czwartek, 2 lutego 2023

Łaznowska Wola - Mord - Zazdrość - Podstęp - Express Wieczorny Ilustrowany - 1927

 

Straszne, nie podaję nazwisk, także dokładnej daty artykułu...



Mózg dziecka na ścianie zagrody. -- Wiejska  nierządnica, chcąc zmusić do ożenku swego kochanka podrzuciła mu dziecko swej siostry.  

                       W przystępie gniewu roztrzaskał on niemowlęciu głowę o ścianę.. 


Zygmunt R., syn bogatego gospodarza ze wsi Wola Łaznowska pod Brzezinami zakochał się w Stefanii R.

    Była to podstarzała panna, sławna nie tyle z urody, ile z romantycznych przygód. 30 letnia dziewoja miłość 20 letniego niedoświadczonego młodzieńca postanowiła wyzyskać w celu zrobienia kariery.

    Zakochany parobczak dał się złowić w nastawione nań sidła...

    Po krótkim czasie Stefka zwiastowała mu... kłopotliwe ojcostwo. Zmartwił się tą niespodzianką. lecz dziewczyna wytłumaczyła kochankowi, że wobec "ich" matrymonialnych zamiarów zwiastowana nowina, nie jest przecież straszną...

   Stefka umiała sprzyjającą okazję wyzyskać i manewrowała w ten sposób, że zmusiła Zygmunta do podzielenia się z rodzicami wmówionym weń zamiarem ożenku.

    Stary R. zwymyślał syna od ostatnich durniów i pod groźbą wydziedziczenia zabronił mu o "głupstwach" nawet wspominać. Zawiedziona w swych nadziejach Stefka wybuchnęła gniewem...

    I zagroziłą Stefanowi konsekwencjami romansu....

    Upłynęło kilka miesięcy i oto w ubiegłym tygodniu pod oknami zagrody R. usłyszano  żałosne kwilenie... Zdarzyło to się w czasie tanecznej zabawy, gdy w mieszkaniu znajdowało się wiele młodzieży z sąsiedztwa. Stary R. wyszedł z izby i po chwili... powrócił z zawiniątkiem w ręku.

    Z tego zawiniątka dochodziło kwilenie.

    Zaciekawieni uczestnicy zabawy przerwali tańce i tłumnie zbliżyli się do R. Odwinięto szmaty i zdumieni goście ujrzeli tęgiego parotygodniowego chłopaka...

    Do rączki dziecka przytwierdzona była karteczka:

- Baw swego syna Zygmusiu...

Tanecznicy - wśród których znajdował się wielce zafrasowany zajściem Zygmunt R.- wybuchnęli śmiechem.

    Śmiech ów jak trzaśnięcie z bicza podziałał na niego. Ze strasznym przekleństwem porwał Bogu ducha winne maleństwo i nie panując nad gniewem z całych sił rzucił ciałem o ścianę.

    Krzyk zgrozy wydarł się z piersi zebranych. Dziecko z łoskotem odbiło się od twardego muru i zostawiwszy na ścianie ślady wypryśniętego móżdżku z rozstrzaskaną główką padło na ziemię. Rzucono się ku ciałku drgającemu w przedśmiertelnej agonji.Usiłowania ratunku nie zdały się na nic. Dziecko skonało..

    Dzieciobójcę aresztowano.

    Oświadczył on w policji, że względem dziecka nie miał wcale morderczych zamiarów. Zbrodni dokonał w zamroczeniu gniewem, wywołanym drwiącą karteczką i śmiechem zebranych.

    - Opanował mnie szalony gniew na bezczelność Stefki, która podrzuciła mi nie moje dziecko. Dziecka jeszcze ze mną mieć nie mogła, bo nie upłynęło nawet pół roku od chwili, kiedy pierwszy raz mi się oddała. Zabite przeze mnie dziecko widocznie skradłą komuś by mnie ośmieszyć wobec całej wsi, mszcząc się za odmówienie ożenku - zeznał podczas śledztwa.

    Na skutek powyższego aresztowano Stefanję R. i poddano ją ostremu badaniu. Potwierdziłą ona domysły ex-kochanka.

    Dziecko wzięła ona od siostry swej zamężnej zamieszkałej w Smardzewie, 15 kilometrów od Woli Łaznowskiej. Uczyniła to w chęci wywarcia na R. presji. Przypuszczał, że w ten sposób zmusi go do małżeństwa. tragicznego epilogu swego podstępu nie przewidziała. Działała w porozumieniu z siostrą. Licząc na brak orjętacji w czasie niezorjętowanego młodzieńca. Udając się do Smardzewa, świadomie rozgłosiła po wsi, że u siostry swej odbędzie poród. Z R. wcałe w ciąży nie była, a tylko symulowała ją, w celu zmuszenia go do ożenku. Gdy zawiodły ją te obliczenia wspólnie z siostrą obmyśliła podstęp, który znalazł tak tragiczny epilog.

środa, 1 lutego 2023

Łaznowska Wola - PGR - Kułacy - Dziennik Łódzki - 1951


Dziennik Łódzki. 1951-08-28 R. 7 nr 230


     Jadąc szosą tomaszowską przed Rokicinami spostrzec można tabliczkę z napisem gromady: Łaznowska Wola.   Długo trzeba jechać, aby dotrzeć na drugi koniec wsi, 156 gospodarstw to nie byle co. Gospodarstwa są zresztą  różne, bogaczy wiejskich, średniaków i małorolnych.

    Wszystko zaczęło się od małorolnych. Chcieli założyć spółdzielnię produkcyjną i założyli. Przyznać trzeba, że było to niemałą zasługą Franciszka Rebzdy. Chodził, przekonywał, wyjaśniał, a że cieszył się opinią człowieka statecznego i dobrego gospodarza, więc liczono się z jego zdaniem.

    Na pierwszym zebraniu postanowiono założyć spółdzielnię pierwszego typu. Już jednak wtedy chłopi zdecydowali, że po usunięciu pierwszych trudności, spółdzielnia na trzeci typ. Stało się to w roku 1951. A trudności w międzyczasie było naprawdę sporo. Istnieją zresztą do dzisiaj, a najważniejsza z nich to brak ludzi. Wprawdzie do spółdzielni zapisało się 36 gospodarzy, ale naprawdę pracuje z tego jedna trzecia. Jeden z członków pracuje w GS, inny w GRN. Istnieją i niezdolni do pracy, ale są również bumelanci. Zapisał się do spółdzielni, bo się inni zapisywali. Może rzeczywiście będzie tam lepiej. W każdym razie pracować takiemu nie bardzo się chciało.

    - zresztą są przecież inni - myślał - to może jak dobrze pokombinować, to odrobią i moją robotę

    Taki był właśnie p. Antoni - jak go nazywają. Kiedy rozpoczęto siewy, maszyna przygniotła mu nogę. Oczywiście o dalszej pracy mowy nie było. Wprawdzie zaraz po siewach noga się zagoiła, ale to był tylko zbieg okoliczności. Przy układaniu stert miał wypadek z ręką i trzeba było ją nosić przez pewien czas na temblaku. Oczywiście o dalszej pracy... Przy żniwach "złapał" Antoniego ischias. - Przykry zbieg okoliczności, ale przecież są inni, to sobie jakoś radę dadzą.

    Radę sobie dali. Pracowali wprawdzie ciężko, ale zato zebrali ze 103 ha wysokogatunkowe żyto i z 50 ha owies. - Nie byli zresztą sami W czasie żniw przyjechał oddział żwawych, dziarskich chłopaków w mundurach wojskowych, którzy pomogli im przy żniwach. A był okres na samym początku, że kułacy zacierali ręce, bo spółdzielni groziło rozwiązanie z braku rąk do pracy.

    Teraz mają już wszystko poza sobą i nic już nie może przeszkodzić w dalszym rozwoju spółdzielni. Tak twierdzi stanowczo jej przewodniczący Franciszek Rebzda. On zresztą jest motorem jej rozwoju i nie szczędzi sił w pracy. Kościałkowska, jedna z najlepszych pracujących człoknkiń spółdzielni, mówi o nim:

    - Nasz przewodniczący to człowiek z głową. Żeby wszyscy tacy byli. Często rano, jeszcze słońce dobrze nie wzejdzie, chodzi już po polu i planuje roboty na cały dzień. 

    - Jak trzeba to i potrafi pracować za trzech.

    Oczywiście Rebzda nie jest sam. Inni zdążyli też już zrozumieć, że pracują dla siebie, że tylko od ich własnego wysiłku zależy zebranie wysokich plonów. Jak Kościałkowska, której mąż jest czołowym traktorzystą pobliskiego POM w Bogdance, obsługującego spółdzielnię, dalej Józefa Malinowska, wdowa z sześciorgiem dzieci, Stasiak i wielu innych.




22 lipca STANISŁAW KOŚCIAŁKOWSKI otrzymał dyplom uznania za wydajną pracę zawodową i społeczną przy realizacji Planu 6- letniego. KOŚCIAŁKOWSKI jest najlepszym traktorzystą POM w Bogdance. POM ten we współzawodnictwie wojewódzkim otrzymał swego czasu pierwsze miejsce. Stanisław KOŚCIAŁKOWSKI, który jest jednocześnie członkiem spółdzielni produkcyjnej w Łaznowskiej Woli zyskał sobie więc miano najlepszego z najlepszych. 


KOŚCIAŁKOWSKA, żona dzielnego traktorzysty z POM w Bogdance Jest całym sercem oddana pracy w spółdzielni. Zawsze chętna do pracy zyskała sobie sympatię i szacunek wszystkich.



Ojciec JÓZIA DARNIKOWSKIEGO jest jednym z pierwszych członków spółdzielni produkcyjnej w Łazanowskiej Woli. Po skończeniu szkoły wiosną br, Józio mógł więc spełnić swoje marzenie i zostać traktorzystą. Wprawdzie na razie jest jeszcze pomocnikiem, ale po ukończeniu praktyki i specjalnego kursu zostanie samodzielnym kierowcą. Józio nie rezygnuje jednak z dalszej nauki i ma zamiar niezależnie od pracy uczęszczać na kursy wieczorowe w Rokicinach. 

 



Łaznowska Wola - Cegielnia - Propaganda sukcesu - Głos Kutnowski - 1950

 Propaganda sukcesu... - ta cegielnia zakończyła swój żywot, jak i inne w tych okolicach, ale o tym już się nie pisało.

Głos Kutnowski : organ WK i ŁK Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. 1950-12-07 R. 3 (6) [nr] 337

Z komina cegielni w Łaznowskiej Woli, pow. brzezińskiego, wydobywa się wstęga dymu. Jest to znak, że cegielnia pracuje. Mieszkańcy Łaznowskiej Woli i okolic żywo interesują się fabryką. Tu, po sąsiedzku, można nabyć cegłę na budowę domu, lub obory. Z gminy Będków, Czarnocin, Łaznów i Mikołajów dzień w dzień ciągną wozy na plac przed cegielnią, gęsto zastawiony stosami cegieł. Cegielnia pracuje. Aby uniknąć sezonowości w pracy, część robotników zbiera w lesie ściółkę, która ma służyć na pokrycie pokaźnego płata ziemi, w celu ochrony przed zmarznięciem. Ten pomysł racjonalizatorski zrodził się u byłego robotnika cegielni, obecnego jej kierownika, ob. Mieczysława Bracha i majstra, ob. Adama Iłowieckiego. Potrafili oni zorganizować wokół siebie kolektyw. Prawą ręką kierownika jest ob. Władysław Banaszczyk, instruktor-palacz. Uczy on miejscowych palaczy, Drożdża i Stefanowskiego, jak obchodzić się z kotłami i węglem, krytycznie analizuje pracę robotników. Wysunął on ostatnio myśl, aby cały zespół cegielni wykonał swój plan roczny już na dzień 20 grudnia rb. Wezwanie to zostało podjęte z entuzjazmem. Ob. Lucjan Ambroziński, kierownik zimnych karowników, i ob. Stanisław Wojdala, pracownik karowni gorącej, zobowiązali się usprawnić produkcję. - „Na 20 grudnia zakończymy wypalanie" - mówią oni, „a my, - dodają Brach i Iłowiecki - postaramy się wykończyć przy cegielni świetlicę, przygotować uroczystość wręczenia robotnikom nagród, a dzieciom upominków.
    W małej fabryce cegieł na wsi rośnie z dnia na dzień kolektyw robotniczy, rozwija się świadomość klasowa, wzrasta poczucie odpowiedzialności za produkcję.
                                                                                        Stanisław Krakowiak
                                                                                        korespondent z Rokicin




wtorek, 31 stycznia 2023

Wola Rakowa - Przedszkole - Łódź - Litzmannstadter Zeitung - 1941

 Materiał o szkole i przedszkolu w Woli Rakowej podcza niemieckiej okupacji.


Litzmannstädter Zeitung mit dem amtlichen Bekanntmachungen für Stadt und Kreis Litzmannstadt. 1941-12-23 Jg. 24 nr 355

  

                             Młode dziewczyny odwiedzają przedszkole

Młode dziewczyny z Litzmannstadt odwiedziły w dniach przedświątecznych przedszkole w Woli        Rakowej. Na naszym zdjęciu widać krasnala rozdającego świąteczne prezenty. (Fot. Jaśków)

Jungmädel besuchen einen Kindergarten

Litzmannstädter Jungmädel besuchten in diesen Vorweihnachtstagen den Kindergarten in Wola Rakowa. Auf unserem Bild ist zu sehen, wie ein Zwerg gerade Weihnachtsgeschenke austeilt. (Aufnahme: Jaskow)

Pałczew - Łódź - Wróżka - Szukanie skarbu - Gazeta Łódzka

 Nie tylko ponad 100 lat temu wróżki miały zajęcie i zarabiały sporo kasy, w obecnych czasach ten zawód także dobrze prosperuje....

Gazeta Łódzka : organ narodowy. 1916-11-01 No 302 Wyd. poranne

    W swoim czasie sędzia pokoju I-go rewiru rozważał sprawę wróżki Marji Skalskiej (N. Zarzew. 18), oskarżonej o oszustwo. Sędzia skazał S. na 6 miesięcy więzienia. Niezadowolona z tego wyroku skazana podała skargę apelacyjną, prosząc o uniewinnienie. Według aktu oskarżenia Skalska wyłudziła od małżonków Samiec 1.800 rb. gotówką, oraz produktów spożywczych na sumę l50 marek. Zawezwany w charakterze świadka poszkodowany Jan Samiec, mieszkaniec wsi Pałczew, zeznaje, iż do wróżki na stawianie kart chodziły rezerwistki, wraz z niemi poszła i jego żona, . której wróżka wywróżyła z kart iż ich okradną. łupem złodziei stanie się 2 miljony rb. ukrytych pod krzakiem. Samiec poszedł sam do wróżki, zapłacił 20 kop. honorarium, wróżka powiedziała mu to samo i zażądała pieniędzy na wydostanie skarbu, który trzymają duchy. Świadek dał początkowo 100 rb, później na zrobienie maszynki do wydobycia skarbu 200 rb., w ten sposób wyłudziła od niego 1.800 rb. . Oprócz tego za każdym razem zawoził wróżce jakieś produkty spożywcze, jako to: miód, masło itp., gdyż wróżka gniewała się, gdy przyjeżdżał z pustemi rękami . Produktów spożywczych przywiózł jej na sumę 150 mk. Świadek oznajmia, iż we wsi są jeszcze poszkodowani w osobach Stanisława Musiaka i Wawrzyńca Mirowskiego, którzy wstydzą się podać sprawę do sądu. Skalska nie przyznaje się do winy tłumacząc, iż: wróżyła i pobierała za. to 20 kop. Prokurator w swej mowie oskarżającej zaznacza, że żałuje iż nie podał na wyrok pierwszej instancji protestu, albowiem żądałby skazania wróżki co najmniej na dwa lata. Poprzestaje na poprzednim wyroku, żądając natychmiastowego uwięzienia S. Sąd po naradzie wyrok pierwszej instancji zatwierdził, polecając zaraz aresztować Skalską. 





poniedziałek, 30 stycznia 2023

Bukowiec - Königsbach - Wizyta: Książe Prus Fryderyk Zygmunt Hohenzollern - Gen. Schäffer-Boyadel - 1917

 

Jakie znakomitości przebywały podczas pamiętnych i tragicznych dni listopadowych 1914 roku w Bukowcu jest materiał z książki  Adolfa Eichler - Königsbach - rok wydania 1917

                                                                    ZNISZCZENIE

    W pierwszych miesiącach wojny Bukowiec był świadkiem wielu przemarszów oddziałów. W drugiej połowie sierpnia 1914 roku przeszły ostatnie oddziały rosyjskie w marszu. Wkrótce potem pojawiły się niemieckie oddziały wyprzedzające. Ale już dwa dni później słabe linie niemieckie cofnęły się przed nacierającymi masami rosyjskiej kawalerii. Pod koniec września Rosjanie rozpoczęli drugi odwrót, a na początku października znów można było zobaczyć niemieckich żołnierzy. Myślano, że czas zagrożenia minął i że są bezpieczni za frontem walki, gdy nastąpiła kolejna zmiana: pod koniec października przez wieś przemaszerowały wyczerpane oddziały niemieckie wracające z Warszawy. W ślad za nimi podążały ściśle setki Rosjan, którym chętnie i tak długo, jak pozwalały na to zapasy, oferowano żądaną przez nich żywność. Jeszcze nie zdążyli się otrząsnąć po trudach, jakie ponieśli, gdy rozpoczęła się bitwa łódzka, ponownie wprowadzająca do akcji wielkie masy wojska. Teraz również Königsbach miał zostać wciągnięty w wir wojennych wydarzeń. W południe 22 listopada przez wieś przemaszerowały oddziały niemieckie. Należały one do Korpusu Schäffera-Boyadel, który posuwał się w kierunku Rzgowa, by okrążyć Rosjan pod Łodzią.



    Spójny obraz ówczesnych wydarzeń można uzyskać z relacji niektórych Königsbacher, ale przede wszystkim z relacji pani Wildemann, która mieszkała na Chausse i przebywała z rodziną w swoim domu przez całe dni walk. Późnym popołudniem tego dnia pani Wildemann siedziała zrozpaczona przy kuchence. Niemieccy żołnierze, którzy od kilku godzin odpoczywali w jej domu, opowiadali jej o okrucieństwach popełnianych przez Rosjan w Prusach Wschodnich. Podpowiadali, że spokojne Königsbach znajdzie się wkrótce w samym środku bitewnego szaleństwa. Na dodatek od innych sąsiadów wsi dochodziły plotki o zemście Rosjan, bo niemieccy osadnicy byli zbyt gościnni dla swoich polno-szarych współplemieńców. Po raz kolejny okropności wojny w Prusach Wschodnich wzniosły się w jej oczach i dopiero teraz ujawniła się przed nią pełna rzeczywistość. Pamiętała o swoim synu, który w chwili wybuchu wojny musiał wraz z innymi rezerwistami z Königsbacher wstąpić do rosyjskiej armii. Broniła go i wszystkich innych synów niemieckich matek, którzy walczyli po stronie rosyjskiej przeciwko niemieckim żołnierzom i z płomiennym oburzeniem zaprzeczała możliwości, że oni również dopuścili się takich okrucieństw.

    Ze zmysłów wyrwało ją wejście kilku oficerów. Chciała zaprowadzić ich do salonu. Ale młody oficer, który wszedł pierwszy, odmówił: "Jest nam zimno; chcemy zostać z panem w kuchni! Ona i jej dzieci zrobiły miejsce dla gości przy kuchence. Funkcjonariusz zapytał o nazwisko gospodarza. "A więc Wildemann to twoje nazwisko! W tym tygodniu byłem już na kwaterze u Wildemanna pod Brzezinami". Teraz jedno słowo prowadziło do drugiego. Tymczasem mówca rozejrzał się po mieszkaniu i teraz wyrażał się przyjaźnie o zamiłowaniu gospodyni do porządku. 

"Dawno nie stwierdziłem, że jest tak czysto. Tak jak w domu!" 

    W wyniku sympatii gościa gospodyni straciła cały swój przygnębienie. Chętnie zaproponowałaby panom jedzenie. Ale kuchnia i piwnica stały się puste podczas ciągłych przemarszów wojsk. Bałamutna i zakłopotana zapytała, czy gościom zostaną podane ziemniaki. Jej propozycja została przyjęta z podziękowaniem. Kiedy ziemniaki były już prawie gotowe, pojawiło się nowe zakłopotanie; nie wiedziała, co chce z nimi zaproponować. Powiedziała więc wiernie: 

"Nie wiem, z czym panowie będą jeść ziemniaki!". 

Goście roześmiali się. Mówca odpowiedział: 

"Z czym? - No, oczywiście rękami!". 

    Była całkiem zadowolona, gdy przypomniała sobie o wciąż ukrytej kiełbasie. Rozcięła go i otrzymała wiele pochwał. Chwalono również jej chleb. A gdy młody oficer usłyszał, czy następnego dnia chce się wykąpać, poprosił ją, by upiekła dla niego cztery bochenki chleba; przyślę po nie w ciągu dnia, jeśli nic się  nie zdarzy, że następnego wieczoru również przyjdzie na kwaterę. Gospodyni musiała dużo opowiadać o swoim życiu, lokalnych warunkach i niebezpieczeństwie grożącym niemieckim osadnikom. Kiedy powiedziała, że tylko Bóg zapewnia ochronę przed złośliwością sąsiadów, jeden z pozostałych oficerów zgodził się z nią i powiedział: 

"Masz rację. My również zdajemy się wyłącznie na Boga, który już nam cudownie pomógł!"

    O czwartej rano panowie pozwolili się obudzić. Kiedy się żegnali, młody oficer powiedział: "Jak daleko podróżowałem, nigdzie nie cieszyłem się tak bardzo jak z wami! Po wojnie znów tu przyjadę. Musicie też stąd uciec; jesteście zbyt dobry jak na tutejsze warunki! Tuż przed ich wyjściem jeden z żołnierzy szepnął do niej: 

"Czy wiesz, kto to jest? - To królewski książę! Dlaczego nie masz czegoś zapisanego? 

                            

Fryderyk Zygmunt Hohenzollern (1891-1927)


Zdjęcia: Wikipedia

    Była zszokowana, że odezwała się do księcia jak do jednego ze swoich i nie okazała należytego szacunku. Jej mąż wszedł jednak do pokoju księcia i poprosił o kilka linijek reminiscencji. Gość chętnie się zgodził i napisał na widokówce: "W przyjaznej pamięci z Königsbach. Fryderyk Zygmunt, książę pruski". Następnie panowie odeszli.

    Przez cały dzień w okolicy prowadzony był ogień armatni. Nie było już możliwości, aby książę dostał się do zamówionej przez siebie kwatery. Z uwag żołnierzy, którzy w ciągu dnia przechodzili przez wieś, mieszkańcy Königsbach wywnioskowali, że oddział niemiecki został otoczony przez Rosjan. Następnie pani Wildemann i wiele innych kobiet wzniosło gorące modlitwy do Boga o ochronę i zachowanie dla swoich ukochanych gości.

sobota, 28 stycznia 2023

Pałczew - Gmina Brójce - Podpalacz - Pożary - 1928-43

 Czerwony kur był aktywny we wsi Pałczew. Nie zawsze niestety z przyczyn losowych. W tej wsi znalazł się podpalacz, który wzniecił 12 pożarów, zanim został unieszkodliwiony. Ile nieszczęść i strat materialnych spowodował, trudno wyliczyć....

 Po złąpaniu podpalacza czerwony kur działa w dalszym ciągu co umieściłem na końcu.

Łódzkie Echo Wieczorne. 1928-03-21 R. 4 nr 69

Wiosenne harce czerwonego kura. Pożar w powiecie. 

Lórfź. 21 marca. Ubietrłej nocy nad wsią Pałczew gminy Brojce, powiatu łódzkiego, zajaśniała krwawa łuna pożaru, który wybuchł w zagrodzie Władysława Grinkego. Na ratunek płonącego gospodarstwa pośpieszyła straż ogniowa z okolicy, dzięki której pożar szybko zlokalizowano. Spaliła się szopa drewniana i dach domu mieszkalnego. Stratv spowodowane ogniem sięgają wysokości 2 tysięcy złotych. Przyczyny pożaru nie ustalono dotąd. Dochodzenie w tej sprawie prowadzi posterunek policji powiatowej.

,,Ilustrowana Republika” 3.2.1930

Groźny pożar pod Łodzią

,,Wczoraj w nocy we wsi Pałczew, gminy Brójce pod Łodzia wybuchł pożar w zagrodzie Jana Simonia. Zaalarmowane pobliskie oddziały straży ogniowej pożar po kilkugodzinnej akcji ugasiły. Spłonęło prawie doszczętnie całe gospodarstwo. Straty wynoszą 6.000 złotych. Przyczyną pożaru jak ustaliło dochodzenie był niedopałek papierosa porzucony w stodole”

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Głos Poranny : dziennik społeczny, polityczny i literacki. 1930-02-08 R. 2 nr 38

TAJEMNICZA EPIDEMJA POŻARÓW ZANIEPOKOIŁA POWIATOWE WŁADZE POLICYJNE

    Od dłuższego już czasu wieś pałczew w powiecie łódzkim była dotknięta tajemniczą epidemją pożarów, które powstawały zazwyczaj w stodołach, a następnie pochłaniały całe gospodarstwo wraz z żywym i martwym inwentarzem.
    I tak w ciągu ostatniego tygodnia naliczono we wsi Pałczew aż 8 wielkich pożarów, które doszczętnie strawiły 8 gospodarstw.
     Ta epidemja pożarów zupełnie nie wytłumaczona w porze zimowej zainteresowała komendę powiatową policji.
    Komendant powiatu łódzkiego Lange odbył na ten temat dłuższą konferencję z naczelnikiem urzędu śledczego podinspektorem Noskiem i w wyniku tej konferencji wysłano w okolice Pałczewa kilku najzdolniejszych wywiadowców urzędu śledczego oraz dwa psy policyjne.
    Policja, badając szczegółowo przyczyny każdego pożaru, stwierdziła niezbicie, że pożary te wybuchają skutkiem podpalenia, w tym też kierunku potoczyło się dalsze śledztwo.
    W międzyczasie funkcjonariusze policji przeprowadzający dochodzenie w samej wsi spotkali się z dziwną wersją, krążącą wśród mieszkańców.
    Twierdzili oni mianowicie, że nocami widzą po polach jakieś tajemnicze sylwetki, z pochodniami w ręku, które okrążają jakąś stodołę lub szopę, a w kilka godzin potem w stodole tej wybucha zwykle pożar.
    Policja naturalnie nie przywiązuje żadnej wagi do tych wersji, które są wytworem masowej sugestii, natomiast przypuszcza, iż zbrodnicze podpalenia są dokonywane przez jakiegoś umysłowo chorego człowieka, który podnieca się widokiem pożarów.
    Wskazuje na to przede wszystkim fakt, że pożary te wybuchają zwykle w stodołach, a więc sadysta ów lubuje się widokiem pożaru łatwopalnych materiałów.
    Energiczne śledztwo trwa.
    W dniu wczorajszym na miejsce tajemniczych pożarów wyjechał sędzia śledczy na powiat łódzki Natkes oraz prokurator na powiat łódzki Szczech, którzy dokonali na miejscu wizji lokalnej.
    
    
    

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Hasło Łódzkie : dziennik bezpartyjny. 1930-06-16 R. 4 nr 162

We wsi Pałczew gm. Brujce, pow. łódzkiego wybuchł pożar w zabudowaniach Franciszka Wimana. Ogień z niebywałą szybkością objął dom mieszkalny, oborę i stodołę, które jeszcze przed przybyciem straży całkowicie spłonęły. Straty wynoszą około 30,000 złotych. Władze policyjne wszczęły dochodzenie celem ustalenia przyczyny pożaru. 

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Hasło Łódzkie : dziennik bezpartyjny. 1930-06-17 R. 4 nr 163

                               UJĘCIE PODPALACZA ZAGRÓD WIEJSKICH
       SZALENIEC, KTÓRY WZNIECAŁ POŻAR DLA WŁASNEJ SATYSFAKCJI.

    W dniu wczorajszym donosiliśmy o zagadkowym powstaniu ognia w zagrodzie Franciszka Wimana, we wsi Pałczew, gm. Brójce, gdzie pastwą płomieni padły wszystkie zabudowania, stanowiące własność wspomnianego, wartości 30.000 zł.
    Władze policyjne, prowadząc dochodzenie w kierunku ustalenia przyczyn pożaru, znalazły w zgliszczach stodoły zwitek łachmanów, zawierających różne przedmioty, w których poznano własność parobka 23-letniego Wacława Doliwy. W wyniku dalszych poszukiwań ujęto Doliwę w jednej z okolicznych wsi, w chwili, kiedy wypoczywał na stogu siana.
    Badany przez policję parobek przyznał się, iż ogółem dopuścił się około 12 podpaleń, przeważnie dlatego, iż widok ognia sprawiał mu duże zadowolenie. Zagrodę Wimana podpali z zemsty, iż nie chciał on dać zajęcia.
    Dalsze dochodzenie, mające na celu ustalenie, czy Doliwa jest osobnikiem nienormalnym, czy też tylko wyjątkowo o żłośliwem indywiduum, trwa.

===============================================================

Echo. 1935-08-06 R. 11 nr 217


Dzisiaj o godzinie 1-ej w nocy wybuchł z nieustalonych dotąd przyczyn powstał w zagrodzie Kisiela Jana, we wsi Pałczew, gminy Brojce. Ogień strawił pełną tegorocznego .sprzętu stodołę, oborę, dwa wo zy, bryczkę i dalszy Inwentarz martwy. Wypadków i ludźmi nic było. Bydło zostało również uratowane. Wynikłe wskutek pożaru straty Kisiel oblicza na 11 tysięcy złotych.
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Nowy Dziennik Łódzki. 1932-11-13 R. 2 nr 314                                                                           

                           CHŁOPSKA ZAGRODA W OGNIU

We wsi Pałczew, gminy Brójce, pow. łódzkiego, wybuchł pożar w zagrodzie 60-letniego Marcina Pakuły.
    Pożar trwał od godziny 1-ej w nocy do godziny 5-ej rano. W akcji ratunkowej brała udział straż ogniowa z Wardzynia i Pałczewa.
    Podczas akcji ratunkowej uległ poparzeniom Marcin Pakuła.
    Wszystkie zabudowania spłonęły, powodując straty w wysokości około 10.000 złotych. Przyczyna wybuchu pożaru nieznana.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


Litzmannstädter Zeitung mit dem amtlichen Bekanntmachungen für Stadt und Kreis Litzmannstadt. 1943-12-28 Jg. 26 nr 362

Spalona stodoła. 21 grudnia o godz. 21.40 w stodole niemieckiego rolnika Johanna Jerke w Palczewie (gmina Königsbach) wybuchł pożar, który zniszczył stodołę z plonami i maszynami rolniczymi oraz dobudowaną szopę.

Eine Scheune eingeäschert. A m 21 Dezember, um 21.40 Uhr, entstand in der Scheune des deutschen Landwirts Johann Jerke in Palczew (Gemeinde Königsbach) ein Brand, dem die Scheune mit einqelaqerter Ernte und landwirtschaftlichen Maschinen sowie ein angebauter Schuppen zum Opfer fielen.

piątek, 27 stycznia 2023

Pałczew - Gmina Brójce - Bardzo brudna sprawa - Żwirownia - Odgłosy - 1987

     Problem tej pięknej części gminy Bójce powstał od czasu zamknięcia żwirowni. Nie było nikogo, kto ustawą by zamknął możliwość niszczenia tego terenu, wywożenia śmieci. Tak działo się na terenie całej Polski. Dla wielkoprzemysłowej Łodzi zaczęło brakować własnych miejsc do składowania tysięcy ton śmieci. Komuna nie była zainteresowana segregacją odpadów, czy też powstawaniem oczyszczalni ścieków. Przeglądając powojenną łódzką prasę, czytałem jak to łódzcy radni byli oburzeni, że żwirownie wokół Łodzi nie chcą przyjmować ich brudów, nazywali to wprost łamaniem prawa! Nikt nie jest w stanie obecnie obliczyć ile tysięcy ton śmieci, trucizn z łódzkich zakładów przemysłowych przywieziono do pałczewskiej żwirowni. Chylę czoła dla części odważnej społeczności wsi Pałczewia, którzy nie chcieli judaszowych srebrników w postaci gazu z butli, czy też pralek. Dzięki nim, duża część tej żwirowni tworzy miejsce dla dzikiej zwierzyny i ptactwa. Mieszkańcy Nowosolnej nie byli tak zdecydowani i właśnie tam zaczęto wywozić śmieci łódzkie.....Jeszcze nie tak dawno, reagowałem jako radny gminy Brójce na tony śmieci wywożonych bez żadnego nadzoru i zgody właściciela jakim jest Urząd gminy Brójce. W niedługim czasie zamontowano szlabany przy wjeździe do żwirowni, kamery. Dawno tam nie byłem, więc nie mogę, wypowiedzieć się, czy obecnie ten proceder ustał. Zapraszam na relację.

Autorem wszystkich zdjęć jest mój dobry znajomy, znakomity łódzki fotograf Janusz Kubik


Odgłosy : tygodnik społeczno-kulturalny. 1987-08-08 R. 30 nr 32


Nieważne kto postawił wieś na nogi, krzycząc: 

- Jadą! 

Każdy by tak zrobił: młody, stary, biedny i bogaty. W tej jednej sprawie nie ma między ludźmi zwady. Wszyscy są przeciw łódzkim śmieciom. Przeciw okrutnemu prawu. 

    Kto stał najbliżej, ten podskoczył do remizy, żeby zapuścić strażacką syrenę. Wycie syreny wcale nie musi wzywać do pożaru, szczególnie jeśli ją w umówiony sposób użyć. Ale tego dnia z dachu remizy nie pobiegł w świat żaden sygnał trwogi, bo akurat całą wieś odcięli od prądu. Może przez przypadek.


    Był poniedziałek, 13 lipca 1987 r. Jechali szosą od Woli Rakowej: śmieciarze na ciężarówce ze sprzętem, barakowóz i spychacz MPO. Przodem wolno jechały milicyjne radiowozy. Dzieciaki naliczyły pięć aut z kogutami na dachach.

    Dalej wszystko poszło sprawnie, jak w dobrże przećwiczonym pospolitym ruszeniu. Każdy wiedział, co do niego należy, bo nie pierwszy raz tak czynili - tylko trzeci. Gospodarze. do wozów, gospodynie na drogę, dzieciarnia na rowery. Skrzyknęli się bez pomocy syreny. Ci z Pałczewa, Wardzynia i Woli Rakowej, razem kompania chłopa. Za sklepem jest krzyżówka w lewo trakt do żwirowni. Asfaltówki przez wieś chroni prawo, bo to droga publiczna, więc każdy może nią jechać. Ale traktu do żwirowni chronią sami. Usypali go jeszcze w szarwakach, na miedzy i paru skibach lichego pola. Droga wiedzie prościutko do starego wyrobiska, a wedle nowego prawa ma prowadzić na miejskie wysypisko. Dlatego tam czekali sposobności. 


    Rychło się doczekali. Przepuścili radiowozy MO, ale wielkim ciężarówkom już drogi nie dali.  

    - Zawracać! Nazad do Łodzi - huknęły kobiety i ująwszy się pod boki wyszły wprost na koła „Kamazów". Młodsze niosły na rękach dzieci. Chłopi tymczasem zastawiają drogę furmankami. Barykadzie z furmanek i ciężkich traktorowych· przyczep może poradzić tylko czołg.

    Sołtys się nawet nie wtrącał, taki był porządek. Szczęśliwie nikogo nie poniosło. Sołtysa we wsi szanują i rad jego słuchają, bo Henryk Misiak twardo stoi za ludźmi. On też · nie chce śmietnika na palczewskich polach, chociaż lepiej od ludzi rozumie, że prawo jest po stronie władzy. Misiak nie chce śmietnika, bo wie czym to pachnie. Jak miał trochę czasu po żniwach,  jeździł oglądać wysypiska miejskich brudów. Wracał mocno zlękniony. Co zobaczył, tego się nie da na spokojnie powiedzieć - istne piekło. Na przykład na Widzewie. Smród, że z chałupy nie wychodź, latem aż dech odbiera. Upasionych szczurów całe gromady, człowieka się nie boją, przed zimą włażą do stodół. Muchy zielone, od końskich chyba większe, siadają gdzie popadnie, zarazę sieją. Próżno z nimi wojować. Albo bydło - krowy strach na łąkę wypędzić, bo się od fruwających brudów strują, mleko zgubią i jaki wtedy z nich pożytek. A od Palczewa do żwirowni ledwie pół kilometra, smród i paskudztwa wiatr akurat poniesie ku wsi. Wokół zaś żytnie pola, łąki, pastwiska i rybne stawy. Niejeden i czternaście mlecznych krów uchowa, choć ziemia tu postna, łąki bez melioracji. Rok w rok dają miastu trzy miliony litrów mleka. 


    Trochę piekła już zaznali. Będzie z dziesięć lat, odkąd w doły po pałczewskiej żwirowni sypie śmieci łódzka „Anilana". Wozi je odkrytymi wywrotkami drogą przez środek wsi. Brudy to są straszliwe - prawie sama chemia. Raz fabryka zrzuciła puste beczki po jakimś płynie, całkiem przydatne jeszcze - napisy były dziwne, pewnie amerykańskie. Kolorowe beczki przytargał na podwórze, ten przeklina do dziś - mało się trzoda nie potruła. Innym znowu razem wygrzebali deski i porąbane skrzynie z chemicznej fabryki Wzięli na opał bo o węgiel krucho. Chwalić Boga, ledwie z życiem i zdrowiem uszli, taki gaz z palonego drewna wyleciał na izbę. Teraz nikt do śmietnika nie podchodzi, chyba że strażacy z sikawkami, bo czasem śmieci zapalają się same. Trucizna też sama w ziemię wsiąka i okrutnie wykańcza drzewa. Mrą na stojąco. 

    Nie chce piekła Eugeniusz Kisiel, bo i czemu miałby chcieć. Cudze śmieci, to cudze zmartwienie. Co , innego, gdyby władza urządziła śmietnik jak należy, czyli przepisowo. Ale jedenasty już rok mija, odkąd miasto sposobi się do wywozu brudów na palczewskie pola, a nikt jeszcze żwirowni palcem nie tknął, potem nie ogrodził, zasłony z drzew nie posadził. Miastowi chcą mieć czyste ręce. Dopiero jak Łódź zapełniła, wszystkie swoje wysypiska i mało nie utonęła w brudzie, wtedy wspomniała o Pałczewie i posłała na wieś śmieciarzy. Dlatego to wiosną osiemdziesiątego piątego ludzie pierwszy raz stanęli w poprzek drogi. Na próżno wzywali milicję. Nie przeszli. 


    Młodzi też nie chcą łódzkich śmieci, no bo co za przyszłość, żyć pod cuchnącym śmietnikiem. Lepiej zawczasu uciekać do miasta, kubeł nieczystości wyrzucać do blokowego zsypu, głowę wetknąć w telewizor. Przynajmniej nie żal patrzeć, jak ojcowizna marnieje. Tutaj los podły z wyrokiem samotności - żadna dziewczyna nie zechce chłopaka spod śmietnika. Ręczy za to Wojciech Trębacz, szef koła ZMW, który z młodymi przegadał niejedną noc i stąd wie, że  najdalej za lat pięć uciekną wszyscy silni i zdrowi. 

    Pałczew jest dla Łodzi ostatnią deską ratunku. Jeśli do września tego roku władze miasta nie znajdą porozumienia ze zbuntowanymi chłopami, Łódź utonie we własnych śmieciach. Taka sytuacja gwarantuje wybuch epidemii. 


    Od ponad dwóch lat Miejskie Przedsiębiorstwo Oczyszczania wywożąc śmieci na teren żwirowni przy ulicy Marmurowej, w oczywisty sposób łamie prawo. Wysypisko to jest nielegalne. Wydział Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej Urzędu Miasta Łodzi nigdy nie wyraził zgody na składowanie tam setek tysięcy ton nieczystości organicznych. W 1973 roku zezwolono jedynie zasypywać doły gruzem budowlanym, ziemią i zmiotkami ulicznymi. Ekspertyzy hydrogeologiczne potwierdzają bowiem niebezpieczeństwo skażenia wód podziemnych toksynami wydzielającymi się z gnijących odpadków komunalnych. Pod dzikim wysypiskiem zalegają obfite źródła warstw wodonośnych, z których czerpią wodę pitną mieszkańcy aglomeracji. Dlatego jawnemu brakowi wyobraźni stanowczo sprzeciwia się Terenowy Inspektor Sanitarny z Widzewa, a Państwowa Inspekcja Ochrony Środowiska dowiodła, że Marmurowa jest kompletnie nieprzygotowana do funkcji miejskiego śmietnika. Cierpi na tym okoliczna ludność. Mimo tylu sprzeciwów, 5 tysięcy ton odpadów komunalnych dziennie wywozi się na nielegalny śmietnik. Dyrekcja MPO zbiera nagany i surowe upomnienia, raz nawet Sanepid postawił ją przed kolegium do spraw wykroczeń. Ale, żeby szanować prawo, śmieciarki MPO nie powinny w ogóle wyjeżdżać na ulice, bo w Łodzi i okolicy nie ma legalnego wysypiska. 



    Długo wysypiskiem był Józefów - dokładnie 19 lat. Na 15 hektarach wyeksploatowanej żwirowni urosła tam wielka góra śmieci ugniatana gąsienicami spychaczy. Wyrosłaby pewnie jeszcze wyżej niż 226 metrów nad poziom morza, gdyby nie mieszkańcy. dzielnicy. W lipcu 1985 roku po latach skarg na przepełnione i cuchnące sąsiedztwo, żywym murem zagrodzili wjazd do wysypiska. Wtedy właśnie władze miasta wydały decyzję ratunkową: jechać na Marmurową. Było to polecenie-- tymczasowe - ale obowiązuje do dziś. Wysypisko Józefów zostało zamknięte. 

    Zanim do tego doszło - a dojść musiało - miasto nie zadbało o nowy, odpowiednio przygotowany teren pod składowanie swoich nieczystości. Co prawda w 1974 roku w Biurze Projektów Budownictwa Komunalnego powstał wielce szczytny program oczyszczania Łodzi i województwa; lecz nie znalazł on finansowego wsparcia. W programie tym pod hasłem „Wysypisko Pałczew" czytamy: 

    „Odpady składowane będą warstwami, zagęszczane i przykryw«ne warstwami ziemi izolacyjnej. Składowanie odbywać się będzie początkowo w wyrobiskach, a następnie metodą nadpoziomową w pryzmach. Teren składowania odpadów będzie ogrodzony i otoczony pasami zieleni izolacyjnej. Do wysypiska zaprojektowano drogę dojazdową linię elektryczną, telefoniczną i wodociągową. Ścieki odprowadzane będą do zbiornika bezodpływowego, skąd wywożone będą na wysypisko lub do oczyszczalni ścieków". 

    Plan przestrzennego zagospodarowania województwa, przyjęty w 1977 roku przez Radę Narodową Miasta Łodzi, oficjalnie wytypował Pałczew na nowe wysypisko odpadów komunalnych. " Rok później Gminna Rada Narodowa w Brójcach, na terenie której leży palczewska żwirownia, otworzyła drogę łódzkim śmieciom. Był już najwyższy czas, by posadzić drzewa w ·strefie ochronnej I zacząć budować drogę do przyszłego wysypiska, zanim przepełni się „Józefów" i miasto obudzi się z ręką w nocniku.

     Ale przez sześć kolejnych lat. nie zainwestowano w wieś ani złotówki. 

    Mocno się wszakże zdziwiono w Łodzi, gdy nowi radni z Brójec. nie chcieli już obecności cudzych brudów. Zawieźli nawet stosowną petycję do Rady Państwa, lecz stolica protest odrzuciła, jako niezgodny z ustawą o planowaniu. Wtedy chłopi postawili ultimatum: będzie wysypisko, jeżeli wieś na tym nie straci - a zyska. Wieś chce zyskać meliorację łąk, przydział ciągników, dojarek i kombajnu dla kółka rolniczego, kuchenek gazowych dla gospodyń, chce pieniędzy na dom ludowy i rozbudowę szkoły. Żąda także miejskiego autobusu, który by połączył Pałczew z Łodzią, bo na razie środkami komunikacji są nogi albo rower. Łódź, która tymczasem znalazła się w sytuacji bez wyjścia, czyli bez miejskiego śmietnika, przystała na chłopskie warunki. Mają one kosztować blisko pół miliarda złotych. Na początek Łódź dała czerwony autobus, dodatkowe przydziały ciągników, kuchenki na gaz z butli dla tych którzy mają w domach wentylację i obietnice spełnienia reszty umowy do końca 1992 roku. W ślad za obietnicami posłano do Pałczewa ekipy instalatorskie MPO. 



    Ale chłopi postawili barykady. 

    Barykady wyrastają tam. gdzie me ma wiary. 

    Nie wierzy Tadeusz Sikorski  przewodniczący rady sołeckiej, bo się parę już razy ostro naciął. Od lat walczy o zwykły chleb, by go rano przywożono do sklepu, ale niczego nie wywalczył. Śmieci chcą . przywozić, a chleba - nie. Chleb chcą zabrać. No bo wszystko, co wyrośnie obok Wysypiska, zeżrą szczury albo ptaki. Z zatrutych pastwisk będzie zatrute mleko. Kto da wiarę, że w Pałczewie będzie lepiej niż przy Marmurowej. Nikt. Przecież Łódź, a trzeba długich lat starań, by wiejską żwirownię jako tako przygotować. Drzewa na przykład w dwa miesiące nie urosną. 

    Obietnicom władzy Sikorski też nie da wiary, Z obietnicami może być tak samo, jak z czerwonym autobusem. Miał jechać do Pałczewa, a pojechał gdzie indziej - do Brójec. Według Sikorskiego zabrała go sobie gmina, bo władza gminna mieszka w mieście Łodzi i lubi wygodnie dojeżdżać do urzędu. Sto głów zgodnie przytakuje Sikorskiemu: 

    - Prawdę mówi, gminą rządzi klika. Naczelnika, co od dziesięciu lat urząd sprawuje, pól wsi na oczy nie widzialo, teraz przyjeżdża z milicjantami. 

    Nie da wiary Stanisław Gandzio, bo go znowu oszukają. Na sesję gminnej rady go nie zaproszą, żeby niecne sprawki uchwalić po cichu. A radny Gondzio może opowiedzieć, jak to było z tą zgodą na wysypisko. Ano było tak: zebrała się Rada Narodowa rolniczej gminy, a w niej tylko paru prawdziwych chłopów od pługa. Inni zaś od dawna miastowi - tamtej władzy zaufani ludzie - to i przyzwolili na miejskie wysypisko. Sto głów zgodnie przytakuje radnemu: 

    - Nie ma u nas poszanowania dla chłopa, nie ma w gminie gospodarza. 

    Milczy Kazimierz Toma, kiedy pokazuje pola i łąki przy wysypisku. Las jeszcze zielony, z ziemi tryskają źródełka. Przy źródle stoi słoik, można się tej wody śmiało napić. Wszystko na zatracenie.

   

Stanisław Reymont - Prażki - Wolbórka - Będków - Odgłosy - 1976

 

Czytając w Odgłosach list pani Zofie Zaleskiej, byłem pod wielkim wrażeniem informacji w nim zawartych. Odbyłem wirtualną podróż, każde słowo "Wolbórka" sprawiało mi radość, byłem w tych miejscach, utożsamiałem się z rzeką, drzewami...... Co najważniejsze, informacje o naszym Wieszczu, nieznane mi dotychczas wzbogaciły moją wiedzę o Nim, dlatego chcę się tym wszystkim podzielić z czytelnikami.

Odgłosy : tygodnik społeczno-kulturalny. 1976-08-26 R. 19 nr 35

W reportażu „Dom” red. Tadeusz Szewera opisuje ..Wolbórkę" — miejsce, w którym Wt. St. Reymont spędzał lata młodości i pisał pierwsze swe utwory m.in. „Komediantkę" 1 „Fermenty". Pragnęłabym uzupełnić ten reportaż i sprostować nieścisłości — podając w kolejności układu treści reportażu. 


     1. Kamień pamiątkowy w miejscu starego domu został ufundowany ze składek społecznych i na skutek starań społeczności wiejskiej z sąsiadujących z Wolbórka wsi: Prążek. Zamościa, Teodorowa i Będkowa. Uroczyste „odsłonięcie” tego pomnika miało miejsce 22 października 1967 r. roku 100-lecia urodzin Reymonta). Odsłonięcia dokonał ówczesny kurator okręgu szkolnego łódzkiego mgr Jerzy Wachnik w obecności władz powiatu brzezińskiego i gminy Będków, oraz licznie zebranych mieszkańców tego terenu oraz rodziny. Godna podkreślenia jest obecność na tej uroczystości rodziny Wachników z sąsiedniej wsi Zamość. Dziad kuratora mgr. Jerzego Wachnika — Józef Wachnik był zaprzyjaźniony z Reymontem i został z imieniem i nazwiskiem uwieczniony w „Chłopach”. Jak również „Wachniki” jako ród. W imieniu rodu Wachników została przy kamieniu złożona wiązanka z napisem na szarfie — „Wielkiemu Pisarzowi — Chłopi z „Chłopów” Poza rodem Wachników w ..Chłopach” występują także rodv Balcerków, Sochów, Płachtów i inne, które do dziś zamieszkują okolice Wolbórki. 

    2. Omyłkowo podano imiona szwagrów Pisarza, zamiast Edmund Munkiewicz winno być — Józef Munkięwicz, oraz zamiast Jan Waldau winno być — Felicjan Waldau, Józef Munkiewicz był długoletnim pracownikiem kolejowym na różnych szczeblach nadzorczych na odcinku Piotrków — Rokiciny. W owym czasie wybudowano drewniane budynki stacyjne w Wolbórce (obecna nazwa stacji — Czarnocin) i w Moszczenicy. Budynki te o szczególnej ornamentacji istnieją do dziś. Przed pierwszą wojną światową były podobno przesyłane jako wzorcowe do ówczesnego Petersburga na wystawę. Obawiam się, że mocno już podniszczone ulegną zagładzie, a warto byłoby zachować je jakoś, Czy nie należałoby także przywrócić obecnej stacji Czarnocin dawną nazwę — Wolbórki? — już były na ten temat głosy w prasie.       3. Starych drzew w otoczeniu domu wolbórkowskiego jest dużo. Wierzby na dawnej grobli były sadzone ręką Józefa Rejmenta ojca Pisarza, a topole przy drodze — przez matkę Pisarza. Wymieniona w reportażu stara lipa zostala już uznana jako zabytek przyrody w latach powojennych i była zabezpieczona cementem i klamrami. Plomby te uległy jednak zniszczeniu. Obecnie Straż Ochrony Przyrody z Łodzi zainteresowała się jej stanem i jest nadzieja na ponowną konserwację. 

    4. Zjazd rodzinny na Wolbórce w 1910 roku wymieniony w reportażu dotyczył uroczystości chrzcin nie córki Katarzyny i Konstantego Jakimowicza, lecz ich wnuczki, a córki Konstantego Sylwina i Stanisławy Jakimowiczów — Marii. 

    5. Do gorących orędowników sprawy Wolbórki, to jest upamiętnienia związku tych okolic z życiem i twórczością Reymonta, należą nie tylko członkowie rodziny, ale i np. p. Stanisław Wachnik emerytowany nauczyciel zamieszkujący w Łodzi, oraz Piotr Szychowski nauczyciel liceum z Tomaszowa Maz. Znaczenie Wolbórki w życiu i twórczości Reymonta znane było także szerszym kręgom osób, świadczy o tym wywiad, jaki przeprowadził bodaj w latach pięćdziesiątych red. Kazimierz Zygmunt z Łodzi z p. Franciszkiem Wachnikiem ówczesnym wójtem gm. Będków i ze mną,  który to wywiad był podany przez rozgłośnię łódzką. Cała nasza rodzina miała i ma wielki sentyment do Wolbórki. Po śmierci sióstr Reymonta i likwidacji ich mieszkań zostawały na Wolbórkę przekazywane znajdujące się u nich uprzednio różne pamiatki z domu rodzinnego Reymontów oraz nieliczne (wskutek zniszczeń wojennych) książki z dedykacjami pisarza i kartki pisane jego ręką. Bardzo niepokoi mnie los powierzonych mi w celu pozostawania ich na Wolbórce kilkunastu kartek pisanych przez Reymonta do siostry Wacławy Waldau (po jej śmierci w 1949 r.). Kartki te zostały ode mnie wypożyczone, były robione z nich odpisy bodaj, dla „Ossolineum”, treść tych kartek jest umieszczona w „Listach do rodziny" Reymonta, ale do Wolbórki nie wróciły i nie wiem co się z nimi dzieje. Idea renowacji starych mebli z domu rodzinnego Reymonta i gromadzenia na Wolbórce innych nielicznych już niestety pamiątek po pisarzu i jego domu rodzinnym dla udostępnienia ich wglądowi publicznemu zaistniała w latach poprzedzających 100-lecie urodzin Laureata Nobla. Inicjatorem tej akcji był mgr Zygmunt Jakimowicz (wnuk Katarzyny), który wiele pracy i serca temu poświęcił. Nie wiem na jakiej podstawie przekazane zostały p. Szewerze domniemane moje plany, cytuję: „Zofia Załęska projektuje oddanie swojej części domu takiej instytucji, która zajęłaby się remontem i jednocześnie zaopiekowała zebranymi przez nią pamiątkami”. Nigdy nie projektowałam i na razie nie projektuję oddania swej części domu jakimikolwiek instytucji o czym informowałam najbliższą rodzinę. W części tej są cztery izby, które są potrzebne do użytku mojego i mojej, często odwiedzającej Wolbórkę rodziny Jest to zbyt małe pomieszczenie do równoczesnego mieszczenia się instytucji i osób postronnych. Przypisywanie mi intencji oddania domu instytucji w celu przeprowadzania przez nią remontu jest również niezgodne z prawda, gdyż jak dotąd znajduję się w sytuacji materialnej, która nie wymaga zasiłku z funduszy społecznych. Zebrane w jednym z pokojów pamiątki są otoczone opieka i dostepne zwiedzającym. Plany moje są inne. Chcę mianowicie przekazać wydzieloną część gruntu na zbudowanie ośrodka pracy twórczej dla literatów lub innych twórców, którzy mieliby patronat nad Wolbórką i co umożliwiłoby upamiętnienie jej na dalsze odległe lata. W tej sprawie poczyniłam Już pewne kroki. 

    7. Odnośnie nazwy „Wolbórka” należy wyjaśnić, że faktycznie nazwę taka ma rzeka, dopływ Pilicy. oraz miała taką nazwę stacja kolejowa (obecnie „Czarnocin”). Dom znajduje się administracyjnie we wsi Prażki gm. Będków. Nazwa hipoteczna — „Osada młyńska Jakubów". Wśród rodziny utarło się jednak wyrażenie, że przebywa się lub wyjeżdża się „do Wolbórki" w Wolbóree działo się to lub tamto, i tak już pozostało, że miejscem rodzinnym jest Wolbórka. I tak oznaczał Pisarz miejsce napisania swvch utworów, lub w liskach zapytywał, co się dzieje na Wolbórce, czy też donosił, te zakopał się u ojca na Wolbórce”. 

    8. Chciałabym jeszcze sprostować kolejność imion Reymonta. Zmieniając nazwisko z Rejmenta na Reymonta zmienił także kolejność swych imion ze" Stanisław, Władysław na Władysław Stanisław". W rodzinie zawsze był Stanisławem, ,,wujem Stasiem". Przesyłając najistotniejsze moim zdaniem uzupełnienia i sprostowania do reportażu pt. „Dom” uprzejmie proszę o podanie ich w druku w Waszym tygodniku. 

                                                                                            Z poważaniem Zofia Zaleska

czwartek, 26 stycznia 2023

Brójce - W Brójcach była zabawa - Odgłosy - 1987

 Ktoś czytając ten artykuł w Odgłosach powie, co to za historia? - nie minęło przecież 40 lat...

Dla mnie jest to historia..., w budynkach Urzędu Gminy, GOK i OSP w Brójcach często przebywam, jako radny tej gminy. Zresztą wszystko co jest związane z tematyką gminy jest mi bliskie, tematy poruszane w tym materiale, są i dziś aktualne. Czytając o Pawle Gońdzio, zrobiło mi się ciepło, szanowałem tego człowieka, był wielkiego serca, pomocny na każdym kroku. Zapraszam do przeczytania tego reportażu, być może ktoś rozpoznaje swoich bliskich, znajomych na zdjęciach?

Odgłosy : tygodnik społeczno-kulturalny. 1987-11-07 R. 30 nr 45



Heniek, najbardziej życzliwy i uprzejmy wąsacz pośród kierowców samochodów służbowych, wjechał w podziemia gmachu w pobliżu al. Mickiewicza i manewrując niby rajdowiec pomiędzy filarami ustawił wóz przy rampie. Sceneria przypominała podziemny garaż z amerykańskiego filmu o gangsterach, lecz nikt nie strzelał, choć sprawa była polityczna. Pani Zdzisława Trojanowska z WK ZSL oraz pani Grażyna Pokojowy, kierownik Rejonowego Ośrodka Działania, spuściły windą na rampę paczki z książkami i sympatyczną panią blond księgarz. Operacja się udała. Kiermasz z udziałem Łódzkiego Domu Książki stanowił ważny element w inauguracji szkolenia politycznego ZSL na szczeblu rejonu. 

    No i pojechaliśmy, pomagając wieszczowi w realizacji zamysłu, iżby księgi zbłądziły pod strzechy. Dosłownie rzecz biorąc jest to niemożliwe, albowiem pewny nowoczesny prominent. z czasów gdy łódzkie było prawdziwym województwem, wytępił wszystkie strzechy propagując stropodachy Na szczęście chłopi zaczynają ostatnio budować domy z dachami spadowymi, więc trochę tej wsi widać pod Łodzią.

    W Brójcach oczekiwał nas gospodarz całej imprezy, Henryk Skrzyński, sekretarz GK ZSL. Krótko przystrzyżony, o chłopięcej twarzy i spojrzeniu człowieka doświadczonego, który wie, czego chce. Ma już przystojną żonę. 

    Wścibski reporter nie wdając się w pogawędki ruszył na rekonesans. Zanurzywszy się w plenerach stwierdził, że nad Brójcami świeci jeszcze prawdziwe październikowe słońce, powiewa ciepły wiatr, snuje się nić babiego lata i z topól opadają liście, które wywozi taczką na zaplecze rzetelny gminny sanitariusz. A w ogóle jeśli chce się znaleźć wzorowe gminne centrum, to tylko w Brójcach . Z jednej strony asfaltowej drogi kiosk „Ruchu". z drugiej zaś przystanek PKS, gdzie reklamują się na tablicach fotografowie z Woli Rakowej i Kurowic oraz mistrz od przewijania silników. Rozkład jazdy · jest mniej czytelny, ponieważ wisi pod dachem wiaty, żeby go chłopi nie przekuli na lemiesze.



    Ustaliłem z całą pewnością, ten obiecany autobus miejski zmylił już trasę, omija Brójce i zahacza o Pałczew, jak się domagali mieszkańcy. 

    Z porzystanku PKS widać całe centrum. Na pierwszym planie dwa modrzewie, topola z resztką wstążek na pniu, pewnie po dożynkach, ciągnik i liczne samochody. Na lewo ładny pawilon z dwoma sklepami, spożywczym i przemysłowym. Na prawo okazała remiza OSP i przystawiony do niej, lecz nie mniej okazały, budynek Gminnego Ośrodka Kultury. A pośrodku długi, piętrowy estetycznie pomalowany i otoczony zewsząd pięknie utrzymanymi kwiatami gmach, w którym mieszczą się Urząd Gminy, siedziby partii i organizacji politycznych, biblioteka, poczta. Ośrodek Zdrowia. Na zaplecze zabrakło funduszy, toteż przybytek ludzkich potrzeb znajduje się w tzw. stanie surowym. W niewielkim betonowym korytku dla panów leżało uwite ze słomy gniazdo w którym zapewne niosły się okoliczne kury. Przybytek świadczy jednak usługi, albowiem zza drzwi dobiegają dźwięki przypominające zmagania człowieka z własnym jestestwem.

Naczelnika gminy tego dnia nie widziałem. Za to od rana widoczne były kobiety z Brójec i okolicy. które przygotowywały to wszystko. co tylko kobieta na wsi zdolna jest wvczarować. Pracowały pod przewodem opiekunki Kół Gospodyń Wiejskich. Janiny Gniazdowskiej i szefowej miejscowego KGW Danuty Szwed


Pierwsza osoba rozpoznana: Heniu Zawada, wieloletni radny (obecnie także)w Gminie Brójce!

     Podczas mojego rekonesansu pojawili się dwaj dziennikarze. Jan Olszewski z „Zielonego Sztandaru" i red. Łuczak z „Dziennika Ludowego", ponieważ inauguracja szkolenia politycznego wiązała się z obchodami dni prasy ludowej. Dzięki Bogu, że ja tego nie świętowałem, bo tamtych co rusz wywoływano do tablicy, a Olszewskiego to nawet posadzono za stołem. I tak on opowiedział o wydawnictwach ZSL i o tym, jak dziennikarze cenią sobie szczerość i lubią pisać o tym, czym żyje wieś, to potem jedni dziękowali prasie za pomoc, a drudzy twierdzili, że prasa kłamie i bywa służalcza, ale nie w stosunku do chłopa. 

    Obejrzałem miejsce inauguracji. Sala przyjemna, z barwnymi jupiterami, festonami na lampach wiszących i z dorodnym fikusem. Nad wnęką napis: „Dziś Disco", a na tylnej ścianie rodzina  kolorowych krasnali przed chatką. Zanim to odnotowałem, pan Heniek przywiózł docenta doktora habilitowanego Konrada Gałuszkę, który miał uświadomić ludowców ze wsi, co im grozi ze strony cywilizacji. Około czternastej byli już prawie wszyscy, łącznie z: prezesem WK ZSL, Jerzym Chojnackim. Na kiermaszu mimo wysokich cen znaczny ruch w interesie, bo i wybór bogaty

    Książki z zakresu lecznictwa i hodowli, upraw, żywienia, a obok tego beletrystyka. Dużym wzięciem cieszyły się „Wykroje" i „Między ustami, a brzegiem pucharu", często też obywatele płacili dyskretnie po 420 zł. za "Barwy seksu" Lwa Starowicza. 


    Wreszcie pani G. Pokojowy wyjaśniła, jak będzie przebiegać i jakie formy przybierze szkolenie polityczne w okresie kampanii sprawozdawczo-zjazdowej w ZSL, po czym głos zabrał docent Gałuszko, który w tonie pogodnym zaczął przepowiadać Apokalipsę. Wieś jest mniej skażona pyłami przemysłowymi, ale pod Łodzią metale ciężkie sprawiają, że chorują kobiety ciężarne i szerzy się wcześniactwo w porodach. A na dodatek , węglowodory wielopierścieniowe kumulują się w glebie i przenikają do tkanek roślin działając rakotwórczo. Fluor zaś tak działa na układ kostny zwierząt, że krowom łamią się nogi na pastwiskach. I co zrobić z tymi gazami tworzącymi obłoki, z których potem spadają trujące kwaśne deszcze? A Bełchatów ze spalanym zasiarczonym węglem dość blisko ...

W tym momencie spoczęło na mnie spojrzenie Anki Orzechowskiej. Było takie, jakby dziennikarka przymierzała mnie do kamery telewizyjnej lub do trumny. Twarz jej była blada z przerażenia. Wyszła w pośpiechu z sali, więc pośpieszyłem jej na pomoc. Okazało się jednak, że Telewizja opanowała lewe skrzydło budynku GOK, gdzie na rejonowej wystawie kwiatów, owoców i warzyw, w które wkomponowano papieroplastykę pod postacią kwiecia, pająków i kolorowych światów, tętniło jeszcze życie. Pośród słojów z przetworami, pieczarek ze łbami jak pięści, pośród ogórków, ściętych pni brzóz, chryzantem i koszy z drobnymi kwiatami wiły się telewizyjne przewody I mówiono do kamery, co i gdzie urodziło się z tych wspaniałości : Pewien sceptyk nacinał kozikiem burak ćwikłowy. aby sprawdzić czy tutejsi rolnicy nie fuszerują i czy on naprawdę jest czerwony. Szalenie przystojna brunetka w białym wdzianku zapytała. co mi się najbardziej podoba. Odparłem, że burak pastewny. Był takich rozmiarów, że gdyby młody Władysław Komar pchnął nim w trybuny zamroczyłby dwa sektory widzów. Pochodził z Wiskitna. No, a te cudnie wyszywane płótna? Też z Wiskitna. Wykonała je przystojna brunetka, pani Janina Siedlecka. 




    A w sali docent Gałuszko ostrzegał, żeby się nie śmiać, bo chłopi sami się zatruwają, pijąc i paląc w nadmiarze tytoń oraz spalając węgiel, a każdy komin zagraża środowisku. Ponadto wieś nie powinna używać dezodorantów, które są lżejsze od powietrza i niszczą ochronną warstwę ozonu nad Ziemią. Wieś śmieci, co także jest zagrożeniem, i trzeba z tym skończyć. 

    Moim zdaniem te śmieci najczęściej podrzucają do wsi samochody z łódzkich fabryk, ale żeby nie było wzajemnych obwinień, gmina Brójce uzyska dla przykładu wzorcowe wysypisko śmieci w Pałczewie. Na zakończenie docent pocieszył zebranych, że nie jesteśmy uprzemysłowieni w tym stopniu, co Europa Zachodnia, więc nie jest aż tak groźnie, tyle że wiatry zachodnie zatruwają nas kapitalistyczna zgnilizną. Trudno temu zapobiec, a ponieważ znajdujemy sję w trudnych warunkach ekonomicznych, więc do działania na rzecz ochrony środowiska musi nas zdopingować instynkt samozachowawczy czyli strach.

  Wszystkie fotografie: Grzegorz Gałasiński.

    Natenczas do stanowiska „Dziś Disco" podłączył się technik z lampą na długiej tyczce i zaczęło się kamerowanie. Rolnicy byli tak tym wszystkim wstrząśnięci, że zaczęli tytułować docenta profesorem i prosić, aby coś zrobił, żeby nie zatruć całkiem Brójec, bo to najlepsza rolniczo gmina w województwie. A jak tu zaczęto utwardzać drogi pyłem dymnicowym, to krowy mają poronienia i przestają być cielne. Teraz znowu ogrodnicy płacą za kominy, nie wiadomo, czy to kara, czy podatek, czy na fundusz ochrony środowiska. A jak każdy komin groźny, to wkrótce wszystkie wsie będą płacić, nie tylko ogrodnicy. A małych filtrów brak. No i to wysypisko„. Najpierw niewielkie, a teraz doszło ze strefą ochronną do 173 ha. Trzeba będzie wysiedlać i wywłaszczać dziesiątki ludzi. Głosu wsi się nie słucha, prasa ani lektor NK ZSL nie zadecydują o lokalizacji wysypiska, więc napisali do marszałka Sejmu, Romana Malinowskiego... 

    Podczas wymiany zdań mignęła mi w tłumie znajoma twarz. Człowiek był. tak zaaferowany, że mnie nie dostrzegał, więc go nie zaczepiałem. Z uwłosienia nawet do mnie podobny, tyle że były blondyn i bez brody. Wyszedłem za nim na ganek i zobaczyłem pojazd podobny do osinobusu, pełen kolorowych strojów ludowych. Zrobiło mi się raźniej, lżej na sercu. Przyjechali. „Rzgowianie".

    Tymczasem w sali nieustępliwy w walce o czystość środowiska pan Gondzio argumentował, że bez konsultacji z chłopami. zadecydowano o lokalizacji wysypiska. I nie chodzi już o to, że przeprowadzono tylko badania ekonomiczne i że przy ciągłym ruchu ciężkich śmieciarek od wibracji mogą się zawalić chałupy. Rzecz w tym, że nie było ekspertyzy kompleksowej, a tu jakieś 250 m od śmietniska zaczyna się źródlisko Wolbórki. I jeśli ktoś zza biurka cieszy się z tego powodu, że Wolbórka wpada do Pilicy poniżej spiętrzenia wód, z których korzysta Łódź, a dalej to można zatruwać, bo to już nie nasze środowisko, to nie jest to po polsku ani po obywatelsku. 

    W hallu nastąpiło coś w rodzaju happeningu. Otoczony tłumem zaszokowanej publiczności, oślepiony blaskiem jupitera na tyczce, prezes Jerzy Chojnacki odpierał dzielnie ataki Anki Orzechowskiej, która zadawała mu kłopotliwe pytania. Z drugiej strony uśmiechała się do mnie znajoma twarz. I zaraz potem wpadłem w braterskie uściski, ponieważ znajoma twarz należała do Wojtka Kacperskiego, z którym solidarnie przebębniłem podstawówkę w Rzgowie. Przed dwoma laty Wojtek, z zawodu rzemieślnik, wbrew opinii społecznej i wszelkim przeciwnościom założył duży zespół folklorystyczny. Jest to w życiu Rzgowa zjawisko tak niezwykłe. iż wymaga obszernego potraktowania w reportażu. 

   Następnie głos zabrał prezes Chojnacki, który oświadczył, że partia chłopska ma bronić chłopów we wszystkich sprawach,  a szkolenia są m. in. po to aby się uczyć, jak zmieniać mentalność ludzi w urzędach, które nieraz zamiast pomóc, utrudniają chłopom życie. Wysypisko, rzecz jasna, musi gdzieś być, ale prezes też widział te pulsujące źródełka w Paczewie, szkoda więc niszczyć przyrodę i marnować wodę pitną: Tym bardziej. że ochrona środowiska to także sprawa żywności, której wciąż mamy za mało. Jeżeli do Pałczewa, mówił prezes, bedzie się przywozić 5 tys. ton śmieci dziennie, to te kratery po żwirowni w rok się zasypie. Z Łodzi do Bełchatowa jest o 20 km dalej niż do Pałczewa, koszt transportu byłby więc wyższy, ale za to miejsca na śmieci starczyłoby na co najmniej sto lat, tę dziurę będzie się tam kopać przez pół wieku, bo tyle jest węgla. 

    Pośród oklasków zebrani skierowali się do prawego skrzydła na degustację. Powiedziałem Telewizji, że Wojtek Kacperski, z kt6rym chodziłem do szkoły, jest właśnie kierownikiem zespołu „Rzgowianie". Anka Orzechowska obrzuciła nas krytycznym okiem prezenterki i oznajmiła, że ja wyglądam starzej. Ze wzruszenia zaplątałem się z nią w kablach. Ania szepnęła mi do ucha z pieszczotliwą obłudą że to nieprawda, ale ona miała to w scenariuszu, po czym rzuciła się do stołów, gdzie chłopcy robili jej kamerowe przebitki z samych kanapek. - Jezus Maria - wrzasnęła - nie samo żarcie, jedzących też! 

    Nad stołami unosił się dyskretnie zapach jarzębiny, lecz ja się z nim nie zderzyłem. Kanapki były bogato przekładane tym, co zrodziła natura na wsi, z wyjątkiem odrobiny śledzika z puszki. Natomiast wszystkie pyszne, pachnące ciasta pochodziły z domowego wypieku.

    Tutaj jeszcze degustacja, a w sali słychać już Borynowe wesele! To rzgowska kapela uderza w instrumenty. Kapelusze, kontusze, śpiewający klarnet i z werwą dudniący bęben, tańce i śpiewy! 

    Sekretarz Skrzyński częstuje mnie prawdziwą wiejską kieł­basą. Innych wyrobów domowej produkcji nie skosztowałem, ponieważ bełchatowski lej depresyjny sięga już Bronisina, gdzie wysychają studnie, bliżej zaś woda zalatuje czymś, co docent Gałuszko nazywa skażeniem, i w Pałczewie już nie pędzą. 

    A w sali sama młodość, bo większość zespołu „Rzgowianie" jeszcze w podstawówce. Stroje, tańce, przyśpiewki w stylu mazowieckim. Dudni podłoga, świsty, gwizdy, pohukiwania, okrzyki radości wyrywające się z młodych piersi. Łza się w oku kręci. .. Zatrzymane to, co przemija ... · I nie są to chrapliwe, ponure wrzaski z rockowego rykowiska ... 

    Za oknami już noc, a ja stoję, słucham i myślę, że WK ZSL w Łodzi jest na dobrej drodze, aby odejść raz na zawsze od łopatologii, drętwoty. pustosłowia i zdemokratyzować w pełni życie polityczne w swoich szeregach. Ludzie nie cierpią suchego werbalizmu. Uczą się jednak chętnie wówczas, gdy interesuje ich temat wykładu i gdy mogą przy okazji połączyć przyjemne z pożytecznym.

    A na estradzie barwne korowody i występy solistów. Teraz już czapki z piórami i stroje krakowskie, no i „Płynie Wisła, płynie", a potem jeszcze cały bogaty program z gaikiem. aż się w oczach mieni i nogi same podrygują do tańca. 

    Tak się tym wzruszyłem, że pojechałem z artystami do swoich, czyli do Rzgowa. Ale żaden rzgowski milicjant nie odprawił mnie z honorami z gospody prosto do wytrzeźwialni. Nie dlatego, że zmieniono tam komendanta, ani te MO nie wkracza na teren przykościelny, gdzie mieści się przystanek autobusowy. Ten pełen wrażeń dzień sprawił, iż w głowie miałem pełno muzyki. I jadąc miejskim autobusem linii 266 do miejsca zameldowania na pobyt stały, gdzie czekała na mnie wierna Penelopa bez ·ukrytych, pod szlafrokiem narzędzi tortur, myś!alem, te może nie będzie jeszcze tak źle. Zespół ,.Rzgowianie" swoją tkwiącą w tradycji świeżością i młodością jakby rozwiał nieco obraz tego, co nas czeka. W Brójcach mówiono o degradacji środowiska, o ginącej wodzie. chorobach. zamierającej roślinności, a ci młodzi ze Rzgowa znaleźli na to antidotum. znaleźli swój sposób na życie. Jakby na przekór wszelkiemu złu i na pocieszenie w ich muzyce. tańcu i śpiewie szumią jeszcze wierzby, płynie woda źródlana, falują łany zbóż i pachnie łąką..

środa, 25 stycznia 2023

Herman Wendt - Rodzina - Nowosolna - Neu-Sulzfeld - Łódź - cz.2

 

W ubiegłym roku (22.4.2022) zamieściłem na blogu materiał o Hermanie Wendt. 

Herman Wendt - Nowosolna - Neu-Sulzfeld - Łódź - Kolej - Elektrownia - 1945


Na początku tego roku napisał do mnie Pan Szymon:

"Dzień dobry, znalazłem ten artykuł przypadkiem, poznałem dość dobrze historię rodziny Wendt. Żona Hermana Wendta była to Janina Wendt z domu Weil. Posiadam kilka zdjęć tej rodziny jeżeli jest Pan zainteresowany to proszę o kontakt na e-mail:......"

 Troszeczkę czasu to trwała, dzisiaj otrzymałem ten materiał poparty zdjęciami. Bardzo dziękuję Panie Szymonie, być może ktoś odnajdzie swoich bliskich, na tym polega moja praca na blogu,serdecznie pozdrawiam i zapraszam do lektury!

Dzień dobry, 

Przepraszam że dopiero teraz odpisuję na pana wiadomość ale zdrowie mi nie pozwala tak angażować się jak kiedyś ale jeżeli chodzi o rodzinę Hermana Wendta to opisuję : 
Herman Wendt miał żonę Janinę Weil córkę Bolesława i Malwiny  Weilów, Janina miała także dwie siostry Helenę Olgę Weil która także razem z Hermanem Wendtem zginęła 3 sierpnia 1944 roku, oraz Irenę Łucję Weil ( 1890-1955 ). Jeżeli chodzi o Hermana i Janinę Wendt to mieli oni dwie córki które nigdy nie założyły rodziny były to Anna Wendt ( ur. 31 sierpnia 1925 roku w Łodzi, zmarła 19 grudnia 2011 roku w Łodzi ) oraz Janinę Wendt ( ur. 18 kwietnia w Łodzi, zmarła 19 lutego 2020 roku - z tego co mi wiadomo zmarła w swoim mieszkaniu pogrzebem zajęło się miasto)
Herman i Janina spoczywają w warszawie zamieszczam w załączniku zdjęcia z ich grobu, natomiast córki spoczywają w grobie Bolesława Weila i jego rodziny ( także przesyłam zdjęcia ich grobu ) 
Posiadam także pocztówkę Janiny Weil zrobioną prawdopodobnie w 1917 roku oraz jej zdjęcie z roku 1928. ( także dołączam do załącznika ) 
W razie pytań proszę śmiało pytać mam nadzieje że jakoś dam radę pomóc. 
Pozdrawiam 
Szymon S.

Przepraszam zapomniałem dodać że posiadam jeszcze zdjęcie z podobizną Bolesława  Weila ojca Janiny Wendt zamieszczam w załączniku 







                                                           Grób Bolesława Weil.



                                                             Janina Weil - Wendt

      

.                                                             Nieznajoma.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------