W ostatniej części autorka, Niemka z Wołynia, która później zamieszkała w powiecie kutnowskim, opowiedziała nam, jak po ciężkich miesiącach nędzy i bezprawia dla wszystkich Niemców w końcu dotarła do Szczecina i wraz z niezliczoną rzeszą współtowarzyszy niedoli siedziała w ruinach tego miasta, czekając na transport.
Z czasem jednak noce stawały się coraz chłodniejsze i zdaliśmy sobie sprawę, że tak dalej być nie może. Usłyszeliśmy wtedy o możliwości przyjęcia do obozu poprzez przekupienie komendanta. Bliscy rozpaczy nasi towarzysze losu, matka i córka, postanowili porozmawiać z komendantem. Wielokrotnie go o to prosili. W końcu obiecał, że przy przyjęciu następnego transportu z Polski weźmie nas wszystkich do obozu. Cena wynosiła 1000 złotych od osoby. Było nas pięć osób. Zebraliśmy wszystkie nasze pieniądze, a ukrytą głęboko biżuterię, taką jak pierścionki, broszki, a nawet korony dentystyczne i ubrania sprzedaliśmy na czarnym rynku. Kto miał więcej, oddawał to tym, którym nie starczyło.
Tak więc, zgodnie z rozkazem komendanta, noc po nocy siedzieliśmy gotowi do podróży i czekaliśmy na znak komendanta obozu. W końcu o świcie wprowadzono nas do środka. Radośni i dumni położyliśmy na stole sumę, którą zebraliśmy z wielkim trudem i łzami. Następnie wpisano nas na listę i w ten sposób ponownie staliśmy się członkami społeczeństwa. Kiedy przybył transport, wpchnięto nas do obozu i sprawa była załatwiona.
Transport do Niemiec
Tutaj, w obozie, otrzymaliśmy również racje żywnościowe i w ten sposób uniknęliśmy wszystkich strachów i niedostatków życia w ruinach. Już następnego dnia załadowano nas do długiego pociągu transportowego złożonego z dziurawych wagonów bydlęcych. Przez wiele godzin czekaliśmy na odjazd, wyposażeni w prowiant na podróż. Pociąg ruszył dopiero pod wieczór. Nasza podróż prowadziła na południe, wzdłuż linii Odry i Nysy, i trwała kilka dni i nocy. Pewnej nocy padał ulewny deszcz i w ciemnościach szukaliśmy schronienia przed kroplami wpadającymi przez uszkodzony dach. Niektórzy podchodzili do tego z humorem, inni byli bardzo zirytowani tą nieprzyjemną sytuacją, ale nikt nie mógł nic zmienić. Zdarzało się też, że na stacji dostawaliśmy coś ciepłego do jedzenia.
Przejeżdżaliśmy następnie przez miasta Forst i Görlitz. W Niederoderwitz zostaliśmy umieszczeni na dwa tygodnie w obozie kwarantanny. Tutaj każdy dostał swoje miejsce na pryczy. Były nawet stoły i miejsca do siedzenia. Przestronne pomieszczenia były oświetlone i oferowały wiele udogodnień, których prawie już nie znaliśmy. Opiekowali się nami również lekarze i pielęgniarki. Zostaliśmy zbadani, zaszczepieni i odwszeni. W końcu mogliśmy też poszukać naszych bliskich za pośrednictwem Niemieckiego Czerwonego Krzyża. Po dwóch tygodniach zostaliśmy podzieleni na grupy w celu osiedlenia się i przewiezieni do Drezna. Jeszcze tej samej nocy zostaliśmy przewiezieni z Drezna do okolicznych wsi. W Kunnersdorfie osiedliłam się u rolnika. Od razu znalazłam pracę, którą chętnie wykonywałam. W zamian otrzymywałam skromne utrzymanie. Dodatkowo mogłam korzystać z moich kart żywnościowych. Po krótkim czasie otrzymałam od męża z Zachodu pozwolenie na przyjazd. Dzięki temu, choć po wielu perypetiach i uciążliwej podróży, wyczerpana, ale szczęśliwa, dotarłam do męża. Po roku również szwagrowi z Nowej-Wsi udało się uciec do nas przez Szczecin.
A kiedy w chwilach ciszy z pokornym i wdzięcznym sercem rozmyślam o tym, jak nasz Pan tak cudownie nas chronił i strzegł nawet w największej niedoli i pomógł nam dotrzeć aż tutaj, muszę powtórzyć słowa psalmisty z 103. psalmu: Chwal Pana, duszo moja, i nie zapominaj o tym, co ci uczynił.
Tak więc Pan będzie również wspierał naszego syna, zaginionego na froncie wschodnim, i wielu innych w całej ich niedoli i bezradności. Mam taką nadzieję i czekam na Pana. Amen.
M. S.
Im letzten Abschnitt erzählte uns die Verfasserin. eine Wo1hyniendeutsche, die später im Kreise Kutno ihr Zuhause hatte, wie sie nach den schweren Monaten des Elends und der Rechtlosigkeit für alle Deutschen endlich nach Stettin gelangt war und mit unzähligen Leidensgenossen in den Ruinen dieser Stadt saß und auf den Abtransport wartete.
Mit der Zeit Wurden die Nächte jedoch immer kühler und wir wurden uns bewußt, daß es so nicht mehr weitergehen konnte. Wir hörten dann von der Möglichkeit, durch Bestechung des Kommandanten in das Lager aufgenommen zu werden. Der Verzweiflung nahe suchten unsere Schicksalsgefährten, Mutter und Tochter, den Kommandanten zu sprechen. Dieser ließ sich wiederholte Male darum bitten. Schließlich versprach er, uns alle bei der Ankunft des nächsten aus Innerpolen kommenden Transportes mit in das Lager hineinzunehmen. Der Preis war pro Kopf 1000 Zloty. Wir waren fünf Personen. All unser Geld wurde nun zusammengezählt, tiefverstecke Schmucksachen wie Ringe, Broschen, selbst Zahnkronen und Kleidungsstücke wurden an Schwarzhändler verkauft. Wer mehr besaßt, gab dem ab, dem es nicht reichte.
So saßen wir denn, auf Anordnung des Kommandanten, Nacht für Nacht reisefertig und warteten auf ein Zeichen des Lagerkommandanten. Endlich wurden wir an einem Morgengrauen hineingeführt. Froh und stolz legten wir die mit viel Not und Tränen zusammengebrachte Summe auf den Tisch. Daraufhin wurden wir in eine Liste eingetragen und waren somit wieder Mitglieder der menschlichen Gesellschaft geworden. Als der Transport ankam, wurden wir ins Lager hineingeschoben, und die Sache war erledigt.
Transport nach Deutschland
Hier im Lager bekam.en wir nun auch unsere Lebensmittelration und somit waren wir aller Angst und Not des Ruinenlebens entkommen. Schon am nächsten Tag wurden wir auf einen langen, aus durchlöcherten Viehwaggons zusammengestellten Transportzug verfrachtet. Viele Stunden warteten wir nun, mit Reiseverpflegung versehen, auf die Abfahrt. Erst gegen Abend fuhr der Zug los. Unsere Reise ging südwärts, der Oder-Neiße-Linie entlang, sie dauerte mehrere Tage und Nächte. Eines Nachts regnete es stark und wir suchten im Dunkeln den durch das, beschädigte Dach einströmenden Tropfen zu entgehen. Einige nahmen es von der humorvollen Seite, andere waren sehr ärgerlrich über diesen üblen Zustand, doch konnte niemand an der Sache selbst etwas ändern. Es kam auch vor, daß wir an einer Station etwas warmes Essen erhielten.
Wir fuhren dann durch die städte Forst und Görlitz. In Niederoderwitz wurden wir für die Dauer von zwei Wochen in ein Quarantänelager gesteckt. Hier bekam jeder seinen Platz auf der Pritsche. Auch Tische und Sitzplätze gab es sogar. Die weiten Räume waren mit Licht versehen und so gab es viele Annehmlichkeiten, die wir fast nicht mehr kannten. Auch Ärzte und Krankenschwestern kümmerten sich um uns. Wir wurden untersucht, geimpft rund entlaust. Nun war es uns auch endlich möglich, unsere Angehörigen durch das Deutsche Rote Kreuz zu suchen. Nach zwei Wochen wurden wir, zwecks Ansiedlung in Gruppen verteilt, nach Dresden gebracht. Noch in der gleichen Nacht wurden wir von Dresden auf die umliegenden Dörfer verbracht. In Kunnersdorf wurde ich bei einem Bauern angesiedelt. Hier gab es sofort Arbeit, die ich auch gerne verrichtete. Dafür bekam ich einen schmalen Lebensunterhalt. Dazu konnte ich jedoch meine Lebensmittelkarten noch extra für mich verwenden. Nach kurzer Zeit bekam ich von meinem Manne aus dem Westen eine Zuzugsgenehmigung geschickt. Damit gelangte ich dann, wenn auch nach vielen Umständen und beschwerlicher Reise, abgehärmt, aber glücklich, bei meinem Manne an. Nach einen Jahre gelang es auch dem Schwager aus Nowa-Wies, über Stettin zu uns zu flüchten. -
Und wenn ich nun in stillen Stunden mit dem demütig-dank-barem Herzen erwäge, wie unser Herrgott uns so wunderbar auch in größter Not beschirmt und geschützt und uns bis hierher geholfen halt, so muß ich mit dem Psalmisten des 103. Psalms anstimmen: Lobe den Herren meine Seele und vergiß nicht, was er dir Gutes getan hat.
So wird der Herr auch unserem an der Ostfront vermißten Sohn und noch vielen anderen in all ihrer Not und Hilflosigkeit beistehen, Das hoffe ich und harre des Herrn. Amen.
M. S.

