czwartek, 5 lutego 2026

Rodzina Krause (Kraus) - Andrespol - Łódź - Ceramika - cz.3

Nadzwyczajny talent synów niepiśmiennych Krystiana i Ludwiki Kraus (Krause) może budzić podziw.

Jan w wieku 21 lat zostaje właścicielem fabryki w Andrespolu produkującej kafle piecowe. O 14 lat młodszy brat Christian Adolf wyemigrował do Łodzi i również jako młody człowiek zostaje fabrykantem. Zakłada wspólnie z Bolesławem Grodzickim Fabrykę: Tkalnię, Farbiarnię Wykańczalnię Tkanin.

Jednak w tej części chciałbym przedstawić postać Jana Krause. Nie chciał iść w ślady swoich rodziców zostając jednym z wielu ciężko pracujących na roli. Otwiera zakład zajmujący się produkcją kafli piecowych. W początkowej fazie produkuje kafle do budowy ok. 200 kompletnych pieców. Jednak nie osiadł na laurach i za zarobione pieniądze kupuje na terenie wsi Chojny (obecnie dzielnica Łodzi) kilka hektarów ziemi. W łódzkiej gazecie "Tydzień" z 28 lipca 1895 roku zamieszczono:

P. Krauze pod Łodzią parceluje swój majątek Chojny, a parcelacyja ta odbywa się w ten sposób, że p. Krauze sporządził plan, który obejmuje cały jego majątek, podzielony tak, ażeby po częściowem rozprzedaniu go, utworzył z czasem przedmieście Łodzi. W tym celu wyznaczone zostało miejsce na rynek, wytknięto ulice, a parcele stanowią place, na których wznoszone mogą być domy i zabudowania gospodarcze, przy których dadzą się urządzać mniejsze i większe ogródki. Szacunek tych placów różny; wszelako nie niższy od rs. 300, a nie wyższy nad rs. 500. Więcej niż połowę tych placów już rozkupiono.

Także na Chojnach zostaje właścicielem cegielni, a od 1895 roku młyna parowego we wsi Nowa Rokita (Nowe Rokicie?)

                                       Zdjęcie ze zbiorów Pani Anny Gajewskiej


Jednak nie zaniedbuje swojej fabryki w Andrespolu. Po 20 latach od jej powstania zatrudnia ponad 20 robotników zdecydowanie zwiększając produkcję kafli jakże potrzebnych do budowy pieców w każdym domu. O jego pracowitości i zaangażowaniu świadczą liczby. Po 1910 roku zatrudnia już 100 robotników w większości miejscowych, produkując kafle do budowy  3.000 piecy. Znacznie powiększa teren swojej firmy na ul. Andrzeja do powierzchni 3 hektarów. Powiększa także asortyment swoich wyrobów. Zaczyna produkować płytki ścienne jak i podłogowe. Przeglądając międzywojenną prasę można znaleźć wiele ogłoszeń reklamujących jego wyroby. Otwiera także swoje sklepy firmowe w Bydgoszczy, Chorzowie, Gnieźnie czy też Warszawie (źródło: Zduńskie Opowieści - Maciej Burdzy). Wydaje także bogaty katalog w którym reklamuje wzory kafli i płytek. 

W latach 40-tych zakład Jana Krause w dalszym ciągu się rozwijał, w szczytowym okresie zatrudnienie wzrosło do ponad 400 robotników.

W okupacyjnej gazecie Litzmannstädter Zeitung z 15 sierpnia 1943 roku ukazał się obszerny artykuł o fabryce w Andrespolu pod tytułem: Kiedy mały "Segerkegel" wygina się w piecu. Małą jego część przedstawiam: 

...." Już ponad 50 lat temu rozsławił wieś Andrespol jako siedzibę swojej fabryki poprzez produkcję dachówek. Ród Krause należał do pierwszych niemieckich imigrantów pod koniec XVIII wieku. Początkowo z prostej gliny występującej w okolicach Andrespola formowano - i wypalano - kafle piecowe, aż w końcu zaczęto produkować tak zwane "kafle berlińskie". Dachówki berlińskie, te jasne, białe, można było wydobyć za pomocą glinki szamotowej. To jednak sprawiło, że niemieckie pionierskie prace z obcego niegdyś kraju wróciły na wielki niemiecki rynek. Z punktu widzenia niemieckiej reklamy jest dość odkrywcze, że w normalnych czasach z około 40 milionów dachówek potrzebnych rocznie w Rzeszy, u bram Litzmannstadt produkowano trzy do czterech milionów. Produkcja takich kafli do pieców i ścian ma wiele wspólnego z ogólną produkcją ceramiki i porcelany. Po pierwsze, glina z dodatkami nadaje się do ugniatania, a tym samym jest gotowa do obróbki, poprzez zawiesinę w swego rodzaju korycie, poprzez dodanie wody i przemieszanie jej przez mieszadło. Następnie do akcji wkracza wycinarka do gliny, aby w prosty sposób uzyskać poszczególne elementy do obróbki, która może odbywać się poprzez formowanie ręczne lub w formach gipsowych"....

Po roku 1945 Ceramikę dotknęły dwie katastrofy..., huragan który zniszczył dachy kilku budynków a później nacjonalizacja i wymuszona emigracji najbliższych z rodziny Jana i Florentyny z Polski. Komuniści skutecznie "zniszczyli" Ceramikę, która latami dawała godziwe zarobki setkom mieszkańców Andrespola.

Ze związku Jana i Florentyny urodziło się troje dzieci: Gerhard Bruno urodzony w 1896 roku, Jan Waldemar urodzony w 1899 roku i Gertruda Emilia Luiza urodzona w 1901 roku. Dwa akty urodzin: Gertrudy i Gerharda. pisane po rosyjsku poniżej.

                        Akt urodzenia: Gerhard Bruno urodzony w 1896 roku
Zespół: 1565d / Akta stanu cywilnego Parafii Ewangelicko-Augsburskiej św. Jana w Łodzi
Jednostka: 1896 / UMZ-1896


Akt urodzenia: Gertruda Emilia Luiza urodzona w 1901 roku. Zespół: 1565d / Akta stanu cywilnego Parafii Ewangelicko-Augsburskiej św. Jana w Łodzi
Jednostka: 1901 / UMZ-1901





DOZ Apteka dbam o zdrowie - Andrespol - Wiśniowa Góra - Gejzler - Zajerkoff - 1923

Od wielu lat jestem stałym klientem Apteki w Andrespolu przy ul. Projektowanej 16 "DOZ Apteka dbam o zdrowie". Przesympatyczne Panie tam pracujące p.p. Krysia i Wioletta wiedzą o moim zamiłowaniu do lokalnej historii. Którego dnia zaprosiły mnie na zaplecze i pokazały kilka sporych kartonów w których znajdowały się stare książki, czasopisma związane z aptekami. Między innymi znalazłem kilka ciekawych rzeczy jak dzienne zestawy sprzedaży z lat trzydziestych XX wieku. Są tam również książki z przełomu XIX/XX wieku po rosyjsku. Co najciekawsze, były na niektórych z nich stemple Apteki (najprawdopodobniej właśnie tej). Nie przypuszczałem, że ta apteka działa już od ponad 100 lat (1 kwietnia 1923 r)! Być może czytelnicy będą w stanie podać więcej informacji o tym ciekawym miejscu. Poniżej zamieściłem informacje (znalezione w archiwalnych gazetach) dotyczące właścicieli. Zapraszam!











Kurjer Łódzki. 1926-12-10 R. 26 nr 339

Nr. 10503. A. „Alfred Gejzler". Apteka. Firma istnieje od 1 kwietnia 1923 r. z siedzibą w Andrespolu, gm. Gałkówek. Właściciel Alfred Gejzler,  w Andrespolu, gm. Gałkówek. Intercyzy nie zawarł.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ilustrowana Republika. 1936-04-06 R. 14 nr 95 [właśc. 96]

Ofiary na budowę domu-pomnika Marszałka Piłsudskiego

Mgr. Zajerkoff w Andrespolu zl. 20. 

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


Wykaz telefonów i nazwy firm w Wiśniowej Górze i Andrespolu.              

 Źródło: Genealogy Indexer                                                             

                                              WIŚNIOWA GÓRA  K. ŁODZI

Numer telefonu

                              Nazwisko  

Nazwa firmy lub zawód

24

Baruch Albert. M.

 

41

Dobrzyńska Gołda

Pensjonat

10

Fajlowa Helena ….

 

21

Frenkel Józef

Dr. medycyny

13

Frydman Ruwen. m.

 

26

Grinberg Szymon

Dr. medycyny

  5

Kaftal Chudesa. m.

 

36

Kempinska Golda

Pensjonat

35

Lekich Abram. m.

 

18

Lerner Markus

Dr. medycyny

  6

Lichtenfeld Władysław, m.

 

34

Lifszyc Hezckiel, m.

 

22

Litterman Majer, m.

Willa Rapporta

  3

London Szaja

Pensjonat, willa Sztyfta

37

Lubochiński Chaim, m.

 

17

Malinowski Jan

Dr. Medycyny, m. Andrespol pod Andrzejowem

  9

Minc Anna

Pensjonat

33

Pick Chil, m.

 

11

Policja Państwowa

Posterunek

40

Prowizor Sura. M.

 

39

Frydman R.

„Rivera” Kraszew k. Andrzejowa

14

Rogożyk Nachman. M.

 

  1

Rozmównica PAST

Wiśniowa Góra.

32

Szeps Syna, m.

Willa Krüger

42

Szwarc Josek

Pensjonat

16

Tarmowa J.D.

Pensjonat

  4

Tepler Tania, m.

 

27

„T. O. Z.”

Towarzystwo Ochrony Zd. Żydowskich

31

Wajnrot M.

Zakład fryzjerski

15

Windzberg Beniamin

Dr. lekarz

28

Zajerkoff Władysław

Apteka – m. Andrespol k. Andrzejowa

12

Zaleman Natan, m.

 

  8

Zylberblatt Henryk, m.

 






poniedziałek, 2 lutego 2026

Rodzina Krause (Kraus) - Andrespol - Andrzejów - Wolny Kościół - cz.2

Jan Krause był bardzo wierzącą osobą. Od samego początku wspierał finansowo budowę kościoła ewangelickiego w Andrzejowie. Także wspierał odbudowę tego kościoła po zniszczeniu w listopadzie 1914 roku. Brał udział również w różnych uroczystościach stowarzyszeń ewangelickich. Na zdjęciach poniżej, które ukazały się w Freie Presse - Die Zeit in Bild z 17 maja 1936 z okazji 30-lecia założenia i poświęcenia sztandaru Stowarzyszenia Chóralnego Puzonistów w Andrzejowie, był także obecny Jan Krause. 

Uroczystość 30-lecia założenia i poświęcenia sztandaru Stowarzyszenia Chóralnego Puzonistów w Andrzejowie

W niedzielę protestanckie stowarzyszenie chóralne „Puzon” obchodziło swoje 30. święto założenia i poświęcenia sztandaru przy dużej frekwencji miejscowej ludności niemieckiej i licznych gości z okolicy. Nasze zdjęcia przedstawiają procesję po lewej i nowy sztandar po prawej, w otoczeniu delegacji sztandarowych gości.
Andrzejów - Jan Krause (na dole, pierwszy z lewej strony).




Tym większe było zdziwienie ewangelików z Andrzejowa i okolic, że Jan Krause stał się założycielem i propagatorem Wolnego Kościoła w Andrespolu. Od dawna, w szczególności w Andrzejowie, nie układała się współpraca z parafią w Nowosolnej (Neusulzfeld). Mieszkańcy wyznania ewangelickiego w Andrzejowie uważali, że odprawianie nabożeństwa niedzielnego co 6 tygodni w tak pięknym kościele przez pastora z Nowosolnej nie jest wystarczające. Dlatego w 1922 roku zwrócili się z prośbą o odłączenie od parafii Nowosolnej do warszawskiego konsystorza. Ich prośba spotkała się z pozytywnym odzewem. Tym sposobem kościół w Andrzejowie stał się filią kościoła św. Jana w Łodzi, przyłączając kantoraty z Olechowa i Justynowa. Propozycję przyłączenia do Andrzejowa złożono także mieszkańcom Bukowca, a była to największa w tym regionie kolonia niemieckich osadników. Jednak nie doszło z różnych przyczyn połączenia tych parafii. Jednak konflikt interesów pomiędzy Łodzią i Andrzejowem narastał, w wyniku czego uwielbiany pastor Adolf Doberstein zmuszony został do rezygnacji z funkcji administratora przy kościele w Andrzejowie w 1927 roku.

Trudno obecnie ocenić, czy te niepokoje przyczyniły się do powstania WOLNEGO KOŚCIOŁA w pobliskim Andrespolu. Jego założycielem okazał się być właśnie Jan Krause, który tak gorąco wspierał dotychczas budowę i działalność kościoła w Andrzejowie.

Początki Wolnego Kościoła Ewangelicko-Luterańskiego datowane są na 1923/24. Założycielem był kaznodzieja Malschner - Maliszewski, którego mocno wspierał pastor Engel z ameryki (Wiskonsin). Jan Krause wybudował za własne pieniądze kościół i plebanię. Podarował również działkę pod cmentarz.  

Niestety, mimo wielu spotkań i rozmów, także szukania w archiwach nie znalazłem lokalizacji tych obiektów. Według mojej oceny zarówno kościół, plebania jak i cmentarz znajdowały się w Andrespolu przy ul. Krótkiej i Źródlanej. Kościół został rozebrany po wojnie, plebania została sprzedana osobie prywatnej i jest zamieszkana. Co się tyczy cmentarza, na profilu Andrespol historia, Fotografia - kiedyś i dziś na Facebooku zamieszczono zdjęcie grobu znajdującego się na nieistniejącym już ewangelickim cmentarzu przy ulicy Krótkiej z odpowiednimi komentarzami. Zdjęcie pochodzi ze zbioru pani Anny Gajewskiej.


Jan Krause jednak "wrócił" do Andrzejowa...., jego grób znajduje się kilkadziesiąt metrów od rozebranego kościoła ewangelickiego, który był mu tak bliski.



    


.




niedziela, 1 lutego 2026

HORST MILNIKEL - OLECHÓW - WSPOMNIENIA - Najlepszy życiowy zakup - CZ.3

 Lata powojenne jeżeli chodzi o ubiór były bardzo ubogie. Ludzie ubierali się w to co kto miał. Przerabiano ubrania, cerowano, naszywano łatki. Swetry czy też skarpety robiono na drutach.

Ja do 3 klasy szkoły podstawowej chodziłem w krótkich spodenkach, w pończochach z wełny zrobionych także na drutach, podtrzymywanych gumkami.

Mieszkańcy okoliczni kupowali od Olechowskich kolejarzy, którzy dostawali oprócz deputatu węglowego, przydział sukna kolejowego w kolorze praktycznie czarnym. Z tego mieszkańcy szyli płaszcze, spodnie itp.

Ponieważ byłem żeglarzem, nasze środowisko szyło spodnie z płótna żaglowego, oczywiście w białym kolorze. Takie spodnie to było już coś w tym morzu szarzyzny.

Wielka Łódź, a w niej ul. Piotrkowska była handlowym centrum gdzie było wiele sklepów. Tam też pojawiły się swetry w czerwonym kolorze. Ponieważ nie było już większych rozmiarów, kupiłem dwa swetry, sprułem i pani a Andrzejowa zrobiła mi odpowideni sweter na maszynie. Miałem już bardzo modny komplet: białe spodnie i czerwony sweter!

Przyszedł czas, że powiększono ilość i jakość sklepów. Wybudowano słąwny "Central", powstały sklepu "Pewex" w których można było za obcą walutę kupować deficytowy towar! Płaciło się np. dolarami, ale resztę wydawano w postaci bonów dolarowych, które były ważne tylko na terenie Polski. Jeden z takich "Pewexów" znajdował się przy ul. Sienkiewicza w pobliżu Łódzkiego Domu Kultury. Tam kupiłem sobie wymarzone  spodnie (teksasy wranglery) które miały specyficzny granatowy kolor i z czerwonym swetrem wyglądał super.

Do czasu jednak...., kiedy wybrałem się do Rochny popływać, był to odkryty basen w otoczeniu zieleni.Ponieważ, jak każdy żeglarz byłem słabym pływakiem i po kilku przepłynięciu długości basenu jak wróciłem na miejsce gdzie zostawiłem swoje ubranie, okazało się, że moje wymarzone spodnie skradziono....

Kierownik ośrodka (WOSIR) podarował mi jakieś podarte dresy, na szczęście pieniądze miałem schowane w kieszeni w koszuli. Piechotą dotarłem do Koluszek i dalej pociągiem do Andrzejowa wróciłem smutny do domu.

Moja o 10 lat młodsza sąsiadka bardzo mi współczuła. Ponieważ sama marzyła o takich spodniach. Ta kradzież spowodowała, że wranglery przestały mi się podobać..., jednak postanowiłem współczującej mi sąsiadce takie spodnie sprezentować.

Zaprosiłem ją i pojechaliśmy do Pewexu w Łodzi. Muszę przyznać, że miał figurę modelki, w związku z czym nie było problemu z dopasowaniem odpowiedniego rozmiaru!


Kierownik Urzędu Stanu Cywilnego w Andrespolu, pani Mrówka udziela ślubu cywilnego "wranglerowcom" Alicji Łyszcz (Ali) i Horstowi Milnikelowi - 1975 rok. 
Atelier: Zakład Fotograficzny Teresa Radzian - Wiśniowa Góra.


Okazało się, że ten prezent stukrotnie się odpłacił..., po niedługim czasie została moją żoną!

A, że nie nic a nic nie zmyślam, załączam zdjęcia z cywilnego ślubu w Andrespolu.

                                                                                       Horst Milnikel

                                                                                       Andrzejów 2025


sobota, 31 stycznia 2026

Rodzina Krause (Kraus) - Andrespol - Łódź - Ceramika - cz.1

Nie tak dawno temu miałem przyjemność poznać Pana Michała Boguckiego. Wiedząc, że jest Radnym w gminie Andrespol wspomniałem o rodzinie Jana Krause, właściciela dawnej fabryki kafli "Ceramika", która mieściła się na terenie obecnego Centrum Handlowego w Andrespolu. Miałem pewien pomysł i wczoraj napisał do mnie Pan Michał, że jest szansa na jego realizację. Nie jestem upoważniony do prezentacji zbyt wczesnej, dlatego gdy przyjdzie odpowiedni czas informacje ujrzą światło dzienne. 

Zasługi rodziny Jana Krause w rozwoju Andrespola są nie do podważenia, na moim blogu o wielu lat ten temat był jednym z wiodącym. Ostatnie godziny poświęciłem na "grzebaniu" w archiwach i ku swojemu zadowoleniu znalazłem sporo dokumentów dotyczącej tej rodziny, które z przyjemnością przedstawiam. 

W tych dokumentach najstarszym z członków rodziny Jana Krause, jest jego tata Krystyan Kraus urodzony w 1840 roku i mama Ludwika z Prausów urodzona w 1843 roku. Krystian był gospodarzem urodzonym w Andrespolu, był analfabetą jak i jego żona Ludwika. Trudno wprost uwierzyć, że ich potomkowie Jan, jak i jego dużo młodszy brat Christian Adolf  zbudowali tak wielkie fortuny. Jan został właścicielem jednej z największych fabryk kafli piecowych i dachówek w Europie, zatrudniającej w najlepszych latach rozkwitu ponad 300 pracowników, także był właścicielem dużych terenów ziemskich i cegielni w dawnej wsi Chojny, także młyna parowego na Nowym Rokiciu. Tak samo, dużo młodszy brat, który przeniósł się z Andrespola do Łodzi i został właścicielem Tkalni, Farbiarni i Wykończalni Tkanin przy ulicy Skrzywana 12/14, zatrudniającej ponad 300 pracowników. Tam także znajduje się piękna willa w której zamieszkiwali Emma i Christian. Obecnie jest tam Dom Dziecka.

                       Christian Adolf Krause (1878 -  1967). Fot. ze zbiorów Krzysztofa A.Kuczyńskiego


Piękną pamiątką po Christianie i Emmie Krause jest willa którą pobudowali w 1910 roku. - 
Łódź ul. Skrzywana 14. Obecnie jest tam Dom Dziecka.



Akt urodzenia Christiana Adolfa Krause z 1878 roku.
Zespół: 1602d / Akta stanu cywilnego Parafii Ewangelicko-Augsburskiej Nowosolna
Jednostka: 72 / UMZ-1878-79


                                                    Jan Krause (Kraus) - 1864-1944



Akt urodzenia Jana Krause (Kraus) z 1864 roku/
Zespół: 1602d / Akta stanu cywilnego Parafii Ewangelicko-Augsburskiej Nowosolna
Jednostka: 1862 / UMZ-1864
No. 7 Andrespol
Działo się w Nowosolni dnia 17 stycznia tysiąc osiemset sześćdziesiątego czwartego roku o godzinie czwartej po południu.- Stawił się Krystyan Kraus, gospodarz w Andrespolu zamieszkały, lat dwadzieścia trzy liczący w obecności Jana Hirsekorn, wyrobnika w Andrespolu, lat trzydzieści trzy i Samuela Hepner, gospodarza w Woli Rakowej zamieszkałego lat trzydzieści dwa liczący i okazał nam dziecię płci męzkiej urodzone w Andrespolu, dnia 15 stycznia roku bieżącego o godzinie pierwszej z rana z jego małżonki Ludwiki z Prausów, lat dwadzieścia jeden liczącej. - dziecięciu temu na chrzcie świętym dziś odbytym nadane zostało imię Jan, z rodzicami jego obecnymi byli wspomnieni świadkowie i Krystyna Glas. Akt ten stawającym i świadkom przeczytany lecz nie podpisany, gdyż pisać nie umieją.
                                                                                                               Administrator
===============================================================
Vor nicht allzu langer Zeit hatte ich das Vergnügen, Herrn Michał Bogucki kennenzulernen. Da ich wusste, dass er Stadtrat in der Gemeinde Andrespol ist, erwähnte ich die Familie von Jan Krause, dem Besitzer der ehemaligen Fliesenfabrik „Ceramika”, die sich auf dem Gelände des heutigen Einkaufszentrums in Andrespol befand. Ich hatte eine bestimmte Idee, und gestern schrieb mir Herr Michał, dass es eine Chance gibt, sie umzusetzen. Ich bin nicht befugt, sie zu früh zu präsentieren, daher werden die Informationen zu gegebener Zeit veröffentlicht.
Die Verdienste der Familie von Jan Krause um die Entwicklung von Andrespol sind unbestreitbar, in meinem Blog war dieses Thema viele Jahre lang eines der wichtigsten. Die letzten Stunden habe ich damit verbracht, in den Archiven zu „stöbern”, und zu meiner Freude habe ich viele Dokumente über diese Familie gefunden, die ich Ihnen gerne vorstellen möchte.
In diesen Dokumenten sind die ältesten Mitglieder der Familie von Jan Krause sein Vater Krystyan Kraus, geboren 1840, und seine Mutter Ludwika, geborene Praus, geboren 1843. Krystian war ein in Andrespol geborener Landwirt und ebenso wie seine Frau Ludwika Analphabet. Es ist kaum zu glauben, dass ihre Nachkommen Jan und sein viel jüngerer Bruder Christian Adolf so große Vermögen aufgebaut haben. Jan wurde Eigentümer einer der größten Fabriken für Ofenkacheln und Dachziegel in Europa, die in ihren besten Jahren über 300 Mitarbeiter beschäftigte. Außerdem besaß er große Ländereien und eine Ziegelei im ehemaligen Dorf Chojny sowie eine Dampfmühle in Nowy Rokicie. Ebenso sein viel jüngerer Bruder, der von Andrespol nach Łódź zog und Eigentümer einer Weberei, Färberei und Stoffveredelungsfabrik in der Skrzywana-Straße 12/14 wurde, die über 300 Mitarbeiter beschäftigte. Dort befindet sich auch die schöne Villa, in der Emma und Christian lebten. Heute ist dort ein Kinderheim untergebracht.


poniedziałek, 26 stycznia 2026

Łódź - ul. Urzędnicza 11 - Niemiecka szkoła - Der Heimatbote - 9/1967

 


                                            Wycieczka szkoły podstawowej nr 118 w Łodzi

Ta niemiecka szkoła mieściła się w domu posła do Sejmu, a później senatora Josefa Spickermanna przy ulicy Urzędniczej 11 (Reiterastraße 11). Jej dyrektorem był nauczyciel H. Drews. Do grona pedagogicznego tej szkoły należeli: Arthur Henke, Eugenie Henke z domu Meyer, pani Monko, pani Adele Kierst, pani Ella Neumann z domu Wolf, Alfons Werner, Emil Schütz, Alfred Schöler, pani Helene Raabe-Kosinska oraz nauczyciele Reinhold Klim i Alfred Stark, którzy zostali przeniesieni do tej szkoły ze szkoły Hoffmanna.

Zdjęcie nie jest ostre, ale sprawi radość tym, którzy kiedyś uczęszczali do tej szkoły. Imiona osób na zdjęciu to:

Na samym dole: H. Dellnitz, H. Rabe. - Drugi rząd (od lewej): M. Förster, W. Stefan, S. Reimann, A. Broksch, E. Minor, H. Gartmann, E. Bunk, A. Förster. - Trzeci rząd (stojący od lewej): J. Gartmann, nieznany, Reimann, I. Schultz, A. Liebert, R. Karchert, R. Wegner, S. Bunk, nieznany, L. Storm.

Na górze: Rabe, L. Spiekermann, E. Sitkiewitz, E. Schultze, Koscheska. - Za przesłanie zdjęcia dziękujemy pani Irmie Wendling z domu Schultze.


                                             Ausflug der Lodzer Volksschule Nr. 118

Diese deutsche Schule bestand im Hause des Sejmabgeordneten und späteren Senators Josef Spickermann in der Reiterastraße 11. Ihr Leiter war Oberlehrer H. Drews. Zum Lehrkörper dieser Schule gehörten: Arthur Henke, Eugenie Henke geb. Meyer, Frau Monko, Frau Adele Kierst, Fr. Ella Neumann geb. Wolf, Alfons Werner, Emil Schütz, Alfred Schöler, Frau Helene Raabe - Kosinska sowie die Lehrer Reinhold Klim und Alfred Stark, die von der Hoffmannschen Schule an diese Schule versetzt wurden.

Das Foto ist nicht scharf, doch wird es denen Freude bereiten, die einst diese Schule besuchten. Die Namen der Dargestellten lauten:

Ganz unten liegend: H. Dellnitz, H. Rabe. - Zweite Reihe (von links): M. Förster, W. Stefan, S. Reimann, A. Broksch, E. Minor, H. Gartmann, E. Bunk, A. Förster. - Dritte Reihe (stehend von links): J. Gartmann, unbek., Reimann, I. Schultz, A. Liebert, R. Karchert, R. Wegner, S. Bunk, unbek., L. Storm.

Ganz oben: Rabe, L. Spiekermann, E. Sitkewitz, E. Schultze, Koscheska. - Für die Uebersendung danken wir Frau Irma Wendling geb, Schultze.

Wspomnienia 13-latka - Styczeń - Luty 1945 - Łódź - Der Heimatbote - 1/1968

 

                                         WSPOMNIENIA 13-LATKA Z 1945 ROKU

Styczeń ponownie przywołuje wspomnienia mrocznego okresu, dlatego poniżej zamieszczamy zapiski trzynastoletniego chłopca z Łodzi.

16 stycznia 1945 r. mama upiekła mi tort urodzinowy, ponieważ 17 stycznia miałem skończyć 13 lat. Dni były bardzo spokojne, nie słychać było nic o wrogach. Cieszyłem się na tort. Dostałem też tort bombowy – jeszcze tego samego wieczoru!

Pierwsze rakiety świetlne zauważyła moja babcia, a zaraz potem spadły bomby. Babcia pobiegła w pośpiechu do piwnicy i przewróciła wiadro z wodą! Ciotka z moją małą siostrzenicą Giselą, która od kilku dni była z powrotem w Łodzi, podążyły za nią z walizkami! Tylko mama zachowała spokój, stanęła przy oknie i patrzyła na „choinki” (światła magnezowe) na niebie; mama miała bardzo wielką wiarę w Boga! Kilka razy ją upominałem, ale zeszła dopiero wtedy, gdy bomby spadły bardzo blisko.

Stałem na swoim posterunku wraz z kolegą Richardem. Polacy nie chcieli schodzić do piwnicy; widać było, że cieszą się z wolności. Mała pięciolatka nuciła piosenkę. Po nalocie poszedłem z kolegą do sąsiedniego domu, aby pomóc w gaszeniu pożaru. Nasze szyby były całkowicie wybite z jednej strony. Nasi żołnierze frontowi stali rozproszeni wszędzie z pistoletami przeciwpancernymi. Na początku nie chcieli się do tego przyznać, ale kiedy matka przyniosła jednemu z żołnierzy posiłek, wyznał, że od trzech dni nic nie jadł.

18 stycznia nastąpił kolejny nalot bombowy. Potem przez całą noc słychać było strzały.

Nadeszło fatalne 19 stycznia 1945 roku. Wszyscy siedzieliśmy jeszcze w piwnicy, była godzina 11.30, kiedy przyszedł jakiś pan i powiedział: „Rosjanie są już w Łodzi!”. Niemieckie kobiety płakały; mama przyszła i powiedziała, że wjeżdżają na małych wózkach.


Wyszedłem na ulicę; z kierunku Zgierza nadjechały czołgi. Na każdym czołgu siedziało około dwudziestu Rosjan. Jeden z nich spadł, nikt nie zwrócił na to uwagi, pozostałe stalowe kolosy przejechały nad biedakiem, nie pozostawiając po nim nic. To straszne, widzieć coś takiego! Ale czym jest człowiek, skoro zginęło już tak wielu młodych ludzi!

Na Placu Wolności ustawiono armaty w czterech kierunkach. Nagle rozległy się strzały; ludzie pobiegli do bram i domów. Później dowiedziałem się, że przejechał jeszcze niemiecki samochód oficerski; nie wiem, czy dotarł do drogi na zachód.

Wieczór minął spokojnie. Położyliśmy się późno spać, ja zasnąłem od razu. O trzeciej w nocy ktoś głośno zapukał do naszych drzwi; mama wstała i otworzyła. Weszło dwóch rosyjskich oficerów. Jeden z nich zatrzymał się u nas, daliśmy mu naszą sypialnię, drugi odszedł. Rosjanin położył się spać, ale my nie mogliśmy już zasnąć tej nocy.

Rankiem 20 stycznia Rosjanin zszedł do swoich ludzi, ponieważ w naszym gospodarstwie zakwaterował się cały oddział. Dziwne, że oficerowie szukali miejsc do spania tylko u Niemców! Matka stwierdziła później, że chcieli nam pokazać, że są ludźmi kulturalnymi: rzeczywiście byli przyzwoici, ale najgorsze miało dopiero nadejść.

Kiedy nasz Rosjanin wrócił, przyniósł nam chleb i wieprzowinę. Potem poszedłem na podwórze i patrzyłem, jak dwóch Rosjan zabija wołu. Jeden z nich wziął pistolet i strzelił mu w głowę, wół zatoczył się, a wtedy padł drugi strzał, wół wpadł w szał i chciał rzucić się na Iwana. Wyprostował się, ale zanim zdążył skoczyć, padł trzeci strzał i wół oszołomiony upadł na ziemię. Potem podcięto mu gardło ostrym nożem, krew płynęła, a ja schowałem się na drugim końcu podwórza. Wtedy zobaczyłem, jak Rosjanie i Polacy plądrują sklep z tkaninami Philippa!

Kiedy dotarliśmy do domu, pojawił się ponownie Rosjanin i przyniósł mięso z zabitego wołu, był to duży kawałek. Na obiad przyprowadził jeszcze Rosjankę, ponieważ mama musiała oczywiście gotować. Potem nadszedł dzień, w którym Rosjanie ruszyli dalej. Następnego dnia zobaczyliśmy pierwsze zwłoki leżące na naszym podwórzu na pryzmie obornika. Była to była gospodyni naszego gospodarstwa, która została zastrzelona. Nie odważyliśmy się już wychodzić na zewnątrz. Babcia przyniosła nam swoje zapasy żywności i zamknęła mieszkanie, ponieważ ciotka wyjechała ostatniego dnia. (Wciąż widzę małą Gisela, jak 17 stycznia o 2 w nocy radośnie odchodziła; od tego czasu nie mieliśmy o niej żadnych wiadomości).

Zachowywaliśmy się bardzo cicho. U naszej sąsiadki, której również nie było, wyłamano drzwi i wprowadzili się Polacy. Jedna z Polek powiedziała nam, że lepiej będzie, jeśli zajmiemy tylko jeden pokój, a pozostałe ona chce zatrzymać dla siebie. Matka zgodziła się, ponieważ spaliśmy już dwie noce u pani S., ponieważ w domu nie mieliśmy spokoju przed pukaniem. Ale ludziom chodziło tylko o wszystkie nasze rzeczy, które zapakowaliśmy do pudeł i przechowywaliśmy u pani S. Teraz powiedzieli: nie możecie zostać, ponieważ nie wolno pomagać Niemcom.

Wzięliśmy nasze kołdry i wróciliśmy do naszego pokoju (odzyskaliśmy tylko część naszych rzeczy). Zabito okna, ponieważ nie mieliśmy już szyb i żyliśmy tylko przy sztucznym świetle. Nie mieliśmy węgla, ponieważ 26 stycznia zabrano nam stodołę, a tego samego wieczoru przyszli, aby nas ograbić. Było to dwóch Polaków i trzech Rosjan, którzy znaleźli również strzelbę myśliwską ojca. Jeden z Rosjan powtarzał około dziesięć razy, że matka powinna zostać zastrzelona, ponieważ SS postąpiłoby tak samo, ale on uważał, że „my, Rosjanie, mamy lepsze serca”. Zabrali wszystko, co miało jeszcze jakąś wartość. Musieliśmy pokazać nasze ręce, a on zerwał mi z nadgarstka zegarek. Zabrali też żywność.

Od tego momentu nie było dnia, żeby nie przychodzili Polacy i czegoś nie chcieli. Nadszedł też dzień, kiedy Polacy, którzy u nas mieszkali, nie pozwolili nam zabrać naszych rzeczy i oświadczyli, że wspólne mieszkanie Polaków i Niemców jest zabronione.

Matka musiała wymknąć się w największej tajemnicy z żywnością, którą starannie ukryliśmy, i przenieśliśmy się na czwarte piętro do współpracownicy babci. Babcia nie mogła już wejść do swojego mieszkania, ponieważ mieszkał tam już Polak, który wyszedł z więzienia. Babcia miała tylko stary płaszcz zimowy. Stopniowo okradano nas ze wszystkich rzeczy, a ja chodziłem w butach ojca, które były o trzy numery za duże.

Potem nadszedł dzień, w którym pojawiła się gospodyni i wydawała polecenia. Musieliśmy zamiatać schody i odśnieżać podwórze. Bito mnie batem.

Wieczorem siedzieliśmy przy świecach i opowiadaliśmy sobie o wydarzeniach dnia. Pani B., która również mieszkała z nami i nie mogła wrócić do swojego domu w Pabianicach, opowiadała, że w sąsiednim domu zastrzelono niemieckiego żołnierza i wystawiono go w oknie sklepowym w kąpielówkach i stalowym hełmie. Stał tam przez kilka dni zamarznięty, ponieważ styczeń był bardzo mroźny, podobnie jak luty. Przed snem zakładaliśmy nasze ostatnie ubrania, ponieważ cały czas spodziewaliśmy się, że zostaniemy stąd wyprowadzeni.

Tak żyliśmy w strachu i niepokoju przez cztery miesiące, aż w końcu uciekliśmy na Zachód.

Olga Münnich, wdowa po Wiesenthalu, z domu Kinzel (według pamiętnika jej syna Waldemara).


                              EIN 13 JÄHRIGER SCHRIEB IM JAHRE 1945

Der Januar beschwört wieder die Erinnerung an eine dunkle Zeit herauf und so mögen hier Aufzeichnungen folgen, die sich ein dreizehnjähriger Junge im heimatlichen Lodz machte.

Am 16. 1. 1945 buk Mutter meinen Geburtstagskuchen, denn ich sollte am 17. 1. 13 Jahre alt werden. Die Tage waren sehr ruhig, man hörte von den Feinden gar nichts. Ich freute mich auf meinen Kuchen. Ich bekam auch Bombenkuchen - noch am sei ben Abend!

Die ersten Leuchtraketen bemerkte meine Oma, darauf folgten sogleich die Bomben. Großmutter mit großer Eile nach dem Keller lief und dabei den Wassereimer umstieß! Tante mit meiner kleinen Nichte Gisela, die seit ein paar Tagen wieder in Lodz war, mit den Koffern hinterher! Nur Mutter behielt die Ruhe, sie stellte sich ans Fenster und schaute auf die "Weihnachtsbäume" (Magnesiumlichter) am Himmel; Mutter hatte ein sehr großes Gottvertrauen! Ich mahnte sie ein paarmal, aber sie kam erst dann herunter, als die Einschläge ganz nahe lagen.

Ich stand auf meinem Meldeposten mit meinem Kameraden Richard. Die Polen wollten nicht in den Keller; man sah es ihnen an, daß sie sich auf die Freiheit freuten. Eine kleine Fünfjährige trällerte ein Liedchen. Nach dem Fliegerangriff ging ich mit meinem Kameraden zum Nachbarhaus, um löschen zu helfen. Unsere Scheiben waren auf der einen Seite alle heraus. Zerstreut standen überall unsere Frontsoldaten mit Panzerfäusten. Sie wollten es anfangs nicht gestehen, aber als Mutter dem einen Soldaten Essen brachte, kam er mit dem Bekenntnis heraus, daß er schon drei Tage nichts im Munde hatte.

Am 18. 1. erfolgte noch ein Bombenangriff. Dann hörte man die ganze Nacht Schüsse.

Der verhängnisvolle 19. Januar 1945 brach an. Wir saßen alle noch im Keller, es war 11.30 Uhr, da kam ein Herr und sagte: "Die Russen sind schon in Lodz!" Deutsche Frauen weinten; Mutter kam und erzählte, daß sie auf kleinen Wägelchen hereinfahren.

Ich trat auf die Straße; da kamen aus Richtung Zgierz die Panzer angerollt. Auf jedem Panzer hockten an die zwanzig Russen. Ein Russe fiel herunter, niemand achtete darauf, die anderen Stahlkolosse fuhren über den armen Kerl hinweg, daß von ihm nichts mehr übrig blieb. Es ist schrecklich, wenn man so etwas sicht! Aber was ist ein Mensch, wenn doch schon so viele junge Menschen umgekommen sind!

Auf dem Deutschland-Platz wurden in vier Richtungen Kanonen aufgestellt. Mit einem Mal hörte man Schüsse krachen; die Leute rannten zu den Toreinfahrten und Häusern. Hinterher erfuhr ich, daß noch ein deutsches Offiziersauto durchgejagt war; ob es die Straße nach dem Westen geschafft hat, weiß ich nicht.

Der Abend verlief ganz ruhig. Wir legten uns spät zu Bett, ich schlief gleich ein. In der Nacht um drei Uhr polterte es gegen unsere Tür; Mutter stand auf und öffnete. Zwei russische Offiziere traten herein. Der eine Russe nahm bei uns Quartier, wir gaben ihm unser Schlafzimmer, der andere ging wieder. Der Russe legte sich schlafen, wir aber konnten in dieser Nacht keinen Schlaf mehr finden.

Am Morgen des 20. 1. ging der Russe zu seinen Leuten hinunter, denn auf unserem Hofe hatte sich eine ganze Abteilung einquartiert. Merkwürdig, daß die Offiziere nur SchlafsteIlen bei den Deutschen suchten! Mutter meinte nachher, daß sie uns zeigen wollten, daß sie Kultur besitzen: sie waren tatsächlich anständig, aber das dicke Ende kam nachher.

Als unser Russe zurückkehrte, brachte er uns Brot und Schweinefleisch. Nachher ging ich auf den Hof und sah zu wie zwei Russen einen Ochsen erschlugen. Der eine Russe nahm eine Pistole und schoß ihm in den Kopf, der Ochse taumelte da krachte auch schon der zweite Schuß, der Ochse wurde wütend und wollte auf den Iwan losgehen. Er bäumte sich auf doch ehe er springen konnte, krachte der dritte Schuß, und der Ochse sank betäubt zur Erde. Nachher wurde ihm mit einem scharfen Messer die Gurgel durchschnitten, das Blut floß - und ich verzog mich auf das andere Ende des Hofes. Da sah ich gerade, wie Russen und Polen den Philipper Stoffladen ausplünderten!

Zu Hause angekommen, erschien wieder der Russe und brachte von dem Ochsen, der geschlachtet worden war, Fleisch mit, es w.ar e!n großes Stock. Zum. Mittagessen brachte er noch eine Russin mit, denn Mutti mußte ja selbstverständlich kochen. Dann kam der Tag, an dem die Russen weiterzogen. Am folgenden Tage sahen wir die erste Leiche auf unserem Hofe auf dem Misthaufen liegen. Es war die frühere Hausmeisterin unseres Hofes, die erschossen wurde. Wir wagten uns nicht mehr heraus. Großmutter brachte ihre Lebensmittel zu uns herunter und verschloß die Wohnung, da die Tante am letzten Tag weggefahren war. (Ich sehe immer noch Klein-Gisela, wie sie am 17. Januar um 2 Uhr nachts munter wegging; seit dieser Zeit hörten wir nichts mehr von ihr.)

Wir verhielten uns ganz still. Bei unserer Nachbarin, die auch nicht mehr da war, wurde die Tür aufgebrochen, und Polen zogen ein. Eine Polin sagte zu uns, es wäre besser, wenn wir nur ein Zimmer bewohnten, die anderen möchte sie nehmen. Mutter willigte ein, da wir inzwischen zwei Nächte schon bei einer Frau S. schliefen, denn zu Hause hatten wir vor dem Klopfen keine Ruhe. Aber den Leuten ging es nur um all unsere Sachen, die wir in Kisten verpackt und bei Frau S. untergestellt hatten. Es hieß nun: Ihr könnt nicht bleiben, da man den Deutschen nicht helfen darf.

Wir nahmen unsere Federbetten und gingen wieder in unser Zimmer (von den Sachen haben wir nur einen Teil wiederbekommen). Die Fenster vernagelten wir, da wir keine Scheiben mehr hatten und lebten nur bei künstlichem Licht. Kohle hatten wir nicht, denn am 26. 1. wurde uns unser Stall weggenommen und am selben Abend kamen sie, um uns auszuplündern. Es waren zwei Polen und drei Russen, und sie fanden auch Vaters Jagdgewehr. Der eine Russe wiederholte an die zehnmal, daß Mutter e r s c h o s s e n  werden müßte, denn die SS hätte es nicht anders gemacht, er meinte aber, "wir Russen haben ein besseres Herz". Sie nahmen alles mit, was noch wertvoll war. Unsere Hände mußten wir zeigen, und meine Uhr zog er mir von der Hand herunter. Lebensmittel nahmen sie auch mit.

Von da an verging kein Tag, wo nicht Polen kamen und etwas wollten. Es kam auch der Tag, da Polen, die bei uns wohnten, uns nicht mehr erlaubten, unsere Sachen zu nehmen, und erklärten, daß ein Zusammenwohnen von Polen und Deutschen verboten ist.

Mutter mußte sich mit dem, was wir an Lebensmitteln sorgfältig versteckt hatten, in größter Heimlichkeit herausschleichen, und wir zogen auf den vierten Stock zu Omas Mitarbeiterin hinauf. Oma konnte schon nicht mehr in ihre Wohnung rein, denn da wohnte bereits ein Pole, der aus dem Gefängnis kam. Oma hatte nur einen alten Wintermantel. Nach und nach wurden uns sämtliche Sachen geraubt, und ich ging in Vaters Schuhen, die drei Nummern zu groß waren.

Dann kam der Tag, an welchem die Hausmeisterin erschien und Befehle erteilte. Wir mußten die Treppen kehren und den Schnee von dem Hof wegschaufeln. Mich hot man mit der Peitsche geschlagen.

Abends saßen wir bei Kerzenschein und erzählten uns die Tagesereignisse. So berichtete Frau B., die auch mit uns die Wohnung teilte und nicht mehr in ihr Heim nach Pabianice zurück konnte, daß im Nachbarhaus ein deutscher Soldat erschossen und in Badehose und Stahlhelm in einem Schaufenster ausgestellt wurde. Er stand da mehrere Tage im gefrorenen Zustand, denn der Januar war bitter kalt, auch noch der Februar. Zum Schlafengehen zogen wir unsere letzten Sachen an, denn wir rechneten ständig damit, herausgeholt zu werden.

So lebten wir in Angst und Sorgen vier Monate lang, bis wir die Flucht nach dem Westen antraten.

Olga Münnich, verw. Wiesenthal, geb. Kinzel (nach dem Tagebuch ihres Sohnes' Valdemar.)