środa, 18 lutego 2026

Kainowa zbrodnia - Brudnów - Dalików - 1933

 W którym z artykułów jest właściwa nazwa? - Brudnów - Brudłów?

Echo. 1933-04-25 R. 9 nr 113

Kainowa zbrodnia pod Łęczycą. Brat zamordował siekierą brata

Łódź, dnia 25 kwietnia. W dniu wczorajszym wieś Brudnów, gminy Dalików, powiatu łęczyckiego, była terenem krwawej zbrodni bratobójstwa. Pomiędzy braćmi Janem i Józefem Wielkopolanami wynikła bójka na tle nieporozumień mieszkaniowych. W czasie bójki Jan Wielkopolan pochwycił siekierę i uderzył nią w głowę brata Józefa. Gdy ten padł na ziemię Jan Wielkopolan, z pomocą służącego Władysława Klimkowskiego dobili nieszczęśliwego. Zwłoki zamordowanego Józefa Wielkopolana zabezpieczono na miejscu do czasu przeprowadzenia oględzin i Władysława Klimkowskiego osadzono w więzieniu w Łęczycy.

Ilustrowana Republika. 1933-04-26 R. 11 nr 114

Brat zabił brata. Zbrodnia kainowa na wsi pod Łodzią 

Jedna z zagród we wsi Brudłów  gminy Dalików, powiatu łęczyckiego, była widownią tragicznego zajścia. Właścicielami zagrody byli bracia Józef i Jan Wielkopolanie. Między braćmi dochodziło do ustawicznych nieporozumień na tle warunków mieszkaniowych, albowiem cały dom mieszkalny składał się właściwie z jednej izby. Ostatniej niedzieli między braćmi wynikła we wczesnych godzinach rannych wielka awantura, przede wszystkiem o wzajemne zastępowanie sobie w izbie, a po zatem o dysponowanie służącym Jana przez Józefa. Kłótnia przybrała tak ostry charakter, iż Jan Wielkopolan i jego służący Klamkowski, biorący udział chwycili za siekiery i rzucili się na bezbronnego Józefa.

Józef nie zdołał się obronić. Ugodzony kilkakrotnie siekierą w głowę runął na podłogę. Okrutny brat dobił ciężko rannego Józefa kilkoma uderzeniami siekiery. Wieśniacy zwartem kołem otoczyli dom Wielkopolanów, przyczem na obydwu morderców posypał się grad wyzwisk a nawet uderzeń. Jana Wielkopolana i Władysława Klamkowskiego wybawił z opresji patrol policyjny, zaalarmowany przez zdążających do kościoła w Dalikowie wieśniaków. Obydwu morderców odprowadzono do więzienia w Łęczycy. Zwłoki zabitego Józefa Wielkopolana po dokonaniu sekcji, pogrzebano wczoraj na cmentarzu w Brudłowie.

POMNIK KOŚCIUSZKI W DALIKOWIE - Nowy Kurier Łódzki - 1917

   

Nowy Kurjer Łódzki : dziennik polityczny, społeczny i literacki. 1917-09-25 R. 19 nr 262

                                         

                                                   POMNIK KOŚCIUSZKI W DALIKOWIE

W ziemi łęczyckiej, oddalona o 15 kilometrów od Aleksandrowa, leży wieś Dalików, własność rodowa p. Wardęckiego, ziemianina, jednego z tych, co z pokolenia w pokolenie leli krew za wolność Ojczyzny. Obecny właściciel Dalikowa, gorący patriota, oddawna pracował gorliwe nad uświadamianiem ludu wiejskiego o jego obowiązkach dla Ojczyzny, nad narodowym uświadamianiem okolicznego włościaństwa, podniesieniem poziomu jego kultury, oświaty i dobrobytu.

W tym celu założona została w Dalikowie wzorowa szkoła ludowa, prowadzona przez nauczyciela p. Kamińskiego, biblioteka ludowa i czytelnia, tudzież rozwinęła się praca pouczająca młodzież i dorosłych.

Stuletnia rocznica śmierci bohatera naszego narodu, Tadeusza Kościuszki, natchnęła p. Wardęckiego myślą wzniesienia w Dalikowie pomnika Tadeuszowi Kościuszce, który by poważnie nam upamiętniał zasługi bohatera z pod Racławice dla Polski i jej ludu wieśniaczego położone. W tym celu dla wcielenia w czyn, godnego naśladowania i uznania, pomysłu, wybrano komitet, do którego weszli p.p. Wardęcki z dalikowa, ks. Pyszyński, miejscowy proboszcz, p. Dzierżbicki, właściciel majątku Gajówka, Kamiński, miejscowy nauczyciel szkoły ludowej, Turkowski, wójt gminy Dalików i Cyruliński, gospodarz rolny z Krzemieniewic. Komitet rozpisał odezwy do wybitniejszych firm kamieniarskich, artystów-rzeźbiarzy i architektów z wezwaniem o nadesłanie projektów pomnika, oraz kosztorysów. Z nadesłanych rysunków i ofert wybrano jako najlepiej odpowiadający celowi i intencjom projektodawców, oraz najwięcej dający gwarancji co do artystycznego wykonania - projekt artysty rzeźbiarza p. Władysława Czaplińskiego z Łodzi. P. Czapliński dobrze znany jest w szerokich kołach publiczności i swerach artystycznych z prac swoich, nacechowanych rzetelnym odczuciem piękna, rozmachem i siłą.

W tych dniach mieliśmy sposobność oglądania modelu projektowanego pomnika w pracowni p. Czaplińskiego w Łodzi przy ul. Cmentarnej 10. Przedstawia on postać Naczelnika narodu, przyodzianą w chłopską sukmanę. Kościuszko z gołą głową stoi oparty na szabli, z prawą rękę wzniesioną ku górze, jakby prosił o błogosławieństwo Boga dla świętej sprawy, uroczystą składał przysięgę, lub dawał rozkazy. Z całej postaci pomimo wielkiej prostoty wieje moc natchnienia i głęboka wiara w odrodzenie narodu, który umiał  w dniach upadku zdobyć się na reformy i wystąpić do bohaterskiej walki w ich obronie.

Posąg ten, wykuty z granitu, naturalnej wielkości, stanie na podstawie, ułożonej z głazów kamienia polnego, wyobrażających rodzaj skały, sześć łokci wysokiej. Sama figura bohatera mieć będzie 3 łokcie wysokości.

Pomnik stanie na placyku w specjalnie urządzonym skwerze, pomiędzy kościołem a kancelarią gminną, w miejscowości, gdzie rozchodzą się rozstajne drogi. Postać Kościuszki będzie tak ustawiona, że ręka podniesiona ku górze zwrócona będzie w stronę kościoła, jakby na znak, że każdą sprawę, w imię Ojczyzny i dla Ojczyzny poczynaną - rozpoczynać winniśmy od Boga.

Pomnik w całości wykonanym zostanie w pierwszych dniach marca r. p. Podstawa ukończona będzie na dzień 15 października r. b., na który projektowany jest uroczysty obchód ku uczczeniu pamięci Tadeusza Kościuszki, rozpoczętym solennem nabożeństwem i urozmaicony odczytem o życiu  i czynach naszego bohatera nad bohatery, ze szczególnym naciskiem jego zasług, położonych dla sprawy włościańskiej w Polsce.

Jest to, zaprawdę, czyn wysoce patriotyczny i obywatelski, czyniący zaszczyt mieszkańcom Dalikowa i okolic, chlubnie świadczący, nie tylko o głębokiej czci dla pamięci autora znanego manifestu Połanieckiego, posuwającego sprawę włościańską w Polsce o krok dalej ponad to, co dla ludu wiejskiego uczyniła Konstytucja 3-go Maja 1791 roku, ale i o pietyźmie czcicieli pamięci Naczelnika Narodu, troszczących się gorliwie, aby artystyczne wykonanie pomnika godne było zasług bohatera narodowego.

Oby takich, jak Dalików miejscowości znalazło się więcej w naszym kraju a uświadamianie narodowe naszego ludu wiejskiego pójdzie w żywem tempie. 

                                                                                                                     St. Jan

wtorek, 17 lutego 2026

Huta Bardzińska - Kościół ewangelicki - Konfirmacja - 1933

Napisał do mnie  Bartosz A., że znalazł mój blog a w nim materiały dotyczące Dalikowa. Dzisiaj odbyliśmy miłą rozmowę telefoniczną. Myślę, że nie ostatnią. Przesłał mi zdjęcie kościoła ewangelickiego w Hucie Bardzińskiej (poprawił je mój przyjaciel Kacper). Kościółek jak prawie wszystkie inne zburzono po zakończeniu wojny w 1945 roku. W Bibliotece Cyfrowej znalazłem relację z Konfirmacji w tym kościele, myślę, że będzie to dobrym uzupełnieniem. 

Freie Presse. 1933-05-03 Jg. 11 Nr 121

Konfirmacja w Hucie Bardzińskiej.  W niedzielę w Hucie Bardzińskiej odbyła się tegoroczna konfirmacja. Przy dźwiękach trąbek i dzwonów konfirmanci, na czele z pastorem J. Busem, nauczycielem i kantorem O. Wolskim oraz kolegium kościelnym, wkroczyli do uroczyście udekorowanego kościoła. Konfirmowani zostali: Irma Fenger, Wanda Ludwig, Maria Reimann, Wanda Schönknecht, Anna Woendland, Bruno Frank, Egon Hoffmann, Edmund Jaschke, Erwin Kirsch, Zygmunt Krüger, Eduard Metler, Alfred Wendland i Eduard Zück. W niedzielę konfirmacja odbędzie się również w Aleksandrowie.





Kościół ewangelicko-luterański w Hucie Bardzińskiej koło Aleksandrowa (zdjęcie: Th. Schulz Aleksandrów)
Die evangelisch=lutherische Filialkirche in Huta Bardzińska bei Alexandrów (Foto. Th. Schulz Alexandrów)

Konfirmation in Huta-Bardzinska.  Am Sonntag fand in Huta-Bardzinska die diesjährige Konfirmation statt. Bei Posaunenspiel und Glockengeläut begaben sich die Konfirmanden unter Vorantritt des Pastors J. Buse, des Lehrers und Kantors O. Wolski, sowie des Kirchenkollegiums in die festlich geschmückte Kirche. Konfirmiert wurden: Irma Fenger, Wanda Ludwig, Maria Reimann, Wanda Schönknecht, Anna Woendland, Bruno Frank, Egon Hoffmann, Edmund Jaschke, Erwin Kirsch, Zygmunt Krüger, Eduard Metler. Alfred Wendland. Eduard Zück. Am Sonntag findet auch in Alexandrow die Konfirmation statt. 

Styczeń 1945 roku - Łódź - Sikawa - Ucieczka Niemców - Der Heimatbote - 2/1945 - cz.2

 

Oprócz wielu więzień, miejscem zagłady Niemców był słynny obóz koncentracyjny Sikawa. Już samo słowo „Sikawa” budziło wśród wszystkich Niemców z Łodzi niewyobrażalny strach, podobnie jak nazwa „Auschwitz” (obóz koncentracyjny pod Krakowem) była w czasach hitlerowskich dla Żydów przerażającą nazwą, która budziła strach o własne życie. W Sikawie Niemcy byli bici, głodowali, marzli i nieustannie patrzyli śmierci w oczy. W tej sytuacji jedna z współtowarzyszek niedoli napisała:

Drogi Ojcze w niebie, wysłuchaj naszych modlitw,

Niech wszystkie niemieckie kobiety staną przed Tobą.

Jesteśmy zranione na ciele i duszy!

Panie, tylko Ty dajesz siłę do znoszenia tego!

A teraz prosimy Cię z gorącym sercem

Obdarz nas zbawieniem z nędzy i bólu!

Spójrz, klękamy przed Tobą:

Pozwól nam wreszcie wrócić do domu!

Niech wysoki mur wokół nas ustąpi –

A my wyciągniemy ręce do przyjaciół i wrogów

W Sikawie był również uwięziony dr Sauer. Opowiedział mi, że więźniowie nie otrzymywali tam jedzenia przez trzy dni. Wyposażenie gabinetu dr. Sauera, narzędzia medyczne itp. zostały skradzione; aby pozbyć się właściciela i niewygodnego świadka, został on bezceremonialnie wysłany do Sikawy.

Mężczyźni, którzy powracali z Wehrmachtu do swoich rodzin, szczęśliwi z powodu radości ponownego spotkania, byli natychmiast zabierani, najpierw umieszczani w obozach koncentracyjnych, a następnie wysyłani na Syberię. W innych przypadkach byli natychmiast rozstrzeliwani, tak jak pan Weigt. W Łodzi rzadko widywano wówczas niemieckich mężczyzn, tylko kobiety, dzieci i starców. Wszyscy mężczyźni musieli wyruszyć w okrutną podróż na Syberię z powodu służby w niemieckiej armii. Droga ta prowadziła przez obozy koncentracyjne, które Rosjanie i Polacy zbudowali dla Niemców etnicznych. Żaden z Niemców nie odważył się pokazać na ulicy w biały dzień. Kobiety, które chciały porozmawiać ze swoimi krewnymi, musiały robić duże objazdy i to po zmroku, aby nie zostać zauważonymi i pobitymi przez Polaków. Każdy Polak nosił odznakę, dzięki czemu można było natychmiast rozpoznać Niemca.

                                                                              W moim domu

Odwiedziłem również mój dom i mieszkanie w Łodzi. Chciałem odebrać dyplom lekarza, który zostawiłem tam w pośpiechu. Jak to tam wyglądało! Moje gabinety były zdemolowane. Rosjanie weszli przez okna, rozbijając szyby, a kiedy już byli w środku, wyłamali szafki, pocięli instrumenty na kawałki, podarli książki na strzępy i wszystko rzucili na podłogę. Drzwi wejściowe zostały otwarte siłą, ściany były zabrudzone błotem. To było pomieszczenie, w którym kiedyś leczyłem chorych, a które znajdowało się na parterze.

Mieszkania na poszczególnych piętrach były już zajęte przez Polaków. W moim przestronnym 9-pokojowym mieszkaniu na pierwszym piętrze mieszkała pani Hejka, żona lekarza z Małopolski. Rodzina Hejka mieszkała przez cały okres wojny w swoim małym mieszkaniu przy ulicy Emilien, gdzie mieszkała również przed wojną. Niemcy nie wyrzucili ich stamtąd. Jako lekarz specjalista leczyłem tam również ich dziecko. Niemniej jednak po wkroczeniu Armii Czerwonej rodzina Hejka uznała, że teraz albo nigdy nie będzie okazji, aby zdobyć piękne, duże mieszkanie – po prostu zajmując moje mieszkanie. Kiedy tam wszedłem, zachowała się wobec mnie bardzo bezczelnie i nie chciała mi oddać mojego dyplomu. Wskazała mi drzwi i kazała natychmiast opuścić mieszkanie. „Jest pan Niemcem!” – krzyknęła za mną.

Jednak nagłe pojawienie się właściciela przestraszyło ją. Dlatego następnego dnia rozpowszechniła w izbie lekarskiej i w mieście plotkę, że byłem pracownikiem gestapo i zamordowałem Rosjanina. Ponieważ poinformowała o tym również milicję, przed moim domem dzień i noc stał strażnik, aby mnie aresztować, gdy tylko się tam pojawię. Na szczęście nie pokazałem się tam więcej. Bóg sprawił, że uczciwy polski lekarz poinformował mnie o tym zamachu i ostrzegł mnie. Ten Polak poradził mi, abym jak najszybciej opuścił miasto.

Rzeczywiście, co miało mnie zatrzymać w Łodzi? Nawet nasze kościoły ewangelickie zostały zajęte. Kościół Trójcy Świętej przejęło wojsko, a kościół św. Jana został przeznaczony przez jezuitów dla polskiej młodzieży. Nawet cmentarz był zamknięty dla Niemców.

Tak, wtedy, w 1945 roku – dziesięć lat temu – Niemcy etniczni w Polsce byli narodem pozbawionym wszelkich praw życiowych. Nie było możliwości publicznego mówienia po niemiecku, słuchania słowa Bożego, wyrażania swojej opinii, nie było niemieckiej szkoły, kościoła, pracy poza niewolniczą pracą bez chleba i pieniędzy, mieszkania, majątku, lekarstw, a nawet lekarza... Każdy Niemiec był skazany na głód i niedostatek, śmierć duchową i fizyczną. Czerwony rząd i czerwona ludność były zgodne co do jednego: nie tylko zemścić się na Niemcach, ale całkowicie ich zniszczyć i wytępić.

                                                                O złotych zegarkach

Rosjanie mieli swój udział w prześladowaniu Niemców. Prześladowali wszystkich: bogatych i biednych, małych i dużych, prześladowali nawet robotników, mimo że w doktrynie marksistowskiej brzmi to tak pięknie: „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się”. Jednak w tej doktrynie, w pięknych komunistycznych hasłach o braterstwie ludu robotniczego, niemiecki robotnik w Łodzi i wszędzie, gdzie byłem, stanowił wyjątek. Niemiecki robotnik był dręczony, bity, torturowany, podobnie jak inteligencja i wyższa klasa kapitalistów, z którą miał przecież podjąć walkę i do której Moskwa wzywała go do tej walki.

Przykładem rosyjskich grabieży jest sytuacja, która nie jest pozbawiona komizmu. Pewnego wieczoru siedzę w polskim mieszkaniu, gdy nagle wtargnęli do niego dwaj umundurowani żołnierze Armii Czerwonej. W mieszkaniu znajdują się dwaj Polacy, którzy niedawno przenieśli się z Warszawy do Łodzi: sędzia i dyrektor. Rosjanie podchodzą do dwóch Polaków. Jeden chwycił dyrektora za gardło, drugi zaciągnął sędziego do sypialni i zaczął z nim walczyć. Rosjanie twierdzili, że obaj Polacy są w rzeczywistości Niemcami i należy ich pobić. Dyrektor wyjaśnił Rosjaninowi, że jest prawdziwym Polakiem i urodził się w Warszawie. „Rozumiesz”, mówi do niego, „pochodzimy z miasta, w którym mieszka prezydent, gdzie znajdował się Zamek Królewski, gdzie są Łazienki – ogród nad jeziorem. Jesteśmy Polakami, dlaczego nas bijesz?”. „Nie, jesteście Niemcami”, krzyczy rosyjski żołnierz. Po dłuższej walce Rosjanie odchodzą. Obserwuję to wszystko i dziwię się, że nie zostałem zaatakowany. Ale wkrótce zagadka zostaje rozwiązana. Obaj Polacy nosili swoje złote zegarki na łańcuszkach w kieszeni kamizelki, a ja nie miałem żadnego. Podczas bójki Rosjanie zabrali im zegarki.

„To piękny początek tutaj, w Łodzi” – powiedział później dyrektor. „Myśleliśmy, że okradają Niemców, ale wygląda na to, że sprawa ma się nieco inaczej. Jak długo nasi „sojusznicy” będą się tak zachowywać?”.

Godzinę później znów zadzwonił dzwonek. Wszyscy obecni zbledli. „Chyba nie wrócili?”, powiedział sędzia i otworzył drzwi. Wszedł dentysta. Sąsiad, który ma gabinet dentystyczny w tym samym budynku, starszy pan po sześćdziesiątce.

Jest blady i zaniepokojony. „Panowie”, zaczyna, „niedawno miałem dziwne doświadczenie. Chciałem wam o tym powiedzieć i was ostrzec. Pół godziny temu przyszło do mnie dwóch żołnierzy. Przez długi czas przyglądali mi się bacznie, a potem jeden z nich powiedział:

„Towarzyszu doktorze, mam chory ząb, strasznie mnie boli, proszę go wyrwać”. Poprosiłem ich do gabinetu, zbadałem zęby jednego z nich, ale wszystkie były zdrowe. Pokazał mi ząb mądrości, który rzekomo go bolał, i poprosił, żebym go wyrwał, obiecując mi w zamian za moje wysiłki cały bochenek chleba. Panowie, ząb był zdrowy, ale myśl o otrzymaniu całego bochenka chleba była tak kusząca, że wyrwałem mu zdrowy ząb bez znieczulenia, a facet nawet nie drgnął. „Dobrze”, powiedział, „jutro dostanie pan chleb”. Obaj odeszli. Pełen radości biegnę do jadalni i informuję o tym moją żonę. „Wanda”, wołam, „jutro będziemy mieli w domu cały bochenek chleba, tak wspaniałą zapłatę w dzisiejszych głodnych czasach”. Moja żona cieszy się z radości. „Teraz nie muszę już stać tej nocy 4 godziny w kolejce, aby otrzymać 400 gramów chleba. Jutro – kontynuuje – zaproszę moją siostrę Reginę na herbatę i dobry chleb żołnierski”.

„Czy mam już podać kolację?” – zapytała mnie. „Która godzina, sprawdź”. . .

„Panowie, sięgam do kieszeni, a mojego złotego zegarka nie ma. Słyszał pan, panie dyrektorze, mój złoty zegarek zniknął. W czasie, gdy tak bardzo się starałem, aby wyrwać mu zdrowy ząb, ten łotr ukradł z mojej kieszeni mój złoty zegarek. Czy mogą to państwo pojąć, panie dyrektorze i panie sędzio?”

„Tak, możemy to pojąć i rozumiemy pana, panie doktorze, całkowicie, rozumiemy pana bardzo dobrze” – powtórzyli obaj.

                                                              (Ciąg dalszy nastąpi)


„Litzmannstadt, 14 stycznia 1945 r. Wieść o całkowitym załamaniu się frontu nad Wisłą i powstaniu kilkusetkilometrowej luki frontowej rozchodzi się po mieście. Władze okręgu oficjalnie ogłaszają jednak, że sytuacja zaczyna się stabilizować, a nowe armie są w drodze.

15 stycznia. Krążą pogłoski o pojawieniu się rosyjskich czołgów. Armia rosyjska Koniewa ma przemieszczać się z mostu Baranow z ogromną prędkością przez Kielce i Częstochowę do Górnego Śląska.

17 stycznia. Cały front aż do Warszawy został zniszczony. Nie ma rozkazu ewakuacji. Władze powiatu nie udzielają żadnych informacji. Lokalny przywódca wraz z całym swoim sztabem są kompletnie pijani. Na dworcach gromadzą się tłumy ludzi, walczących o miejsca w pociągach, które nadal kursują zgodnie z rozkładem. Ludzie trzymają się dachów i podnóżków. Jest bardzo zimno. Wielu zamarza. Przerażające sceny z udziałem dzieci. Naloty, bomby burzące.

18 stycznia. Brak rozkazu ewakuacji. Po południu niemieccy żołnierze, pojedynczo i w małych grupach, zmęczeni, wyczerpani, ranni, częściowo bez broni, uciekają na zachód. Ponownie alarm powietrzny. Bomby. Panika wśród tysięcy ludzi na dworcu. Brak schronów przeciwlotniczych. Starsi i słabi są deptani. W zapadającym zmroku słychać strzały. Ostry wschodni wiatr. Zaczyna padać śnieg. W tym momencie do miasta wjeżdżają pierwsze rosyjskie czołgi. Dzika rozpacz. Wszyscy pędzą pieszo ulicami na zachód. Ci, którzy nie mają pojazdów, ciągną walizki po śniegu za pomocą lin.

Łódź była tylko jednym z przykładów. Wszystko w Warthegau zawaliło się z dnia na dzień. Armia Czerwona wkroczyła i nastąpił przewrót. Dla Niemców w Warthelandzie, dla wszystkich, którzy uciekli zbyt późno lub w ogóle nie uciekli, nastała noc, po której nie nadeszło już jutro. Losy Niemców w Łodzi, Dombie i innych miejscach po wkroczeniu Rosjan były już wielokrotnie opisywane. Dzisiaj zaczynamy od szczególnie interesującego relacji, wspomnień lekarza z Łodzi.

Teraz lekarz z Łodzi opowie nam o swoich przeżyciach, o tym, jak wyglądała sytuacja w 1945 roku w Łodzi, Dombie i innych miejscach. Kiedy 17 stycznia 1945 roku na Łódź spadły „choinki” i bomby, ja również opuściłem miasto. Nie było innej możliwości niż szeroka droga, czyli trekking na zachód, jak wcześniej przepowiadano. Po kilku dniach dotarłem do Ostrowa, gdzie w plebanii znalazłem żonę i dzieci, które były w Kaliszu. Było już zbyt późno, aby iść dalej; Rosjanie zbliżali się coraz bardziej ze swoimi czołgami.

Miasteczko Ostrowo było przepełnione uchodźcami. Wszędzie stały wozy uchodźców, głównie z Łodzi, którzy nie mogli jechać dalej. Razem z wieloma innymi udaliśmy się na przedmieścia Ostrowa i zatrzymaliśmy się w małym domku. Dwa dni później pojawili się Iwanowie. Polacy rabowali i plądrowali, jakby uwolniono ich z łańcuchów, Niemców aresztowano, mnie również, i zamkniętą w stodole. W nocy widziałem, jak milicja wyciągała mężczyzn ze stodoły, a wkrótce potem usłyszeliśmy strzały. Mnie również złapali, ale kiedy przekonali się, że jestem lekarzem, uwolnili mnie.

Następnego dnia kupiec z Łodzi zabrał nas do Kalisza. Tam natychmiast zniknęło wszystko, co udało nam się uratować z Łodzi: futra, rzeczy, bielizna. Kupcy z Łodzi zostali pobici przez Rosjan w Kaliszu, grożono im pistoletem. Później wszyscy zostali aresztowani.

W Kaliszu rozpoczęła się dla nas ciężka doba niewoli. Żona i dzieci pozostały tutaj, w mieszkaniu w piwnicy. Nie mogły wejść do mieszkania teścia: na domu braci Müller i ich fabryce widzieliśmy czerwone flagi.

Ja sam 27 stycznia wyruszyłem pieszo do Łodzi. Szedłem przez Opatówek, Zduską Wolę, Łask, Pabianice. W drodze spotkałem wielu Polaków, ale także Niemców. W każdej małej miejscowości zatrzymywano nas i sprawdzała uzbrojona milicja. Za Zdunską zostałem aresztowany i umieszczony w brudnej celi. Nagle, pod wieczór, wezwano mnie do komendanta milicji. Dowiedział się on, że jestem lekarzem i kazał mi zbadać swoje chore dziecko. Zrobiłem to i stwierdziłem u dziecka zapalenie płuc. W ten sposób łaskawie zwolniono mnie z wiejskiego więzienia, przydzielono mi eskortę i nakazano zamówić dobre lekarstwo w Łasku. Było lodowato zimno, po drodze spotkaliśmy wielu Rosjan, większość z nich całkowicie pijanych, wódka miała chyba pomóc im przetrwać zimno. Kiedy w końcu dotarliśmy do Lask, okazało się, że nie tylko apteka, ale także wiele domów zostało zniszczonych przez bomby i ogień. Mój towarzysz udał się do apteki w Zdunskiej Woli, a ja sam poszedłem dalej w kierunku Łodzi. Bardzo marzłem, ale nie odważyłem się wejść do żadnego domu, ponieważ wszędzie czaiło się niebezpieczeństwo.

                                                         W Łodzi po „wyzwoleniu”

Ponownie znalazłem się w Łodzi i przez pięć tygodni mogłem obserwować, jak potoczyły się losy Niemców po przewrocie. Był to straszny czas prześladowań, głodu i niewolnictwa dla każdego Niemca. Mężczyźni i chłopcy trafiali do obozów, wszystkie kobiety musiały ciężko pracować, mieszkania były konfiskowane, a rzeczy plądrowane. Niemcy nie mieli kart żywnościowych, nie było dla nich chleba. Musieli żyć w wilgotnych piwnicach lub poddaszach, w ciągu dnia ciężko pracować, a w nocy – przeszukiwać domy, gdzie do woli kradziono, bito, gwałcono... To było życie!

Kiedy pewnego dnia pojawiłem się u pani G. na rogu ulic Głównej i Targowej, mieszkanie wyglądało jak po trzęsieniu ziemi: przewrócone krzesła, przesunięte szafki, na podłodze potłuczone szkło i porcelana, bielizna i podarte książki. „To się tutaj nazywa rewizja” – powiedziała do mnie właścicielka mieszkania, która leżała chora w łóżku – „i każdej nocy to samo, a niektóre noce nawet kilka takich wizyt”. Kiedy odwiedziłem starego Wilhelma L. w jego skromnej strażnicy przy ulicy Głównej, usłyszałem, jak dozorca krzyczy: „Wilhelm L. i pani, oboje na dół, odśnieżanie, zamiatanie ulic, natychmiast do pracy”. Moja siostra z ulicy Zeromskiego poprosiła polskich sąsiadów, aby chronili jej córki przed brutalną milicją – wszystkie drzwi były zamknięte, nikt nie chciał ich wpuścić. Pewnemu robotnikowi spodobało się mieszkanie przy ulicy Sosnowej 8, więc właścicielka musiała się wyprowadzić. Kiedy po kilku dniach wróciła i poprosiła robotnika, aby dał jej trochę węgla z piwnicy, ten zgłosił ją milicji. Została natychmiast aresztowana wraz z mężem, niemieckim nauczycielem. Jej mąż trafił do Sikawy, a ona do obozu koncentracyjnego przy ulicy Kopernika. Stamtąd przewieziono ją do Potulic koło Bydgoszczy, gdzie zginęła. Dobra Polka napisała za nią list do jej brata: „Piszę do Pana, ponieważ pani Fulde nie może sama pisać. Prosi o pomoc i uwolnienie, prosi Pana o skontaktowanie się z adwokatem”. Ale było już za późno.

Byłem świadkiem, jak zdemolowano mieszkanie piekarza Meißnera przy ulicy Nawrot w Łodzi. Został on później zamordowany. Zginęli również jego brat, właściciel fabryki Meißner, oraz piekarz Heß. Mistrza farbiarza Meißnera spotkałem kiedyś krwawiącego na ulicy Kilinskiego. Opowiedział mi, jak zwabiono go do domu i zmuszono do wejścia po schodach. Na pierwszym, drugim i trzecim piętrze stali robotnicy, którzy go bili i kopali, aż upadł. Był to pan około siedemdziesiątki, ale mimo to nie oszczędzono go.

Pani O. T. została aresztowana w nocy i przewieziona do więzienia przy ulicy Sterlinga, a jej siostrę i córkę, panią Jendryk, wywieziono do pracy do Warszawy, gdzie zginęły. Kiedy pewnego dnia szedłem ulicą Nawrot, spotkałem pana Römera, który został napadnięty przez Polaka obok swojego sklepu i wyrwano mu walizkę z ręki. „Jesteś Niemcem” – krzyczał Polak. Nikt nie stanął w obronie Römera.

Byłem w wielu mieszkaniach Niemców: Cygan, Meißner, Bräunig, który później zginął w Rosji, Fulde, Römer, Ziegler – wszędzie panowała atmosfera grozy, chorób, głodu i zimna...

                                                        (ciąg dalszy w następnym numerze)

Eine Stätte der Vernichtung der Deutschen war außer den vielen Gefängnissen das berühmte KZ-Lager Sikawa. Schon das Wort "Sikawa" flößte jedem Lodzer Deutschen unnennbaren Schrecken ein, ähnlich wie der Name "Auschwitz" (KZ bei Krakau) zur Hitlerzeit für die Juden ein Schreckname gewesen ist, bei dem man für sein Leben bangen mußte. In Sikawa hat man die Deutschen geschlagen, sie haben dort gehungert, gefroren und sahen ständig den Tod vor den Augen. In dieser Lage hat eine Leidensgenossin geschrieben:

Teurer Vater droben, hör doch unser Beten,

Laß die deutschen Frauen all vor Dich hintreten.

Wund an Leib und Seel sind wir geschlagen!

Herr, Du allein, gibst Kraft zum Tragen!

Und nun bitten wir Dich mit heißem Herzen·

Schenk Erlösung uns aus Not und Schmerzen!

Sieh, wir liegen vor Dir auf den Knien:

Laß uns endlich wieder heimwärts ziehen!

Laß die hohe Mauer um uns weichen -

Und wir wollen Freund und Feind die Hände reichen

In Sikawa war auch Dr. Sauer eingesperrt. Er erzählte mir, daß die Insassen dort drei Tage lang kein Essen bekommen haben. Dr. Sauers Praxiseinrichtung, die medizinischen Instrumente usw. waren geraubt worden; um sich von Besitzer und lästigen Zeugen zu befreien, wurde er kurzerhand nach Sikawa geschickt.

Männer, die aus der Wehrmacht zu ihrer Familie nach Hause kömen, glücklich über die Freude des Wiedersehens, wurden sofort abgeholt, zunächst ins KZ gesteckt und dann nach Sibirien verfrachtet. In anderen Fällen wurden sie sofort erschossen, wie' es Herrn Weigt ergangen ist. In Lodz sah man damals selten deutsche Männer, nur Frauen, Frauen, Kinder und Greise. Alle Männer mußten wegen ihres Dienstes in der deutschen Armee den grausamen Weg nach Sibirien antreten. Dieser Weg führte durch KZ-Lager, die von den Russen und Polen für die Volksdeutschen gebaut worden waren. Keiner von den Deutschen wagte es, sich am hellerlichten Tag auf der Straße zu zeigen. Die Frauen, die ihre Verwandten sprechen wollten, mußten große Umwege machen und dazu in der Dunkelheit, um nicht von den Polen gesehen und geschlagen zu werden. Jeder Pole trug ein Abzeichen, sodaß man einen Deutschen sofort erkennen konnte.

                                                        In meinem Hause

Ich besuchte auch mein Haus und meine Wohnung in Lodz. Wollte doch mein Ärzte-Diplom holen, welches ich dort in der Eile liegen gelassen hatte. Wie sah es dort aus! Meine Praxisräume waren zertrümmert. Die Russen waren durch die Fenster eingestiegen, hatten dabei die Scheiben zerschlagen, und als sie erst einmal drin waren, wurden Schränke aufgebrochen, Instrumente in Stücke gehauen, Bücher in Fetzen gerissen, alles auf den Fußboden geworfen. Die Eingangstür hatte man mit Gewalt geöffnet, die Wände waren beschmutzt mit Dreck. Das also war der Raum, in dem ich früher die Kranken behandelte, und der im Parterre lag.

Die Wohnungen in den einzelnen Stockwerken waren bereits von den Polen besetzt. In meiner geräumigen 9-Zimmerwohnung im ersten Stock befand sich Frau Hejka, die Gattin eines Arztes aus Kleinpolen. Familie Hejka wohnte während der ganzen Kriegszeit in ihrer kleinen Wohnung an der Emilien Straße, wo sie auch vor dem Kriege wohnhaft gewesen ist. Die Deutschen hatten sie nicht rausgesetzt. Ich hatte auch dort als Facharzt ihr Kind behandelt. Nichtsdestoweniger glaubte Familie Hejka nach dem roten Einmarsch, daß jetzt oder nie die Gelegenheit günstig wäre, zu einer schönen, großen Wohnung zu kommen - indem sie einfach meine Wohnung beschlagnehmen ließen. Als ich nun hineinkam, trat sie mir sehr frech gegenüber und wollte mir mein Diplom nicht aushändigen. Sie zeigte mir die Tür und forderte mich auf, die Wohnung sofort zu verlassen. "Sie sind ein Deutscher!" schrie sie mir nach. 

Aber das plötzliche Auftauchen des Eigentümers hatte ihr doch einen Schreck eingejagt. Sie ließ darum am nächsten Tag in der Ärztekammer und in der Stadt das Gerücht verbreiten, ich sei ein Angestellter der Gestapo gewesen und hätte einen Russen ermordet. Da sie das auch der Miliz mitgeteilt hatte, stand vor meinem Hause Tag und Nacht eine Wache, um mich zu verhaften, sobald ich dort erscheinen würde. Zum Glück habe ich mich dort nicht mehr gezeigt. Gott fügte es, daß mir ein ehrlicher polnischer Arzt von diesem Anschlag Kenntnis gab und mich warnte. Dieser Pole hat mir geraten, die Stadt möglichst bald zu verlassen.

In der Tat, was sollte mich in Lodz halten. Sogar unsere evangelischen Kirchen waren beschlagnahmt. Die Trinitalis kirche nahm das Militär und die Johanniskirche wurde seitens der Jesuiten für die polnische Jugend bestimmt. Sebst der Friedhof war für die Deutschen gesperrt. '

Ja, damals im Jahre 1945 - vor heute zehn Jahren - waren die Volksdeutschen in Polen ein Volk ohne alle Lebensrechte. Es bestand keine Möglichkeit, öffentlich deutsch zu sprechen, Gottes Wort zu hören, seine Meinung zu äußern, es gab keine deutsche Schule, keine Kirche, keine Arbeit außer Sklavenarbeit ohne Brot und Geld, keine Wohnung, keinen Besitz, keine Medizin, auch keinen Arzt ... Ein jeder Deutscher war dem Hunger und der Not, dem geistigen und physischen Tode ausgeliefert. Die rote Regierung und die rote Bevölkerung waren sich in dem einen einig, nämlich die Volksdeutschen nicht nur ihre Rache fühlen zu lassen, sondern sie gänzlich zu vernichten und auszurotten.

                                                    Um goldene Uhren

Die Russen hatten ihren Teil an der Deutschenverfolgung. Alle wurden von ihnen verfolgt: reich und arm, klein und groß, auch Arbeiter wurden verfolgt, obwohl es in der marxistischen Lehre doch so klangvoll heißt: "Proletarier aller Länder, vereinigt euch." Aber in, dieser Lehre, in den schönen kommunistischen Schlagworten von der Bruderschaft des Arbeitervolkes hat der deutsche Arbeiter in Lodz und überall, wo ich war, eine Ausnahme gebildet. Der deutsche Arbeiter wurde gepeinigt, geschlagen, gemartert, so wie auch die Intelligenz und die höhere Klasse der Kapitalisten, mit der er doch den Kampf aufnehmen sollte und von Moskau zu diesem Kampf aufgefordert wurde.

Was russischerseits an Plünderungen vorgekommen ist, dafür ein Beispiel, das der Komik nicht entbehrt. Ich sitze eines Abends in einer polnischen Wohnung, als dort plötzlich zwei uniformierte Rotarmisten eindringen. In der Wohnung befinden sich zwei Polen, die unlängst aus Warschau nach Lodz übergesiedelt sind: ein Richter und ein Herr Direktor. Die Russen gehen den zwei Polen entgegen. Der eine faßt den Direktor an die Gurgel, der andere zieht den Richter ins Schlafzimmer und kämpft mit ihm. Die Russen behaupten immerwährend, die beiden Polen seien in Wirklichkeit Deutsche und müßten verprügelt werden. Der Herr Direktor erklärt dem Russen, er sei echter Pole und in Warschau geboren. "Verstehst du", sagt er zu ihm, "dort in der Stadt, wo der Präsident wohnt, wo das Königliche Schloß war, wo Lazienki - der Seegarten - ist, von dort kommen wir her. Wir sind Polen, warum schlägst du uns?" "Nein, ihr seid Deutsche", schreit der russische Soldat. - Nach längerem Kampf entfernen sich die Russen. Ich betrachte das alles und wundere mich, daß ich nicht, angegriffen wurde. Aber bald ist das Rätsel gelöst. Die beiden Polen hatten ihre goldenen Uhren mit Ketten in der Westentasche getragen und ich hatte keine. Während der Schlägerei haben die Russen den beiden ihre Uhren weggenommen.

"Das ist ein schöner Anfang hier in Lodz", sagte der Direktor nachher. "Wir dachten, sie rauben bei den Deutschen, aber die Sache sieht ja etwas anders aus. Wie lange werden unsere "Verbündeten" sich so benehmen??"

Eine Stunde danach schellte es wieder. Alle Anwesenden werden blaß. "Die kommen doch nicht etwa wieder zurück", sagt der Richter und öffnet die Tür. Ein Zahnarzt tritt herein. Ein Nachbar, der in demselben Hause eine Zahnpraxis hat, ein älterer Herr von über 60.

Er ist blaß und verstört. "Meine Herren", fängt er an, "ich habe vor kurzem ein sonderbares Erlebnis gehabt. Ich wollte es Ihnen mitteilen und Sie warnen. Zwei Soldaten kamen vor einer halben Stunde zu mir. Mit einem scharfen Auge betrachteten sie mich lange, dann sagte der eine: "Genosse Doktor, ich habe einen kranken Zahn, habe furchtbare Schmerzen, bitte ihn zu ziehen." Ich bat die bei den in mein Praxiszimmer, untersuchte bei dem einen die Zähne, aber alle kerngesund. Er zeigte mir den Weisheitszahn, der ihm angeblich schmerzen sollte und bat, ihn zu ziehen und versprach, mir für meine Bemühungen ein ganzes Brot zu bringen. Meine Herren, der Zahn war gesund, aber der Gedanke, ein ganzes Brot zu bekommen - war so verführerisch, daß ich ihm den gesunden Zahn rausgezogen habe, ohne Narkose und der Kerl hat nicht einmal mit den Wimpern gezuckt. "Gut so", sagte er, "morgen bekommen Sie das Brot." Beide entfernten sich. Voller Freude renne ich ins Eßzimmer und teile meiner Frau davon mit. "Wanda", rufe ich, "morgen haben wir ein ganzes Brot im Hause, solch ein herrliches Honorar in der heutigen hungrigen Zeit." Meine Frau jauchzt vor Freuden. "Jetzt brauche ich doch nicht in dieser Nacht wieder 4 Stunden in der Reihe zu stehen um die 400 Gramm Brot zu erhalten. Morgen, " fährt sie fort," lade ich noch meine Schwester Regina zum Tee und dem guten Soldatenbrot ein." 

"Soll ich dir schon Abendbrot reichen?" fragte sie mich, "wie spät ist es denn, schau mal nach" . . .

"Meine Herren, ich greife nach .der Tasche meine Golduhr ist weg. Haben Sie gehört, Herr Direktor, meine goldene Uhr ist weg. Der Bösewicht hatte in der Zeit, wo ich mich so angestrengt hab, um seinen gesunden Zahn rauszubkommen, aus meiner Tasche meine goldene Uhr gestohlen. Konnen Sie das begreifen, Herr Direktor, und Sie, Herr Richter?"

"Ja, wir können das begreifen und wir verstehen Sie; Herr Doktor, ganz und gar, wir verstehen Sie sehr gut", wiederholten die beiden. 

                                                                   (Fortsetzung folgt}


Styczeń 1945 roku - Łódź - Ucieczka Niemców - Der Heimatbote - 1/1955 - cz.1

 

Styczeń 1955 roku przywodzi na myśl wydarzenia sprzed dziesięciu lat, kiedy to nagle pękły chroniące nas wały frontowe i nasz kraj oraz cała wschodnia część kraju aż po Odrę zostały zalane, zalała je katastrofa, która już od miesięcy zbierała się za Wisłą. Ponownie przeżywamy trudy ówczesnej ucieczki w śniegu i lodzie. Ponownie przypominamy sobie przerażenie, które nas ogarnęło, gdy pojawili się pierwsi Rosjanie. Wspominamy czas nędzy w obozach i więzieniach. Tak, szczęśliwi ci, którzy zdołali uciec na czas, którzy nie wpadli w ręce ludzi, opanowanych wyłącznie przez demony nienawiści i zemsty. Straszne przeżycia poszczególnych osób świadczą o tym. Wielu z nich nie spisało jeszcze tego, co musieli przeżyć w 1945 roku i później. Wygnani będą opowiadać swoim dzieciom i wnukom o wyjeździe w styczniu 1945 roku: Nigdy nie zapomnimy stycznia 1945 roku, zamarzniętych dróg, pól pokrytych śniegiem! Musieliśmy opuścić gospodarstwo i dom, wyruszyliśmy w obcą krainę w mrozie i zimnie ... ... ...a droga ojczyzna pozostała w tyle...

Gdy zbliżała się katastrofa, mieszkaniec Litzmannstadt napisał w swoim dzienniku:

„Litzmannstadt, 14 stycznia 1945 r. Wieść o całkowitym załamaniu się frontu nad Wisłą i powstaniu kilkusetkilometrowej luki na froncie rozchodzi się po mieście. Władze okręgu oficjalnie ogłaszają jednak, że sytuacja stabilizuje się, a nowe armie są w drodze.

15 stycznia. Krążą pogłoski o pojawieniu się rosyjskich czołgów. Armia rosyjska Koniewa ma przemieszczać się z mostu Baranów z zawrotną prędkością przez Kielce, Częstochowę do Górnego Śląska.

17 stycznia. Cały front aż do Warszawy zostaje zniszczony. Brak rozkazu ewakuacji. Władze okręgu nie udzielają żadnych informacji. Lokalny przywódca wraz z całym swoim sztabem jest kompletnie pijany. Na dworcach kolejowych gromadzą się tłumy ludzi, walczących o miejsca w pociągach, które nadal kursują zgodnie z rozkładem. Ludzie trzymają się dachów i podnóżków. Jest bardzo zimno. Wielu zamarza. Przerażające sceny z udziałem dzieci. Nalot, bomby burzące.

18 stycznia. Brak rozkazu ewakuacji. Po południu niemieccy żołnierze, pojedynczo i w małych grupach, zmęczeni, wyczerpani, ranni, częściowo bez broni, uciekają na zachód. Ponownie alarm powietrzny. Bomby. Panika wśród tysięcy ludzi na dworcu. Brak schronów przeciwlotniczych. Starsi i słabi są deptani. W zapadającym zmroku słychać strzały. Ostry wschodni wiatr. Zaczyna padać śnieg. W tym momencie pierwsze rosyjskie czołgi wjeżdżają do miasta. Dzika rozpacz. Wszyscy pędzą pieszo ulicami na zachód. Ci, którzy nie mają pojazdów, ciągną walizki po śniegu za pomocą lin.

Łódź była tylko jednym z przykładów. Wszystko w Warthegau załamało się z dnia na dzień. Armia Czerwona wkroczyła i nastąpił przewrót. Dla Niemców w Warthelandzie, dla wszystkich, którzy uciekli zbyt późno lub w ogóle nie uciekli, nadeszła noc, która nie miała ustąpić miejsca porankowi. Losy Niemców w Łodzi, Dombiu i innych miejscach po wkroczeniu Rosjan były już wielokrotnie opisywane. Dzisiaj zaczynamy od szczególnie interesującego relacji, wspomnień lekarza z Łodzi.

Teraz lekarz z Łodzi opowie nam o swoich przeżyciach, o tym, jak wyglądała sytuacja w 1945 roku w Łodzi, Dombiu i innych miejscach. Kiedy 17 stycznia 1945 roku na Łódź spadły „choinki” i bomby, ja również opuściłem miasto. Nie było innej możliwości niż szeroka droga, czyli trekking na zachód, jak wcześniej przepowiadano. Po kilku dniach dotarłem do Ostrowa, gdzie w plebanii znalazłem żonę i dzieci, które były w Kaliszu. Było już zbyt późno, aby iść dalej; Rosjanie zbliżali się coraz bardziej ze swoimi czołgami.

Miasteczko Ostrowo było przepełnione uchodźcami. Wszędzie stały wozy uchodźców, głównie z Łodzi, którzy nie mogli jechać dalej. Wraz z wieloma innymi udaliśmy się na przedmieścia Ostrowa i zatrzymaliśmy się w małym domku. Dwa dni później pojawili się Iwany. Polacy rabowali i plądrowali, jakby uwolniono ich z łańcuchów, Niemców aresztowano, mnie również, i zamknięto w stodole. W nocy widziałem, jak milicja wyprowadzała mężczyzn ze stodoły, a wkrótce potem usłyszeliśmy strzały. Mnie również złapali, ale kiedy przekonali się, że jestem lekarzem, uwolnili mnie.

Następnego dnia kupiec z Łodzi zabrał nas do Kalisza. Tam natychmiast zniknęło wszystko, co udało nam się uratować z Łodzi: futra, rzeczy, bielizna. Kupcy z Łodzi zostali pobici przez Rosjan w Kaliszu, grożono im pistoletem. Później wszyscy zostali aresztowani.

W Kaliszu rozpoczęła się dla nas ciężka doba niewoli. Żona i dzieci pozostały tutaj, w mieszkaniu w piwnicy. Nie mogły wejść do mieszkania teścia: na domu braci Müllerów i ich fabryce widzieliśmy czerwone flagi.

Ja sam 27 stycznia wyruszyłem pieszo do Łodzi. Szedłem przez Opatówek, Zduńską Wolę, Łask, Pabianice. W drodze spotkałem wielu Polaków, ale także Niemców. W każdej małej miejscowości zatrzymywano nas i sprawdzano przez uzbrojoną milicję. Za Zduńską zostałem aresztowany i umieszczony w brudnej celi. Nagle, pod wieczór, wezwano mnie do komendanta milicji. Dowiedział się on, że jestem lekarzem i kazał mi zbadać swoje chore dziecko. Zrobiłem to i stwierdziłem u dziecka zapalenie płuc. W ten sposób łaskawie zwolniono mnie z wiejskiego więzienia, przydzielono mi eskortę i nakazano zamówić dobre lekarstwo w Łasku. Było lodowato zimno, po drodze spotkaliśmy wielu Rosjan, większość z nich była kompletnie pijana, wódka miała chyba pomóc im przetrwać zimno. Kiedy w końcu dotarliśmy do Łasku, okazało się, że nie tylko apteka, ale także wiele domów zostało zniszczonych przez bomby i ogień. Mój towarzysz udał się do apteki w Zduńskiej Woli, a ja sam poszedłem dalej w kierunku Łodzi. Bardzo marzłem, ale nie odważyłem się wejść do żadnego domu, ponieważ wszędzie czaiło się niebezpieczeństwo.

                                                             W Łodzi po „wyzwoleniu”

Ponownie znalazłem się w Łodzi i przez pięć tygodni mogłem obserwować, jak potoczyły się losy Niemców po przewrocie. Był to straszny czas prześladowań, głodu i niewolnictwa dla każdego Niemca. Mężczyźni i chłopcy trafiali do obozów, wszystkie kobiety musiały ciężko pracować, mieszkania były konfiskowane, a rzeczy plądrowane. Niemcy nie mieli kart żywnościowych, nie było dla nich chleba. Musieli żyć w wilgotnych piwnicach lub poddaszach, w ciągu dnia ciężko pracować, a w nocy – przeszukiwać domy, gdzie do woli kradziono, bito, gwałcono... To było życie!

Kiedy pewnego dnia pojawiłem się u pani G. na rogu ulic Głównej i Targowej, mieszkanie wyglądało jak po trzęsieniu ziemi: przewrócone krzesła, przesunięte szafki, na podłodze potłuczone szkło i porcelana, bielizna i podarte książki. „To się tutaj nazywa rewizja” – powiedziała do mnie właścicielka mieszkania, która leżała chora w łóżku – „i każdej nocy to samo, a niektóre noce nawet kilka takich wizyt”. Kiedy odwiedziłem starego Wilhelma L. w jego skromnej strażnicy przy ulicy Głównej, usłyszałem, jak dozorca krzyczy: „Wilhelm L. i pani, oboje na dół, odśnieżanie, zamiatanie ulic, natychmiast do pracy”. Moja siostra z ulicy Żeromskiego poprosiła polskich sąsiadów, aby chronili jej córki przed brutalną milicją – wszystkie drzwi były zamknięte, nikt nie chciał ich wpuścić. Pewnemu robotnikowi spodobało się mieszkanie przy Sosnowej 8, więc właścicielka musiała się wyprowadzić. Kiedy po kilku dniach wróciła i poprosiła robotnika, aby dał jej trochę węgla z piwnicy, ten zgłosił ją milicji. Została natychmiast aresztowana wraz z mężem, niemieckim nauczycielem. Jej mąż trafił do Sikawy, a ona do obozu koncentracyjnego przy ulicy Kopernika. Stamtąd przewieziono ją do Potulic koło Bydgoszczy, gdzie zginęła. Dobra Polka napisała za nią list do jej brata: „Piszę do Pana, ponieważ pani Fulde nie może sama pisać. Prosi o pomoc i uwolnienie, prosi Pana o skontaktowanie się z adwokatem”. Ale było już za późno.

Byłem świadkiem, jak zdemolowano mieszkanie piekarza Meißnera przy ulicy Nawrot w Łodzi. Został on później zamordowany. Zginęli również jego brat, właściciel fabryki Meißner, oraz piekarz Heß. Mistrza farbiarza Meißnera spotkałem kiedyś krwawiącego na ulicy Kilińskiego. Opowiedział mi, jak zwabiono go do domu i zmuszono do wejścia po schodach. Na pierwszym, drugim i trzecim piętrze stali robotnicy, którzy go bili i kopali, aż upadł. Był to pan około siedemdziesiątki, ale mimo to nie oszczędzono go.

Pani O. T. została aresztowana w nocy i przewieziona do więzienia przy ulicy Sterlinga, a jej siostrę i córkę, panią Jendryk, wywieziono do pracy do Warszawy, gdzie zginęły. Kiedy pewnego dnia szedłem ulicą Nawrot, spotkałem pana Römera, który został napadnięty przez Polaka obok swojego sklepu i wyrwano mu walizkę z ręki. „Jesteś Niemcem” – krzyczał Polak. Nikt nie stanął w obronie Römera.

Byłem w wielu mieszkaniach Niemców: Cygana, Meißnera, Bräuniga, który później zginął w Rosji, Fulde, Römera, Zieglera – wszędzie panowała atmosfera grozy, chorób, głodu i zimna...

                                                      (ciąg dalszy w następnym numerze)


Dieser Januar 1955 lenkt ·die Gedanken zurück auf die Geschehnisse vor nunmehr zehn Jahren, als plötzlich die schützenden Dämme der Front brachen und unser Land und der ganze Osten bis zur Oder überschwemmt, überflutet wurden von dem Unheil, das sich hinter der Weichsel schon monatelang zusammengebraut hatte. Wir erleben noch. einmal die Strapazen der damaligen Flucht in Schnee und Eis. Wir erinnern uns wieder des Schreckens, der uns befallen hatte, als die ersten Russen auftauchten. Wir gedenken der Zeit des Elends in den Lagern und Gefängnissen. Ja, glücklich die, die rechtzeitig entkommen konnten, die nicht vertierten Menschen, einzig beherrscht von den Dämonen des Hasses und der Rache, in die Hände fielen. Die schrecklichen Erlebnisse der einzelnen bezeugen Ves. iele haben ja noch gar nicht niedergeschrieben, was sie 1945 und darauf durchmachen mußten. Kindern und Kindeskindern werden die Vertriebenen noch von dem Aufbruch im Januar 1945 erzählen: Den Januar 1945 vergessen wir nie, die Straßen vereist, die Felder voll Schnee! Wir mußten verlassen Hof und Haus, zogen bei Frost und Kälte In die Fremde hinaus ... ...:...und die teure Heimat, sie blieb zurück ...

Als sich das Unheil näherte, schrieb ein Litzmannstädter in sein Tagebuch:

"Litzmannstadt, 14. Januar 1945. Die Nachricht über den völligen Zusammenbruch der Weichselfront und das Aufreißen einer mehrere hundert Kilometer breiten Frontlücke eilt durch die Stadt. Die Kreisleitung gibt dagegen offiziell bekannt, die Lage sei im Begriff, sich zu festigen, neue Armeen seien im Anmarsch.

15. Januar. Gerüchte über das Auftauchen russischer Panzer. Die russische Armee Konjew soll sich aus dem Baranow-Brükkenkopf mit rasender Geschwindigkeit über Kielce, Tschenstochau nach Oberschlesien bewegen.

17. Januar. Die ganze Front hinauf bis nach Warschau ist vernichtet. Kein Evakuierungsbefehl. Die Kreisleitung gibt keine Auskunft. Der Ortsgruppenleiter mit seinem. ganzen Stab völlig betrunken. Auf den Bahnhöfen stauen sich Menschenmassen und kämpfen um Plätze in den noch planmäßig. verkehrenden Zügen. Man klammert sich auf Dächern und Trittbrettern fest. Es ist bitter kalt. Viele erfrieren. Schauerliche Szenen mit Kindern. Luftangriff, Sprengbomben.

18. Januar. Kein Evakuierungsbefehl. Am Nachmittag deutsche Soldaten, einzeln und in kleinen Gruppen, müde, abgespannt, verwundet, teils ohne Waffen, auf der Flucht nach Westen. Wieder Luftalarm. Bomben. Panik unter den Tausenden auf dem Bahnhof. Keine Luftschutzräume. Alte und Gebrechliche niedergetreten. Im herabsinkenden Dunkel Schüsse. Scharfer Ostwind. Schneetreiben setzt ein. In dem Augenblick fahren die ersten russischen Panzer in die Stadt ein. Wilde Verzweiflung. Alles drängt zu Fuß auf die Straßen nach Westen. Wer kein Gefährt hat, zieht an Stricken Koffer durch den Schnee.

Lodz war nur ein Beispiel. Alles im Warthegau stürzte über Nacht zusammen. Die Rote Armee marschierte und der Umsturz vollzog sich. Nacht wurde es für die Deutschen im Wartheland, für alle, die zu spät oder gar nicht geflüchtet waren, eine Nacht, die keinem Morgen mehr weichen sollte. Wie es den Deutschen in Lodz, Dombie und anderen Orten nach dem russischen Einmarsch erging, ist schon öfter geschildert worden. Heute beginnen wir mit einem besonders interessanten Bericht, mit den Erinnerungen eines Lodzer Arztes.

Nun wird uns ein Lodzer Arzt seine Erlebnisse schildern, wie es 1945 in Lodz, Dombie und anderswo ausgesehen hat. Als am 17. Januar 1945 die "Tannenbäume" und Bomben auf Lodz fielen, habe auch ich die Stadt verlassen. Es gab keine andere Möglichkeit als die breite Straße, also mit dem Treck nach Westen, wie das schon früher prophezeit wurde. Ich erreichte nach ein paar Tagen Ostrowo, wo ich Frau und Kinder im pfarrhaus vorfand, die in Kalisch gewesen waren. Es war viel zu spät, um weiter zu kommen; die Russen rückten mit ihren Panzern immer näher.

Das Städtchen Ostrowo war mit Flüchtlingen überfüllt. Überall sah man Flüchtlingswagen stehen, hauptsächlich der Lodzer, die nicht weiter kommen konnten. Wir begaben uns mit vielen anderen in die Vorstadt von Ostrowo und hielten uns in einem kleinen Häuschen auf. Zwei Tage später erschienen die Iwans. Die Polen raubten, plünderten, als wären sie von Ketten gelassen, die Deutschen wurden verhaftet, auch ich, und in eine Scheune gesperrt. In der Nacht sah ich, wie die Miliz Männer aus der Scheune herausholte und bald danach hörten wir Schüsse fallen. Auch mich ergriffen sie; als sie sich aber überzeugt hatten, daß ich ein Arzt bin, kam ich frei.

Am nächsten Tag nahm uns ein Lodzer Kaufmann nach Kalisch mit. Dort verschwand gleich, was wir noch aus Lodz gerettet hatten: Pelze, Sachen, Wäsche. Lodzer Kaufleute wurden in Kalisch von den Russen verprügelt, man drohte ihnen mit der Pistole. Später wurden sie alle verhaftet. 

Für uns begann in Kalisch eine schwere Zeit der Knechtschaft. Frau und Kinder blieben hier in einer Kellerwohnung. In die Wohnung des Schwiegervaters konnten sie nicht hinein: auf dem Hause Gebr. Müller und ihrer Fabrik sahen wir rote Fahnen.

Ich selbst machte mich am 27. Januar zu Fuß nach Lodz auf. Es ging über Opatówek, Zdunska Wola, Lask, Pabjanice. Viele Polen, aber auch Deutsche waren unterwegs. Bei jedem kleinen Ort wurden wir angehalten und von der bewaffneten Miliz untersucht. Hinter Zdunska wurde ich verhaftet und in ein schmutziges Verließ getan. Plötzlich gegen Abend Beorderung zum Kommandanten der Miliz. Der hatte erfahren, daß ich Arzt wäre und so sollte ich sein krankes Kind untersuchen. Ich tat es und stellte bei dem Kind Lungenentzündung fest. So entließ man mich in Gnaden aus dem Dorfgefängnis, gab mir einen Begleiter mit und befahl, eine gute Arznei in Lask zu bestellen. Es war eisig kalt, unterwegs trafen wir viele Russen, die meisten total betrunken, der Wodka sollte wohl gegen die Kälte helfen. Endlich in Lask eingetroffen, waren dort nicht nur Apotheke, sondern auch viele Häuser von Bomben und Feuer vernichtet. Mein Begleiter begab sich zur Apotheke in Zdunska Wola, ich selbst wanderte weiter in Richtung Lodz. Ich fror jämmerlich, wagte mich aber in kein Haus, denn überall lauerte Gefahr.

                                                   In Lodz nach der "Befreiung"

Wieder war ich in Lodz und konnte hier fünf Wochen beobachten, wie es den Volksdeutschen nach dem Umsturz gegangen ist. Es war eine furchtbare Zeit der Verfolgung, des Hungers, der Sklaverei für jeden Deutschen. Männer und Jungen kamen ins Lager, alle Frauen mußten schwer arbeiten, die Wohnungen wurden beschlagnahmt, die Sachen geplündert. Keine Lebensmittelkarten, kein Brot gab es für die Deutschen. In feuchten Kellern oder Dachstübchen mußten sie ihr Dasein fristen, am Tage schwer schuften und in der Nacht - Haussuchungen, wo nach Herzenslust geklaut, geschlagen, vergewaltigt wurde .... Das war ein Leben! 

Als ich eines Tages bei Frau G., Ecke Glowna und Targowa-Straße erschien, sah die Wohnung aus wie nach einem Erdbeben: Stühle umgeworfen, Schränke verschoben, auf dem Fußboden zerbrochenes Glas und Porzellan, Wäsche und zerrissene Bücher. "Das nennt man hier Haussuchung", sagte die Wohnungsinhaberin, die krank im Bett lag, zu mir, "und jede Nacht dasselbe, manche Nächte sogar einige solcher Besuche." Als ich den alten Wilhelm L. in dem kümmerlichen Wächterstübchen an der Glownastr. besuchte, hörte ich den Hausmeister schreien: "Wilhelm L. und Frau, beide hinunter, Schnee wegräumen, Straßen fegen, sofort an die Arbeit." Meine Schwester in der Zeromskiego bat die polnischen Nachbarn, ihre Töchter vor der rohen Miliz in Schutz zu nehmen - da waren alle Türen verschlossen, keiner wollte sie hineinlassen. Einem Arbeiter gefiel die Wohnung an der Sosnowa 8, so mußte die Inhaberin raus. Als sie nach einigen Tagen zurückkehrte und den Arbeiter bat, ihr aus dem Keller etwas von ihrer Kohle zu geben, da hat er sie bei der Miliz angezeigt. Sie wurde auch sogleich mit ihrem Mann, einem deutschen Lehrer, verhaftet. Ihr Mann kam nach Sikawa und sie in das KZ an der Kopernika-Straße. Von hier aus transportierte man sie nach Potulice bei Bromberg, wo sie auch umgekommen ist. Eine gute Polin schrieb für sie noch an den Bruder: "Ich schreibe an Sie, da Frau Fulde selbst nicht schreibendarf. Sie bittet um Hilfe und Befreiung, sie bittet Sie, sich mit einem Rechtsanwalt in. Verbindung zu setzen." Aber - eswar bereits zu spät.

Ich war Zeuge, wie die Wohnung des. Bäckers Meißner auf der Nawrot in Lodz demoliert wurde. Er ist später umgebracht worden. Auch sein Bruder Fabrikbesitzer Meißner und Bäcker Heß sind umgekommen. Färbermeister Meißner habe ich einmal blutend auf der Kilinskiego angetroffen. Er erzählte mir, wie er in ein Haus gelockt und gezwungen wurde, die Treppen hinaufzusteigen. Auf dem 1., 2. und 3. Stock standen Arbeiter, er wurde von ihnen geschlagen, bekam Fußtritte, bis er zusammenbrach. Er war ein Herr von an die siebzig, trotzdem verschonte man ihn nicht. .

Frau O. T. wurde in der Nacht verhaftet und in das Gefängnis an der Sterlinga gebracht, ihre Schwester und ihre Tochter Frau Jendryk verschleppte man zur Arbeit nach Warschau, wo sie umgekommen sind. Als ich eines Tages die Nawrot entlang ging, begegnete ich Herrn Römer, er wurde neben seinem Geschäft von einem Polen überfallen und der Koffer ihm aus der Hand gerissen. "Du bist ein Deutscher", schrie der Pole. Keiner nahm Römer in Schutz. 

Ich bin in vielen Wohnungen der Deutschen gewesen: Cygan, Meißner, Bräunig, der später in Rußland starb, Fulde, Römer, Ziegler - überall war es eine Stätte des Grauens, der Krankheiten, des Hungers und der Kälte .....

                                                         (Fortsetzung in der nächsten Nummer)


Dokumenty osadnicze - Łaznowska Wola - Starowa Góra - Bukowiec - Ksawerów - Der Heimatbote - 2/1966

 Z naszego archiwum regionalnego w Mönchengladbach nabyliśmy 6 ważnych dokumentów osadniczych z Groembach, Effingshausen, Königsbach, Xawerow i Łodzi.

Po latach starań udało nam się nabyć sześć ważnych dokumentów dotyczących osadnictwa niemieckich imigrantów w Łaznowskiej Woli, Starowej Góry, Bukowca i Ksawerowa koło Łodzi oraz w samej Łodzi. Są to następujące dokumenty:

1. Dokument osadniczy dla Jacoba Haasa w Groembach z dnia 4 lutego 1802 r. wraz z trzema towarzyszącymi pismami do Królewskiej Południowopruskiej Izby Wojennej i Domenowej w Warszawie oraz potwierdzeniem;

2. Akt osadniczy dla Johanna Bosserta w Effingshausen z dnia 31 sierpnia 1805 r., wystawiony przez Królewski Urząd Domenowy Prus Południowych w Pabianicach oraz związane z nim polskie akty przeniesienia własności z dnia 7 kwietnia 1822 r. i 31 stycznia 1821 r.;

3. Akt dziedziczenia dla kolonisty Michaela Münzera w Effingshausen z dnia 2 lipca 1804 r., wystawiony przez Królewskie Urząd Sprawiedliwości Południowej Prus w Pabianicach oraz związane z nim polskie dokumenty;

4. Akt dziedziczenia dla kolonisty Martina Köhlera w Königsbach, wystawiony przez Królewski Urząd Domenowy w Pabianicach w dniu 15 czerwca 1804 r.;

5. Kontrakt Wieczysto-Czynszowy (akt dziedziczny) dla kolonisty Franza Hoche w kolonii Xawerow, wystawiony przez Komisję Wojewódzką w Kaliszu w dniu 1 marca 1837 r. w języku polskim;

6. Protokół deklaracyjny w języku niemieckim i polskim, wystawiony przez burmistrza Karla Tangermanna w Łodzi w dniu 2 stycznia 1827 r. dla Wentzel Ritter z Ritschen w Czechach.

Te oryginalne dokumenty, znajdujące się w dobrym stanie, są pierwszymi tego rodzaju, które po upadku w 1945 r. udało się zidentyfikować jako znajdujące się w rękach prywatnych. Stanowią one cenne uzupełnienie naszego archiwum regionalnego i znacznie podnoszą jego znaczenie jako instytucji naukowej. Pożądane jest, aby każdy, kto posiada dokumenty dotyczące działalności niemieckiej w środkowej Polsce i na Wołyniu, udostępnił je naszemu archiwum regionalnemu, aby w ten sposób przekazać potomności dowody niemieckiego życia i działalności w Polsce.

                                                                                                                                        O. H.


Von unserem Heimatarchiv in Mönchengladbach 6 wichtige Siedlungsurkunden erworben

Aus Groembach, Effingshausen, Königsbach, Xawerow und Lodz

Nach jahrelangen Bemühungen ist es jetzt gelungen, sechs wichtige Urkunden über die Ansiedlung deutscher Einwanderer in Groembach, Effingshausen, Königsbach, Xawerow bei Lodz und Lodz selbst zu erwerben. Es handelt sich um folgende

Urkunden:

1, Siedlungsurkunde für Jacob Haas in Groembach vom 4. 2. 1802 mit drei dazugehörigen Begleitschreiben an die Königlich Südpreußische Kriegs- und Domänenkammer zu Warschau und der Confirmation;

2. Siedlungsurkunde für Johann Bossert in Effingshausen vom 31. 8. 1805, ausgestellt vom Kgl. Süd preußischen Domänenamt Pabianice und dazugehörige polnische Uebereignungsurkunden vom 7. 4. 1822 und 31. 1. 1821;

3. Erbverschreibung für den Kolonisten Michael Münzer in Effingshausen vom 2. 7. 1804, ausgestellt vom Kgl. Südpreußischen Justizamt in Pabianice und dazugehörige polnische Urkunden;

4. Erbverschreibung für den Kolonisten Martin Köhler in Königsbach, ausgestellt vom Kgl. Südpreußischen Domänenamt in Pabianice am 15. 6. 1804;

5. Kontrakt Wieczysto - Czynszowy (Erbverschreibung) für den Kolonisten Franz Hoche in der Kolonie Xawerow, ausgestellt von der Wojewodschaftskommission in Kalisch am 1. 3. 1837 in polnischer Sprache;

6. Deklarationsprotokoll in deutscher und polnischer Sprache, ausgestellt von Bürgermeister Karl Tangermann in Lodz am 2. 1. 1827 für Wentzel Ritter aus Ritschen in Böhmen.

Diese in gutem Zustand befindlichen Originalurkunden sind die ersten dieser Art, die nach dem Zusammenbruch von 1945 in Privatbesitz ermittelt werden konnten. Sie stellen eine wertvolle Ergänzung unseres Heimatarchivs dar und heben seine Bedeutung als wissenschaftliche Einrichtung ganz beträchtlich. Zu wünschen ist, daß jeder, der Schriftstücke über die deutsche Tätigkeit in Mittelpolen und Wolhynien besitzt, diese unserem Heimatarchiv zur Verfügung stellt, um so für die Nachwelt den Nachweis deutschen Lebens und Wirkens in Polen zu überliefern. 

                                                                                                                               O. H.


poniedziałek, 16 lutego 2026

Niezapomniane dni stycznia 1945 - Ucieczka - Kutno - Drezno - Der Heimatbote - 6/1956 - cz.5

 

W ostatniej części autorka, Niemka z Wołynia, która później zamieszkała w powiecie kutnowskim, opowiedziała nam, jak po ciężkich miesiącach nędzy i bezprawia dla wszystkich Niemców w końcu dotarła do Szczecina i wraz z niezliczoną rzeszą współtowarzyszy niedoli siedziała w ruinach tego miasta, czekając na transport.

Z czasem jednak noce stawały się coraz chłodniejsze i zdaliśmy sobie sprawę, że tak dalej być nie może. Usłyszeliśmy wtedy o możliwości przyjęcia do obozu poprzez przekupienie komendanta. Bliscy rozpaczy nasi towarzysze losu, matka i córka, postanowili porozmawiać z komendantem. Wielokrotnie go o to prosili. W końcu obiecał, że przy przyjęciu następnego transportu z Polski weźmie nas wszystkich do obozu. Cena wynosiła 1000 złotych od osoby. Było nas pięć osób. Zebraliśmy wszystkie nasze pieniądze, a ukrytą głęboko biżuterię, taką jak pierścionki, broszki, a nawet korony dentystyczne i ubrania sprzedaliśmy na czarnym rynku. Kto miał więcej, oddawał to tym, którym nie starczyło.

Tak więc, zgodnie z rozkazem komendanta, noc po nocy siedzieliśmy gotowi do podróży i czekaliśmy na znak komendanta obozu. W końcu o świcie wprowadzono nas do środka. Radośni i dumni położyliśmy na stole sumę, którą zebraliśmy z wielkim trudem i łzami. Następnie wpisano nas na listę i w ten sposób ponownie staliśmy się członkami społeczeństwa. Kiedy przybył transport, wpchnięto nas do obozu i sprawa była załatwiona.

                                                             Transport do Niemiec

Tutaj, w obozie, otrzymaliśmy również racje żywnościowe i w ten sposób uniknęliśmy wszystkich strachów i niedostatków życia w ruinach. Już następnego dnia załadowano nas do długiego pociągu transportowego złożonego z dziurawych wagonów bydlęcych. Przez wiele godzin czekaliśmy na odjazd, wyposażeni w prowiant na podróż. Pociąg ruszył dopiero pod wieczór. Nasza podróż prowadziła na południe, wzdłuż linii Odry i Nysy, i trwała kilka dni i nocy. Pewnej nocy padał ulewny deszcz i w ciemnościach szukaliśmy schronienia przed kroplami wpadającymi przez uszkodzony dach. Niektórzy podchodzili do tego z humorem, inni byli bardzo zirytowani tą nieprzyjemną sytuacją, ale nikt nie mógł nic zmienić. Zdarzało się też, że na stacji dostawaliśmy coś ciepłego do jedzenia.

Przejeżdżaliśmy następnie przez miasta Forst i Görlitz. W Niederoderwitz zostaliśmy umieszczeni na dwa tygodnie w obozie kwarantanny. Tutaj każdy dostał swoje miejsce na pryczy. Były nawet stoły i miejsca do siedzenia. Przestronne pomieszczenia były oświetlone i oferowały wiele udogodnień, których prawie już nie znaliśmy. Opiekowali się nami również lekarze i pielęgniarki. Zostaliśmy zbadani, zaszczepieni i odwszeni. W końcu mogliśmy też poszukać naszych bliskich za pośrednictwem Niemieckiego Czerwonego Krzyża. Po dwóch tygodniach zostaliśmy podzieleni na grupy w celu osiedlenia się i przewiezieni do Drezna. Jeszcze tej samej nocy zostaliśmy przewiezieni z Drezna do okolicznych wsi. W Kunnersdorfie osiedliłam się u rolnika. Od razu znalazłam pracę, którą chętnie wykonywałam. W zamian otrzymywałam skromne utrzymanie. Dodatkowo mogłam korzystać z moich kart żywnościowych. Po krótkim czasie otrzymałam od męża z Zachodu pozwolenie na przyjazd. Dzięki temu, choć po wielu perypetiach i uciążliwej podróży, wyczerpana, ale szczęśliwa, dotarłam do męża. Po roku również szwagrowi z Nowej-Wsi udało się uciec do nas przez Szczecin.

A kiedy w chwilach ciszy z pokornym i wdzięcznym sercem rozmyślam o tym, jak nasz Pan tak cudownie nas chronił i strzegł nawet w największej niedoli i pomógł nam dotrzeć aż tutaj, muszę powtórzyć słowa psalmisty z 103. psalmu: Chwal Pana, duszo moja, i nie zapominaj o tym, co ci uczynił.

Tak więc Pan będzie również wspierał naszego syna, zaginionego na froncie wschodnim, i wielu innych w całej ich niedoli i bezradności. Mam taką nadzieję i czekam na Pana. Amen.

                                                                                                                                       M. S.


Im letzten Abschnitt erzählte uns die Verfasserin. eine Wo1hyniendeutsche, die später im Kreise Kutno ihr Zuhause hatte, wie sie nach den schweren Monaten des Elends und der Rechtlosigkeit für alle Deutschen endlich nach Stettin gelangt war und mit unzähligen Leidensgenossen in den Ruinen dieser Stadt saß und auf den Abtransport wartete.

Mit der Zeit Wurden die Nächte jedoch immer kühler und wir wurden uns bewußt, daß es so nicht mehr weitergehen konnte. Wir hörten dann von der Möglichkeit, durch Bestechung des Kommandanten in das Lager aufgenommen zu werden. Der Verzweiflung nahe suchten unsere Schicksalsgefährten, Mutter und Tochter, den Kommandanten zu sprechen. Dieser ließ sich wiederholte Male darum bitten. Schließlich versprach er, uns alle bei der Ankunft des nächsten aus Innerpolen kommenden Transportes mit in das Lager hineinzunehmen. Der Preis war pro Kopf 1000 Zloty. Wir waren fünf Personen. All unser Geld wurde nun zusammengezählt, tiefverstecke Schmucksachen wie Ringe, Broschen, selbst Zahnkronen und Kleidungsstücke wurden an Schwarzhändler verkauft. Wer mehr besaßt, gab dem ab, dem es nicht reichte.

So saßen wir denn, auf Anordnung des Kommandanten, Nacht für Nacht reisefertig und warteten auf ein Zeichen des Lagerkommandanten. Endlich wurden wir an einem Morgengrauen hineingeführt. Froh und stolz legten wir die mit viel Not und Tränen zusammengebrachte Summe auf den Tisch. Daraufhin wurden wir in eine Liste eingetragen und waren somit wieder Mitglieder der menschlichen Gesellschaft geworden. Als der Transport ankam, wurden wir ins Lager hineingeschoben, und die Sache war erledigt.

                                                         Transport nach Deutschland

Hier im Lager bekam.en wir nun auch unsere Lebensmittelration und somit waren wir aller Angst und Not des Ruinenlebens entkommen. Schon am nächsten Tag wurden wir auf einen langen, aus durchlöcherten Viehwaggons zusammengestellten Transportzug verfrachtet. Viele Stunden warteten wir nun, mit Reiseverpflegung versehen, auf die Abfahrt. Erst gegen Abend fuhr der Zug los. Unsere Reise ging südwärts, der Oder-Neiße-Linie entlang, sie dauerte mehrere Tage und Nächte. Eines Nachts regnete es stark und wir suchten im Dunkeln den durch das, beschädigte Dach einströmenden Tropfen zu entgehen. Einige nahmen es von der humorvollen Seite, andere waren sehr ärgerlrich über diesen üblen Zustand, doch konnte niemand an der Sache selbst etwas ändern. Es kam auch vor, daß wir an einer Station etwas warmes Essen erhielten.

Wir fuhren dann durch die städte Forst und Görlitz. In Niederoderwitz wurden wir für die Dauer von zwei Wochen in ein Quarantänelager gesteckt. Hier bekam jeder seinen Platz auf der Pritsche. Auch Tische und Sitzplätze gab es sogar. Die weiten Räume waren mit Licht versehen und so gab es viele Annehmlichkeiten, die wir fast nicht mehr kannten. Auch Ärzte und Krankenschwestern kümmerten sich um uns. Wir wurden untersucht, geimpft rund entlaust. Nun war es uns auch endlich möglich, unsere Angehörigen durch das Deutsche Rote Kreuz zu suchen. Nach zwei Wochen wurden wir, zwecks Ansiedlung in Gruppen verteilt, nach Dresden gebracht. Noch in der gleichen Nacht wurden wir von Dresden auf die umliegenden Dörfer verbracht. In Kunnersdorf wurde ich bei einem Bauern angesiedelt. Hier gab es sofort Arbeit, die ich auch gerne verrichtete. Dafür bekam ich einen schmalen Lebensunterhalt. Dazu konnte ich jedoch meine Lebensmittelkarten noch extra für mich verwenden. Nach kurzer Zeit bekam ich von meinem Manne aus dem Westen eine Zuzugsgenehmigung geschickt. Damit gelangte ich dann, wenn auch nach vielen Umständen und beschwerlicher Reise, abgehärmt, aber glücklich, bei meinem Manne an. Nach einen Jahre gelang es auch dem Schwager aus Nowa-Wies, über Stettin zu uns zu flüchten. -

Und wenn ich nun in stillen Stunden mit dem demütig-dank-barem Herzen erwäge, wie unser Herrgott uns so wunderbar auch in größter Not beschirmt und geschützt und uns bis hierher geholfen halt, so muß ich mit dem Psalmisten des 103. Psalms anstimmen: Lobe den Herren meine Seele und vergiß nicht, was er dir Gutes getan hat.

So wird der Herr auch unserem an der Ostfront vermißten Sohn und noch vielen anderen in all ihrer Not und Hilflosigkeit beistehen, Das hoffe ich und harre des Herrn. Amen.

                                                                                                                                 M. S.


Niezapomniane dni stycznia 1945 - Ucieczka - Kutno - Chodecz - Der Heimatbote - 5/1956 - cz.4

 Nasza rodaczka opowiada, jak w 1945 roku, w swojej ciężkiej sytuacji, znalazła prawdziwą pociechę wyłącznie w Bogu, który ostatecznie wyprowadził ją wraz z tysiącami innych ludzi z nocy nędzy i cierpienia w Polsce, z dala od kraju, który niegdyś ugorowali ich ojcowie, do ratującego ich Zachodu.

W niedziele, kiedy czasami miałam wolne popołudnia, zawsze czułam potrzebę wycofania się, aby zebrać myśli i nabrać sił.

                                                                             Niedzielny spokój

Niedzielny spokój! Bliskość Boga

czuję dziś szczególnie mocno,

unosi mnie ona na wyżyny

ponad troski i cierpienia dnia codziennego.

Tam zabieram moich bliskich,

których tutaj straciłem – których mi brakuje –

tam jestem z nimi w duchu

i pokój Boży jest z nami,

takie niedzielne godziny są pocieszające,

będą one kiedyś błogie,

gdy wszyscy uwolnieni od cierpienia

staniemy zjednoczeni w blasku chwały,

tam nie będzie już wroga, który nas rozdzieli,

nie będzie już nawet śmierci!

Bóg uzna nas za błogosławionych,

wtedy nadejdzie prawdziwa niedziela.

                                                                     Pierwsza poczta

Dopiero jesienią 1946 roku otrzymałam zupełnie nieoczekiwanie list z obozu pracy Nowa-Wies od mojego szwagra, którego już dawno uważałam za zmarłego. List ten przyniósł mi również wiadomość o miejscu pobytu mojego męża, a niestety także o śmierci mojego ojca, który zmarł w Berlinie. Mój ojciec był, co z pewnością wiedziało wielu jego towarzyszy niedoli, wieloletnim organistą i kantorem parafii Kamień (Cholm) Edmundem Birkholzem. Po powrocie z deportacji z Rosji w latach 1914/18 przez prawie 14 lat pełnił funkcję sekretarza parafii w Lublinie.

Ta zupełnie nieoczekiwana wiadomość od szwagra uświadomiła mi ponownie, jak cudowne i wzniosłe są drogi i prowadzenie naszego Boga w stosunku do nas, małych i nieśmiałych dzieci ludzkich. Otóż tak się złożyło, że pewnej Niemce z Nowej-Wsi udało się uciec na Zachód. Kobieta ta odwiedziła swoją siostrzenicę, która mieszkała bardzo blisko mojego męża. Zbieżność nazwisk nasunęła mi pierwszą myśl o ewentualnym pokrewieństwie, a mój przywołany mąż mógł to tylko potwierdzić. W tym czasie ogólne połączenie pocztowe z Polską zostało już nawiązane, więc mój mąż mógł napisać do swojego brata w Nowej-Wsi.

                                                          Jak dostać się na Zachód?

Od tej pory moim jedynym celem było dotarcie na Zachód do mojego męża. Niestety nie było możliwości dołączenia do jednej z nielicznych transportów, które od czasu do czasu wyjeżdżały. Postanowiłam więc wyruszyć na własną rękę. Potrzebowałam do tego pieniędzy, które najpierw musiałam zarobić. Nadzieja dodała mi sił. Próbowałam zarobić pieniądze, zamiatając ulice i wykonując wszelkie inne prace dorywcze u najemców. Oszczędzałam każdy grosz. Suszyłam chleb przeznaczony dla kur i zbierałam go na drogę. Od czasu do czasu otrzymywałam kilka słów od męża, który zawsze dodawał mi otuchy i zachęcał do przyjazdu. To samo robił mój szwagier w Nowej-Wsi.

Tak minął kolejny rok ciężkiej pracy, wyrzeczeń i braku jakichkolwiek praw. Ciągle przypominałam sobie 23. psalm: „Pan jest moim pasterzem”. Czułam, że Bóg jest blisko mnie, a to dodawało mi sił. We wrześniu 1947 roku szwagier namawiał mnie do ucieczki, sam chciał uciec z Nowej-Wsi. W Szczecinie mieliśmy spotkać się w określonym miejscu i czasie, aby wspólnie kontynuować ucieczkę. Zaryzykowałem więc i wyruszyłem w drogę z niewielkimi środkami. Niestety, do Szczecina dotarłam w nocy. Ponieważ nie miałam dokumentów, musiałam uniknąć kontroli policji kolejowej. Kiedy ją zobaczyłam, ustawiłam się w kolejce do kasy biletowej, aby później pod jakimś pretekstem z niej wyjść. Udało mi się to dwukrotnie, innym razem udało mi się ukryć w ciemnym korytarzu. W końcu ta długa noc dobiegła końca. Następnego ranka, w słoneczną niedzielę, z pomocą miłego konduktora tramwajowego szczęśliwie dotarłam do umówionego miejsca spotkania.

                                                                   W ruinach Szczecina

W głębokiej dolinie, nad którą znajdował się wówczas jeszcze nieprzejezdny most, znajdował się ogrodzony drutem obóz transportowy dla Niemców. Przed obozem znajdował się przestronny plac otoczony kilkoma dużymi ruinami. Znalazłem tam wielu uchodźców, którzy częściowo czekali już od tygodni na wpuszczenie do obozu. Dołączyłam do nich i cieszyłam się, że znów jestem wśród Niemców. Szwagier nie przyjechał! Znalazłam schronienie w dużej ruinie, która nie miała już drzwi ani okien i była całkowicie wystawiona na działanie wiatru.

                                                                           Jak Cyganie

Wiedliśmy tu skromne życie, mając nadzieję, że w końcu uda nam się ruszyć dalej. Trudna sytuacja sprawiła, że staliśmy się pomysłowi. Duże dziury zostały prowizorycznie uszczelnione blachą, kartonowymi pudełkami i starymi workami. Stare wiadra po dżemie i podobne przedmioty służyły nam za siedziska. Ci, którzy nadal mieli łóżka, należeli do bogatych. Ja sama zbierałam trawę, suszyłem ją i przygotowywałam z niej podkład pod łóżko. Jako kołdrę służył mi stary płaszcz, który chronił mnie przed nocnym chłodem. Nasze możliwości gotowania były różne, najczęściej układaliśmy na zewnątrz stare cegły, kładliśmy na nich starą blachę jako płytę grzejną i gotowe było palenisko. Ponieważ nie mieliśmy żadnych naczyń, szukaliśmy ich w starej hałdzie w pobliżu. Otwory w znalezionych garnkach były zatykane korkami, zatyczkami lub kawałkami materiału. W takich dobrze wyczyszczonych garnkach powstawały najlepsze potrawy. Nawet jeśli czasami były one doprawione dymem lub kroplami deszczu, nie miało to znaczenia, ponieważ głód nadal jest najlepszym kucharzem. Jako drewno opałowe służył nam rozbity samolot, który leżał w pobliżu. Przez wiele godzin rąbaliśmy go starą znalezioną siekierą, aby uzyskać kilka wiórów. Złożone drewno było niezwykle twarde. Wokół leżały również inne połamane kawałki drewna.

Wszystkie produkty spożywcze musieliśmy kupować za nasze skromne pieniądze bez kart. Czasami mogliśmy zarobić trochę w okolicznych ogrodach, wykonując jesienne prace. Tam zazwyczaj dostawaliśmy też trochę owoców lub warzyw. Było to dla nas wielką pomocą, ponieważ żywność była bardzo droga. Potrzebowały tego przede wszystkim liczne dzieci, które mieszkały z nami. Wszystkie były bardzo zaniedbane, miały również duże opóźnienia w rozwoju umysłowym, zwłaszcza że musiały dorastać bez nauki w szkole. Wśród nas mieszkał stary, przyjazny mężczyzna, który postawił sobie za zadanie zgromadzić dzieci w jednym pomieszczeniu. Opowiadał im wtedy historie biblijne, uczył je piosenek dla dzieci i pokazywał różne gry. Dzieci były tym bardzo podekscytowane i bawiły się razem, a obserwowanie ich sprawiało ogromną radość. Wiele z tych dzieci było bardzo nieśmiałych, ponieważ nie rozumiały już dobrze języka niemieckiego. Szczególnie najmłodsze z nich po 1945 roku nie mogły już uczyć się niemieckiego.

Tak więc żyliśmy w ruinach Szczecina, prowadząc skromne życie.

Byliśmy pozbawieni praw, wyrzuceni ze społeczeństwa, a każdy mógł dysponować nami według własnego uznania. Często zdarzało się, że polscy lub rosyjscy żołnierze zabierali ludzi z naszego grona na nieokreślony czas do pracy w polu. Kto się sprzeciwiał, był bity. Szczególnie polowali na młode dziewczyny. One jednak wyczuwały związane z tym niebezpieczeństwo i starały się ukryć, jak tylko było to możliwe. Zdarzało się też, że do nich strzelano. A jeśli nie udało się ich złapać w ciągu dnia, żołnierze przychodzili wieczorem lub w nocy z latarkami. Czasami dodatkowo nas okradali. Na przykład w nocy przywiązywaliśmy buty do rąk, aby od razu zauważyć złodzieja. W naszej małej grupie, która się zebrała, była też taka młoda, prześladowana dziewczyna z matką. Dziewczyna ta była zazwyczaj ukrywana w nocy wzdłuż ściany, a my inni służyliśmy jej za poduszki. Tak więc noce były dla tej dziewczyny tylko męką. Czasami kilka dziewcząt zbierało się razem i spędzało noce w innych ruinach lub nawet pod gołym niebem.

                                                                          (ciąg dalszy nastąpi)


Unsere Landsmännin erzählt, wie sie in ihrer schweren Not damals 1945 einzig und allein in Gott wahren Trost gefunden hat, der sie schließlich mit Tausenden anderen endlich auch herausgeführt hat aus der Nacht des Elends und Leids in Polen, fort vom Lande, das einst die Väter urbar gemacht, hin in den rettenden Westen.

An Sonntagen, an denen ich bisweilen nachmittags frei hatte, war es mir stets ein Bedürfnis, mich zurückzuziehen um mich zu meiner Erbauung sammeln und erquicken zu können.

                                                          Sonntagsfriede

Sonntagsfriede ! Gottes Nähe

fühl' ich ganz besonders heut',

die entrückt mich zu den Höhen

aus des Alltags Sorg und Leid,

Dort entführ ich meine Lieben,

die ich hier verloren - vermißt -

dort bin ich im Geist mit ihnen

und der Friede Gottes mit uns ist,

Tröstlich sind solch' Sonntagsstunden,

selig werd'n sie einst noch sein,

wenn wir all' dem Leid entbunden

steh'n vereint im Glorienschein,

Dort wird uns kein Feind mehr trennen,

auch der Tod wird nicht mehr sein!

Selig wird uns Gott erkennen,

dann wird wahrer Sonntag sein

                                                      Erste Postverbindung

Erst im Herbst 1946 bekam ich ganz unerwartet einen Brief aus dem Arbeitslager Nowa-Wies von meinem Schwager, den ich schon längst gestorben wähnte. Dieser Brief brachte mir auch Nachricht vom Verbleib meines Mannes und leider auch vom Tode meines Vaters. der in Berlin gestorben war. Mein Vater war, der gewiß noch vielen Leidensgefährten bekannte langjährige Organist und Kantor der Pfarrgemeinde Kamien (Cholm) Edmund Birkholz. Er war, aus der Verschleppung aus Rußland 1914/18 heimgekehrt, noch fast 14 Jahre lang in der Pfarrgemeinde Lublin als Schriftführer tätig gewesen,

Diese nun so ganz unerwartet eingetroffene Nachricht des Schwagers hat mich wiederum erkennen lassen, wie wunderbar und erhaben unseres Gottes Wege und Führungen in bezug auf uns kleinmütige Menschenkinder sind. Es verhielt sich nämlich so, daß es einer deutschen Frau aus Nowa-Wies gelungen war, nach dem Westen zu fliehen, Diese Frau besuchte nun ihre Nichte, die ganz in der Nähe meines Mannes wohnte, Die Namensgleichheit brachte den ersten Gedanken an eine evtl. Verwandtschaft und mein herbeigeholter Mann konnte dies nur bestätigen, Um diese Zeit war die allgemeine Postverbindung mit Polen schon hergestellt, so daß mein Mann seinem Bruder in Nowa- Wies schreiben konnte.

                                              Wie komme ich nach dem Westen?

Von nun an war es mein einzigstes Bestreben, zu meinem Manne nach Westen zu gelangen, Mich einem der wenigen Transporte, die ab und zu einmal gingen, anzuschließen war leider nicht möglich, So beschloß ich, auf eigene Faust fortzukommen. Dazu brauchte ich Geld welches ich mir zunächst verdienen mußte, Die Hoffnung machte mich wieder stark. Mit Straßenkehren und allen sonstigen Aushilfen bei Mietern suchte ich Geld zu verdienen, Jeder Groschen wurde gespart, Alles für die Hühner bestimmte Brot trocknete ich und sammelte es für den Weg, Ich bekam auch gelegentlich ein paar Zeilen von meinem Manne, der mir immer wieder Mut zusprach und zum Kommen anspornte. Dasselbe tat auch mein Schwager in Nowa-Wies,

So verging wieder ein Jahr unter vieler schwerer Arbeit. Entbehrungen und ohne jeglichen Rechtsanspruch, Immer wieder erinnerte ich mich an den 23. Psalm: "Der Hen ist mein Hirte". Ich fühlte, daß Gott mir nahe war und das gab mir Kraft. Im September 1947 forderte mich der Schwager zur Flucht auf, er selbst wolle von Nowa-Wies aus fliehen. In Stettin sollten wir uns an einem bestimmten Platz und Zeitpunkt treffen, um dann gemeinsam weiter zu fliehen, So wagte ich es, mit wenigen Mitteln mich auf den Weg zu machen. In Stettin kam ich unglücklicherweise zur Nachtzeit an, Da ich keinen Ausweis hatte, mußte ich mich der Kontrolle der Bahnpolizei entziehen. Wenn ich ihrer ansichtig wurde, reihte ich mich der Schlange am Fahrkartenschalter an, um nachher wieder unter einem Vorwand auszutreten. Dieses gelang mir zweimal, ein andermal konnte ich mich im dunklen Flur verbergen. Endlich ging auch diese lange Nacht zu Ende. Am nächsten Morgen, es war ein sonnenklarer Sonntag, kam ich mit Hilfe eines guten Straßenbahnschaffners glücklich an den verabredeten Treffpunkt.

                                                In den Trümmern von Stettin


In einem tiefen Tale, darüber eine damals noch unbefahrbare Brücke, befand sich ein drahtumzäuntes Transportlager für Deutsche. Vor dem Lager war ein geräumiger Platz, mit mehreren großen Ruinen umgeben. Hier fand ich viele Flüchtlinge vor, die teils schon wochenlang auf Einlaß ins Lager warteten. Zu ihnen gesellte ich mich und war froh, wieder mit Deutschen zusammen zu sein. Der Schwager war nicht gekommen! Ich fand Unterkunft in einer großen Ruine, die keine Türen und Fenster mehr hatte und dem Winde freien Durchzug bot, 

                                                           Wie die Zigeune

Wir fristeten hier draußen ein kümmerliches Dasein in der Hoffnung, doch gelegentlich weiter zu kommen, Die Not machte uns erfinderisch. Die großen Löcher wurden mit Blech, Pappschachteln und alten Säcken notdürftig abgedichtet. Alte Marmeladeneimer und ähnliches diente uns als Sitzgelegenheit. Wer noch Betten besaß, gehörte zu den Reichen. Ich selbst pflückte mir Gras, ließ es trocknen und bereitete mir ein Unterbett daraus, Als Zudecke diente mir mein alter Mantel, der mich vor der Nachtkälte schützte. Unsere Kochgelegenheit war unterschiedlich, zumeist wurden draußen alte Ziegelsteine zusammengestellt, altes Blech als Kochplatte daraufgelegt und der Herd war fertig. Da wir ja auch keinerlei Geschirr hatten, suchten wir in einer alten Schuttkuhle in der Nähe danach. Die Löcher in den gefundenen Töpfen wurden mit Stöpseln, Pfropfen oder Läppchen zugestopft. In solchen, gut gereinigten Töpfen gerieten die besten Speisen. Und auch dann, wenn sie gelegentlich einmal mit Rauch oder Regentropfen gewürzt waren, schadete es nichts, denn der Hunger ist immer noch der beste Koch. Als Brennholz lag ein abgestürztes Flugzeug in der Nähe, daran wir stundenlang mit einer alten aufgefundenen Axt herumhackten, um einige Späne loszubekommen. Das zusammengefügte Holz war ungemein zähe. Auch andere zertrümmerte Holzstücke lagen herum.

Alle Lebensmittel mußten wir für unser weniges Geld kartenfrei kaufen. Gelegentlich konnten wir uns etwas in den umliegenden Gärten mit Herbstarbeit verdienen, Dort erhielten wir dann meistens auch etwas Obst oder Gemüse mit. Das war für uns eine große Hilfe, denn die Lebensmittel waren sehr teuer. Vor allem benötigten dieses die zahlreichen Kinder, die hier bei uns lebten, Diese waren alle sehr elend heruntergekommen, auch geistig standen sie weit zurück, zumal sie ja ohne Schulunterricht aufwachsen mußten. Unter uns lebte ein alter freundlicher Mann, der es sich zur Aufgabe machte, die Kinder in einem Raum zu versammeln. Hier erzählte er ihnen dann biblische Geschichten, übte mit ihnen Kinderlieder und zeigte ihnen verschiedene Spiele. Auch die Kinder freuten sich sehr darüber und sie spielten zusammen, daß es eine Freude war, ihnen zuzuschauen. Viele der Kinder waren auch sehr schüchtern, denn sie verstanden die deutsche Sprache nicht mehr recht. Besonders die Kleinsten unter ihnen hatten nach 1945 gar nicht mehr deutsch lernen dürfen.

So lebten wir in den Trümmern von Stettin ein kümmerliches Leben. Wir waren ja die Entrechteten, die aus der menschlichen Gesellschaft Ausgestoßenen, darüber jeder nach seiner Willkür verfügen konnte. So geschah es oftmals, daß polnische oder russische Soldaten Leute aus unserer Mitte auf ungewisse Zeit für Feldarbeiten wegholten. Wer sich weigerte, wurde verprügelt. Ganz besonders aber hatten sie es auf junge Mädchen abgesehen. Diese allerdings witterten die Gefahr, die hiermit verbunden war und suchten sich nach, Möglichkeit zu verbergen. Es kam auch vor, daß ihnen nach geschossen wurde. Und wenn man sie am Tage nicht erwischen konnte, kamen die Soldaten am Abend oder in der Nacht mit Taschenlampen. Gelegentlich bestahlen sie uns dann noch obendrein. Wir banden so zum Beispiel unsere Schuhe nachts an der Hand fest, um den Dieb gleich zu merken. In unserer kleinen Gruppe, die sich zusammengetan hatte. war auch so ein junges gehetztes Mädchen mit ihrer Mutter. Dieses Mädchen wurde meistens zur Nacht längs der Wand versteckt, diese Tarnung diente uns anderen als Kopfkissen. So waren die Nächte für dieses Mädchen nur eine Qual. Zum Teil taten sich auch mehrere Mädchen zusammen und verbrachten die Nächte in anderen Ruinen oder gar unter freiem Himmel. 

                                                                        (Schluß folgt)

ßÄäÖöÜü

Niezapomniane dni stycznia 1945 - Ucieczka - Kutno - Chodecz - Der Heimatbote - 4/1956 - cz.3

 


Nasza rodaczka pochodząca z Wołynia kontynuuje tutaj relację ze swoich przeżyć w nieszczęsnym roku 1945: ucieczka z Kutna, najazd wroga, a w końcu próba powrotu.

                                                           W Chodeczu, powiat Włocławek

W Chodeczu znalazłyśmy schronienie u dwóch kobiet. Tak się złożyło, że te dwie starsze panie właśnie potrzebowały siły roboczej. Pomieszczenia mieszkalne w ich domu, które opustoszały po ucieczce Niemców, musiały zostać przygotowane dla rosyjskiego wojska. Polscy robotnicy uchylali się od pracy, twierdząc, że to Niemcy powinni teraz pracować dla nich. My trzy kobiety byłyśmy akurat pod ręką i zabrałyśmy się do pracy. Sprzątałyśmy, przynosiłyśmy meble, zbierałyśmy drewno na opał, a także odśnieżałyśmy. Najmłodsza z nas zachorowała i miała gorączkę. Jednak panie były tak uprzejme, że zapewniły nam zakwaterowanie do czasu jej wyzdrowienia. Kiedy nadszedł ten moment, obie kobiety, matka i córka, udały się dalej do Kutna. Ja sama nie odważyłam się wyruszyć w tak długą drogę pieszo z powodu silnych dolegliwości w nodze. Panie nie miały nic przeciwko temu, żebym została z nimi. Najwyraźniej bały się też samotności w mieszkaniu. Zwłaszcza że kiedyś włamali się do nich rosyjscy żołnierze i ukradli żywność. Jak się dowiedziałam, obie kobiety wiele wycierpiały w czasie niemieckiej okupacji. Jednak zachowanie ich rodaków w czasie przewrotu bardzo je rozczarowało. Okazało się, że pewna grupa Polaków czekała tylko na ucieczkę Niemców, aby ograbić opuszczone sklepy i mieszkania. Tak więc nawet te dwie inteligentne kobiety nie były w stanie zapobiec splądrowaniu i zdemolowaniu ich domu, opuszczonego przez Niemców. Mówiono: co poniemieckie to nasze. W swoim zapale grabieżcy nie pomyśleli nawet o tym, że niektóre elementy wyposażenia mieszkań i inne przedmioty należały do polskich obywateli.

Tutaj, wśród Polaków, miałam wprawdzie ciężkie życie, ale byłam zadowolona, że mogłam tu zostać. W zamian za jedzenie i odzież wykonywałam wszystkie prace domowe i ogrodnicze, które często wymagały siły mężczyzny. Wiele niemieckich kobiet pracowało w jeszcze trudniejszych warunkach w mieście i na wsi. Często widziałam je pracujące w miejscach publicznych i na ulicach. Na plecach miały przypiętą wielką swastykę. Jednak Rosjanie wkrótce zakazali noszenia tego znaku. Niemcy musieli zwrócić wielkie kamienne bloki pomnika Kościuszki, które Żydzi musieli przenosić na swoim cmentarzu w czasach III Rzeszy. Pomnik został ponownie ustawiony na rynku. Niemcy mieli również za zadanie utrzymywać porządek na placu.

Był to trudny czas dla nas wszystkich. Najbardziej jednak przytłaczała nas żałoba po naszych bliskich, których straciliśmy, oraz troska o zaginionych, która ciążyła na nas wszystkich. Ja sama nie wiedziałam nic o losie mojego starego ojca, męża, szwagra i siostrzeńca. Nie wiedziałam też nic o moim synu, który zaginął wcześniej na froncie wschodnim. Wiosną 1945 roku niemiecka dziewczyna niespodziewanie przyniosła mi pognieciony, prawie nieczytelny list (tajną pocztę). Był to znak życia od mojego szwagra. Rozstaliśmy się podczas ucieczki. Napisał, że przebywa w obozie pracy w Nowa-Wieś koło Kutna i musi ciężko pracować. Mała dziewczynka nie wiedziała nic więcej. Teraz stało się dla mnie jasne, że dwie kobiety, z którymi uciekałem, spotkały mojego szwagra i podały mu miejsce mojego pobytu. Tak więc dobry Bóg sprawił, że dowiedziałem się przynajmniej o losie jednej z zaginionych osób. Niemniej jednak nadal dręczył mnie smutek i troska o wszystkich pozostałych członków rodziny. Wciąż błagałem Pana Wszechmogącego o ochronę i pomoc dla nich wszystkich.

Często podczas sprawunków, które prawie codziennie musiałem załatwiać w mieście i poza nim, miałem okazję obserwować życie i zgiełk. Kiedy ogłoszono wiadomość o zdobyciu Berlina przez Polaków i Rosjan, lud radował się, a miasto wypełniło się okrzykami radości. Tego samego dnia usłyszałem, że ołtarz kościoła ewangelickiego w Chodecz zostanie zdemontowany. Po pewnym czasie zaczęto mówić, że organy tego kościoła zostały sprzedane zagranicznej gminie katolickiej za 36 lub 38 tysięcy złotych. Sam kościół służył jako spichlerz. Aby kupić paszę dla kur, często miałem okazję tam wchodzić. W całym kościele było prawie ciemno. Najwyraźniej okna były zasłonięte. Ale kiedy główne drzwi były otwarte i wpadało przez nie światło dzienne, napisy nad ołtarzem świeciły pocieszająco dla wchodzących. Ławki już nie istniały. Chociaż wcześniej nie znałem tego kościoła, budynek ten zawsze dodawał mi otuchy. Wiedziałem przecież, że w tym kościele zostali kiedyś ochrzczeni i pobrali się moi dziadkowie. Plebania lub dom parafialny obok przy ulicy służył Polakom do publicznych spotkań. Bardzo ucierpiał z tego powodu, ponieważ był bardzo brudny, a wszędzie leżały niedopałki papierosów i strzępy papieru. Cmentarz ewangelicki, który od czasu do czasu mogłem odwiedzać, również popadał w coraz większą ruinę. Pasały się na nim gęsi i kozy. Bawiły się tam dzieci i wyciągały na ulice nieliczne pozostałe metalowe wieńce. Przy wejściu pojawiało się coraz więcej świeżo usypanych kopców. Nieozdobione i częściowo nieukształtowane, wyróżniały się glinianym kolorem na tle starych grobów.

Na targach tygodniowych sprzedawano produkty spożywcze, takie jak jajka, masło, mleko i drób, po coraz wyższych cenach. Często zakupione produkty spożywcze pakowano w strony wyrwane z Pisma Świętego. Bardzo rzucała się w oczy duża oferta towarów używanych. Sprzedawano wszystkie urządzenia gospodarstwa domowego, obuwie, bieliznę, odzież wierzchnią, zasłony, bieliznę, zastawy stołowe itp. Były wśród nich najpiękniejsze rękodzieła i wspaniałe hafty. Oczywiście wszystkie te towary pochodziły z niemieckich domów i zostały wykonane przez niemieckie kobiety. W tym czasie niemieckie sieroty mieszkały również w polskich rodzinach. W niektórych przypadkach dzieci miały się bardzo dobrze, ponieważ ich przybrani rodzice bardzo je polubili.

                                                               Minęło półtora roku...

Tak minęło półtora roku ciężkiej pracy, wielu wyrzeczeń, niedostatku, chorób i bez prawa do pomocy medycznej. Musiałam w milczeniu znosić pogardę i obelgi. Nie wspominając już o smutku związanym z losem moich bliskich. Nie miałam też żadnych wiadomości od szwagra. A kiedy sama próbowałam dowiedzieć się czegoś, słyszałam tylko o niedostatku i śmierci wśród Niemców. W obozach pracy szalał tyfus, który pochłonął wiele ofiar. Dowiedziałem się również, że wielu Niemców – zwłaszcza mężczyzn – zostało wywiezionych do Związku Radzieckiego. Wielu Niemców przewieziono również do Warszawy, aby sprzątać ruiny miasta. Przez przypadek dostałem kiedyś polską gazetę codzienną. Przeczytałem w niej ogłoszenie dotyczące naszego dawnego duszpasterza, pastora Kleindiensta z Łucka (Wołyń). Miał on wkrótce stanąć przed najwyższym polskim trybunałem i zostać skazany na śmierć przez powieszenie... Ta wiadomość była dla mnie druzgocąca. Straciłem wszelką nadzieję, że my, Niemcy, kiedykolwiek stąd wyjedziemy. Jednak pocieszeniem był dla mnie Psalm 121. Ta pozorna beznadziejność nauczyła mnie patrzeć w górę, na góry, z których przychodzi mi pomoc. Jak dowiedziałam się znacznie później, wyrok śmierci na pastora Kleindiensta nie został jednak wykonany. Była to wszechmocna decyzja i wola miłości, aby wyrwać naszego rodzimego duszpasterza ze szponów złośliwej arbitralności i zwrócić go jego bliskim.

                                                                        (ciąg dalszy nastąpi)


Unsere aus Wolhynien stammende Landsmännin setzt hier den Bericht über ihre Erlebnisse im Jahre des Unheils 1945: die Flucht aus Kutno, die Überrollung durch den feind, schließlich den  Versuch zurückzukehren, fort.

                                                In Chodecz, Kr. Leslau

In Chodecz fanden wir bei zwei Frauen Rast. Es traf sich so daß diese zwei alten Damen gerade Arbeitskräfte benötigten. Es mußten nämlich Wohnräume ihres Hauses, die durch die Flucht der Deutschen frei geworden waren, für russisches Militär hergerichtet werden. Die polnischen Arbeiter drückten sich, nach ihrer Meinung müßten nunmehr die Deutschen, für sie arbeiten. Wir drei Frauen waren gerade bei der Hand und packten zu. Es wurde geputzt, Möbel wurden herbeigeschafft, Feuerholz geholt und auch Schnee geschaufelt. Dabei wurde die Jüngste von uns krank und fieberte. Doch die Damen waren so anständig und gewährten uns Unterkunft bis zu deren Genesung. Als es soweit war, gingen die beiden Frauen, es waren Mutter und Tochter, weiter nach Kutno. Ich selbst wagte es nicht, wegen starker Beschwerden im Bein den weiten Weg zu Fuß noch mitzumachen. Die Damen hatten nichts dagegen, wenn ich noch bei ihnen bliebe. Anscheinend fürchteten sie sich auch, alleine in der Wohnung zu sein. Zumal bei ihnen schon einmal russische Soldaten eingebrochen waren und Lebensmittel entwendet hatten. Wie mir bekannt wurde, hatten die beiden Frauen zur Zeit der deutschen Besetzung viel Unrecht erleiden müssen. Aber das Gebaren ihrer eigenen Landsleute in der Zeit des Umsturzes hatte sie sehr enttäuscht. Es war ja so, daß eine gewisse Schicht von Polen nur auf die Flucht der Deutschen wartete, um die verlassenen Geschäfte und Wohnungen zu berauben. So konnten es auch diese beiden intelligenten Frauen nicht verhindern, daß auch ihr Haus, von den Deutschen verlassen, ausgeplündert und demoliert wurde. Es hieß: co poniemieckie to nasze. Die Plünderer hatten in ihren Eifer gar nicht daran gedacht, daß manche Wohnungseinrichtung und mancher andere besitz von polnischen Bürgern stammte.

Hier unter den Polen hatte ich nun zwar ein schweres leben, doch war ich zufrieden, dableiben zu dürfen. Für Essen und abgelegte Kleidungsstücke verrichtete ich im Haushalt und auch im Garten alle Arbeiten, das oft Manneskräfte erforderten. Viele deutsche Frauen arbeiteten unter noch viel schwereren Verhältnissen in der Stadt und auf dem Lande. Oftmals sah ich sie auf öffentlichen Plätzen und Straßen arbeiten. Auf dem Rücken war ihnen ein großes Hakenkreuz angeheftet. Das Tragen dieses Zeichens wurde jedoch von den Russen bald verboten. Die großen Steinblöcke des Kosciuszki-Denkmals, die die Juden zur Zeit des Dritten Reiches auf ihnen Friedhof hatten schleppen müssen, mußten die Deutschen wieder zurückbringen. Das Denkmal wurde dann wieder auf dem Marktplatz aufgestellt. Es war auch die Aufgabe der Deutschen, den Platz in Ordnung zu halten.

Es war eine schwere Zeit für uns alle. Am schlimmsten aber drückte uns der Gram um unsere Angehörigen, die wir verloren hatten und die Sorge um unsere Vermißten, die doch auf uns allen lastete. Ich selbst wußte nichts von dem Verbleib meines alten Vaters, meines Mannes, des Schwagers und des neffen. Und wußte auch nichts von meinem schon früher an der Ostfront vermißten Sohne. Im Frühjahr 1945 brachte mir ganz unerwartet ein deutsches Mädchen ein zerknülltes, fast unleserliches Schreiben (Geheimpost). Es war ein Lebenszeichen von meinem Schwager. Mit ihm war ich ja auf der Flucht auseinander gekommen. Er schrieb nun, daß er sich in einem Arbeitslager in Nowa - Wies bei Kutno befände und schwer arbeiten müsse. Weiter wußte auch das kleine Mädchen nichts. Nun war es mir auch klar, daß die beiden Frauen, mit denen ich auf der Flucht zusammen war, mit meinem Schwager zusammengekommen waren und ihm meinen Aufenthaltsort angegeben hatten. Also hatte es der gütige Gott so gelenkt, daß ich zumindest von einem Vermißten schon etwas erfahren hatte. Dennoch nagte der Gram und die Sorge um alle anderen Angehörigen weiter. Immer wieder flehte ich zu meinem Herrn, dem Allmächtigen, um Schutz und Hilfe für sie alle.

Oftmals bot sich mir bei Besorgungen, die ich fast täglich in der Stadt und auch außerhalb derselben zu erledigen hatte, Gelegenheit, das leben und Treiben zu beobachten. Als die Kunde von der Eroberung berlins durch Polen und Russen bekanntgegeben wurde, jauchzte das Volk beglückt und die Stadt war voller Jubel. Am gleichen Tage hörte ich im Vor übergehen, daß Altar der evangelischen Kirche in Chodecz abmontiert würde. Nach einiger Zeit wurde davon gesprochen, das die Orgel dieser kirche an eine auswärtige katholische Gemeinde für 36 oder 38 000 Zloty verkauft worden sei. Die Kirche selbst diente als Getreidespeicher. Um Hühnerfutter zu kaufen, bot sich mir des öfteren Gelegenheit, dort einzutreten. Es war fast dunkel in  der ganzen Kirche. Anscheinend waren die Fenster verstellt. Wenn aber die Haupttür geöffnet war und das Tageslicht durch sie hereinfiel, leuchteten die Sprüche über dem Alter dem Eintretenden tröstlich antgegen. Bänke waren nicht mehr vorhanden. Obwohl ich dieses Gotteshaus vorher nicht gekannt hatte, gab mir dieses Gebäude stets wieder Mut. Wußte ich doch, daß in dieser Kirche einstmals meine Großeltern getauft und auch getraut worden waren. Das Pfarrhaus oder Gemeindehaus nebenan an der Straße diente den Polen für öffentliche Zusammenkünfte. es wurde dadurch sehr in Mitleidenschaft gezogen, denn es war sehr schmutzig und überall lagen Zigarettenreste und papierfetzen herum. Der ev. Friedhof, den ich ab und zu einmal aufsuchen konnte, geriet auch immer mehr in Verfall. Gänse und Ziegen wurden darauf gehütet. Kinder spielten dort und verschleppten die wenigen noch verbliebenen Metallkränze auf die Straßen. Frisch angehäufte Hügel reihten sich am Eingang immer mehr aneinander. Ungeschmückt und teils auch ungeformt stachen sie lehmfarbig von den alten Grabstätten ab.

An Wochenmärkten wurden Lebensmittel wie Eier, Butter, Milch und Geflügel zu immer höher kletternden Preisen frei angeboten. Oftmals wurden die gekauften Lebensmittel in aus der Heiligen Schrift gerissenen Seiten eingewickelt. Sehr Auffällig war das große Angebot von Altwaren. So wurden alle Haushaltsgeräte, Schuhwerk, Wäsche, Oberbekleidung, Gardinen, Tischwäsche usw. angeboten. Die schönsten Handarbeiten und wundervolle Stickereien waren dabei. Selbstverständlich stammten alle diese Waren aus deutschen Häusern und waren von deutsche Frauen angefertigt. Es lebten zu dieser Zeit auch deutsche Waisenkinder bei polnischen Familien. In manchen Fällen hatten es die Kinder hierbei sehr gut, denn sie waren ihren Pflegeeltern ans Herz gewachsen.

                                                          Eineinhalb Jahre vergingen...

So vergingen eineinhalb Jahre in schwerer Arbeit, unter viel Entbehrungen, Not, Krankheit und ohne Anrecht auf ärztliche Hilfe. Verachtung und Schimpfworte mußte ich schweigend hinnehmen. Ganz abgesehen von dem Kummer über den Verbleib meiner Lieben. Auch von dem Schwager hörte ich nichts mehr. Und wenn ich selbst etwas zu erfahren suchte, hörte ich nur noch von Not und Tod unter den Deutschen. In den Arbeitslagern wütete der Typhus, der sehr viele Opfer holte. Weiter hörte ich, daß viele Deutsche - insbesondere Männer - in die Sowjetunion verschleppt worden seien. Auch nach Warschau, zur Räumung der Stadtruinen, wurden viele Deutsche verbracht. Durch einen Zufall erhielt ich einmal eine polnische Tageszeitung. Hierin las ich eine Bekanntmachung über unseren früheren Seelsorgen. Herrn Pastor Kleindienst aus Luck (Wolhynien). Er hätte sich in Kürze vor dem höchsten polnischen Tribunal zu verantworten und werde zum Tode durch den Strang verurteilt... Diese Nachricht war für mich niederschmetternd. Ich verlor darüber ganz die Hoffnung, daß wir Deutschen noch einmal von hier fortkommen würden. Doch war für mich hier der 121. Psalm Trost. Diese scheinbare Aussichtslosigkeit lehrte mich, aufzuschauen zu den Bergen, von welchen mir Hilfe kommt. Wie ich dann sehr viel später erfahren habe, ist das Todesurteil an Pastor Kleindienst nachher doch nicht vollstreckt worden. Es war des allmächtigen Liebesratschluß und Wille gewesen, unseren heimatlichen Seelsorger der Klauen böswilliger Willkür zu entreißen und ihn den Seinen wiederzugeben.

                                                            (Fortsetzung folgt)