sobota, 28 lutego 2026

Regulacja Hipotek - Piotrków - Pabianice - 1826

W tych dniach minęło 200 lat od Regulacji Hipotek . Zamieściłem w tym materiale tylko wsie w województwie piotrkowskim. Pabianic i okolicy. Pisownia oryginalna.

Źródło: Biblioteka Cyfrowa WBP w Lublinie

                  DZIENNIK URZĘDOWY WOJEWÓDZTWA LUBELSKIEGO

w Lublinie dnia 19 kwietnia 1826 roku. 

                                              OBWIESZCZENIE

                                       TRYBUNAŁ CYWILNY

                       Pierwszey instancyi Województwa Lubelskiego.

Na skutek Postanowienia NAYJAŚNIEYSZEGO PANA z daty 12 (24) Stycznia r. b. Regulacyą Hipotek Dóbr Narodowych z któremi Skarb Publiczny do Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego przystępuie nakazującego, i na skutek reskryptów Kommissyy Rżadowych, Sprawiedliwości i Przychodów i Skarbu dd. 22 i 24 Lutego r.b. Rozpoczynaiąc Regulacyą takową Hypotek. podaje do wiadomości publiczney iż do przyimowania Aktów pierwiastkowego regulowania Hypotek Dóbr Realności niżey wymienionych w Województwie Kaliskim położonych wyznaczył termin, iako to na dzień 1 Maja 1826 r. dla: 

2/ Dóbr Narodowych Ekonomii Czarnocin składaiącey się z folwarku wsi Carnocin i młyna Wygoda z wsi Wóytostwa i z wsi Bierzywody z Folwarku i wsi Podolin i młyna wodnego Podolin z wsi Biskupia wola i młyna Franki, z wsi Gaykowice i młyna Maciejek, z części wsi Srocka, z wsi Wodzyn i wsi Tychów, z folwarku i wsi Szczukwiu, z wsi Wóytostwo, z folwarku Podolin, z wsi Gościmowic, z młyna Abraham, z folwarku Tuczynek, Starostwo z wsi Tuczynek, z wiatraka w Tuczynie i z młynów Pyć i Kunka, tudzież z folwarku i wsi Rydzyny, wszystkich w Powiecie i Obwodzie Piotrkowskim sytuowanych.

10. Dóbr Narodowych Ekonomij Pabianice składającey się z folwarku i wsi Wiskitno, z folwarku Potaznia z wsiów Karniszew, Piątkowizna i Róża z folwarku Pabianice, z wsi Bychlew, z miasta Pabianice, z młynów Łęczno, Grobelno stary, i nowy, z wsiów Jutrzkowic i Mogilno, z folwarków Młodzieniaszek i Żytowice, z wsiów Żytowice i woli Żytowskiey, z folwarku i wsi Konin, z folwarku i wsi Górka, z folwarku i wsi Świątniki,, z wsi Kudrowa, z folwarku i wsi Szynkielów, z wsi Petrykozy, z folwarku i wsi Bras, z wsi Petrykin i Rokicie, z folwarku, wsi i młyna Ruda, z folwarku Widzów, z Rypultowice, Laskowice, Gadka i Chocianowice, z folwarku i wsi Wola Zaradyńska, z folwarku i wsi Łdzar, z folwarku Majówka, w Powiecie Szadkowskim: z folwarku i wsi Huta Wiskicka, z wsi Guzów i Kalino, z folwarku i wsi Gospodarz, z wsi Guzów Grodzisko, Czyzinin, Prawda i Kalinko, z folwarku i wsi Broyce, z folwarku i wsi wola Rakowa, z wsi wola Kutowa, Pałczew i Kraszów, z folwarku i wsi Wardzyn, z folwarku i wsi Kotliny, z wsiów Karpin, Kurowice i Dalków, z folwarku i wsi Dłutów, z folwarku i wsi Huta Dłutowska, z wsi Leszczyn, z folwarku W. Leszczyny, z wsi Orszak, z folwarku i wsi Szlątkowice, z wsi Mierżączki i Łazisko, z miasta Rzgów, w Powiecie i Obwodzie Piotrkowskim, z młyna, Laskowcie i Talar, z osad wieczno dzierżawnych iako to: Kolonij Chechło, Pawlikowice, i Wymysłowo, z folwarku Wymysłów, z osad wieczno dzierżawnych Markówka, Dąbrowa, Xawerów i Olechów, z młynów Mieszage, Pliszka, Jachim Bruss, Rokicie, Charzen, Chachuła, Czyryczyn, i Wiskitno, w powiecie Szadkowskim Obwodzie Sieradzkim, Kolonij Starowa Góra, Rędlica i Bakowice, z młynów Gospodarz, Radzyn, Cieplucha, Karpin, Kotliny, Kozia, Pułtalarek, Molenda, Lipiniec, Depcik i Grodzisko.... 


Żywocin - Stroje ludowe - Wojsko - Archiwum Muzyki Wiejskiej

 



Piękne zdjęcia z Żywocina zamieszczone na forach Biblioteki Cyfrowej WBP w Lublinie!



AMW_06_0013 - łódzkie

Pamiątkowe zdjęcie kawalerki, z harmonią siedzi Bolesław Bąk

Żywocin, 1939-1945

wymiary: 9.0cm x 6.5cm


osoby :

Bąk Bolesław - darczyńca (harmonia)

AMW_06_0021 - łódzkie

Pamiątka z wojska harmonisty Bronisława Bąka z Żywocina, zdjęcie wykonane przed II wojną

ok. 1938

wymiary: 14.0cm x 9.0cm


osoby :

Bąk Bronisław - darczyńca


AMW_06_0053 - łódzkie

Muzykanci na zabawie

Żywocin, 1964

wymiary: 9.0cm x 6.0cm


osoby :

Bąk Bronisław (harmonia)
Lenarczyk Adam (trąbka)
Pakowski Stanisław - darczyńca (klarnet)

AMW_06_0090 - łódzkie

Muzykanci grają do tańca na zabawie

Żywocin, 1964

wymiary: 13.5cm x 8.5cm


osoby :

Bąk Bronisław (harmonia)
Duda Ryszard (perkusja)
Lenarczyk Adam (trąbka)
Pakowski Stanisław - darczyńca (klarnet)


amw_06_0119 - łódzkie

Harmonista Bolesław Bąk z dziewczyną

Żywocin, 1950-1959

wymiary: 6.0cm x 9.0cm


osoby :

Bąk Bolesław - darczyńca (harmonia)

amw_06_0122 - łódzkie

Pamiątkowe zdjęcie muzykantów na zabawie zrobione w czasie II wojny

Żywocin, 1939-1945

wymiary: 9.0cm x 14.0cm


osoby :

Bąk Bolesław (skrzypce)
Bąk Bronisław (harmonia)
Stępień Józef (harmonia)


amw_06_0123 - łódzkie

Zabawa w czasie II wojny

Żywocin, 1939-1945

wymiary: 14.0cm x 9.0cm


osoby :

Bąk Bolesław (harmonia)

pozostałe instrumenty :

skrzypce

AMW_06_0006 - łódzkie

Pamiątka z Częstochowy, z lewej strony harmonista Bolesław Bąk z Żywocina

Częstochowa

wymiary: 9.0cm x 14.9cm


osoby :

Bąk Bolesław


AMW_06_0007 - łódzkie

Pamiątkowe zdjęcie rodziny Bąków z Żywocina

1930

wymiary: 13.5cm x 9.0cm


osoby :

Bąk Wojciech - darczyńca











piątek, 27 lutego 2026

Będków - Stroje ludowe - Biblioteka Cyfrowa w Lublinie

 


Piękne zdjęcia z Będkowa zamieszczone na forach Biblioteki Cyfrowej WBP w Lublinie!

Pamiątkowe zdjęcie panien z Będkowa koło Ujazdu. "Na pamiątkę p. Marci"


AMW_06_0009 - łódzkie

Pamiątkowe zdjęcie panien z Będkowa koło Ujazdu. "Na pamiątkę p. Marci"

Będków, 1930-1939

wymiary: 9.0cm x 14.0cm


osoby :

Dziedzic S. - darczyńca

AMW_06_0008 - łódzkie

Pamiątkowe zdjęcie panien z Będkowa koło Ujazdu

Będków, 1920-1939

wymiary: 8.5cm x 13.5cm


osoby :

Dziedzic S. - darczyńca



Będków - Pijaństwo gminiaków - Nowa Jurzenka - 1912

 Bardzo krytyczny artykuł dotyczący mojego kochanego Będkowa, myślę, że mocno przesadzona informacja o pijaństwie...

                                                        CIĄGLE TO SAMO.

Miasteczko Będków położone w powiecie brzezińskim (gub. piotrkowskiej) odznacza się wielką ospałością i upodobaniem do trunków, bol posiada monopol, karczmę i dwie piwiarnie, które mają odbyt największy, a za to kółko rolnicze i sklep udziałowy ledwie cipią. Łatwo z tego domyślać się, że tam na wójta wybiera się: wódka, piwo i kiełbasa, nie gminiacy. Kto potrafi dużą fundę urządzić, za tym oświadcza się gmina i już obejmuje urząd wójtowski, a jak go sprawuje, pożal się Boże! I nie może być inaczej. Rozumny i sumienny gminiak nie pożąda fundy, ani jej jej nie przyjmie, bo taka funda przedwyborcza ubliżałaby jemu, gdyby wziął w niej udział. Więc kto idzie na fundę przedwyborczą? Tylko pijacy, trunkowcy, którzy mają tylko gardło i brzuch, a głowy myślącej nie posiadają. Dla takich wszystko jedno, kto chce zostać wójtem, byleby fundował dużo i często. Gdy fundator hojnie dorwie się do wójtostwa, już musi dbać o naprawienie swej kieszeni, podziurawionej fundą i - troszczyć się o swe gardło i swój brzuszek. "Pierwej ja wam fundowałem, kiedyście byli mi potrzebni, - tak powie ten i ów pan wójt, - a teraz wy mi fundujcie, gdy wam jestem potrzebny w czemkolwiek". - Taki porządek zgubnym być musi dla każdej gminy. Gdy pijacy, trunkowcy rządzą w którejkolwiek gminie, tam niema dobrego gospodarza, tam niema dobrego troski o dobro gromady, tylko każdemu pilno do karczmy, bo w niej druga kancelarja gminna.


Ciągle to samo. 

środa, 25 lutego 2026

Synagogi - Paul Juckoff - Architektoniczny Atlas Polski - 1921- cz.1

 

Bardzo ciekawe materiały w temacie Synagog opracowane przez Paula Juckoffa i wydane w 1921 roku. Tych pięknych zabytków już nie ma, pozostały zdjęcia i opisy....

                                                          SYNAGOGI

Wśród żydowskich domów modlitwy można znaleźć wspaniałe budowle o zupełnie wyjątkowym charakterze. Konstrukcja i poszczególne formy architektoniczne niektórych typów są często tak oryginalne i tak jednolite w całym kraju, że można naprawdę mówić o tradycyjnej twórczości artystycznej polskich Żydów. 1)

Szczególnie wśród drewnianych synagog można znaleźć prawdziwe perły architektury drewnianej. Są one szczególnie interesujące, ponieważ zostały zbudowane wyłącznie przez żydowskich budowniczych i rzemieślników i pozwalają nam poznać twórczość artystyczną, której Żydom powszechnie odmawiano. Obalają one również powszechnie panujący w Niemczech pogląd, że religia żydowska zabrania przedstawiania zwierząt. W większości drewnianych i kamiennych synagog można znaleźć bogate malowidła na sufitach i ścianach, od najprostszych motywów roślinnych po najbardziej bogate i artystyczne przedstawienia krajobrazów i zwierząt w stylizowanej formie. W synagogach w Gombinie (il. 191-192) i Kutnie (il. 190) można znaleźć piękne tego typu malowidła. Niezwykle charakterystyczne są również kształty dachów, które często w trzech lub czterech stopniach wieńczą monumentalną bryłę budynku i często wraz z wieżami krzyżowymi górują nad otaczającymi je zabudowaniami mieszkalnymi (il. 186-191, 197-198, 200 i 202). Monumentalny kształt dachów wynika prawdopodobnie z nakazu Talmudu, aby świątynie wyróżniały się spośród domów mieszkalnych.

Szczególnie pięknym przykładem osobliwej i doskonałej pod względem formy architektury tych drewnianych synagog jest synagoga w Jeziornym koło Grodna (il. 187). Jakże monumentalna jest cała konstrukcja, jakże przejrzysty jest rozkład mas i jak dobrze budowla komponuje się z powierzchnią dachu; jakże uroczysty jest przedsionek z prostym układem kolumn i jakże osobliwe są ozdobne elementy umieszczone na potężnym głównym gzymsie. Podobnie jak zewnętrzna część, również wnętrze jest wykonane w sposób spójny i subtelny; wszystko jest dopracowane bez większego wysiłku, ale z wyczuciem formy i dobrym kunsztem rzemieślniczym.

                                                     Ilustracja 190 - Synagoga w Kutnie

                               Ilustracja 191. Gombin (Pow. Gostynin), Drewniana Synagoga.


                                             Ilustracja 192. Wnętrze drewnianej Synagogi.

                                                     - Ciąg dalszy nastąpi -


Sehr interessante Materialien zum Thema Synagogen, zusammengestellt von Paul Juckoff und veröffentlicht im Jahr 1921. Diese wunderschönen historischen Bauwerke gibt es heute nicht mehr, geblieben sind Fotos und Beschreibungen....

                                                                       SYNAGOGEN

Prächtige Bauten von ganz eingenartigem Charakter findet man unter den jüdischen Bethäusern. Der Aufbau und die architektonischen Einzelformen gewisser Typen sind öfters so originell und so einheitlich über das ganze land verbreitet, daß man wirklich von einem traditionellen Kunstschaffen der polnischen Juden sprechen kann. 1)

Namentlich unter den Holzsynagogen findet man wahre perlen der Holzbaukunst. Sie sind darum von besonderem Interesse, weil sie, wohl auschließlich von jüdischen Baumeistern und Handwerkern errichtet, uns mit einem Kunstschaffen bekannt machen, das den Juden allgemein abgesprochen worden ist. Auch wiederlegen sie die in Deutschland viel verbreitete Ansicht, daß die jüdische Religion die Darstellung von Tieren verbietet. In den meisten Holz= als auch Steinsynagogen findet man reiche Decken= Wandmalereien, vom einfachsten Rankenwerk bis zur üppigsten und hoch künstlerischen Darstellung von Landschaften und Tieren in stilifierter Auffassung. In der Synagogen zu Gombin (Abb. 191-192) und Kutno (Abb. 190) z. B. findet man schöne derartige Malereien. Äußerst eigenartig sind auch durchgängig die Dachformen die oft in drei =bis vierfacher abstufung den Baukörper monumental bekrönen und öfters zusammen mit Vierungstürmen die umliegenden Wohnstätten gewaltig überragen (Abb. 186-191, 197-198, 200 u 202). Die monumentale Ausbildung der Dachformen ist wohl zurückzuführen auf die auf die Vorschrift des Talmud, Gotteshäuser aus den Wohnstätten herauszuheben.

Ein besonders schönes Beispiel für die eigenartige und formvollendete Bauweise dieser Holzsynagogen ist die Synagoge von Jeziorny bei Grodno (Abb. 187). Wie monumental ist der ganze Baukörper, wie klar sind die Massen verteilt und wie gut verhält sich der Aufbau zur Dachfläche; wie feierlich wirkt die Vorhalle mit der einfachen Säulenstellung und wie eigenartig sind die Schmuckformen an dem mächtigen Hauptgesims angebracht. Ebenso wie das Äußere ist auch das Innere in einheitlicher und feinsinniger Weise durchgeführt; alles ist ohne großen Drunk, aber mit seinem Formenverständnis und gutem handwerklichen Können durchgearbeitet.








poniedziałek, 23 lutego 2026

Brzeziny - Kościoły - Atlas architektoniczny Polski - 1921

 Bardzo interesująca książka Juckoff Paula z 1921 roku:

Architektonischer Atlas von Polen: Kongress - Polen) - Atlas architektoniczny Polski: Kongres - Polska

                                                                Powiat Brzeziny

Kościół parafialny. Budowla gotycka z XIV i XV wieku. Przebudowy wieży w XVIII wieku w stylu barokowym. Bardzo ładna kopuła jako kaplica boczna. Dobrze zachowana.

Kościół Świętego Ducha (il. 145) Zbudowany w 1737 roku. Barokowy, murowany, otynkowany. Dobrze zachowany.

Kościół reformowany z dawnym klasztorem (il. 144). Zbudowany w 1627 r. przez Kaspra Laskowskiego. Styl barokowy, fronton wejściowy podzielony pilastrami. Nad chórem bogato profilowana barokowa drewniana wieżyczka; nieco zbyt duża. Dobrze zachowany.

Kościół św. Anny. Budowla drewniana z dawną masywną dobudówką zakrystii. Zbudowany w 1719 r. przez Stanisława Bujakiewicza. Dobrze zachowany.









Kreis Brzeziny

Parachial Kirche. Gotischer Bau aus demn 14. und 15. Jahrhundert. Umbauten am Turm aus dem 18. Jahrhundert im Barockstil. Sehr schöner Kuppelanbau als Seitenkappele. Gut erhalten.

Heilige Geistkirche (Ab.b. 145) Erbaut 1737. Barock=Backsteinau verputzt. Gut erhalten.

Reformatenkirche mit früherem Kloster (Abb. 144). Erbaut 1627 von Kaspar Laskowski. Barockstil, der Eingangsgiebel durch Pilaster sein gegliedert. Über dem Chore ein reich profilierter barocker Dachreiter aus Holz; in den Abmessungen etwas groß. Gut erhalten.

St. Annakirche. Holzbau mit älterem massiven Sakristeianbau. Erbaut 1719 von Stanislaus Bujakiewicz. Gut erhalten.





Będków - Łaznów - Ujazd - Tomaszów - Piotrków - Kościoły

 

Bardzo interesująca książka Juckoff Paula z 1921 roku:

Architektonischer Atlas von Polen: Kongress - Polen) - Atlas architektoniczny Polski: Kongres - Polska. Mnóstwo pięknych zdjęć kościołów. W tej części kościoły mi bliskie.

Architektonischer Atlas von Polen : (Kongress-Polen)




Będków (kr. Brzeziny), kościół parafialny. Będków (kr. Brzeziny), Katholische Pfarrkirche.


           Łaznów (Powiat Brzeziny), Kościół drewniany - Łaznów (Kr. Brzeziny), Holzkirche


Ujazd (powiat brzeziński), kościół parafialny. - Ujazd (Kr. Brzeziny), Katholische Pfarrkirche.


Tomaszów (powiat brzeziński), drewniany kościół. - Tomaszów (Kr. Brzeziny), Holzkirche.

             Petrikau (Piotrków), kościół parafialny. - Petrikau (Piotrków), Pfarrkirche.



niedziela, 22 lutego 2026

Styczeń 1945 roku - Łódź - Dąbie n. Nerem - Ucieczka Niemców - Der Heimatbote - 9/1955 - cz.7

 

                                            Najpierw zbadać, potem uderzyć

W ostatniej części nasz autor opisał, jaki fałsz ujawniła towarzyszka Pietrzak, która chciała wydać niemieckiego lekarza, składając zeznania, ale sama potknęła się o własną pułapkę. Polskie służby specjalne znalazły się teraz w kłopotliwej sytuacji, muszą przyznać się do nieudanego aresztowania i tortur oraz zwolnić więźnia.

Kiedy zszedłem na dół, byłem wyczerpany i poprosiłem o wizytę u lekarza. Tym razem spełniono moją prośbę i trafiłem do gabinetu lekarskiego. „Chciałbym prosić”, powiedziałem do lekarza siedzącego w gabinecie, „o prześwietlenie, ponieważ odczuwam silny ból po prawej stronie, mam złamane żebra”. „Prześwietlenie rentgenowskie?” – zapytał. „Nie ma czegoś takiego dla Niemca! Jest pan przecież Niemcem narodowym?”. „Tak” – odpowiedziałem. „Jestem”. Rozebrano mnie, obejrzał moją zakrwawioną, opuchniętą klatkę piersiową i powiedział: „No cóż, mamy nadzieję, że będzie lepiej. Może pan odejść”. Tajna policja ponownie zaprowadziła mnie do piwnicy.

Cały dzień leżałem na pryczy. Żal mi było moich współtowarzyszy niedoli, którzy tak wyczerpani wracali do piwnicy po bezużytecznej, bezsensownej pracy. Przenoszenie cegieł z jednego rogu podwórza na drugi! Znów doszło do pobić! „A pan, panie doktorze, pewnie wychodzi pan z tej jaskini morderców. Na podwórzu mówiono o panu”. Wszyscy trzej leżeliśmy wyczerpani, zamienialiśmy ze sobą kilka słów, jeden próbował dodać otuchy drugiemu.

                                                        Szef przychodzi osobiście

Nagle, pod wieczór, drzwi się otworzyły. Byłem zdumiony i nie mogłem uwierzyć własnym oczom, ponieważ towarzysz Szpikowski, szef tego okrutnego oddziału, pojawił się osobiście w piwnicy. Podszedł prosto do mojego łóżka. „Doktorze Ziegler, przyszedłem panu powiedzieć, że jest pan wolny. Proszę natychmiast pójść ze mną”.

Wstałem, uścisnąłem dłoń moim współtowarzyszy cierpienia, pożegnałem się z nimi i wyszedłem. Widziałem łzy w ich oczach.

Towarzysza Szpikowski zaprowadził mnie do pokoju, w którym wcześniej mnie bito. Był tam obecny on i jeszcze jeden komunista, przewodniczący komisji śledczej. Pan Szpikowski wygłosił przemówienie skierowane do mnie.

„Doktorze Ziegler, oskarżenie i zeznania pani Pietrzak były oszczerstwem, a ona kłamała, jest pan niewinny. Okazało się, że nie miał pan nic wspólnego z Greiserem. Przeprowadziliśmy również dochodzenie w mieście i w szpitalu na temat pana osoby. Polscy robotnicy i ich towarzysze stwierdzili, że był pan przyjacielem narodu polskiego. Od towarzysza Wieczorka dowiedzieliśmy się również, że w czasie, gdy nasi Polacy byli zmuszeni do budowy okopów ochronnych, jako lekarz bez honorarium opiekował się Pan głodującymi dziećmi i często dawał im pożywienie. Jest więc teraz tak wielu świadków, że oskarżenie Pietrzak było oszczerstwem, a Pan jest niewinny, dlatego też uwalniamy Pana. Cieszę się, że nie został pan rozstrzelany i że pańska sprawa została wyjaśniona. Może pan teraz podjąć pracę w klinice dziecięcej. Czy jest pan gotowy to zrobić?”

„Nie”, odpowiedziałem. „Jako Niemiec nie mam prawa tu pracować, a mój dom i mieszkanie zostały skonfiskowane, jak pan wie”. „Tak, ale zapomina pan, że ma pan do czynienia z potężną tajną policją państwową. Już jutro może pan zamieszkać w swoim domu i pracować w szpitalu”. „Nie”, powiedziałem, „chcę wrócić do pracy w Dąbiu, tam jest moje obecne miejsce pracy, tam mieszka moja matka, której muszę pomagać. Uważam też, że tam jest moje miejsce, ponieważ mam tam możliwość pomagać wielu chorym, a oni na mnie czekają. Żałuję tylko, że przez pewien czas będę musiał zrezygnować z mojej pracy i że brutalne bicie jest tutaj stosowane nie po badaniu, ale już przed badaniem, bo inaczej nie dostałbym go”. „To nie nasza wina”, odpowiedział, „Ja byłem przeciwny, inni byli za”.

„Więc chce pan wrócić do Dombie?” – zapytał. „No dobrze. Zadzwonię do milicji w Dąbiu, że jest pan wolny, że będzie pan tam pracował i że niech w końcu dadzą panu spokój.

Otrzymałem z powrotem swoje rzeczy. W teczce brakowało tylko mojego cennego pióra wiecznego, które zatrzymano na „pamiątkę”.

„Mój towarzysz jest właśnie w mieście i zabrał pióro” – powiedział pan Szpikowski. Odprowadził mnie do wyjścia, zatrzymał się przed drzwiami i powiedział do mnie:

„Doktorze, nie ma pan gdzie spać. Proponuję, żeby pan przenocował u mnie. Mieszkam przy ulicy Zgierskiej, niedaleko Juljanowa”.

„O nie”, odpowiedziałem, „to niemożliwe. Pan jest Polakiem, a ja Niemcem, naraziłby się pan na niebezpieczeństwo. Poza tym mam wielu przyjaciół w Łodzi, którzy mieszkają wprawdzie w piwnicach i strychach, ale zawsze są gotowi udzielić mi schronienia. Dziękuję za to nieoczekiwane zaproszenie, ale naprawdę nie mogę z niego skorzystać”. Podając mi rękę, otworzył żelazne drzwi dużym kluczem. Obok mnie stał uzbrojony żołnierz.

                                                                    Wolny na ulicy

Byłem na ulicy. W tej chwili nie mogłem uwierzyć, gdzie się znalazłem i w którym kierunku powinienem iść. Rozejrzałem się z niepokojem. Naprzeciwko zobaczyłem niemieckie gimnazjum, obecnie tylko kamienny symbol dawnej niemieckiej nauki w Łodzi. Wokół było tak mało ludzi. Przechodzili obok mnie wygłodzeni Niemcy, na twarzach których widać było strach i głód. Wszyscy byli tak nieśmiali, że sam wielokrotnie się oglądałem. Wydawało mi się, że to nadal sen, a nie rzeczywistość, że mogę się tu swobodnie poruszać. -

Drzewa alei były w pełnym rozkwicie. Zachodzące słońce oświetlało małe akacje, w których śpiewały ptaki. Strumień świeżego powietrza, którego tak bardzo brakowało mi w więzieniu, napływał do moich płuc. Oddychałem głęboko, a powietrze mnie orzeźwiało. Szedłem powoli i obserwowałem przechodniów. Nie, to nie była już stara Łódź, którą znałem, ale zupełnie obce i wrogie miasto!

Ziemia, na której się urodziliśmy.

Gdzie nasi ojcowie pracowali,

Gdzie kiedyś była nasza ojczyzna,

Stała się dla nas hańbą...

Udałem się do moich krewnych na ulicę Żeromskiego. Zostali wysiedleni i mieszkali w małym pokoiku pod dachem. Ich mieszkanie zostało splądrowane, a oni przeżyli straszne rzeczy. Dostałem łóżko polowe, umyłem się i położyłem. W piwnicy nie miałem mydła ani wody do mycia. Podano mi szklankę herbaty, która była dla mnie prawdziwym orzeźwieniem. Następnego dnia wyruszyłem w drogę do Dąbia. Pojechałem jednak przez Kalisz, aby odwiedzić tam moją żonę i dzieci.

                                                                       W Kaliszu

Moja rodzina mieszkała w piwnicy, spotkałem tam moje najmłodsze dzieci. Elisabeth miała zaledwie 8 lat. Opowiadała mi wiele o swoim życiu w Kaliszu. „Wiesz, tato”, powiedziała do mnie, „kiedy Polacy przechodzą obok naszego okna, plują przez otwarte okno, bo tu mieszkają Niemcy”. Elisabeth musiała opiekować się naszą małą Ingeborg. Christa, 16-latka, została zabrana do pracy. Pracowała z panią Krause z Łodzi na majątku należącym do fabryki Müllera, potem wróciła do Kalisza i musiała wykonywać prace w ogrodzie dziadka Müllera. Pewnego dnia otrzymała polecenie, aby pojechać z pracownikiem fabryki do miejskiej rzeźni. Tam musiała zejść do biologicznej jamy, w której leżały odpady i wnętrzności, a pracownik podawał jej je na górę. Podłoże było miękkie, a smród nie do zniesienia. Tysiące much zaczęło się poruszać...

Pracownik stał na górze i z zadowoleniem obserwował mękę niemieckiej dziewczyny. „No i jak ci tam, Christa?”, zapytał, patrząc do dołu z góry. „Hej, chyba jeszcze nigdy nie pracowałaś tak ciężko...”. Mojej żonie również „znaleziono” pracę, tak jak wszystkim niemieckim kobietom w Kaliszu.

Mężczyźni i chłopcy – w wieku od około 16 do 65 lat – zostali w Kaliszu, podobnie jak w całej Polsce, zgodnie z rozkazem Armii Czerwonej, umieszczeni w obozach pracy przymusowej, a później wywiezieni na Rosję. Sam widziałem obóz w centrum miasta z napisem „Zbiorczy Punkt dla Niemców”.

Pewnego dnia moja żona ponownie zobaczyła na ulicy grupę niemieckich mężczyzn, którzy byli zmuszani do pracy. Wśród nich rozpoznała pastora Alexandra Grosse z Zagórza/Hinterbergu, powiat Konin. Został on aresztowany wraz z wszystkimi mężczyznami ze swojej parafii i przewieziony do obozu w Kaliszu, gdzie również musiał ciężko pracować. Moja żona miała przyjemność trzykrotnie dostarczać pastorowi Grossowi żywność do obozu. Kiedy po raz czwarty przybyła do obozu, był już w drodze do Rosji, gdzie zginął. Jego była służąca Marysia przyniosła do Kalisza długą listę podpisów Polaków i Żydów, którzy powrócili do miejscowości i wszyscy poręczyli za dobroczyńcę z Zagórowa, a władze zaproponowały, aby w końcu go uwolnić. Ale było już za późno. Pociąg do Rosji ruszył już w drogę. Najstarszy syn P. Grossa, Theodor, musiał już wcześniej wyruszyć do Rosji, podczas gdy jego najmłodszy potomek, Viktor, pozostał w domu w Zagórowie.

                                                                 (ciąg dalszy nastąpi)


                                       Erst untersuchen - dann schlagen

Unser Verfasser erzählte in der letzten Fortsetzung, wie die Falschheit per Genossin Pietrzak an den Tag kam, die den deutschen Arzt durch ihr Zeugnis hatte ans Messer liefern wollen und selbst über die von ihr gelegten Stricke gestolpert war. Der polnische Geheimdienst befindet sich jetzt in der peinlichen Lage, die verfehlte Verhaftung und Tortur zuzugeben und den Gefangenen freizulassen.

Als ich nach unten kam, war ich erschöpft und brachte die Bitte vor, zu einem Arzt gelassen zu werden. Diesmal tat man es, ich kam ins Arztzimmer. "Ich wollte Sie bitten", sagte ich zu dem Arzt, der im Zimmer saß, "mich zu durchleuchten, denn ich habe rechts starke Schmerzen, meine Rippen sind gebrochen." "Röntgendurchleuchtung?" sagte er, "so was gibt es nicht für einen Deutschen! Sie sind doch ein Volksdeutscher?" ,,Ja", sagte ich, "das bin ich." Ich wurde ausgezogen, er sah sich meinen blutigen, geschwollenen Brustkorb an und meinte: "Nun ja, wir wollen hoffen, daß es besser wird. Sie können gehen." Ich wurde von Geheimpolizisten wieder in den Keller gebracht.

Den ganzen Tag lag ich auf meiner Pritsche. Meine Leidensgenossen taten mir leid, so erschöpft kamen sie in den Keller von der unnützlichen, unsinnigen Arbeit zurück. Ziegeltragen von der einen Ecke des Hofes in die andere! Schläge hatte es auch wieder gegeben! "Und Sie, Herr Doktor, kommen wohl aus diesr Mördergrube heraus. Da draußen im Hof hat man von Ihnen gesprochen." Alle drei lagen wir erschöpft, wechselten Worte miteinander, einer suchte den andern zu ermuntern.

                                                      Der Leiter kommt persönlich

Plötzlich gegen Abend wurde die Tür geöffnet. Ich staunte und wollte meinen Augen nicht trauen, denn Genosse Szpikowski, der Leiter dieser grausamen Abteilung, ist selbst im Keller erschienen. Er kam gleich an mein Bett heran. "Dr. Ziegler, ich bin gekommen, Ihnen mitzuteilen, daß Sie frei sind. Kommen Sie sofort mit mir." 

Ich stand auf, reichte meinen Leidensgenossen die Hand, verabschiedete mich von ihnen und ging hinaus. Tränen sah ich in ihren Augen.

Genosse Szpikowski brachte mich in das Zimmer, wo man mich vorher geschlagen hatte. Er und noch ein Kommunist, der Vorsitzer des Untersuchungsauschusses, waren anwesend. Herr Szpikowski hielt eine Ansprache, die an mich gerichtet war.

"Dr. Ziegler, die Beschuldigung und die Angaben, die Frau Pietrzak eine Verleumdung war und daß Sie unschuldig sie hat gelogen. Es hat sich herausgestellt, daß Sie mit Greiser nichts zu tun hatten. Wir haben aber auch in der Stadt und im Krankenhause über Ihre Person nachgeforscht. Polnische Arbeiter und ihre Genossen haben festgestellt, daß Sie ein Freund des polnischen Volkes waren. Wir haben auch vom Genossen Wieczorek erfahren, daß Sie während der Zeit, wo unsere Polen gezwungen waren, die Schutzgräben zu bauen, deren hungernde Kinder als Arzt ohne Honorar betreut und ihnen auch oft Nährmittel gegeben haben. Es sind jetzt also so viele Zeugen vorhanden, daß die Anklage der Pietrzak eine Verleumdung war und daß Sie unschuldig sind, deshalb lassen wir Sie auch frei. Es freut mich, daß Sie nicht erschossen worden sind und daß Ihre Sache geklärt ist. Sie können jetzt Ihre Arbeit in der Kinderklinik aufnehmen. Sind Sie bereit, dies zu tun?" 

"Nein", antwortete ich. "Ich habe als Deutscher hier kein Recht zu arbeiten, auch mein Haus und meine Wohnung sind beschlagnahmt, wie Sie wissen." ,,Ja, Sie vergessen aber, daß Sie mit der mächtigen Geheimen Staatspolizei zu tun haben. Sie können schon morgen in Ihrem Hause wohnen und im Krankenhaus arbeiten." "Nein", sagte ich, "ich möchte nach Dombie zu meiner Arbeit zurück, dort ist mein jetziger Arbeitsplatz, dort wohnt meine Mutter, der ich helfen muß. Ich glaube auch, daß ich dort am Platze bin, denn ich habe die Möglichkeit, dort vielen Kranken zu helfen und sie warten auf mich. Ich bedauere nur, daß ich für eine gewisse Zeit auf meine Tätigkeit werde verzichten müssen und daß die heftigen Schläge hier nicht nach der Untersuchung, sondern schon vor der Untersuchung verordnet werden,. denn sonst würde ich doch wohl keine bekommen haben." "Das ist nicht unsere Schuld", erwiderte er, "ich war dagegen, die anderen waren dafür."

"Also Sie wollen nach Dombie zurück?" fragte er. "Nun gut. ich telephoniere an die Dombier Miliz, daß Sie frei sind, daß Sie dort arbeiten werden, und man möchte Sie dort endlich in Ruhe lassen.

Meine Sachen bekam ich zurück. In der Aktentasche fehlte nur meine wertvolle Füllfeder, die man zur "Erinnerung" behalten hat. "Mein Genosse, der ist eben in der Stadt und hat die Feder mitgenommen", sagte Herr Szpikowski. Er begleitete mich bis zum Ausgang, blieb vor der Tür stehen und sagte zu mir:

"Herr Doktor, Sie haben doch keine Stelle, wo Sie schlafen könnten. Ich würde Ihnen vorschlagen,. bei mir zu übernachten. Ich wohne an der Zgierska in der Nähe von Juljanow."

,,O, nein", sagte ich, "das ist ein Ding der Unmöglichkeit. Sie sind ein Pole und ich ein Deutscher, Sie würden ja in Gefahr kommen. übrigens, ich habe viele Freunde in Lodz die zwar in Kellern und Dachkammern wohnen, aber sie sind immer bereit; mir eine Schlafstelle zu geben. Ich danke Ihnen für die für mich so unerwartete Einladung, aber ich kann sie wirklich nicht annehmen." Er reichte mir die Hand und öffnete mit einem großen Schlüssel die eiserne Tür. Ein bewaffneter Soldat stand in meiner Nähe.

                                                        Frei auf der Straße

Ich war draußen auf der Straße. Im Moment konnte ich es kaum fassen, wo ich mich befand und in welcher Richtung ich gehen sollte. Ich schaute mich ängstlich um. Gegenüber sah ich das Deutsche Gymnasium, jetzt nur ein steinernes Wahrzeichen einstiger deutscher Wissenschaft in Lodz. Ringsherum so wenig Leute. Abgerissene Deutsche, in deren Gesichtern man Angst und Hunger sah, gingen vorbei. Die Leute waren alle so schüchtern, ich selbst schaute mich wiederholt um. Es schien mir, als ob es noch ein Traum wäre und keine Wirklichkeit, daß ich mich hier frei bewegen ,dürfte. -

Die Bäume der Allee standen in voller Blüte. Die untergehende Sonne beleuchtete die kleinen Akazienbäume in denen die Vögel zwitscherten. Ein Strom frischer Luft die ich im Gefängnis so entbehrt hatte, drang in meine lunge hinein. Ich atmete tief und die Luft erfrischte mich. Ich ging langsam und beobachtete die Vorübergehenden. Nein, das war nicht mehr das alte Lodz, das ich kannte, sondern eine ganz fremde Stadt und eine feindliche!

Die Erde, auf der wir geboren.

Wo unsere Väter geschafft,

Wo einstmals uns Heimat gewesen,

Ist uns geworden zur Schmach ....

Ich begab mich zu meinen Verwandten auf die Zeromskiego Str. Die waren ausgesiedelt und wohnten in einem Dachstübchen. Ihre Wohnung hatte man geplündert, und sie haben schreckliches erlebt. Ich bekam ein Feldbett, habe mich gewaschen und hingelegt. Ich habe ja im Keller keine Seife und kein Wasser zum Waschen gehabt. Man reichte mir ein Glas Tee, welcher für mich eine wahre Erquickung war. Am nächsten Tage begab ich mich auf den Weg nach Dombie. Ich bin aber über Kalisch gefahren, um dort meine Frau und Kinder zu besuchen.

                                                                       In Kalisch

Meine Familie wohnte in einem Keller, ich habe dort meine jüngsten Kinder angetroffen. Elisabeth war erst 8 Jahre alt. Sie erzählte mir viel von ihrem Leben in Kalisch. "Weißt Du, Papa", sagte sie zu mir, "wenn die Polen an unserem Fenster vorübergehen, dann spucken sie durch das offene Fenster hinein, denn hier wohnen Deutsche." Elisabeth hat unsere kleine Ingeborg betreuen müssen. Christa, 16 Jahre alt, wurde zur Arbeit genommen. Sie arbeitete mit Frau Krause aus Lodz auf einem Gut, welches zur Fabrik Müller gehörte, sie kam nachher wieder zurück nach Kalisch und mußte in Opa Müllers Garten die Arbeiten verrichten. Eines Tages erhielt sie den Befehl, mit einem Fabrikarbeiter ins Städtische Schlachthaus zu fahren. Dort mußte sie in eine biologische Grube hinabsteigen, wo Abfälle und Gedärm lagen und das dem Arbeiter nach oben reichen. Der Boden war weich, ein Gestank, daß man es kaum aushalten konnte. Tausende von Fliegen kamen in Bewegung .... Der Arbeiter stand oben und betrachtete mit Wohlgefallen die Qual des deutschen Mädchens, "Nun, wie ist es Dir dort, Christa ?", fragte er, in die Grube von oben schauend, "he, so schwer hast Du wohl noch nicht gearbeitet .... " - Meiner Frau hatte man gleichfalls eine Arbeit "vermittelt", wie allen deutschen Frauen in Kalisch.

Männer und Jungen - vom 16. Lebensjahr etwa angefangen bis zum 65. Lebensjahr - waren in Kalisch, wie überall in Polen, gemäß Befehl der Roten Armee, in Zwangsarbeitslager gebracht und später nach Rußland verschleppt worden. Ich selbst sah das Lager im Zentrum der Stadt mit der Aufschrift "Zbiorczy Punkt dla Niemcow".

Eines Tages erblickte meine Frau wieder eine Gruppe deutscher Männer auf der Straße, die zur Arbeit getrieben wurden. Unter diesen entdeckte sie Pastor Alexander G r o s s aus Zagórow/Hinterberg, Kreis Konin. Man hatte ihn mit sämtlichen Männern seiner Gemeinde verhaftet und nach Kalisch ins Lager gebracht, wo er auch schwer hot arbeiten müssen. Meine Frau hot die Freude gehabt, Pastor Gross dreimal Lebensmittel ins Lager zu reichen. Als sie das vierte Mal ins Lager kam, war er schon auf dem Wege nach Rußland, wo er auch umgekommen ist. Sein früheres Dienstmädchen Marysia hatte nach Kalisch noch eine lange Liste mit Unterschriften von Polen und Juden mitgebracht, die wieder in den Ort zurückgekehrt waren und sich alle für den Wohltäter von Zagórow verbürgten und die Behörden boten, ihn endlich freizulassen. Aber - zu spät. Der Zug noch Rußland hatte sich bereits in Bewegung gesetzt. Der älteste Sohn von P. Gross, Theodor, hat schon früher den Weg nach Rußland antreten müssen, während sein jüngster Sproß, Viktor, daheim in Zagórow geblieben ist.

                                                                     (Schluß folgt)



Styczeń 1945 roku - Łódź - Dąbie n. Nerem - Ucieczka Niemców - Der Heimatbote - 8/1955 - cz.6

 Autor, lekarz z Łodzi, opowiada dalej o swoich przeżyciach z 1945 roku i zadaje pytanie, dlaczego dziesięć lat później musieliśmy tak gorzko cierpieć w Polsce.

                                      Pocieszenie w najciemniejszej godzinie

Nie mogłem zasnąć. Leżałem i rozmyślałem o swojej sytuacji w tej ciemnej nocy, w tym ciemnym lochu. A była to naprawdę ciemna noc w moim życiu. Stało się dla mnie jasne, że ja również tutaj zginę. Ale czy to musiało być konieczne? Ponieważ należę do narodu niemieckiego? Czy to ma być moja zbrodnia, czy też jestem odpowiedzialny za okrucieństwa popełnione podczas II. wojny światowej przez mocarstwo, które chciało podbić świat? A może zamierzają mnie zabić jako przedstawiciela niemieckiej inteligencji, która obecnie (1945 r.) ma zostać zniszczona w dzikiej i bezsensownej walce klasowej o dominację nad światem? Dlaczego podczas przesłuchania mówili o ogrodzie, o parku? Co to wszystko miało znaczyć? Myśli piętrzyły się, pytania goniły pytania, szukałem odpowiedzi i nie znalazłem żadnej.

A jednak ten loch, ta jama morderców, gdzie ściany codziennie są splamione ludzką krwią, gdzie ludzie są torturowani, a nawet mordowani, jest faktem. Loch i sala tortur, gdzie ludzie są torturowani na śmierć w postępowym XX wieku! A jednak to nie jest sen, to rzeczywistość, widzę to na własne oczy, widzę nieludzkie sceny, widzę ściany pokryte krwią; co mogło się dziać w tym lochu w ostatnich dniach, skoro ściany są tak zakrwawione!

Tak, czyżby ludzie byli tu tak niewinnie mordowani? Jakże niewinne wydają mi się doświadczenia „Wspomnienia z martwego domu” Dostojewskiego w porównaniu z tym piekłem, które zostało stworzone w imię dyktatury, która chce narzucić światu swoją naukę. Dostojewski przeżył straszne rzeczy na Syberii, ale czego doświadczają miliony ludzi w więzieniach współczesności (1945 r.) i nazywa się to postępem i kulturą, popełnia się niewiarygodne grzechy wobec bliźnich, których Bóg stworzył na swoje podobieństwo, tylko dlatego, że ci bliźni mają inne zdanie i poglądy...

Czy wyjdę stąd i znów zobaczę moich bliskich – ta myśl nie dawała mi spokoju. Tylko modlitwa i łączność z Bogiem dawały mi pocieszenie i siłę w tej ciemnej godzinie: Tej nocy widziałem też wyraźnie więzienie, w którym przebywał apostoł Piotr, widziałem, jak otworzyły się drzwi i wyprowadzono Piotra. „ I oto anioł Pański przyszedł ... i kajdany spadły z jego rąk” (Dz 12, 7). Te słowa Pisma Świętego przeniknęły moje serce i stało się dla mnie jasne, że nikt nie może mnie uwolnić z tej jaskini morderców, tylko sam Bóg.

To Zbawiciel, który przebywa również w lochu więźniów, może mi pomóc. W tej najciemniejszej godzinie mojego życia, kiedy stałem na krawędzi śmierci, odkryłem na nowo, że wszystkie problemy życia mogą być rozwiązane tylko przez Niego. Niech tam na zewnątrz odrzucają Go i wyśmiewają, ale krzyż z Golgoty pozostaje centrum naszego życia, z którego płynie siła i zbawienie dla mnie i całej ludzkości. Wszyscy musimy przejść przez Golgotę i podjąć decyzję: za lub przeciw.

Świat jest zalany ludzką krwią, ponieważ był przeciwny Ukrzyżowanemu. Również ta morowa dziura mogła powstać tylko dlatego, że ludzie Go odrzucili. Tylko Jego światło, Jego moc może ocalić ten świat od zguby i dać nam nowe życie.

Tutaj, w więzieniu w Łodzi, tak wyraźnie widziałem dwa światy: świat światła i świat ciemności. I tutaj, w więzieniu, na nowo przekonałem się, że istnieją tylko dwa światy. Świat ciemności i świat światła, świętego światła, które kiedyś zostało sprowadzone z nieba na tę ziemię i zapalone, i które do dziś świeci wszystkim narodom w tej ciemności. I tylko w tym świetle można rozwiązać wszystkie problemy narodów i zakończyć walkę między narodami, bezsensowną walkę, nędzę, cierpienie, polityczne więzienia, które są tylko oznaką wewnętrznej zgnilizny i atrofii ludzkiej duszy, oznaką upadku kultury zachodniej.

Nie mogłem zasnąć. Była to noc refleksji, walki, modlitwy.

                                                              „Do pracy”

Wcześnie rano wszyscy zostaliśmy zabrani. Uzbrojona dziewczyna w mundurze żołnierza weszła do naszej piwnicy. Miała około 18 lat, była niska, miała blond włosy, nieprzyjazny wyraz twarzy i szorstkie rysy. „Do pracy” (Do roboty) – krzyknęła. „Nie możemy się ruszać, wszyscy jesteśmy ranni i niezdolni do pracy, mój sąsiad pluł krwią” – odpowiedziałem. „No to zaraz zobaczymy, czy nie możecie się ruszać!! – Natychmiast wstańcie!” – krzyknęła i uderzyła mnie kolbą karabinu mocno w okolice nerek.

Próbowałem wstać. Wszyscy trzej szliśmy krok po kroku, a ta mała tyranka zawsze za nami. Zaprowadziła nas na podwórze należące do „Bezpieki” (Urząd Bezpieczeństwa), jak nazywa się polską tajną policję, otoczone dużymi budynkami. Po jednej stronie podwórza leżała duża sterta cegieł.

Otrzymaliśmy polecenie przeniesienia cegieł z jednej strony podwórza na drugą i z powrotem. Wziąłem cegłę do ręki, ale poczułem silny ból w klatce piersiowej, zrobiłem kilka kroków i zatrzymałem się. W tym momencie z okna dobiegł głos. „Towarzyszu, czy u ciebie pracuje ceglarz?” „Tak, ten wysoki facet, który przenosi cegły” – krzyknęła głośno. „Niech natychmiast przyjdzie do komendanta, jest pilnie potrzebny. Możesz go na krótko zwolnić z pracy, biorę za to osobistą odpowiedzialność, on wróci”. Milicjant zszedł na dół i odprowadził mnie do komendanta. Był to ten sam 19-letni chłopak, który opisał mi „drugi oddział” i groził mi. Poruszałem się powoli i z trudem dotarłem na górę.

                                                                Towarzyszka Pietrzak

Na górze panowała ożywiona atmosfera. Było tam około 10 mężczyzn, jeden w skórzanym kombinezonie. Jeden z nich podszedł do mnie i powiedział: „Jesteś tu potrzebny, ale milcz, czekaj!”. Zajrzałem do pokoju, w środku stała kobieta około 40 roku życia, trzymała na rękach małe dziecko, obok niej stało starsze. Była ubrana skromnie, wyglądała na robotnicę, nie robiła dobrego wrażenia, miała ponurą i złą minę. Nie znałem jej, nigdy jej nie widziałem, ani o niej nie słyszałem.

Mężczyźni, którzy czekali na zewnątrz w przedpokoju, zostali wezwani do środka i za każdym razem pytano ją: „Czy to był ten?”. Kobieta – nazywana towarzyszka Pietrzak – musiała wydać swój werdykt i za każdym razem, gdy wchodził kolejny mężczyzna, słyszałem jej szorstki głos: „Nie”. Kolejka dotarła do mnie i zostałem wprowadzony do środka. „Czy to ten?” „Nie, to nie on”, powiedziała, patrząc na mnie badawczo. Potem przyszedł następny: wysoki mężczyzna, ciemne kręcone włosy, ciemne oczy, orli nos, szybkie ruchy i energiczna postawa. „Czy to ten?” „Tak, to ten”, krzyknęła.

„I widziała pani tego mężczyznę, tak jak napisała pani w swoim doniesieniu do tajnej policji?” „Tak, to on, widziałam go i słyszałam”. „Proszę opowiedzieć, jak to było” – powiedział jeden z nich.

W zeszłym roku (1944) w łódzkim Parku Paniatowskiego odbyła się wielka manifestacja Volksdeutschów. Było tam mnóstwo ludzi, wszyscy ubrani na czarno i brązowo, wszędzie widać było czerwone flagi. Gauleiter Greiser z Poznania wygłosił przemówienie, wszyscy krzyczeli „hurra”, nie, „Heil”. A potem przyszła kolej na niego, wskazała na niego palcem – wygłosił przemówienie i znowu krzyczeli „hurra”, nie, „Heil”...”. „A co powiedział?” „No cóż, oczywiście przeciwko nam, Polakom, przeciwko Moskwie, przeciwko Sowietom, a co innego mógł powiedzieć? Wiecie przecież, że chcą zamordować wszystkich proletariuszy”. „A ty tam byłaś, widziałaś go i słyszałaś?”

„Już wam mówiłam, pisałam i przysięgałam, że widziałam i słyszałam. A ten, który siedzi w skórzanym garniturze, to właśnie on tam był i przemawiał w parku, teraz go rozpoznałam”.

„Ale to kłamstwo, towarzyszko Pietrzak”, odparł tajny policjant. Nasz znany towarzysz, który przybył do nas z Moskwy jako organizator, który zasłużył się wśród proletariuszy, który nosi order i jest filarem naszego ruchu – widziała go pani, jak wygłaszał faszystowską mowę z Greiserem w parku Poniatowskiego? To już za dużo, zostanie pani pociągnięta do odpowiedzialności za znieważenie towarzysza i będzie musiała odpowiedzieć przed komunistycznym sądem ludowym. Komunista wierny linii partyjnej i Greiser! Co za haniebne porównanie! Bezgraniczne kłamstwo!

Oto dr Ziegler! Stoi w kącie! Nie znasz go, więc twoje informacje są błędne. Chcieliśmy go dzisiaj rozstrzelać, a teraz okazuje się, że kłamałaś, że wszystko, co nam napisałaś, jest nieprawdziwe. Nasz szanowany towarzysz, który ma takie zasługi, nie mógł mieć nic wspólnego z Greiserem, nie wierzę ci. To kłamstwo, podłość, kłamałaś, nie wierzymy ci teraz”.

„Dlaczego mnie tu wyzywasz?”, krzyknęła. „Nie twierdziłam, że ten lojalny i szanowany towarzysz wygłosił przemówienie w parku, twierdziłam jednak, że wygłosił je dr Ziegler. Posłuchajcie mnie teraz.

Kiedy byłam z wizytą w Dombie i wyszłam z kościoła, długo rozmawialiśmy przed kościołem z panią Zapedowską, panią Monastyrską i panią Gogelową, farmaceutką. Opowiedziały mi, że w Dombie pracuje niemiecki lekarz, dr Ziegler, syn starego Zieglera, który miał łąki i pola, a na których torfowiskach mieszkańcy Dombie wydobywają teraz torf. Wszyscy biegną do dr. Zieglera, powiedzieli, nie tylko Niemcy, ale także nasi głupi Polacy. A nasz polski lekarz siedzi w swojej poczekalni i czeka, czeka na pacjentów... Niemiec przyciąga wszystkich do siebie. Powiedzieliśmy więc, że z tym koniec! Nie widziałem doktora Zieglera, chociaż uważałem, był wtedy we wsi. I teraz się pomyliłem. Kiedy przyjechałam do Łodzi, napisałam do was list i oskarżyłam go.

A teraz to nie wy jesteście za to odpowiedzialni? Dlaczego na mnie krzyczycie, przecież mnie potrzebujecie. Każdy może się pomylić! Ale to wy sami napisaliście w gazetach i zażądaliście, abyśmy szpiegowali wszystkich Niemców bez wyjątku, donosili na każdego, obserwowali każdego, ponieważ wszyscy oni są zdrajcami narodu i wrogami komunizmu. A na naszych zebraniach partyjnych propagowaliście, że powinniśmy zrzucić na nich całą winę i zniszczyć ich bez wyjątku, ponieważ wszyscy są wrogami sowieckiej Polski. No cóż, ale to ja jestem za to odpowiedzialna. Zrobiłam to, czego chcieliście. I chciałam zrobić coś dobrego, zabić Niemca, bo przecież potrzebowaliście świadka. A teraz wyrzucacie mi, że jestem winna, że popełniłam błąd? Jestem Polką, członkinią partii, a nie jakąś Volksdeutsche. To, że popełniłam błąd, nie jest moją winą. Nie chciałam obrazić wielkiego towarzysza, bo to nie on wygłosił przemówienie, tylko dr Ziegler, którego chciałam zabić, po prostu popełniłam błąd. Oskarżacie mnie, sprawa nie jest taka prosta, pójdziemy do sądu partyjnego... – zaczęła grozić, wyzywać i bronić się. Nastroje w pokoju coraz bardziej się zagęszczały i zostałem wyprowadzony. Kiedy byłem już na schodach, usłyszałem przekleństwa i krzyki.

                                                                          (ciąg dalszy nastąpi)



Der Verfasser, ein Lodzer Arzt, berichtet hier weiter über seine Erlebnisse im Jahre 1945 und wirft zunächst die Frage auf, warum wir - vor heute zehn Jahren - in Polen so bitter leiden mußten.

                                                        Trost in dunkelster Stunde

Ich kannte nicht schlafen. Ich lag und dachte in dieser dunklen Nacht, in diesem dunklen Kerker, über meine Lage nach. Und es war wirklich eine dunkle Nacht in meinem Leben. Es war mir so deutlich geworden, daß auch ich hier umkommen würde. Aber war um mußte das sein? Weil ich zum deutschen Volk gehöre? Soll das mein Verbrechen sein oder bin ich etwa verantwortlich für die Grausamkeiten, die im 11. Weltkriege von einer Macht verübt werden sind, die die Welt hat erobern wallen? Oder gedenkt man mich als Vertreter der deutschen Intelligenz umkommen zu lassen, die jetzt (1945) in einem wilden und sinnlosen Klassenkampf um die Weltherrschaft vernichtet werden soll? Warum sprachen sie in meinem Verhör van einem Garten, einem Park? Was sollte das alles bedeuten? Gedanken häuften sich, Fragen über Fragen, ich suchte eine Antwort und fand keine.

Und doch ist dieser Kerker, diese Mördergrube, Wo die Wände täglich mit menschlichem Blut bespritzt werden, wo die Menschen gepeinigt, ja gemordet werden, eine Tatsache. Kerker und Folterkammer, wo die Menschen zu Tode gemartert werden im fortschrittlichen 20. Jahrhundert! Und es ist doch kein Traum, es ist Wirklichkeit, ich sehe es mit eigenen Augen, ich sehe die unmenschlichen Szenen, ich sehe die Wände, die mit Blut befleckt sind; was mag in diesem Kerker in den vergangenen Tagen alles vorgekommen sein, wenn die Wände so blutig sind!

Ja, war um werden die Menschen hier so unschuldig gemordet? Wie harmlos scheinen mir doch die Erlebnisse "Erinnerungen aus dem toten Hause" van Dastojewski zu sein im Vergleich mit dieser Hölle hier, die im Namen einer Diktatur eingerichtet ist, die der Welt ihre Lehre aufzwingen will. Furchtbares hat Dostojewski in Sibirien erlebt, aber was erleben nach Millionen von Menschen in Gefängnissen der Jetztzeit (1945) und das nennt man dann Fortschritt und Kultur, man begeht die unglaublichsten Sünden am Mitmenschen, den doch Gatt auch zu seinem Ebenbild geschaffen hat, bloß weil dieser Mitmensch anderer Meinung und Ansicht ·ist .....

Ob ich von hier herauskommen und die Meinen wiedersehen werde - dieser Gedanke verfolgte mich und ließ mir keine Ruhe. Nur das Gebet und die Verbindung mit Gott gaben Trost und stärkten mich in dieser dunklen Stunde: In dieser Nacht sah ich auch so deutlich das Gefängnis, in dem sich Apostel Petrus befand, ich sah, wie die Türen sich geöffnet haben und Petrus herausgeführt wurde. "Und siehe, der Engel des Herrn kam ... und die Ketten fielen ihm von den Händen" (Apostelgesch. 12, 7). Diese Worte der Heiligen Schrift drangen in mein Herz hinein und es war mir so deutlich, daß aus dieser Mördergrube mich niemand befreien kann, nur Gott allein.

Der Heiland ist es, der auch im Kerker der Gefangenen weilt, der allein helfen kann. In dieser dunkelsten Stunde meines Lebens, da ich am Abgrund des Todes stand, entdeckte ich aufs neue, daß alle Probleme des Lebens nur von ihm gelöst werden können. Mögen die da draußen ihn verwerfen und verspotten, so bleibt doch das Kreuz von Golgatha der Mittelpunkt unseres Lebens, aus dem Kraft und Heil für mich und die ganze Menschheit strömt. An Golgatha müssen wir alle vorbei und uns entscheiden: dafür oder dagegen.

Vom menschlichen Blut ist die Welt überströmt, weil sie gegen den Gekreuzigten war. Auch diese Mördergrube hier kannte nur eingerichtet werden, weil die Menschen ihn verwarfen haben. Nur Sein Licht, seine Kraft kann allein diese Welt vom Verderben erretten und uns ein neues Leben geben.

Hier im Gefängnis in Lodz sah ich so deutlich zwei Welten: die Welt des Lichtes und die der Finsternis. Und hier im Gefängnis habe ich von neuem die Überzeugung gewonnen, daß es nur zwei Welten gibt. Eine Welt der Dunkelheit und eine des Lichtes, des heiligen Lichtes, welches einst vam Himmel auf diese Erde gebracht und entzündet wurde und welches bis heute allen Völkern in dieser Dunkelheit leuchtet. Und nur ;n diesem Lichte können alle Völkerprobleme gelöst werden und das Völkerringen, der unsinnige Kampf, Not, Elend, die politischen Kerker, die nur ein Zeichen innerer Fäulnis und Atrophie der menschlichen Seele sind, ein Zeichen des Untergangs der abendländischen Kultur, ihre Beseitigung finden.

Ich kannte nicht schlafen. Es war eine Nacht der Besinnung, des Kampfes, des Gebets.

                                                               "Zur Arbeit"

Am Morgen schon ganz früh wurden wir alle abgeholt. Ein bewaffnetes Mädel in einer Soldatenuniform kam zu uns in den Keller rein. Sie war ungefähr 18 Jahre alt, klein, blondes Haar, mit einem unfreundlichen Gesichtsausdruck und groben Zügen. "Zur Arbeit" (Do robaty) schrie sie los. "Wir können uns ja gar nicht bewegen, wir sind doch alle verletzt und nicht fähig zur Arbeit, mein Nachbar spuckte Blut", erwiderte ich. "Na, das wollen wir mal gleich sehen, ab ihr euch nicht bewegen könnt!! - Sofort aufstehen!" schrie sie das und versetzte mir mit dem Gewehrkolben einen starken Hieb in die Nierengegend.

Ich versuchte aufzustehen. Wir gingen alle drei Schritt für Schritt und der kleine Tyrann immer hinter uns her. Sie brachte uns auf den Hof, der der "Bezpieka" (Urzad Bezpieczenstwa), wie man die polnische Geheimpolizei nennt, gehörte und von großen Gebäuden umgeben war. Auf der einen Seite des Hofes lag ein großer Haufen Ziegel.

Wir bekamen den Befehl, die Ziegel van der einen Seite des Hofes auf die andere zu tragen und wieder zurück. Ich nahm einen Ziegel in die Hand, da überfielen mich starke Schmerzen in der Brust, ich machte einige Schritte und blieb stehen. In dem Augenblick hörte man eine Stimme aus dem Fenster. "Genossin, arbeitet bei dir ein Ziegler?" "Ja, der große Kerl, der da den Ziegel trägt", schrie sie laut. "Er soll sofort nach oben zum Kommandanten kommen, er wird dringend benötigt. Du kannst ihn auf meine persönliche Verantwortung für kurze Zeit von der Arbeit befreien, er kommt wieder zurück." Der Milizmann kam dann nach unten und begleitete mich zum Kommandanten. Es war derselbe 19- jährige Bursche, der mir die "zweite Abteilung" geschildert und damit gedroht hatte. Ich bewegte mich langsam und kam mit Mühe nach oben.

                                                          Genossin Pietrzak

Oben ging es sehr lebhaft zu. Ungefähr 10 Männer, einer in einem Lederanzug, waren dart anwesend. Einer von ihnen kam mir entgegen und sagte: "Du wirst hier benötigt, aber schweigen, kein Wart!" Ich schaute ins Zimmer hinein, in der Mitte stand eine Frau gegen 40, auf dem Arm hielt sie ein kleines Kind, neben ihr stand ein älteres. Sie war arm gekleidet, dem Aussehen nach eine Arbeiterin, sie machte keinen guten Eindruck, ihr Gesicht war finster und böse. Ich habe sie nicht gekannt, nie gesehen, auch nie von ihr gehört. 

Die Männer, die draußen im Vorzimmer warteten, wurden hineingerufen und sie wurde jedesmal gefragt: "War das dieser?" Die Frau - sie wurde Genossin Pietrzak genannt - mußte ihr Urteil abgeben und ich hörte immer, wenn der nächste eintrat, ihre grobe Stimme: "Nein". Die Reihe kam an mich und ich wurde hineingeführt. "Ist das dieser?" "Nein, er ist es nicht", sagte sie, prüfend waren ihre Augen auf mich gerichtet. Dann kam der nächste: ein hoher Mann, dunkles krausiges Haar, dunkle Augen, eine Adlernase, rasche Bewegung und ein energisches Auftreten. "Ist das dieser?" "Ja, dieser ist es", schrie sie los.

"Und diesen Mann haben Sie gesehen, so wie Sie in Ihrer Anklage an die Geheimpolizei geschrieben haben?" "Ja, dieser ist es und diesen habe ich gesehen und gehört." "Erzählen Sie jetzt, wie das war", sagte einer von ihnen.

Im vorigen Jahr (1944) fand eine große Kundgebung der Volksdeutschen im Lodzer Paniatowski Park statt. Es war viel Volk da, alle waren schwarz und braun angezogen, überall sah man rote Fahnen. Gauleiter Greiser aus Posen hat eine Rede gehalten, alle haben "Hurra", nein "Heil" haben sie geschrieen. Und dann kam dieser an die Reihe, sie zeigte mit dem Finger auf ihn - er hat eine Ansprache gehalten und wieder haben sie "Hurra", nein "Heil" haben sie geschrieen... ". "Was hat er denn gesprochen?" "Ja, natürlich gegen uns Polen, gegen Moskau, gegen die Sowjets, was konnte er denn anderes sprechen? Sie wissen ja, daß sie die Proletarier alle ermorden möchten." "Und Sie waren dabei, haben ihn gesehen und gehört??"

"Ich habe es Euch schon gesagt, geschrieben und geschwaren, daß ich es gesehen und gehört habe. Und dieser, der da sitzt in diesem Lederanzug, der ist es, der war da und hat im Park gesprochen, ich habe ihn jetzt erkannt."

"Das ist aber eine Lüge, Genossin Pietrzak", erwiderte der Geheimpolizist. Unser bekannter Genosse, der aus Moskau zu uns als Organisator gekommen ist, der unter den Proletariern sich große Verdienste erworben hat, der einen Orden trägt und die Säule unserer Bewegung ist - den haben Sie gesehen, wie er mit Greiser im Poniatowski-Park eine faschistische Rede gehalten hat?? Das ist schon zuviel, Sie werden für diese Beleidigung des Genossen zur Verantwortung gezogen werden und sich vor dem kommunistischen Volksgericht verantworten müssen. Ein linientreuer Kommunist und Greiser! Dieser schandhafte Vergleich! Eine grenzenlose Lüge!

Da ist Dr. Ziegler! Da steht er in der Ecke! Sie kennen ihn nicht und deshalb sind auch Ihre Angaben falsch. Wir wollten ihn heute erschießen und jetzt stellt es sich heraus, daß Sie gelogen haben, daß alles falsch ist, was Sie uns geschrieben haben. Unser geschätzter Genosse, der solche Verdienste hat, konnte mit Greiser nicht in Verbindung stehen, das glaube ich Ihnen nicht. Das ist eine Lüge, eine Niederträchtigkeit, Sie haben gelogen, wir glauben Ihnen jetzt nicht."

"Was schimpft Ihr hier auf mich", schrie sie los. "Ich behauptete ja nicht, daß dieser linientreue und geschätzte Genosse die Rede im Park gehalten hat, ich behauptete aber, daß Dr. Ziegler sie gehalten hat. Hört mich mal jetzt an.

Als ich in Dombie zu Besuch war und aus der Kirche rauskam, haben wir noch lange mit der Zapedowska, Monastyrska und der Apothekerin Gogelowa vor der Kirche geschwätzt. Die haben mir erzählt, daß in Dombie ein deutscher Arzt Dr. Ziegler arbeitet, der Sohn von dem alten Ziegler, der die Wiesen und Felder hatte und auf dessen Torfwiesen sich jetzt die Dombier Torf machen lassen. Alles rennt zu Dr. Ziegler, sagten sie, nicht nur die Deutschen, aber auch unsere dummen Polen. Und unser polnischer Arzt, der sitzt in seinem Warteraum und wartet, wartet auf Patienten ... Alle zieht der Deutsche an sich. Da haben wir gesagt, wir machen Schluß damit! Ich konnte Dr. Ziegler nicht sehen, obgleich ich aufgepaßt habe, er war damals im Dorfe gewesen. Und nun habe ich mich deshalb geirrt. Als ich nach Lodz kam, habe ich an Euch einen Brief geschrieben und ihn angeklagt.

Und jetzt seid Ihr nicht schuld daran? Was schreit Ihr auf mich, Ihr braucht mich doch. Irren kann sich ein jeder! Aber Ihr habt selbst in den Zeitungen geschrieben und verlangt, wir sollten jedem Volksdeutschen ohne Ausnahme nachspionieren, jeden anzeigen, jeden beobachten, denn alle sind sie Landesverräter (zdrajcow narodu) und Feinde des Kommunismus. Und auf unseren Parteiversammlungen habt Ihr Propaganda gemacht, wir sollten ihnen alles in die Schuhe schieben und sie ohne Ausnahme vernichten, denn sie sind sämtlich Feinde von Sowjet-Polen. Nun. aber bin ich schuld daran. Ich habe getan, was Ihr wolltet. Und ich wollte ein gutes Werk tun, einen Deutschen umbringen, denn einen Zeugen braucht Ihr doch. Und jetzt schimpft Ihr auf mich, ich bin schuld, ich bin schuld, daß ich mich geirrt habe? Ich bin eine Polin, eine Parteigenossin und nicht irgendwelche Volksdeutsche. Daß ich mich geirrt habe, das ist nicht meine Schuld. Den großen Genossen, den wollte ich nicht beleidigen, denn nicht er hat die Rede gehalten, nur Dr. Ziegler, den wollte ich umbringen, es war eben ein Irrtum. Ihr macht mir Vorwürfe, die Sache ist nicht so einfach, wir gehen ins Parteigericht ... ," Sie fing an zu drohen, zu schimpfen und sich zu verteidigen. Die Gemüter im Zimmer erhitzten sich immer mehr und ich wurde entfernt. Als ich schon auf der Treppe war, härte ich ein Fluchen und Schreien.

                                                              (Fortsetzung folgt)