piątek, 12 czerwca 2026

Jan Krause - Ceramika - Andrespol - Weg und Ziel

 

W majowym numerze gazety Weg und Ziel ukazał się mój materiał na temat rodziny Jana Krause i jego fabryki kafli "Ceramiki" w Andrespolu. 



Pionierski duch w Andrespolu: Historia rodziny Krause i ich fabryka ceramiki

Andrespol, miejscowość położona około dwunastu kilometrów na wschód od Łodzi, ma za sobą burzliwą historię. Na początku XIX wieku osiedlili się tu pierwsi niemieccy osadnicy – wśród nich rodzina Kraus (Krause). W tej miejscowości w 1841 roku urodził się Krystian, a w 1843 roku Ludwika Kraus (z domu Praus). Małżonkowie, którzy zajmowali się rolnictwem i nie umieli ani czytać, ani pisać, położyli podwaliny pod rodzinę, która miała wywrzeć trwały wpływ na region. Z ich małżeństwa urodziło się dwóch synów: Jan, urodzony 15 stycznia 1864 roku, oraz jego młodszy o 14 lat brat Christian Adolf.

Obaj bracia okazali się niezwykle utalentowani. Szczególnie Jan Krause wykazał się niezwykłym duchem przedsiębiorczości. Już w wieku 21 lat stał się właścicielem małej fabryki pieców kaflowych. Na początku zatrudniał tylko kilku pracowników i produkował rocznie kafle do około 200 pieców.

Dzięki swojej pracowitości i pomysłowości szybko się rozwijał:

• nabył cegielnię w Chojnach (dzisiaj dzielnica Łodzi).

• Od 1895 roku posiadał młyn parowy we wsi Nowe Rokicie (również dzisiaj Łódź).

Pomimo tej ekspansji nie zaniedbał swojej macierzystej fabryki w Andrespolu. Dwadzieścia lat po założeniu zatrudniał tam już ponad 20 pracowników. Jakość jego produktów była tak wysoko ceniona, że po 1910 roku liczba pracowników wzrosła do ponad 100, w większości mieszkańców Andrespola. Produkcja wzrosła do imponującej liczby 3000 kompletnych pieców rocznie. Teren zakładu powiększono do trzech hektarów, asortyment rozszerzono o płytki ścienne i podłogowe oraz otwarto własne sklepy w takich miastach jak Bydgoszcz, Chorzów, Gniezno i Warszawa. W okresie rozkwitu, podczas okupacji nazistowskiej, firma zatrudniała ponad 400 pracowników i produkowała prawie 4 miliony płytek rocznie. W gazecie „Litzmannstädter Zeitung” z 15 sierpnia 1943 r. w obszernym artykule zatytułowanym „Kiedy w piecu wygina się mały stożek Segera...” napisano:

„Już ponad 50 lat temu rozsławił on wieś Andrespol, wybierając ją na lokalizację swojej fabryki produkującej dachówki. [...] Początkowo z prostej gliny, występującej w okolicy, formowano i wypalano kafelki piecowe, aż w końcu zaczęto produkować tak zwane „kafelki berlińskie”.

Te jasne, białe płytki uzyskiwano przy użyciu gliny szamotowej. Proces ten był bardzo złożony i przypominał produkcję porcelany: glinę rozdrabniano w mieszalniku, aby stała się plastyczna, a następnie przetwarzano ją za pomocą maszyn do cięcia gliny lub formowano ręcznie i w formach gipsowych.

Jan Krause był nie tylko pracowitym przemysłowcem, ale także mecenasem społeczności. Założył zawodową straż pożarną w Andrespolu i wybudował dla swoich pracowników domy mieszkalne przy ulicy Fabrycznej, z których część jest zamieszkana do dziś. Okazała willa rodziny przy ulicy Ceramicznej służy obecnie jako przedszkole gminne.

Po 1945 roku nastąpił jednak upadek. Najpierw huragan poważnie uszkodził budynki, a następnie nastąpiła nacjonalizacja przez komunistów i przymusowa emigracja rodziny. Na początku XXI wieku teren został sprzedany inwestorowi; dziś stoi tam duże centrum handlowe. Po dawnym imperium przemysłowym nie pozostał żaden ślad.

Jan Krause był człowiekiem głęboko wierzącym. W znacznym stopniu wspierał budowę i odbudowę (po 1914 r.) kościoła ewangelickiego w pobliskim Andrzejowie. Niemniej jednak w regionie doszło do napięć na tle religijnym. Ponieważ opieka parafii w Neusulzfeld (Nowosolna) nie wystarczała wielu wiernym, szukali oni większej niezależności. W 1922 roku Andrzejów stał się ostatecznie filią kościoła św. Jana w Łodzi.

Dla wielu zaskakujące było jednak to, że właśnie Jan Krause stał się później założycielem i promotorem Kościoła Wolnego w Andrespolu. Trudno dziś ocenić, czy była to reakcja na wewnętrzne niepokoje i rezygnację popularnego pastora Adolfa Dobersteina w 1927 roku.

Jan Krause zmarł 25 stycznia 1944 roku w wieku 80 lat, zaledwie miesiąc przed swoją żoną Florentine. Po długich poszukiwaniach udało mi się zlokalizować ich grób na zniszczonym obecnie cmentarzu ewangelickim w Andrzejowie – ostatnie świadectwo człowieka, który jak mało kto wpłynął na historię Andrespola.

                                                                                                    Andrzej Braun





Andrespol, ein Ort etwa ein Dutzend Kilometer östlich von Łódź, blickt auf eine bewegte Geschichte zurück. Zu Beginn des 19. Jahrhunderts ließen sich hier die ersten deutschen Siedler nieder – unter ihnen die Familie Kraus (Krause). In dieser Ortschaft wurden 1841 Krystian und 1843 Ludwika Kraus (geborene Praus) geboren. Die Eheleute, die als Bauern tätig waren und weder lesen noch schreiben konnten, legten den Grundstein für eine Familie, die die Region nachhaltig prägen sollte. Aus ihrer Ehe kamen zwei Söhne hervor: Jan, geboren am 15. Januar 1864, und sein 14 Jahre jüngerer Bruder Christian Adolf.

Beide Brüder erwiesen sich als außerordentlich begabt. Besonders Jan Krause entwickelte einen bemerkenswerten Unternehmergeist. Bereits im Alter von 21 Jahren wurde er Eigentümer einer kleinen Kachelofenfabrik. In der Anfangsphase beschäftigte er nur wenige Mitarbeiter und produzierte jährlich Kacheln für etwa 200 Öfen.

Dank seines Fleißes und Einfallsreichtums expandierte er schnell:

• Er erwarb eine Ziegelei in Chojny (heute ein Stadtteil von

Łódź).

• Ab 1895 besaß er eine Dampfmühle im Dorf Nowe Rokicie (ebenfalls heute Łódź).

Trotz dieser Expansion vernachlässigte er sein Stammwerk in Andrespol nicht. Zwanzig Jahre nach der Gründung beschäftigte er dort bereits über 20 Mitarbeiter. Die Qualität seiner Produkte war so hoch geschätzt, dass die Belegschaft nach 1910 auf über 100 Einwohner von Andrespol anwuchs. Die Produktion stieg auf beeindruckende 3.000 komplette Öfen pro Jahr. Das Werksgelände wurde auf drei Hektar vergrößert, das Sortiment um Wand- und Bodenfliesen erweitert und eigene Geschäfte in Städten wie Bromberg (Bydgoszcz), Königshütte (Chorzów), Gnesen (Gniezno) und Warschau eröffnet. In der Blütezeit während der NS-Besatzungsjahre beschäftigte das Unternehmen über 400 Mitarbeiter und produzierte fast 4 Millionen Fliesen jährlich In der Litzmannstädter Zeitung vom 15. August 1943 hieß es in einem ausführlichen Artikel mit dem Titel „Wenn im Brennofen der kleine, Segerkegel‘ sich biegt...“:

„Bereits vor über 50 Jahren machte er das Dorf Andrespol durch die Produktion von Dachziegeln als Standort seiner Fabrik berühmt. [...] Zunächst wurden aus einfachem Ton, der in der Umgebung vorkam, Ofenkacheln geformt und gebrannt, bis man schließlich begann, sogenannte ‚Berliner Kacheln‘ herzustellen.“

Diese hellen, weißen Kacheln wurden mithilfe von Schamotte-Ton gewonnen. Das Verfahren war hochkomplex und ähnelte der Porzellanherstellung: Der Ton wurde durch Aufschlämmen in einem Rührwerk knetbar gemacht und anschließend mittels Ton-Schneidemaschinen oder durch Hand- und Gipsformung weiterverarbeitet.

Jan Krause war nicht nur ein geschäftiger Fabrikant, sondern auch ein Förderer der Gemeinschaft. Er gründete die Berufsfeuerwehr in Andrespol und baute für seine Mitarbeiter Wohnhäuser in der Fabry-

czna-Straße, die zum Teil bis heute bewohnt sind. Die prächtige Villa der Familie in der Ceramiczna-Straße dient heute als Kindergarten der Gemeinde.

Nach 1945 folgte jedoch der Niedergang. Erst beschädigte ein Orkan die Gebäude schwer, dann folgten die Verstaatlichung durch die Kommunisten und die erzwungene Auswanderung der Familie. Zu Beginn des 21. Jahrhunderts wurde das Gelände an einen Investor verkauft; heute steht dort ein großes Einkaufszentrum. Von dem einstigen Industrieimperium fehlt jede Spur.

Jan Krause war ein tief religiöser Mensch. Er unterstützte maßgeblich den Bau und den Wiederaufbau (nach 1914) der evangelischen Kirche im nahegelegenen Andrzejów. Dennoch kam es zu religiösen Spannungen in der Region. Da die Betreuung durch die Pfarrei in Neusulzfeld (Nowosolna) vielen Gläubigen nicht ausreichte, suchten sie nach mehr Eigenständigkeit. 1922 wurde Andrzejów schließlich eine Filiale der St.-Johannes-Kirche in Lodz (Łódź).

Überraschend für viele war jedoch, dass ausgerechnet Jan Krause später zum Gründer und Förderer der Freikirche in Andrespol wurde. Ob dies eine Reaktion auf die internen Unruhen und den Rücktritt des beliebten Pastors Adolf Doberstein im Jahr 1927 war, lässt sich heute nur noch schwer beurteilen.

Jan Krause verstarb am 25. Januar 1944 im Alter von 80 Jahren, nur einen Monat vor seiner Frau Florentine. Nach langer Suche konnte ihr Grab auf dem heute zerstörten evangelischen Friedhof in Andrzejów ausfindig gemacht werden – ein letztes Zeugnis eines Mannes, der die Geschichte Andrespols wie kaum ein anderer prägte.

                                                                                                    Andrzej Braun


Brzeziny - Cmentarz ewangelicki - Naprawa ogrodzenia - Weg und Ziel

Nowości z "podwórka grobersów"!

W majowym wydaniu WEG UND ZIEL ukazał się materiał poświęcony budowie ogrodzenia na cmentarzu ewangelickim w Brzezinach w kwietniu tego roku. Praktycznie nie byłem w stanie pracować tego dnia (problemy zdrowotne), jednak tam byłem, przywożąc symbolicznie 7 metalowych słupków i rolkę siatki. Widziałem i podziwiałem wspaniałych wolontariuszy!






Ważny krok w kierunku ochrony:

Nowe ogrodzenie cmentarza ewangelickiego w Brzezinach

Po dziewięciu latach niestrudzonego, wolontariackiego zaangażowania na miejscu, w kwietniu tego roku udało się osiągnąć ważny etap: zamknięcie dużych luk w ogrodzeniu na cmentarzu ewangelickim w Brzeziny. Dzięki wsparciu licznych wolontariuszy i hojnym darowiznom nekropolia jest teraz prawie w całości ponownie ogrodzona.

Realizacja tego projektu była możliwa dzięki niezwykłej hojności darczyńców, którzy udostępnili kompletny system ogrodzeniowy – składający się z siatki drucianej i słupków.

Tylko w ten sposób wieloletnia praca lokalnych wolontariuszy mogła teraz zaowocować tym ważnym zabezpieczeniem konstrukcyjnym. Prace charakteryzowały się starannym planowaniem i energicznym podejściem:

• Przygotowanie gruntu: w ramach intensywnych prac terenowych usunięto liczne korzenie i wyrównano grunt, aby stworzyć solidne podłoże pod ogrodzenie.

• Prace porządkowe: równolegle z budową ogrodzenia oczyszczono zarośla z gruzu i odpadów.

• Imponująca praca zespołowa: na szczególną uwagę zasługuje duża liczba wolontariuszy.

W ciągu zaledwie sześciu godzin wspólnej pracy wykonano ogromną pracę, która trwale poprawiła wygląd cmentarza.

Wynik ten sprawia wszystkim uczestnikom ogromną satysfakcję. Granice cmentarza są teraz niemal całkowicie zamknięte. Jedynie kilka charakterystycznych wyrw pozostawiono celowo otwartych – służą one jako mroczne świadectwo i widoczne ślady wydarzeń ze stycznia 1945 roku.

Organizatorzy serdecznie dziękują wszystkim osobom, które wsparły tę akcję, udostępniając sprzęt, darowizny rzeczowe oraz swój czas, dzięki czemu ten ważny krok stał się możliwy. Jest to wyraźny znak szacunku dla historii naszego regionu.

Źródło: Grupa wolontariuszy „Cmentarz Ewangelicki w Brzezinach” (facebook.com/CmentarzBrzeziny)



Ein wichtiger Schritt für den Erhalt:

Neuer Zaun für den evangelischen Friedhof in Brzeziny

Nach neun Jahren unermüdlichen ehrenamtlichen Engagements vor Ort konnte im April dieses Jahres ein bedeutendes Etappenziel erreicht werden: Die Schließung der großen Zaunlücken auf dem evangelischen Friedhof in Brzeziny. Dank der Unterstützung zahlreicher Helfer und großzügiger Spenden ist die Nekropole nun fast vollständig wieder eingefriedet.

Die Umsetzung dieses Vorhabens wurde durch die außergewöhnliche Großzügigkeit von Spendern ermöglicht, die ein komplettes Zaunsystem – bestehend aus Maschendraht und Pfosten – zur Verfügung stellten.

Nur so konnte die jahrelange Arbeit der örtlichen Freiwilligen nun in diesen wichtigen baulichen Schutz münden. Der Arbeitseinsatz war von einer sorgfältigen Planung und tatkräftigem Anpacken geprägt:

• Bodenvorbereitung: In intensiver Geländearbeit wurden zahlreiche Wurzeln entfernt und der Boden geebnet, um ein solides Fundament für den Zaun zu schaffen.

• Aufräumarbeiten: Parallel zum Zaunbau wurde das Dickicht von Unrat und Abfällen befreit.

• Beeindruckende Teamleistung: Besonders hervorzuheben ist die große Anzahl an Freiwilligen.

In nur sechs Stunden gemeinsamer Arbeit wurde ein enormes Pensum bewältigt, das das Erscheinungsbild des Friedhofs nachhaltig verbessert hat.

Das Ergebnis sorgt bei allen Beteiligten für große Zufriedenheit. Die Grenzen des Friedhofs sind nun fast lückenlos geschlossen. Lediglich einige markante Breschen wurden bewusst offen gelassen – sie dienen als mahnendes Zeugnis und sichtbare Spuren der Ereignisse aus dem Januar 1945.

Die Organisatoren bedanken sich herzlich bei allen Unterstützern, die mit Gerätschaften, Sachspenden und ihrer persönlichen Zeit diesen wichtigen Schritt ermöglicht haben. Es ist ein starkes Zeichen für den respektvollen Umgang mit der Geschichte unserer Region.

Quelle: Freiwilligengruppe „Cmentarz Ewangelicki w Brzezinach“ (facebook.com/CmentarzBrzeziny)

czwartek, 28 maja 2026

Jan Kawnik - Monte Cassino - Brójce - 19 pułk ułanów - cz.3

W naszej gminie Brójce, w mojej ocenie zbyt mało mówi się, czy też pisze o bohaterach którzy walczyli, czy też ginęli walcząc o wolność naszej Ojczyzny.

Dlatego, bardzo się cieszę, że Jan Szulec (mieszkaniec Brójec), poświęcił osobie Jana Kawnika ten artykuł. Przyznam, że nic wcześniej nie wiedziałem o żołnierzu spod Monte Cassino. Nie tylko ja, nie ma żadnej publikacji, najmniejszej broszury która by informowała o żołnierzach walczących podczas wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku (Józef Pabis z Wandalina, Władysław Klima z Pałczewa, rozstrzelany w 1941 roku w Wiskitnie Ludwik Jankiewicz), czy też mieszkańcach naszej gminy, którzy ginęli w obozach koncentracyjnych podczas niemieckiej okupacji.

Na stronie MonteCassino.eu można pod numerem 9556 znaleźć informację o naszym bohaterze:

Kompletny spis ok. 29.000 żołnierzy 3 Dywizji Strzelców Karpackich opracowany na podstawie 2-tomowego dzieła " Trzecia Dywizja Strzelców Karpackich 1942-1947 ",
wyd. Londyn 1991 r.
 

Opracowali: Jerzy Hykiel i Janusz Stankiewicz

Żołnierze 3 Dywizji Strzelców Karpackich
1942 - 1945

9556. KAWNIK Jan - - 1914/230 uł. 7. p. uł. lub.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Obozy wojskowe zorganizowana na Powołżu w rejonie Buzułuku. 8 września 1941 r.  wstąpił do wojska Polskiego, jako żołnierz gen. Andersa, najpierw przebywał  w Buzułuku, a później wyjechał do Azji Centralnej, do Uzbekistanu. Tam zobaczył mnóstwo umierających na tyfus i dezynterię Polaków. W sierpniu 1942 r. jako żołnierz II Korpusu ląduje w Persji gdzie przechodzi kurs strzelecki, a następnie wyjeżdża do Iraku. Tam kilkukrotnie wozi premiera Władysława Sikorskiego. 4 lipca 1943 r.  w zamachu bombowym w samolocie ginie gen. Sikorski.

"-nie chciał oddać dowództwa w ręce angielskie. Żołnierze uwielbiali go. Gdy zginął oficerowie nie przejęli się, ale żołnierze, kobiety i dzieci - płakały. Był dla nas jak ojciec". - nadmienia Kawnik.


Z Iraku pan Jan wyjeżdża do Syrii, gdzie przechodzi ćwiczenia wysokogórskie. Z Syrii udaje się do Palestyny, a następnie do Egiptu, w styczniu 1944 r.  z całą 3 Dywizją Strzelców Karpackich wpływa do portu Taranto we Włoszech. Za kilka miesięcy będzie walczył pod Monte Cassino. Zanim do tego dojdzie uczy się walki wręcz. Jako członek patrolu bierze udział w obezwładnieniu wartowników niemieckich i wreszcie Monte Cassino - góra leżąca w masywie górskim ciągnącym  się w poprzek półwyspu.

Od marca próbowały zdobyć Monte Cassino dywizje alianckie, w tym Amerykanie, Anglicy, Nowozelandczycy, Francuzi, Kanadyjczycy, a nawet Hindusi. Bezskutecznie, 11 maja 1944 r. ruszyli Polacy. Ogień nieprzyjacielski jednak okazał się silniejszy.

Strzaskani, porwani, wykrwawieni wrócili na na podstawy wyjściowe natarcia. Morderczy bój trwał do 18 maja 1944 r. Prawie tysiąc zabitych, około trzech tysięcy rannych - taki był bilans strat.

"To było piekło nas ziemi"- mówi Kawnik o bitwie pod Monte Cassino.

Po kilkudniowym odpoczynku, bierze udział w następnych walkach. 16 sierpnia zostaje ranny w głowę i nogę. Po wyjściu ze szpitala ponownie trafia tam 15 września 1944 r. z raną postrzałową ramienia. Po opuszczeniu szpitala walczy dalej we Włoszech aż do kwietnia 1945 r.

W dniach 9-21.04.1945 r bierze udział w wyzwoleniu Boloni i tutaj kończy się jego szlak bojowy.

2 maja poddał się we Włoszech ze swoimi armiami feldmarszałek Albert Kesselring. Tydzień później, 8 maja bezwarunkowa skapitulowała hitlerowska Rzesza.

Z Włoch wyjeżdża Kawnik do Anglii. Jako żołnierz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, służy w Wojsku Polskim do 12 maja 1947 r.

Za udział w wojnie został odznaczony Krzyżem Monte Cassino, Gwiazdą za Wojnę 1939-45, Gwiazdą Italii, Medalem Wojska Polskiego, odznaką 3 DSK.

Wrócił do Polski w 1947 roku. Tutaj nie witano go kwiatami, nie grały fanfary, nie było owacji. Gdy wszedł do pociągu w Gdańsku, jadącego do Łodzi, konduktor nie pozwolił mu wejść do przedziału, całą drogę przestał na korytarzu. - "ty nie jesteś nasz, ty jesteś kapitalista" - oświadczył konduktor.

Dopiero w latach 70 uznano go za "swojego". 17.04.1974 r. został odznaczony Medalem Zwycięstwa i Wolności 1945 r. 

17.12.1975 r. Krzyżem Kawalerskim Orderem Odrodzenia Polski i 12.01.1980 r. Medalem za udział w Wojnie obronnej 1939.

Żyje ich już niewielu, cichych, czasami bezimiennych weteranów minionej wojny. 60 rocznica zakończenia 2 Wojny Światowej to doskonała okazja, aby ich odszukać. Nie są komiksowymi bohaterami, jak, nie przymierzając, porucznik Kloss, czy komandos Rambo, o czym szczególnie powinny wiedzieć dzieci i młodzież, bezkrytycznie zapatrzona w niezwykłe wyczyny papierowych postaci typu Rambo. Jednym z nich jest Jan Kawnik, pełen żołnierskiego honoru, jedyny mieszkający w gminie Brójce uczestnik walk o Monte Cassino. Walczył o wolną Polskę, a gdy wrócił do niej, w ciszy przeżywał swój ból, bowiem o honorze (o ironio losu) kazano mu zapomnieć. Pan Jan nie był herosem, nie był wybitnym dowódcą, był zwykłym żołnierzem, ale był jednym z tych, co walczyli o to, żeby nasze dzieci mogły beztrosko bawić się, a dorośli żyć w pokoju, abyśmy mogli mówić i pisać po polsku.

                                                                                                   Jan Szulec.


Jan Kawnik zmarł 17 kwietnia 2003 roku w wieku 89 lat i spoczął na cmentarzu w Kurowicach. Cześć jego pamięci.





środa, 27 maja 2026

Jan Kawnik - Monte Cassino - Brójce - 19 pułk ułanów - cz.2

Kawnik jednak nie zdjął munduru, lecz z częścią rozbitków ruszył do obrony Warszawy. W tym czasie ZSRR anektował wschodnie rejony Polski. Na wieść o tym, po dwudniowych walkach w obronie Warszawy, ruszył na południowy wschód 25.09.1939 r., koło Hrubieszowa walczył z żołnierzami Armii Czerwonej. W czasie tego boju został ranny i trafił do niewoli radzieckiej.

We wrześniu 1939 r. do niewoli radzieckiej zostało wzięte ok. 200 tys. żołnierzy polskich, w tym ok. 15 tys. oficerów. Kawnik był jednym z nich. We wrześniu trafił do szpitala wojskowego w Brodach. Po wyjściu ze szpitala został skierowany do obozu pracy przymusowej i musiał ciężko pracować przy budowie drogi Lwów - Kijów (W tym czasie, na rozkaz Stalina, członkowie NKWD - bez przedstawienia jakichkolwiek zarzutów strzałem w tył głowy, pozbawili życia ponad 10 tys. polskich oficerów).

22.05.1941 r.  wojska niemieckie uderzyły na ZSRR. Tego dnia zaczęła się mordercza ucieczka przed wojskiem niemieckim. Poganiani przez sowietów na przemian z marszem i biegiem, dzień i noc, przez kilkanaście dni gnali w stronę Moskwy. W okolicach Moskwy przebywał do sierpnia 1941 r.

Na mocy układu Sikorskie - Majski z 30 lipca 1941 r. , 12 sierpnia Prezydium Rady Najwyższej ZSRR wydało dekret o udzieleniu amnestii " wszystkim obywatelom Polski pozbawionych wolności na terytorium ZSRR". Dwa dni później, 14 sierpnia podpisano polsko-radziecką umowę wojskową w sprawie zorganizowania armii polskiej w ZSRR. Dowódcą armii został generał Władysław Anders. "Byłem niedożywiony i wycieńczony do tego stopnia, że ledwo widziałem na oczy i prawie nie mogłem chodzić. Gdy do obozu przyjechał pułk. Wiśniewski i oświadczył, że na mocy amnestii możemy wstępować do armii polskiej - nikt nie wierzył w te słowa"- wspomina pan Jan.





wtorek, 26 maja 2026

Borowa - Stare zdjęcia - Wilhelmswald

Borowa w czasach powojennych, zdjęcia zostały pokolorowane współcześnie. Skany zdjęć otrzymałem od znajomej, urodzonej w Borowej. Liczę, że w niedługim czasie zdjęcia będą opisane.

Borowa – wieś w Polsce położona w województwie łódzkim, w powiecie łódzkim wschodnim, w gminie Koluszki. W latach 1954–1959 wieś należała i była siedzibą władz gromady Borowa, po jej zniesieniu w gromadzie Gałków Duży. W latach 1975–1998 miejscowość należała administracyjnie do województwa piotrkowskiego. Wikipedia



















środa, 20 maja 2026

Jan Kawnik - Monte Cassino - Brójce - 19 pułk ułanów - cz.1

 Wśród moich kolegów Radnych często rozmawiamy o ludziach którzy zasłużyli się trwale w historii naszej gminy Brójce. Jednym z lubiących historię jest Radny Heniu Zawada. Wspomniał on nie tak dawno temu o mieszkańcu Brójec, który brał czynny udział w bitwie pod Monte Cassino. Obiecał mi przesłać artykuł prasowy dotyczący Jana Kawnika. Jan Kawnik nie jest jedynym bohaterem w naszej gminie, jest całe grono mieszkańców którzy walczyli: o odzyskanie niepodległości w 1918 roku, w wojnie polsko-bolszewickiej, jak i na frontach 2 Wojny Światowej. Byli odznaczani za bohaterstwo i rany Krzyżami Virtuti Militari. Zbyt mało się o nich wspomina, wielka szkoda. Uważam, że w szkołach na terenie naszej Gminy powinno się wspominać ich bohaterstwo.  Wczoraj, Henio wysłał mi skany z gazety "Wieść gminna" z lipca 1995 roku, za które bardzo dziękuję, postanowiłem zamieścić całość na moim blogu, zapraszam:

                                            ŻYJE ICH JUŻ NIEWIELU....

                                 JEDNYM Z NICH JEST JAN KAWNIK

8 maja tego roku obchodziliśmy 50 rocznicę zakończenia II Wojny Światowej - najstarszliwszej ze wszystkich wojen. Trwała prawie 6 lat i pochłonęła dziesiątki milionów istot ludzkich. A zaczęła się 1.09.1939 r. agresją hitlerowskich Niemiec na Polskę. Najważniejsze zadanie w wojnie przeciwko Polsce powierzono GA "Południe" (8,10,14 armia) dowodzonej przez gen. Gerda von Rundstadta. Uderzając ze Śląska, Moraw i Słowacji, GA "Południe" ruszyć miała ku Warszawie i osiągnąć Wisłę między ujściem Bzury i ujściem Wieprza. To właśnie 1.09.1939r. Jan Kawnik, żołnierz 19 pułku Wołyńskiej Brygady Kawalerii pułk. dypl. Juliana Filipowicza, stoczył pierwszą bitwę z żołnierzami 10 armii niemieckiej. Ale zacznijmy od początku.

Urodził się 14.03. 1914r. w Białaczowie. w 1936r. ożenił się i zamieszkał w Brójcach a rok później został powołany do wojska Polskiego 4.11.1937r. rozpoczął służbę w 15 pułku ułanów w Ostrogu na Wołyniu. Nauka frechtunku, strzelania i inne zajęcia wypełniały mu służbę. Kiedy liczył już dni do wyjścia, w sierpniu 1939 r. - w obliczu wojny z Niemcami - zostaje wraz z całą jednostką przewieziony w okolice Częstochowy. W rejonie Mokrej, miejscowości koło Częstochowy, w nocy z 30 na 31 sierpnia skoncentrowano siły Wołyńskiej Brygady kawalerii. Pod Mokrą pan Jan przeszedł swój chrzest bojowy.

                                           Jan Kawnik w mundurze ułańskim - Ostróg 1938

 Wspominając ten dzień powiedział:

"Pierwszego września o świcie przed frontem brygady pojawił się niemiecki pododdział rozpoznawczy 4 dywizji pancernej. Ostrzelani przez nas Niemcy bez strzału wycofali się. Ok. 8,00 nastąpiło pierwsze natarcie. Po krótkiej walce ogniowej Niemcy pozostawiając kilka rozbitych czołgów wycofali się. Ok. godz. 10,00 powtórzyli atak z identycznym skutkiem. O godz. 13 ruszyło zmasowane natarcie ponad 50 czołgów. Przerywają pierwszą linię obrony, czołgi wdarły się na polanę i ruszyły na stanowiska naszej artylerii - rozpoczął się pojedynek artylerii z czołgami. Wtedy z pomocą naszym kanonierom przybył pociąg pancerny. Walczyliśmy do godz. 16,00. Tracąc kilkadziesiąt czołgów Niemcy wycofali się. O zmroku opuściliśmy Mokrą, aby zająć pozycję nad Wartą. W następnych dniach walczył pod Wartą. Wobec groźny okrążenia brygada przekroczyła rzekę i ruszyła w stronę Łodzi, gdzie na wschód od tego miasta miała zająć pozycje obronne. W czasie przemieszczania, koło Tuszyna zostali ostrzelani przez Niemców i skierowali się w stronę Kraszewskiego lasu. Wtedy dostał pozwolenie od dowódcy i wstąpił do swojego domu. Nie zagościł długo w Brójcach, przywitał się z żoną, pospiesznie zjadł posiłek i ruszył dalej. Na rozkaz Naczelnego Wodza brygada poszła bronić Warszawy. Koło Nowego Dworu Mazowieckiego stoczyli walkę z potężną siłą armii niemieckiej. W rezultacie czego jednostka została zdruzgotana i dowódca pułk. Józef Petkowski rozwiązał 19 pułk ułanów.

Brójce – wieś w Polsce położona w województwie łódzkim, w powiecie łódzkim wschodnim, w gminie Brójce. Wieś ma charakter wielodrożnicy: do właściwych Brójec usytuowanych wzdłuż drogi wojewódzkiej nr 714 włączono jednorzędową dawną wieś Józefów położoną wzdłuż drogi do Wygody. Wikipedia

                                                            - ciąg dalszy nastąpi - 


sobota, 16 maja 2026

Będków - Skarby przeszłości - Lenarczyk - Łabęcka

 W ubiegłą środę na zaproszenie Agnieszki pojechałem z moją Elą do Będkowa. Cel naszego spotkania był wiadomy, rozmowy o historii! Oprócz Agnieszki Łabęckiej, obecna była jej Mama i Marek, cała trójka urodzona w Będkowie!

Wspaniałe kilka godzin zeszło na wspominkach i opowieściach o tym dawnym, lepszym Będkowie!. 

Na drugi dzień zadzwoniła Agnieszka, że przypomniała sobie, iż kilka lat temu była obecna przy rozbiórce starego drewnianego domu rodziny Lenarczyków. Wśród rzeczy przeznaczonych do utylizacji znalazła zdjęcia i dokumenty pisane po rosyjsku (najstarszy z połowy XIX wieku!) Wzięła je na szczęście ze sobą i zapomniała o nich. Nasze spotkanie przyczyniło się, że te "będkowskie skarby" powtórnie się ukazały w dziennym świetle! Dziękuję Agnisiu, wykonałaś wspaniałą pracę ratując przed niechybnym zniszczeniem te wspaniałości! 

Zdjęcia są wspaniałe, stroje ludowe są unikalne, młodzież szkolna w skromnych ale gustownych ubraniach.

Obecnie, dwa ostatnie zdjęcia są wstawione na Facebooku "Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Będkowskiej", być może ktoś rozpozna na nich swoich przodków?






czwartek, 14 maja 2026

Borowa - Szkoła - Przydrożne krzyże - Tragiczna historia.

 

Mam ciekawy temat dla ciebie Andrzeju - tak rozpoczął wczorajszą rozmowę telefoniczną mój kumpel Dominik Trojak. 
- Jechałem w niedzielę do Tomaszowa i zobaczyłem, że zdjęte jest poszycie dachowe na starej szkole w Borowej....
- Czy znajdziesz chwilkę czasu, aby tam podjechać i ewentualnie porozmawiać z pracownikami o tym krzyżu?
W ubiegłym roku zainteresowała nas sprawa przydrożnego, drewnianego krzyża który stał pomiędzy Borową i Karpinem jeszcze na początku lat 40-tych ubiegłego wieku. W książce Herberta Höfta "Turbulente Zeiten" jest opisana ciekawa historia związana z przydrożnymi krzyżami:

                                        USUWANIE KRZYŻY

Polska była i jest krajem katolickim. Katolicy czczą Marię, matkę Jezusa, jako świętą. W szczególnych miejscach, takich jak przejścia graniczne i skrzyżowania dróg, w Polsce zwyczajowo stawiano duże drewniane krzyże, przed którymi katolicy z szacunkiem się kłaniali. Nikomu to nie przeszkadzało, dopóki nasz region nie odwiedził gauleiter (Artur Greiser – mój przypisek). Nalegał on, aby w Kraju Warty usunięto tę „bzdurę”. Komisarz urzędowy wydał więc lokalnym władzom polecenie:

„Krzyże muszą zniknąć”. Mój ojciec przejął od swojego ojca przekonanie, że nie wolno niszczyć świętości innych. Jako sołtys musiał jednak wykonać rozkaz. Przekazał go sąsiadującym polskim chłopom i zalecił: „Wykopcie krzyż i zawieźcie go na plac budowy Niemieckiego Domu. Zostanie tam z szacunkiem wykorzystany jako belka. Będziecie wiedzieć, gdzie jest. A my będziemy mieli spokój”. Tak właśnie wykonano ten rozkaz. Obejrzałem krzyż na placu budowy. Było to dobre drewno. Na powierzchni widoczna była żywica. Miało to być krwią Chrystusa. Niemiecki dom miał stać się domem kultury, w którym odbywałyby się różne imprezy. Dziś jest to polska szkoła we wsi, a sala gimnastyczna służy również do organizacji potańcówek. Niewielu Polaków wie dziś, że ich krzyż, który kiedyś stał między Borową a Karpinem, znalazł godne miejsce w tym domu.

Sołtys w Gałkowa Małego postąpił inaczej. Wraz ze swoim parobkiem ściął krzyż i przerobił go na drewno opałowe. Było to zbezczeszczenie świętości dla katolików. Jego czyn wywołał wobec niego ogromną niechęć. Za to na początku 1945 roku został skazany na śmierć.

Nie jest tajemnicą, że obaj mocno interesujemy się wszystkim co jest związane z Borową, a tym budynkiem w szczególności. W okresie niemieckiej okupacji nazwano go Domem Ludowym lub Domem Niemieckim. Był on miejscem nie tylko zebrań i spotkań miejscowych rolników i mieszkańców, także nacjonalistycznych organizacji z całego regionu. 

Zamieszczam poniżej kilka skrótów artykułów z prasy okupacyjnej dotyczących tego budynku:

Litzmannstädter Zeitung z 1943 roku pisze:

..."Nieczęsto zdarza się, by rolnicy i rolniczki z odległych gospodarstw zbierali się w tak dużym gronie swojej lokalnej grupy.

    Dlatego też czwartkowy wiec w Domu Niemieckim w Wilhelmswalde - Borowa był imponującym wydarzeniem dla niemieckiej ludności tego obszaru położonego blisko granicy Generalnej Guberni. Młodzież i mężczyźni z oddziałów ustawili się przed Domem Niemieckim, a kiedy przybył przywódca okręgu Mees wraz z przywódcą okręgowym rolników Bosse, ze strony Pimpfów* rozległy się werble bębnów. To, co zapowiadają już liczne powozy i furmanki przed miejscem spotkania, staje się jeszcze bardziej wyraźne na sali. Mężczyźni i kobiety siedzą ściśnięci, a tłum wciąż się wlewa, tak że duża część przybyłych nie może już znaleźć miejsc.

    Flagi stoją przed sceną, a kiedy HJ i BDM** śpiewają pieśń pochwalną, goście i mieszkańcy stali się już jedną wielką wspólnotą, która jest również nosicielem niemieckiego testamentu kulturowego w najbardziej na wschód wysuniętej części naszego Kraju Warty"....

Litzmannstadter Zeitung z 11 maja 1941 opisuje wizytę Gauleitera Greisera m.innymi w Borowej 10 maja 1941 roku:

..."Około południa Gauleiter Greiser przybył do Löwenstladt (Brzezin) na historyczny grunt Brzezin, gdzie został powitany przez burmistrza S.A. Oberführera Jansa. Burmistrz przekazał Gauleiterowi szczegółowy raport o rozwoju politycznym Löwenstadt i poinformował go o stanie prac planistycznych. W drodze do Wilhelmswalde (Borowa) niemieccy chłopcy i dziewczęta wielokrotnie pozdrawiali swojego Gauleitera zbawiennymi okrzykami, a liczni Volksgenssenowie ustawiali się przy drodze. Widoczne z daleka transparenty wyrażały powitanie, a samochód Gauleitera musiał się raz po raz zatrzymywać, by przyjąć pozdrowienia i życzenia od ludzi.

     W Wilhemswald (Borowa) zastępca Gauleitera, Bg. Schmalz, zabrał głos w poruszającym przemówieniu, w którym wyraził podziękowanie Gauleitera za dotychczasową pracę. "Fuehrer potrzebuje was i waszej pracy, a wy potrzebujecie Fuehrera" - wykrzyknął mówca - "i dopilnujecie, aby Warthegau (Kraj Warty) nie różniło się kiedyś pod żadnym względem od Starej Rzeszy". Również tutaj Gauleiter Greiser mógł obiecać partii swoje wsparcie i pomoc w dalszej pracy. Szczególnie ciepłe było pożegnanie młodzieży z Gauleiterem"....

Także w Litzmannstadter Zeitung z 2 lipca 1942 roku zamieszczono duży artykuł (ze zdjęciem poniżej) poświęcony inauguracji Domu Ludowego:

..."Gdyby powiedzieć lojalnym mieszkańcom starej niemieckiej gminy Wilhelmswalde - ich nazwisko nawiązuje do pruskiego królewskiego imienia Fryderyka Wilhelma I, który założył gminę zaledwie pięć lat temu - że niemieccy studenci pewnego dnia bez przeszkód zaplanowaliby dla nich dom gminny i że budynek ten zostałby wzniesiony w wolnym, Wielkim Imperium Niemieckim, to byłoby to dla nich zupełnie niemożliwe. W tej najdłuższej wiosce ulicznej we wschodniej części Kraju Warty, położonej na granicy Generalnej Guberni, nie można było się tego spodziewać, zwłaszcza w latach 1935-36, kiedy to ci Niemcy, których dziadkowie przybyli do kraju z północy Rzeszy około 1800 roku, zbudowali wspólnie ofiarnie niemiecki kościół. Nawet gdy ci zawsze odważni przedstawiciele przodków musieli po pożarze założyć własną szkołę w gospodarstwie rolnym, na pewno nie podejrzewali, że pewnego dnia szczęście ich własnej niemieckiej świetlicy rozkwitnie. 






                                               Tak wyglądał ten budynek z 1942 roku...


                                           Tak wygląda obecnie - 13 maja 2026..........


    Ale teraz przyszedł czas na inaugurację pięknego niemieckiego domu w okolicy lokalnej grupy Andrespol, do której należy Wilhelswalde. Jest to nagroda za zawsze niemiecką postawę na tym terenie miejscowej grupy, do której dołączyło już kilkuset Niemców ze starego terytorium Rzeszy, a która ma największą liczbę starozakonnych Niemców ze wszystkich obszarów wiejskich we wschodniej części Warhegau - tylko 3250. Podczas wizyty szef miejscowej grupy, Kahlmann, opowiedział nam o walce o tożsamość narodową w latach obcego panowania, podczas których wspólnota zawsze miała niemieckiego naczelnika wioski, podobnie jak Polacy starali się pociągnąć za sobą poszczególnych Niemców z obietnicami, ponieważ nie mogli zrobić nic przeciwko zamkniętej społeczności niemieckiej. Zgłosił również powstanie gmin Galkówek i Zielona Góra - Grünberg, które, podobnie jak Wilhelmswalde, powstały około 140 lat temu w wyniku starań rządu pruskiego; dalej Łaznowska Wola - Grönbach, Wiończyń i inne, które zostały założone przez niemieckich osadników z udziałem właścicieli ziemskich".... 


                                 Borowa - szkoła - 2005 rok - zdjęcie Beate Jungnick.

Jeszcze tego samego dnia pojechałem do Borowej i zobaczyłem, że wejście na teren byłej szkoły nie jest zamknięte. Postanowiłem z bliska zrobić kilka zdjęć. Przeraził mnie stan budynku i teren wokół niego. Żadnego śladu po pięknych drzewach widocznych na zdjęciu z 2005 roku (pozostały powyrywane pinki), powybijane szyby w oknach, zawilgocenia....
Bardzo przykry widok, w tym momencie byłem przekonany, że to nie jest rement, tylko świadome przygotowania do wyburzenia.....
Popytałem wśród znajomych i okazało się, że mam rację. Szkoła z działką została sprzedana ileś lat temu. Prywatny inwestor może robić co chce, smutne, bardzo smutne. Zniszczony cmentarz ewangelicki znajdujący się po drugiej stronie drogi, kościół ewangelicki zniszczony po wojnie, wiele budynków pamiętających okres międzywojenny znika z dnia na dzień. Czy jest szansa aby to się zmieniło na lepsze?

Uczniowie przed szkołą w Borowej - z prywatnego zbioru Pani Edyty Nowickiej z domu Kopytek.

„Ich habe ein interessantes Thema für dich, Andrzej“ – so begann mein Kumpel Dominik Trojak gestern unser Telefongespräch.

„Ich war am Sonntag auf dem Weg nach Tomaszów und habe gesehen, dass die Dachdeckung der alten Schule in Borowa entfernt wurde...“

– Hast du vielleicht kurz Zeit, dort vorbeizufahren und eventuell mit den Mitarbeitern über dieses Kreuz zu sprechen?

Im vergangenen Jahr interessierte uns die Sache mit dem hölzernen Wegkreuz, das noch Anfang der 40er Jahre des letzten Jahrhunderts zwischen Borowa und Karpin stand. In Herbert Höfts Buch „Turbulente Zeiten“ wird eine interessante Geschichte im Zusammenhang mit Wegkreuzen beschrieben:

ENTFERNUNG VON KREUZEN

Polen war und ist ein katholisches Land. Katholiken verehren Maria, die Mutter Jesu, als Heilige. An besonderen Orten, wie Grenzübergängen und Wegkreuzungen, wurden in Polen üblicherweise große Holzkreuze aufgestellt, vor denen sich Katholiken ehrfürchtig verneigten. Das störte niemanden, bis unser Land von einem Gauleiter (Artur Greiser – meine Anmerkung) besucht wurde. Er bestand darauf, dass dieser „Unsinn“ im Wartland beseitigt werde. Der amtliche Kommissar erteilte den lokalen Behörden daher den Befehl:

„Die Kreuze müssen verschwinden.“ Mein Vater hatte von seinem Vater die Überzeugung übernommen, dass man die Heiligtümer anderer nicht zerstören darf. Als Dorfvorsteher musste er den Befehl jedoch ausführen. Er gab ihn an die benachbarten polnischen Bauern weiter und wies sie an: „Graben Sie das Kreuz aus und bringen Sie es zur Baustelle des Deutschen Hauses. Dort wird es mit Respekt als Balken verwendet werden. Ihr werdet wissen, wo es ist. Und wir werden unsere Ruhe haben.“ Genau so wurde dieser Befehl ausgeführt. Ich habe mir das Kreuz auf der Baustelle angesehen. Es war gutes Holz. Auf der Oberfläche war Harz zu sehen. Das sollte das Blut Christi sein. Das Deutsche Haus sollte ein Kulturhaus werden, in dem verschiedene Veranstaltungen stattfinden sollten. Heute ist es die polnische Schule im Dorf, und die Turnhalle dient auch zur Organisation von Tanzveranstaltungen. Nur wenige Polen wissen heute, dass ihr Kreuz, das einst zwischen Borowa und Karpin stand, in diesem Haus einen würdigen Platz gefunden hat.

Der Dorfvorsteher von Gałków Mały handelte anders. Zusammen mit seinem Knecht fällte er das Kreuz und verarbeitete es zu Brennholz. Für Katholiken war dies eine Entweihung des Heiligen. Seine Tat löste große Abneigung gegen ihn aus. Dafür wurde er Anfang 1945 zum Tode verurteilt.

Es ist kein Geheimnis, dass wir uns beide sehr für alles interessieren, was mit Borowa zu tun hat, und für dieses Gebäude im Besonderen. Während der deutschen Besatzung wurde es als Volkshaus oder Deutsches Haus bezeichnet. Es war nicht nur ein Ort für Versammlungen und Treffen der örtlichen Bauern und Einwohner, sondern auch für nationalistische Organisationen aus der gesamten Region.

Im Folgenden füge ich einige Auszüge aus Artikeln der Besatzungspresse zu diesem Gebäude ein:

Die Litzmannstädter Zeitung aus dem Jahr 1943 schreibt:

...„Es kommt nicht oft vor, dass sich Bauern und Bäuerinnen von weit entfernten Höfen in so großer Zahl ihrer lokalen Gruppe versammeln.

Daher war die Versammlung am Donnerstag im Deutschen Haus in Wilhelmswalde-Borowa ein beeindruckendes Ereignis für die deutsche Bevölkerung dieses Gebiets nahe der Grenze zum Generalgouvernement. Jugendliche und Männer aus den Abteilungen stellten sich vor dem Deutschen Haus auf, und als der Kreisleiter Mees zusammen mit dem Kreisbauernführer Bosse eintraf, ertönten von Seiten der Pimpf* Trommelwirbel. Was bereits die zahlreichen Kutschen und Pferdewagen vor dem Versammlungsort ankündigen, wird im Saal noch deutlicher. Männer und Frauen sitzen dicht gedrängt, und die Menge strömt weiter herein, sodass ein großer Teil der Anwesenden keine Plätze mehr finden kann.

Fahnen stehen vor der Bühne, und als die HJ und der BDM** ein Loblied singen, sind Gäste und Einwohner bereits zu einer großen Gemeinschaft verschmolzen, die auch Träger des deutschen Kulturerbes im östlichsten Teil unseres Warthelandes ist“....

Die Litzmannstadter Zeitung vom 11. Mai 1941 beschreibt unter anderem den Besuch von Gauleiter Greiser in Borowa am 10. Mai 1941:

..." Gegen Mittag traf Gauleiter Greiser in Löwenstadt (Brzezin) auf dem historischen Boden von Brzezin ein, wo er vom Bürgermeister, dem SA-Oberführer Jans, empfangen wurde. Der Bürgermeister übermittelte dem Gauleiter einen detaillierten Bericht über die politische Entwicklung von Löwenstadt und informierte ihn über den Stand der Planungsarbeiten. Auf dem Weg nach Wilhelmswalde (Borowa) begrüßten deutsche Jungen und Mädchen ihren Gauleiter wiederholt mit jubelnden Rufen, und zahlreiche Volksgenossen stellten sich am Straßenrand auf. Von weitem sichtbare Transparente drückten die Begrüßung aus, und das Auto des Gauleiters musste immer wieder anhalten, um die Grüße und Wünsche der Menschen entgegenzunehmen.

In Wilhelmswalde (Borowa) ergriff der Stellvertreter des Gauleiters, Bg. Schmalz, das Wort in einer bewegenden Rede, in der er dem Gauleiter für die bisherige Arbeit dankte. „Der Führer braucht euch und eure Arbeit, und ihr braucht den Führer“, rief der Redner aus, „und ihr werdet dafür sorgen, dass sich der Warthegau (Wartheland) eines Tages in keiner Hinsicht vom Alten Reich unterscheidet.“ Auch hier konnte Gauleiter Greiser der Partei seine Unterstützung und Hilfe bei der weiteren Arbeit zusichern. Besonders herzlich war der Abschied der Jugend vom Gauleiter“....

Auch in der Litzmannstadter Zeitung vom 2. Juli 1942 erschien ein großer Artikel (mit dem Foto unten) über die Einweihung des Volkshauses:

...“ Hätte man den treuen Einwohnern der alten deutschen Gemeinde Wilhelmswalde – deren Name auf den preußischen König Friedrich Wilhelm I. zurückgeht, der die Gemeinde vor nur fünf Jahren gegründet hatte – gesagt, dass deutsche Studenten eines Tages ungehindert ein Gemeindehaus für sie planen würden und dass dieses Gebäude im freien, Deutschen Reiches errichtet worden wäre, wäre dies für sie völlig unmöglich gewesen. In diesem längsten Straßendorf im östlichen Teil des Warthelandes, an der Grenze zum Generalgouvernement gelegen, war dies nicht zu erwarten, insbesondere in den Jahren 1935–36, als jene Deutschen, deren Großväter um 1800 aus dem Norden des Reiches in das Land gekommen waren, gemeinsam aufopferungsvoll eine deutsche Kirche bauten. Selbst als diese stets mutigen Nachfahren nach einem Brand auf einem Bauernhof eine eigene Schule gründen mussten, ahnten sie sicherlich nicht, dass eines Tages das Glück ihres eigenen deutschen Vereinsheims aufblühen würde.

Nun ist es jedoch an der Zeit, das schöne deutsche Haus in der Umgebung der Ortsgruppe Andrespol, zu der Wilhelswalde gehört, einzuweihen. Dies ist eine Belohnung für die stets deutsche Haltung dieser Ortsgruppe, der sich bereits mehrere hundert Deutsche aus dem ehemaligen Reichsgebiet angeschlossen haben und die mit nur 3250 die größte Zahl altgläubiger Deutscher aller ländlichen Gebiete im östlichen Teil des Warhegau aufweist. Während des Besuchs erzählte uns der Vorsitzende der Ortsgruppe, Kahlmann, vom Kampf um die nationale Identität in den Jahren der Fremdherrschaft, in denen die Gemeinde stets einen deutschen Dorfvorsteher hatte, während die Polen versuchten, einzelne Deutsche mit Versprechungen auf ihre Seite zu ziehen, da sie gegen die geschlossene deutsche Gemeinschaft nichts ausrichten konnten. Er erwähnte auch die Gründung der Gemeinden Galkówek und Zielona Góra – Grünberg, die ebenso wie Wilhelmswalde vor etwa 140 Jahren auf Betreiben der preußischen Regierung entstanden; ferner Łaznowska Wola – Grönbach, Wiończyń und andere, die von deutschen Siedlern unter Beteiligung von Grundbesitzern gegründet wurden“....

Noch am selben Tag fuhr ich nach Borowa und stellte fest, dass der Zugang zum Gelände der ehemaligen Schule nicht verschlossen war. Ich beschloss, aus der Nähe ein paar Fotos zu machen. Der Zustand des Gebäudes und der Umgebung erschreckte mich. Keine Spur von den schönen Bäumen, die auf dem Foto von 2005 zu sehen waren (es blieben nur herausgerissene Stümpfe zurück), zerbrochene Fensterscheiben, Feuchtigkeitsschäden....

Ein sehr trauriger Anblick, in diesem Moment war ich überzeugt, dass es sich nicht um Verfall handelte, sondern um bewusste Vorbereitungen für den Abriss.....

Ich habe mich bei Bekannten umgehört und es stellte sich heraus, dass ich Recht hatte. Die Schule mit dem Grundstück wurde vor einigen Jahren verkauft. Ein privater Investor kann tun, was er will – traurig, sehr traurig. Der zerstörte evangelische Friedhof auf der anderen Straßenseite, die nach dem Krieg zerstörte evangelische Kirche, viele Gebäude aus der Zwischenkriegszeit verschwinden von einem Tag auf den anderen. Gibt es eine Chance, dass sich das zum Besseren wendet?







poniedziałek, 11 maja 2026

Kołomyja - Kronika wypadków - 1935-38

 

Echo. 1935-11-26 R. 11 nr 329

Pożyczone dziecko pod stosem kamieni.

Z Kołomyi donoszą: Przed kilku laty zmarł w więzieniu skazany za nadużycie władzy urzędowej sekretarz gminny Łęczowski z Harasymowa pozostawiając żonę bez środków do życia. Łęczowska rozpoczęła romans z niejakim Uhryńczukiem, a po pewnym czasie oświadczyła mu. że czuje się matką. Nie było to jednak prawdą a kobieta dla upozorowania prawdziwości jej twierdzenia używała różnych zabiegów. W kilka miesięcy później, gdy się dowiedziała, że pewna kobieta w sąsiedniem miasteczku powiła bliźnięta, pożyczyła sobie dziecko od niej i okazała je swemu przyjacielowi jako własne. Uhrynczukowi nie pozostało nic innego. jak ożenić się z niewiastą. Niedługo jednak dała się utrzymać tajemnica nieistniejącego porodu i sprytna kobieta przyznała się przed mężem do odegrania komedii. Uhryńczukowa jednak zobowiązała się przy ..pożyczaniu" dziecka do wychowania go. Aby się pozbyć kłopotu wychowania obcego dziecka oboje wpadli na szatański pomysł. W czasie moczenia konopi utopili niemowie w strumyku, a następnie przykryli je łykiem i kamieniami. Sądzili zbrodniarze, że sprawa nie wyjdzie na jaw, gdyż matka dziecka była zadowolona, że pozbyła się dziecka. Przypadkowo jednak dwaj wieśniacy natknęli się przy przechodzeniu strumyka na zwłoki dziecka i sprawa się wydała. Oboje aresztowano. Wypadek ten wywołał wielkie wrażenie w całej okolicy.

Echo. 1935-12-20 R. 11 nr 353

1000 złotych nagrody wyznaczono za schwytanie bandyty Czepychy  

Z Kołomyi donoszą: W ostatnich dniach wzięła sprawa groźnego mordercy Czepychv sensacyjny obrót. Dotychczas nie udało sie wejść na trop bandyty, mimo licznych zbrodni, popełnionych w ostatnich czasach. W ostatnich dniach dokonał Czepycha ponownie kilku napadów rabunkowych po stronie rumuńskiej. Sposób dokonania zbrodni napawa strachem mieszkańców, to też napad Czepvchy wywołuje wszędzie panikę. Onegdaj odbyła się Wyżnicy (Rumunia) konferencja policji polskiej z żandarmerią rumuńską, w której ustalono nowa taktykę śledcza w sprawie Czepychy. W konferencji wziął udział komendant żandarm, rumuńskiej Petro Bolocan, który zorganizował specjalny aparat śledczy, złożony z wzmocnionych posterunków żandarmerii, oraz policji tajnej, jaka stale patrolować będzie w lasach pogranicznych polsko-rumuńskich, w okolicy północnej Bukowiny. Za ujęcie bandyty wyznaczono nagrodę w kwocie 1000 zł.

Echo. 1936-02-17 R. 12 nr 48

 Dziesięcioletni zabójca niemowlęcia. Dramat w chacie wieśniaczej

Z Kołomyi donoszą: — W Jaworowie pow. Kosów, w wiosce huculskiej obok Żabiego zdarzył sie tragiczny wypadek. Niejaka Iłena Senczuk. mieszkająca pod jednym dachem z rodziną niejakiego Stolaszczuka posiadała rewolwer bębenkowy, który pozostawił jej zmarły mąż. Rewolwer ten miała w swej torbie, którą powiesiła na ścianie. Tego samego dnia około godz. 3 gdy  Sańczukowa przebywała na podwórzu, padł nagle strzał. Okazało się, że 9 letni pasierb Stolaszczuka, Piotr Kopczuk wyjął z torby rewolwer i zastrzelił 6 miesięczne leżące w kołysce dziecko swego ojczyma, przyłożywszy mu lufę rewolweru do ust. Chłopiec instynktownie czuł nienawiść do dziecka, którem matka jego tak dalece się zajmowała, że zaniedbywała Piotra. Ojciec zastrzelonego dziecka zgłosił o wypadku na posterunku P. P.  Oczywiście młodociany morderca nie może być karany, a sad jedynie może zastosować do niego środki, wychowawcze.  

Echo. 1938-03-15 R. 14 nr 74

Dwaj chłopcy udusili starca. Potworna zbrodnia w samotnej chacie. 

Z Kołomyi donoszą: W ubiegłym roku zawiadomiono posterunek policyjny w Żabiu o śmierci 72-letniego Dmytra Szekieryka, którego zwłoki znaleziono w chacie na połoninie w Czarnohorze w pozycji klęczącej przy łóżku. Ponieważ żadnych na pozór znamion zbrodni nie zauważono, przeto starca pogrzebano. Dopiero po pewnym czasie rozeszła się wieść, że stary Szekieryk, który zażywał szeroko sławy najmądrzejszego gazdy, nie zmarł śmiercią naturalną... Po trzech tygodniach huculi spotkali na połoninie 13-letniego Jana Ferkulaka i 18-letniego jego brata, Dymitra, obu ubranych w części garderoby starego Szekieryka. Ferkalukowie wyjaśnili, że znaleźli na połoninie te rzeczy, lecz huculi w to nic uwierzyli i obu chłopców sprowadzili do posterunku policyjnego. Tu obaj przyznali się do zamordowania starca. Opowiedzieli oni, że ojciec wygnał ich z domu, błądzili jakiś czas po lesie i żywili się jagodami, a gdy głód im zbytnio począł dokuczać, odwiedzili Szekieryka, który ich gościnnie przyjął i wskazał łoże, aby się wyspali. W nocy obaj bracia starca udusili i obrabowali. Ekshumacja zwłok potwierdziła te zeznania. Lekarz stwierdził, że Szekieryka uduszono. Obecnie przed sądem odpowiadał tylko starszy Ferkaluk, gdyż co do młodszego sąd orzekł, że działał bez rozeznania. Przysięgli 12 głosami zatwierdzili pytanie w kierunku mordu rabunkowego, a trybunał skazał młodego mordercę na siedem lat więzienia

sobota, 2 maja 2026

Kołomyja i okolice - Kronika wypadków - 1927 - 1939

 

Głos Trybunalski : niezależny organ polityczny. 1927-12-18 R. 4 nr 290

Katastrofa kolejowa pod  K o ł o m y j ą

LWÓW. 17.12. (AW). Donoszą z Kołomyji, że w Matejowcach nastąpiła katastrofa kolejowa, wynikła ze zderzenia pociągu osobowego, idące go ze Lwowa do Sniatynia z pociągiem towarowym, stojącym na torze zapasowym stacji. Pociąg osobowy wjechał na tor ten na skutek złego nastawienia zwrotnicy, przyczem maszynista mimo danej przez siebie kontrpary, nie zdołał zahamować pociągu. Zderzenie było tak silne, iż kilka wagonów pociągu towarowego spiętrzyło się. W wyniku katastrofy kilkadziesiąt osób otrzymało lżejsze lub cięższe obrażenia, przyczem 11 osób jest ciężko rannych. Ną miejsce katastrofy wyjechały pociągi ratunkowe z Kołomyi i Stanisławowa. Pociągiem ze Stanisławowa przyjechała do Matejowiec komisja z wicedyrektorem dr. Grauerem na czele, która zarządziła aresztowanie urzędnika ruchu. Rannych na skutek katastrofy przewieziono do szpitala powszechnego w Kołomyji.

Echo. 1933-10-10 R. 9 nr 280

UPRZEJME LISTY BANDYTY wywołały panikę w miasteczku

Z Kołomyi donoszą: Wielokrotnie już donosiliśmy w , Echu" o niezwykłej zuchwałości głośnego opryszka Huculszczyzny, Andrzeja Czajkowskiego. Obecnie wypada zanotować nowy „kawał" tego nieuchwytnego bandyty, świadczący o tem, do jakich rozmiarów doszła już jego buta. Czajkowski wysłał przed kilkoma dniami pod adresem wielu zamożniejszych obywateli Zabłotowa listy następującej treści; ..Zawiadamiam W. Pana o swojem przybyciu i proszę uprzejmie o przygotowanie większej ilości gotówki do mej dyspozycji. Z poważaniem Andrzej Czajkowski. 

Łatwo zrozumieć, jaki strach padł na „wyróżnionych" przez Czajkowskiego obywateli zabłotowskich- , Policja ze swej strony poczyniła odpowiednie kroki celem ujęcia bandyty, by wreszcie położyć kres jego ..kawałom". 

Dziennik Piotrkowski : codzienne pismo polityczne i gospodarcze. 1935-07-30 R. 21 no 204

AWANTURY N A. POGRZEBIE . 

W Myszynie, niedaleko Kołomyi zmarło dziecko Antoniego Obuczaka. Obuczak był prawosławnym,  zachodziło więc pytanie, gdzie pochować dziecko, ponieważ w Myszvnie nie było cmentarza dla prawosławnv.ch. Starostwo kołomyjskie poleciło pochowanie dziecka na cmentarzu grecko-kokatolickim w niepoświęconem miejscu. Podczas pogrzebu  ludność zmusiła proboszcza parafji grecko-katolickiej do wyrażenia swej zgody na pochowanie dziecka w miejscu poświęconem, a nie na tym odcinku cmentarza gdzie chowano samobójców.

Ksiądz ustąpił, ale doniósł starostwu o awanturach, jakie poprzedziły pogrzeb i tem, że on został zmuszony do wyrażenia swej zgody.

Echo. 1935-10-18 R. 11 nr 290

Wesoły mecz oficerów z profesorami gimnazjum 

Z Kołomyi donoszą: Drużyna reprezentująca oficerów tut. garnizonu i drużyna złożona z profesorów szkół średnich rozegrała na dochód LOPP. zawody. Wyczynem starszawych emerytów piłkarskich towarzyszył gromki śmiech widowni. Rezultat 2:1 dla oficerów odpowiada przebiegowi gry. Najlepsi kapitan Jasiński, kpt. Abramek, por. Herman i por. Rusznica, który grał „na wesoło", poza tem z profesorów Mróz, Mul i Kot. Sędziował z należytą powagą inspektor okręgu szkolnego p. Mayer. W najbliższym czasie odbędzie się podobny mecz między oficerami a reprezentacją tut. sądu.

Echo. 1935-10-29 R. 11 nr 301

Dwa trupy pod kopcem. • TAJEMNICZA NOC SIERPNIOWA

Z Kołomyi donoszą: Policja otrzymała wiadomość o zbrodni w Budyłowie pow. Śniatyń. Mianowicie w piwnicy wykopane] w stodole wieśniaka Kejwana, pod pagórkiem ziem niaków natrafiła policja zmasakrowane zwłoki Anny Kejwan i jej syna z pierwszego małżeństwa Pawła Gregoraszczuka. W krzyżowym ogniu pytań przyznał się Jan Kejwan. że pewnej nocy sierpniowej w czasie snu. zamordował polanem drzewa żonę i pasierba, poczem dla zatarcia śladów przestępstwa zakopał ich w piwnicy, a policji doniósł o tajemniczem zniknięciu. Przyczyną morderstwa była okoliczność że Jan żądał od swej żony. by mu zapisała majątek, który Anna przeznaczyła na swego syna Pawła. Wobec kategorycznej odmowy, zamordował Kejwan żonę i jej syna. by w ten sposób otrzymać ewentualna schedę po nich gdyż poza nim nie mieli zamordowani żadnych innych spadkobierców. Cynicznego mordercę aresztowano i odstawiono do dyspozycji władz śledczych. 

Echo. 1935-10-30 R. 11 nr 302

Piechota — marynarce. Żbik na okręcie . 

Z Pokucia donoszą- Jeden z oficerów 49 pp. w Kołomyi upolował piękny okaz żbika w okolicznych lasach. W myśl propozycji pułk. dypl. Grabowskiego delegacja pułku odwiezie żbika do Gdyni. Piękny ten okaz zwierzęcia zostanie umieszczony na statku wojennym „Żbik" jako symbol łączności kresów południowowschodnich z morzem polskiem.

Echo. 1936-01-08 R. 12 nr 8

Nagi człowiek na torze. Podróżni świadkami strasznego wypadku

Z Kołomyi donoszą: Obok Zabłotowa wydarzył się tragiczny wypadek. Pociąg osobowy zdążający ze Śniatynia w kierunku Lwowa, przejechał na kilometrze 218 nieznanego na razie z nazwiska człowieka, przecinając go wpół. Przeprowadzone dochodzenia wykazały, że na kilka minut przed przyjazdem pociągu jakiś osobnik stał nad torem kolejewym i głośno szlochał. Następnie człowiek ten zrzucił i siebie wszystkie części garderoby i rozebrawszy się do naga, położył się na tor kolejowy. Zanim wieśniacy którzy to spostrzegli mogli zdążyć,  nadjechał pociąg. Zwłoki są tak zniekształcone, że osobnika nie można zidentyfikować, tembardziej, że w ubraniu nie znaleziono żadnych dokumentów ani zapisków. Tragiczny tem wypadek wywołał bardzo silne wrażenie na podróżnych.



Dziennik Narodowy. 1938-07-06 R. 24 nr 149

Wyrok w procesie „Buntu 1000 chłopów".

 Sąd Okręgowy w Kołomyi ogłosił wyrok w procesie, będącym echem „buntu tysiąca chłopów" przy rozbiórce stodoły w Tyszkowicach w Małopolsce Wschodniej. Przywódca buntu, Ukrainiec Iwan Skiba, skazany został na 1 rok więzienia, a przywódczyni kobiet Olena Kurowska — również na rok więzienia. Poza tem sąd skazał 34 oskarżonych na kary do 8 mies. więzienia.

Dziennik Piotrkowski. 1939-01-31 nr 31

Skazanie żony parocha 

Przed Sądem Okręgowym w Kołomyi stanęła Olga Bojaniakowa, żona parocha, oskarżonego o to, że w czasie utarczki słownej wyraziła się pogardliwie o herbie jednego członków związku szlachty zagrodowej. Oskarżona została skazana na 3 miesiące warunkowego aresztu.

Dziennik Piotrkowski. 1939-04-16 nr 103 [właśc. nr 104]

Za ruszczenie nazwisk polskich wyroki sądowe 

Ciągłe ruszczenie nazwisk polskich przez parochów wyznania grecko - katolickiego skłoniło władze do surowego karania podobnvch wykroczeń. Ostatnio podobna sprawa znalazła się wokandzie Sądu Okręgowego w Kołomyi. Oskarżony ks. grecko katolicki Mikołaj Tymkiw, wikary parafii w Żabciu. M. in. wydał trzy wyciągi metrykalne, podając na nich zniekształcone nazwiska polskie Pniowsyj, Kraszewskyj, Brusturskyj, mimo tego, iż są to nazwiska czysto polskie: Pniowski, Kraszewski i Brusterski. 

Mimo wykrętnych tłumaczeń Oskarżonego Sąd wydał wyrok, mocą którego ksiądz Tymkiw skazany został na trzykrotną karę 6 miesięcy więzienia.

Łączną karę 6 miesięcy zawieszono skazanemu na przeciąg 3 lat.

wtorek, 28 kwietnia 2026

Kołomyja - Ogłoszenia - Na wesoło - Express Niedzielny Ilustrowany - 1930


Express Niedzielny Ilustrowany. 1930-09-21 R. 8 nr 263

OGŁOSZENIA 

Trudno nie uśmiechnąć się przynajmniej przy porównywaniu tekstu dzisiejszych ogłoszeń z ogłoszeniami, jakie ukazywały się w pismach z przed stu laty. Przede wszystkiem zwraca uwagę ich forma, po drugie - niezwykła treść, niemal niezrozumiała dla nas, lub znana tylko z opowiadań i wspomnień. Dziś czas jest drogi, tempo tycia wzrosło o i kilkaset kilometrów na godzinę, nie ma więc miejsca ani czasu na rozwlekły styl. Pisma, w których ogłoszenia te ukazywały się są już przeważnie zniszczone. Tylko w niektórych domach i znaleźć jeszcze można na zakurzonych półkach i pożółkłe komplety owych rzadkich gazet. Niżej przytoczone ogłoszenia są właśnie rezultatem takich trudnych poszukiwań. Niektóre z tych ogłoszeń pochodzą z 1850 roku, większość zaś z czasów jeszcze dawniejszych. Oto kilka wzorów:



OSTRZEŻENIE

„Zabraniam niniejszem zarówno cukierniom jak i piekarniom pożyczania czegokolwiek mojemu Wilhelmowi. Po pierwsze dostaje on kieszonkowe, po drugie zaś psuje sobie żołądek słodyczami, które mu szkodzą jak mnie zapewnił dr. Eberhardt. Jest to więc łakomstwo, którego tolerować nie mogę. On otrzymuje co niedzielę swą porcję placka. F. Niemeier, fabrykant kart."

Z ŻAŁOBNEJ KARTY

"Męża mojego już nie ma. Nie chciał dłużej żyć. Gdyby nawet chciał. nie pozwoliłaby mu na to ciężka padagra. Skończył swój żywot w nocy z 10 na 11 lipca. Interes jego prowadzę nadal. Jednocześnie zawiadamiam, że nieprawdą jest, jakobym wyszła za mąż za mojego podmajstra. Mam zamiar wyjść za mąż za lekarza, który leczył mego męża i odnosił się doń z wielką miłością, tak iż mogę mieć do niego pełne zaufanie. O nieskładanie wizyt kondolencyjnych prosi nieutulona w żalu wdowa K. Gaber"


SPROSTOWANIE

"W ostatnich dniach odwiedziałem się o rzeczy wprost niewiarygodnej. Stolarz Schwotzer z Kołomyi posądza mnie o utrzymywanie stosunków z jego 60-letnią żoną. Jakkolwiek żona moja rozgrzeszyła mnie w zupełności, nie przywiązując żadnej wagi do tego oświadczenia, mimo to muszę się wytłumaczyć przed opinją publiczną i zaznaczam, że jeżeli wyżej wymieniony Schwotzer nie zaprzestanie rozpuszczania o mnie fałszywych pogłosek, w takim razie sprawę skieruję do władz cesarsko - sądowych. 

Wolfgang Windshei

MATRYMONIALNE

Mam 43 lata i od trzech lat jestem wdową. Zarabiam nieźle. Mogłabym wyżywić siebie i mężą. Jestem piękna. Wczoraj w teatrze ktoś zwrócił się do mnie per "panna". Posiadam gotówkę 1.400 talarów. Mam 27-letniego syna, który sam na siebie pracuje.

NIEWYPŁACALNOŚĆ.

Kto pożyczy pieniędzy mojemu synowi Efraimowi Joklowi, może się już z niemi pożegnać. Za Efraima Jokla nie płacę żadnych długów, gdyż mnie samemu ledwie starczy na utrzymanie. Niema więc mowy, ażebym płacił za obowiązania Efraima Jokla, którego uważam za własnego syna z musu, lecz nie z własnej woli.

Kazimierz Jokel.

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Kołomyja - Haculszczyzna - Kronika wypadków

 

Ilustrowana Republika. 1937-08-21 R. 15 nr 229

PO 22 LATACH POWRÓCIŁ Z WIELKIEJ WOJNY.

Lwów 20 sierpnia

Po 22-ch latach  nieobecności do Kołomyi były żołnierz austryjacki Taras Fundur, który dostał się podczas wojny światowej do rosyjskiej niewoli.

Po przewrocie bolszewickim osiedlił się w Rosji i - chociaż pozostawił w kraju dą żonę - ożenił się powtórnie z Rosjanką.

Obecnie przyjechał do Kołomyi wraz z żoną.

Rodziców nie zastał już przy życiu. Spotkał się natomiast ze swą pierwszą żoną, która po wieloletnim  daremnym oczekiwaniu na jego powrót - przed paru laty wyszła za mąż i jest matką trojga dzieci.

Nowy Kurjer Łódzki : dziennik polityczny, społeczny i literacki. 1915-02-17 R. 5 nr 47




Rozwój. 1912-09-07 No 205



Głos Polski : dziennik polityczny, społeczny i literacki. 1922-11-18 [właśc. 19] R. 5 nr 319 [właśc. 318]

DRAMAT MIŁOSNY.

Absolwent praw Józef Bernhaut, mieszkaniec Kołomyi, przyjechał do Łodzi do swojej narzeczonej, zarządzającej orkiestrą w "Gastromomji", Józefy T. Onegdaj po spożyciu kolacji, zakrapianej obficie wódką, udał się B. do Hotelu "Amerykańskiego" przy ulicy Zielonej 12. Wszedłszy do pokoju, zajmowanego przez swą narzeczoną, Bernhard wyjął rewolwer i strzelił sobie w serce. Kula przeszła na wylot obok serca. Zawezwany lekarz pogotowia pozostawił denata w stanie ciężkim na miejscu, gdyż obawa przed krwotokiem nie zezwoliła na zabranie go do szpitala.

Orędownik : ilustrowane pismo narodowe i katolickie : wydanie ł[ódzkie]. 1935-04-20 R. 65 nr 92

Napad rabunkowy L w ó w (TeL wl.) Wieczorem we wtorek dokonano zuchwałego napadu na dyrektora banku i kantoru wymiany w Kołomyi  Z. Krissa w chwili, gdy wracał do domu. Na schodach domu, gdzie Kriss mieszkał, zaczaił się napastnik, który uderzył znienacka dyrektora w głowę cięźkim żelazem. Rannego spostrzegli domownicy. Według orzeczenia lekarza, Kriss ma złamaną kość czaszkową. Jest on jeszcze przytomny, lecz stracił pamięć. Łupem bandyty padła teczka z pokaźną gotówką w walucie polskiej i zagranicznej oraz weksle na sumę 50.000 złotych. 

Głos Poranny : dziennik społeczny, polityczny i literacki. 1936-08-26 R. 8 nr 233



Orędownik : ilustrowane pismo narodowe i katolickie : wydanie ł[ódzkie]. 1936-09-18 R. 66 nr 217

Cztery złote na komunistów hiszpańskich 

War s z a w a. (Tel. wI.) Władze administracyjne w Kołomyi pociągnęły do odpowiedzialności przewodniczącą "Bundu" Gizelę Herman za urządzenie nielegalnej zbiórki publicznej na czerwoną milicję w Hiszpanji. Zebrano .aż ... 4 złote 20 gr. 

Orędownik : ilustrowane pismo narodowe i katolickie : wydanie ł[ódzkie]. 1936-11-18 R. 66 nr 269

Samochód wpadł do rzeki  L w ó w. (Tel. wł.) W piątek wieczorem wydarzyła się w Kołomyi przy moście nad Prutem katastrofa samochodowa. Z Kołomyi jechał samochód, kierowany przez nadkomisarza straży granicznej Wł. Ochańskiego, w kierunku Kosowa. Wskutek gęstej mgły samochód wjechał na nasyp kolejowy między mostem kolejowym a drogowym, a stamtąd z wysokości 6 metrów spadł do rzeki. ulegając doszczętnemu rozbiciu. Nadkomisarz Ochański oraz towarzysząca mu żona wraz z dwojgiem dzieci odnieśli ciężkie obrażenia. Zwłaszcza jedno dziecko zostało ciężko ranne. Na miejsce wypadku przybyła policja, straż pożarna oraz pluton pionierów, celem wydobycia samochodu. Rannych przewieziono do szpitala. 

Głos Poranny : dziennik społeczny, polityczny i literacki. 1937-07-16 R. 9 nr 192 [właśc. 193]


Trzej huculi żywcem pogrzebani przy szukaniu zbójnickiego skarbu

Z Kołomyi donoszą.: Tragiczną śmiercią. zginęło trzech hucułów, poszukujących legendarnego skarbu zbójnickiego. Na Kosowszczyźnie od dłuższego krążyły pogłoski, iż w szczelinie skalnej pod przysiółkiem Senycia kolo Krzyworówki ukryte są olbrzymie skarby słynnego zbójnika Dobosza. Iwan Gregoraszczuk, hucuł z Żabiego w czerwcu rozpoczął z kilkoma robotnikami poszukiwania skarbu, kopiąc we wskazanym miejscu jamę głębokości przeszło 7 metrów. 
Gdy przed kilku dniami Gregoraszczuk przyszedł z robotnikami do jamy, by kopać dalej, stwierdził, że jest ona całkowicie zasypana i że ktoś musiał pod zwałami ziemi ponieść śmierć. Zawiadomił o swoich spostrzeżeniach policję. Powtórnie rozkopano jamę i znaleziono na dnie zwłoki 60-letniego Jurki Gąsienickiego, oraz dwu innych hucułów, którzy na własną rękę szukali widocznie skarbów. 


Łodzianin : organ P.P.S. 1938-01-12 no 11


Łodzianin : organ P.P.S. 1938-05-10 no 129

LOT BALONÓW.
 W powiecie kołomyjskim i sąsiednich lądowały dalsze balony, które wystartowały z Mościc. Na polach w Zamolincach w odległości 2 km. od Kołomyi wylądował balon "Hel" z załogą kapitan Stencel i kapitan Osiński z Warszawy. Lądowanie odbyło się wczoraj o godz. 12 minut 50. W Załotowie powiat Śniatyn wylądował balon nie ustalonej nazwy około godz. 12 minut 30. Balon "Mazowsze" z załogą p.p. Ptasiński i Wrzesiński lądował o godz. 5 minut 58 rano na polach w rejonie miejscowości Serafince powiatu Horodenka. Lądowanie odbyło się bez wypadku.

Echo. 1938-09-03 R. 14 nr 244


Orędownik : ilustrowane pismo narodowe i katolickie : wydanie ł[ódzkie]. 1938-11-12 R. 68 nr 260

Wyrok w głośnym procesie komunistycznym.  17 oskarżonych skazano na 67 lat więzienia - Osoba głównego oskarżonego.  
S t a n i s ł a w ów, 10. 11. - W głośnym procesie komunistycznym mgr Naszkowskiego i tow., jaki się toczył przed Sądem w Stanisławowie, po przemówieniach obrońców, którzy w liczbie 16 bronili oskarżonych - zapadł wyrok, mocą. którego zostali skazani (w nawiasach lata więzienia): 1) mgr Marian Naszkowski (8 lat), 2) Chaim Ball (6 lat), 3) Ariel Schnudler (4 lata), 4) Chaja Schmidler (4 lata), 5) Fried Turtel (5 lat), 6) Eliza Lercher, absolwentka gimnazjum (2 lata i 6 miesięcy), 7) Sonia Morgenstern (2 lata), 8) Sala Fischler mająca ukończone 7 klas gimn. (5 lat i 6 miesięcy), 9) Abraham Haber (5 lat), 10) Soche Astman (7 lat), 11) Maksymilian Allwein, technik dentystyczny z Kołomyi (2 lata), 12) Włodzimierz Sydor z Nadwórnej (2 lata), 13) Iwan Fedorec z Lachowiec (1 rok i 6 miesięcy), 14) Józef Dmytriw z Markowiec (2 lata), 16) Andrzej Ożarko, stolarz z Dubowiec (2 lata i 6 miesięcy), 17) Klara Szpricówna (5 lat). Wszyscy skazani pozbawieni zostali praw obywatelskich i honorowych na przeciąg lat 10. 15 oskarżonych uniewinniono. Główny oskarżony mgr Marian Naszkowski jest, jak sam twierdzi, bezwyznaniowym, choć zapisany był jako rzymsko-katolicki. Pochodzi on z rodziny żydowskiej, która przeszła na katolicyzm. Naszkowski biegle włada językiem swych przodków - żargonem. Jako student był czynnym członkiem stowarzyszeń katolickich i tę jego działalność pewien odłam prasy, drukowanej w polskim języku, przede wszystkim wysuwa, przemilczając zupełnie żydowskie pochodzenie Naszkowskiego, którego imię i nazwisko wielu może zmylić. I przy tej okazji wychodzi na jaw jak bardzo słuszne jest żądanie, by różne Mońki Unsery nie przedzierżgały w Marianów Naszkowskich, aby w następnych pokoleniach powrócić do starych metod "pracy" dla ojczyzny, ułatwionych brzmieniem nazwiska.

Echo. 1938-12-30 R. 14 nr 362




Echo. 1939-03-03 R. 15 nr 62