poniedziałek, 16 lutego 2026

Niezapomniane dni stycznia 1945 - Ucieczka - Kutno - Drezno - Der Heimatbote - 6/1956 - cz.5

 

W ostatniej części autorka, Niemka z Wołynia, która później zamieszkała w powiecie kutnowskim, opowiedziała nam, jak po ciężkich miesiącach nędzy i bezprawia dla wszystkich Niemców w końcu dotarła do Szczecina i wraz z niezliczoną rzeszą współtowarzyszy niedoli siedziała w ruinach tego miasta, czekając na transport.

Z czasem jednak noce stawały się coraz chłodniejsze i zdaliśmy sobie sprawę, że tak dalej być nie może. Usłyszeliśmy wtedy o możliwości przyjęcia do obozu poprzez przekupienie komendanta. Bliscy rozpaczy nasi towarzysze losu, matka i córka, postanowili porozmawiać z komendantem. Wielokrotnie go o to prosili. W końcu obiecał, że przy przyjęciu następnego transportu z Polski weźmie nas wszystkich do obozu. Cena wynosiła 1000 złotych od osoby. Było nas pięć osób. Zebraliśmy wszystkie nasze pieniądze, a ukrytą głęboko biżuterię, taką jak pierścionki, broszki, a nawet korony dentystyczne i ubrania sprzedaliśmy na czarnym rynku. Kto miał więcej, oddawał to tym, którym nie starczyło.

Tak więc, zgodnie z rozkazem komendanta, noc po nocy siedzieliśmy gotowi do podróży i czekaliśmy na znak komendanta obozu. W końcu o świcie wprowadzono nas do środka. Radośni i dumni położyliśmy na stole sumę, którą zebraliśmy z wielkim trudem i łzami. Następnie wpisano nas na listę i w ten sposób ponownie staliśmy się członkami społeczeństwa. Kiedy przybył transport, wpchnięto nas do obozu i sprawa była załatwiona.

                                                             Transport do Niemiec

Tutaj, w obozie, otrzymaliśmy również racje żywnościowe i w ten sposób uniknęliśmy wszystkich strachów i niedostatków życia w ruinach. Już następnego dnia załadowano nas do długiego pociągu transportowego złożonego z dziurawych wagonów bydlęcych. Przez wiele godzin czekaliśmy na odjazd, wyposażeni w prowiant na podróż. Pociąg ruszył dopiero pod wieczór. Nasza podróż prowadziła na południe, wzdłuż linii Odry i Nysy, i trwała kilka dni i nocy. Pewnej nocy padał ulewny deszcz i w ciemnościach szukaliśmy schronienia przed kroplami wpadającymi przez uszkodzony dach. Niektórzy podchodzili do tego z humorem, inni byli bardzo zirytowani tą nieprzyjemną sytuacją, ale nikt nie mógł nic zmienić. Zdarzało się też, że na stacji dostawaliśmy coś ciepłego do jedzenia.

Przejeżdżaliśmy następnie przez miasta Forst i Görlitz. W Niederoderwitz zostaliśmy umieszczeni na dwa tygodnie w obozie kwarantanny. Tutaj każdy dostał swoje miejsce na pryczy. Były nawet stoły i miejsca do siedzenia. Przestronne pomieszczenia były oświetlone i oferowały wiele udogodnień, których prawie już nie znaliśmy. Opiekowali się nami również lekarze i pielęgniarki. Zostaliśmy zbadani, zaszczepieni i odwszeni. W końcu mogliśmy też poszukać naszych bliskich za pośrednictwem Niemieckiego Czerwonego Krzyża. Po dwóch tygodniach zostaliśmy podzieleni na grupy w celu osiedlenia się i przewiezieni do Drezna. Jeszcze tej samej nocy zostaliśmy przewiezieni z Drezna do okolicznych wsi. W Kunnersdorfie osiedliłam się u rolnika. Od razu znalazłam pracę, którą chętnie wykonywałam. W zamian otrzymywałam skromne utrzymanie. Dodatkowo mogłam korzystać z moich kart żywnościowych. Po krótkim czasie otrzymałam od męża z Zachodu pozwolenie na przyjazd. Dzięki temu, choć po wielu perypetiach i uciążliwej podróży, wyczerpana, ale szczęśliwa, dotarłam do męża. Po roku również szwagrowi z Nowej-Wsi udało się uciec do nas przez Szczecin.

A kiedy w chwilach ciszy z pokornym i wdzięcznym sercem rozmyślam o tym, jak nasz Pan tak cudownie nas chronił i strzegł nawet w największej niedoli i pomógł nam dotrzeć aż tutaj, muszę powtórzyć słowa psalmisty z 103. psalmu: Chwal Pana, duszo moja, i nie zapominaj o tym, co ci uczynił.

Tak więc Pan będzie również wspierał naszego syna, zaginionego na froncie wschodnim, i wielu innych w całej ich niedoli i bezradności. Mam taką nadzieję i czekam na Pana. Amen.

                                                                                                                                       M. S.


Im letzten Abschnitt erzählte uns die Verfasserin. eine Wo1hyniendeutsche, die später im Kreise Kutno ihr Zuhause hatte, wie sie nach den schweren Monaten des Elends und der Rechtlosigkeit für alle Deutschen endlich nach Stettin gelangt war und mit unzähligen Leidensgenossen in den Ruinen dieser Stadt saß und auf den Abtransport wartete.

Mit der Zeit Wurden die Nächte jedoch immer kühler und wir wurden uns bewußt, daß es so nicht mehr weitergehen konnte. Wir hörten dann von der Möglichkeit, durch Bestechung des Kommandanten in das Lager aufgenommen zu werden. Der Verzweiflung nahe suchten unsere Schicksalsgefährten, Mutter und Tochter, den Kommandanten zu sprechen. Dieser ließ sich wiederholte Male darum bitten. Schließlich versprach er, uns alle bei der Ankunft des nächsten aus Innerpolen kommenden Transportes mit in das Lager hineinzunehmen. Der Preis war pro Kopf 1000 Zloty. Wir waren fünf Personen. All unser Geld wurde nun zusammengezählt, tiefverstecke Schmucksachen wie Ringe, Broschen, selbst Zahnkronen und Kleidungsstücke wurden an Schwarzhändler verkauft. Wer mehr besaßt, gab dem ab, dem es nicht reichte.

So saßen wir denn, auf Anordnung des Kommandanten, Nacht für Nacht reisefertig und warteten auf ein Zeichen des Lagerkommandanten. Endlich wurden wir an einem Morgengrauen hineingeführt. Froh und stolz legten wir die mit viel Not und Tränen zusammengebrachte Summe auf den Tisch. Daraufhin wurden wir in eine Liste eingetragen und waren somit wieder Mitglieder der menschlichen Gesellschaft geworden. Als der Transport ankam, wurden wir ins Lager hineingeschoben, und die Sache war erledigt.

                                                         Transport nach Deutschland

Hier im Lager bekam.en wir nun auch unsere Lebensmittelration und somit waren wir aller Angst und Not des Ruinenlebens entkommen. Schon am nächsten Tag wurden wir auf einen langen, aus durchlöcherten Viehwaggons zusammengestellten Transportzug verfrachtet. Viele Stunden warteten wir nun, mit Reiseverpflegung versehen, auf die Abfahrt. Erst gegen Abend fuhr der Zug los. Unsere Reise ging südwärts, der Oder-Neiße-Linie entlang, sie dauerte mehrere Tage und Nächte. Eines Nachts regnete es stark und wir suchten im Dunkeln den durch das, beschädigte Dach einströmenden Tropfen zu entgehen. Einige nahmen es von der humorvollen Seite, andere waren sehr ärgerlrich über diesen üblen Zustand, doch konnte niemand an der Sache selbst etwas ändern. Es kam auch vor, daß wir an einer Station etwas warmes Essen erhielten.

Wir fuhren dann durch die städte Forst und Görlitz. In Niederoderwitz wurden wir für die Dauer von zwei Wochen in ein Quarantänelager gesteckt. Hier bekam jeder seinen Platz auf der Pritsche. Auch Tische und Sitzplätze gab es sogar. Die weiten Räume waren mit Licht versehen und so gab es viele Annehmlichkeiten, die wir fast nicht mehr kannten. Auch Ärzte und Krankenschwestern kümmerten sich um uns. Wir wurden untersucht, geimpft rund entlaust. Nun war es uns auch endlich möglich, unsere Angehörigen durch das Deutsche Rote Kreuz zu suchen. Nach zwei Wochen wurden wir, zwecks Ansiedlung in Gruppen verteilt, nach Dresden gebracht. Noch in der gleichen Nacht wurden wir von Dresden auf die umliegenden Dörfer verbracht. In Kunnersdorf wurde ich bei einem Bauern angesiedelt. Hier gab es sofort Arbeit, die ich auch gerne verrichtete. Dafür bekam ich einen schmalen Lebensunterhalt. Dazu konnte ich jedoch meine Lebensmittelkarten noch extra für mich verwenden. Nach kurzer Zeit bekam ich von meinem Manne aus dem Westen eine Zuzugsgenehmigung geschickt. Damit gelangte ich dann, wenn auch nach vielen Umständen und beschwerlicher Reise, abgehärmt, aber glücklich, bei meinem Manne an. Nach einen Jahre gelang es auch dem Schwager aus Nowa-Wies, über Stettin zu uns zu flüchten. -

Und wenn ich nun in stillen Stunden mit dem demütig-dank-barem Herzen erwäge, wie unser Herrgott uns so wunderbar auch in größter Not beschirmt und geschützt und uns bis hierher geholfen halt, so muß ich mit dem Psalmisten des 103. Psalms anstimmen: Lobe den Herren meine Seele und vergiß nicht, was er dir Gutes getan hat.

So wird der Herr auch unserem an der Ostfront vermißten Sohn und noch vielen anderen in all ihrer Not und Hilflosigkeit beistehen, Das hoffe ich und harre des Herrn. Amen.

                                                                                                                                 M. S.


Niezapomniane dni stycznia 1945 - Ucieczka - Kutno - Chodecz - Der Heimatbote - 5/1956 - cz.4

 Nasza rodaczka opowiada, jak w 1945 roku, w swojej ciężkiej sytuacji, znalazła prawdziwą pociechę wyłącznie w Bogu, który ostatecznie wyprowadził ją wraz z tysiącami innych ludzi z nocy nędzy i cierpienia w Polsce, z dala od kraju, który niegdyś ugorowali ich ojcowie, do ratującego ich Zachodu.

W niedziele, kiedy czasami miałam wolne popołudnia, zawsze czułam potrzebę wycofania się, aby zebrać myśli i nabrać sił.

                                                                             Niedzielny spokój

Niedzielny spokój! Bliskość Boga

czuję dziś szczególnie mocno,

unosi mnie ona na wyżyny

ponad troski i cierpienia dnia codziennego.

Tam zabieram moich bliskich,

których tutaj straciłem – których mi brakuje –

tam jestem z nimi w duchu

i pokój Boży jest z nami,

takie niedzielne godziny są pocieszające,

będą one kiedyś błogie,

gdy wszyscy uwolnieni od cierpienia

staniemy zjednoczeni w blasku chwały,

tam nie będzie już wroga, który nas rozdzieli,

nie będzie już nawet śmierci!

Bóg uzna nas za błogosławionych,

wtedy nadejdzie prawdziwa niedziela.

                                                                     Pierwsza poczta

Dopiero jesienią 1946 roku otrzymałam zupełnie nieoczekiwanie list z obozu pracy Nowa-Wies od mojego szwagra, którego już dawno uważałam za zmarłego. List ten przyniósł mi również wiadomość o miejscu pobytu mojego męża, a niestety także o śmierci mojego ojca, który zmarł w Berlinie. Mój ojciec był, co z pewnością wiedziało wielu jego towarzyszy niedoli, wieloletnim organistą i kantorem parafii Kamień (Cholm) Edmundem Birkholzem. Po powrocie z deportacji z Rosji w latach 1914/18 przez prawie 14 lat pełnił funkcję sekretarza parafii w Lublinie.

Ta zupełnie nieoczekiwana wiadomość od szwagra uświadomiła mi ponownie, jak cudowne i wzniosłe są drogi i prowadzenie naszego Boga w stosunku do nas, małych i nieśmiałych dzieci ludzkich. Otóż tak się złożyło, że pewnej Niemce z Nowej-Wsi udało się uciec na Zachód. Kobieta ta odwiedziła swoją siostrzenicę, która mieszkała bardzo blisko mojego męża. Zbieżność nazwisk nasunęła mi pierwszą myśl o ewentualnym pokrewieństwie, a mój przywołany mąż mógł to tylko potwierdzić. W tym czasie ogólne połączenie pocztowe z Polską zostało już nawiązane, więc mój mąż mógł napisać do swojego brata w Nowej-Wsi.

                                                          Jak dostać się na Zachód?

Od tej pory moim jedynym celem było dotarcie na Zachód do mojego męża. Niestety nie było możliwości dołączenia do jednej z nielicznych transportów, które od czasu do czasu wyjeżdżały. Postanowiłam więc wyruszyć na własną rękę. Potrzebowałam do tego pieniędzy, które najpierw musiałam zarobić. Nadzieja dodała mi sił. Próbowałam zarobić pieniądze, zamiatając ulice i wykonując wszelkie inne prace dorywcze u najemców. Oszczędzałam każdy grosz. Suszyłam chleb przeznaczony dla kur i zbierałam go na drogę. Od czasu do czasu otrzymywałam kilka słów od męża, który zawsze dodawał mi otuchy i zachęcał do przyjazdu. To samo robił mój szwagier w Nowej-Wsi.

Tak minął kolejny rok ciężkiej pracy, wyrzeczeń i braku jakichkolwiek praw. Ciągle przypominałam sobie 23. psalm: „Pan jest moim pasterzem”. Czułam, że Bóg jest blisko mnie, a to dodawało mi sił. We wrześniu 1947 roku szwagier namawiał mnie do ucieczki, sam chciał uciec z Nowej-Wsi. W Szczecinie mieliśmy spotkać się w określonym miejscu i czasie, aby wspólnie kontynuować ucieczkę. Zaryzykowałem więc i wyruszyłem w drogę z niewielkimi środkami. Niestety, do Szczecina dotarłam w nocy. Ponieważ nie miałam dokumentów, musiałam uniknąć kontroli policji kolejowej. Kiedy ją zobaczyłam, ustawiłam się w kolejce do kasy biletowej, aby później pod jakimś pretekstem z niej wyjść. Udało mi się to dwukrotnie, innym razem udało mi się ukryć w ciemnym korytarzu. W końcu ta długa noc dobiegła końca. Następnego ranka, w słoneczną niedzielę, z pomocą miłego konduktora tramwajowego szczęśliwie dotarłam do umówionego miejsca spotkania.

                                                                   W ruinach Szczecina

W głębokiej dolinie, nad którą znajdował się wówczas jeszcze nieprzejezdny most, znajdował się ogrodzony drutem obóz transportowy dla Niemców. Przed obozem znajdował się przestronny plac otoczony kilkoma dużymi ruinami. Znalazłem tam wielu uchodźców, którzy częściowo czekali już od tygodni na wpuszczenie do obozu. Dołączyłam do nich i cieszyłam się, że znów jestem wśród Niemców. Szwagier nie przyjechał! Znalazłam schronienie w dużej ruinie, która nie miała już drzwi ani okien i była całkowicie wystawiona na działanie wiatru.

                                                                           Jak Cyganie

Wiedliśmy tu skromne życie, mając nadzieję, że w końcu uda nam się ruszyć dalej. Trudna sytuacja sprawiła, że staliśmy się pomysłowi. Duże dziury zostały prowizorycznie uszczelnione blachą, kartonowymi pudełkami i starymi workami. Stare wiadra po dżemie i podobne przedmioty służyły nam za siedziska. Ci, którzy nadal mieli łóżka, należeli do bogatych. Ja sama zbierałam trawę, suszyłem ją i przygotowywałam z niej podkład pod łóżko. Jako kołdrę służył mi stary płaszcz, który chronił mnie przed nocnym chłodem. Nasze możliwości gotowania były różne, najczęściej układaliśmy na zewnątrz stare cegły, kładliśmy na nich starą blachę jako płytę grzejną i gotowe było palenisko. Ponieważ nie mieliśmy żadnych naczyń, szukaliśmy ich w starej hałdzie w pobliżu. Otwory w znalezionych garnkach były zatykane korkami, zatyczkami lub kawałkami materiału. W takich dobrze wyczyszczonych garnkach powstawały najlepsze potrawy. Nawet jeśli czasami były one doprawione dymem lub kroplami deszczu, nie miało to znaczenia, ponieważ głód nadal jest najlepszym kucharzem. Jako drewno opałowe służył nam rozbity samolot, który leżał w pobliżu. Przez wiele godzin rąbaliśmy go starą znalezioną siekierą, aby uzyskać kilka wiórów. Złożone drewno było niezwykle twarde. Wokół leżały również inne połamane kawałki drewna.

Wszystkie produkty spożywcze musieliśmy kupować za nasze skromne pieniądze bez kart. Czasami mogliśmy zarobić trochę w okolicznych ogrodach, wykonując jesienne prace. Tam zazwyczaj dostawaliśmy też trochę owoców lub warzyw. Było to dla nas wielką pomocą, ponieważ żywność była bardzo droga. Potrzebowały tego przede wszystkim liczne dzieci, które mieszkały z nami. Wszystkie były bardzo zaniedbane, miały również duże opóźnienia w rozwoju umysłowym, zwłaszcza że musiały dorastać bez nauki w szkole. Wśród nas mieszkał stary, przyjazny mężczyzna, który postawił sobie za zadanie zgromadzić dzieci w jednym pomieszczeniu. Opowiadał im wtedy historie biblijne, uczył je piosenek dla dzieci i pokazywał różne gry. Dzieci były tym bardzo podekscytowane i bawiły się razem, a obserwowanie ich sprawiało ogromną radość. Wiele z tych dzieci było bardzo nieśmiałych, ponieważ nie rozumiały już dobrze języka niemieckiego. Szczególnie najmłodsze z nich po 1945 roku nie mogły już uczyć się niemieckiego.

Tak więc żyliśmy w ruinach Szczecina, prowadząc skromne życie.

Byliśmy pozbawieni praw, wyrzuceni ze społeczeństwa, a każdy mógł dysponować nami według własnego uznania. Często zdarzało się, że polscy lub rosyjscy żołnierze zabierali ludzi z naszego grona na nieokreślony czas do pracy w polu. Kto się sprzeciwiał, był bity. Szczególnie polowali na młode dziewczyny. One jednak wyczuwały związane z tym niebezpieczeństwo i starały się ukryć, jak tylko było to możliwe. Zdarzało się też, że do nich strzelano. A jeśli nie udało się ich złapać w ciągu dnia, żołnierze przychodzili wieczorem lub w nocy z latarkami. Czasami dodatkowo nas okradali. Na przykład w nocy przywiązywaliśmy buty do rąk, aby od razu zauważyć złodzieja. W naszej małej grupie, która się zebrała, była też taka młoda, prześladowana dziewczyna z matką. Dziewczyna ta była zazwyczaj ukrywana w nocy wzdłuż ściany, a my inni służyliśmy jej za poduszki. Tak więc noce były dla tej dziewczyny tylko męką. Czasami kilka dziewcząt zbierało się razem i spędzało noce w innych ruinach lub nawet pod gołym niebem.

                                                                          (ciąg dalszy nastąpi)


Unsere Landsmännin erzählt, wie sie in ihrer schweren Not damals 1945 einzig und allein in Gott wahren Trost gefunden hat, der sie schließlich mit Tausenden anderen endlich auch herausgeführt hat aus der Nacht des Elends und Leids in Polen, fort vom Lande, das einst die Väter urbar gemacht, hin in den rettenden Westen.

An Sonntagen, an denen ich bisweilen nachmittags frei hatte, war es mir stets ein Bedürfnis, mich zurückzuziehen um mich zu meiner Erbauung sammeln und erquicken zu können.

                                                          Sonntagsfriede

Sonntagsfriede ! Gottes Nähe

fühl' ich ganz besonders heut',

die entrückt mich zu den Höhen

aus des Alltags Sorg und Leid,

Dort entführ ich meine Lieben,

die ich hier verloren - vermißt -

dort bin ich im Geist mit ihnen

und der Friede Gottes mit uns ist,

Tröstlich sind solch' Sonntagsstunden,

selig werd'n sie einst noch sein,

wenn wir all' dem Leid entbunden

steh'n vereint im Glorienschein,

Dort wird uns kein Feind mehr trennen,

auch der Tod wird nicht mehr sein!

Selig wird uns Gott erkennen,

dann wird wahrer Sonntag sein

                                                      Erste Postverbindung

Erst im Herbst 1946 bekam ich ganz unerwartet einen Brief aus dem Arbeitslager Nowa-Wies von meinem Schwager, den ich schon längst gestorben wähnte. Dieser Brief brachte mir auch Nachricht vom Verbleib meines Mannes und leider auch vom Tode meines Vaters. der in Berlin gestorben war. Mein Vater war, der gewiß noch vielen Leidensgefährten bekannte langjährige Organist und Kantor der Pfarrgemeinde Kamien (Cholm) Edmund Birkholz. Er war, aus der Verschleppung aus Rußland 1914/18 heimgekehrt, noch fast 14 Jahre lang in der Pfarrgemeinde Lublin als Schriftführer tätig gewesen,

Diese nun so ganz unerwartet eingetroffene Nachricht des Schwagers hat mich wiederum erkennen lassen, wie wunderbar und erhaben unseres Gottes Wege und Führungen in bezug auf uns kleinmütige Menschenkinder sind. Es verhielt sich nämlich so, daß es einer deutschen Frau aus Nowa-Wies gelungen war, nach dem Westen zu fliehen, Diese Frau besuchte nun ihre Nichte, die ganz in der Nähe meines Mannes wohnte, Die Namensgleichheit brachte den ersten Gedanken an eine evtl. Verwandtschaft und mein herbeigeholter Mann konnte dies nur bestätigen, Um diese Zeit war die allgemeine Postverbindung mit Polen schon hergestellt, so daß mein Mann seinem Bruder in Nowa- Wies schreiben konnte.

                                              Wie komme ich nach dem Westen?

Von nun an war es mein einzigstes Bestreben, zu meinem Manne nach Westen zu gelangen, Mich einem der wenigen Transporte, die ab und zu einmal gingen, anzuschließen war leider nicht möglich, So beschloß ich, auf eigene Faust fortzukommen. Dazu brauchte ich Geld welches ich mir zunächst verdienen mußte, Die Hoffnung machte mich wieder stark. Mit Straßenkehren und allen sonstigen Aushilfen bei Mietern suchte ich Geld zu verdienen, Jeder Groschen wurde gespart, Alles für die Hühner bestimmte Brot trocknete ich und sammelte es für den Weg, Ich bekam auch gelegentlich ein paar Zeilen von meinem Manne, der mir immer wieder Mut zusprach und zum Kommen anspornte. Dasselbe tat auch mein Schwager in Nowa-Wies,

So verging wieder ein Jahr unter vieler schwerer Arbeit. Entbehrungen und ohne jeglichen Rechtsanspruch, Immer wieder erinnerte ich mich an den 23. Psalm: "Der Hen ist mein Hirte". Ich fühlte, daß Gott mir nahe war und das gab mir Kraft. Im September 1947 forderte mich der Schwager zur Flucht auf, er selbst wolle von Nowa-Wies aus fliehen. In Stettin sollten wir uns an einem bestimmten Platz und Zeitpunkt treffen, um dann gemeinsam weiter zu fliehen, So wagte ich es, mit wenigen Mitteln mich auf den Weg zu machen. In Stettin kam ich unglücklicherweise zur Nachtzeit an, Da ich keinen Ausweis hatte, mußte ich mich der Kontrolle der Bahnpolizei entziehen. Wenn ich ihrer ansichtig wurde, reihte ich mich der Schlange am Fahrkartenschalter an, um nachher wieder unter einem Vorwand auszutreten. Dieses gelang mir zweimal, ein andermal konnte ich mich im dunklen Flur verbergen. Endlich ging auch diese lange Nacht zu Ende. Am nächsten Morgen, es war ein sonnenklarer Sonntag, kam ich mit Hilfe eines guten Straßenbahnschaffners glücklich an den verabredeten Treffpunkt.

                                                In den Trümmern von Stettin


In einem tiefen Tale, darüber eine damals noch unbefahrbare Brücke, befand sich ein drahtumzäuntes Transportlager für Deutsche. Vor dem Lager war ein geräumiger Platz, mit mehreren großen Ruinen umgeben. Hier fand ich viele Flüchtlinge vor, die teils schon wochenlang auf Einlaß ins Lager warteten. Zu ihnen gesellte ich mich und war froh, wieder mit Deutschen zusammen zu sein. Der Schwager war nicht gekommen! Ich fand Unterkunft in einer großen Ruine, die keine Türen und Fenster mehr hatte und dem Winde freien Durchzug bot, 

                                                           Wie die Zigeune

Wir fristeten hier draußen ein kümmerliches Dasein in der Hoffnung, doch gelegentlich weiter zu kommen, Die Not machte uns erfinderisch. Die großen Löcher wurden mit Blech, Pappschachteln und alten Säcken notdürftig abgedichtet. Alte Marmeladeneimer und ähnliches diente uns als Sitzgelegenheit. Wer noch Betten besaß, gehörte zu den Reichen. Ich selbst pflückte mir Gras, ließ es trocknen und bereitete mir ein Unterbett daraus, Als Zudecke diente mir mein alter Mantel, der mich vor der Nachtkälte schützte. Unsere Kochgelegenheit war unterschiedlich, zumeist wurden draußen alte Ziegelsteine zusammengestellt, altes Blech als Kochplatte daraufgelegt und der Herd war fertig. Da wir ja auch keinerlei Geschirr hatten, suchten wir in einer alten Schuttkuhle in der Nähe danach. Die Löcher in den gefundenen Töpfen wurden mit Stöpseln, Pfropfen oder Läppchen zugestopft. In solchen, gut gereinigten Töpfen gerieten die besten Speisen. Und auch dann, wenn sie gelegentlich einmal mit Rauch oder Regentropfen gewürzt waren, schadete es nichts, denn der Hunger ist immer noch der beste Koch. Als Brennholz lag ein abgestürztes Flugzeug in der Nähe, daran wir stundenlang mit einer alten aufgefundenen Axt herumhackten, um einige Späne loszubekommen. Das zusammengefügte Holz war ungemein zähe. Auch andere zertrümmerte Holzstücke lagen herum.

Alle Lebensmittel mußten wir für unser weniges Geld kartenfrei kaufen. Gelegentlich konnten wir uns etwas in den umliegenden Gärten mit Herbstarbeit verdienen, Dort erhielten wir dann meistens auch etwas Obst oder Gemüse mit. Das war für uns eine große Hilfe, denn die Lebensmittel waren sehr teuer. Vor allem benötigten dieses die zahlreichen Kinder, die hier bei uns lebten, Diese waren alle sehr elend heruntergekommen, auch geistig standen sie weit zurück, zumal sie ja ohne Schulunterricht aufwachsen mußten. Unter uns lebte ein alter freundlicher Mann, der es sich zur Aufgabe machte, die Kinder in einem Raum zu versammeln. Hier erzählte er ihnen dann biblische Geschichten, übte mit ihnen Kinderlieder und zeigte ihnen verschiedene Spiele. Auch die Kinder freuten sich sehr darüber und sie spielten zusammen, daß es eine Freude war, ihnen zuzuschauen. Viele der Kinder waren auch sehr schüchtern, denn sie verstanden die deutsche Sprache nicht mehr recht. Besonders die Kleinsten unter ihnen hatten nach 1945 gar nicht mehr deutsch lernen dürfen.

So lebten wir in den Trümmern von Stettin ein kümmerliches Leben. Wir waren ja die Entrechteten, die aus der menschlichen Gesellschaft Ausgestoßenen, darüber jeder nach seiner Willkür verfügen konnte. So geschah es oftmals, daß polnische oder russische Soldaten Leute aus unserer Mitte auf ungewisse Zeit für Feldarbeiten wegholten. Wer sich weigerte, wurde verprügelt. Ganz besonders aber hatten sie es auf junge Mädchen abgesehen. Diese allerdings witterten die Gefahr, die hiermit verbunden war und suchten sich nach, Möglichkeit zu verbergen. Es kam auch vor, daß ihnen nach geschossen wurde. Und wenn man sie am Tage nicht erwischen konnte, kamen die Soldaten am Abend oder in der Nacht mit Taschenlampen. Gelegentlich bestahlen sie uns dann noch obendrein. Wir banden so zum Beispiel unsere Schuhe nachts an der Hand fest, um den Dieb gleich zu merken. In unserer kleinen Gruppe, die sich zusammengetan hatte. war auch so ein junges gehetztes Mädchen mit ihrer Mutter. Dieses Mädchen wurde meistens zur Nacht längs der Wand versteckt, diese Tarnung diente uns anderen als Kopfkissen. So waren die Nächte für dieses Mädchen nur eine Qual. Zum Teil taten sich auch mehrere Mädchen zusammen und verbrachten die Nächte in anderen Ruinen oder gar unter freiem Himmel. 

                                                                        (Schluß folgt)

ßÄäÖöÜü

Niezapomniane dni stycznia 1945 - Ucieczka - Kutno - Chodecz - Der Heimatbote - 4/1956 - cz.3

 


Nasza rodaczka pochodząca z Wołynia kontynuuje tutaj relację ze swoich przeżyć w nieszczęsnym roku 1945: ucieczka z Kutna, najazd wroga, a w końcu próba powrotu.

                                                           W Chodeczu, powiat Włocławek

W Chodeczu znalazłyśmy schronienie u dwóch kobiet. Tak się złożyło, że te dwie starsze panie właśnie potrzebowały siły roboczej. Pomieszczenia mieszkalne w ich domu, które opustoszały po ucieczce Niemców, musiały zostać przygotowane dla rosyjskiego wojska. Polscy robotnicy uchylali się od pracy, twierdząc, że to Niemcy powinni teraz pracować dla nich. My trzy kobiety byłyśmy akurat pod ręką i zabrałyśmy się do pracy. Sprzątałyśmy, przynosiłyśmy meble, zbierałyśmy drewno na opał, a także odśnieżałyśmy. Najmłodsza z nas zachorowała i miała gorączkę. Jednak panie były tak uprzejme, że zapewniły nam zakwaterowanie do czasu jej wyzdrowienia. Kiedy nadszedł ten moment, obie kobiety, matka i córka, udały się dalej do Kutna. Ja sama nie odważyłam się wyruszyć w tak długą drogę pieszo z powodu silnych dolegliwości w nodze. Panie nie miały nic przeciwko temu, żebym została z nimi. Najwyraźniej bały się też samotności w mieszkaniu. Zwłaszcza że kiedyś włamali się do nich rosyjscy żołnierze i ukradli żywność. Jak się dowiedziałam, obie kobiety wiele wycierpiały w czasie niemieckiej okupacji. Jednak zachowanie ich rodaków w czasie przewrotu bardzo je rozczarowało. Okazało się, że pewna grupa Polaków czekała tylko na ucieczkę Niemców, aby ograbić opuszczone sklepy i mieszkania. Tak więc nawet te dwie inteligentne kobiety nie były w stanie zapobiec splądrowaniu i zdemolowaniu ich domu, opuszczonego przez Niemców. Mówiono: co poniemieckie to nasze. W swoim zapale grabieżcy nie pomyśleli nawet o tym, że niektóre elementy wyposażenia mieszkań i inne przedmioty należały do polskich obywateli.

Tutaj, wśród Polaków, miałam wprawdzie ciężkie życie, ale byłam zadowolona, że mogłam tu zostać. W zamian za jedzenie i odzież wykonywałam wszystkie prace domowe i ogrodnicze, które często wymagały siły mężczyzny. Wiele niemieckich kobiet pracowało w jeszcze trudniejszych warunkach w mieście i na wsi. Często widziałam je pracujące w miejscach publicznych i na ulicach. Na plecach miały przypiętą wielką swastykę. Jednak Rosjanie wkrótce zakazali noszenia tego znaku. Niemcy musieli zwrócić wielkie kamienne bloki pomnika Kościuszki, które Żydzi musieli przenosić na swoim cmentarzu w czasach III Rzeszy. Pomnik został ponownie ustawiony na rynku. Niemcy mieli również za zadanie utrzymywać porządek na placu.

Był to trudny czas dla nas wszystkich. Najbardziej jednak przytłaczała nas żałoba po naszych bliskich, których straciliśmy, oraz troska o zaginionych, która ciążyła na nas wszystkich. Ja sama nie wiedziałam nic o losie mojego starego ojca, męża, szwagra i siostrzeńca. Nie wiedziałam też nic o moim synu, który zaginął wcześniej na froncie wschodnim. Wiosną 1945 roku niemiecka dziewczyna niespodziewanie przyniosła mi pognieciony, prawie nieczytelny list (tajną pocztę). Był to znak życia od mojego szwagra. Rozstaliśmy się podczas ucieczki. Napisał, że przebywa w obozie pracy w Nowa-Wieś koło Kutna i musi ciężko pracować. Mała dziewczynka nie wiedziała nic więcej. Teraz stało się dla mnie jasne, że dwie kobiety, z którymi uciekałem, spotkały mojego szwagra i podały mu miejsce mojego pobytu. Tak więc dobry Bóg sprawił, że dowiedziałem się przynajmniej o losie jednej z zaginionych osób. Niemniej jednak nadal dręczył mnie smutek i troska o wszystkich pozostałych członków rodziny. Wciąż błagałem Pana Wszechmogącego o ochronę i pomoc dla nich wszystkich.

Często podczas sprawunków, które prawie codziennie musiałem załatwiać w mieście i poza nim, miałem okazję obserwować życie i zgiełk. Kiedy ogłoszono wiadomość o zdobyciu Berlina przez Polaków i Rosjan, lud radował się, a miasto wypełniło się okrzykami radości. Tego samego dnia usłyszałem, że ołtarz kościoła ewangelickiego w Chodecz zostanie zdemontowany. Po pewnym czasie zaczęto mówić, że organy tego kościoła zostały sprzedane zagranicznej gminie katolickiej za 36 lub 38 tysięcy złotych. Sam kościół służył jako spichlerz. Aby kupić paszę dla kur, często miałem okazję tam wchodzić. W całym kościele było prawie ciemno. Najwyraźniej okna były zasłonięte. Ale kiedy główne drzwi były otwarte i wpadało przez nie światło dzienne, napisy nad ołtarzem świeciły pocieszająco dla wchodzących. Ławki już nie istniały. Chociaż wcześniej nie znałem tego kościoła, budynek ten zawsze dodawał mi otuchy. Wiedziałem przecież, że w tym kościele zostali kiedyś ochrzczeni i pobrali się moi dziadkowie. Plebania lub dom parafialny obok przy ulicy służył Polakom do publicznych spotkań. Bardzo ucierpiał z tego powodu, ponieważ był bardzo brudny, a wszędzie leżały niedopałki papierosów i strzępy papieru. Cmentarz ewangelicki, który od czasu do czasu mogłem odwiedzać, również popadał w coraz większą ruinę. Pasały się na nim gęsi i kozy. Bawiły się tam dzieci i wyciągały na ulice nieliczne pozostałe metalowe wieńce. Przy wejściu pojawiało się coraz więcej świeżo usypanych kopców. Nieozdobione i częściowo nieukształtowane, wyróżniały się glinianym kolorem na tle starych grobów.

Na targach tygodniowych sprzedawano produkty spożywcze, takie jak jajka, masło, mleko i drób, po coraz wyższych cenach. Często zakupione produkty spożywcze pakowano w strony wyrwane z Pisma Świętego. Bardzo rzucała się w oczy duża oferta towarów używanych. Sprzedawano wszystkie urządzenia gospodarstwa domowego, obuwie, bieliznę, odzież wierzchnią, zasłony, bieliznę, zastawy stołowe itp. Były wśród nich najpiękniejsze rękodzieła i wspaniałe hafty. Oczywiście wszystkie te towary pochodziły z niemieckich domów i zostały wykonane przez niemieckie kobiety. W tym czasie niemieckie sieroty mieszkały również w polskich rodzinach. W niektórych przypadkach dzieci miały się bardzo dobrze, ponieważ ich przybrani rodzice bardzo je polubili.

                                                               Minęło półtora roku...

Tak minęło półtora roku ciężkiej pracy, wielu wyrzeczeń, niedostatku, chorób i bez prawa do pomocy medycznej. Musiałam w milczeniu znosić pogardę i obelgi. Nie wspominając już o smutku związanym z losem moich bliskich. Nie miałam też żadnych wiadomości od szwagra. A kiedy sama próbowałam dowiedzieć się czegoś, słyszałam tylko o niedostatku i śmierci wśród Niemców. W obozach pracy szalał tyfus, który pochłonął wiele ofiar. Dowiedziałem się również, że wielu Niemców – zwłaszcza mężczyzn – zostało wywiezionych do Związku Radzieckiego. Wielu Niemców przewieziono również do Warszawy, aby sprzątać ruiny miasta. Przez przypadek dostałem kiedyś polską gazetę codzienną. Przeczytałem w niej ogłoszenie dotyczące naszego dawnego duszpasterza, pastora Kleindiensta z Łucka (Wołyń). Miał on wkrótce stanąć przed najwyższym polskim trybunałem i zostać skazany na śmierć przez powieszenie... Ta wiadomość była dla mnie druzgocąca. Straciłem wszelką nadzieję, że my, Niemcy, kiedykolwiek stąd wyjedziemy. Jednak pocieszeniem był dla mnie Psalm 121. Ta pozorna beznadziejność nauczyła mnie patrzeć w górę, na góry, z których przychodzi mi pomoc. Jak dowiedziałam się znacznie później, wyrok śmierci na pastora Kleindiensta nie został jednak wykonany. Była to wszechmocna decyzja i wola miłości, aby wyrwać naszego rodzimego duszpasterza ze szponów złośliwej arbitralności i zwrócić go jego bliskim.

                                                                        (ciąg dalszy nastąpi)


Unsere aus Wolhynien stammende Landsmännin setzt hier den Bericht über ihre Erlebnisse im Jahre des Unheils 1945: die Flucht aus Kutno, die Überrollung durch den feind, schließlich den  Versuch zurückzukehren, fort.

                                                In Chodecz, Kr. Leslau

In Chodecz fanden wir bei zwei Frauen Rast. Es traf sich so daß diese zwei alten Damen gerade Arbeitskräfte benötigten. Es mußten nämlich Wohnräume ihres Hauses, die durch die Flucht der Deutschen frei geworden waren, für russisches Militär hergerichtet werden. Die polnischen Arbeiter drückten sich, nach ihrer Meinung müßten nunmehr die Deutschen, für sie arbeiten. Wir drei Frauen waren gerade bei der Hand und packten zu. Es wurde geputzt, Möbel wurden herbeigeschafft, Feuerholz geholt und auch Schnee geschaufelt. Dabei wurde die Jüngste von uns krank und fieberte. Doch die Damen waren so anständig und gewährten uns Unterkunft bis zu deren Genesung. Als es soweit war, gingen die beiden Frauen, es waren Mutter und Tochter, weiter nach Kutno. Ich selbst wagte es nicht, wegen starker Beschwerden im Bein den weiten Weg zu Fuß noch mitzumachen. Die Damen hatten nichts dagegen, wenn ich noch bei ihnen bliebe. Anscheinend fürchteten sie sich auch, alleine in der Wohnung zu sein. Zumal bei ihnen schon einmal russische Soldaten eingebrochen waren und Lebensmittel entwendet hatten. Wie mir bekannt wurde, hatten die beiden Frauen zur Zeit der deutschen Besetzung viel Unrecht erleiden müssen. Aber das Gebaren ihrer eigenen Landsleute in der Zeit des Umsturzes hatte sie sehr enttäuscht. Es war ja so, daß eine gewisse Schicht von Polen nur auf die Flucht der Deutschen wartete, um die verlassenen Geschäfte und Wohnungen zu berauben. So konnten es auch diese beiden intelligenten Frauen nicht verhindern, daß auch ihr Haus, von den Deutschen verlassen, ausgeplündert und demoliert wurde. Es hieß: co poniemieckie to nasze. Die Plünderer hatten in ihren Eifer gar nicht daran gedacht, daß manche Wohnungseinrichtung und mancher andere besitz von polnischen Bürgern stammte.

Hier unter den Polen hatte ich nun zwar ein schweres leben, doch war ich zufrieden, dableiben zu dürfen. Für Essen und abgelegte Kleidungsstücke verrichtete ich im Haushalt und auch im Garten alle Arbeiten, das oft Manneskräfte erforderten. Viele deutsche Frauen arbeiteten unter noch viel schwereren Verhältnissen in der Stadt und auf dem Lande. Oftmals sah ich sie auf öffentlichen Plätzen und Straßen arbeiten. Auf dem Rücken war ihnen ein großes Hakenkreuz angeheftet. Das Tragen dieses Zeichens wurde jedoch von den Russen bald verboten. Die großen Steinblöcke des Kosciuszki-Denkmals, die die Juden zur Zeit des Dritten Reiches auf ihnen Friedhof hatten schleppen müssen, mußten die Deutschen wieder zurückbringen. Das Denkmal wurde dann wieder auf dem Marktplatz aufgestellt. Es war auch die Aufgabe der Deutschen, den Platz in Ordnung zu halten.

Es war eine schwere Zeit für uns alle. Am schlimmsten aber drückte uns der Gram um unsere Angehörigen, die wir verloren hatten und die Sorge um unsere Vermißten, die doch auf uns allen lastete. Ich selbst wußte nichts von dem Verbleib meines alten Vaters, meines Mannes, des Schwagers und des neffen. Und wußte auch nichts von meinem schon früher an der Ostfront vermißten Sohne. Im Frühjahr 1945 brachte mir ganz unerwartet ein deutsches Mädchen ein zerknülltes, fast unleserliches Schreiben (Geheimpost). Es war ein Lebenszeichen von meinem Schwager. Mit ihm war ich ja auf der Flucht auseinander gekommen. Er schrieb nun, daß er sich in einem Arbeitslager in Nowa - Wies bei Kutno befände und schwer arbeiten müsse. Weiter wußte auch das kleine Mädchen nichts. Nun war es mir auch klar, daß die beiden Frauen, mit denen ich auf der Flucht zusammen war, mit meinem Schwager zusammengekommen waren und ihm meinen Aufenthaltsort angegeben hatten. Also hatte es der gütige Gott so gelenkt, daß ich zumindest von einem Vermißten schon etwas erfahren hatte. Dennoch nagte der Gram und die Sorge um alle anderen Angehörigen weiter. Immer wieder flehte ich zu meinem Herrn, dem Allmächtigen, um Schutz und Hilfe für sie alle.

Oftmals bot sich mir bei Besorgungen, die ich fast täglich in der Stadt und auch außerhalb derselben zu erledigen hatte, Gelegenheit, das leben und Treiben zu beobachten. Als die Kunde von der Eroberung berlins durch Polen und Russen bekanntgegeben wurde, jauchzte das Volk beglückt und die Stadt war voller Jubel. Am gleichen Tage hörte ich im Vor übergehen, daß Altar der evangelischen Kirche in Chodecz abmontiert würde. Nach einiger Zeit wurde davon gesprochen, das die Orgel dieser kirche an eine auswärtige katholische Gemeinde für 36 oder 38 000 Zloty verkauft worden sei. Die Kirche selbst diente als Getreidespeicher. Um Hühnerfutter zu kaufen, bot sich mir des öfteren Gelegenheit, dort einzutreten. Es war fast dunkel in  der ganzen Kirche. Anscheinend waren die Fenster verstellt. Wenn aber die Haupttür geöffnet war und das Tageslicht durch sie hereinfiel, leuchteten die Sprüche über dem Alter dem Eintretenden tröstlich antgegen. Bänke waren nicht mehr vorhanden. Obwohl ich dieses Gotteshaus vorher nicht gekannt hatte, gab mir dieses Gebäude stets wieder Mut. Wußte ich doch, daß in dieser Kirche einstmals meine Großeltern getauft und auch getraut worden waren. Das Pfarrhaus oder Gemeindehaus nebenan an der Straße diente den Polen für öffentliche Zusammenkünfte. es wurde dadurch sehr in Mitleidenschaft gezogen, denn es war sehr schmutzig und überall lagen Zigarettenreste und papierfetzen herum. Der ev. Friedhof, den ich ab und zu einmal aufsuchen konnte, geriet auch immer mehr in Verfall. Gänse und Ziegen wurden darauf gehütet. Kinder spielten dort und verschleppten die wenigen noch verbliebenen Metallkränze auf die Straßen. Frisch angehäufte Hügel reihten sich am Eingang immer mehr aneinander. Ungeschmückt und teils auch ungeformt stachen sie lehmfarbig von den alten Grabstätten ab.

An Wochenmärkten wurden Lebensmittel wie Eier, Butter, Milch und Geflügel zu immer höher kletternden Preisen frei angeboten. Oftmals wurden die gekauften Lebensmittel in aus der Heiligen Schrift gerissenen Seiten eingewickelt. Sehr Auffällig war das große Angebot von Altwaren. So wurden alle Haushaltsgeräte, Schuhwerk, Wäsche, Oberbekleidung, Gardinen, Tischwäsche usw. angeboten. Die schönsten Handarbeiten und wundervolle Stickereien waren dabei. Selbstverständlich stammten alle diese Waren aus deutschen Häusern und waren von deutsche Frauen angefertigt. Es lebten zu dieser Zeit auch deutsche Waisenkinder bei polnischen Familien. In manchen Fällen hatten es die Kinder hierbei sehr gut, denn sie waren ihren Pflegeeltern ans Herz gewachsen.

                                                          Eineinhalb Jahre vergingen...

So vergingen eineinhalb Jahre in schwerer Arbeit, unter viel Entbehrungen, Not, Krankheit und ohne Anrecht auf ärztliche Hilfe. Verachtung und Schimpfworte mußte ich schweigend hinnehmen. Ganz abgesehen von dem Kummer über den Verbleib meiner Lieben. Auch von dem Schwager hörte ich nichts mehr. Und wenn ich selbst etwas zu erfahren suchte, hörte ich nur noch von Not und Tod unter den Deutschen. In den Arbeitslagern wütete der Typhus, der sehr viele Opfer holte. Weiter hörte ich, daß viele Deutsche - insbesondere Männer - in die Sowjetunion verschleppt worden seien. Auch nach Warschau, zur Räumung der Stadtruinen, wurden viele Deutsche verbracht. Durch einen Zufall erhielt ich einmal eine polnische Tageszeitung. Hierin las ich eine Bekanntmachung über unseren früheren Seelsorgen. Herrn Pastor Kleindienst aus Luck (Wolhynien). Er hätte sich in Kürze vor dem höchsten polnischen Tribunal zu verantworten und werde zum Tode durch den Strang verurteilt... Diese Nachricht war für mich niederschmetternd. Ich verlor darüber ganz die Hoffnung, daß wir Deutschen noch einmal von hier fortkommen würden. Doch war für mich hier der 121. Psalm Trost. Diese scheinbare Aussichtslosigkeit lehrte mich, aufzuschauen zu den Bergen, von welchen mir Hilfe kommt. Wie ich dann sehr viel später erfahren habe, ist das Todesurteil an Pastor Kleindienst nachher doch nicht vollstreckt worden. Es war des allmächtigen Liebesratschluß und Wille gewesen, unseren heimatlichen Seelsorger der Klauen böswilliger Willkür zu entreißen und ihn den Seinen wiederzugeben.

                                                            (Fortsetzung folgt)


piątek, 13 lutego 2026

Niezapomniane dni stycznia 1945 - Ucieczka - Kutno - Chodecz - Der Heimatbote - 3/1956 - cz.2

 

Śnieg i lód pokrywają kraj. Mamy „prawdziwą” zimę, jak na wschodzie. W takiej zimie opuściliśmy wtedy dom i gospodarstwo, pozostawiając wszystko, co było nam drogie. W poniższym raporcie, który rozpoczął się w poprzednim numerze, nasza rodaczka opowiada o swoich doświadczeniach z tamtego okresu. Słyszymy, jak uchodźcy zostają zmieceni przez wojenną burzę i jak podejmują decyzję o powrocie do swojego rodzinnego miasta Kutno. – Choć doświadczenia z tamtych miesięcy były smutne, prosimy również innych rodaków, aby powierzyli papierowi to, czego wtedy doświadczyli i przez co przeszli. Długie wieczory to najlepszy czas!

                                                                                                                           D. Red.

                                                               Na drodze odwrotu

Postanowiłyśmy pozostać w naszym kwaterze tylko jeszcze jedną noc, a następnego dnia wyruszyć do Kutna. O świcie 22 stycznia do domu przyszło dwóch Polaków i nakazało nam opuszczenie domu. Jak już wspomniałam, miałyśmy taki zamiar i byłyśmy już gotowe do podróży. Ufając Wszechmogącemu, odważnie ruszyliśmy w drogę. Napotkałyśmy wielu rosyjskich żołnierzy pieszych i konnych, którzy jednak pozwolili nam przejść. Polacy poruszali się grupami, ciągnąc za sobą wozy i sanie wypełnione walizkami i bagażami. Był to bardzo zimny dzień. Pojedyncze przestraszone kobiety wędrowały nieśmiało, unikając kontaktu. Wozy z trudem posuwały się naprzód, ciągnięte przez zmęczone, kulawe i krwawiące z dużych ran konie. Byli to powracający uchodźcy, skuleni i przygnębieni, siedzący na swoich wozach. Stopniowo droga stawała się coraz bardziej pusta. I wtedy naszym oczom ukazał się straszny widok. Wyraźnie widać było, że czołgi przejechały po gęstym tłumie uchodźców. Wokół leżały rozszarpane ciała koni, połamane części pojazdów, podarte, rozbite i splądrowane walizki i skrzynie. Pomiędzy nimi leżało wiele papierów, zdjęć i strzępów dokumentów. Ofiary leżały częściowo ułożone w stosy. Na podstawie zwłok można było stwierdzić, że popełniono tu liczne okrucieństwa wobec bezbronnych ludzi. Jedną z ofiar był mężczyzna przywiązany do słupa telegraficznego. Jego język był wyrwany i wielokrotnie pocięty. Nigdy nie zapomnę jego pękniętych oczu, wpatrujących się w pustkę. Szczególnie źle potraktowano członków straży granicznej. Leżeli w pewnych odstępach od drogi z podniesionymi rękami, odkrytymi piersiami i zdjętymi butami. Wokół wszystko było sztywne i zamarznięte. Tylko wiatr szeleścił cicho w papierach...

Wokół nie było widać żadnej żywej duszy. Śmierć zebrała bogate żniwo. Szybkim krokiem szliśmy dalej drogą, aby jak najszybciej uciec z tego miejsca grozy. Ten straszny widok odebrał nam wszystkim odwagę. Dzień dobiegał końca i przerażała nas ciemność i długa noc. Nie było widać żadnego domu. Skręciliśmy więc w pole, aby znaleźć gdzieś w wiosce schronienie na noc. Niestety, nikt nie chciał nas przyjąć na noc. Powiedziano nam jednak, że w jednym z domów przy drodze zgromadzili się uchodźcy.

Poszliśmy w wskazanym kierunku i znalazłyśmy ten dom. Wychodząc z ciemności, poczułyśmy światło, ciepło i zapach pieczeni. Wkrótce jednak zorientowałyśmy się, że trafiłyśmy w nieodpowiednie miejsce. Dom był pełen Rosjan i Polaków. Natychmiast zostałyśmy otoczeni i zapytani, skąd jesteśmy i dokąd zmierzamy. Pokazać dokumenty? Nie mieliśmy ich. Zostałyśmy poddani intensywnej serii pytań. Nasze torby zostały zabrane i przeszukane. Ponieważ mówiłyśmy po polsku i rosyjsku, nie mogli nam nic zrobić. Żołnierze naradzali się między sobą. W końcu łaskawie dali nam ciepłą wodę do picia. Następnie dwóch rosyjskich żołnierzy uzbroiło się i postanowiło znaleźć nam gdzie indziej nocleg. Musieliśmy iść z nimi, bo byliśmy w ich rękach. Na szczęście w międzyczasie pojawił się księżyc i przynajmniej widziałyśmy, dokąd zmierzamy. Szliśmy w milczeniu, a śnieg skrzypiał pod naszymi butami. Droga wydawała nam się nie mieć końca. W końcu jednak zatrzymaliśmy się przy małej, samotnej chatce. Żołnierze obudzili śpiących mieszkańców domu.

Jeden z mężczyzn otworzył drzwi i spojrzał na żołnierzy z niepokojem. Ci jednak wypchnęli przed siebie trzy kobiety, nakazując im udzielić nam noclegu. I dodali: „Spotka was nieszczęście, jeśli coś im się tu stanie!”. Właściciel chętnie się zgodził, ale musiałyśmy pozostać w ciasnej kuchni, ponieważ w salonie leżały jego dwoje chorych dzieci. Oczywiście nie miało dla nas znaczenia, gdzie będziemy nocować. Przyniósł słomę i rozłożył ją na podłodze w przedpokoju. Dopiero wtedy żołnierze nas opuścili. Zrozumiałyśmy, że nie mieli wobec nas złych zamiarów. Byliśmy jednak przede wszystkim wdzięczni Bogu, że po raz kolejny wyprowadził nas z wielkiego niebezpieczeństwa i strachu.

Nie mogliśmy jednak długo zasnąć. Zaryzykowaliśmy zajrzeć do naszych torebek i stwierdziliśmy, że zniknęły nasze zegarki, latarki, pióra wieczne itp. Pieniądze były nadal na miejscu. Byliśmy szczęśliwi, że wyszliśmy z tego cało i dlatego mogliśmy pogodzić się z tą stratą. Nasz gospodarz już dawno zasnął z czystym sumieniem. W końcu my też zasnęliśmy.

Następnego dnia, 23 stycznia, posililiśmy się naszymi zapasami i z wdzięcznością w sercach ruszyliśmy dalej. Tutaj przynajmniej ulice były ożywione, samochody pędziły w tę i z powrotem. Po drodze minęliśmy wiele zrujnowanych gospodarstw. Porzucony pies biegł za nami przez długi czas, aż potrącił go samochód i pozostał na miejscu. Aby trochę odpocząć, weszliśmy do opuszczonego gospodarstwa. Dom był całkowicie splądrowany, nawet okna i drzwi zostały zdemontowane. Na podwórzu węszyła krowa, szukając pożywienia. Panowała niesamowita cisza.

W dalszej drodze zatrzymała nas polska milicja. Po przeszukaniu pozwolono nam iść dalej.

Na następną noc zapukałyśmy do domu młynarza. Starsza niemiecka para zaprosiła nas do środka, byli sami. Ich córka lub synowa uciekła z dziećmi, ale oni woleli zostać. Nie mieli już jednak żadnych praw, ponieważ ich dawny polski parobek przejął cały majątek. Nie był on jednak najgorszy, ponieważ pozwolił nam przenocować. Następnego ranka hojnie podarował nam mleko, którego miał kilka dużych dzbanów. Po drodze dał nam również kawałek chleba, o który go poprosiliśmy. Natomiast starzy ludzie zostali przez niego wyrzuceni z domu. Musieli spakować swoje nieliczne rzeczy, położyli wszystko na ręcznych saniach i ruszyli dalej do innych znajomych.

My również wyruszyliśmy w drogę wczesnym rankiem 24 stycznia. Szliśmy przez Izbica-Kuj. do Chodcza. Przed Chodczem, w lesie, ścigał nas młody Polak. Wielokrotnie zwracał uwagę na dobre buty mojej towarzyszki niedoli, mówiąc, że na pewno nie należą do nas i że musi je mieć. Przyspieszyliśmy kroku, a on podążał za nami równie szybko. Na szczęście natknęliśmy się na rosyjskich żołnierzy i nasz prześladowca zniknął. W obecności Rosjan stracił odwagę i chciwość, więc moja towarzyszka zachowała swoje buty.

                                                                     (ciąg dalszy nastąpi)


Schnee und Eis liegen über dem Land. Wir haben einen "richtigen" Winter wie im Osten. In einem solchen Winter verließen wir damals Haus und Hof, Hab und Gut, ließen, was uns lieb und teuer war, zurück. In dem nachfolgenden Bericht, der in der vorigen Nummer begann, erzählt eine Landsmännin ihre Erlebnisse in jener Zeit. Wir hören wie die Flüchtlinge von der Kriegswalze überrollt werden und wie sie den Entschluß zur Rückkehr in ihren Heimatort Kutno auslosen. - So traurig die Erlebnisse in jenen Monaten waren, bitten wir doch auch die anderen Landsleute, das, was sie damals erlebt und durchgemacht haben, dem Papier anzuvertrauen. Die langen Abende bieten die beste Zeit! 

                                                                                                                                  D. Red.

                                                Auf der Rückzugsstraße

Wir beschlossen, nur noch eine Nacht in unserem Quartier zu bleiben und uns am nächsten Tag auf den Weg nach Kutno zu machen. Im Morgengrauen des 22. Januar kamen zwei Polen in das Haus und befahlen uns, das Haus zu verlassen. Wir hatten das, wie gesagt, vorgehabt und waren schon reisefertig. Im Vertrauen auf den Allmächtigen traten wir mutig unseren Weg an. Es kam uns sehr viel russisches Militär zu Fuß und zu Pferde entgegen, die uns jedoch gehen ließen. Polen zogen gruppenweise mit Koffern und Gepäckstücken vollbeladene Wagen und Schlitten. Es war ein sehr kalter Tag. Einzelne verängstigte Frauen wanderten scheu ausweichend daher. Fuhrwerke schleppten sich mühselig vorwärts, gezogen von müden, lahmen und aus großen Wunden blutenden Pferden. Es waren zurückkehrende Flüchtlinge, die zusammengekauert und niedergeschlagen auf ihren Wagen hockten. Allmählig wurde der Weg einsamer. Und dann bot sich ein, fürchterliches Bild unseren Augen. Deutlich sah man, daß Panzerwagen über einen dichten Flüchtlingstreck hinweggerollt waren. Zerfahrene Pferdeleiber, zerbrochene Fahrzeugteile, zerrissene, aufgebrochene und ausgeplünderte Koffer und Kisten lagen umher. Dazwischen viele Papiere, Fotos und Aktenfetzen. Die hier zum Opfer gefallenen Menschen lagen zum Teil in Haufen aufeinander geworfen. An den Toten konnte man feststellen, daß hier zahlreiche Greueltaten an den Wehrlosen verübt worden waren. So war eines der Opfer ein an einen Telegrafenmast festgebundener Mann. Seine Zunge war weit herausgezerrt und mehrfach angeschnitten. Seine ins leere starrenden gebrochenen Augen werde ich nie vergessen. Besonders schlimm hatte man es mit den Angehörigen der Grenzpolizei getrieben. Abseits der Straße lagen sie in gewissen Abständen mit erhobenen Händen, entblößter Brust und abgezogenen Schuhen. Alles herum lag starr und gefroren da. Nur der Wind raschelte leise in den Papieren ...

Ringsherum war auch keinerlei lebendes Wesen zu sehen. Der Tod hatte reiche Ernte gehalten. Eiligen Schrittes gingen wir auf der Straße weiter, um schnell dieser Stätte des Grauens zu entkommen. Der furchtbare Anblick hatte uns allen Mut genommen. Der Tag ging schon fast zur Neige und uns graute vor der Dunkelheit und der langen Nacht. Es war auch noch kein Haus zu erblicken. So bogen wir feldeinwärts ein, um irgendwo in einem Dorfe Unterschlupf für die Nacht zu finden. Doch leider wollte uns niemand zum Übernachten aufnehmen. Es wurde uns aber gesagt, daß in einem Hause an der Straße Flüchtlinge versammelt seien.

Wir gingen in die uns bezeichnete Richtung und fanden auch das Haus vor. Aus der Dunkelheit eintretend, kam uns licht, Wärme und Bratengeruch entgegen. Doch bald merkten wir, daß wir hier falsch hereingeraten waren. D'as Haus war voller Russen und Polen. Wir wurden sofort umringt und nach dem Wohin und Woher gefragt. Ausweise vorzeigen!? Die hatten wir ja nicht. In Kreuzfragen wurde uns hart zugesetzt. Unsere Handtaschen wurden beiseite genommen und durchsucht. Weil wir polnisch und russisch sprachen, konnte man uns nichts anhaben. Unter sich berieten die Soldaten über uns. Schließlich gaben sie uns gütigst warmes Wasser zum Trinken. Dann bewaffneten sich zwei russische Soldaten und schickten Sich an, uns woanders ein Nachtquartier zu besorgen. Wir mußten wohl oder übel mit, denn wir waren ja in ihren Händen. Zu unserem Troste war inzwischen der Mond aufgegangen und wir sahen so wenigstens, wohin der Weg führte. Schweigend gingen wir voran, der Schnee knirschte unter unseren Schuhen. Der Weg schien uns endlos zu sein. Doch endlich wurde an einer kleinen einsamen Hütte haltgemacht. Die schlafenden Hausbewohner wurden von den Soldaten wachgetrommelt.

Ein Mann öffnete und sah die Soldaten ängstlich an. Diese aber schoben uns drei Frauen vor mit dem Befehl, uns über Nacht zu beherbergen. Und mit dem Bescheid: Wehe Ihnen, wenn uns hier etwas zustoßen sollte! Der Hauswirt sagte bereitwilligst zu, doch müßten wir in der engen Küche bleiben, da im Wohnzimmer seine zwei kranken Kinder lägen. Uns war es natürlich völlig gleich, wo wir unterkamen. Er brachte Stroh und breitete dies auf der Diele aus. Dann erst verließen uns die Soldaten. So merkten wir, daß s,ie es mit uns gar nicht schlecht gemeint hatten. Vor allem aber waren wir dankbar, daß unser Herrgott uns wieder einmal aus einer großen Gefahr und Angst herausgeführt hatte.

Doch schlafen konnten wir dennoch lange nicht. Wir wagten einen Blick in unsere Handtaschen und stellten fest, daß unsere Uhren, Taschenlampen, Füllhalter usw. verschwunden waren. Das Geld war noch da. Wir waren ja schon glücklich, mit heiler Haut davongekommen zu sein und konnten daher diesen Verlust verschmerzen. Unser Wirt schnarchte schon längst mit ruhigem Gewissen. Endlich schliefen auch wir ein.

Am nächsten Tag, dem 23. Januar, stärkten wir uns etwas von unseren Vorräten und gingen dankbaren Herzens weiter. Hier waren die Straßen wenigstens belebt, Autos sausten hin und her. Viele, in Schutt und Asche gelegte Gehöfte trafen wir unterwegs. Ein verlassener Hund lief uns lange Zeit nach, bis ihn ein Auto anfuhr und er liegen blieb. Um etwas zu rasten, traten wir in ein verlassenes Gehöft ein. Das Haus war total ausgeplündert, selbst Fenster und Türen waren abmontiert. Auf dem Hofe schnupperte ein Rindvieh futtersuchend herum. Es herrschte eine unheimliche Stille.

Auf unserem weiteren Wege wurden wir einmal von der polnischen Miliz angehalten. Nach einer Durchsuchung ließ man uns weitergehen.  

Für die nächste Nacht klopften wir an eines Windmüllers Haus an. Ein betagtes deutsches Ehepaar hieß uns eintreten, sie waren alleine. Ihre Tochter oder Schwiegertochter wäre mit den Kindern geflüchtet, sie aber hätten es vorgezogen, dazubleiben. Doch Rechte hätten sie nicht mehr, ihr früherer polnischer Knecht verfüge über allen Besitz. Doch war er nicht der Schlechteste, er erlaubte uns nämlich, zu übernachten. Am nächsten Morgen gab er uns ganz großzügig Trinkmilch, von der er mehrere große Kannen stehen hatte. Auf den Weg gab er uns außerdem noch ein Stück Brot mit, nachdem wir ihn darum gebeten hatten. Dagegen wurden die alten leute von, ihm aus dem Hause gewiesen. Sie mußten ihre paar Habseligkeiten packen, legten alles auf einen Handschlitten und zogen weiter zu anderen Bekannten.

Auch wir machten uns in der Frühe des 24. Januar wieder auf den Weg. Wir gingen über Izbica-Kuj. nach Chodecz. Vor Chodecz am Walde verfolgte uns ein junger Pole. Wiederholt wies er auf die guten Stiefel meiner Leidensgefährtin mit der Bemerkung, daß uns die bestimmt nicht gehörten, er müßte sie haben. Wir beschleunigten unsere Schritte, er ebenso schnell hinterdrein. Da kam uns zu unserem Glück russisches Militär entgegen und unser Verfolger verschwand. Vor den Russen verlor er Mut und Gier, so blieben meiner Gefährtin die Stiefel. 

                                                                       (Fortsetzung folgt)

Niezapomniane dni stycznia 1945 - Ucieczka - Kutno - Der Heimatbote - 2/1956 - cz.1

 

W Der Heimatbote znalazłem dużo materiałów w formie wspomnień dotyczących ucieczki niemieckich osadników przed armią sowiecką. Niekiedy, także niewinni ludzie płacili srogi rachunek za zbrodnie swoich pobratymców..... W przypadku tych trzech pań jest dodatkowy aspekt. Przyjechały z Wołynia, zamieszkały w Kutnie... Pytanie: przez kogo wcześniej był dom czy też mieszkanie zamieszkane? Kto został brutalnie wyrzucony na ulicę? Taka jest prawda: kij ma zawsze dwa końce....


                                                       Niezapomniane dni

Minęła już druga dekada od strasznej ucieczki Niemców z z Kraju Warty (Warthegau) przed nacierającą Armią Czerwoną.

Ten okres złagodził wiele cierpień i smutków nas, uchodźców. Być może wiele grobów Niemców, którzy zginęli wówczas na poboczach dróg, w rowach i lasach, już dawno zostało zniszczonych lub zapomnianych, a miejsce ich pochówku nie jest już znane. Jednak dla tych, którzy przeżyli tę straszną ucieczkę, dziesiątki lat nie są w stanie wymazać tego wydarzenia z pamięci.

Było to 16 stycznia 1945 roku, mroźnego dnia, kiedy my, kobiety z Kutna (Warthegau) i okolic, zebrałyśmy się na naradzie w siedzibie władz okręgowych. Wtedy nie zdawałyśmy sobie sprawy z niebezpiecznej sytuacji, w której się znalazłyśmy. Dopiero gdy zauważyłyśmy, że kobiety mieszkające poza miastem były ciągle wzywane do telefonu, a wśród kobiet pełniących funkcje kierownicze dało się zauważyć niepokój. Pojawił się również kierownik okręgu, aby jak zwykle skierował do nas kilka słów. Na koniec wspomniał, że nasza sytuacja jest poważna, ale nie ma mowy o ucieczce. On sam nie wierzył, że do tego dojdzie. Zostaliśmy jednak przedwcześnie zwolnieni.

Następnej nocy – 17 stycznia – obudziło nas głośne pukanie do ściany (elektryczny dzwonek nie działał). Przyszła wiadomość: wszyscy starzy, chorzy oraz matki z dziećmi mają się przygotować do ucieczki! Dla tych osób przygotowano pociągi. W ten sposób ja również, zgodnie z poleceniem kierownictwa okręgu, zawiozłam mojego 87-letniego ojca na dworzec. W przepełnionym przedziale szczęśliwie go umieściłam, powierzyłam opiece i łasce Wszechmogącego i oderwałam się od niego, aby nigdy więcej go nie zobaczyć. Nam, zdrowym ludziom, już wcześniej wielokrotnie powtarzano, że w przypadku ucieczki nie wolno nam korzystać z pociągu. Musieliśmy wyruszyć w drogę z karawaną. I jeszcze jedno: kto ucieknie przedwcześnie, jest tchórzem i podlega karze...

17 stycznia spakowałam nasze rzeczy i czekałam na wiadomość od szwagra, który w międzyczasie starał się o wóz. Mój mąż, który należał do Volkssturmu, od miesięcy pracował przy budowie umocnień. Miałam nadzieję, że przyjedzie, ale niestety na próżno. Dopiero 18 stycznia wczesnym rankiem trzy rodziny otrzymały dwa wozy od zakładu utylizacji bydła. Natychmiast wyruszyliśmy z Kutna. Było to naprawdę najwyższy czas, ponieważ z wszystkich stron przybywali już uchodźcy. Mimo to wszyscy dobrze posuwaliśmy się naprzód. Nocowaliśmy w Moosburgu/Przedeczu. Następnego dnia, 19 stycznia, ucieczka postępowała powoli z powodu coraz większego natężenia ruchu. Nad nami krążyły samoloty wroga, zrzucając pojedyncze bomby. Za każdym razem musieliśmy na polecenie kierownictwa treku wysiadać z wozów i brodzić w śniegu z dala od drogi. Wiele pięknych gospodarstw stało w płomieniach. Na drogach pędzono wiele bydła i wszyscy pchali się do przodu.

Ogarnął nas wielki strach, ponieważ sytuacja z każdą godziną stawała się coraz gorsza. Nasze wozy jechały tak blisko siebie i obok siebie, że mogliśmy poruszać się tylko z trudem. Było tu wiele kłótni, a czasem także niesprawiedliwości. Ludzie kłócili się, a nawet chcieli strzelać. Silniejsi zazwyczaj przepychali się do przodu, a słabsi lądowali w rowie. W rezultacie często łamały się dyszle i koła, a wozy się przewracały. W ten sposób zginęła jedna dziewczyna. Wokół nas było wiele płaczu i lamentów. Przez mroźne powietrze przebijały się rozdzierające serce wołania o pomoc samotnych kobiet z dziećmi. Pomagano, jak tylko było to możliwe, ale niestety to nie wystarczało. W obliczu tej beznadziejnej sytuacji wielu uległo pokusie, by zająć się sobą. W tym chaosie straciliśmy nasz drugi wóz, którym kierowali mój szwagier i bratanek. W nocy 20 stycznia nasz pojazd nie mógł się ruszyć z miejsca. Wtedy wyraźnie zauważyliśmy, że nasz polski woźnica nie był w ogóle zainteresowany dalszą podróżą. O świcie strumień uchodźców nieco się zmniejszył i dotarliśmy do małego miasteczka. Jeśli się nie mylę, nazywało się Liebenstein.

 Nagle usłyszeliśmy okrzyki radości wielu mężczyzn, zagłuszane przez ryk karabinów maszynowych. W strachu schowaliśmy się pod bagażami w wozie. Jednak na polecenie naszego przewodnika wszyscy wyskoczyliśmy z pojazdów i schroniliśmy się przed świstającymi kulami w domach. Kiedy strzelanina ucichła, wezwano nas, abyśmy jak najszybciej opuścili miasto. W międzyczasie jednak wśród przestraszonych koni zapanowało straszne zamieszanie. Niektóre leżały na ziemi, trafione kilkoma kulami. Brakowało wielu wozów, które już zdążyły uciec. Nasze konie stroszyły się ze strachu i nie dało się ich ruszyć z miejsca. Popychano nas do przodu, tak że w końcu musiałyśmy opuścić wóz i uciekać pieszo. Byłyśmy teraz w trzy kobiety. Czwarta, młoda panna z Kutna, opuściła nas już dzień wcześniej, aby szybciej iść pieszo. Z torbami w rękach biegłyśmy przez pola. W jednej z wiosek ku naszemu największemu przerażeniu spotkałyśmy rosyjskich żołnierzy. Jednocześnie zobaczyłyśmy rosyjskie czołgi wyjeżdżające z miasta, które ustawiły się na skraju lasu. Inne czołgi przejeżdżały po wozach uchodźców. Ci, którym udało się uciec, zostali ocaleni. Było tu wielu zabitych z naszej grupy.

Kiedy zobaczyliśmy, że zostaliśmy zaskoczeni przez Rosjan, wróciliśmy do miasta, aby odszukać nasz wóz. Znaleźliśmy go; splądrowany i bez koni, na małej bocznej uliczce. Obok, przy jednym z domów, dostrzegliśmy naszą torbę z zakupami, którą natychmiast zabraliśmy. Z domu dochodziły nas głośne krzyki. Aby dowiedzieć się więcej, zapukaliśmy do drzwi, po czym pojawiła się Polka i próbowała nas przepędzić. Nie daliśmy się jednak tak łatwo odprawić i zażądaliśmy rozmowy z naszym woźnicą. Wyszedł, ale był już mocno pijany. Poprosiliśmy go, aby zwrócił nam część naszych rzeczy i żywności. Dał nam łaskawie kawałek naszego chleba. Długo błąkaliśmy się, szukając naszych bliskich. Niestety, nie znaleźliśmy po nich żadnego śladu.

W międzyczasie na ulicach miasteczka panowała gorączkowa atmosfera. Wykorzystując sprzyjającą okazję, polski tłum zajmował się grabieżami, mordami i podpaleniami. Jak rozszalała horda, ludzie rzucili się na niemieckie mieszkania i sklepy. Wybijając drzwi i okna, wtargnęli do wnętrz domów i zgarniali łupy. Nikt im w tym nie przeszkadzał. Był to straszny widok, wiele sklepów płonęło, a wszędzie leżały zwłoki. Z drugiej strony mogliśmy również obserwować, jak Polacy podnosili rannych Niemców i zabierali ich do domów. Opuściliśmy miasto, aby znaleźć tymczasowe schronienie w wiosce i ugasić nasze wielkie pragnienie. W kilku domach odmówiono nam schronienia. Dopiero w czwartym domu przyjęto nas. Mieszkańcy byli Polakami i ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu dali nam nawet coś do jedzenia. Sąsiadka przyniosła nam również kawałek mięsa i zaproponowała nocleg w oddalonej, opuszczonej przez Niemców chatce. Następnego dnia, 21 stycznia, nie mogliśmy wyjść z chatki, ponieważ natychmiast zaczęto do nas strzelać. Teraz mieliśmy czas, aby pomyśleć o naszej dalszej przyszłości. Do nas uciekła jeszcze kobieta z małą dziewczynką. Obie zostały po prostu zepchnięte z wagonu. Nie miały żadnego bagażu, tylko kawałek chleba w ręku, który wyżebrały we wsi. Dla nas wszystkich było jasne, że nie możemy tu długo pozostać. Doradzaliśmy się nawzajem i nie mogliśmy dojść do porozumienia, czy powinniśmy iść dalej do Poznania, czy wrócić do Kutna. Postanowiliśmy rozstrzygnąć to losowo i poprosiliśmy Pana Boga, aby wskazał nam właściwą drogę. Los padł na „powrót do Kutna”.

                                                             (ciąg dalszy nastąpi)

                                                             Unvergessene Tage

Wir stehen nun schon im zweiten Jahrzehnt seit der schrecklichen Flucht der Deutschen aus dem Warthegau var der anrückenden Roten Armee.

Diese Zeitspanne hat unter, uns Flüchtlingen sehen viel Not und Herzeleid gelindert. Es mögen wahl auch viele Gräber der damals zum Opfer gefallenen Deutschen am Wegesrande, in Gräben und Wäldern, schon längst verwischt oder vergessen warden sein und der Ort kennet sie nimmermehr. Aber denen, die diese fürchterliche Flucht mit- und überlebt haben, vermögen dieses Geschehen keine Jahrzehnte aus dem Gedächtnis verwischen.

Es war am 16. Januar 1945, einem frastigen Tage, als wir Frauen aus Kutno (Warthegau) und Umgebung uns zu einer Besprechung in der Kreisleitung versammelt hatten. Damals waren wir uns der gefährlichen Lage, in der wir uns befanden, nach gar nicht bewußt. Dach merkten wir, daß die auswärts wohnenden. Frauen immer wieder zum Telefon gerufen wurden und sich unter den leitenden Frauen eine Unruhe bemerkbar machte, Es erschien auch der Kreisleiter, um wie üblich, einige Worte an uns zu richten. Zum Schluß erwähnte er, unsere Lage sei ernst, aber an eine Flucht sei nach nicht zu denken. Er selber glaube nicht daran, daß es dazu kommen könnte. Doch wurden wir vorzeitig entlassen.,

In der darauffolgenden Nacht - zum 17. Januar - wurden wir durch lautes Klopfen an der Wand (die elektrische Klingel ging nicht mehr) aus dem Schlafe geweckt. Es kam der Bescheid: Alle Alten, Kranken, sowie Mütter mit Kindern zur Flucht vorbereiten! Es wurden für diese Personen Eisenbahnzüge zur Verfügung gestellt. So brachte auch ich, meinen 87-jährigen, alten Vater auf Anordnung der Kreisleitung zur Bahn. In einem überfüllten Abteil brachte ich ihn glücklich unter, übergab ihn dem Schutze und der Gnade des Allmächtigen und riß mich von ihm los, um ihn nie wieder zu sehen, Uns gesunden Leuten war vorher schon des öfteren gesagt worden, daß wir im Falle einer Flucht keinen Zug benutzen dürften. Wir müßten mit einem Treck fortkommen. Und noch eins: Wer vorzeitig die Flucht ergreife, sei feige und er mache sich strafbar...

Am 17. Januar packte auch ich unsere Sachen und wartete auf Bescheid von meinem Schwager, der sich indessen um ein Fuhrwerk bemühte. Mein Mann, der dem Volkssturm angehörte, war seit Monaten bei Schanzarbeiten tätig. Ich hoffte auf sein Kommen, doch leider vergeblich, Erst am 18. Januar, frühmorgens, bekamen wir mit drei Familien zwei Wagen von der Viehverwertung. So fuhren wir dann auch sofort aus Kutno los. Es wurde wirklich die allerhöchste Zeit denn es kamen schon Flüchtlinge aus allen Richtungen gefahren. Trotzdem kamen wir alle gut vorwärts. In Moosburg/Przedecz übernachteten wir. Tags darauf, am 19. Januar, ging die Flucht infolge des immer stärker, gewordenen Verkehrs nur langsam vorwärts. Über uns kreisten feindliche Flugzeuge, die einzelne Bomben abwerfen. Jedesmal mußten wir auf Anordnung der Treckführung vom Wagen absteigen und abseits der Straße im Schnee waten. Viele schöne Gehöfte standen in hellen Flammen. Viel Vieh wurde auf den Straßen getrieben und alles drängte vorwärts.

Uns überkam· große Furcht, denn die Lage wurde von Stunde zu Stunde schlimmer. Unsere Wagen fuhren so dicht auf- und nebeneinander, daß wir uns nur mühselig bewegen konnten. Hier gab es viel Streit und mitunter auch Ungerechtigkeit. Man zankte sich und wollte sogar aft schießen. Der Stärkere drängte sich meistens vor und die Schwächeren landeten im Straßengraben. Dabei brachen meist die Deichsel und Räder und die Wagen schlugen um. Ein Mädchen kam dabei ums Leben. Es war viel Weinen und Klagen um uns. Herzzerreißende Hilferufe der alleinstehenden Frauen mit Kindern durchschnitten die eisige Luft. Es wurde ja auch noch Möglichkeit geholfen, doch leider reichte das längst, längst nicht aus. Und angesichts der trostlosen Lage aller geriet so mancher in Versuchung, sich selbst der Nächste zu sein. In diesem Gewirr verloren wir unseren zweiten Wagen, den mein Schwager und, Neffe führten. In der Nacht zum 20. Januar kam unser Gefährt gar nicht vorwärts. Hier merkten wir auch deutlich, daß unser polnischer Fuhrmann überhaupt kein interesse am Fortkommen hatte. Im Morgengrauen lockerte sich der Flüchtlingsstrom ein wenig und wir kamen in eine kleine Stadt. Wenn ich nicht irre, wurde sie Liebenstein genannt.

Da - ganz plötzlich, hörten wir Hurrarufe aus vielen Männerkehlen, übertönt vom Geknatter der Maschinengewehre. Wir verkrochen uns ängstlich unter unserem Gepäck im Wagen. Auf Kommando unseres Treckführers sprangen wir jedoch alle herunter von den Fahrzeugen und suchten vor den pfeifenden Kugeln Schutz in den Häusern . Als das Geschieße sich legte, wurden wir herausgerufen, um schleunigst die Stadt wieder zu verlassen. Inzwischen war jedoch ein schreckliches Durcheinander unter den scheu gewordenen Pferden entstanden. Einige lagen von einigen Kugeln getroffen am Boden. Viele Fuhrwerke fehlten, sie hatten schon das Weite gesucht. Unsere Pferde bäumten sich verängstigt auf und waren nicht von der Stelle zu bringen. Man drängte uns vorwärts, So daß wir schließlich den Wagen verlassen mußten, um zu Fuß das Weite zu suchen. Wir waren nunmehr drei Frauen zusammen. Die Vierte, ein junges Fräulein der Viehverwertung Kutno, hatte uns schon am Tage vorher verlassen, um zu Fuß schneller vorwärts zu kommen. Mit unseren Taschen in der Land liefen wir feldeinwärts. In einem Dorfe trafen wir zu unserem größten Schrecken russische Soldaten an. Zugleich sahen wir russische Panzerwagen aus der Stadt kommen, die an einem Waldrand Aufstellung nahmen. Andere Panzer rollten weiter über die Flüchtlingswagen hinweg. Wer es noch schaffte, auszuweichen, war gerettet. Hier gab es viele Tote aus unserem Treck.

Als wir nun sahen, daß wir vom Russen überrumpelt werden waren, gingen wir in die Stadt zurück, um unser Fuhrwerk aufzusuchen. Wir fanden auch den Wagen; ausgeplündert und ohne Pferde in einer kleinen Seitenstraße. Nebenan an einem Hause erblickten wir unsere Markttasche, die wir sofort an uns nahmen. Aus dem Hause, drang ein lautes Geschrei an unsere Ohren. Um näheres zu erfahren, klopften wir an, daraufhin erschien eine polnische Frau und versuchte uns zu verscheuchen. Wir ließen uns jedoch nicht so leicht abweisen und verlangten, unseren Fuhrmann zu sprechen. Er kam auch heraus, aber schon im arg angetrunkenen Zustande. Wir baten ihn, er möge uns etwas von unseren Sachen und Lebensmitteln zurückgeben. So gab er uns auch gnädig ein Stück von unserem Brot. Lange herumirrend suchten wir dann unsere Angehörigen. Leider war von ihnen keine Spur zu finden.

Indessen ging es auf den Straßen des Städtchens hoch her. Der polnische Mob, den günstigen Zeitpunkt ausnutzend, befaßte sich mit Plündern, Morden und Brennen. Wie eine entfesselte Horde warf sich das Volk auf die deutschen Wohnungen und Geschäfte. Türen und Fenster einschlagend drangen sie in das Innere der Häuser und hamsterten die Beute ein. Es hinderte sie auch niemand daran. Es war ein furchtbares Bild, viele Geschäfte brannten und überall lagen Tote herum. Andererseits konnten wir auch beobachten, wie deutsche Verwundete von Polen aufgehoben und ins Haus gebracht wurden. Wir gingen aus der Stadt heraus, um in einem Dorfe eine vorläufige Unterkunft zu finden, und um unseren großen Durst zu stillen. In mehreren Häusern wurden wir abgewiesen, Erst im vierten Hause nahm man uns auf. Die Bewohner waren Palen und zu unserer großen Überraschung gab man uns sogar zu essen. Eine Nachbarsfrau brachte uns auch noch ein Stück Fleisch und bat uns ein Nachtlager in einem abseits gelegenen, von Deutschen verlassenen Häuschen an. Am nächsten Tag, dem 21. Januar, durften wir uns aus dem Häuschen nicht herauswagen, es wurde sogleich nach uns geschossen. Jetzt hatten wir Zeit, über unser weiteres Schicksal nachzudenken. Zu uns flüchtete noch eine Frau mit einem kleinen Mädchen. Beide hatte man einfach vom Wagen heruntergestoßen. Sie hatten keinerlei Gepäck, nur ein Stück Brot in der Hand, welches sie sich im Dorfe erbettelt hatten. Es war uns allen ganz klar, daß wir hier nicht lange bleiben könnten. So rieten wir hin und her und waren uns nicht einig, ob wir weiter nach Posen oder zurück nach Kutno gehen sollten. Wir beschlossen, dieses auszulosen und baten den Herrgott, er möge uns den richtigen Weg weisen, Das Los fiel, auf "Zurück nach Kutno". 

                                                          (Fortsetzung folgt)

ßÄäÖöÜü

poniedziałek, 9 lutego 2026

Walka o mieszkanie - Niemieckie osadnictwo - Der Heimatbote - 10/1958

 

                                              Walka o mieszkanie w piwnicy

Niedawno przyjechaliśmy z Łodzi. Nasz wyjazd był straszny. Kiedy chcieliśmy zanieść bagaże na dworzec towarowy, pojawił się nowy lokator, który chciał wejść do mieszkania. Wtedy dozorczyni zebrała kilka kobiet, które nie wpuściły nowego lokatora i nie wypuściły nas, a ponadto groźnie się zachowywały, nazywając nas „Szwabami” i innymi przezwiskami. „Jedliście polski chleb, a teraz uciekacie stąd, Schwaby”, i tak trwało przez dzień i noc. Dopiero drugiego dnia pojawili się panowie z milicji z kilkoma robotnikami i 6 policjantami; położyli kres tej nagonce, odepchnęli tłum i spisali nazwiska niektórych, którzy przeciwstawili się policji, a jednego zabrali ze sobą. Dopiero wtedy nowy lokator mógł wejść do mieszkania, a my mogliśmy wyjść, ale grozili nam, że i tak nas pobiją, było to jak w 1945 roku... Ale jaki był powód? Gospodyni chciała to mieszkanie, nie dostała go, więc nastawiła wszystkich przeciwko nam, a przecież było to tylko mieszkanie w piwnicy, ponieważ my, Niemcy, mieszkamy w Łodzi przeważnie tylko w piwnicach lub na poddaszu: Tak, wkrótce doszło do bójki o to mieszkanie w piwnicy – tak właśnie wygląda budownictwo mieszkaniowe w Polsce, kto ma dach nad głową, nie dostanie szybko porządnego mieszkania, chyba że potrafi dobrze dawać „łapówki”.

Kiedyś byłem mistrzem u K. T. Buhle, gdzie obecnie pracuje się na trzy zmiany. Tylko nieliczni Niemcy nadal tam pracują, w tkalni, o ile pamiętam, 3 do 4. Front ulicy Hipotecznej spłonął. Sam ostatnio nie pracowałem już u K. T. Buhle, ale w firmie Eitingon jako mistrz, ale musiałem tam również zrezygnować, ponieważ koledzy z pracy zbytnio mnie dręczyli, ponieważ byłem Niemcem . Firma Eitingon nazywa się teraz Stanisława Dubois, zakłady Scheiblera to zakłady Stalina, firma Geyer stała się firmą Dzierżyńskiego, a Steinert Róża Luxemburg – wszystkie to nazwiska komunistów, którzy już nie żyją. Smutne, gdy się to wszystko widzi!

                                                                                                                B. Hausmann


                                                      Kampf um Kellerwohnung

Wir sind erst vor kurzem aus Lodz gekommen. Unsere Abreise war furchtbar. Gerade wollten wir das Gepäck auf den Güterbahnhof schaffen, gleichzeitig kam der neue Mieter gezogen und wollte in die Wohnung rein - da hat die Hausmeisterin einige Frauen zusammengeholt und haben den neuen Mieter nicht reingelassen und uns nicht raus und haben eine drohende Haltung eingenommen, uns "Schwabes" und alles mögliche geschimpft. "Polnisches Brot habt ihr gefressen und jetzt reißt ihr aus von hier, ihr Schwabes", und das ging so einen Tag und eine Nacht. Erst am zweiten Tag erschienen die Herren von der Miliz mit paar Arbeitern und 6 Polizisten; die haben dem Spuk ein Ende gemacht, den Pöbel zurückgedrängt und einige, die sich gegen die Polizei stellten, aufgeschrieben und einen mitgenommen. Nun erst konnte der neue Mieter in die Wohnung rein und wir konnten raus, aber gedroht haben sie uns, sie würden uns doch noch verhauen, es war gerad wie 1945 ... Der Grund aber? Die Hausmeisterin hatte die Wohnung haben wollen, hatte sie nicht bekommen und da hat sie alle gegen uns aufgehetzt, dabei war es nur eine Kellerwohnung gewesen, denn wir Deutsche wohnen in Lodz meist nur im Keller oder unterm Dach: Ja, sie haben sich um diese Kellerwohnung bald geprügelt - so sieht eben der Wohnungsbau aus in Polen, wer ein Dach überm Kopf hot, kriegt so schnell keine vernünftige Wohnung, außer er kann gut "lapowki" (Bestechungsgeld) geben.

Ich war früher Meister bei K. T. Buhle, da arbeitet man heut in drei Schichten. nur ganz wenige Deutsche sind dort noch tätig, in der Weberei, soweit ich mich erinnere, 3 bis 4. Die Front von der Hipoteczna-Straße ist abgebrannt. Ich selbst arbeitete letztens nicht mehr bei K. T. Buhle, sondern in der Firma Eitingon als Meister, mußte aber auch dort aufgeben, weil ich von den Arbeitskollegen zuviel schikaniert worden bin, denn ich war eben ein Deutscher ... Die Firma Eitingon heißt jetzt Stanislaus Dubois, Scheiblers Werke sind die Werke Stalina, aus der Firma Geyer ist die Firma Dscherzinski geworden, aus Steinert Rosa Luxemburg, alles Namen von Kommunisten, die heute nicht mehr leben. Traurig, wenn man das, alles sieht!                      

                                                                                                                     B. Hausmann

Kochowo - Konin - Maślaki - Korwin - Herman Teufel - Der Heimatbote - 4/1962

 

                                                     Zarządca kantora z Konina ✝

W wieku 69 lat, 30 grudnia 1961 r., zmarł Hermann Teufel, dawniej mieszkaniec Kochowo-Parcela, gmina Konin-Maślaki, ostatnio Solingen-Wald. Zmarły urodził się w Korwinie w powiecie konińskim, gdzie spędził dzieciństwo i młodość, a następnie przejął gospodarstwo rolne w Kochowie. W swojej żonie Wilhelmine z domu Tielmann znalazł wierną, rozważną i cichą towarzyszkę życia. Bóg obdarzył tę parę synem, który pomimo wszystkich trudności w starej ojczyźnie pozostał z rodzicami. Po wkroczeniu Rosjan Hermann Teufel wraz z czterema innymi rodakami został zesłany na Syberię. Dzięki Bożej dobroci i miłosierdziu przetrwał tam ciężki i trudny okres ucisku i powrócił do ojczyzny, nie mogąc jednak pozostać na swoim gospodarstwie. Do 1958 roku wraz z rodziną żył w starej ojczyźnie, dzielnie znosząc wszystkie upokorzenia i zniewagi. W Solingen znalazł wraz z bliskimi nowy dom, w którym dzięki pracowitości i ambicji mógł prowadzić skromne życie.

Hermann Teufel był bogobojnym człowiekiem, głęboko związanym z gminą kantoralną Brzozogaj, który wiernie i sumiennie wypełniał swoje obowiązki jako członek zarządu. Niech Pan obdarzy go wiecznym pokojem niebiańskim po wszystkich niepokojach tego świata i pocieszy pozostałych przy życiu słowami z mottem na ten rok: Nie martwcie się, bo radość Pana jest waszą siłą. Na prośbę rodziny pogrzeb przeprowadził diakon parafialny Benoist z Heidelbergu, który opiekował się gminą kantoralną Brzozogaj.

                                Kantoratsvorstand aus Konin 

Das Zeitliche segnete im Alter von 69 Jahren, am 30. 12. 1961 Hermann Te u f e l, früher Kochowo-Parzellen, Gemeinde Konin-Maslaki, zuletzt Solingen-Wald. - Der Verewigte wurde in Korwin, Kr. Konin, geboren, verbrachte dort Kindheit und Jugend und übernahm dann in Kochowo eine Landwirtschaft. In seiner Gattin Wilhelmine, geb. Tielmann, fand er eine treue, umsichtige und stille Lebensgefährtin. Gott schenkte dem Ehepaar einen Sohn, der trotz aller Not in der alten Heimat den Eltern erhalten blieb. Nach dem Einmarsch der Russen wurde Hermann Teufel mit vieren anderen Landsleuten nach Sibirien verbannt. Durch Gottes Güte und Barmherzigkeit überstand er dortselbst die schwere und harte Trübsalszeit und kehrte nach der Heimat wieder zurück, ohne jedoch auf seiner Wirtschaft bleiben zu dürfen. Bis 1958 haute er mit seiner Familie in der alten Heimat aus und ertrug tapfer alle Schmach und Demütigungen, In Solingen fand er mit den Seinen eine neue Heimat, in der er durch Fleiß und Streben ein bescheidenes Leben führen konnte.

Hermann Teufel war ein gottesfürchtiger, mit der Kantoratsgemeinde Brzozogaj innig verbundener Mann, der seine Pflichten, als Vorstand treu und gewissenhaft erfüllte. Der Herr schenke ihm nach aller Unruhe in dieser Welt den ewigen himmlischen Frieden und tröste die Hinterbliebenen mit der Jahreslosung: Bekümmert euch nicht, denn die Freude am Herrn ist eure Stärke. - Die Bestattung hat auf Wunsch der Familie pfarrdiakon Benoist, Heidelberg, vollzogen, der die Kantorats gemeinde Brzozogaj betreut hat.

Ozorków - Olechów - Zgierz - Kościół ewangelicki - Der Heimatbote - 4/1949

 

                                                                           LISTY

Z listu współwyznawczyni z Łodzi, który otrzymaliśmy kilka dni temu, wynika kilka interesujących szczegółów:

„... coraz bardziej rozumiem, że silna wiara i pozostawanie w łączności z Bogiem poprzez modlitwę to dar łaski Bożej. Bóg dokonał wielu cudów, a ja często uniknęłam niebezpieczeństw, które mi groziły... W Łodzi ewangelicy otrzymali pozwolenie na korzystanie z kościoła św. Mateusza, który prawie zawsze jest wypełniony wiernymi podczas nabożeństw. Na czele stoi pastor Kotula, a także pastor Glotz. Również w mniejszych miastach, takich jak Zgierz, Ozorków i Łęczyca, powstają kantory, a pastorzy od czasu do czasu odprawiają tam nabożeństwa, poza tym zawsze odbywają się nabożeństwa czytane. Szczególnie angażuje się w to były nauczyciel z Olechowa – pan Lennert. Pastor Wende również powrócił do pełnienia swojej funkcji po śmierci swojej żony w Warszawie. Nasz cmentarz jest stopniowo remontowany i nie wygląda już tak zaniedbany.

W Łodzi przeprowadza się wiele prac upiększających, wszędzie tętni życie, a wszystkie artykuły spożywcze są teraz dostępne bez kartek. Wiosną chciałbym pojechać do Ozorkowa i zobaczyć moje miasto rodzinne, coś mnie tam pociąga... Poza tym mam tylko jedno życzenie, aby dane mi było jeszcze raz zobaczyć moich krewnych i przyjaciół tam...”.                                                             


                                                               BRIEFE

Aus dem Brief einer Glaubensgenossin in Lodz, der uns vor paar Tagen zugeschickt wurde, gehen verschiedene interessante Einzelheiten hervor:

".... ich sehe es immer mehr ein, daß es ein Gnadengeschenk Gottes ist, wenn stark im Glauben steht und mit Gott in Gebetsverbindung bleit. Viele Wunder hat mit Gott erwiesen, und ich bin oft Gefahren entronnen, die über mir schwebten... In Lodz haben die Evangelischen die Matthäikirche betreten dürfen, die zu den Gottesdiensten fast immer gefühllt ist. An der Spitze steht Pastor Kotula, dazu Pastror GHlotz, auch in kleineren Städten wie Zgierz, ozorkow, Lentschütz werden Kantorate gebildet, Pastoren halten dort von Zeit zu Zeit Gottesdienste ab sonst ist immer Lesegottesdienst. Ein früherer Lehrer aus Olechow - Herr Lennert bemüht sich darum ganz besonders. Auch Pastor Wende ist wieder in Amt und zwar seit dem Tode seine Frau in Warschau. Unser Friedhof wird auch nach und nach instand gesetzt und sieht nicht mehr so verwahrlost aus.

In Lodz werden viele Verschönerungsarbeiten vorgenommen, überall ist Leben und sämtliche Lebensmittel sind jetzt ohne Karten. In Frühling möchte ich gern mal nach Ozorkow und mir meine Geburtsstadt ansehen, es zieht mich direkt etwas dort hin.... Sonst habe ich nur noch den einen Wunsch, daß es mir vergönnt wäre, meine verwandten und Freunde drüben noch einmal zu sehen...."




Dąbrowa - Łódź - Chór - Niemieckie osadnictwo - Der Heimatbote - 7/1967

 





                                                                 Chór z Łodzi

Przedstawiamy zdjęcie chóru mieszanego parafii św. Mateusza w Łodzi, kantoratu Dombrowa. Próby odbywały się wówczas w pomieszczeniach męskiego chóru z Łodzi przy ulicy Piotrkowskiej. Prawie wszyscy śpiewacy mieszkają w Republice Federalnej Niemiec. Nazwiska:

Sopran: Elfriede Sahl, Mieze Sturm, Olga Kowalski I, Erna Schiewe, Elli Scherer, Eugenie Rentz, Nadja Rentz, Natalie Kowalski, Eugenie Pinkowski, Grete Fürus, Alice Brenner, Elli Lehr, Elli Vogel.

Alt: Lydia Steinbart, Olga Kowalski II, H. Leischner, Lydia Moh, Lola Rentz, Hildegard Steinbart.

Tenor: Erich Schmidt (Kowalski), Alfred Schmidt, Bruno Holicke, Alex Brenner, Paul Job, Erwin Lissowski.

Bas: Artur Lehr, Georg Lehr, Helmut Sturm jun., Paul Kriese, Helmut Stürm sen., Bruno Schmidt, Rich 

Sopran: Elfriede Sah I, Mieze Sturm, Olga Kowalski I, Erna Schiewe, Elli Scherer, Eugenie Rentz, Nadja Rentz, Natalie Kowalski, Eugenie Pinkowski, Grete Fürus, Alice Brenner, Elli Lehr, Elli Vogel.

Alt: Lydia Sard Sahl, Erwin Steinbart, Willi Fürus.

Pierwszym dyrygentem był Heinrich Schmidt, drugim Erich Schmidt.

Heinrich Schmidt, 56 lat, Wuppertal-Barmen, Elberfelder Straße 95, prosi byłych śpiewaków, aby przesłali mu swoje adresy, o ile jeszcze tego nie zrobili. Zamierza zorganizować spotkanie po latach, co z pewnością poprą wszyscy „byli”!


                                                                Ein Lodzer Chor

Wir bringen hier ein Foto des gemischten Chores an der St. Matthäigemeinde Lodz, Kantorat Dombrowa. Die Uebungsstunden wurden zu der Zeit in den Räumen des Männergesangvereins Lodz, Petrikauer Straße, abgehalten. Fast alle Sängerinnen und Sänger leben in der Bundesrepublik. Die Namen lauten:

Sopran: Elfriede Sah I, Mieze Sturm, Olga Kowalski I, Erna Schiewe, Elli Scherer, Eugenie Rentz, Nadja Rentz, Natalie Kowalski, Eugenie Pinkowski, Grete Fürus, Alice Brenner, Elli Lehr, Elli Vogel.

Alt: Lydia Steinbart, Olga Kowalski II, H. Leischner, Lydia Moh, Lola Rentz, Hildegard Steinbart.

Tenor: Erich Schmidt (Kowalski), Alfred Schmidt, Bruno Holicke, Alex Brenner, Paul Job, Erwin Lissowski.

Baß: Artur Lehr, Georg Lehr, Helmut Sturm jun., Paul Kriese, Helmut Stürm sen., Bruno Schmidt, Richard Sahl, Erwin Steinbart, Willi Fürus.

Erster Dirigent war Heinrich Sc h m i d t, zweiter Erich Schmidt.

Landsmann Heinrich Schmidt, 56 Wuppertal-Barmen, Elberfelder Straße 95, hat die große Bitte, daß die ehemaligen Sängerinnen und Sänger ihm, soweit noch nicht geschehen, ihre Anschriften zusenden möchten. Er hat die Absicht, ein Wiedersehenstreffen zu organisieren, ein Vorhaben, das ein jeder "Ehemalige" unterstützen möchte!

niedziela, 8 lutego 2026

Kuba - Miszka - Karl - Przyjaźń - Opowiadanie - Der Heimatbote - 10/1958 - cz.2

Dzisiaj przedstawiamy zakończenie opowiadania Erharda Wittka, w którym główną rolę odgrywają młody Niemiec (Karl), młody Polak (Leo) i dziewczyna Mischka.

Leo próbował wszelkich środków, aby zdobyć Mischkę, i nie miał nic przeciwko obrażaniu i poniżaniu przyjaciela, gdy ten nie był obecny. Wtedy bowiem jego namiętność zagłuszała wszelkie uczucia lojalności wobec przyjaciela.

 Cała posiadłość z uśmiechem obserwowała grę trójki młodych ludzi, którzy w swoim zaślepieniu wierzyli, że nikt nie może wiedzieć ani nawet domyślać się, co się w nich dzieje, mimo że padało mnóstwo dobrodusznych lub złośliwych uwag. Jednak pewnego dnia stary Witt powiedział do swojego syna: „Karl, uważaj na Mischkę, Leo nie jest całkiem uczciwy!”, ze zdziwieniem zdał sobie sprawę, że jego powolny syn nie był już dzieckiem, które w nim widział, ponieważ Karl po szybkim spojrzeniu odpowiedział bardzo spokojnie, ale też bardzo stanowczo: „Uważam, ojcze”.

Mischka została w międzyczasie pokojówką u łaskawej pani, miała tam wiele koleżanek w kuchni, ogrodzie, pracowni krawieckiej, które były od niej starsze i od których dzięki instynktownej pewności siebie przyszłej kobiety w krótkim czasie nauczyła się wszystkiego, co jeszcze musiała się nauczyć. Jak większość Polek dbała o czystość ciała i ubrania, a kiedy Leo po raz kolejny – ponieważ nie rezygnował z tego środka – zapytał ją, co widzi w Karlu Wittcie, skoro jest on jednym z tych choleryków, Niemców, a ona przecież nie weźmie Niemca, bo jest na to zbyt dumna, odpowiedziała mu nagle po niemiecku: „Czego chcesz, głupcze? Nie wyjdę za Niemca, sama dobrze wiem, że jestem Polką, nie musisz mi tego mówić. Ale nie wierzę w obelgi pod adresem Niemców i wasze kłamstwa. Znam pana i znam Karla, i są oni lepsi niż wielu Polaków. Więc proszę, proszę się nie odzywać. Nie wyjdę za pana, jest pan dla mnie o wiele za młody. A bez ślubu nic z tego nie będzie, Leo, proszę się nie denerwować”.

Następnie pokazała mu długi nos i zniknęła w drzwiach kuchni, a Leo po raz kolejny nie wiedział, czy powinien traktować jej słowa poważnie, czy nie.

                                                            Tragiczny wrzesień

1 września 1939 roku Leo skończył osiemnaście lat, a 1 września rozpoczęła się wojna z Polską. Polak, jak każdy porządny człowiek, kocha swoją ojczyznę, ale podczas gdy mężczyźni wszędzie – przeklinając, bojąc się lub entuzjastycznie – wstępowali do wojska, strach i nienawiść polskiego narodu w wielu miejscach przyniosły straszne skutki. W pełnym pasji Leo, wraz z burzą wojenną, która szybko przetoczyła się przez kraj, narastał niepokój jego niejasnych uczuć, gotowy do fatalnego wybuchu. Kiedy czwartego września grupa maruderów, polskich żołnierzy zdezerterowanych z frontu, wtargnęła do majątku, aby, jak prawie wszyscy, ukryć przed sobą i innymi swoją tchórzliwość wobec wroga i zdradę pozostałych na froncie towarzyszy, popełniając akty przemocy wobec niemieckiej ludności, Leo nie wiedział już, co robi, nie wiedział: czy chce śmierci swojego przyjaciela, czy naprawdę wierzył, że zostanie tylko aresztowany i wywieziony, a tym samym na dłuższy czas zniknie z majątku i z otoczenia Mischki. Kiedy niespodziewanie zapytano go o Niemców, w tej samej chwili krzyknął: „Tam! Ten przy pompie, to jeden z nich!”.

Kiedy ktoś ma broń, a broń jest naładowana i kładzie palec na spuście, broń strzela, nie trzeba prawie nic robić, słychać głośny huk, a z lufy tryska ogień i dym, a wszystko to jest cholernie męskie.

W grupie, która biegła w kierunku młodego Witta, pięciu mężczyzn miało karabiny, a kiedy Karl Witt odwrócił się, aby uciekać, dwóch z nich zatrzymało się, wycelowało i strzeliło, a kiedy pozostali trzej usłyszeli huk, również strzelili, a Leo Kwiatkowski krzyknął w tym samym momencie i nie mógł powstrzymać słów, które zamieniły się w przenikliwy dźwięk śmiertelnego przerażenia, krzyknął triumfalnie: „Widzisz, Kuba!”, swoje stare wołanie nasycone złośliwą radością, a ostatnia sylaba zamieniła się już w pełen lęku jęk, krzyk bolesnej skruchy, i rzucił się, aby chronić Karla, ale było już za późno.

Za późno przyszedł też stary Witt, za późno przyszła też dziewczyna, która z podwieszona spódnicą wybiegła z kuchni przez podwórze. Upadła na kolana obok umierającego, który już stracił przytomność, chwyciła go za rękę, płakała głośno i krzyczała, przeklinając wszystkich, którzy to zrobili: „Święta Matka Boża was ukarze, a nasz Pan Jezus...”.

Strzelcy oddali się, po tym jak oszołomieni, zaniepokojeni i przerażeni zobaczyli, co zrobili. Najpierw odszedł jeden, potem drugi, potem kolejni, aż w końcu wszyscy. Wtedy jeden z nich krzyknął, że dobrze mu się stało, temu cholerycznemu przeklętemu, a następny od razu zgodził się z nim, a także trzeci i czwarty zagłuszyli swoje sumienia i chwalili się.

Leo leżał na kolanach przed starym, zgarbionym mężczyzną, podniósł ręce i doświadczył na własnej skórze, że można drżeć, jąkać się i nie mieć kontroli nad własnymi słowami: „To ja, panie Witt, naszczułem ich na niego, a był moim najlepszym przyjacielem, Święta Matka Boża o tym wie...”.

Stary Witt spojrzał na płaczącego i jąkającego się chłopca, położył rękę na głowie Leo Kwiatkowskiego i powiedział:

„Idź do kościoła, chłopcze, idź... Bóg ci wybaczy, jeśli go o to poprosisz”.

A potem z trudem podniósł zmarłego i sam zaniósł go do swojego mieszkania. Mischka i Leo patrzyli za nim.

                                                                                                                 Erhard Wittek


Wir bringen heute den Schluß der Erzählung von Erhard Wittek, in der ein junger Deutscher (Karl), ein junger Pole (Leo) und das Mädchen Mischka die Hauptrolle spielen.

Leo versuchte jedes Mittel, Mischka für sich zu erobern, und es kam ihm nicht darauf an, den Freund zu beschimpfen und herabzusetzen, wenn der nicht zugegen war. denn dann erstickte seine Leidenschaft alle Treuegefühle für den anderen,

Das ganze Gut sah schmunzelnd dem Spiel der drei jungen Leute zu, die in der Verblendung ihres Dahingerissenseins glaubten, niemand könne wissen oder auch nur ahnen, was in ihnen vorgehe, obwohl doch gutmütige oder auch spitze Bemerkungen zur Genüge fielen, Als aber eines Tages der alte Witt zu seinem Sohn sagte: "Karl, auf die Mischka paß etwas auf, der Leo ist nicht ganz sauber!", da erkannte er zu seinem Erstaunen, daß sein langsamer Sohn doch nicht mehr das Kind war, das er in ihm sah, denn Karl antwortete nach einem raschen Aufblicken sehr gleichmütig, aber auch sehr bestimmt: "Ich paß schon, Vater."

Mischka war inzwischen Hausmädchen bei der gnädigen Frau geworden, sie hatte dort viele Gefährtinnen in der Küche, im Garten, in der Nähstube, die alle älter waren als sie und von denen sie mit der Instinktsicherheit des werdenden Weibes in kürzester Zeit lernte, was es für sie noch zu lernen gab. Sie hielt sich wie die meisten Polinnen peinlich sauber an Körper und Kleidung, und als Leo sie wieder einmal - da er auch auf dieses Mittel nicht verzichtete - fragte, was sie denn an Karl Witt sehe, er sei doch nun einmal einer von diesen Cholerras, den Deutschen, und sie werde doch einen Deutschen nicht nehmen, dazu sei sie doch wohl zu stolz, da sagte sie, und sie sprach auf einmal deutsch zu ihm: "Was willst du denn, du Dummer? Einen Deutschen heirate ich nicht, weiß ich ganz allein, daß ich bin eine Polin, brauchst du mir das nicht saggen. Aber schimpfen auf die Deutschen und eure Lügen glauben tue ich auch nicht. Ich kenne die gnäddige Frau und auch Karl kenne ich, und sie sind besser als viele Polen. Also da sei du nur still. Dich heirate ich auch nicht, bist du mir viel zu jung. Und ohne Heirat gibt's nichts, Leo, da sei du nur ganz ruhik."

Dann machte sie ihm eine lange Nase und verschwand im Kücheneingang, und Leo wußte wieder einmal nicht, ob er ihre Worte ernst nehmen solle oder nicht.

                                                      Tragischer September 

Am 1. September 1939 wurde Leo achtzehn Jahre alt, und am 1. September begann der Krieg mit Polen. Der Pole liebt wie jeder anständige Mensch sein Vaterland, aber während die Männer überall, - fluchend oder angstvoll oder begeistert - zum Heer eingerückt waren, trug der Angsthaß des polnischen Volkes an vielen Orten schreckliche Früchte. In dem leidenschaftlichen Leo war mit dem rasend schnell über das Land hereinbrechenden Kriegsgewitter der schwärende Tumult seiner unklaren Gefühle zu unheilvollem Ausbruch bereit. Als am vierten September ein Haufen marodierender, von der kämpfenden Front desertierter polnischer Soldaten in das Gut einbrach, um, wie alle dieser Banden, ihre Feigheit vor dem Feinde und ihren Verrat an den vorn gebliebenen Kameraden mit Gewalttaten an den Volksdeutschen des Landes vor sich und anderen zu vertuschen, da wußte Leo nicht mehr, was er tat, wußte nicht: wollte er den Tod seines Freundes oder glaubte er wirklich, er werde nur verhaftet und abgeführt werden und also für längere Zeit vom Gut und aus Mischkas Nähe verschwinden. Als er überraschend nach Deutschen gefragt wurde, schrie er auch schon im gleichen Augenblick: "Da! Der drüben, der an der Pumpe, das ist einer!"

Wenn einer ein Gewehr hat und das Gewehr ist geladen und er kommt mit dem Finger an den Abzug, so geht das Gewehr los, man braucht fast nichts zu tun, es gibt einen lauten Knall, und Feuer und Rauch spritzt aus der Mündung, und alles das ist verflucht männlich.

In dem Haufen, der auf den jungen Witt zulief, hatten fünf Mann Gewehre, und als Karl Witt sich zur Flucht wandte, da blieben zwei von ihnen stehen und legten an und zielten und schossen, und als die anderen drei, es krachen hörten, da schossenauch sie, und Leo Kwiatkowski schrie zur gleichen Zeit und konnte das Wort nicht mehr zurückhalten, und es ging in einen schrillen Laut des Todesschreckens über, er schrie triumph erend: "Widzisz, Kuba!" ihren alten Ruf gesättigter Schadenfreude, und die letzte Silbe schon schlug um in ein banges Jammern, einen Schrei qualvoller Reue, und, er stürzte vor, um Karl zu schützen, aber er kam zu spät.

Zu spät kam auch der alte Witt, und zu spät kam auch das Mädchen, das mit fliegenden Röcken aus dem Kücheneingang über, den Hof lief. Es sank neben den Sterbenden, der bereits ohne Sinnen war, auf die Knie und faßte nach seiner Hand und weinte laut und schrie, und es verfluchte alle, die das getan hatten: "Die Heilige Mutter Gottes wird euch bestrafen und unser Herr Jesus - ... "

Die Schützen verzogen sich, nachdem sie verblüfft, bestürzt, erschrocken gesehen hatten, was sie angerichtet. Erst ging einer fort, dann der nächste, dann weitere, dann, alle. Dann lärmte einer und schrie, dem sei recht geschehen. dem Cholerra dem Verfluchten, und erleichtert stimmte sofort der nächste bei, und auch der dritte und der vierte überlärmte sein Gewissen und rühmte sich.

Leo ober lag auf den Knien vor einem alten, gebückten Mann und er hatte die Hände erhoben und erlebte es nun an sich, daß man zittern kann und stottern und keine Gewalt haben kann über seine Worte: "Ich bin es, gewesen, Herr Witt, ich habe sie auf ihn gehetzt, er war, doch mein bester Freund, die Heilige Mutter Gottes weiß es ... " ,.

Der alte Witt sah auf den Weinenden und Stammelnden hinab, er legte Leo Kwiatkowski die Hand auf das Hoar und sagte: 

"Geh in die Kirche, Junge, geh ... Gott wird dir verzeihen, wenn du ihn bittest."

Und dann hob er mühsam den Toten auf und trug ihn allein in seine Wohnung. Mischka und Leo sahen ihm nach.

                                                                                                            Erhard Wittek