poniedziałek, 9 lutego 2026

Walka o mieszkanie - Niemieckie osadnictwo - Der Heimatbote - 10/1958

 

                                              Walka o mieszkanie w piwnicy

Niedawno przyjechaliśmy z Łodzi. Nasz wyjazd był straszny. Kiedy chcieliśmy zanieść bagaże na dworzec towarowy, pojawił się nowy lokator, który chciał wejść do mieszkania. Wtedy dozorczyni zebrała kilka kobiet, które nie wpuściły nowego lokatora i nie wypuściły nas, a ponadto groźnie się zachowywały, nazywając nas „Szwabami” i innymi przezwiskami. „Jedliście polski chleb, a teraz uciekacie stąd, Schwaby”, i tak trwało przez dzień i noc. Dopiero drugiego dnia pojawili się panowie z milicji z kilkoma robotnikami i 6 policjantami; położyli kres tej nagonce, odepchnęli tłum i spisali nazwiska niektórych, którzy przeciwstawili się policji, a jednego zabrali ze sobą. Dopiero wtedy nowy lokator mógł wejść do mieszkania, a my mogliśmy wyjść, ale grozili nam, że i tak nas pobiją, było to jak w 1945 roku... Ale jaki był powód? Gospodyni chciała to mieszkanie, nie dostała go, więc nastawiła wszystkich przeciwko nam, a przecież było to tylko mieszkanie w piwnicy, ponieważ my, Niemcy, mieszkamy w Łodzi przeważnie tylko w piwnicach lub na poddaszu: Tak, wkrótce doszło do bójki o to mieszkanie w piwnicy – tak właśnie wygląda budownictwo mieszkaniowe w Polsce, kto ma dach nad głową, nie dostanie szybko porządnego mieszkania, chyba że potrafi dobrze dawać „łapówki”.

Kiedyś byłem mistrzem u K. T. Buhle, gdzie obecnie pracuje się na trzy zmiany. Tylko nieliczni Niemcy nadal tam pracują, w tkalni, o ile pamiętam, 3 do 4. Front ulicy Hipotecznej spłonął. Sam ostatnio nie pracowałem już u K. T. Buhle, ale w firmie Eitingon jako mistrz, ale musiałem tam również zrezygnować, ponieważ koledzy z pracy zbytnio mnie dręczyli, ponieważ byłem Niemcem . Firma Eitingon nazywa się teraz Stanisława Dubois, zakłady Scheiblera to zakłady Stalina, firma Geyer stała się firmą Dzierżyńskiego, a Steinert Róża Luxemburg – wszystkie to nazwiska komunistów, którzy już nie żyją. Smutne, gdy się to wszystko widzi!

                                                                                                                B. Hausmann


                                                      Kampf um Kellerwohnung

Wir sind erst vor kurzem aus Lodz gekommen. Unsere Abreise war furchtbar. Gerade wollten wir das Gepäck auf den Güterbahnhof schaffen, gleichzeitig kam der neue Mieter gezogen und wollte in die Wohnung rein - da hat die Hausmeisterin einige Frauen zusammengeholt und haben den neuen Mieter nicht reingelassen und uns nicht raus und haben eine drohende Haltung eingenommen, uns "Schwabes" und alles mögliche geschimpft. "Polnisches Brot habt ihr gefressen und jetzt reißt ihr aus von hier, ihr Schwabes", und das ging so einen Tag und eine Nacht. Erst am zweiten Tag erschienen die Herren von der Miliz mit paar Arbeitern und 6 Polizisten; die haben dem Spuk ein Ende gemacht, den Pöbel zurückgedrängt und einige, die sich gegen die Polizei stellten, aufgeschrieben und einen mitgenommen. Nun erst konnte der neue Mieter in die Wohnung rein und wir konnten raus, aber gedroht haben sie uns, sie würden uns doch noch verhauen, es war gerad wie 1945 ... Der Grund aber? Die Hausmeisterin hatte die Wohnung haben wollen, hatte sie nicht bekommen und da hat sie alle gegen uns aufgehetzt, dabei war es nur eine Kellerwohnung gewesen, denn wir Deutsche wohnen in Lodz meist nur im Keller oder unterm Dach: Ja, sie haben sich um diese Kellerwohnung bald geprügelt - so sieht eben der Wohnungsbau aus in Polen, wer ein Dach überm Kopf hot, kriegt so schnell keine vernünftige Wohnung, außer er kann gut "lapowki" (Bestechungsgeld) geben.

Ich war früher Meister bei K. T. Buhle, da arbeitet man heut in drei Schichten. nur ganz wenige Deutsche sind dort noch tätig, in der Weberei, soweit ich mich erinnere, 3 bis 4. Die Front von der Hipoteczna-Straße ist abgebrannt. Ich selbst arbeitete letztens nicht mehr bei K. T. Buhle, sondern in der Firma Eitingon als Meister, mußte aber auch dort aufgeben, weil ich von den Arbeitskollegen zuviel schikaniert worden bin, denn ich war eben ein Deutscher ... Die Firma Eitingon heißt jetzt Stanislaus Dubois, Scheiblers Werke sind die Werke Stalina, aus der Firma Geyer ist die Firma Dscherzinski geworden, aus Steinert Rosa Luxemburg, alles Namen von Kommunisten, die heute nicht mehr leben. Traurig, wenn man das, alles sieht!                      

                                                                                                                     B. Hausmann

Kochowo - Konin - Maślaki - Korwin - Herman Teufel - Der Heimatbote - 4/1962

 

                                                     Zarządca kantora z Konina ✝

W wieku 69 lat, 30 grudnia 1961 r., zmarł Hermann Teufel, dawniej mieszkaniec Kochowo-Parcela, gmina Konin-Maślaki, ostatnio Solingen-Wald. Zmarły urodził się w Korwinie w powiecie konińskim, gdzie spędził dzieciństwo i młodość, a następnie przejął gospodarstwo rolne w Kochowie. W swojej żonie Wilhelmine z domu Tielmann znalazł wierną, rozważną i cichą towarzyszkę życia. Bóg obdarzył tę parę synem, który pomimo wszystkich trudności w starej ojczyźnie pozostał z rodzicami. Po wkroczeniu Rosjan Hermann Teufel wraz z czterema innymi rodakami został zesłany na Syberię. Dzięki Bożej dobroci i miłosierdziu przetrwał tam ciężki i trudny okres ucisku i powrócił do ojczyzny, nie mogąc jednak pozostać na swoim gospodarstwie. Do 1958 roku wraz z rodziną żył w starej ojczyźnie, dzielnie znosząc wszystkie upokorzenia i zniewagi. W Solingen znalazł wraz z bliskimi nowy dom, w którym dzięki pracowitości i ambicji mógł prowadzić skromne życie.

Hermann Teufel był bogobojnym człowiekiem, głęboko związanym z gminą kantoralną Brzozogaj, który wiernie i sumiennie wypełniał swoje obowiązki jako członek zarządu. Niech Pan obdarzy go wiecznym pokojem niebiańskim po wszystkich niepokojach tego świata i pocieszy pozostałych przy życiu słowami z mottem na ten rok: Nie martwcie się, bo radość Pana jest waszą siłą. Na prośbę rodziny pogrzeb przeprowadził diakon parafialny Benoist z Heidelbergu, który opiekował się gminą kantoralną Brzozogaj.

                                Kantoratsvorstand aus Konin 

Das Zeitliche segnete im Alter von 69 Jahren, am 30. 12. 1961 Hermann Te u f e l, früher Kochowo-Parzellen, Gemeinde Konin-Maslaki, zuletzt Solingen-Wald. - Der Verewigte wurde in Korwin, Kr. Konin, geboren, verbrachte dort Kindheit und Jugend und übernahm dann in Kochowo eine Landwirtschaft. In seiner Gattin Wilhelmine, geb. Tielmann, fand er eine treue, umsichtige und stille Lebensgefährtin. Gott schenkte dem Ehepaar einen Sohn, der trotz aller Not in der alten Heimat den Eltern erhalten blieb. Nach dem Einmarsch der Russen wurde Hermann Teufel mit vieren anderen Landsleuten nach Sibirien verbannt. Durch Gottes Güte und Barmherzigkeit überstand er dortselbst die schwere und harte Trübsalszeit und kehrte nach der Heimat wieder zurück, ohne jedoch auf seiner Wirtschaft bleiben zu dürfen. Bis 1958 haute er mit seiner Familie in der alten Heimat aus und ertrug tapfer alle Schmach und Demütigungen, In Solingen fand er mit den Seinen eine neue Heimat, in der er durch Fleiß und Streben ein bescheidenes Leben führen konnte.

Hermann Teufel war ein gottesfürchtiger, mit der Kantoratsgemeinde Brzozogaj innig verbundener Mann, der seine Pflichten, als Vorstand treu und gewissenhaft erfüllte. Der Herr schenke ihm nach aller Unruhe in dieser Welt den ewigen himmlischen Frieden und tröste die Hinterbliebenen mit der Jahreslosung: Bekümmert euch nicht, denn die Freude am Herrn ist eure Stärke. - Die Bestattung hat auf Wunsch der Familie pfarrdiakon Benoist, Heidelberg, vollzogen, der die Kantorats gemeinde Brzozogaj betreut hat.

Ozorków - Olechów - Zgierz - Kościół ewangelicki - Der Heimatbote - 4/1949

 

                                                                           LISTY

Z listu współwyznawczyni z Łodzi, który otrzymaliśmy kilka dni temu, wynika kilka interesujących szczegółów:

„... coraz bardziej rozumiem, że silna wiara i pozostawanie w łączności z Bogiem poprzez modlitwę to dar łaski Bożej. Bóg dokonał wielu cudów, a ja często uniknęłam niebezpieczeństw, które mi groziły... W Łodzi ewangelicy otrzymali pozwolenie na korzystanie z kościoła św. Mateusza, który prawie zawsze jest wypełniony wiernymi podczas nabożeństw. Na czele stoi pastor Kotula, a także pastor Glotz. Również w mniejszych miastach, takich jak Zgierz, Ozorków i Łęczyca, powstają kantory, a pastorzy od czasu do czasu odprawiają tam nabożeństwa, poza tym zawsze odbywają się nabożeństwa czytane. Szczególnie angażuje się w to były nauczyciel z Olechowa – pan Lennert. Pastor Wende również powrócił do pełnienia swojej funkcji po śmierci swojej żony w Warszawie. Nasz cmentarz jest stopniowo remontowany i nie wygląda już tak zaniedbany.

W Łodzi przeprowadza się wiele prac upiększających, wszędzie tętni życie, a wszystkie artykuły spożywcze są teraz dostępne bez kartek. Wiosną chciałbym pojechać do Ozorkowa i zobaczyć moje miasto rodzinne, coś mnie tam pociąga... Poza tym mam tylko jedno życzenie, aby dane mi było jeszcze raz zobaczyć moich krewnych i przyjaciół tam...”.                                                             


                                                               BRIEFE

Aus dem Brief einer Glaubensgenossin in Lodz, der uns vor paar Tagen zugeschickt wurde, gehen verschiedene interessante Einzelheiten hervor:

".... ich sehe es immer mehr ein, daß es ein Gnadengeschenk Gottes ist, wenn stark im Glauben steht und mit Gott in Gebetsverbindung bleit. Viele Wunder hat mit Gott erwiesen, und ich bin oft Gefahren entronnen, die über mir schwebten... In Lodz haben die Evangelischen die Matthäikirche betreten dürfen, die zu den Gottesdiensten fast immer gefühllt ist. An der Spitze steht Pastor Kotula, dazu Pastror GHlotz, auch in kleineren Städten wie Zgierz, ozorkow, Lentschütz werden Kantorate gebildet, Pastoren halten dort von Zeit zu Zeit Gottesdienste ab sonst ist immer Lesegottesdienst. Ein früherer Lehrer aus Olechow - Herr Lennert bemüht sich darum ganz besonders. Auch Pastor Wende ist wieder in Amt und zwar seit dem Tode seine Frau in Warschau. Unser Friedhof wird auch nach und nach instand gesetzt und sieht nicht mehr so verwahrlost aus.

In Lodz werden viele Verschönerungsarbeiten vorgenommen, überall ist Leben und sämtliche Lebensmittel sind jetzt ohne Karten. In Frühling möchte ich gern mal nach Ozorkow und mir meine Geburtsstadt ansehen, es zieht mich direkt etwas dort hin.... Sonst habe ich nur noch den einen Wunsch, daß es mir vergönnt wäre, meine verwandten und Freunde drüben noch einmal zu sehen...."




Dąbrowa - Łódź - Chór - Niemieckie osadnictwo - Der Heimatbote - 7/1967

 





                                                                 Chór z Łodzi

Przedstawiamy zdjęcie chóru mieszanego parafii św. Mateusza w Łodzi, kantoratu Dombrowa. Próby odbywały się wówczas w pomieszczeniach męskiego chóru z Łodzi przy ulicy Piotrkowskiej. Prawie wszyscy śpiewacy mieszkają w Republice Federalnej Niemiec. Nazwiska:

Sopran: Elfriede Sahl, Mieze Sturm, Olga Kowalski I, Erna Schiewe, Elli Scherer, Eugenie Rentz, Nadja Rentz, Natalie Kowalski, Eugenie Pinkowski, Grete Fürus, Alice Brenner, Elli Lehr, Elli Vogel.

Alt: Lydia Steinbart, Olga Kowalski II, H. Leischner, Lydia Moh, Lola Rentz, Hildegard Steinbart.

Tenor: Erich Schmidt (Kowalski), Alfred Schmidt, Bruno Holicke, Alex Brenner, Paul Job, Erwin Lissowski.

Bas: Artur Lehr, Georg Lehr, Helmut Sturm jun., Paul Kriese, Helmut Stürm sen., Bruno Schmidt, Rich 

Sopran: Elfriede Sah I, Mieze Sturm, Olga Kowalski I, Erna Schiewe, Elli Scherer, Eugenie Rentz, Nadja Rentz, Natalie Kowalski, Eugenie Pinkowski, Grete Fürus, Alice Brenner, Elli Lehr, Elli Vogel.

Alt: Lydia Sard Sahl, Erwin Steinbart, Willi Fürus.

Pierwszym dyrygentem był Heinrich Schmidt, drugim Erich Schmidt.

Heinrich Schmidt, 56 lat, Wuppertal-Barmen, Elberfelder Straße 95, prosi byłych śpiewaków, aby przesłali mu swoje adresy, o ile jeszcze tego nie zrobili. Zamierza zorganizować spotkanie po latach, co z pewnością poprą wszyscy „byli”!


                                                                Ein Lodzer Chor

Wir bringen hier ein Foto des gemischten Chores an der St. Matthäigemeinde Lodz, Kantorat Dombrowa. Die Uebungsstunden wurden zu der Zeit in den Räumen des Männergesangvereins Lodz, Petrikauer Straße, abgehalten. Fast alle Sängerinnen und Sänger leben in der Bundesrepublik. Die Namen lauten:

Sopran: Elfriede Sah I, Mieze Sturm, Olga Kowalski I, Erna Schiewe, Elli Scherer, Eugenie Rentz, Nadja Rentz, Natalie Kowalski, Eugenie Pinkowski, Grete Fürus, Alice Brenner, Elli Lehr, Elli Vogel.

Alt: Lydia Steinbart, Olga Kowalski II, H. Leischner, Lydia Moh, Lola Rentz, Hildegard Steinbart.

Tenor: Erich Schmidt (Kowalski), Alfred Schmidt, Bruno Holicke, Alex Brenner, Paul Job, Erwin Lissowski.

Baß: Artur Lehr, Georg Lehr, Helmut Sturm jun., Paul Kriese, Helmut Stürm sen., Bruno Schmidt, Richard Sahl, Erwin Steinbart, Willi Fürus.

Erster Dirigent war Heinrich Sc h m i d t, zweiter Erich Schmidt.

Landsmann Heinrich Schmidt, 56 Wuppertal-Barmen, Elberfelder Straße 95, hat die große Bitte, daß die ehemaligen Sängerinnen und Sänger ihm, soweit noch nicht geschehen, ihre Anschriften zusenden möchten. Er hat die Absicht, ein Wiedersehenstreffen zu organisieren, ein Vorhaben, das ein jeder "Ehemalige" unterstützen möchte!

niedziela, 8 lutego 2026

Kuba - Miszka - Karl - Przyjaźń - Opowiadanie - Der Heimatbote - 10/1958 - cz.2

Dzisiaj przedstawiamy zakończenie opowiadania Erharda Wittka, w którym główną rolę odgrywają młody Niemiec (Karl), młody Polak (Leo) i dziewczyna Mischka.

Leo próbował wszelkich środków, aby zdobyć Mischkę, i nie miał nic przeciwko obrażaniu i poniżaniu przyjaciela, gdy ten nie był obecny. Wtedy bowiem jego namiętność zagłuszała wszelkie uczucia lojalności wobec przyjaciela.

 Cała posiadłość z uśmiechem obserwowała grę trójki młodych ludzi, którzy w swoim zaślepieniu wierzyli, że nikt nie może wiedzieć ani nawet domyślać się, co się w nich dzieje, mimo że padało mnóstwo dobrodusznych lub złośliwych uwag. Jednak pewnego dnia stary Witt powiedział do swojego syna: „Karl, uważaj na Mischkę, Leo nie jest całkiem uczciwy!”, ze zdziwieniem zdał sobie sprawę, że jego powolny syn nie był już dzieckiem, które w nim widział, ponieważ Karl po szybkim spojrzeniu odpowiedział bardzo spokojnie, ale też bardzo stanowczo: „Uważam, ojcze”.

Mischka została w międzyczasie pokojówką u łaskawej pani, miała tam wiele koleżanek w kuchni, ogrodzie, pracowni krawieckiej, które były od niej starsze i od których dzięki instynktownej pewności siebie przyszłej kobiety w krótkim czasie nauczyła się wszystkiego, co jeszcze musiała się nauczyć. Jak większość Polek dbała o czystość ciała i ubrania, a kiedy Leo po raz kolejny – ponieważ nie rezygnował z tego środka – zapytał ją, co widzi w Karlu Wittcie, skoro jest on jednym z tych choleryków, Niemców, a ona przecież nie weźmie Niemca, bo jest na to zbyt dumna, odpowiedziała mu nagle po niemiecku: „Czego chcesz, głupcze? Nie wyjdę za Niemca, sama dobrze wiem, że jestem Polką, nie musisz mi tego mówić. Ale nie wierzę w obelgi pod adresem Niemców i wasze kłamstwa. Znam pana i znam Karla, i są oni lepsi niż wielu Polaków. Więc proszę, proszę się nie odzywać. Nie wyjdę za pana, jest pan dla mnie o wiele za młody. A bez ślubu nic z tego nie będzie, Leo, proszę się nie denerwować”.

Następnie pokazała mu długi nos i zniknęła w drzwiach kuchni, a Leo po raz kolejny nie wiedział, czy powinien traktować jej słowa poważnie, czy nie.

                                                            Tragiczny wrzesień

1 września 1939 roku Leo skończył osiemnaście lat, a 1 września rozpoczęła się wojna z Polską. Polak, jak każdy porządny człowiek, kocha swoją ojczyznę, ale podczas gdy mężczyźni wszędzie – przeklinając, bojąc się lub entuzjastycznie – wstępowali do wojska, strach i nienawiść polskiego narodu w wielu miejscach przyniosły straszne skutki. W pełnym pasji Leo, wraz z burzą wojenną, która szybko przetoczyła się przez kraj, narastał niepokój jego niejasnych uczuć, gotowy do fatalnego wybuchu. Kiedy czwartego września grupa maruderów, polskich żołnierzy zdezerterowanych z frontu, wtargnęła do majątku, aby, jak prawie wszyscy, ukryć przed sobą i innymi swoją tchórzliwość wobec wroga i zdradę pozostałych na froncie towarzyszy, popełniając akty przemocy wobec niemieckiej ludności, Leo nie wiedział już, co robi, nie wiedział: czy chce śmierci swojego przyjaciela, czy naprawdę wierzył, że zostanie tylko aresztowany i wywieziony, a tym samym na dłuższy czas zniknie z majątku i z otoczenia Mischki. Kiedy niespodziewanie zapytano go o Niemców, w tej samej chwili krzyknął: „Tam! Ten przy pompie, to jeden z nich!”.

Kiedy ktoś ma broń, a broń jest naładowana i kładzie palec na spuście, broń strzela, nie trzeba prawie nic robić, słychać głośny huk, a z lufy tryska ogień i dym, a wszystko to jest cholernie męskie.

W grupie, która biegła w kierunku młodego Witta, pięciu mężczyzn miało karabiny, a kiedy Karl Witt odwrócił się, aby uciekać, dwóch z nich zatrzymało się, wycelowało i strzeliło, a kiedy pozostali trzej usłyszeli huk, również strzelili, a Leo Kwiatkowski krzyknął w tym samym momencie i nie mógł powstrzymać słów, które zamieniły się w przenikliwy dźwięk śmiertelnego przerażenia, krzyknął triumfalnie: „Widzisz, Kuba!”, swoje stare wołanie nasycone złośliwą radością, a ostatnia sylaba zamieniła się już w pełen lęku jęk, krzyk bolesnej skruchy, i rzucił się, aby chronić Karla, ale było już za późno.

Za późno przyszedł też stary Witt, za późno przyszła też dziewczyna, która z podwieszona spódnicą wybiegła z kuchni przez podwórze. Upadła na kolana obok umierającego, który już stracił przytomność, chwyciła go za rękę, płakała głośno i krzyczała, przeklinając wszystkich, którzy to zrobili: „Święta Matka Boża was ukarze, a nasz Pan Jezus...”.

Strzelcy oddali się, po tym jak oszołomieni, zaniepokojeni i przerażeni zobaczyli, co zrobili. Najpierw odszedł jeden, potem drugi, potem kolejni, aż w końcu wszyscy. Wtedy jeden z nich krzyknął, że dobrze mu się stało, temu cholerycznemu przeklętemu, a następny od razu zgodził się z nim, a także trzeci i czwarty zagłuszyli swoje sumienia i chwalili się.

Leo leżał na kolanach przed starym, zgarbionym mężczyzną, podniósł ręce i doświadczył na własnej skórze, że można drżeć, jąkać się i nie mieć kontroli nad własnymi słowami: „To ja, panie Witt, naszczułem ich na niego, a był moim najlepszym przyjacielem, Święta Matka Boża o tym wie...”.

Stary Witt spojrzał na płaczącego i jąkającego się chłopca, położył rękę na głowie Leo Kwiatkowskiego i powiedział:

„Idź do kościoła, chłopcze, idź... Bóg ci wybaczy, jeśli go o to poprosisz”.

A potem z trudem podniósł zmarłego i sam zaniósł go do swojego mieszkania. Mischka i Leo patrzyli za nim.

                                                                                                                 Erhard Wittek


Wir bringen heute den Schluß der Erzählung von Erhard Wittek, in der ein junger Deutscher (Karl), ein junger Pole (Leo) und das Mädchen Mischka die Hauptrolle spielen.

Leo versuchte jedes Mittel, Mischka für sich zu erobern, und es kam ihm nicht darauf an, den Freund zu beschimpfen und herabzusetzen, wenn der nicht zugegen war. denn dann erstickte seine Leidenschaft alle Treuegefühle für den anderen,

Das ganze Gut sah schmunzelnd dem Spiel der drei jungen Leute zu, die in der Verblendung ihres Dahingerissenseins glaubten, niemand könne wissen oder auch nur ahnen, was in ihnen vorgehe, obwohl doch gutmütige oder auch spitze Bemerkungen zur Genüge fielen, Als aber eines Tages der alte Witt zu seinem Sohn sagte: "Karl, auf die Mischka paß etwas auf, der Leo ist nicht ganz sauber!", da erkannte er zu seinem Erstaunen, daß sein langsamer Sohn doch nicht mehr das Kind war, das er in ihm sah, denn Karl antwortete nach einem raschen Aufblicken sehr gleichmütig, aber auch sehr bestimmt: "Ich paß schon, Vater."

Mischka war inzwischen Hausmädchen bei der gnädigen Frau geworden, sie hatte dort viele Gefährtinnen in der Küche, im Garten, in der Nähstube, die alle älter waren als sie und von denen sie mit der Instinktsicherheit des werdenden Weibes in kürzester Zeit lernte, was es für sie noch zu lernen gab. Sie hielt sich wie die meisten Polinnen peinlich sauber an Körper und Kleidung, und als Leo sie wieder einmal - da er auch auf dieses Mittel nicht verzichtete - fragte, was sie denn an Karl Witt sehe, er sei doch nun einmal einer von diesen Cholerras, den Deutschen, und sie werde doch einen Deutschen nicht nehmen, dazu sei sie doch wohl zu stolz, da sagte sie, und sie sprach auf einmal deutsch zu ihm: "Was willst du denn, du Dummer? Einen Deutschen heirate ich nicht, weiß ich ganz allein, daß ich bin eine Polin, brauchst du mir das nicht saggen. Aber schimpfen auf die Deutschen und eure Lügen glauben tue ich auch nicht. Ich kenne die gnäddige Frau und auch Karl kenne ich, und sie sind besser als viele Polen. Also da sei du nur still. Dich heirate ich auch nicht, bist du mir viel zu jung. Und ohne Heirat gibt's nichts, Leo, da sei du nur ganz ruhik."

Dann machte sie ihm eine lange Nase und verschwand im Kücheneingang, und Leo wußte wieder einmal nicht, ob er ihre Worte ernst nehmen solle oder nicht.

                                                      Tragischer September 

Am 1. September 1939 wurde Leo achtzehn Jahre alt, und am 1. September begann der Krieg mit Polen. Der Pole liebt wie jeder anständige Mensch sein Vaterland, aber während die Männer überall, - fluchend oder angstvoll oder begeistert - zum Heer eingerückt waren, trug der Angsthaß des polnischen Volkes an vielen Orten schreckliche Früchte. In dem leidenschaftlichen Leo war mit dem rasend schnell über das Land hereinbrechenden Kriegsgewitter der schwärende Tumult seiner unklaren Gefühle zu unheilvollem Ausbruch bereit. Als am vierten September ein Haufen marodierender, von der kämpfenden Front desertierter polnischer Soldaten in das Gut einbrach, um, wie alle dieser Banden, ihre Feigheit vor dem Feinde und ihren Verrat an den vorn gebliebenen Kameraden mit Gewalttaten an den Volksdeutschen des Landes vor sich und anderen zu vertuschen, da wußte Leo nicht mehr, was er tat, wußte nicht: wollte er den Tod seines Freundes oder glaubte er wirklich, er werde nur verhaftet und abgeführt werden und also für längere Zeit vom Gut und aus Mischkas Nähe verschwinden. Als er überraschend nach Deutschen gefragt wurde, schrie er auch schon im gleichen Augenblick: "Da! Der drüben, der an der Pumpe, das ist einer!"

Wenn einer ein Gewehr hat und das Gewehr ist geladen und er kommt mit dem Finger an den Abzug, so geht das Gewehr los, man braucht fast nichts zu tun, es gibt einen lauten Knall, und Feuer und Rauch spritzt aus der Mündung, und alles das ist verflucht männlich.

In dem Haufen, der auf den jungen Witt zulief, hatten fünf Mann Gewehre, und als Karl Witt sich zur Flucht wandte, da blieben zwei von ihnen stehen und legten an und zielten und schossen, und als die anderen drei, es krachen hörten, da schossenauch sie, und Leo Kwiatkowski schrie zur gleichen Zeit und konnte das Wort nicht mehr zurückhalten, und es ging in einen schrillen Laut des Todesschreckens über, er schrie triumph erend: "Widzisz, Kuba!" ihren alten Ruf gesättigter Schadenfreude, und die letzte Silbe schon schlug um in ein banges Jammern, einen Schrei qualvoller Reue, und, er stürzte vor, um Karl zu schützen, aber er kam zu spät.

Zu spät kam auch der alte Witt, und zu spät kam auch das Mädchen, das mit fliegenden Röcken aus dem Kücheneingang über, den Hof lief. Es sank neben den Sterbenden, der bereits ohne Sinnen war, auf die Knie und faßte nach seiner Hand und weinte laut und schrie, und es verfluchte alle, die das getan hatten: "Die Heilige Mutter Gottes wird euch bestrafen und unser Herr Jesus - ... "

Die Schützen verzogen sich, nachdem sie verblüfft, bestürzt, erschrocken gesehen hatten, was sie angerichtet. Erst ging einer fort, dann der nächste, dann weitere, dann, alle. Dann lärmte einer und schrie, dem sei recht geschehen. dem Cholerra dem Verfluchten, und erleichtert stimmte sofort der nächste bei, und auch der dritte und der vierte überlärmte sein Gewissen und rühmte sich.

Leo ober lag auf den Knien vor einem alten, gebückten Mann und er hatte die Hände erhoben und erlebte es nun an sich, daß man zittern kann und stottern und keine Gewalt haben kann über seine Worte: "Ich bin es, gewesen, Herr Witt, ich habe sie auf ihn gehetzt, er war, doch mein bester Freund, die Heilige Mutter Gottes weiß es ... " ,.

Der alte Witt sah auf den Weinenden und Stammelnden hinab, er legte Leo Kwiatkowski die Hand auf das Hoar und sagte: 

"Geh in die Kirche, Junge, geh ... Gott wird dir verzeihen, wenn du ihn bittest."

Und dann hob er mühsam den Toten auf und trug ihn allein in seine Wohnung. Mischka und Leo sahen ihm nach.

                                                                                                            Erhard Wittek

Kuba - Miszka - Karl - Przyjaźń - Opowiadanie - Der Heimatbote - 9/1958 - cz.1

 

                                                       WIDZISZ, „KUBA!

                                                   (Żal przyszedł za późno)

                                               Opowiadanie Erharda Wittka

Karl Witt był jedynym synem zarządcy majątku, Leo Kwiatkowski był najstarszym synem kowala, a Mischka Madojewska była jedną z wielu córek woźnicy pani właścicielki. Trójka dzieci urodziła się w tym samym roku i od trzeciego roku życia bawiła się razem w okazałym parku, na ogromnym podwórzu majątku lub w stajniach, stodołach i szopach.

Kiedy poszły do szkoły, Karl Witt osiągał zdecydowanie najlepsze wyniki, mimo że w domu był tylko z ojcem – matka zginęła w wypadku, gdy miał trzy lata – mówił tylko po niemiecku. Dlatego Karl musiał pomagać pozostałej dwójce w odrabianiu zadań domowych, kiedy mieli ochotę je wykonać lub kiedy matka Mischki, która była bardzo ambitna, zmuszała córkę do pokonywania nieskończonych trudności polskiej gramatyki i ortografii. W przeciwnym razie to Mischka decydowała, co będą robić: łapać raki pod pniami wierzb nad jeziorem, rozbierać gniazda ptaków lub bawić się w klipę. Czasami, gdy wracali ze szkoły, jakiś chłopiec z wioski chciał do nich dołączyć, ale Mischka miała dość swoich dwóch towarzyszy i wyśmiewała się z nachalnego chłopca tak długo, aż ten, w zależności od usposobienia, odchodził od nich, przeklinając, milcząc lub płacząc. Zdarzało się wtedy, że odrzucony chłopiec, jeśli był Polakiem, wyrzucał Mischce, że bawi się z deutsche, czyli Niemcem. Nie wynikało to z nienawiści narodowej, jak widać – gdyby Mischka dopuściła Staśka lub Władzia, udział Karla Witta w ich zabawach byłby jej całkowicie obojętny, a nawet prawdopodobnie bardzo pożądany, ponieważ Karl był najsilniejszy w swojej klasie, a jego przyjaźń była bardzo pożądana. Ale Mischka nie rozumiała żartów w takich przypadkach. Powiedziała: „Zbij go, Karl!” i Karl go zbił. Kiedy ten drugi odszedł z płaczem, powiedziała wyniośle: „Widzisz, Kuba!”,

W ten sposób sprawa została załatwiona, a nasza trójka mogła ponownie zająć się kwestią, jak najlepiej przywiązać kulkę papieru gazetowego do ogona grubego kota kucharki. Karl zdobył gazetę, ponieważ był członkiem grupy, który potrafił ją zdobyć, ponieważ zarządca majątku prenumerował „Kujawskie Wieści” i dlatego był uważany przez mieszkańców majątku, wsi, a nawet przez panów za pół-intelektualistę. Karl zdobył więc gazetę, Leo sznurek, a Mischka zapałki, ponieważ oczywiście chcieli podpalić gazetę. Ale koty mają pazury. Pazury miał również kot kucharki, który dwukrotnie podrapał rozgorączkowanego Leo, który miał go trzymać, pozostawiając pięć czerwonych śladów na grzbiecie dłoni, po czym wymknął się na zewnątrz między nogami stolarza, który wracał do swojego warsztatu. Stary Michałek jednak jednym spojrzeniem zrozumiał, co zamierzali zrobić, zamknął drzwi i spokojnie złapał jednego po drugim trzech grzeszników, aby ich spokojnie i stanowczo skopać. Po egzekucji schronili się z płaczem na strychu i knuli plany zemsty, ponieważ tym razem Michałek powiedział „Widzisz, Kuba!”, kiedy otworzył drzwi i ich wypuścił.

Kiedy trójka miała po dwanaście lat, trzy dni przed Wigilią, jak co roku zimą, wybiegli na zamarznięty jezioro, ale tym razem Karl Witt wpadł pod lód. Młodzież z wioski pobiegła do domu z krzykiem ze strachu, a nawet Leo chciał uciec w pierwszym odruchu, ale Mischka podczołgała się na brzuchu do dziury, w której miotał się Karl, krzyknęła do Leo, żeby trzymał ją za nogi, a następnie wyciągnął tonącego za włosy na lód tak daleko, że nie miał już nosa w wodzie. W tej pozycji cała trójka zamarzłaby, gdyby przypadkiem łaskawa pani nie przejeżdżała saniami wzdłuż brzegu jeziora. Kazała się zatrzymać, wskazała staremu Madajewskiemu drabinę przeciwpożarową przy jednym z domów wiejskich, a następnie stojąc w saniach, wydawała polecenia z lądu, jak ma on przesunąć drabinę po lodzie. Kiedy woźnica przywiózł trzech biednych grzeszników, Leo i Mischka otrzymali od łaskawej pani po jednym ręcznie wykonanym policzku, a Karl dwa, ponieważ się załamał. Następnie zabrała całą trójkę do sań, nakryła ich kocami, pojechała z powrotem do majątku, dostarczyła ich do ciepłej kuchni i zadbała o to, aby otrzymali suche ubrania i zostali ukarani przez swoich ojców. Tym razem Mischka wypadła najgorzej, ponieważ miała tylko jedną parę spodni, a ta wisiała do wyschnięcia na piecu. Łaskawa pani stała obok i powiedziała – ona też wiedziała, co należy – „Widzisz, Kuba!” (Słowo to obiegło całą wioskę, a stary Kasprowicz, gdy o tym usłyszał, podrapał się po brudnej głowie i powiedział z uśmiechem: „Psia krew, nasza łaskawa pani! Ona jeszcze pamięta!”. I pomyślał o czasach, kiedy miał trzy, sześć i osiem lat – bawił się z panią w stajniach i w parku i mówił z nią bardziej po polsku niż po niemiecku).

                                                     Ognista i cicha miłość.

Miszka, Leo i Karl byli więc sercem i duszą, i pozostali nimi, aż obaj chłopcy stali się młodymi mężczyznami i w niedziele zaczęli nosić długie spodnie zamiast półdługich, które nadal nosili w dni powszednie. Mischka, ognista mała łobuziara, bawiła się tym, że raz faworyzowała jednego, a raz drugiego ze swoich dwóch przyjaciół i podsycała zrzędliwą, dziwnie bezradną zazdrość wielkiego, zamyślonego Karla Witta lub migotliwą nieopanowaną naturę czarnowłosego, sprężystego i szybkiego Leo, ale była też na tyle dobroduszna, że godziła swoich dwóch przyjaciół z dzieciństwa ciepłym słowem, błagalnym spojrzeniem swoich okrągłych, ciemnych oczu, zanim doszło do prawdziwej wrogości.

Leo Kwiatkowski dojrzewał znacznie szybciej niż dobroduszny, ociężały fizycznie i bardzo dokładny młody Witt, aż w końcu uspokajające słowa Mischki, która z każdym miesiącem stawała się coraz ładniejsza i pulchniejsza, przestały wystarczać, Leo, który od siedemnastego roku życia ścigał ją swoim jawnym, płonącym pożądaniem, które jednak nie miało w sobie nic odrażającego, ale wynikało z porywającego temperamentu szlachetnego ciała i jego niewinnej zmysłowości, nieograniczanej żadną wykształconą duchowością. Diabeł mógł wiedzieć, skąd ten piękny chłopiec czerpał swoje jasne gesty, swoją śmiałą, ale nigdy nachalną zuchwałość i beztroską naturę – diabeł i być może także pan von Legowski, właściciel majątku rycerskiego Moja Wola na drugim brzegu jeziora. Wszyscy młodsi bracia i siostry Leo nie byli do niego w najmniejszym stopniu podobni, byli grzecznymi, niezdarnymi, pokornymi dziećmi robotników, a Leo gardził nimi i wszystkimi synami i córkami dziedziców i chłopów jako głupimi wiejskimi prostakami. Jedynie Karla Witta nie potrafił pogardzać, i to nie tylko z powodu swojej dawnej i nieprzerwanej przyjaźni z nim, ale przynajmniej w równym stopniu z powodu jego z pewnością ociężałej, ale też bardzo spokojnej niezależności.

W swoich zalotach do Mischki Leo był jednocześnie żarliwy i wytrwały, i już niejednokrotnie porwał ją do pocałunku, gdy ta wciąż wyrywała się mu ze śmiechem. Ale on chciał więcej, znacznie więcej. Jednak im bardziej stawał się zuchwały, tym bardziej dziewczyna otwarcie okazywała sympatię Karlowi Wittowi, którego ataków nie musiała się obawiać, i w każdą niedzielę Leo musiał znosić, jeśli w ogóle chciał być z Mischką, że Karl uczestniczył w ich spacerach, które nie prowadziły tylko po wiejskiej drodze. Tak, z gniewnym zdziwieniem zdał sobie sprawę, że w większości jeszcze nieświadomy sposób, w jaki Karl zabiegał o dziewczynę, oddziaływał na niego i czasami wręcz wstydził się swoich zuchwałości, zwłaszcza gdy wydawało mu się, że przyjaciółka patrzy na jego rywala miękkim, rozmarzonym wzrokiem.

                                                            (Ciąg dalszy nastąpi)


                                                WIDZISZ, '"KUBA!

                                           (Die Reue kam zu spät)

Eine Erzählung von Erhard Wittek

Karl Wift war der einzige Sohn des Hofvogts, Leo Kwiatkowski der Alteste des Gutsschmieds und Mischka Madojewska war eine der vielen Töchter des Kutschers der gnädigen Frau. Die drei Kinder waren in demselben Jahr geboren, und von ihrem dritten Lebensjahr an spielten sie zusammen im herrschaftlichen Park, auf dem riesigen Hof des Gutes oder in seinen Ställen, Scheunen und Schuppen.

Als sie in die Schule gingen, kam Karl Witt bei weitem am besten voran, obwohl er doch zu Hause mit seinem Vater - die Mutter war an einem Unglücksfall gestorben, als er drei Jahre alt war - nur deutsch sprach. Darum mußte Karl den beiden anderen bei den Schularbeiten helfen, wenn sie gerade einmal Lust hatten, ihre Aufgaben zu machen, oder wenn Mischkas Mutter, die sehr ehrgeizig war, ihre Tochter zwang, die unendlichen Schwierigkeiten der polnischen Grammatik und Rechtschreibung zu bewältigen. Sonst aber bestimmte Mischka, was sie tun wollten: Krebse unter den Weidenstümpfen am See fangen oder Vogelnester ausnehmen oder Klipp spielen. Manchmal, wenn sie aus der Schule heimgingen, wollte sich ihnen ein Junge aus dem Dorf anschließen, aber Mischka hatte genug an. ihren beiden Gefolgsleuten und verhöhnte den Zudringlichen solange, bis er sich je nach Veranlagung schimpfend oder still oder weinend von ihnen trennte. Dann mochte es vorkommen, daß der Abgewiesene, wenn es ein Pole war, Mischka Vorwürfe machte, weil sie mit einem niemiec, einem Deutschen also, spiele. Das geschah nicht gerade aus Nationalhaß, wie man sieht - denn wenn Mischka den Staschek oder Wadschu zugelassen hätte, so wäre ihm die Teilnahme Karl Witts an ihren Spielen höchst gleichgültig, ja wahrscheinlich sehr erwünscht gewesen, denn Karl war der stärkste in seiner Klasse und seine Freundschaft sehr begehrt. Aber Mischka verstand in solchen Fällen keinen Spaß. Sie sagte: "Verroll ihm, Karl!" und Karl verrollte ihm. Zog dann der andere heulend ab, so sagte sie hochnäsig: "Widzisz, Kuba!" und das hieß: "Siehste, Kuba !

Damit war der Fall erledigt, und unsere Drei konnten sich wieder in aller Eintracht der Frage zuwenden, wie man dem fetten Kater der Köchin am besten ein Knäuel Zeitungspapier an den Schwanz binden könne. Karl besorgte, die Zeitung, denn er war dasjenige Mitglied der Gesellschaft, der eine Zeitung beizubringen vermochte, weil nämlich der Hofvogt den "Kujawischen Boten" hielt und deshalb bei den Gutsleuten, im Dorf und sogar bei der Herrschaft für einen halben Intellektuellen gehalten wurde. Karl also besorgte die Zeitung, Leo. den Bindfaden und Mischka die Streichhölzer, denn natürlich wollten sie das Zeitungspapier anzünden. Aber Katzen haben Krallen. Krallen hatte auch der Kater der Köchin, und mit seinen Krallen zog er dem hitzigen Leo, der ihn festhalten sollte, zweimal ja fünf rote Durchzieher über den Handrücken, bevor er zWischen den Beinen des in seine Werkstatt wieder eintretenden Gutsstellmachers ins Freie entwischte. Der alte Michalek aber sah mit einem Blick, was sie vorgehabt hatten, verschloß die Tür und griff sich in aller Ruhe einen der drei Sünder. nach dem anderen, um ihn mit Ruhe und Nachdruck gründlich zu vertabaken. Sie verkrochen sich nach der Exekution heulend auf den Heuboden und schmiedeten Rachepläne, denn diesmal hatte Michalek "Widzisz, Kuba!" gesagt, als er die Tür aufschloß und sie entließ.

Als die drei zwölf Jahre alt waren, liefen sie - viel zu früh wie in jedem Winter - drei Tage vor Heilig Abend auf das Eis des Sees hinaus, diesmal aber brach Karl Witt ein. Die Dorfjugend lief brüllend vor Schreck nach Hause, und sogar Leo wollte sich in der ersten Angst davonmachen, aber Mischka kroch auf dem Bauch an das Loch heran, in dem Karl herumzappelte, schrie Leo an, er solle sie an den Beinen festhalten und zog dann den Eingebrochenen an den Haaren so weit auf das Eis, daß er die Nase nicht mehr im Wasser hatte. In dieser Stellung wären die drei wohl angefroren, wenn nicht zufällig die gnädige. Frau im Schlitten am Seeufer entlang gefahren wäre. Sie ließ halten, zeigte dem alten, Madajewski eine Feuerleiter an emem der Bauernhäuser und kommandierte dann, in ihrem Schlitten stehend, vom lande aus, wie er die Leiter über das Eis schieben solle. Als der Kutscher die drei armen Sünder anbrachte, bekamen Leo und Mischka von der gnädigen Frau je eine handgefertigte Ohrfeige und Karl zwei, weil er eingebrochen war. Dann nahm sie alle drei in den Schlitten, legte Decken über sie;' fuhr im Karacho nach dem Gut zurück, lieferte sie in der warmen Küche ab, sorgte dafür, daß sie, soweit es nötig war, trockene Kleider bekamen und von ihren Vätern versohlt wurden. Diesmal kam Mischka am schlechtesten dabei weg, denn sie besaß nur ein Paar Hosen und das hing zum Trocknen am Ofen. Die gnädige Frau stand daneben und sagte - auch sie wußte, was sich gehörte - "Widzisz, Kuba!" (Das Wort machte die Runde im ganzen Dorf, und der alte Kasprowicz kratzte sich, als er davon vernahm, seinen dreckigen Kopf und sagte schmunzelnd: "Psia krew, unsere Gneddige! Die weiß noch!" Und er dachte der Zeit, als er drei und sechs und acht Jahre alt - mit der gnädigen Frau in den Ställen und im Park gespielt und mehr polnisch als deutsch mit ihr gesprochen hatte).

                                                     Feurige und stille Liebe.

So waren Mischka, Leo und Karl ein Herz und eine Seele, und sie blieben es, bis die beiden Jungen Männer geworden waren und an den Sonntagen lange Hosen zu tragen begannen statt der halblangen, die sie weiterhin an den Wochentagen trugen. Mischka, das feurige kleine Luder, hatte ihren Spaß daran, einmal den einen und dann wieder den anderen ihrer beiden Freunde zu bevorzugen und die knurrige, seltsam ratlose Eifersucht des großen, versonnenen Karl Witt oder die flackernde Unbeherrschtheit des schwarzhaarigen und wie eine Degenklinge federnd biegsamen, schnellen Leo zu schüren, aber sie war doch auch gutherzig genug, die beiden Jugendfreunde mit einem warm einlenkenden Wort, einem bittenden Blick ihrer runden, dunklen Augen miteinander auszusöhnen, bevor es zu einer wirklichen Verfeindung kam. 

Leo Kwiatkowski wachte viel eher auf als der gutmütige, körperlich schwerfällige und sehr gründliche junge Witt, und schließlich genügten die beruhigenden Worte der mit jedem Monat hübscher und molliger werdenden Mischka nicht mehr, Leo zurückzuhalten, der sie schon von seinem siebzehnten Jahre an mit seiner unverhüllt lodernden Begehrlichkeit verfolgte, die jedoch nichts Abstoßendes an sich hatte, sondern dem hinreißenden Temperament eins edlen Körpers und seiner unschuldigen, von keiner geschulten Geistigkeit im Zaume gehaltenen Sinnlichkeit entstammte. Der Teufel mochte Wissen, woher der schöne Junge seine klaren Gebärden, seine kühne und doch niemals zudringliche Dreistigkeit und sein unbekümmertes Wesen hatte - der Teufel und vielleicht auch Herr von Legowski, der Besitzer des Rittergutes Moja wola am anderen Ufer des Sees. Alle jüngeren Geschwister Leos hatten nicht die geringste Ähnlichkeit mit ihm, waren brave, ungeschickte, demütige Arbeiterkinder, und Leo verachtete sie und, alle Söhne und Töchter der Gutsleute und der Bauern als dumme Dorf tölpel. Nur Karl Witt zu verachten, gelang ihm nicht, und daran war nicht nur seine alte und ungebrochene Freundschaft mit ihm schuld. sondern mindestens ebenso Karls gewiß schwerfällige, aber auch sehr ruhige Selbständigkeit.

Bei seinem Werben um Mischka war Leo zugleich feurig fordernd und beharrlich, und er hatte der sich ihm immer wieder lachend Entwindenden schon manchen Kuß geraubt. Aber er wollte ja mehr, viel mehr. Jedoch das Mädchen hielt sich, je kühner er wurde, immer offener zu Karl Witt, von dem sie solche Attacken nicht zu fürchten brauchte, und Sonntag für Sonntag mußte Leo es dulden, wenn er überhaupt mit Mischka zusammen sein wollte, daß Karl an ihren Spaziergängen teilnahm, die nicht nur über die Dorfstraße führten. Ja, er erkannte mit zorniger Verwunderung, daß Karls großenteils offenbar noch unbewußte Art, um das Mädchen zu werben, auf ihn zurückwirkte und er sich seiner Frechheiten gelegentlich geradezu schämte, besonders, wenn er zu bemerken glaubte, daß die Freundin seinen Nebenbuhler mit weichen, träumerischen Augen anblickte. 

                                                                     (Fortsetzung folgt)

czwartek, 5 lutego 2026

Rodzina Krause (Kraus) - Andrespol - Łódź - Ceramika - cz.3

Nadzwyczajny talent synów niepiśmiennych Krystiana i Ludwiki Kraus (Krause) może budzić podziw.

Jan w wieku 21 lat zostaje właścicielem fabryki w Andrespolu produkującej kafle piecowe. O 14 lat młodszy brat Christian Adolf wyemigrował do Łodzi i również jako młody człowiek zostaje fabrykantem. Zakłada wspólnie z Bolesławem Grodzickim Fabrykę: Tkalnię, Farbiarnię Wykańczalnię Tkanin.

Jednak w tej części chciałbym przedstawić postać Jana Krause. Nie chciał iść w ślady swoich rodziców zostając jednym z wielu ciężko pracujących na roli. Otwiera zakład zajmujący się produkcją kafli piecowych. W początkowej fazie produkuje kafle do budowy ok. 200 kompletnych pieców. Jednak nie osiadł na laurach i za zarobione pieniądze kupuje na terenie wsi Chojny (obecnie dzielnica Łodzi) kilka hektarów ziemi. W łódzkiej gazecie "Tydzień" z 28 lipca 1895 roku zamieszczono:

P. Krauze pod Łodzią parceluje swój majątek Chojny, a parcelacyja ta odbywa się w ten sposób, że p. Krauze sporządził plan, który obejmuje cały jego majątek, podzielony tak, ażeby po częściowem rozprzedaniu go, utworzył z czasem przedmieście Łodzi. W tym celu wyznaczone zostało miejsce na rynek, wytknięto ulice, a parcele stanowią place, na których wznoszone mogą być domy i zabudowania gospodarcze, przy których dadzą się urządzać mniejsze i większe ogródki. Szacunek tych placów różny; wszelako nie niższy od rs. 300, a nie wyższy nad rs. 500. Więcej niż połowę tych placów już rozkupiono.

Także na Chojnach zostaje właścicielem cegielni, a od 1895 roku młyna parowego we wsi Nowa Rokita (Nowe Rokicie?)

                                       Zdjęcie ze zbiorów Pani Anny Gajewskiej


Jednak nie zaniedbuje swojej fabryki w Andrespolu. Po 20 latach od jej powstania zatrudnia ponad 20 robotników zdecydowanie zwiększając produkcję kafli jakże potrzebnych do budowy pieców w każdym domu. O jego pracowitości i zaangażowaniu świadczą liczby. Po 1910 roku zatrudnia już 100 robotników w większości miejscowych, produkując kafle do budowy  3.000 piecy. Znacznie powiększa teren swojej firmy na ul. Andrzeja do powierzchni 3 hektarów. Powiększa także asortyment swoich wyrobów. Zaczyna produkować płytki ścienne jak i podłogowe. Przeglądając międzywojenną prasę można znaleźć wiele ogłoszeń reklamujących jego wyroby. Otwiera także swoje sklepy firmowe w Bydgoszczy, Chorzowie, Gnieźnie czy też Warszawie (źródło: Zduńskie Opowieści - Maciej Burdzy). Wydaje także bogaty katalog w którym reklamuje wzory kafli i płytek. 

W latach 40-tych zakład Jana Krause w dalszym ciągu się rozwijał, w szczytowym okresie zatrudnienie wzrosło do ponad 400 robotników.

W okupacyjnej gazecie Litzmannstädter Zeitung z 15 sierpnia 1943 roku ukazał się obszerny artykuł o fabryce w Andrespolu pod tytułem: Kiedy mały "Segerkegel" wygina się w piecu. Małą jego część przedstawiam: 

...." Już ponad 50 lat temu rozsławił wieś Andrespol jako siedzibę swojej fabryki poprzez produkcję dachówek. Ród Krause należał do pierwszych niemieckich imigrantów pod koniec XVIII wieku. Początkowo z prostej gliny występującej w okolicach Andrespola formowano - i wypalano - kafle piecowe, aż w końcu zaczęto produkować tak zwane "kafle berlińskie". Dachówki berlińskie, te jasne, białe, można było wydobyć za pomocą glinki szamotowej. To jednak sprawiło, że niemieckie pionierskie prace z obcego niegdyś kraju wróciły na wielki niemiecki rynek. Z punktu widzenia niemieckiej reklamy jest dość odkrywcze, że w normalnych czasach z około 40 milionów dachówek potrzebnych rocznie w Rzeszy, u bram Litzmannstadt produkowano trzy do czterech milionów. Produkcja takich kafli do pieców i ścian ma wiele wspólnego z ogólną produkcją ceramiki i porcelany. Po pierwsze, glina z dodatkami nadaje się do ugniatania, a tym samym jest gotowa do obróbki, poprzez zawiesinę w swego rodzaju korycie, poprzez dodanie wody i przemieszanie jej przez mieszadło. Następnie do akcji wkracza wycinarka do gliny, aby w prosty sposób uzyskać poszczególne elementy do obróbki, która może odbywać się poprzez formowanie ręczne lub w formach gipsowych"....

Po roku 1945 Ceramikę dotknęły dwie katastrofy..., huragan który zniszczył dachy kilku budynków a później nacjonalizacja i wymuszona emigracji najbliższych z rodziny Jana i Florentyny z Polski. Komuniści skutecznie "zniszczyli" Ceramikę, która latami dawała godziwe zarobki setkom mieszkańców Andrespola.

Ze związku Jana i Florentyny urodziło się troje dzieci: Gerhard Bruno urodzony w 1896 roku, Jan Waldemar urodzony w 1899 roku i Gertruda Emilia Luiza urodzona w 1901 roku. Dwa akty urodzin: Gertrudy i Gerharda. pisane po rosyjsku poniżej.

                        Akt urodzenia: Gerhard Bruno urodzony w 1896 roku
Zespół: 1565d / Akta stanu cywilnego Parafii Ewangelicko-Augsburskiej św. Jana w Łodzi
Jednostka: 1896 / UMZ-1896


Akt urodzenia: Gertruda Emilia Luiza urodzona w 1901 roku. Zespół: 1565d / Akta stanu cywilnego Parafii Ewangelicko-Augsburskiej św. Jana w Łodzi
Jednostka: 1901 / UMZ-1901





DOZ Apteka dbam o zdrowie - Andrespol - Wiśniowa Góra - Gejzler - Zajerkoff - 1923

Od wielu lat jestem stałym klientem Apteki w Andrespolu przy ul. Projektowanej 16 "DOZ Apteka dbam o zdrowie". Przesympatyczne Panie tam pracujące p.p. Krysia i Wioletta wiedzą o moim zamiłowaniu do lokalnej historii. Którego dnia zaprosiły mnie na zaplecze i pokazały kilka sporych kartonów w których znajdowały się stare książki, czasopisma związane z aptekami. Między innymi znalazłem kilka ciekawych rzeczy jak dzienne zestawy sprzedaży z lat trzydziestych XX wieku. Są tam również książki z przełomu XIX/XX wieku po rosyjsku. Co najciekawsze, były na niektórych z nich stemple Apteki (najprawdopodobniej właśnie tej). Nie przypuszczałem, że ta apteka działa już od ponad 100 lat (1 kwietnia 1923 r)! Być może czytelnicy będą w stanie podać więcej informacji o tym ciekawym miejscu. Poniżej zamieściłem informacje (znalezione w archiwalnych gazetach) dotyczące właścicieli. Zapraszam!











Kurjer Łódzki. 1926-12-10 R. 26 nr 339

Nr. 10503. A. „Alfred Gejzler". Apteka. Firma istnieje od 1 kwietnia 1923 r. z siedzibą w Andrespolu, gm. Gałkówek. Właściciel Alfred Gejzler,  w Andrespolu, gm. Gałkówek. Intercyzy nie zawarł.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ilustrowana Republika. 1936-04-06 R. 14 nr 95 [właśc. 96]

Ofiary na budowę domu-pomnika Marszałka Piłsudskiego

Mgr. Zajerkoff w Andrespolu zl. 20. 

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


Wykaz telefonów i nazwy firm w Wiśniowej Górze i Andrespolu.              

 Źródło: Genealogy Indexer                                                             

                                              WIŚNIOWA GÓRA  K. ŁODZI

Numer telefonu

                              Nazwisko  

Nazwa firmy lub zawód

24

Baruch Albert. M.

 

41

Dobrzyńska Gołda

Pensjonat

10

Fajlowa Helena ….

 

21

Frenkel Józef

Dr. medycyny

13

Frydman Ruwen. m.

 

26

Grinberg Szymon

Dr. medycyny

  5

Kaftal Chudesa. m.

 

36

Kempinska Golda

Pensjonat

35

Lekich Abram. m.

 

18

Lerner Markus

Dr. medycyny

  6

Lichtenfeld Władysław, m.

 

34

Lifszyc Hezckiel, m.

 

22

Litterman Majer, m.

Willa Rapporta

  3

London Szaja

Pensjonat, willa Sztyfta

37

Lubochiński Chaim, m.

 

17

Malinowski Jan

Dr. Medycyny, m. Andrespol pod Andrzejowem

  9

Minc Anna

Pensjonat

33

Pick Chil, m.

 

11

Policja Państwowa

Posterunek

40

Prowizor Sura. M.

 

39

Frydman R.

„Rivera” Kraszew k. Andrzejowa

14

Rogożyk Nachman. M.

 

  1

Rozmównica PAST

Wiśniowa Góra.

32

Szeps Syna, m.

Willa Krüger

42

Szwarc Josek

Pensjonat

16

Tarmowa J.D.

Pensjonat

  4

Tepler Tania, m.

 

27

„T. O. Z.”

Towarzystwo Ochrony Zd. Żydowskich

31

Wajnrot M.

Zakład fryzjerski

15

Windzberg Beniamin

Dr. lekarz

28

Zajerkoff Władysław

Apteka – m. Andrespol k. Andrzejowa

12

Zaleman Natan, m.

 

  8

Zylberblatt Henryk, m.