czwartek, 14 maja 2026

Borowa - Szkoła - Przydrożne krzyże - Tragiczna historia.

 

Mam ciekawy temat dla ciebie Andrzeju - tak rozpoczął wczorajszą rozmowę telefoniczną mój kumpel Dominik Trojak. 
- Jechałem w niedzielę do Tomaszowa i zobaczyłem, że zdjęte jest poszycie dachowe na starej szkole w Borowej....
- Czy znajdziesz chwilkę czasu, aby tam podjechać i ewentualnie porozmawiać z pracownikami o tym krzyżu?
W ubiegłym roku zainteresowała nas sprawa przydrożnego, drewnianego krzyża który stał pomiędzy Borową i Karpinem jeszcze na początku lat 40-tych ubiegłego wieku. W książce Herberta Höfta "Turbulente Zeiten" jest opisana ciekawa historia związana z przydrożnymi krzyżami:

                                        USUWANIE KRZYŻY

Polska była i jest krajem katolickim. Katolicy czczą Marię, matkę Jezusa, jako świętą. W szczególnych miejscach, takich jak przejścia graniczne i skrzyżowania dróg, w Polsce zwyczajowo stawiano duże drewniane krzyże, przed którymi katolicy z szacunkiem się kłaniali. Nikomu to nie przeszkadzało, dopóki nasz region nie odwiedził gauleiter (Artur Greiser – mój przypisek). Nalegał on, aby w Kraju Warty usunięto tę „bzdurę”. Komisarz urzędowy wydał więc lokalnym władzom polecenie:

„Krzyże muszą zniknąć”. Mój ojciec przejął od swojego ojca przekonanie, że nie wolno niszczyć świętości innych. Jako sołtys musiał jednak wykonać rozkaz. Przekazał go sąsiadującym polskim chłopom i zalecił: „Wykopcie krzyż i zawieźcie go na plac budowy Niemieckiego Domu. Zostanie tam z szacunkiem wykorzystany jako belka. Będziecie wiedzieć, gdzie jest. A my będziemy mieli spokój”. Tak właśnie wykonano ten rozkaz. Obejrzałem krzyż na placu budowy. Było to dobre drewno. Na powierzchni widoczna była żywica. Miało to być krwią Chrystusa. Niemiecki dom miał stać się domem kultury, w którym odbywałyby się różne imprezy. Dziś jest to polska szkoła we wsi, a sala gimnastyczna służy również do organizacji potańcówek. Niewielu Polaków wie dziś, że ich krzyż, który kiedyś stał między Borową a Karpinem, znalazł godne miejsce w tym domu.

Sołtys w Gałkowa Małego postąpił inaczej. Wraz ze swoim parobkiem ściął krzyż i przerobił go na drewno opałowe. Było to zbezczeszczenie świętości dla katolików. Jego czyn wywołał wobec niego ogromną niechęć. Za to na początku 1945 roku został skazany na śmierć.

Nie jest tajemnicą, że obaj mocno interesujemy się wszystkim co jest związane z Borową, a tym budynkiem w szczególności. W okresie niemieckiej okupacji nazwano go Domem Ludowym lub Domem Niemieckim. Był on miejscem nie tylko zebrań i spotkań miejscowych rolników i mieszkańców, także nacjonalistycznych organizacji z całego regionu. 

Zamieszczam poniżej kilka skrótów artykułów z prasy okupacyjnej dotyczących tego budynku:

Litzmannstädter Zeitung z 1943 roku pisze:

..."Nieczęsto zdarza się, by rolnicy i rolniczki z odległych gospodarstw zbierali się w tak dużym gronie swojej lokalnej grupy.

    Dlatego też czwartkowy wiec w Domu Niemieckim w Wilhelmswalde - Borowa był imponującym wydarzeniem dla niemieckiej ludności tego obszaru położonego blisko granicy Generalnej Guberni. Młodzież i mężczyźni z oddziałów ustawili się przed Domem Niemieckim, a kiedy przybył przywódca okręgu Mees wraz z przywódcą okręgowym rolników Bosse, ze strony Pimpfów* rozległy się werble bębnów. To, co zapowiadają już liczne powozy i furmanki przed miejscem spotkania, staje się jeszcze bardziej wyraźne na sali. Mężczyźni i kobiety siedzą ściśnięci, a tłum wciąż się wlewa, tak że duża część przybyłych nie może już znaleźć miejsc.

    Flagi stoją przed sceną, a kiedy HJ i BDM** śpiewają pieśń pochwalną, goście i mieszkańcy stali się już jedną wielką wspólnotą, która jest również nosicielem niemieckiego testamentu kulturowego w najbardziej na wschód wysuniętej części naszego Kraju Warty"....

Litzmannstadter Zeitung z 11 maja 1941 opisuje wizytę Gauleitera Greisera m.innymi w Borowej 10 maja 1941 roku:

..."Około południa Gauleiter Greiser przybył do Löwenstladt (Brzezin) na historyczny grunt Brzezin, gdzie został powitany przez burmistrza S.A. Oberführera Jansa. Burmistrz przekazał Gauleiterowi szczegółowy raport o rozwoju politycznym Löwenstadt i poinformował go o stanie prac planistycznych. W drodze do Wilhelmswalde (Borowa) niemieccy chłopcy i dziewczęta wielokrotnie pozdrawiali swojego Gauleitera zbawiennymi okrzykami, a liczni Volksgenssenowie ustawiali się przy drodze. Widoczne z daleka transparenty wyrażały powitanie, a samochód Gauleitera musiał się raz po raz zatrzymywać, by przyjąć pozdrowienia i życzenia od ludzi.

     W Wilhemswald (Borowa) zastępca Gauleitera, Bg. Schmalz, zabrał głos w poruszającym przemówieniu, w którym wyraził podziękowanie Gauleitera za dotychczasową pracę. "Fuehrer potrzebuje was i waszej pracy, a wy potrzebujecie Fuehrera" - wykrzyknął mówca - "i dopilnujecie, aby Warthegau (Kraj Warty) nie różniło się kiedyś pod żadnym względem od Starej Rzeszy". Również tutaj Gauleiter Greiser mógł obiecać partii swoje wsparcie i pomoc w dalszej pracy. Szczególnie ciepłe było pożegnanie młodzieży z Gauleiterem"....

Także w Litzmannstadter Zeitung z 2 lipca 1942 roku zamieszczono duży artykuł (ze zdjęciem poniżej) poświęcony inauguracji Domu Ludowego:

..."Gdyby powiedzieć lojalnym mieszkańcom starej niemieckiej gminy Wilhelmswalde - ich nazwisko nawiązuje do pruskiego królewskiego imienia Fryderyka Wilhelma I, który założył gminę zaledwie pięć lat temu - że niemieccy studenci pewnego dnia bez przeszkód zaplanowaliby dla nich dom gminny i że budynek ten zostałby wzniesiony w wolnym, Wielkim Imperium Niemieckim, to byłoby to dla nich zupełnie niemożliwe. W tej najdłuższej wiosce ulicznej we wschodniej części Kraju Warty, położonej na granicy Generalnej Guberni, nie można było się tego spodziewać, zwłaszcza w latach 1935-36, kiedy to ci Niemcy, których dziadkowie przybyli do kraju z północy Rzeszy około 1800 roku, zbudowali wspólnie ofiarnie niemiecki kościół. Nawet gdy ci zawsze odważni przedstawiciele przodków musieli po pożarze założyć własną szkołę w gospodarstwie rolnym, na pewno nie podejrzewali, że pewnego dnia szczęście ich własnej niemieckiej świetlicy rozkwitnie. 






                                               Tak wyglądał ten budynek z 1942 roku...


                                           Tak wygląda obecnie - 13 maja 2026..........


    Ale teraz przyszedł czas na inaugurację pięknego niemieckiego domu w okolicy lokalnej grupy Andrespol, do której należy Wilhelswalde. Jest to nagroda za zawsze niemiecką postawę na tym terenie miejscowej grupy, do której dołączyło już kilkuset Niemców ze starego terytorium Rzeszy, a która ma największą liczbę starozakonnych Niemców ze wszystkich obszarów wiejskich we wschodniej części Warhegau - tylko 3250. Podczas wizyty szef miejscowej grupy, Kahlmann, opowiedział nam o walce o tożsamość narodową w latach obcego panowania, podczas których wspólnota zawsze miała niemieckiego naczelnika wioski, podobnie jak Polacy starali się pociągnąć za sobą poszczególnych Niemców z obietnicami, ponieważ nie mogli zrobić nic przeciwko zamkniętej społeczności niemieckiej. Zgłosił również powstanie gmin Galkówek i Zielona Góra - Grünberg, które, podobnie jak Wilhelmswalde, powstały około 140 lat temu w wyniku starań rządu pruskiego; dalej Łaznowska Wola - Grönbach, Wiończyń i inne, które zostały założone przez niemieckich osadników z udziałem właścicieli ziemskich".... 


                                 Borowa - szkoła - 2005 rok - zdjęcie Beate Jungnick.

Jeszcze tego samego dnia pojechałem do Borowej i zobaczyłem, że wejście na teren byłej szkoły nie jest zamknięte. Postanowiłem z bliska zrobić kilka zdjęć. Przeraził mnie stan budynku i teren wokół niego. Żadnego śladu po pięknych drzewach widocznych na zdjęciu z 2005 roku (pozostały powyrywane pinki), powybijane szyby w oknach, zawilgocenia....
Bardzo przykry widok, w tym momencie byłem przekonany, że to nie jest rement, tylko świadome przygotowania do wyburzenia.....
Popytałem wśród znajomych i okazało się, że mam rację. Szkoła z działką została sprzedana ileś lat temu. Prywatny inwestor może robić co chce, smutne, bardzo smutne. Zniszczony cmentarz ewangelicki znajdujący się po drugiej stronie drogi, kościół ewangelicki zniszczony po wojnie, wiele budynków pamiętających okres międzywojenny znika z dnia na dzień. Czy jest szansa aby to się zmieniło na lepsze?

Uczniowie przed szkołą w Borowej - z prywatnego zbioru Pani Edyty Nowickiej z domu Kopytek.

„Ich habe ein interessantes Thema für dich, Andrzej“ – so begann mein Kumpel Dominik Trojak gestern unser Telefongespräch.

„Ich war am Sonntag auf dem Weg nach Tomaszów und habe gesehen, dass die Dachdeckung der alten Schule in Borowa entfernt wurde...“

– Hast du vielleicht kurz Zeit, dort vorbeizufahren und eventuell mit den Mitarbeitern über dieses Kreuz zu sprechen?

Im vergangenen Jahr interessierte uns die Sache mit dem hölzernen Wegkreuz, das noch Anfang der 40er Jahre des letzten Jahrhunderts zwischen Borowa und Karpin stand. In Herbert Höfts Buch „Turbulente Zeiten“ wird eine interessante Geschichte im Zusammenhang mit Wegkreuzen beschrieben:

ENTFERNUNG VON KREUZEN

Polen war und ist ein katholisches Land. Katholiken verehren Maria, die Mutter Jesu, als Heilige. An besonderen Orten, wie Grenzübergängen und Wegkreuzungen, wurden in Polen üblicherweise große Holzkreuze aufgestellt, vor denen sich Katholiken ehrfürchtig verneigten. Das störte niemanden, bis unser Land von einem Gauleiter (Artur Greiser – meine Anmerkung) besucht wurde. Er bestand darauf, dass dieser „Unsinn“ im Wartland beseitigt werde. Der amtliche Kommissar erteilte den lokalen Behörden daher den Befehl:

„Die Kreuze müssen verschwinden.“ Mein Vater hatte von seinem Vater die Überzeugung übernommen, dass man die Heiligtümer anderer nicht zerstören darf. Als Dorfvorsteher musste er den Befehl jedoch ausführen. Er gab ihn an die benachbarten polnischen Bauern weiter und wies sie an: „Graben Sie das Kreuz aus und bringen Sie es zur Baustelle des Deutschen Hauses. Dort wird es mit Respekt als Balken verwendet werden. Ihr werdet wissen, wo es ist. Und wir werden unsere Ruhe haben.“ Genau so wurde dieser Befehl ausgeführt. Ich habe mir das Kreuz auf der Baustelle angesehen. Es war gutes Holz. Auf der Oberfläche war Harz zu sehen. Das sollte das Blut Christi sein. Das Deutsche Haus sollte ein Kulturhaus werden, in dem verschiedene Veranstaltungen stattfinden sollten. Heute ist es die polnische Schule im Dorf, und die Turnhalle dient auch zur Organisation von Tanzveranstaltungen. Nur wenige Polen wissen heute, dass ihr Kreuz, das einst zwischen Borowa und Karpin stand, in diesem Haus einen würdigen Platz gefunden hat.

Der Dorfvorsteher von Gałków Mały handelte anders. Zusammen mit seinem Knecht fällte er das Kreuz und verarbeitete es zu Brennholz. Für Katholiken war dies eine Entweihung des Heiligen. Seine Tat löste große Abneigung gegen ihn aus. Dafür wurde er Anfang 1945 zum Tode verurteilt.

Es ist kein Geheimnis, dass wir uns beide sehr für alles interessieren, was mit Borowa zu tun hat, und für dieses Gebäude im Besonderen. Während der deutschen Besatzung wurde es als Volkshaus oder Deutsches Haus bezeichnet. Es war nicht nur ein Ort für Versammlungen und Treffen der örtlichen Bauern und Einwohner, sondern auch für nationalistische Organisationen aus der gesamten Region.

Im Folgenden füge ich einige Auszüge aus Artikeln der Besatzungspresse zu diesem Gebäude ein:

Die Litzmannstädter Zeitung aus dem Jahr 1943 schreibt:

...„Es kommt nicht oft vor, dass sich Bauern und Bäuerinnen von weit entfernten Höfen in so großer Zahl ihrer lokalen Gruppe versammeln.

Daher war die Versammlung am Donnerstag im Deutschen Haus in Wilhelmswalde-Borowa ein beeindruckendes Ereignis für die deutsche Bevölkerung dieses Gebiets nahe der Grenze zum Generalgouvernement. Jugendliche und Männer aus den Abteilungen stellten sich vor dem Deutschen Haus auf, und als der Kreisleiter Mees zusammen mit dem Kreisbauernführer Bosse eintraf, ertönten von Seiten der Pimpf* Trommelwirbel. Was bereits die zahlreichen Kutschen und Pferdewagen vor dem Versammlungsort ankündigen, wird im Saal noch deutlicher. Männer und Frauen sitzen dicht gedrängt, und die Menge strömt weiter herein, sodass ein großer Teil der Anwesenden keine Plätze mehr finden kann.

Fahnen stehen vor der Bühne, und als die HJ und der BDM** ein Loblied singen, sind Gäste und Einwohner bereits zu einer großen Gemeinschaft verschmolzen, die auch Träger des deutschen Kulturerbes im östlichsten Teil unseres Warthelandes ist“....

Die Litzmannstadter Zeitung vom 11. Mai 1941 beschreibt unter anderem den Besuch von Gauleiter Greiser in Borowa am 10. Mai 1941:

..." Gegen Mittag traf Gauleiter Greiser in Löwenstadt (Brzezin) auf dem historischen Boden von Brzezin ein, wo er vom Bürgermeister, dem SA-Oberführer Jans, empfangen wurde. Der Bürgermeister übermittelte dem Gauleiter einen detaillierten Bericht über die politische Entwicklung von Löwenstadt und informierte ihn über den Stand der Planungsarbeiten. Auf dem Weg nach Wilhelmswalde (Borowa) begrüßten deutsche Jungen und Mädchen ihren Gauleiter wiederholt mit jubelnden Rufen, und zahlreiche Volksgenossen stellten sich am Straßenrand auf. Von weitem sichtbare Transparente drückten die Begrüßung aus, und das Auto des Gauleiters musste immer wieder anhalten, um die Grüße und Wünsche der Menschen entgegenzunehmen.

In Wilhelmswalde (Borowa) ergriff der Stellvertreter des Gauleiters, Bg. Schmalz, das Wort in einer bewegenden Rede, in der er dem Gauleiter für die bisherige Arbeit dankte. „Der Führer braucht euch und eure Arbeit, und ihr braucht den Führer“, rief der Redner aus, „und ihr werdet dafür sorgen, dass sich der Warthegau (Wartheland) eines Tages in keiner Hinsicht vom Alten Reich unterscheidet.“ Auch hier konnte Gauleiter Greiser der Partei seine Unterstützung und Hilfe bei der weiteren Arbeit zusichern. Besonders herzlich war der Abschied der Jugend vom Gauleiter“....

Auch in der Litzmannstadter Zeitung vom 2. Juli 1942 erschien ein großer Artikel (mit dem Foto unten) über die Einweihung des Volkshauses:

...“ Hätte man den treuen Einwohnern der alten deutschen Gemeinde Wilhelmswalde – deren Name auf den preußischen König Friedrich Wilhelm I. zurückgeht, der die Gemeinde vor nur fünf Jahren gegründet hatte – gesagt, dass deutsche Studenten eines Tages ungehindert ein Gemeindehaus für sie planen würden und dass dieses Gebäude im freien, Deutschen Reiches errichtet worden wäre, wäre dies für sie völlig unmöglich gewesen. In diesem längsten Straßendorf im östlichen Teil des Warthelandes, an der Grenze zum Generalgouvernement gelegen, war dies nicht zu erwarten, insbesondere in den Jahren 1935–36, als jene Deutschen, deren Großväter um 1800 aus dem Norden des Reiches in das Land gekommen waren, gemeinsam aufopferungsvoll eine deutsche Kirche bauten. Selbst als diese stets mutigen Nachfahren nach einem Brand auf einem Bauernhof eine eigene Schule gründen mussten, ahnten sie sicherlich nicht, dass eines Tages das Glück ihres eigenen deutschen Vereinsheims aufblühen würde.

Nun ist es jedoch an der Zeit, das schöne deutsche Haus in der Umgebung der Ortsgruppe Andrespol, zu der Wilhelswalde gehört, einzuweihen. Dies ist eine Belohnung für die stets deutsche Haltung dieser Ortsgruppe, der sich bereits mehrere hundert Deutsche aus dem ehemaligen Reichsgebiet angeschlossen haben und die mit nur 3250 die größte Zahl altgläubiger Deutscher aller ländlichen Gebiete im östlichen Teil des Warhegau aufweist. Während des Besuchs erzählte uns der Vorsitzende der Ortsgruppe, Kahlmann, vom Kampf um die nationale Identität in den Jahren der Fremdherrschaft, in denen die Gemeinde stets einen deutschen Dorfvorsteher hatte, während die Polen versuchten, einzelne Deutsche mit Versprechungen auf ihre Seite zu ziehen, da sie gegen die geschlossene deutsche Gemeinschaft nichts ausrichten konnten. Er erwähnte auch die Gründung der Gemeinden Galkówek und Zielona Góra – Grünberg, die ebenso wie Wilhelmswalde vor etwa 140 Jahren auf Betreiben der preußischen Regierung entstanden; ferner Łaznowska Wola – Grönbach, Wiończyń und andere, die von deutschen Siedlern unter Beteiligung von Grundbesitzern gegründet wurden“....

Noch am selben Tag fuhr ich nach Borowa und stellte fest, dass der Zugang zum Gelände der ehemaligen Schule nicht verschlossen war. Ich beschloss, aus der Nähe ein paar Fotos zu machen. Der Zustand des Gebäudes und der Umgebung erschreckte mich. Keine Spur von den schönen Bäumen, die auf dem Foto von 2005 zu sehen waren (es blieben nur herausgerissene Stümpfe zurück), zerbrochene Fensterscheiben, Feuchtigkeitsschäden....

Ein sehr trauriger Anblick, in diesem Moment war ich überzeugt, dass es sich nicht um Verfall handelte, sondern um bewusste Vorbereitungen für den Abriss.....

Ich habe mich bei Bekannten umgehört und es stellte sich heraus, dass ich Recht hatte. Die Schule mit dem Grundstück wurde vor einigen Jahren verkauft. Ein privater Investor kann tun, was er will – traurig, sehr traurig. Der zerstörte evangelische Friedhof auf der anderen Straßenseite, die nach dem Krieg zerstörte evangelische Kirche, viele Gebäude aus der Zwischenkriegszeit verschwinden von einem Tag auf den anderen. Gibt es eine Chance, dass sich das zum Besseren wendet?







poniedziałek, 11 maja 2026

Kołomyja - Kronika wypadków - 1935-38

 

Echo. 1935-11-26 R. 11 nr 329

Pożyczone dziecko pod stosem kamieni.

Z Kołomyi donoszą: Przed kilku laty zmarł w więzieniu skazany za nadużycie władzy urzędowej sekretarz gminny Łęczowski z Harasymowa pozostawiając żonę bez środków do życia. Łęczowska rozpoczęła romans z niejakim Uhryńczukiem, a po pewnym czasie oświadczyła mu. że czuje się matką. Nie było to jednak prawdą a kobieta dla upozorowania prawdziwości jej twierdzenia używała różnych zabiegów. W kilka miesięcy później, gdy się dowiedziała, że pewna kobieta w sąsiedniem miasteczku powiła bliźnięta, pożyczyła sobie dziecko od niej i okazała je swemu przyjacielowi jako własne. Uhrynczukowi nie pozostało nic innego. jak ożenić się z niewiastą. Niedługo jednak dała się utrzymać tajemnica nieistniejącego porodu i sprytna kobieta przyznała się przed mężem do odegrania komedii. Uhryńczukowa jednak zobowiązała się przy ..pożyczaniu" dziecka do wychowania go. Aby się pozbyć kłopotu wychowania obcego dziecka oboje wpadli na szatański pomysł. W czasie moczenia konopi utopili niemowie w strumyku, a następnie przykryli je łykiem i kamieniami. Sądzili zbrodniarze, że sprawa nie wyjdzie na jaw, gdyż matka dziecka była zadowolona, że pozbyła się dziecka. Przypadkowo jednak dwaj wieśniacy natknęli się przy przechodzeniu strumyka na zwłoki dziecka i sprawa się wydała. Oboje aresztowano. Wypadek ten wywołał wielkie wrażenie w całej okolicy.

Echo. 1935-12-20 R. 11 nr 353

1000 złotych nagrody wyznaczono za schwytanie bandyty Czepychy  

Z Kołomyi donoszą: W ostatnich dniach wzięła sprawa groźnego mordercy Czepychv sensacyjny obrót. Dotychczas nie udało sie wejść na trop bandyty, mimo licznych zbrodni, popełnionych w ostatnich czasach. W ostatnich dniach dokonał Czepycha ponownie kilku napadów rabunkowych po stronie rumuńskiej. Sposób dokonania zbrodni napawa strachem mieszkańców, to też napad Czepvchy wywołuje wszędzie panikę. Onegdaj odbyła się Wyżnicy (Rumunia) konferencja policji polskiej z żandarmerią rumuńską, w której ustalono nowa taktykę śledcza w sprawie Czepychy. W konferencji wziął udział komendant żandarm, rumuńskiej Petro Bolocan, który zorganizował specjalny aparat śledczy, złożony z wzmocnionych posterunków żandarmerii, oraz policji tajnej, jaka stale patrolować będzie w lasach pogranicznych polsko-rumuńskich, w okolicy północnej Bukowiny. Za ujęcie bandyty wyznaczono nagrodę w kwocie 1000 zł.

Echo. 1936-02-17 R. 12 nr 48

 Dziesięcioletni zabójca niemowlęcia. Dramat w chacie wieśniaczej

Z Kołomyi donoszą: — W Jaworowie pow. Kosów, w wiosce huculskiej obok Żabiego zdarzył sie tragiczny wypadek. Niejaka Iłena Senczuk. mieszkająca pod jednym dachem z rodziną niejakiego Stolaszczuka posiadała rewolwer bębenkowy, który pozostawił jej zmarły mąż. Rewolwer ten miała w swej torbie, którą powiesiła na ścianie. Tego samego dnia około godz. 3 gdy  Sańczukowa przebywała na podwórzu, padł nagle strzał. Okazało się, że 9 letni pasierb Stolaszczuka, Piotr Kopczuk wyjął z torby rewolwer i zastrzelił 6 miesięczne leżące w kołysce dziecko swego ojczyma, przyłożywszy mu lufę rewolweru do ust. Chłopiec instynktownie czuł nienawiść do dziecka, którem matka jego tak dalece się zajmowała, że zaniedbywała Piotra. Ojciec zastrzelonego dziecka zgłosił o wypadku na posterunku P. P.  Oczywiście młodociany morderca nie może być karany, a sad jedynie może zastosować do niego środki, wychowawcze.  

Echo. 1938-03-15 R. 14 nr 74

Dwaj chłopcy udusili starca. Potworna zbrodnia w samotnej chacie. 

Z Kołomyi donoszą: W ubiegłym roku zawiadomiono posterunek policyjny w Żabiu o śmierci 72-letniego Dmytra Szekieryka, którego zwłoki znaleziono w chacie na połoninie w Czarnohorze w pozycji klęczącej przy łóżku. Ponieważ żadnych na pozór znamion zbrodni nie zauważono, przeto starca pogrzebano. Dopiero po pewnym czasie rozeszła się wieść, że stary Szekieryk, który zażywał szeroko sławy najmądrzejszego gazdy, nie zmarł śmiercią naturalną... Po trzech tygodniach huculi spotkali na połoninie 13-letniego Jana Ferkulaka i 18-letniego jego brata, Dymitra, obu ubranych w części garderoby starego Szekieryka. Ferkalukowie wyjaśnili, że znaleźli na połoninie te rzeczy, lecz huculi w to nic uwierzyli i obu chłopców sprowadzili do posterunku policyjnego. Tu obaj przyznali się do zamordowania starca. Opowiedzieli oni, że ojciec wygnał ich z domu, błądzili jakiś czas po lesie i żywili się jagodami, a gdy głód im zbytnio począł dokuczać, odwiedzili Szekieryka, który ich gościnnie przyjął i wskazał łoże, aby się wyspali. W nocy obaj bracia starca udusili i obrabowali. Ekshumacja zwłok potwierdziła te zeznania. Lekarz stwierdził, że Szekieryka uduszono. Obecnie przed sądem odpowiadał tylko starszy Ferkaluk, gdyż co do młodszego sąd orzekł, że działał bez rozeznania. Przysięgli 12 głosami zatwierdzili pytanie w kierunku mordu rabunkowego, a trybunał skazał młodego mordercę na siedem lat więzienia

sobota, 2 maja 2026

Kołomyja i okolice - Kronika wypadków - 1927 - 1939

 

Głos Trybunalski : niezależny organ polityczny. 1927-12-18 R. 4 nr 290

Katastrofa kolejowa pod  K o ł o m y j ą

LWÓW. 17.12. (AW). Donoszą z Kołomyji, że w Matejowcach nastąpiła katastrofa kolejowa, wynikła ze zderzenia pociągu osobowego, idące go ze Lwowa do Sniatynia z pociągiem towarowym, stojącym na torze zapasowym stacji. Pociąg osobowy wjechał na tor ten na skutek złego nastawienia zwrotnicy, przyczem maszynista mimo danej przez siebie kontrpary, nie zdołał zahamować pociągu. Zderzenie było tak silne, iż kilka wagonów pociągu towarowego spiętrzyło się. W wyniku katastrofy kilkadziesiąt osób otrzymało lżejsze lub cięższe obrażenia, przyczem 11 osób jest ciężko rannych. Ną miejsce katastrofy wyjechały pociągi ratunkowe z Kołomyi i Stanisławowa. Pociągiem ze Stanisławowa przyjechała do Matejowiec komisja z wicedyrektorem dr. Grauerem na czele, która zarządziła aresztowanie urzędnika ruchu. Rannych na skutek katastrofy przewieziono do szpitala powszechnego w Kołomyji.

Echo. 1933-10-10 R. 9 nr 280

UPRZEJME LISTY BANDYTY wywołały panikę w miasteczku

Z Kołomyi donoszą: Wielokrotnie już donosiliśmy w , Echu" o niezwykłej zuchwałości głośnego opryszka Huculszczyzny, Andrzeja Czajkowskiego. Obecnie wypada zanotować nowy „kawał" tego nieuchwytnego bandyty, świadczący o tem, do jakich rozmiarów doszła już jego buta. Czajkowski wysłał przed kilkoma dniami pod adresem wielu zamożniejszych obywateli Zabłotowa listy następującej treści; ..Zawiadamiam W. Pana o swojem przybyciu i proszę uprzejmie o przygotowanie większej ilości gotówki do mej dyspozycji. Z poważaniem Andrzej Czajkowski. 

Łatwo zrozumieć, jaki strach padł na „wyróżnionych" przez Czajkowskiego obywateli zabłotowskich- , Policja ze swej strony poczyniła odpowiednie kroki celem ujęcia bandyty, by wreszcie położyć kres jego ..kawałom". 

Dziennik Piotrkowski : codzienne pismo polityczne i gospodarcze. 1935-07-30 R. 21 no 204

AWANTURY N A. POGRZEBIE . 

W Myszynie, niedaleko Kołomyi zmarło dziecko Antoniego Obuczaka. Obuczak był prawosławnym,  zachodziło więc pytanie, gdzie pochować dziecko, ponieważ w Myszvnie nie było cmentarza dla prawosławnv.ch. Starostwo kołomyjskie poleciło pochowanie dziecka na cmentarzu grecko-kokatolickim w niepoświęconem miejscu. Podczas pogrzebu  ludność zmusiła proboszcza parafji grecko-katolickiej do wyrażenia swej zgody na pochowanie dziecka w miejscu poświęconem, a nie na tym odcinku cmentarza gdzie chowano samobójców.

Ksiądz ustąpił, ale doniósł starostwu o awanturach, jakie poprzedziły pogrzeb i tem, że on został zmuszony do wyrażenia swej zgody.

Echo. 1935-10-18 R. 11 nr 290

Wesoły mecz oficerów z profesorami gimnazjum 

Z Kołomyi donoszą: Drużyna reprezentująca oficerów tut. garnizonu i drużyna złożona z profesorów szkół średnich rozegrała na dochód LOPP. zawody. Wyczynem starszawych emerytów piłkarskich towarzyszył gromki śmiech widowni. Rezultat 2:1 dla oficerów odpowiada przebiegowi gry. Najlepsi kapitan Jasiński, kpt. Abramek, por. Herman i por. Rusznica, który grał „na wesoło", poza tem z profesorów Mróz, Mul i Kot. Sędziował z należytą powagą inspektor okręgu szkolnego p. Mayer. W najbliższym czasie odbędzie się podobny mecz między oficerami a reprezentacją tut. sądu.

Echo. 1935-10-29 R. 11 nr 301

Dwa trupy pod kopcem. • TAJEMNICZA NOC SIERPNIOWA

Z Kołomyi donoszą: Policja otrzymała wiadomość o zbrodni w Budyłowie pow. Śniatyń. Mianowicie w piwnicy wykopane] w stodole wieśniaka Kejwana, pod pagórkiem ziem niaków natrafiła policja zmasakrowane zwłoki Anny Kejwan i jej syna z pierwszego małżeństwa Pawła Gregoraszczuka. W krzyżowym ogniu pytań przyznał się Jan Kejwan. że pewnej nocy sierpniowej w czasie snu. zamordował polanem drzewa żonę i pasierba, poczem dla zatarcia śladów przestępstwa zakopał ich w piwnicy, a policji doniósł o tajemniczem zniknięciu. Przyczyną morderstwa była okoliczność że Jan żądał od swej żony. by mu zapisała majątek, który Anna przeznaczyła na swego syna Pawła. Wobec kategorycznej odmowy, zamordował Kejwan żonę i jej syna. by w ten sposób otrzymać ewentualna schedę po nich gdyż poza nim nie mieli zamordowani żadnych innych spadkobierców. Cynicznego mordercę aresztowano i odstawiono do dyspozycji władz śledczych. 

Echo. 1935-10-30 R. 11 nr 302

Piechota — marynarce. Żbik na okręcie . 

Z Pokucia donoszą- Jeden z oficerów 49 pp. w Kołomyi upolował piękny okaz żbika w okolicznych lasach. W myśl propozycji pułk. dypl. Grabowskiego delegacja pułku odwiezie żbika do Gdyni. Piękny ten okaz zwierzęcia zostanie umieszczony na statku wojennym „Żbik" jako symbol łączności kresów południowowschodnich z morzem polskiem.

Echo. 1936-01-08 R. 12 nr 8

Nagi człowiek na torze. Podróżni świadkami strasznego wypadku

Z Kołomyi donoszą: Obok Zabłotowa wydarzył się tragiczny wypadek. Pociąg osobowy zdążający ze Śniatynia w kierunku Lwowa, przejechał na kilometrze 218 nieznanego na razie z nazwiska człowieka, przecinając go wpół. Przeprowadzone dochodzenia wykazały, że na kilka minut przed przyjazdem pociągu jakiś osobnik stał nad torem kolejewym i głośno szlochał. Następnie człowiek ten zrzucił i siebie wszystkie części garderoby i rozebrawszy się do naga, położył się na tor kolejowy. Zanim wieśniacy którzy to spostrzegli mogli zdążyć,  nadjechał pociąg. Zwłoki są tak zniekształcone, że osobnika nie można zidentyfikować, tembardziej, że w ubraniu nie znaleziono żadnych dokumentów ani zapisków. Tragiczny tem wypadek wywołał bardzo silne wrażenie na podróżnych.



Dziennik Narodowy. 1938-07-06 R. 24 nr 149

Wyrok w procesie „Buntu 1000 chłopów".

 Sąd Okręgowy w Kołomyi ogłosił wyrok w procesie, będącym echem „buntu tysiąca chłopów" przy rozbiórce stodoły w Tyszkowicach w Małopolsce Wschodniej. Przywódca buntu, Ukrainiec Iwan Skiba, skazany został na 1 rok więzienia, a przywódczyni kobiet Olena Kurowska — również na rok więzienia. Poza tem sąd skazał 34 oskarżonych na kary do 8 mies. więzienia.

Dziennik Piotrkowski. 1939-01-31 nr 31

Skazanie żony parocha 

Przed Sądem Okręgowym w Kołomyi stanęła Olga Bojaniakowa, żona parocha, oskarżonego o to, że w czasie utarczki słownej wyraziła się pogardliwie o herbie jednego członków związku szlachty zagrodowej. Oskarżona została skazana na 3 miesiące warunkowego aresztu.

Dziennik Piotrkowski. 1939-04-16 nr 103 [właśc. nr 104]

Za ruszczenie nazwisk polskich wyroki sądowe 

Ciągłe ruszczenie nazwisk polskich przez parochów wyznania grecko - katolickiego skłoniło władze do surowego karania podobnvch wykroczeń. Ostatnio podobna sprawa znalazła się wokandzie Sądu Okręgowego w Kołomyi. Oskarżony ks. grecko katolicki Mikołaj Tymkiw, wikary parafii w Żabciu. M. in. wydał trzy wyciągi metrykalne, podając na nich zniekształcone nazwiska polskie Pniowsyj, Kraszewskyj, Brusturskyj, mimo tego, iż są to nazwiska czysto polskie: Pniowski, Kraszewski i Brusterski. 

Mimo wykrętnych tłumaczeń Oskarżonego Sąd wydał wyrok, mocą którego ksiądz Tymkiw skazany został na trzykrotną karę 6 miesięcy więzienia.

Łączną karę 6 miesięcy zawieszono skazanemu na przeciąg 3 lat.

wtorek, 28 kwietnia 2026

Kołomyja - Ogłoszenia - Na wesoło - Express Niedzielny Ilustrowany - 1930


Express Niedzielny Ilustrowany. 1930-09-21 R. 8 nr 263

OGŁOSZENIA 

Trudno nie uśmiechnąć się przynajmniej przy porównywaniu tekstu dzisiejszych ogłoszeń z ogłoszeniami, jakie ukazywały się w pismach z przed stu laty. Przede wszystkiem zwraca uwagę ich forma, po drugie - niezwykła treść, niemal niezrozumiała dla nas, lub znana tylko z opowiadań i wspomnień. Dziś czas jest drogi, tempo tycia wzrosło o i kilkaset kilometrów na godzinę, nie ma więc miejsca ani czasu na rozwlekły styl. Pisma, w których ogłoszenia te ukazywały się są już przeważnie zniszczone. Tylko w niektórych domach i znaleźć jeszcze można na zakurzonych półkach i pożółkłe komplety owych rzadkich gazet. Niżej przytoczone ogłoszenia są właśnie rezultatem takich trudnych poszukiwań. Niektóre z tych ogłoszeń pochodzą z 1850 roku, większość zaś z czasów jeszcze dawniejszych. Oto kilka wzorów:



OSTRZEŻENIE

„Zabraniam niniejszem zarówno cukierniom jak i piekarniom pożyczania czegokolwiek mojemu Wilhelmowi. Po pierwsze dostaje on kieszonkowe, po drugie zaś psuje sobie żołądek słodyczami, które mu szkodzą jak mnie zapewnił dr. Eberhardt. Jest to więc łakomstwo, którego tolerować nie mogę. On otrzymuje co niedzielę swą porcję placka. F. Niemeier, fabrykant kart."

Z ŻAŁOBNEJ KARTY

"Męża mojego już nie ma. Nie chciał dłużej żyć. Gdyby nawet chciał. nie pozwoliłaby mu na to ciężka padagra. Skończył swój żywot w nocy z 10 na 11 lipca. Interes jego prowadzę nadal. Jednocześnie zawiadamiam, że nieprawdą jest, jakobym wyszła za mąż za mojego podmajstra. Mam zamiar wyjść za mąż za lekarza, który leczył mego męża i odnosił się doń z wielką miłością, tak iż mogę mieć do niego pełne zaufanie. O nieskładanie wizyt kondolencyjnych prosi nieutulona w żalu wdowa K. Gaber"


SPROSTOWANIE

"W ostatnich dniach odwiedziałem się o rzeczy wprost niewiarygodnej. Stolarz Schwotzer z Kołomyi posądza mnie o utrzymywanie stosunków z jego 60-letnią żoną. Jakkolwiek żona moja rozgrzeszyła mnie w zupełności, nie przywiązując żadnej wagi do tego oświadczenia, mimo to muszę się wytłumaczyć przed opinją publiczną i zaznaczam, że jeżeli wyżej wymieniony Schwotzer nie zaprzestanie rozpuszczania o mnie fałszywych pogłosek, w takim razie sprawę skieruję do władz cesarsko - sądowych. 

Wolfgang Windshei

MATRYMONIALNE

Mam 43 lata i od trzech lat jestem wdową. Zarabiam nieźle. Mogłabym wyżywić siebie i mężą. Jestem piękna. Wczoraj w teatrze ktoś zwrócił się do mnie per "panna". Posiadam gotówkę 1.400 talarów. Mam 27-letniego syna, który sam na siebie pracuje.

NIEWYPŁACALNOŚĆ.

Kto pożyczy pieniędzy mojemu synowi Efraimowi Joklowi, może się już z niemi pożegnać. Za Efraima Jokla nie płacę żadnych długów, gdyż mnie samemu ledwie starczy na utrzymanie. Niema więc mowy, ażebym płacił za obowiązania Efraima Jokla, którego uważam za własnego syna z musu, lecz nie z własnej woli.

Kazimierz Jokel.

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Kołomyja - Haculszczyzna - Kronika wypadków

 

Ilustrowana Republika. 1937-08-21 R. 15 nr 229

PO 22 LATACH POWRÓCIŁ Z WIELKIEJ WOJNY.

Lwów 20 sierpnia

Po 22-ch latach  nieobecności do Kołomyi były żołnierz austryjacki Taras Fundur, który dostał się podczas wojny światowej do rosyjskiej niewoli.

Po przewrocie bolszewickim osiedlił się w Rosji i - chociaż pozostawił w kraju dą żonę - ożenił się powtórnie z Rosjanką.

Obecnie przyjechał do Kołomyi wraz z żoną.

Rodziców nie zastał już przy życiu. Spotkał się natomiast ze swą pierwszą żoną, która po wieloletnim  daremnym oczekiwaniu na jego powrót - przed paru laty wyszła za mąż i jest matką trojga dzieci.

Nowy Kurjer Łódzki : dziennik polityczny, społeczny i literacki. 1915-02-17 R. 5 nr 47




Rozwój. 1912-09-07 No 205



Głos Polski : dziennik polityczny, społeczny i literacki. 1922-11-18 [właśc. 19] R. 5 nr 319 [właśc. 318]

DRAMAT MIŁOSNY.

Absolwent praw Józef Bernhaut, mieszkaniec Kołomyi, przyjechał do Łodzi do swojej narzeczonej, zarządzającej orkiestrą w "Gastromomji", Józefy T. Onegdaj po spożyciu kolacji, zakrapianej obficie wódką, udał się B. do Hotelu "Amerykańskiego" przy ulicy Zielonej 12. Wszedłszy do pokoju, zajmowanego przez swą narzeczoną, Bernhard wyjął rewolwer i strzelił sobie w serce. Kula przeszła na wylot obok serca. Zawezwany lekarz pogotowia pozostawił denata w stanie ciężkim na miejscu, gdyż obawa przed krwotokiem nie zezwoliła na zabranie go do szpitala.

Orędownik : ilustrowane pismo narodowe i katolickie : wydanie ł[ódzkie]. 1935-04-20 R. 65 nr 92

Napad rabunkowy L w ó w (TeL wl.) Wieczorem we wtorek dokonano zuchwałego napadu na dyrektora banku i kantoru wymiany w Kołomyi  Z. Krissa w chwili, gdy wracał do domu. Na schodach domu, gdzie Kriss mieszkał, zaczaił się napastnik, który uderzył znienacka dyrektora w głowę cięźkim żelazem. Rannego spostrzegli domownicy. Według orzeczenia lekarza, Kriss ma złamaną kość czaszkową. Jest on jeszcze przytomny, lecz stracił pamięć. Łupem bandyty padła teczka z pokaźną gotówką w walucie polskiej i zagranicznej oraz weksle na sumę 50.000 złotych. 

Głos Poranny : dziennik społeczny, polityczny i literacki. 1936-08-26 R. 8 nr 233



Orędownik : ilustrowane pismo narodowe i katolickie : wydanie ł[ódzkie]. 1936-09-18 R. 66 nr 217

Cztery złote na komunistów hiszpańskich 

War s z a w a. (Tel. wI.) Władze administracyjne w Kołomyi pociągnęły do odpowiedzialności przewodniczącą "Bundu" Gizelę Herman za urządzenie nielegalnej zbiórki publicznej na czerwoną milicję w Hiszpanji. Zebrano .aż ... 4 złote 20 gr. 

Orędownik : ilustrowane pismo narodowe i katolickie : wydanie ł[ódzkie]. 1936-11-18 R. 66 nr 269

Samochód wpadł do rzeki  L w ó w. (Tel. wł.) W piątek wieczorem wydarzyła się w Kołomyi przy moście nad Prutem katastrofa samochodowa. Z Kołomyi jechał samochód, kierowany przez nadkomisarza straży granicznej Wł. Ochańskiego, w kierunku Kosowa. Wskutek gęstej mgły samochód wjechał na nasyp kolejowy między mostem kolejowym a drogowym, a stamtąd z wysokości 6 metrów spadł do rzeki. ulegając doszczętnemu rozbiciu. Nadkomisarz Ochański oraz towarzysząca mu żona wraz z dwojgiem dzieci odnieśli ciężkie obrażenia. Zwłaszcza jedno dziecko zostało ciężko ranne. Na miejsce wypadku przybyła policja, straż pożarna oraz pluton pionierów, celem wydobycia samochodu. Rannych przewieziono do szpitala. 

Głos Poranny : dziennik społeczny, polityczny i literacki. 1937-07-16 R. 9 nr 192 [właśc. 193]


Trzej huculi żywcem pogrzebani przy szukaniu zbójnickiego skarbu

Z Kołomyi donoszą.: Tragiczną śmiercią. zginęło trzech hucułów, poszukujących legendarnego skarbu zbójnickiego. Na Kosowszczyźnie od dłuższego krążyły pogłoski, iż w szczelinie skalnej pod przysiółkiem Senycia kolo Krzyworówki ukryte są olbrzymie skarby słynnego zbójnika Dobosza. Iwan Gregoraszczuk, hucuł z Żabiego w czerwcu rozpoczął z kilkoma robotnikami poszukiwania skarbu, kopiąc we wskazanym miejscu jamę głębokości przeszło 7 metrów. 
Gdy przed kilku dniami Gregoraszczuk przyszedł z robotnikami do jamy, by kopać dalej, stwierdził, że jest ona całkowicie zasypana i że ktoś musiał pod zwałami ziemi ponieść śmierć. Zawiadomił o swoich spostrzeżeniach policję. Powtórnie rozkopano jamę i znaleziono na dnie zwłoki 60-letniego Jurki Gąsienickiego, oraz dwu innych hucułów, którzy na własną rękę szukali widocznie skarbów. 


Łodzianin : organ P.P.S. 1938-01-12 no 11


Łodzianin : organ P.P.S. 1938-05-10 no 129

LOT BALONÓW.
 W powiecie kołomyjskim i sąsiednich lądowały dalsze balony, które wystartowały z Mościc. Na polach w Zamolincach w odległości 2 km. od Kołomyi wylądował balon "Hel" z załogą kapitan Stencel i kapitan Osiński z Warszawy. Lądowanie odbyło się wczoraj o godz. 12 minut 50. W Załotowie powiat Śniatyn wylądował balon nie ustalonej nazwy około godz. 12 minut 30. Balon "Mazowsze" z załogą p.p. Ptasiński i Wrzesiński lądował o godz. 5 minut 58 rano na polach w rejonie miejscowości Serafince powiatu Horodenka. Lądowanie odbyło się bez wypadku.

Echo. 1938-09-03 R. 14 nr 244


Orędownik : ilustrowane pismo narodowe i katolickie : wydanie ł[ódzkie]. 1938-11-12 R. 68 nr 260

Wyrok w głośnym procesie komunistycznym.  17 oskarżonych skazano na 67 lat więzienia - Osoba głównego oskarżonego.  
S t a n i s ł a w ów, 10. 11. - W głośnym procesie komunistycznym mgr Naszkowskiego i tow., jaki się toczył przed Sądem w Stanisławowie, po przemówieniach obrońców, którzy w liczbie 16 bronili oskarżonych - zapadł wyrok, mocą. którego zostali skazani (w nawiasach lata więzienia): 1) mgr Marian Naszkowski (8 lat), 2) Chaim Ball (6 lat), 3) Ariel Schnudler (4 lata), 4) Chaja Schmidler (4 lata), 5) Fried Turtel (5 lat), 6) Eliza Lercher, absolwentka gimnazjum (2 lata i 6 miesięcy), 7) Sonia Morgenstern (2 lata), 8) Sala Fischler mająca ukończone 7 klas gimn. (5 lat i 6 miesięcy), 9) Abraham Haber (5 lat), 10) Soche Astman (7 lat), 11) Maksymilian Allwein, technik dentystyczny z Kołomyi (2 lata), 12) Włodzimierz Sydor z Nadwórnej (2 lata), 13) Iwan Fedorec z Lachowiec (1 rok i 6 miesięcy), 14) Józef Dmytriw z Markowiec (2 lata), 16) Andrzej Ożarko, stolarz z Dubowiec (2 lata i 6 miesięcy), 17) Klara Szpricówna (5 lat). Wszyscy skazani pozbawieni zostali praw obywatelskich i honorowych na przeciąg lat 10. 15 oskarżonych uniewinniono. Główny oskarżony mgr Marian Naszkowski jest, jak sam twierdzi, bezwyznaniowym, choć zapisany był jako rzymsko-katolicki. Pochodzi on z rodziny żydowskiej, która przeszła na katolicyzm. Naszkowski biegle włada językiem swych przodków - żargonem. Jako student był czynnym członkiem stowarzyszeń katolickich i tę jego działalność pewien odłam prasy, drukowanej w polskim języku, przede wszystkim wysuwa, przemilczając zupełnie żydowskie pochodzenie Naszkowskiego, którego imię i nazwisko wielu może zmylić. I przy tej okazji wychodzi na jaw jak bardzo słuszne jest żądanie, by różne Mońki Unsery nie przedzierżgały w Marianów Naszkowskich, aby w następnych pokoleniach powrócić do starych metod "pracy" dla ojczyzny, ułatwionych brzmieniem nazwiska.

Echo. 1938-12-30 R. 14 nr 362




Echo. 1939-03-03 R. 15 nr 62



niedziela, 26 kwietnia 2026

Kołomyja - Worochta - Haculszczyzna - Kronika wypadków

Kurjer Wieczorny. 1923-02-21, R. 3 Nr.42

                                                       Carewicz rosyjski w Kołomyi.



Kurjer Łódzki. 1927-07-01 R. 27 nr 178

SCHWYTANIE GROŹNEGO MORDERCY.

Poszukiwany przez policję 27-letni morderca Iwan Habczak, który dla kilku morgów gruntu wymordował całą rodzinę, złożoną z 6-ciu członków, został w dniach ostatnich  przez posterunkowego P.P. Sołtysa ujęty na stacji w Worochcie w chwili, gdy usiłował zbiec pociągiem do Kołomyi. Aresztowanego Habczaka odstawiono pod silną eskortą do dyspozycji sądu okręgowego w Kołomyi.


Kurjer Łódzki. 1928-05-27 R. 28 nr 146

Czerwony, urodzaJny pył spada na Małopolskę. 

Warszawa. 26 maja. (Tel. wt.) . ...,... Po niedawnym czarnym deszczu który spadł we Lwowie, ostatnio znowu w okolicach Kołomyi zaobserwowano tajemnicze zjawisko atmosferyczne. Mianowicie spadł brudny, czarno-czerwony deszcz, który pozostawił po sobie osad barwy czerwonawej.  

Bydło, pasące się na polach, samo powróciło do domów, nie tykając zµpetnie trawy. Osad pozostały po deszczu badany dokładnie pod mikroskopem wykazuje połączenie siarki i krzemionki. 

Ilustrowana Republika. 1934-01-11 R. 12 nr 10

Wilki na Huculszczyźnie pożarły a kobietę i dwoje dzieci .  

Z Kołomyi donoszą o nawiedzeniu Huculszczyzny przez groźną plagę w postaci wilków, które włóczą się całemi stadami, a w porze nocnej nachodzą nawet wsie. Początkowo wilki napadały na bydło, obecnie na ludzi. Niema dnia, w którym nie słyszałoby o jakimś nowym wypadku rozszarpania człowieka. W okolicy Bukowiec w pow. kossowskim wilki napadły na dziecko idące do szkoły i pożarły je, tak że znaleziono tylko książki i pokrwawione strzępki ubrania. Pod Kutami znaleziono buty i części ubrania kobiety i małego chłopczyka. Oboje padli pastwą wilków. , Wielkie stada wilków nie boją się nawet strzałów karabinowych, o czem świadczy wypadek na pograniczu polsko - rumuńskiem. Dwaj rumuńscy strażnicy graniczni, napadnięci przez większe stado wilków, mimo ostrzeliwania się z karabinów i położenia trupem kilku wilków, zostali rozszarpani przez krwiożercze zwierzęta. Organizowane przez starostwo powiatowe wielkie obławy na wilki nie dały do tej pory rezultatów, gdyż na miejsce stad wytrzebionych zjawiają się nowe i liczniejsze. Doszło do tego, że huculi w porze nocnej boją się wychylić poza próg chaty, gdyż wilki podchodzą pod same drzwi domostw we wsiach. 



Echo. 1935-12-22 R. 11 nr 355

Oszust w kurtce szofera. Więzienie za podszywanie się pod cudze nazwisko.

Ze Stanisławowa donoszą: W ręce policji stanisławowskiej wpadł notoryczny oszust karany więzieniem w wielu państwach europejskich, — Jegomość ten przedstawiając się za dr. Józefa Frenkla asystenta kliniki w Paryżu odwiedzał stanisławowskich lekarzy i usiłował wyłudzić różne kwoty pod pretekstem, że został okradziony z dokumentów i pieniędzy w Stanisławowie. Aresztowano go i odstawiono do dyspozycji sądu. Na rozprawie Frenkel opowiedział, że pochodzi z Putily (Rumunia) i w roku 1925 jako przestępca polityczny, zmuszony był do opuszczenia granic Rumunii, ponieważ stał w Jassach na czele spisku zmierzającego do zgładzenia ówczesnego króla Ferdynanda. Frenkel który był przez sąd w Kołomyi karany 6 mies. więzieniem twierdził na rozprawie, że jest niewinny i padł ofiarą omyłki sądowej. W, toku przeprowadzenia dochodzeń wyszło na jaw w jak chytry sposób usiłował Frenkel naciągnąć dr. Minę Haller, Frenkel przebrał się w kurtkę szofera i zgłosił się do dr. Haller z listem od lekarza wiedeńskiego dr. Otto Ebenswalda. W liście tym dr. Ebenswald - Frenkel prosi dr. H. o wręczenie szoferowi kwoty 80 zł. gdyż wciągnięty do jednej z kawiarń stanisławowskich przegrał wszystkie pieniądze w pokera. Lekarka kazała oszustowi zgłosić się za godzinę, by zbadać autentyczność jego opowiadania. Oczywista wszystko było zmyślone. Oszust był jednak ostrożny i nie przyszedł więcej do lekarki. W drugim wypadku Frenkel udając lekarza, ciężko choremu obywatelowi p. K. oświadczył, że lekarze źle go leczą i sam zaczął „leczyć" wyłudzając od p. K. większą gotówkę. Frenkel został skazany za podszywanie się pod cudze nazwisko na 1 miesiąc więzienia. Po odsiedzeniu kary zostanie Frenkel odstawiony do Rumunji, gdzie jest poszukiwany przez prokuraturę.

Echo. 1936-01-26 R. 12 nr 26

DRAMATYCZNA WALKA LUDZI Z RZEKĄ O ŻYCIE CZŁOWIEKA.

Z Kołomyi donoszą: W Tułukowie wydarzył się tragiczny wypadek. Na rzece Prut, pokrytej cienką powłoką lodu, ślizgał się wraz z kolegami 16- letni uczeń Michał Mokry. Pomimo, że lód trzeszczał lekkomyślni chłopcy nie zwracali na to uwagi. Około południa pod wpływem słońca lód stajał i załamał się pod Mokrym. Chłopiec zapadł się po barki I trzymał się rękami kurczowo powierzchni lodowej. Akcja ratunkowa, którą prawie natychmiast rozpoczęto, była bardzo utrudniona, gdyż nikt nie miał odwagi wstąpić na zdradliwą powłokę. Dopiero po godzinnych próbach udało się wydobyć ucznia w ten sposób, że przysunięto do niego długą na kilkanaście metrów drabinę. Niestety jednak ratunek nie na wiele się zdał, gdyż uczeń zmarł po godzinie wskutek paraliżu serca.

Dziennik Narodowy. 1938-04-17 R. 24 nr 88 [właśc. 89]

Zbiorowy mord Nocny napad bandytów na rodzinę kupca 

W Chlebiczynie Leśnym pow. Kołomyja dwaj bandyci napadli ubiegłej nocy na dom kupca Premingera. Wywiązała się walka z domownikami, w czasie której kupiec, jego żona i 19-letni syn zostali zabici, a poraniona córka uratowała się, skacząc przez okno. Bandyci splądrowali mieszkanie i zbiegli. Na miejsce przybył komendant powiatowy P. P. z Kołomyi i natychmiast wszczął dochodzenia. 

Głos Poranny : dziennik społeczny, polityczny i literacki. 1938-09-11 R. 10 nr 249




Echo. 1939-01-01 R. 15 nr 1

Adwokat ukarany grzywną - za uderzenie pięścią w stół.

Z Kołomyi .do,noszą: Przed Sądem Okręgowym (wydział od wotawczy) toczyła się ciekawa rozprawa kama przeciw adwokatowi kosowskiemu, drowi L. F„ oskarżonemu o nieprzyzwoite zachowanie się w sądzie.

Przed kilku tygodniami dr F. zastępował pewnego klienta w rozprawie. Podczas zeznań świadka, adwokat uderzył pięścią w stół, wołając: „Psiakrew, Jak on kręci •.. " Sędzia, uznawszy zachowanie się adwokata za nieprzyzwoite, sporządził zapisek urzędowy i wskutek tego sprawa oparła się o Sąd Grodzki w Kosowie, przed którym adwokat zasiadł na ławie oskarżonych pod zarzutem występku z art. 128 K.K. W wyniku rozprawy zapadł wyrok skazujący dra F. na grzywnę, a wczoraj wiceprezes S. O., przed którym sprawa toczyła się na skutek apelacji zasądzonego adwokata, wyrok sądu kosowskiego zatwierdził. 

Sprawa wzbudziła w kołach palestry kołomyjskiej wielkie zainteresowanie.  

Echo. 1939-01-12 R. 15 nr 12



sobota, 25 kwietnia 2026

Herbert Höft - Borowa - Wilhelmswalde - Rodzinne zdjęcia

 

Postaci Pana profesora Herberta Höfta urodzonego w Borowej, poświęcam od dłuższego czasu wiele miejsca w moich historycznych "wirtualnych podróżach".

Bardzo pomógł mi, mój Syn Tomek, który odbył dwie telefoniczne rozmowy z córką profesora, Panią Christiną Berger, która opiekuje się swoim 96-letnim Tatą. Pan profesor troszeczkę zaniemógł ostatnio, liczymy wszyscy, że szybko wróci do zdrowia!

Rozmowy były bardzo serdeczne, także moja bezpośrednia korespondencja z Panią Christyną to potwierdza. Napisała m.innymi o reakcji swojego taty na nasze kontakty:

..."Promieniał szczęściem. A ja cieszyłam się razem z nim. Bardzo miło jest widzieć mojego tatę tak szczęśliwego"....

Moim pragnieniem był dostęp do albumów ze zdjęciami z dawnej Borowej, które na szczęście zabrała ze sobą do Chemnitz jego kochana mama.

Pan profesor pisząc do mnie wspomniał:

...."W oczekiwaniu na wysiedlenie w 1947 roku moja matka zapakowała albumy ze zdjęciami. Zabraliśmy je ze sobą. Dzięki temu mam jeszcze wiele wspomnień z ojczyzny mojego dzieciństwa. Mógłbym opowiedzieć jeszcze wiele o Niemcach i Polakach z Borowej"....

Moje pragnienie się spełniło, Pani Christina przesłała skany kilkunastu przepięknych zdjęć związanych z Borową, rodziną pana profesora. Jestem niezmiernie wdzięczny za zaufanie i przychylność ze strony rodziny Höft!

W tej chwili pozwalam sobie zamieścić wycinek jednego z tych zdjęć pokazujące małego Herberta z rodzicami przed ich rodzinnym domem w Borowej.

Mam pewien pomysł jak i gdzie zaprezentować te nigdy nie publikowane zdjęcia, ale jest to w tej chwili słodka tajemnica!



Dem in Borowa geborenen Professor Herbert Höft widme ich seit längerer Zeit viel Raum in meinen historischen „virtuellen Reisen“.

Mein Sohn Tomek hat mir dabei sehr geholfen, indem er zwei Telefongespräche mit der Tochter des Professors, Frau Christina Berger, führte, die sich um ihren 96-jährigen Vater kümmert. Professor Höft ist in letzter Zeit etwas angeschlagen, wir hoffen alle, dass er bald wieder gesund wird!

Die Gespräche waren sehr herzlich, was auch meine direkte Korrespondenz mit Frau Christina bestätigt. Sie schrieb unter anderem über die Reaktion ihres Vaters auf unsere Kontakte:

...„Er strahlte vor Glück. Und ich habe mich mit ihm gefreut. Es ist sehr schön, meinen Vater so glücklich zu sehen“....

Mein Wunsch war es, Zugang zu den Fotoalben aus dem ehemaligen Borowa zu erhalten, die seine liebe Mutter glücklicherweise mit nach Chemnitz genommen hatte.

Der Professor erwähnte in seinem Brief an mich:

....„In Erwartung der Vertreibung im Jahr 1947 packte meine Mutter die Fotoalben ein. Wir nahmen sie mit. Dank dessen habe ich noch viele Erinnerungen an die Heimat meiner Kindheit. Ich könnte noch viel über die Deutschen und Polen aus Borowa erzählen“....

Mein Wunsch ist in Erfüllung gegangen: Frau Christina hat mir Scans von mehreren wunderschönen Fotos geschickt, die mit Borowa und der Familie des Professors zu tun haben. Ich bin der Familie Höft für ihr Vertrauen und ihre Freundlichkeit unendlich dankbar!

Im Moment erlaube ich mir, einen Ausschnitt eines dieser Fotos zu veröffentlichen, das den kleinen Herbert mit seinen Eltern vor ihrem Elternhaus in Borowa zeigt.

Ich habe eine Idee, wie und wo ich diese bisher unveröffentlichten Fotos präsentieren könnte, aber das ist im Moment noch ein süßes Geheimnis!


czwartek, 16 kwietnia 2026

Joanna Antonina Makowiecka - Władysław Reymont - Będków - Cmentarz katolicki

 Wczoraj odwiedziłem wspólnie z moją Żoną będkowski cmentarz. Byliśmy pod wielkim pozytywnym wrażeniem, czystością i pięknymi pomnikami. Mieliśmy dużo czasu, więc odwiedzaliśmy groby rodzinne, przyjaciół, czy też znajomych. 

Długo staliśmy przy mocno zniszczonym przez czas grobie, w którym ponoć spoczywa jedna z sióstr naszego Noblisty Stanisława Władysława Reymonta. Niestety napisy na płycie nagrobnej uległy zatarciu....

W tym grobie spoczywa Joanna Antonina Makowiecka (Rejment) urodzona 18 października 1872 lub 1873 roku w Tuszynie. Są różne źródła. Mam wątpliwości co do daty jej ślubu..., ponoć poślubiła Feliksa Makowieckiego w 1887 roku! Jeśli to prawda, miała 14 lub 15 lat?! Rodzicami jej byli: Antonina i Józef Rejmentowie. 

Była szczęśliwą mamą trójki potomstwa: Heleny, Zofii i Mieczysława.

Pochodziła z licznej bardzo rodziny: miała 9-ro rodzeństwa (7 sióstr i dwóch braci): Katarzyna, Aniela, Franciszek, Maryanna, Stanisław Władysław, Kamila Julia, Wacława, Helena Ludwika, Maryanna Barbara.

Joanna Antonina zmarła 8 sierpnia 1936 roku w Warszawie. 

Pytanie do czytelników: czy ktoś zna rodzinę tej Pani? Podobno są potomkowie. Chciałbym odnowić ten grób i obok zamontować tablicę ze zdjęciem i życiorysem, jednak bez zgody bliskich nie jest to możliwe. 




Joanna Antonina Makowiecka (Rejment) (1873 - 1936)


                                   


                                   Z albumu Andrzej Władysław Bieganowski's photos przez Andrzej Władysław Bieganowski

                                   Zdjęcia grobu, autorstwa Agnieszki Łabędzkiej.






wtorek, 14 kwietnia 2026

Bitwa o Brzeziny 1914 roku - Horst Milnikel - Co słychać w Andrzejowie - cz.3

 Kończyła się amunicja strzelecka i artyleryjska. Brakowało żywności, ciepłej odzieży, lekarstw. Około 1000 wozów zaopatrzenia i z rannymi z braku koni ciągnęło 6.000 jeńców rosyjskich. Mróz dokuczał bardzo, w nocy - 20 stopni C., na wozach zamarzali ranni. Żołnierze obydwu walczących stron umierali z zimna w pozycji strzeleckiej 24 listopada. Sztab, wojsko z rannymi i jeńcy o godzinie 2 w nocy ruszył z Wiskitna w drogę powrotną przez Giemzów na Kurowice, żeby utrzymać w tajemnicy wycofywanie wojsk obręcze kół od wozów "żelaznych" owijano powrósłami ze słomy.

W Kurowicach z powodu ostrzału artyleryjskiego wojska rozdzielają się; dalej maszerują przez zamarznięte pola. Następne spotkanie wojsk w Brzezinach.

- 50 Dywizja maszeruje przez Rokiciny.

- 49 Dywizja maszeruje przez Borowo.

-  3 Dywizja maszeruje przez las gałkowski.

Trzecia Dywizja po przeprawie w Bukowcu przez Miazgę maszeruje na wiś Zielona Góra. Po przygotowaniach do zdobycia torów kolejowych linii Łódź - Koluszki wojska ruszają o godz. 12 w południe do natarcia.

Po uporczywych walkach tory są zdobyte. Po krótkim wypoczynku (sztab zajął kurnik w budynku dróżnika na skraju lasu gałkowskiego od strony Justynowa, gdyż w domku dróżnika byli ranni żołnierze rosyjscy), dywizja rusza o godz. 7:30 wieczorem północnym skrajem lasu gałkowskiego na Gałków i dalej przez Małczew do Brzezin. Po trzygodzinnym marszu przez pola i godzinnej walce ponownie zdobyło Brzeziny. Wzięto do niewoli dwóch generałów. W razie przedłużającego się oporu Rosjan, wschodnia część Brzezin miała być spalona. Następnego dnia dołączyły 49 i 50 Dywizja, które przełamały pierścień okrążenia w okolicach wsi Borowo i Chrusty Stare.

Razem ruszono w kierunku na Lipiny. Artyleria zajęła stanowiska wokół wsi Polik. Tam została zaskoczona atakiem rosyjskiej piechoty. Straciła dwa działa, które 8 dni później zostały wystawione w Petersburgu jako trofea wojenne. Nocą po przełamaniu linii frontu zgrupowanie znalazło się po niemieckiej stronie frontu. Dowódcom wojsk rosyjskich bardzo zależało na wzięciu do niewoli w/w. zgrupowania, gdyż naczelny dowódca Wojsk Rosyjskich wielki książe Mikołaj Mikołajewicz już dwa dni wcześniej ogłosił, że zgrupowanie zostało okrążone i wzięte do niewoli. Dowódcy dobrze wiedzieli, że nie tylko szeregowi żołnierze, ale też generałowie którzy popadli w niełaski, dostawali bilet na Syberię - w jedną stronę.

Ponieważ korpus, który działał w naszej najbliższej okolicy w ciągu dwóch tygodni był ciągle w natarciu lub w odwrocie, atakowany ze wszystkich stron przez wojska rosyjskie, poległych żołnierzy pochowali Rosjanie w masowych grobach.

W okresie okupacji hitlerowskiej groby ekshumowano, około stu poległych zabrały rodziny do Niemiec. Poległych rozdzielono. Cmentarze są wspólne ale mają część rosyjską i niemiecką.

Jak już wspominałem, kwatery poległych Polaków są w części niemieckiej jak i rosyjskiej.

Niemcy gen. Litzmanna okrzyknęli bohaterem. Łódź w okresie okupacji nazwano Litzmannstadt. Pomnik Tadeusza Kościuszki miano obalić, na jego miejscu miał stanąć pomnik generała Litzmanna.

Po tych działaniach linia frontu nieznacznie zmieniła się. Wojska okopały się i przeszły do wojny pozycyjnej.

Ofensywa Niemiecka odniosła taki skutek, że Rosjanie nie rozpoczęli zaplanowanego natarcia na Wrocław i Berlin.

Tylko źródła niemieckie podają szczegóły tej batalii i opis walk w naszej okolicy. Informacje zaczerpnąłem z książki Teodora Jakobsa -  Der Löwe von Brzeziny wydanej w 1937 roku.

                                              Wojska Niemieckie maszerują na front.
                        Artyleria Lancelle wspiera działania piechoty. Obleganie Łodzi.

Artylerii Lancelle udało się wjechać galopem przed własną linię wojsk ostrzeliwując ogniem bezpośrednim wroga.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Die Munition für Infanterie und Artillerie ging zur Neige. Es fehlte an Lebensmitteln, warmer Kleidung und Medikamenten. Etwa 1000 Versorgungs- und Verwundetenwagen wurden mangels Pferden von 6.000 russischen Kriegsgefangenen gezogen. Der Frost war sehr bitter, nachts herrschten -20 °C, auf den Wagen erfroren die Verwundeten. Soldaten beider Konfliktparteien starben am 24. November in Schussposition vor Kälte. Der Stab, die Truppen mit den Verwundeten und die Kriegsgefangenen brachen um 2 Uhr nachts von Wiskitno auf den Rückweg über Giemzów nach Kurowice auf, um den Truppenrückzug geheim zu halten; die Felgen der „eisernen“ Wagen wurden mit Strohseilen umwickelt.
In Kurowice teilen sich die Truppen aufgrund von Artilleriefeuer auf; sie marschieren weiter über die gefrorenen Felder. Das nächste Treffen der Truppen findet in Brzeziny statt.
- Die 50. Division marschiert durch Rokiciny.
- Die 49. Division marschiert durch Borowo.
-  Die 3. Division marschiert durch den Gałkowski-Wald.
Nach der Überquerung der Miazga in Bukowiec marschiert die 3. Division auf Zielona Góra zu. Nach den Vorbereitungen zur Eroberung der Eisenbahnstrecke Łódź–Koluszki rücken die Truppen um 12 Uhr mittags zum Angriff aus.
Nach hartnäckigen Kämpfen werden die Gleise erobert. Nach einer kurzen Rast (der Stab bezog einen Hühnerstall im Haus des Gleiswärters am Rande des Gałkowski-Waldes auf der Seite von Justynów, da sich im Haus des Gleiswärters verwundete russische Soldaten befanden), marschiert die Division um 19:30 Uhr am nördlichen Rand des Gałkowski-Waldes in Richtung Gałków und weiter über Małczew nach Brzeziny. Nach einem dreistündigen Marsch über Felder und einem einstündigen Kampf erobert sie erneut Brzeziny. Zwei Generäle werden gefangen genommen. Im Falle anhaltenden Widerstands der Russen sollte der östliche Teil von Brzeziny niedergebrannt werden. Am nächsten Tag schlossen sich die 49. und 50. Division an, die den Umzingelungsring in der Nähe der Dörfer Borowo und Chrusty Stare durchbrachen.
Gemeinsam rückte man in Richtung Lipiny vor. Die Artillerie bezog Stellungen um das Dorf Polik. Dort wurde sie von einem Angriff der russischen Infanterie überrascht. Sie verlor zwei Geschütze, die acht Tage später in St. Petersburg als Kriegstrophäen ausgestellt wurden. In der Nacht nach dem Durchbruch der Frontlinie befand sich die Truppengruppe auf der deutschen Seite der Front. Den russischen Befehlshabern lag sehr viel daran, die oben genannte Truppe gefangen zu nehmen, da der Oberbefehlshaber der russischen Streitkräfte, Großfürst Nikolai Nikolajewitsch, bereits zwei Tage zuvor verkündet hatte, dass die Truppe eingekesselt und gefangen genommen worden sei. Die Kommandeure wussten sehr wohl, dass nicht nur einfache Soldaten, sondern auch Generäle, die in Ungnade gefallen waren, eine Fahrkarte nach Sibirien erhielten – ohne Rückfahrt.
Da das Korps, das in unserer unmittelbaren Umgebung operierte, zwei Wochen lang ständig im Angriff oder auf dem Rückzug war und von allen Seiten von russischen Truppen angegriffen wurde, begruben die Russen die gefallenen Soldaten in Massengräbern.
Während der deutschen Besatzungszeit wurden die Gräber exhumiert, etwa hundert Gefallene wurden von ihren Familien nach Deutschland überführt. Die Gefallenen wurden getrennt beigesetzt. Die Friedhöfe sind gemeinsam, haben aber einen russischen und einen deutschen Teil.
Wie bereits erwähnt, befinden sich die Grabstätten der gefallenen Polen sowohl im deutschen als auch im russischen Teil.
Die Deutschen erklärten General Litzmann zum Helden. Łódź wurde während der Besatzungszeit in Litzmannstadt umbenannt. Das Tadeusz-Kościuszko-Denkmal sollte gestürzt werden, an seiner Stelle sollte ein Denkmal für General Litzmann errichtet werden.
Nach diesen Maßnahmen verschob sich die Frontlinie geringfügig. Die Truppen gruben sich ein und gingen zum Stellungskrieg über.
Die deutsche Offensive hatte zur Folge, dass die Russen ihren geplanten Vorstoß auf Breslau und Berlin nicht starteten.
Nur deutsche Quellen liefern Details zu dieser Schlacht und eine Beschreibung der Kämpfe in unserer Gegend. Die Informationen entnahm ich dem 1937 erschienenen Buch von Theodor Jakobs – „Der Löwe von Brzeziny“.