hatten. Es hieß nun: Ihr könnt nicht bleiben, da man den Deutschen nicht helfen darf.

Wir nahmen unsere Federbetten und gingen wieder in unser Zimmer (von den Sachen haben wir nur einen Teil wiederbekommen). Die Fenster vernagelten wir, da wir keine Scheiben mehr hatten und lebten nur bei künstlichem Licht. Kohle hatten wir nicht, denn am 26. 1. wurde uns unser Stall weggenommen und am selben Abend kamen sie, um uns auszuplündern. Es waren zwei Polen und drei Russen, und sie fanden auch Vaters Jagdgewehr. Der eine Russe wiederholte an die zehnmal, daß Mutter e r s c h o s s e n  werden müßte, denn die SS hätte es nicht anders gemacht, er meinte aber, "wir Russen haben ein besseres Herz". Sie nahmen alles mit, was noch wertvoll war. Unsere Hände mußten wir zeigen, und meine Uhr zog er mir von der Hand herunter. Lebensmittel nahmen sie auch mit.

Von da an verging kein Tag, wo nicht Polen kamen und etwas wollten. Es kam auch der Tag, da Polen, die bei uns wohnten, uns nicht mehr erlaubten, unsere Sachen zu nehmen, und erklärten, daß ein Zusammenwohnen von Polen und Deutschen verboten ist.

Mutter mußte sich mit dem, was wir an Lebensmitteln sorgfältig versteckt hatten, in größter Heimlichkeit herausschleichen, und wir zogen auf den vierten Stock zu Omas Mitarbeiterin hinauf. Oma konnte schon nicht mehr in ihre Wohnung rein, denn da wohnte bereits ein Pole, der aus dem Gefängnis kam. Oma hatte nur einen alten Wintermantel. Nach und nach wurden uns sämtliche Sachen geraubt, und ich ging in Vaters Schuhen, die drei Nummern zu groß waren.

Dann kam der Tag, an welchem die Hausmeisterin erschien und Befehle erteilte. Wir mußten die Treppen kehren und den Schnee von dem Hof wegschaufeln. Mich hot man mit der Peitsche geschlagen.

Abends saßen wir bei Kerzenschein und erzählten uns die Tagesereignisse. So berichtete Frau B., die auch mit uns die Wohnung teilte und nicht mehr in ihr Heim nach Pabianice zurück konnte, daß im Nachbarhaus ein deutscher Soldat erschossen und in Badehose und Stahlhelm in einem Schaufenster ausgestellt wurde. Er stand da mehrere Tage im gefrorenen Zustand, denn der Januar war bitter kalt, auch noch der Februar. Zum Schlafengehen zogen wir unsere letzten Sachen an, denn wir rechneten ständig damit, herausgeholt zu werden.

So lebten wir in Angst und Sorgen vier Monate lang, bis wir die Flucht nach dem Westen antraten.

Olga Münnich, verw. Wiesenthal, geb. Kinzel (nach dem Tagebuch ihres Sohnes' Valdemar.)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz