czwartek, 26 marca 2026

Feliks Niebelski - 18 LWOWSKI BAON STRZELCÓW - Krzyż Monte Cassino - Włochy - Wola Rakowa - 1945 - cz.2

 

Wracając do postaci mieszkańca gminy Brójce, dokładnie Woli Rakowej, plutonowego Feliksa Niebelskiego, zamieszczam informacje o historii Krzyża Monte Cassino. Ufundował go Naczelny Wódz - Generał Broni Sosnkowski pisząc: Celem upamiętnienia czynów oręża polskiego, dokonanych przez żołnierzy 2 Korpusu na ziemi włoskiej, ukoronowanych zdobyciem Monte Cassino - ustanawiam "KRZYŻ PAMIĄTKOWY MONTE CASSINO", dla wszystkich uczestników tych walk.




LISTA III - UPRAWNIENI (POLEGLI i ZMARLI Z RAN).

Lp.

Stopień

Nazwisko i imię

Roczn. i Nr. ewid.

Data śmierci

Miejsce śmierci

Nr. legit. Krzyża

Uwagi

 454

 plut.

 Niebolski (Niebielski) Feliks

1912/29 

15.III.1945 

 Włochy

19660 

 



Źródło: Krzyż Monte Cassino
http://krzyz montecassino.eu

Feliks Niebelski - 18 LWOWSKI BAON STRZELCÓW - Włochy - Wola Rakowa - 1945

Jak z "rogu obfitości" otrzymuję wspaniałe materiały dotyczące bohaterstwa naszych mieszkańców z gminy Brójce. Marek Pietrzko, wspaniały archiwista przysłał mi dokumenty dwóch mieszkańców odznaczonych Krzyżami Virtuti Militari za udział i rany w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku. Są to Józef Pabiś z Wandalina i Władysław Klima z Pałczewa. Także od Marka niedawno otrzymałem skany dokumentów dotyczących Juliana Mazaraki. Związany przez długie lata z Brójcami był uczestnikiem Powstania Listopadowego, ranny w bitwie pod Stoczkiem i odznaczony Złotym Krzyżem Virtuti Militari.

Wczoraj otrzymałem od Pani Justyny Jurgi - Maszczyk, szefowej GOK w Brójcach skany dokumentów dotyczących następnego bohatera naszej gminy: plutonowego Feliksa Niebelskiego, mieszkańca Woli Rakowej, odznaczonego Krzyżem Walecznych i Pamiątkowym Krzyżem Monte Cassino. Niestety, poległ on na Polu Chwały 15 marca 1945 roku na terenie Włoch. Bardzo dziękuję Pani Justynie.

Myślę, że jest więcej osób, które bohatersko przelewały krew za naszą Ojczyznę, wieją dobre wiatry, liczę, że będę miał okazję zamieszczać więcej podobny materiałów.

Pan Jan Ambroziak przesłał na adres Urzędu Gminy Brójce informację:

Szanowni Państwo, załączam trzy dokumenty dotyczące plutonowego Feliksa Niebelskiego z 18 Lwowskiego Baonu Strzelców, 5 Kresowej Dywizji Piechoty, urodzonego w Woli Rakowej. Nie wiem czy postać tego żołnierza jest znana, ale jeśli nie, to może warto ją przypomnieć w rejonie, w którym się urodził. Poza Krzyżem Walecznych otrzymał Krzyż Pamiątkowy Monte Cassino. Obecnie Feliks Niebelski jest pochowany na Polskim Cmentarzu Wojennym w Bolonii. Postaram się zrobić zdjęcie, przy mojej najbliższej wizycie, jeśli będzie taka potrzeba.

Z pozdrowieniami

Jan Ambroziak

Naczelnik Wydziału

Wydział ds. Miejsc Pamięci Narodowej za Granicą

Departament Dziedzictwa Kulturowego za Granicą i Miejsc Pamięci.



18 LWOWSKI BAON STRZELCÓW                                       M. p. dnia 17 maj 1945 r.

L. dz. 775/45

Ś.p. plut. NIEBELSKI FELIKS-                          SZEF DUSZPASTERSTWA KATOLICKIEGO

                                                                              5. KRESOWEJ DYWIZJI PIECHOTY

                                                                                    w miejscu postoju

                                                                                    ------------------------

       Na drugostronne podaje, że na podstawie meldunku dowódcy 4 komp. 18 L.B.S. z dnia 25.III.45 r. zostało ogłoszone w Rozk. dz. 18 L.B.S. Nr. 69: " w dniu 25.III.45 r. na terenie Włoch na odcinku nad rzeką SENIO w kierunku północnym od m. FAENZA poległ na Polu Chwały plut. NIEBELSKI Feliks r. 1912/29/III".

Na tej podstawie został przeprowadzony wpis w zeszycie ewidencyjnym w/w.

Równocześnie wyjaśniam, że ś.p. plut. Niebielski Feliks zginął wskutek wybuchu miny i śmierć nastąpiłą natychmiast.

                                                                                       wz. DOWÓDCA BAONU

                                                                                            Pawulski Tadeusz

                                                                                                     kpt.


                                                             WYCIĄG EWIDENCYJNY
dotyczący plutonowego Niebelskiego Feliksa, ur. 29.III.1912 , imiona rodziców Jan i Anna, narodowość polska, wyznanie rzymsko-katolickie, wykształcenie cywilne - 5 klas szkoły powszechnej.Zawód cywilny - robotnik.
Przebieg służby wojskowej:
8.IX.41   - przydzielony do 6 komp. 18 pp.
1.I.42      - awansowany do stopnia plutonowego Rp. 93/42
27.X.42   - przeniesiony do 4 komp. 18 BS. Rb. 227/42
12.VI.43  - zweryfik, w stopniu kaprala rez. Rb. 153/43, od 14.VII - 21.VII. 44 dowodził plutonem Rb.                     133/44.
6.VIII. 44 - odznaczony Krzyżem W. poraz pierwszy Rb. 147/44, odznaczony Krzyżem Pam. Monte                         Cassino Rb. 46/45.
25.III.45   - poległ na Polu Chwały Rb. 69/45,
Inne dane:
Inf. dość duża
Dyscyplina i wyszkolenie bardzo dobre.
Lojaln. służba: bez zarzutu.
Zalety, wady: w polu odważny, chętny, dobry d-ca drużyny.
Ogólnie: b.dobry.



                                                               METRYKA ZGONU
Niebelski Feliks, Nr. ewid: 29/III. Przydz. 18 Baon Strzelców. Stopień: plutonowy. Wyznanie: rzym. - katolickie. Żonaty. Zawód cywilny: robotnik nie kwalifikowany. Data urodzenia: 15 stycznia 1912, miejsce urodzenia: Wola Rakowa, pow. i woj. Łódź. Rodzice zmarłego: Jan i Anna z d. Garnys. Imię i nazwisko panieńskie żony: Stanisława, miejsce jej zamieszkania: Leśne Odpadki, pow. i woj. Łódź.
Data zgonu: 25 marca 1945. Miejsce zgonu: nad rzeką Senio, region Fauenza Włochy. Data pogrzebu 26.III.45. Miejsce i numer grobu: Fauenza cm. cywilny. Dr.Pol.Rz.C. .. 7. Przyczyna zgonu: poległ na polu chwały. Kś. kapl. asystujący przy pogrz.: ks. kpl. Miszkuska Henryk.



środa, 25 marca 2026

Będków - Łoziński - Katalog Zabytków Sztuki w Polsce

 

Źródło: Łoziński, Jerzy Z. - Katalog Zabytków Sztuki w Polsce, t. 2: woj. łódzkie

BĘDKÓW OSADA.

Wzmiankowana w. XII. w 1.poł.w. XV miasteczko, założone przez Piotra, Franciszka i Mikołaja Spinków, otrzymuje od Kazimierza Jagiellończyka 1448 przywileje lokacyjne. Zamienione na osadę 1869. Położone nad Wolbórką. Zawdzięcza swój rozwój usytuowaniu w rozwidleniu dróg z Piotrkowa do Brzezin i Ujazdu, wytyczonych traktami: dawniejszym ze Śląska przez Piotrków na Ruś Czerwoną i późniejszym zw. Pruskim z Węgier do Gdańska. Na śladzie dawnej owalnicy wzdłuż osi wsch.-zach. Zestawami od pn.-wsch. Z dwoma rynkami na wsch. Od kościoła, mniejszym nie regularnym i większym kwadratowym, utworzonym zapewne dzięki nowszej zabudowie z pierwotnego, wy­dłużonego prostokątnego rynku. Droga do Ujazdu z wsch. narożnika większego rynku, do Piotrkowa i Brzezin poza osadą, na zach. Od kościoła.

KOŚCIÓŁ PAR.  p.w. Narodzenia N.P. Marii (fig.108). Zbudowany z fundacji Spinków 1462. Przebudowywany głównie w. XVIII, z wystawieniem kaplicy P. Jezusa, zamianą zawalonych sklepień na sufity, wybiciem arkad z pomieszczeń pd. Na nawę, zniesieniem pierwotnie istniejącego pod sklepieniem kaplicy św. Anny balkonu oraz przedłu­żeniem kruchty zach. Restaurowany w. XIX i XX. Ogrodzenie ko­ścielne murowane po 1783 z czterema wysokimi obeliskami i trzema  bramkami wejściowymi. Kościół gotycki. Orientowany. Murowany z cegły z użyciem zendrówki oraz do dekoracji cegły formowanej i różnobarwnej, glazurowanej. Jednonawowy, z węższym  i niższym,  krótkim prezbiterium, zamkniętym wielobocznie. Przy prezbiterium od pn. zakrystia, od pd. Mniejszy skarbczyk. Przy nawie od pd. kaplica św. Anny, przy niej wysokie pomieszczenie, dawniejsza kruchta; od pn. kaplica P. Jezusa 2.poł.w. XVIII; od zach. wysoka, smukła kwa­dratowa wieża, zapewne przerabiana, zwieńczona barokowym hełmem, przy niej od zach. kruchta, przedłużona w. XVIII, restaurowana 1914. Wnętrze na kryte sufitem w. XVIII, z wyjątkiem kaplicy św. Anny z zachowanym sklepieniem gwiaździstym oraz kaplicy P. Jezusa z nieregularnym sklepieniem kolebkowym z lunetami. Tęcza ostrołukowa. Kaplica św. Anny oraz pomieszczenie pd. Otwarte na nawę arkadami. Zewnątrz ściany oszkarpowane. Okna w większości przerobione, niektóre dołem zamurowane. We wsch. Ścianie kaplicy św. Anny zamu­rowany otwór okienny. Ściany wsch. prezbiterium, nawy i kaplicy św. Anny, zach. Nawy oraz pd. Pomieszczenia przy kaplicy zwieńczone  schodkowym szczytami (fig.109), zdobionym i płycinami i sterczynami; płyciny niektórych szczytów ujęte po bokach spiralnie skręconym laskowaniem z cegły formowanej, na szczycie pd. Przybudówki płyciny wykładane żółtą i zieloną glazurowaną cegłą w geometryczny wzór. Dachy dwuspadowe, nad kaplicą św. Anny, zakrystią oraz skarbczykiem pulpitowe. Dwa portale: wejściowy w kruchcie zach. 208 z herbem Prus II i Pilawa oraz z prezbiterium do zakrystii (fig.208), o wykrojach późnogotyckich 2. poł. w. XV. W ścianie zewnętrznej pomieszczenia pd. zamurowany ostrołukowy otwór wejściowy, nad nim 441 tablica fundacyjna (fig. 441) Piotra, Franciszka i Mikołaja Spinków z herbami Habdank,  Prus II i Jastrzębie coraz datą budowy kościoła 1462.—Ołtarz główny późnobarokowy, zapewne koniec w. XVIII, z rzeźbami śś. Jana Nepomucena i Jana Kantego oraz  obrazami Matki Boskiej z Dzieciątkiem w. XVI/XVII w sukienkach barokowych w. XVIII oraz śś. Piotra  i Pawła w. XVIII, przemalowanymi. Dwa ołtarze boczne późnobarokowe, zapewne koniec w. XVIII z krucy­fiksem i   rzeźbami Matki Boskiej  Bolesnej i św. Jana, barokowymi, 2. poł. w. XVIII oraz obrazami św. Anny Samotrzeć w. XVII, przema­lowanymi Wniebowzięcia N.P. Marii 2. poł. w. XVIII. Ambona i chór muzyczny klasycyzujące, koniec w. XVIII. Ołtarzyk św. Mikołaja Cudotwórcy w typie ikony w rokokowej ramie, 2. poł. w. XVIII. Tron biskupi żelazny z herbem Sulima, rokokowy, 2. poł. w. XVIII. Portret trumienny nieznanego szlachcica (zm.170.) pocz. w. XVIII. Krucyfiks późnobarokowy 2. poł. w. XVIII. Feretron z figurą św. Józefa z Dzie­ciątkiem o charakterze barokowym, 1.poł. w. XIX. Tablica nagrobna Zofii Spinkównej (zm.1574) z herbami Prus II, Jastrzębiec, Dębno i Poraj. Epitafia: Jana Szyllera (zm.1808) i jego córki Anieli Pawłow­skiej (zm.1816) z dwiema płasko rzeźbionymi głowami w medalionach oraz splecionymi wężami, empirowe; Wincentego Pawłowskiego (zm.1806) z płasko rzeźbionymi głowami kobiety i dziecka, empirowe; Jana Basińskiego (zm.1823). Dwie monstrancje: wieżyczkowa w. XVI/XVII  oraz z datą 1618. Dwa duże świeczniki drewniane, klasycystyczne, koniec w. XVIII. Tkanina jedwabna, haftowana ze św. Antonim Pu­stelnikiem, herbem Jelita oraz napisem i datą 1753.

DZWONNICA. Murowana po 1783, klasycystyczna. Ośmioboczna, dwukondygnacjowa, nakryta  dachem stożkowym. Z czte­rema ostrołukowym i otworami dzwonowymi, prostokątnym wej­ściem oraz trzema analogicznymi wnękami. Zwieńczona gzymsem kroksztynkowym.

STARY DOM nr 53. Z 1.poł. w. XIX. Drewniany, konstrukcji zrębowej. Na rzucie wydłużonego prostokąta. Na osi sień z ceglanym sklepieniem kolebkowym, wzmacniającym znajdujące się ponad nim przewody kominowe. Po dwa symetryczne pomieszczenia. Dach naczółkowy wsparty na silnie­ występujących rzeźbionych rysiach.szczenia.  Dach naczółkowy 

KAPLICZKA. Przy drodze do Łaznowa. Murowana w XVIII. Otwarta od frontu, zwieńczona  trójkątnym szczytem, po bokach pół-kolumny z obeliskami. Ołtarzyk z kolumnami.

FIGURA PRZYDROŻNA. Przy drodze z Będkowa do Ujazdu. W nowej kapliczce figura św. Antoniego Padewskiego o charakterze barokowym, ludowa.







 


środa, 11 marca 2026

Cmentarz ewangelicki - Zagłada - Wielki las - Zbigniew Nienacki

Po raz drugi czytam książkę Zbigniewa Nienackiego "Wielki las". Bohaterami tej powieści są: Horst Sobota i Józef Maryn, ludzie którzy nie lubią lasu, w szczególności Horst Sobota. W akcji jest wiele tematów erotycznych. W latach 80-tych w Odgłosach ta książka była drukowana w odcinkach i miała wielu fanów. Wśród wielu wątków pojawia się temat Wilczego Rogu i cmentarzyka ewangelickiego. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że jest to fikcja..., jednak wiele podobnych cmentarzy znikało bezpowrotnie...



Na stronach 62-64 rozgrywa się akcja niszczenia cmentarza:

- Niech ktoś skoczy po Kuleszę - powiedział do Wzdręgi - Przecież jutro zjeżdża tu cała komisja.

Wzdręga z trudem zrozumiał, co mu powiedział Wojtczak, bo stary pluł i seplenił. Posłał jednak do leśniczówki jakąś dziewczynę na rowerze. Wojtczak rozwinął rulon mapy, którą przez drogę pieszczotliwie trzymał w dłoniach, zerknął na nią z namysłem i zaraz przywołał Budrysa.

- Na mapie nie ma bagienka. Tę kupę kamieni zepchniesz do bagienka. To samo zrobisz z tymi nagrobkami. Nie widzę żadnego cmentarza na tej mapie.

- A może tam będzie złoto, panie nadleśniczy? - przymilnie wykrzywił usta traktorzysta Budrys.

Pobiegł do swojego ciągnika z zamontowaną koparką, po drodze powiedział coś do karasia i innych robotników. I zaraz zrobiło się zbiegowisko koło kamiennych nagrobków.

- Ty, Stępień, najpierw zwal nagrobki do bagna - krzyknął do drugiego  traktorzysty z gąsienicowym ciągnikiem do zrywki.

Czarny kłąb spalin otoczył ciągnik i pierwsze ogromne głazy nagrobkowe, pchane potężnym lemieszem, zaczęły sunąć do pobliskiego bagienka. Nie minęło piętnaście minut, a wzgórek z cmentarzykiem był zupełnie łysy. Wtedy Budrys zaczął wgryzać się ziemię swoją łyżką, odrzucając na bok z początku ziemię, a potem rozwalone deski trumien, jakieś zgniłe szmaty, kości, czaszki ludzkie. Ci, co się tu zbiegli - motykami grzebali w wydobytej ziemi, przeszukując kości i ryjąc w struchlałych resztkach trumien. Złota nie było, nawet najmniejszego kawałka metalu. Wojtczak podszedł bliżej i koło ramienia przeleciała mu czaszka z długimi siwymi włosami, którą Karaś cisnął w młodą dziewuchę, zaglądając do dołu wygrzebanego przez koparkę.

- Wszystko się prawie rozpadło, a włosy zostały - zdumiał się głośno Wojtczak, ale powiedział to tak bełkotliwie, że nikt go nie pojął.

Koparka raz po raz zagłębiała się ziemię swoją łyżką, wyrzucając na wierzch tajemnice starego cmentarza. Jej ostre zęby przecinały korzenie drzew, które tu kiedyś rosły, miażdżyły spróchniałe drewno trumien, zetlałe kości klatek piersiowych, piszczeli goleni pokrytych jeszcze zgniłym suknem. Tak naprawdę te resztki w niczym nie przypominały ludzi, były jedynie obrzydliwym śmietniskiem. A przecież jednak owe piszczele i golenie kogoś nosiły po tej ziemi, drobne kostki palców coś tam robiły przez wiele lat, a pod pokrywami czaszek kłębiły się czyjeś myśli. Ktoś także zapłakał wkładając te ciała do trumien, ale myśli i uczucia ludzkie okazały się mniej trwałe niż trumienne drewno, niż kamienie z zatartymi napisami. O tym pomyślał przez chwilę gajowy Wzdręga i dreszcz nim wstrząsnął.

Łyżka koparki znowu wyrzuciła na wierzch czyjąś czaszkę z żółtymi zębami. W czerepie widziało się okrągłą dziurkę, pewnie po kuli karabinowej, która utkwiła w mózgu. Czerep czaszki wypełniała ziemia, która zaczęła się z niej wysypywać, gdy wziął ją w ręce robotnik leśny nazwiskiem Bałaban. Pstryknął palcami w górną szczękę i żółte zęby wypadały jak koraliki z rozerwanego naszyjnika.

- To nie jest chyba dozwolone - zwrócił uwagę Wzdręga.

Wojtczak znowu rozwinął rulon.

- Nie ma tego cmentarza na naszej mapie - powiedział.

Wzdręga chciał odgonić ludzi od tego miejsca, ale już się nie dało. Miotała nimi chciwość i wciąż od nowa łyżka koparki zanurzała się w ziemię, wydobywając kawałki trumien i kości.

Karaś coś znalazł w ziemi i szybko schował do kieszeni. Myślał, że nikt nie zauważył. Ale Budrys zaraz zatrzymał swój ciągnik, zeskoczył z siodełka i rzucił się na Karasia.

- Pokaż. To ja wygrzebałem moją łyżką - chwycił Karasia za ramiona i zaczął nim tarmosić. Dołączył się do niego Stępień, przewrócili Karasia na ziemię i wyciągnęli mu z kieszeni kawałek przerdzewiałego metalu. 

- Kłódka czy coś podobnego? - dziwował się Budrys, drapiąc żelazo zrogowaciałym paznokciem.

Pozbawiona dolnej szczęki czaszka z długimi siwymi włosami wciąż leżała u nóg Wojtczaka. Budrys odrzucił od siebie przerdzewiałe, niekształtne znalezisko, ktoś je podniósł i znowu po obejrzeniu odrzucił.

- Jazda z tym wszystkim do bagna! Stępień, właź na ciągnik! - pluł wokół siebie Wojtczak.

Nadjechał Kulesza swoim ułazem. Z trudem zeskoczył z siedzenia kierowcy, oczy miał przekrwione, cuchnął nie strawionym alkoholem. 

- Źle pan zrobił, panie nadleśniczy - mruknął - Na zniszczenie cmentarza trzeba mieć specjalne pozwolenie.

- To bardzo stary cmentarz - splunął Wojtczak. - Plantacja kosztuje miliardy, Panie Kulesza. Musi być porządek za takie pieniądze.

- Podobno pochowano tam jeńców wojennych, nie minęło pięćdziesiąt lat. Ludzie mi o tym mówili, więc cmentarza do tej pory nie dałem ruszyć.

- Nie mamy go na mapie - oświadczył Wojtczak - A pan jest chyba pijany, panie Kulesza.

- Piłem wczoraj, w nocy - młody leśniczy oblizał wargi, które były aż spieczone od alkoholu.

Lemiesz ciągnika za każdym ruchem posuwał ziemię zmieszaną z kośćmi i trumnami do małego bagienka, które powoli wypełniało się. Ludzie już rozeszli się po plantacji......


sobota, 7 marca 2026

Wizyta byłego właściciela - Styczeń 1946 - Der Heimatbote - 2/1956

 


                                                   Wizyta w dawnym gospodarstwie

Polacy, którzy osiedlili się w dawnych niemieckich gospodarstwach rolnych, początkowo czuli się bardzo obco na swojej nowej „posiadłości”. Szczególnie niepewnie czuli się w nocy, bo kto mógł wiedzieć, czy dawny niemiecki właściciel nie powróci i nie nawiedzi gospodarstwa, przynajmniej jako duch... O tym, jak niemiecki właściciel gospodarstwa rzeczywiście przybył w nocy i odwiedził swojego polskiego „następcę”, czytamy nie w jakiejś niemieckiej gazecie, ale bezpośrednio w wydawanym w Warszawie polsko-katolickim czasopiśmie „Dzisiaj i jutro” (które wraz z innymi gazetami udostępniła nam uprzejmie nasza rodaczka):

„Był styczeń 1946 roku. Ciężki, mroźny miesiąc, który oddzielał ludzkie osady od siebie puszystymi przestrzeniami zamarzniętej, gęsto pokrytej śniegiem ziemi. Nie wychodziło się wtedy z domu, bo w domu było bezpieczniej. Trudno było jakoś przyzwyczaić się do obcego miejsca. Trudno było się do tego wszystkiego przyzwyczaić. No i, jak już wspomniałem, zima była ciężka.

Pewnej nocy, kiedy już położyliśmy się spać, na podwórzu rozległ się hałas. Pomyślałem, że to nie wróży nic dobrego, więc wziąłem siekierę i przesuwając się od okna do drzwi, zacząłem nasłuchiwać. I wtedy zaczęło się stukanie. ... Sąsiedzi zazwyczaj nie przychodzili w nocy ...

„Kto tam?

Wołam, ale za drzwiami słychać jakiś szorstki głos mówiący po niemiecku (byłem w Niemczech, więc znam ten język): „Właściciel”. Ja: „Co za diabeł?” (Was für ein Teufe!?). Teraz mówię już po polsku, bo wszystko mi się pomieszało w głowie... I znowu ten szorstki głos, znowu po niemiecku: „No, nie bój się...” Wyrzucił z siebie jakieś imię, Franz czy coś innego. „Otwórz, nie można przecież zamarznąć”.

Otworzyłem. Do pokoju wlókł się wieśniak przypominający kurczaka. Pokryty śniegiem, przemarznięty. Zapaliłem światło. Usiadł za stołem, wyciągnął nogi w kierunku pieca i siedział. W końcu, kiedy już nas wystarczająco obejrzał, powiedział:

„Cóż, jestem tu tylko na chwilę. Przyszedłem obejrzeć gospodarstwo, sprawdzić, czy wszystko jest w porządku”.

Wzięliśmy lampę, narzuciłem futro i z siekierą wyszliśmy na podwórze. Naprawdę obejrzał, jak wszystko tu wygląda, westchnął i wróciliśmy do domu. Żona podgrzała mleko. Zjadł kolację.

„Bardzo dobrze”, mruknął, „że dbacie o tę posiadłość. Muszę jeszcze tej nocy wrócić do granicy, bo inaczej mnie zamkną. Ale dbajcie o to dalej, bo nie można zaniedbywać ziemi i warto dbać o gospodarstwo”.

Wiedziałem o tym. Po północy Niemiec poszedł do lasu, z powrotem do swoich. Trzeba zrozumieć: był to poprzedni właściciel. Tak bardzo przywiązał się do tego miejsca, że nie mógł tego znieść. Wtedy mieliśmy taką wizytę”

W ten sposób polski reporter W. L. Terlecki opowiada w swoim artykule „Na granicy siedzi diabeł” o wizycie Niemca w jego dawnym gospodarstwie.


                                                       Besuch auf dem früheren Hof

Die auf den früheren deutschen Bauernhöfen angesiedelten Polen kamen sich anfänglich auf ihrem neuen "Besitz" sehr fremd vor. Besonders unsicher fühlten sie sich nachts, denn wer konnte wissen, ob nicht der ehemalige deutsche Eigentümer wiederkehrte und, zumindest als Geist, auf dem Hofe herumspukte . . . Wie aber ein deutscher Hofeigentümer tatsächlich nachts kam und seinen polnischen "Nachfolger" besuchte, darüber lesen wir - nicht in irgendeiner deutschen Zeitung, sondern direkt in der in Warschau erscheinenden polnisch-katholischen Zeitschrift "Dzis i Jutro" (die uns eine Landsmännin zusammen mit anderen Blättern freundlicherweise zur Verfügung stellte) folgendes:

"Es war im Januar des Jahres 1946. Ein schlimmer, frostiger Monat, der die menschlichen Siedlungen durch flaumige Zwischenräume gefrorener, dicht mit Schnee bedeckter Erde von einander schied. Man ging damals nicht aus dem Hause, denn im Hause war es sicherer. Es war irgendwie schwer, sich an den fremden Ort zu gewöhnen. Schwer, sich in das alles einzuleben. Na, und wie gesagt, der Winter war hart. 

Eines Nachts als wir uns schon schlafen gelegt hatten, erhob sich auf dem Hofe ein Geräusch. Nicht gut, denke ich, also nahm ich die Axt, und mich vom Fenster zur Tür vorschiebend, fing ich an zu horchen. Und es begann ein Geklopfe. .. Nachbarn pflegten aber in der Nacht nicht zu kommen ..

"Wer da?

Ich rufe, aber hinter der Tür irgendeine grobe Stimme auf deutsch (ich war in Deutschland, daher kenne ich die Sprache): "Der Eigentümer." Ich: "Was für ein Teufe!?" (Co za diabel ?). Jetzt spreche ich schon polnisch, denn mir hat sich alles im Kopfe umgedreht . . . Und schon wieder die grobe Stimme, wieder auf deutsch: "Na, fürchtet euch nicht ... " Irgendeinen Namen stieß er heraus, Franz oder sonst etwas. "Macht doch auf, man kann doch nicht erfrieren."

Ich öffnete. -Ein hühnenhafter Bauer schleppt sich in den Raum. Mit Schnee bedeckt, durchgefroren. Ich zündete das Licht an. Jener setzte sich hinter den Tisch, die Beine streckt er zum Ofen aus und sitzt. Schließlich, als er uns genug beguckt hat, sagt er:

"Na, ich bin hier mal ganz kurz. Bin gekommen, um die Wirtschaft zu besichtigen, zu sehen, ob alles in Ordnung ist."

Wir nahmen eine Lampe, ich warf mir den Pelz über und mit der Axt marschierten wir auf den Hof hinaus. Wirklich er hat sich angeschaut, wie hier alles gehalten wird, er stöhnte auf und wir kehrten ins Haus zurück. Die Frau machte Milch heiß. Er aß Abendbrot.

"Sehr gut", murmelte er, "daß ihr euch um das Anwesen Mühe gebt. Ich muß noch in der Nacht zur Grenze zurück denn man würde mich sonst einsperren. Aber kümmert euch weiterhin darum, denn den Boden darf man nicht vernachlässigen und es ist wert, um die Wirtschaft Sorge zu tragen."

Das wußte ich. Nach Mitternacht ging der Deutsche in den Wald, zurück zu den Seinen. Man muß verstehen: das war der frühere Eigentümer. So hatte es ihn hierhergezogen, daß er es nicht mehr aushielt. Solch einen Besuch hatten wir damals"

In dieser Weise erzählt der polnische Berichterstatter W. L. Terlecki im Rahmen seines Artikels "An der Grenze sitzt der Teufel", den Besuch eines Deutschen auf seinem früheren Hof.

Styczeń 1945 roku - Łódź - Dąbie n. Nerem - Ucieczka Niemców - Der Heimatbote - 10/1955 - cz.8

 

W tym miejscu kończymy wspomnienia lekarza z Łodzi dotyczące wydarzeń sprzed dziesięciu lat. W ostatnich fragmentach autor opisał, jak nagle zabrano go z Dąbia do tajnej policji przy Alei Kościuszki w Łodzi, jak udowodnił tam swoją niewinność i został zwolniony, torturowany i pobity – aż jego donosicielka wpadła do dołu, który chciała dla niego wykopać. Dzisiaj opisuje, że jedyną drogą ucieczki przed nowymi zagrożeniami była ucieczka z Polski.

Zostałem jeszcze kilka dni w Kaliszu. Pewien patriotycznie nastawiony Polak powiedział tam do mojej żony: „W programie publicznym jest tutaj eksterminacja Volksdeutschów, muszą jak najszybciej opuścić Polskę. Wiem bardzo dobrze, że kraj ten wiele zawdzięcza Niemcom etnicznym, ale nie można nic zrobić przeciwko dzisiejszym nastrojom”. Wręczył mojej żonie złotą monetę: „Proszę zabrać tę złotą monetę w drogę, może się pani przydać podczas ucieczki”. Polak wyraźnie powiedział: „To tylko mały znak wdzięczności wobec pani”. Dwie Polki również okazały się bardzo miłe, prały i prasowały ubrania mojej żonie w Kaliszu i wraz z Polakiem pilnowały jej mieszkania. „Tutaj nie ma Niemców. Nie wchodzą tutaj” – mówiły zawsze Rosjanom, którzy chcieli wejść do domu.

Z tych przykładów wynika, że byli jednak Polacy, którzy myśleli humanitarnie i chronili prześladowanych Niemców.

Ja i moja żona postanowiliśmy jednak uciekać. Była to jedyna droga, aby się uratować.

Po krótkim pobycie w Kaliszu musiałem najpierw przenieść się do Dąbia. Czekano tam na mnie, a ponadto pilnie potrzebowałem wyleczyć się, aby móc w ogóle dalej pracować.

                                  Po pobycie w więzieniu w Łodzi ponownie w Dąbiu

Rada miejska w Dąbiu została poinformowana przez Łódź, że jestem ponownie wolny i mam prawo pracować w Dąbiu. Tę wiadomość otrzymała również moja matka. Jej radość była nieograniczona, gdy mnie ponownie zobaczyła. „Bóg wysłuchał moje modlitwy”, powiedziała, „wiedziałam, że wrócisz i nie spotka cię śmierć”. „ Oczy matki promieniały, była pełna wdzięczności wobec Wszechmogącego.

Sytuacja w mieście nie uległa zmianie. Byłem pod stałą obserwacją policji. Nawet gdy wieczorem po ciężkiej pracy spacerowałem po polach lub schodziłem nad Ner, aby się wykąpać, milicja z dachu budynku policji obserwowała mnie przez lornetki, śledząc każdy mój krok. Podobno spotkałem się z niemieckimi żołnierzami na polach żyta i podałem im oraz szpiegom jedzenie. To wszystko wymyślili czerwoni.

Niemcy nadal musieli wiele cierpieć w Dąbiu. Byli bici, mieli mało jedzenia, nie mieli ogrzewania, byli zatrudniani wyłącznie jako niewolnicy, a kiedy umierali, musieli być przewożeni na cmentarz na wozie ciągniętym przez kobiety. Piękny karawan, który kupiła niemiecka gmina, został jej odebrany i przekazany do dyspozycji polskiej. W miejscowości Kupinin zdarzyło się nawet, że zmarłej pani Rosin zdjęto czarną suknię, gdy leżała już w trumnie, ponieważ „była zbyt piękna i zbyt cenna dla Niemki”. Niemcy mieli być po prostu chowani bez ubrań...

W tym czasie pan Schultz w Dąbiu odebrał sobie życie. Niemiecki nauczyciel został zabity w więzieniu w Dąbiu. Sprowadzono go z Gdańska, gdzie uciekł, i chciano się na nim zemścić za różne rzeczy. „Zemsta i odwet” były głównymi hasłami Polaków w tamtych dniach. Niewielu przyszło do głowy, że jako katolicy powinni wybaczyć – podobnie jak niestety nasi Niemcy po wyzwoleniu w 1939 roku zbyt mało myśleli o przykazaniach Chrystusa... Co dziś musimy z bólem przyznać.

                                                            Śmierć pastora Rutkowskiego

Na początku sierpnia 1945 r. milicja wezwała mnie do pokoju pastora Antona Rutkowskiego, abym jako lekarz stwierdził jego zgon. Wszedłem do pokoju w towarzystwie policji i zobaczyłem pastora Rutkowskiego wiszącego w oknie. Na szyi miał pętlę, którą ktoś zacisnął. Mówi się też, że zrobił to sam. Ciało było całkowicie skurczone.

Widok ten był dla mnie trudnym przeżyciem.

                                                                     Muszę uciekać

3 sierpnia 1945 r. otrzymałem pismo od Izby Lekarskiej w Poznaniu, że jako niemiecki lekarz nie mogę już wykonywać swojego zawodu. Nadeszła moja godzina i aby uniknąć nowego niebezpieczeństwa, musiałem jak najszybciej uciekać.

Jakim poświęceniem było dla mojej matki zaakceptowanie mojej ucieczki i pozostanie samotnie w wrogim otoczeniu! A jednak poniosła tę ofiarę dla mnie, jak tylko matka potrafi, aby ocalić swojego syna. „Dla matki żadna ofiara nie jest zbyt wielka” – powiedziała mi – „rozstanie jest dla mnie bardzo trudne, ale znów jesteś w niebezpieczeństwie. Błogosławię ci ucieczkę. Musisz ratować żonę i dzieci, to twój obowiązek”. To były jej ostatnie słowa.

Ponownie byłem głęboko poruszony siłą matczynej miłości, która płynęła z głębi serca. Pocałowałem jeszcze raz jej dłonie i odszedłem ciężkim krokiem.

Żegnaj, żegnaj, 

moja droga mamusiu,

raz trzeba się rozstać...

Był piękny sierpniowy wieczór. Wszystko było ciche jak grób, miasto pogrążyło się w głębokim śnie. Rozejrzałem się. Jeszcze tylko jedno spojrzenie na miasto, aby się pożegnać. Tam, na wzgórzu, stał nasz kościół z piękną wieżą, której dzwony rozbrzmiewały swoim cudownym dźwiękiem daleko ponad polami i lasami, do niemieckich wsi i osad, wzywając ludzi do słowa Bożego, ogłaszając koniec dnia pracy, że nadszedł czas, aby rolnik wracał do domu.

Wieczorne dzwony wzywają

szeroką dolinę do odpoczynku.

Stado podąża za pasterzem,

wraca do domu... .

Tam na dole leżała również rzeka Ner. Płynęła tak powoli i spokojnie między zielonymi i soczystymi łąkami. Niebo tego wieczoru było nieco zachmurzone, a księżyc, który tak spokojnie poruszał się tam w górze, właśnie w tej chwili uwolnił się z delikatnej zasłony chmur, jakby chciał mi jeszcze raz i po raz ostatni pokazać moją ojczyznę w swoim wspaniałym świetle. Obejrzałem się jeszcze raz, rzucając ostatnie spojrzenie na dom rodzinny, w którym się urodziłem, gdzie spędziłem szczęśliwe, beztroskie dzieciństwo... Tak, to było kiedyś...

Moje stopy musiały mnie szybko nieść dalej. Znajdowałem się już poza miastem. Jeszcze raz obejrzałem się za siebie. W oddali lśniło wysokie ogrodzenie otaczające nasz cmentarz, z napisem przy bramie wejściowej: „Kto dziś jest czerwony, jutro będzie martwy”. Tam leżą groby moich przodków, groby niemieckich tkaczy, którzy przed wiekami wyemigrowali do Polski, aby tu pracować i budować nowe osady. Tam znajduje się również grób mojego ojca Heinricha Wilhelma Zieglera, którego nie mogłem udekorować kwiatami pożegnalnymi, ponieważ miejsce pochówku było dla nas, Niemców, zamknięte.

Tam znajdują się również groby niemieckich chłopów, którzy zostali zamordowani jeszcze przed wrześniem 1939 roku i w jego trakcie.

Szybkim krokiem oddaliłem się i pobiegłem do pociągu, aby dostać się do Kalisza. Do Kalisza, aby uwolnić tam żonę i dzieci z niewoli i uciec z nimi na Zachód, na Zachód, gdzie ludzkie sumienie nie jest jeszcze znieczulone i gdzie walczy się przeciwko niewolnictwu naszych czasów i nieludzkiemu zniewoleniu. Na zachód, to była jedyna droga, aby zdobyć wolność, ocalić siebie i swoją rodzinę oraz uniknąć pewnej śmierci.

Tylko moja matka została w tyle – została wysiedlona w listopadzie 1945 roku. Zabrano ją do Kolo, gdzie odebrano jej żywność i rzeczy, a następnie wraz z wieloma innymi Niemcami przewieziono do Niemiec w zimnym wagonie bydlęcym.

W drodze jednak zmarła z głodu! Jest to część rozdziału poświęconego tak zwanemu „humanitarnemu” wysiedleniu Volksdeutschów z Polski, o którym wielokrotnie informowała prasa wschodnia. Na tym kończę relację z moich przeżyć w nieszczęsnym roku 1945.

Dr Ziegler.




Wir beenden hiermit die Erinnerungen eines Lodzer Arztes an die Zeit vor zehn Jahren. Der Verfasser hatte in den letzten Abschnitten erzählt, wie man ihn plötzlich von Dombie weg zur Geheimpolizei auf der Aleja Kosciuszki in Lodz mitgenommen hatte, wie er dort Schuldlosigkeit erwiesen hatte und er entlassen werden gequält und geschlagen worden war - bis sich seine mußte während seine Denunziantin in die Grube fiel, die sie ihm hatte graben wollen. Heute schildert er, daß der einzige Weg aus neuen Gefahren die Flucht aus Polen war.

Ich blieb noch ein paar Tage in Kalisch. Ein national gesinnter Pole äußerte sich dort zu meiner Frau: "Auf dem öffentlichen Programm hier steht die Ausrottung der Volksdeutschen, sie müssen Polen so schnell wie möglich verlassen. Ich weiß sehr gut, daß das Land den Volksdeutschen sehr viel zu verdanken hat, aber gegen die heutige, Strömung kann man nichts machen." Er überreichte meiner Frau ein Goldstück: Nehmen Sie auf den Weg diese goldene Münze, die kann Ihnen auf Ihrer Flucht, dienlich sein." Der Pole sagte ausdrücklich: "Das soll nur ein kleines Zeichen des Dankes

Ihnen gegenüber sein." Auch zwei polnische Frauen haben sich sehr nett gezeigt, sie haben meiner Frau in Kalisch die Wäsche gewaschen und gebügelt und mit einem Polen ihre wohnung bewacht. "Hier gibt es keine Deutschen. Hier kommt nicht rein", sagten sie immer zu den Russen, die ins Haus wollten.

Aus diesen Beispielen ersieht man wieder, daß es doch Polen gab, die menschlich dachten, die die verfolgten Volksdeutschen in Schutz genommen haben.

Ich und meine Frau aber beschlossen zu fliehen. Es war der einzige Weg, um uns zu retten.

Nach kurzem Aufenthalt in Kalisch mußte ich zunächst nach Dombie ziehen. Man erwartete mich dort und es war auch dringend notwendig, daß ich mich selbst auskurierte, um überhaupt weiter arbeiten zu können.

                               Nach der Lodzer Haft wieder in Dombie

Der Stadtrat in Dombie war von Lodz aus benachrichtigt worden daß ich wieder frei wäre und das Recht hätte, in Dombie zu arbeiten. Auch meine Mutter hat diese Nachricht erhalten. Ihre Freude war grenzenlos, als sie mich wieder sah. Gott hat meine Gebete erhört", sagte sie, "ich wußte, daß Du zurückkommen würdest und nicht den Tod erleiden solltest." Mutters Augen strahlten, sie war voll Dank gegen den Allmächtigen.

Die Lage in der Stadt hatte sich nicht geändert. Ich stand unter dauernder Beobachtung durch die Polizei. Selbst, wenn ich abends nach schwerer Arbeit durch die Felder streifte oder zum Ner hinunterging, um mich zu baden, hat die Miliz vom Dach des Polizeigebäudes aus ferngläser auf mich gerichtet, um meine Schritte zu beobachten. Ich soll in den Roggenfeldern mit deutschen Soldaten zusammengekommen sein, ihnen und Spionen Lebensmittel gereicht haben. Das haben sich die Roten olles eingebildet.

Die Deutschen mußten in Dombie weiterhin viel leiden. Sie wurden geschlagen, sie hatten wenig zu essen, auch keine Heizung, sie waren nur als Sklavenarbeiter beschäftigt, und wenn sie starben, mußten sie auf einem Wagen, der v. Frauen gezogen wurde, auf den Friedhof gebracht werden. Der schöne Leichenwagen, den die deutsche Gemeinde gekauft hatte, wurde ihr weggenommen und der polnischen zur Verfügung gestellt. Im Dorfe Kupinin ist es sogar vorgekommen, daß man der verstorbenen Frau Rosin, ihr schwarzes Kleid heruntergezogen hat, als sie schon im Sarge lag, denn "es war zu schön und zu wertvoll für eine Deutsche " Die Deutschen sollten eben ohne Kleider beerdigt werden ....

In dieser Zeit nahm sich Herr Schultz in Dombie das Leben. Ein deutscher Lehrer ist im Gefängnis in Dombie erschlagen worden. Man hatte ihn bis aus Danzig zurückgeholt, wohin er geflüchtet war, und wollte an ihm für irgendwelche Dinge Rache nehmen. "Rache und Vergeltung" waren ja die Hauptparolen der Polen in jenen Tagen. Daß sie als katholische Christen vergeben sollten, kam den wenigsten in den Sinn - so wie leider auch unsere Deutschen nach der Befreiung 1939 an die Gebote Christi allzuwenig gedacht haben ... Was wir heute mit Schmerzen bekennen müssen.

                                                    Der Tod von Pastor Rutkowski

Anfang August 1945 wurde ich von der Miliz aufgefordert, in das Zimmer von Pastor Anton Rutkowski zu kommen, um seinen Tod als Arzt festzustellen. Ich betrat das Zimmer in Begleitung der Polizei und sah Pastor Rutkowski am Fenster hängen. Man hat ihm einen Strick um den Hals gelegt und diesen zusammengezogen. Es wird auch erzählt, daß er es selbst getan hat. Die Leiche war ganz zusammengeschrumpft. Es war für mich ein schweres Erlebnis, dieses Bild zu schauen.

                                                                 Ich muß fliehen

Am 3. 8. 1945 erhielt ich ein Schreiben von der Ärztekammer aus Posen, daß ich als deutscher Arzt ab sofort nicht mehr praktizieren dürfte. Damit hatte meine Stunde geschlagen und ich mußte, um einer neuen Gefahr zu entgehen, möglichst bald fliehen.

Welch ein Opfer für meine Mutter, meine Flucht gutzuheißen und allein in einer feindlichen Umgebung zurückzubleiben! Und doch hat sie dieses Opfer für mich gebracht, wie es nur eine Mutter kann, um ihren Sohn zu retten. "Für eine Mutter ist kein Opfer zu groß", sagte sie zu mir, "die Trennung fällt mir von Herzen schwer, aber du bist wieder in Gefahr. Ich gebe dir meinen Segen für deine Flucht. Du mußt Frau und Kinder retten, das ist deine Pflicht." Es waren ihre letzten Worte.

Wieder war ich tief beeindruckt von dieser Macht der Mutterliebe, die aus tiefstem Herzen kam. Ich küßte nochmals ihre Hände und ging mit schweren Schritten davon.

Nun ade, ade, mein liebes Mütterlein,

es soll und muß einmal geschieden sein . . . ,

Es war ein schöner Augustabend. Alles totenstill, die Stadt in tiefen Schlaf versunken. Ich schaute mich um. Nur noch einen Blick auf die Stadt, um Abschied zu nehmen. Da oben auf dem Hügel stand unsere Kirche mit dem schönen Turm, dessen Glocken weit über Feld und Wald in die deutschen Dörfer und Siedlungen ihren herrlichen Klang ausgesandt haben, um die Menschen zum Worte Gottes zu rufen, um den Feierabend zu verkünden, daß es hohe Zeit für den Ackersmann sei, heimwärts zu ziehen.

Die Abendglocken rufen

das weite Tal zur Ruh.

Die Herde folgt dem Hirten,

es geht jetzt heimwärts zu... .

Da unten lag auch der Ner. Er floß so langsam und ruhig zwischen den grünen und saftigen Wiesen. Der Himmel war an diesem Abend etwas bewölkt, und der Mond, der sich so friedlich da, oben bewegte, befreite sich in diesem Moment gerade von einem zarten Wolkenschleier, als ob er mir noch einmal und zum letztenmal ,den Heimatort in seinem herrlichen Lichte zeigen wollte. Ich schaute mich wieder um, noch einen Blick auf das Elternhaus, wo ich geboren bin, wo ich eine glückliche, sorgenlose Kindheit verbracht habe ... Ja, es war einmal. . . . .

Eilends mußten mich die Füße weitertragen. ich befand mich schon außerhalb der Stadt. Noch einmal wendete ich den Blick. Dort in weiter· Ferne schimmerte der hohe Zaun, der unseren Friedhof umsäumt, mit de-r mahnenden Aufschrift am Eingangstor: "Wer heute rot, der ist morgen tot." Dort liegen die Gräber meiner Ahnen, die Gräber der, deutschen Weber, die vor Jahrhunderten nach Polen eingewandert sind, um hier zu schaffen, neue Siedlungen zu bauen. Dort ist auch das Grab meines Vaters Heinrich Wilhelm Ziegler, das ich nicht mit Abschiedsblumen schmücken durfte, denn die Grabstätte war für uns Deutsche gesperrt.

Dort sind auch die Gräber der deutschen Bauern, die noch vor und in den Septembertagen von 1939 ermordet wurden.

Schnellen Schrittes entfernte ich mich und eilte zum Zuge, um nach Kalisch zu gelangen. Nach Kalisch, um dort Frau und Kinder vom Sklavendienst zu befreien und mit ihnen nach dem Westen zu fliehen, nach dem Westen, wo das menschliche Gewissen noch nicht erstarrt ist und wo gegen die Sklaverei unserer Zeit und gegen menschenunwürdige Unterjochung angekämpft wird. Nach dem Westen, das war der einzige Weg, um die Freiheit zu gewinnen, sich und seine Familie zu retten und dem sicheren Tode zu entrinnen.

Nur meine Mutter ist zurückgeblieben- Sie wurde dann im November 1945 ausgesiedelt. Man hat sie nach Kolo gebracht, wo man ihr Lebensmittel und Sachen abgenommen hat, und sie mit vielen anderen Deutschen in einem kalten Viehwaggon nach Deutschland verfrachtet. Unterwegs aber ist sie - vor Hunger gestorben! Das gehört zum Kapitel der sogenannten "humanen" Ausweisung der Volksdeutschen aus Polen, von der die östliche Presse immer wieder berichtet hat. Damit beschließe ich den Bericht über meine Erlebnisse im Jahre des Unheils 1945. 

                                                                                                          Dr. Ziegler.