czwartek, 18 czerwca 2026

Grünbach - Łaznowska Wola - Felicjanów - Getto Koluszki - Przesłuchanie - B u c h h o l z

 Hess. Landeskriminalamt Abt. Hess. V 3                           Alfeld/Leine, 19. 5. 69

                                                  PRZESŁUCHANIE

Wezwana do stawienia się na posterunku policji w Alfeld/Leine jest owdowiała gospodyni domowa
B u c h h o l z  Maria z domu Maier, urodzona 6 maja 1901 r. w Grünbach (Łaznowska Wola), powiat Brzeziny, zamieszkała 3220 Alfeld/Leine, Winsenburger Str. 61, i oświadczyła, upomniana, że mówi prawdę:
Zostałam poinformowana, że mam być przesłuchana w charakterze świadka w postępowaniu przygotowawczym przeciwko Karlowi G r ö ß e r o w i  i innym osobom. Zostałam poinstruowana, że mogę odmówić odpowiedzi na pytania, na które odpowiedź zgodnie z prawdą obciążyłaby mnie lub bliskiego krewnego. Nie jestem spokrewniona z oskarżonym przez krew lub małżeństwo.
Sprawa w toku:
Na początku przesłuchania w długiej rozmowie opowiedziałam swoje trudne losy.
Dorastałam w Grünbach i przez 8 lat uczęszczałam do szkoły podstawowej. W 1920 roku wyszłam za mąż za Wilhelma Buchholza, urodzonego 16 stycznia 1890 roku. Zaraz po ślubie przeprowadziłam się z mężem do jego domu w Starym Felicjanowie. Mieszkaliśmy w domu nr 6, nie było nazwy ulicy. Później kupiliśmy kolejne gospodarstwo. To był dom nr 10.
Mój mąż cały czas pracował w swoim gospodarstwie. Miał dwóch braci, którzy byli niewidomi. On również musiał pracować na ich farmach.
Pamiętam zamieszki w maju 1939 roku. W Felicjanowie nie zginął żaden Niemiec. Mieliśmy dobre stosunki z Polakami, dlatego pomagali pilnować naszego majątku. Mieliśmy tylko powybijane okna i drzwi.
W 1940 r. powstał Selbstschutz. Mój mąż nie należał do tej formacji. Ale później musiał wstąpić do SA.
Mój mąż nie brał udziału w odgradzaniu getta, kiedy wywożono Żydów, ale kilka razy był oddelegowany, kiedy trzeba było aresztować Polaków, którzy mieli wyjechać do Niemiec na roboty. Mój mąż nie lubił tej pracy i zawsze się od niej uchylał. Wiem to z wielu rozmów z nim.
W Starym-Felicjanowie nie mieszkali Żydzi. Ludność była w połowie polska i w połowie niemiecka. W Koluszkach byli Żydzi, z którymi mieliśmy dobre stosunki. Wiosną 1941 r. mój mąż został burmistrzem Długiego.
Nie chciał objąć tego urzędu, ale musiał to zrobić, ponieważ młodsi mężczyźni zostali powołani do wojska i potrzebny był niemiecki burmistrz. Pełnił tę funkcję do stycznia 1945 roku.
Najpierw próbowaliśmy uciekać, ale potem zawróciliśmy, bo nie mieliśmy sobie nic do zarzucenia. Mój mąż ukrywał się przez dwa tygodnie. Potem został aresztowany przez Polaków w niedzielę. Musiał pracować dla Polaków i spać na komisariacie. We wtorek został zabrany razem z Baumem i Tierlingiem rzekomo do Brzezin na przesłuchanie. Trzej mężczyźni zostali zastrzeleni w lesie za wsią. Mój mąż został postrzelony w głowę, brakowało mu dwóch zębów, a jego ubranie było rozdarte na klatce piersiowej. Baum i Tierling zostali rozebrani prawie do naga. U Bauma głowa była całkowicie zmiażdżona. Tierlingowi brakowało jednej czwartej głowy.
Przyczyna zabójstw mogła być tylko następująca: Baum przejął biznes napojów Żyda E h r l i c h a . Tierling był odpowiedzialny za przydzielanie mieszkań Niemcom i w ramach tej funkcji musiał oczywiście odbierać mieszkania Polakom. Jestem przekonana, że mój mąż nic złego Polakom nie zrobił. Zastrzelono go również dlatego, że był burmistrzem i - w najszerszym tego słowa znaczeniu - brał udział w aresztowaniu Polaków, którzy musieli wyjechać do pracy do Niemiec. Teraz napomknęłam o tym, jak mój mąż stanął w obronie Polaków. Nie da się jednak tego wszystkiego spisać.
Po wojnie byłem bardzo maltretowana fizycznie przez Polaków. W 1946 roku zostałam aresztowana i wysłana do Skierniewic, gdzie oskarżono mnie o zdradę Polski. Następnie przewieziono mnie do więzienia w Warszawie, gdzie byłam przesłuchiwana w bardzo złych warunkach. Z Warszawy wysłano mnie do obozu w Sikawie. Tam zostaliśmy skierowani do pracy. Stamtąd wysłano mnie do fabryki, gdzie musiałam pracować dla Polaków. Miałam wypadek i straciłam prawe przedramię. Za ten wypadek zostałam skazana na trzy lata więzienia. Z własnej woli włożyłam rękę do maszyny.
Sprostowuję swoją wypowiedź, że byłam aresztowana już w 1945 roku. Uciekłem z Polski w maju 1947 roku.
Członkowie mojej rodziny byli w różnych obozach i musieli pracować dla Polaków jeszcze przez kilka lat.
Pamiętam getto w Koluszkach. Był to teren wokół rynku. Prawdą jest, że mieliśmy działkę, która dochodziła do getta. Sytuacja zdrowotna i żywnościowa Żydów była zła. Żydzi, którzy mieli pieniądze, mogli kupić dodatkową żywność. Polacy i Niemcy nadal robili interesy z Żydami, mimo że getto było już zamknięte. Wiem, że Żydzi mogli opuszczać getto tylko z przepustką. Tak było, gdy szli do pracy. Nie wiem, co stało się z Żydami, którzy opuścili getto bez zezwolenia. W tym kontekście nie wiem nic o rozstrzeliwaniu Żydów. Nie ma sensu podawać mi dalszych szczegółów na ten temat z zeznań świadków. Nie mogę podać żadnych szczegółów na ten temat. Prowadziłam również interesy z Żydami w getcie w postaci przynoszenia im żywności i płacenia mi za nią po normalnej cenie.
Widziałem przesiedlenie Żydów z Koluszek. Wyjaśniam, że widziałem kolumnę Żydów pędzonych w kierunku stacji kolejowej z odległości około 100 metrów. Nie podchodziłam bliżej, aby uniknąć gapiów lub znanych mi Żydów mówiących, że podziwiam widowisko wysiedlenia. Widziałam około 5 lub 6 rozstrzelanych Żydów. Byli to starsi ludzie, którzy nie mogli już chodzić. Uklękli, a żandarmi, którzy szli na końcu, zastrzelili ich. Nie ma co do tego wątpliwości. Ja to widziałam. Nie pamiętam, który z żandarmów ich zastrzelił. Nie mogę podać żadnych nazwisk. Żydzi musieli się dowiedzieć o zbliżającej się deportacji. Jedna Żydówka zawsze przysyłała do mnie dwójkę swoich dzieci. Dawałam im jedzenie. Na dwa dni przed deportacją powiedzieli, że to chyba ostatni chleb, jaki dostaną. Nie wiem, kto konkretnie z policji był zaangażowany w akcję deportacyjną.
Widziałam, jak Żydów ładowano do wagonów towarowych. Bito ich karabinami, o innych aktach zabijania nie mogę nic powiedzieć. Naprawdę nie ma sensu pokazywać mi innych, dalszych zeznań.
Żydzi mieli w rękach małe zawiniątka, gdy pędzono ich na stację kolejową. To, co musieli zostawić, zostało później rozdane lub zlicytowane. Mówiono, że w pozostawionej przez nich pościeli było jeszcze dwoje martwych dzieci.
Z koluszkowskich żandarmów pamiętam tylko G u s t a  i  S c h u h m a n n a. Innych imion nie pamiętam.
Poświęciłam trochę czasu na przejrzenie folderu ze zdjęciami. Umundurowany mężczyzna na zdjęciu nr 24 wygląda mi znajomo. Ale nie mogę sobie przypomnieć kontekstu, w którym go pamiętam. Rozpoznaję kilka zdjęć. Nie potrafię jednak podać nazwisk umundurowanych mężczyzn na zdjęciu, a w szczególności nie potrafię podać żadnych informacji na temat ich udziału w akcji przesiedleńczej w Koluszkach lub w zabójstwach.
Pamiętam, że w Koluszkach po przesiedleniu Żydów mówiło się, że zostali oni wywiezieni do Treblinki. Więcej szczegółów nie poznałam. Były jakieś sugestie, że Żydzi zostali zabici. Ale nie chciałam w to wierzyć.
Wielokrotnie odwiedzałam władze niemieckie w Tomaszowie, gdy mąż nie miał czasu. Nie potrafię już podać nazwisk członków władz.
Nigdy nie miałam nic wspólnego z innymi komisariatami, zwłaszcza z gestapo.
Mieliśmy Żyda, któremu pozwolono u nas pracować. Miałem zaświadczenie z Tomaszowa, że Żyd został nam przydzielony do pracy. Nie pamiętam, kto wydał to zaświadczenie w Tomaszowie. Żandarm przyszedł na nasze podwórko i chciał pobić tego Żyda, ale mój mąż interweniował i go powstrzymał. Wiem na pewno, że ten Żyd pracował u nas do czasu przesiedlenia Żydów i dopiero wtedy nie mógł już do nas przychodzić. Był w getcie w Koluszkach z kilkoma innymi Żydami jeszcze przez około 14 dni. W tym czasie Niemcy pozwolili żydowskim krawcom pracować za darmo. Nie wiem, co stało się z tymi Żydami później
Nie mogę podać żadnych dalszych szczegółów.
Zamknięte:

                                                                                     Odczytano, zatwierdzono i podpisano


                                                V e r n e h m u n_g

Vorgeladen erscheint bei der Polizeistation in Alfeld/Leine die verw. Hausfrau

B u c h h o 1 z   geb. Maier, Marie, .

geb. 6.5.1901 in Grünbach, Krs. Brzeziny, wohnh. 3220 Alfeld/Leine, Winsenburger Str. 61,

und erklärt, zur Wahrheit ermahnt:

Mir wurde eröffnet, daß ich in der gerichtlichen Voruntersuchung sache gegen Karl G r ö ß e r   u. a. als Zeugin vernommen werden soll. Ich bin belehrt worden, daß ich auf Fragen, durch deren wahrheitsgemäße Beantwortung ich mich selbst oder einen nahen Angehörigen belasten würde, die Auskunft verweigern kann. Mit den Angeschuldigten bin ich nicht verwandt oder verschwägert.

Zur Sache: 

Ich habe zu Beginn der Vernehmung in einem langen Gespräch mein schweres Schicksal erzählt.

Ich bin in Grünbach aufgewachsen und habe 8 Klassen die Volksschule besucht. 1920 habe ich Wilhelm Buchholz, geb. 16.1.1890, geheiratet. Gleich nach der Eheschließung zog ich mit meinem Mann in sein Haus in Alt-Eelicjanow. Wir wohnten im Haus Nr. 6, eine Straßenbezeichnung gab es nicht. Später kauften wir eine weitere Landwirtschaft dazu. Dies war das Haus Nr. 10.

Mein Mann hat ununterbrochen seine Landwirtschaft bearbeitet. Er hatte zwei Brüder, die blind waren. Deren wandwirtsenaft mußte er auch noch mit bewirtschaften. 

An die Unruhen im Mai 1959 erinnere ich mich. In Felicjonow kamen keine Deutschen ums Leben. Wir hatten mit Polen ein gutes Verhältnis, weshalb sie unser Anwesen mit bewachten. Uns wurden nur die Scheiben und die Türen eingeworfen.

1910 wurde dec Selbstschutz gebildet. Dieser Formation gehörte mein Mann nicht an. Später mußte er aber in die SA gehen.

Mein kann war bei der Absperrung des Gettos, als die Juden ausgesiedelt wurden, nicht mit eingesetzt, ar war jedoch mehrmals mit eingeteilt, als Polen festgenommen werden mußten, die nach Deutschland zur Arbeit sollten. Mein Mann hat diese Tätigkeit aber nicht gern gemacht und sich immer gedrückt. Dies weiß ich aus vielen Gesprachen mit ihm.

In Alt-Felicjanow lebten keine Juden. Die Bevölkerung war zu Hälfte polnisch und zur Hälfte deutsch. In Koluszki lebten Juden Mit diesen Juden hatten wir ein gutes Verhältnis. Im Frühjahr 1941 wurde mein Mann Bürgermeister in Dlugie.

Er wollte dieses Amt nicht übernehmen, mußte es ober, weil die jüngeren Männer eingezogen worden waren und ein deutscher Bürgermeister sein sollte. Er übte diese Tätigkeit aus bis Januar 1945.

Zunächst versuchten wir zu flüchten, kehrten dann aber wieder um, weil, wir uns nichts vorzuwerfen hatten. Mein Mann versteckte sich zwei Wochen. Dann wurde er von den Polen an einem Sonntag festgenommen. Er mußte bei Polen arbeiten und auf der Polizeidienststelle schlafen. Dienstags wurde er zusammen mit Baum und T i e r l i n g abtransportiert, angeblich nach Brzeziny zum Verhör. Die drei Männer wurden im Wald hinter der Gemeinde erschossen. Mein Mann hatte einen Kopfschuß, ihm fehlten zwei Zähne und die Kleidung war an der Brust aufgerissen. Baum und Tierling waren fast nackt ausgezogon. Von Baum war kein hopf mehr vorhanden. Dieser war völlig zerschlagen. Bei Tierling fohlte ein Viertel dos Kopfes.

Der Grund für die Tötungen Kann nur folgender gewesen sein: Baum hatte den Getränkehandel des Juden E h r l i c h  übernommen. Tierling war für die Zuweisung von Wohnungen für die Deutschen zuständig und hat in dieser Funktion natürlich den Polen Wohnungen wegnehmen müssen. Mein Hann hat den Polen nach meiner Überzeugung nichts Böses angetan. Er wurde mit erschossen, weil er Bürgermeister war und sich - im weitesten Sinne gesehen - an der Festnahme von Polen beteiligte, die nach Deutschland zur Arbeit mußten. Ich habe jetzt andeutungsweise erzählt, wie sich mein Hann für die Polen eingesetzt hat. Es führt jedoch zu nicht diesegalles aufzuschreiben.

Ich wurde nach dem Kriege von Polen körperlich schwer mißhandelt. Im Jahre 1946 wurde ich festgenommen, kam nach Skierniewice, wo ich unter Anklage gestellt wurde, ich hätte Polen verraten. Dann wurde ich nach Warschau ins Gefängnis gebracht, wo ich unter sehr schlimmen Bedingungen verhört wurde. Von Warschau aus kam ich ins Lager nach Schikawa. Dort wurden wir zur Arbeit eingesetzt. Von dort aus kam ich in eine Fabrik, wo ich für die Polen arbeiten mußte. Ich hatte einen Unfall und verol den rechten Unterarm. Ich wurde wegen dieses Unfalles mit drei Jahren Gefängnis bestraft. Ich hätte die Hand von mir aus in die Maschine gesteckt.

Ich berichtige meine Aussage dahingehend, daß ich bereits 1945 festgenommen wurde. Im Mai 1947 bin ich aus Polen geflohen.

Meine Familienangehörigen waren in verschiedenen Lagern und mußt noch mehrere Jahre für die Polen arbeiten.

An das Getto in Koluszki erinnere ich mich. Es war die Gegend um den Marktplatz eingerichtet. Es, ist richtig, das wir ein Grundstück hatten, das bin an das Getto ging. Der Gesundheitszustand und die Ernährungslage der Juden war schlecht. Juden, die Geld hatten, konnten sich zusätzlich Nahrungsmittel Kaufen. Die Polen und die Deutschen haben mit den Juden noch Geschäfte gemacht obwohl das Getto schon abgeschlossen war. Ich weiß, daß Juden das Getto nur mit einem Passierschein verlassen durften. Dies war der fall, wenn sie zur Arbeit gingen. Was es mit Juden gab, die das Getto unbefugt verlassen haben, weiß ich nicht. In diesem Zusammenhang ist mir nichts von der Erschießung von Juden bekannt. Es ist zwecklos, mir darüber weitere Einzelheiten aus bishörigen Zeugenaussagen vorzuhalten. Ich kann hierzu keine Angabe machen. Ich habe auch mit den Juden noch Geschäfte im Getto gemacht in der form, daß ich ihnen Nahrungsmittel brachte und mir dies zu einem normalen Preis bezahlen ließ.

Die Aussiedlung der Juden aus Koluszki habe ich gesehen. Ich erkläre dazu, daß ich auf eine Entfernung von etwa 100 m gesehen habe, wie die Kolonne der Juden in Richtung Bahnhof getrieben wurde. Ich ging nicht näher hin, um zu vermeiden, daß die Zuschauer oder die mich bekannten Juden sagen würden, ich würde mich in dem Schauspiel des Abtransportes ergötzen. Ich habe gesehen, wie etwa 5 bis 6 Juden erschossen wurden. Dies waren alte Leute, die nicht mehr gehen konnten. Sie knieten sich hin und die Gendarme, die am Schluß gingen haben sie erschossen. Daran besteht kein Zweifel. Das habe ich gesehen. Wer von den Gendarmen geschossen hat, weiß ich nicht mehr anzugeben. Ich kann keine Namen nennen. Die Juden mußten von der bevorstehenden Aussiedlung Kenntnis erlangt haben. Eine Jüdin hat immer ihre zwei Kinder zu mir geschickt. Ich gab ihnen Nahrungsmittel. Sie sagten zwei Tage vor dem Abtransport, daß dies wohl ihr letztes Brot sei, das sie holen würden. Wer im einzelnen von der Polizei an der Aussiedlungsaktion beteiligt war, weiß ich nicht.

Ich habe noch gesehen, wie die Juden in die Güterwagen verladen wurden. Sie wurden hierbei mit Gewahrkolzen geschlagen, über weitere Tötungshandlungen vermag ich Keine Auskunft zu geben. Mir weitere Aussagen vorzuhalten, ist wirklich zwecklos.

Die Juden hatten kleine Bündel in der Hand, als sie zum Bahnhof getrieben wurden. Was sie zurücklassen mußten, wurde nachher verschenkt oder versteigert. Es wurde erzählt, daß in dem zurückgelassenen Bettzeug noch zwei tote Säuglinge gelegen hätten.

Von den Gendarmen in Koluszki erinnere ich mich nur an Gust und S c h u h m a n n. Weitere Namen sind mir nicht mehr in Erinnerung.

Ich habe mir die Lichtbildmappe in Ruhe angesechen. Der auf Bild 24 abgebildete Uniformierte kommt mir bekannt vor. Ich weiß aber nicht mehr, in welchem Zusammenhang ich mich an ihn erinnere. Mir kommen mehrere Bilder begannt vor. Ich kann aber die Namen der abgebildeten Uniformierten nicht nennen und insbesondere keine Angaben über ihre Beteiligung an der Aussiedlungsaktion in Koluszki oder an Tötungshandlungen machen.

Ich erinnere mich, das in Koluszki nach der Aussiedlung der Juden davon gesprochen wurde, sie seien nach Treblinka gebracht worden. Nähere Einzelheiten habe ich nicht erfahren. Es wurde andeutungsweise davon gesprochen, die Juden seien getötet worden. Ich wollte aber nicht daran glauben.

Ich bin wiederholt zu deutschen Behörden nach Tomaszow gekommen, wenn mein Mann keine Zeit batte. Namen von Dienststellenangehörigen kann ich nicht mehr angeben.

Mit anderen Polizeidienststellen, insbesondere der Gestapo, hatte ich nie etwas zu tun.

Wir hatten einen Juden, der bei uns arbeiten durfte. Ich hatte eine Bescheinigung von Tomaszow, daß uns ein Jude zur Arbeitsleistung zugewiesen wurde. Wer in Tomaszow diese Bescheinigung ausstellte, weiß ich nicht mehr. Ein Gendarm kam zu uns auf den Hof und wollte den Juden schlagen, mein Mann ging dazwischen und hat dies verhindert. Ich weiß genau, daß dieser Jude bis zur Aussiedlung der Juden bei uns gearbeitet hat und erst dann nicht mehr zu uns kommen durfte. Er war mit einigen weiteren Juden noch etwa 14 Tage in Koluszki im Getto. Die Deutschen haben während dieser Zeit noch kostenlos bei den jüdischen Schneidern arbeiten lassen. Was es später mit diesen Juden gab, weiß ich nich

Weitere Angaben kann ich nicht machen.

Geschlossen:


                                                                    Vorgelesen, genehmigt und unterschrieben

poniedziałek, 15 czerwca 2026

Borowa - Wilhelmswalde - Ute - Patzer - Friedenstab - Konfirmacja

 Przepraszam bardzo Utę, że po ponad 3 latach przy "robieniu porządku" na moim blogu znalazłem ten materiał jako roboczy...Lepiej późno niż wcale!

Pod koniec stycznia 2023 roku napisała do mnie Ute z Kassel. Jej przodkowie pochodzą z Borowej - Wilhelmswalde. Odwiedziła Borową dwukrotnie. Oto jej relacja z tych podróży:

...."W Borowej byłam już dwa razy, w obu przypadkach z ciocią. Pierwszy raz był około 2000 roku, spaliśmy w lesie w małym kamperze moich rodziców i zwiedzaliśmy okolicę - lubimy las. Przy drugiej wizycie (2014) zatrzymaliśmy się na kempingu w Chlebowie, na północny wschód od Łodzi. Ludzie z kempingu byli bardzo przyjaźni. Kiedy odwiedziliśmy Borową, mieliśmy zabawne doświadczenie: kiedy byliśmy na kawie i kawałku ciasta w wiejskim sklepie, wiejska droga była całkowicie odnawiana. Plac budowy po prostu przeszedł obok nas i naszego zaparkowanego samochodu! Odwiedziliśmy również małe muzeum i byłam bardzo szczęśliwa widząc tam nazwisko mojego przodka Christopha Friedenstaba, który był Wójtem Gminy Gałków w 1867 roku".... 

Ute zaproponowała mi wymianę doświadczeń dotyczących nie tylko tematu Borowa, także mojego Bukowca, gdyż jej rodzina również mieszkała w Bukowcu. prosiłem ją o zdjęcia w szczególności Borowej, gdyż jest ich tak mało. Wczoraj otrzymałem skany 3 pięknych (rewelacyjnych zdjęć) i odręczną mapkę zabudowań jej pradziadków Patzer. Mam nadzieję, że ta współpraca będzie owocowała nowym, nieznanymi dotychczas materiałami! Dziękuję z całego serca Ute i zapraszam do ponownego przyjazdu, nie będziesz musiała spać w lesie!



               Borowa - Wilhelmswalde - Konfirmacja (z prywatnych zbiorów Ute)

Ende Januar schrieb mir Ute aus Kassel. Ihre Vorfahren stammen aus Borowa - Wilhelmswalde. Sie hat Borowa zweimal besucht. Hier ist ihr Bericht über diese Reisen:

.... "Ich war schon zweimal in Borowa, beide Male mit meiner Tante. Das erste Mal war um das Jahr 2000, wir schliefen im Wald im kleinen Wohnmobil meiner Eltern und erkundeten die Gegend - wir mögen den Wald. Beim zweiten Besuch (2014) übernachteten wir auf einem Campingplatz in Chlebowo, nordöstlich von Lodz. Die Leute auf dem Campingplatz waren sehr freundlich. Als wir Borowa besuchten, hatten wir ein lustiges Erlebnis: Während wir im Dorfladen Kaffee und ein Stück Kuchen aßen, wurde die Dorfstraße komplett neu asphaltiert. Die Baustelle fuhr einfach an uns und unserem geparkten Auto vorbei! Wir haben auch ein kleines Museum besucht und ich habe mich sehr gefreut, dort den Namen meines Vorfahren Christoph Friedenstab zu sehen, der 1867 Bürgermeister der Gemeinde Galkow war.".... 

Ute bot mir einen Erfahrungsaustausch nicht nur über das Thema Borow, sondern auch über mein Bukowiec an, da ihre Familie auch in Bukowiec lebte. Ich bat sie um Fotos von Borowa im Besonderen, da es so wenige davon gibt. Gestern erhielt ich Scans von 3 wunderschönen (sensationellen Fotos) und eine handgeschriebene Karte mit den Gebäuden ihrer Urgroßeltern Patzer. Ich hoffe, dass diese Zusammenarbeit zu neuem, bisher unbekanntem Material führen wird! Ich danke Dir von Herzen Ute und lade Dich ein, wieder zu kommen, Du musst ja nicht im Wald schlafen!


Drogi Andrzeju, 

Wróciliśmy do domu i jesteśmy bardzo, bardzo zmęczeni! To był weekend z harcerzami, a człowiek zawsze kładzie się bardzo późno w nocy. Z mężem poznaliśmy się w harcerstwie, a teraz nasze dzieci też są harcerzami. 

Wracając do Borowej. Dzisiaj wysyłam najpierw zdjęcia szkolne i zdjęcie z bierzmowania z 1930 r. Myślę, że te zdjęcia nigdy nie były sprawą prywatną, więc nie muszę nikogo najpierw pytać. W przypadku zdjęć rodzinnych chciałbym najpierw zadzwonić do kuzynki mojej mamy, czy zgodziłaby się, gdybym przekazała jej zdjęcia. Myślę, że nie będzie miała nic przeciwko. 

Zdjęcia pochodzą z majątku Wilhelma Patzera, urodzonego 1 grudnia 1915 r. Jest on bratem mojej babci Alice Patzer, urodzonej 20 lutego 1914 r. Jej rodzicami byli Otto Patzer i Emilie Friedenstab. Mieszkali oni w domu nr 136 w Borowej. Jeśli spojrzeć z południowego zachodu na północny wschód, to był to drugi dom za przejazdem kolejowym po prawej stronie. Chyba już od dawna go nie ma. Przesyłam również plan budynku. 




niedziela, 14 czerwca 2026

Linda Legler - Bukowiec - Königsbach

 

                               Historia Lindy Legler z Bukowca - Königsbach.

                             LINDA  LEGLER - ur. 30.1.1909 roku w Bukowcu - Königsbach



                                              REINHOLD DREWS / DÜSSELDORF

                                                         Piekarnia i cukiernia

                                                                                              DÜSSELDORF, 12 października 1938 r.

                                                                                                             Do

                                                                                                             Konsulatu Niemieckiego

                                                                                                             w Łodzi / Polska

      Sprawdzając paszport mojej siostry Lindy Legler, która obecnie mieszka ze mną, odkryłem, że pozwolenie na pobyt zostało wydane tylko na 2 miesiące. Wiza została wydana 20.9.1938 r. i wygasła 25.11.1938 r. Ponieważ pozwolenie na pobyt w paszporcie jest ważne przez 6 miesięcy, od 19.9.1938 r. do 16.5.1939 r., uprzejmie proszę o przedłużenie wizy na ten sam okres.

W mojej opinii wymagania w tym zakresie zostały spełnione i załączam zaświadczenie z Urzędu Pracy potwierdzające wydanie zezwolenia na pracę.

Proszę, aby wszelkie opłaty, które mogą zostać pobrane z mojej strony w związku z przedłużeniem wizy, zostały pobrane od mojej siostry, żony Bruno Konnewischer, Łódź, ul. Głowna 55. Został Pan już o tym poinformowany.

Z uwagi na pilny charakter sprawy, proszę o odesłanie załączonego paszportu i zaświadczenia z Urzędu Pracy w możliwie najkrótszym terminie po przyznaniu przedłużenia. Jednocześnie załączam zaświadczenie o niemieckim pochodzeniu.

                                                                                            Heil Hitler




                                                                                            Łódź, 17 października 1938

Oryginał z 2 załącznikami (zaświadczenie o niemieckim obywatelstwie nie jest dołączone)

                                                                                               do szefa policji w Dusseldorfie

ze względów jurysdykcyjnych;

Zwracam uwagę, że posiadacz paszportu złożył wniosek o wizę wjazdową jedynie w celach turystycznych, a nie w celu przesiedlenia się lub podjęcia pracy w Niemczech. Przyznanie kolejnego zezwolenia na pobyt, jeśli zostanie to uznane za absolutnie konieczne, będzie pozostawione uznaniu władz lokalnych. Nie są znane żadne istotne powody emigracji. Wnioskodawca otrzymał wezwanie do wydania.



            Urschriftlich mit 2 Anlagen (die Deutschtumsbescheinigung hat nicht beiligęn) den Herrn                                                                                                                   Polizeipräsidenten in Dusseldorf

 

Zuständigkeitshalber ergebens übersandt;

Jch möchte benerken, dass die Passinhaberin hier lediglich einen Einreisesichtvermerk zu Besuchszwecken und nioht zur Uebersiedelung bezw. Arbeitsaufnahne in Deutsohland gestellt hat. Die Erteilung der weiteren Aufenthaltsgenehnigung wird , falls dies dortseits als unbedingt notwendig erachtet werden sollte, den dortigen Ermessen ergebens anheimgestellt. Ein zwingender Grund zur Abwanderung ist hier nicht bekannt. Die Antragstellerin hat Abgabebescheid erhalten.

 



                                          Zawiadomienie o miejscu zamieszkania cudzoziemca

Legler Linda, ur. 30.1.1909 roku w Bukowcu, pow. Pabianice, Polska. Obywatelstwo: Polka, wyznanie: ewangelik, język: niemiecki.

Rodzice: Karl Legler, ur. w Bukowcu 13.9.1866 roku i Joanna z domu Beier, ur. w Bukowcu, 3.2.1865 roku


Bukowiec - Königsbach - Fabryka pończoch - Paschke - Szkoła

 W samym Bukowcu (Königsbach) dopiero pod koniec XIX wieku powstała większa fabryka pończoch, którą przedsiębiorca o nazwisku Paschke zbudował na działce naprzeciwko szkoły i domu modlitwy. Fabryka zatrudniała około 40 kobiet i dziewcząt, a ponadto Paschke wprowadził w Bukowcu pracę chałupniczą. W około 50 gospodarstwach rolnych pracowały maszyny dziewiarskie, a w niektórych salonach prawdopodobnie słychać było również stukot krosna. Chociaż wynagrodzenie było dość skromne w porównaniu z zarobkami w fabrykach w Łodzi, w ten sposób rodziny miały jednak dodatkowy dochód. Ponadto praca chałupnicza miała tę zaletę, że można ją było wykonywać niezależnie od sztywnego harmonogramu. W okresie upraw i żniw pracownicy domowi mogli odłożyć na bok maszyny dziewiarskie i krosna i wykonywać niezbędne prace domowe i polowe.








In Königsbach selbst entstand erst gegen Ende des 19. Jahrhunderts eine größere Strumpffabrik, die ein Unternehmer namens Paschke auf dem Grundstück gegenüber dem Schul - und Bethaus erbaute. Die Fabrik konnte etwa 40 Frauem und Mädchen beschäftigen, außerdem führte Paschke in Königsbach die Heimarbeit ein. In etwa 50 Bauernhäusern schnurrten die Strickmaschinen; in manchen Wohnstuben klapperte wohl auch ein Webstuhl. Wenn auch der Lohn im Vergleich zum Verdienst in den Lodzer Fabriken recht karg war, so kam doch auf diese Weise Geld in die Familien. Außerdem hatte die Heimarbeit den Vorzug, daß sie unabhängig von starrer Zeiteinteilung ausgeübt werden konnte. In den Zeiten der Feldbestellung und der Ernte konnten die Heimarbeiter Strickmaschine und Webstuhl ruhen lassen und notwendige Haus- und Feldarbeit verrichten.

Bukowiec - Königsbach - Kościół ewangelicki - Volksfreund Kalender - 1930

 

Zdjęcie kościoła ewangelickiego w Bukowcu - Königsbach zamieszczone w Volksfreund Kalender - 1930





sobota, 13 czerwca 2026

Historia - nieznana - Statystyki - 1 milion

 Magiczny 1 milion wizyt na moim blogu został osiągnięty! Bardzo dziękuję moim czytelnikom za wytrwałość i chęć czytania materiałów które zamieszczam na blogu. Poniżej czołówka czytelników z całego świata!

Gesamtzahl der Seitenaufrufe

071
127
241
330
423
519
636
727
826
920
1031
1148
1287
1354
1444
1561
1648
1739
1841
1944
2062
2175
2244
2398
2484
2575
2652
2729
28100
2935
 1,001,498
© 2014-2025 Copyright
Blog "Historia nieznana".
Wszystkie Prawa Zastrzeżone.


Polska
498 tys.
Stany Zjednoczone
151 tys.
Niemcy
59,5 tys.
Singapur
45,1 tys.
Hiszpania
24 tys.
Rosja
21,6 tys.
Francja
21 tys.
Hongkong
18,9 tys.
Wielka Brytania
16,9 tys.
Wietnam
8,53 tys.
Szwecja
8,44 tys.
Ukraina
7,99 tys.
Austria
7,18 tys.
Holandia
5,84 tys.
Chiny
5,11 tys.
Kanada
4,98 tys.
Indie
4,51 tys.
Rumunia
4,49 tys.
Brazylia
4,27 tys.
Inne
84,3 tys.



piątek, 12 czerwca 2026

Jan Krause - Ceramika - Andrespol - Weg und Ziel

 

W majowym numerze gazety Weg und Ziel ukazał się mój materiał na temat rodziny Jana Krause i jego fabryki kafli "Ceramiki" w Andrespolu. 



Pionierski duch w Andrespolu: Historia rodziny Krause i ich fabryka ceramiki

Andrespol, miejscowość położona około dwunastu kilometrów na wschód od Łodzi, ma za sobą burzliwą historię. Na początku XIX wieku osiedlili się tu pierwsi niemieccy osadnicy – wśród nich rodzina Kraus (Krause). W tej miejscowości w 1841 roku urodził się Krystian, a w 1843 roku Ludwika Kraus (z domu Praus). Małżonkowie, którzy zajmowali się rolnictwem i nie umieli ani czytać, ani pisać, położyli podwaliny pod rodzinę, która miała wywrzeć trwały wpływ na region. Z ich małżeństwa urodziło się dwóch synów: Jan, urodzony 15 stycznia 1864 roku, oraz jego młodszy o 14 lat brat Christian Adolf.

Obaj bracia okazali się niezwykle utalentowani. Szczególnie Jan Krause wykazał się niezwykłym duchem przedsiębiorczości. Już w wieku 21 lat stał się właścicielem małej fabryki pieców kaflowych. Na początku zatrudniał tylko kilku pracowników i produkował rocznie kafle do około 200 pieców.

Dzięki swojej pracowitości i pomysłowości szybko się rozwijał:

• nabył cegielnię w Chojnach (dzisiaj dzielnica Łodzi).

• Od 1895 roku posiadał młyn parowy we wsi Nowe Rokicie (również dzisiaj Łódź).

Pomimo tej ekspansji nie zaniedbał swojej macierzystej fabryki w Andrespolu. Dwadzieścia lat po założeniu zatrudniał tam już ponad 20 pracowników. Jakość jego produktów była tak wysoko ceniona, że po 1910 roku liczba pracowników wzrosła do ponad 100, w większości mieszkańców Andrespola. Produkcja wzrosła do imponującej liczby 3000 kompletnych pieców rocznie. Teren zakładu powiększono do trzech hektarów, asortyment rozszerzono o płytki ścienne i podłogowe oraz otwarto własne sklepy w takich miastach jak Bydgoszcz, Chorzów, Gniezno i Warszawa. W okresie rozkwitu, podczas okupacji nazistowskiej, firma zatrudniała ponad 400 pracowników i produkowała prawie 4 miliony płytek rocznie. W gazecie „Litzmannstädter Zeitung” z 15 sierpnia 1943 r. w obszernym artykule zatytułowanym „Kiedy w piecu wygina się mały stożek Segera...” napisano:

„Już ponad 50 lat temu rozsławił on wieś Andrespol, wybierając ją na lokalizację swojej fabryki produkującej dachówki. [...] Początkowo z prostej gliny, występującej w okolicy, formowano i wypalano kafelki piecowe, aż w końcu zaczęto produkować tak zwane „kafelki berlińskie”.

Te jasne, białe płytki uzyskiwano przy użyciu gliny szamotowej. Proces ten był bardzo złożony i przypominał produkcję porcelany: glinę rozdrabniano w mieszalniku, aby stała się plastyczna, a następnie przetwarzano ją za pomocą maszyn do cięcia gliny lub formowano ręcznie i w formach gipsowych.

Jan Krause był nie tylko pracowitym przemysłowcem, ale także mecenasem społeczności. Założył zawodową straż pożarną w Andrespolu i wybudował dla swoich pracowników domy mieszkalne przy ulicy Fabrycznej, z których część jest zamieszkana do dziś. Okazała willa rodziny przy ulicy Ceramicznej służy obecnie jako przedszkole gminne.

Po 1945 roku nastąpił jednak upadek. Najpierw huragan poważnie uszkodził budynki, a następnie nastąpiła nacjonalizacja przez komunistów i przymusowa emigracja rodziny. Na początku XXI wieku teren został sprzedany inwestorowi; dziś stoi tam duże centrum handlowe. Po dawnym imperium przemysłowym nie pozostał żaden ślad.

Jan Krause był człowiekiem głęboko wierzącym. W znacznym stopniu wspierał budowę i odbudowę (po 1914 r.) kościoła ewangelickiego w pobliskim Andrzejowie. Niemniej jednak w regionie doszło do napięć na tle religijnym. Ponieważ opieka parafii w Neusulzfeld (Nowosolna) nie wystarczała wielu wiernym, szukali oni większej niezależności. W 1922 roku Andrzejów stał się ostatecznie filią kościoła św. Jana w Łodzi.

Dla wielu zaskakujące było jednak to, że właśnie Jan Krause stał się później założycielem i promotorem Kościoła Wolnego w Andrespolu. Trudno dziś ocenić, czy była to reakcja na wewnętrzne niepokoje i rezygnację popularnego pastora Adolfa Dobersteina w 1927 roku.

Jan Krause zmarł 25 stycznia 1944 roku w wieku 80 lat, zaledwie miesiąc przed swoją żoną Florentine. Po długich poszukiwaniach udało mi się zlokalizować ich grób na zniszczonym obecnie cmentarzu ewangelickim w Andrzejowie – ostatnie świadectwo człowieka, który jak mało kto wpłynął na historię Andrespola.

                                                                                                    Andrzej Braun





Andrespol, ein Ort etwa ein Dutzend Kilometer östlich von Łódź, blickt auf eine bewegte Geschichte zurück. Zu Beginn des 19. Jahrhunderts ließen sich hier die ersten deutschen Siedler nieder – unter ihnen die Familie Kraus (Krause). In dieser Ortschaft wurden 1841 Krystian und 1843 Ludwika Kraus (geborene Praus) geboren. Die Eheleute, die als Bauern tätig waren und weder lesen noch schreiben konnten, legten den Grundstein für eine Familie, die die Region nachhaltig prägen sollte. Aus ihrer Ehe kamen zwei Söhne hervor: Jan, geboren am 15. Januar 1864, und sein 14 Jahre jüngerer Bruder Christian Adolf.

Beide Brüder erwiesen sich als außerordentlich begabt. Besonders Jan Krause entwickelte einen bemerkenswerten Unternehmergeist. Bereits im Alter von 21 Jahren wurde er Eigentümer einer kleinen Kachelofenfabrik. In der Anfangsphase beschäftigte er nur wenige Mitarbeiter und produzierte jährlich Kacheln für etwa 200 Öfen.

Dank seines Fleißes und Einfallsreichtums expandierte er schnell:

• Er erwarb eine Ziegelei in Chojny (heute ein Stadtteil von

Łódź).

• Ab 1895 besaß er eine Dampfmühle im Dorf Nowe Rokicie (ebenfalls heute Łódź).

Trotz dieser Expansion vernachlässigte er sein Stammwerk in Andrespol nicht. Zwanzig Jahre nach der Gründung beschäftigte er dort bereits über 20 Mitarbeiter. Die Qualität seiner Produkte war so hoch geschätzt, dass die Belegschaft nach 1910 auf über 100 Einwohner von Andrespol anwuchs. Die Produktion stieg auf beeindruckende 3.000 komplette Öfen pro Jahr. Das Werksgelände wurde auf drei Hektar vergrößert, das Sortiment um Wand- und Bodenfliesen erweitert und eigene Geschäfte in Städten wie Bromberg (Bydgoszcz), Königshütte (Chorzów), Gnesen (Gniezno) und Warschau eröffnet. In der Blütezeit während der NS-Besatzungsjahre beschäftigte das Unternehmen über 400 Mitarbeiter und produzierte fast 4 Millionen Fliesen jährlich In der Litzmannstädter Zeitung vom 15. August 1943 hieß es in einem ausführlichen Artikel mit dem Titel „Wenn im Brennofen der kleine, Segerkegel‘ sich biegt...“:

„Bereits vor über 50 Jahren machte er das Dorf Andrespol durch die Produktion von Dachziegeln als Standort seiner Fabrik berühmt. [...] Zunächst wurden aus einfachem Ton, der in der Umgebung vorkam, Ofenkacheln geformt und gebrannt, bis man schließlich begann, sogenannte ‚Berliner Kacheln‘ herzustellen.“

Diese hellen, weißen Kacheln wurden mithilfe von Schamotte-Ton gewonnen. Das Verfahren war hochkomplex und ähnelte der Porzellanherstellung: Der Ton wurde durch Aufschlämmen in einem Rührwerk knetbar gemacht und anschließend mittels Ton-Schneidemaschinen oder durch Hand- und Gipsformung weiterverarbeitet.

Jan Krause war nicht nur ein geschäftiger Fabrikant, sondern auch ein Förderer der Gemeinschaft. Er gründete die Berufsfeuerwehr in Andrespol und baute für seine Mitarbeiter Wohnhäuser in der Fabry-

czna-Straße, die zum Teil bis heute bewohnt sind. Die prächtige Villa der Familie in der Ceramiczna-Straße dient heute als Kindergarten der Gemeinde.

Nach 1945 folgte jedoch der Niedergang. Erst beschädigte ein Orkan die Gebäude schwer, dann folgten die Verstaatlichung durch die Kommunisten und die erzwungene Auswanderung der Familie. Zu Beginn des 21. Jahrhunderts wurde das Gelände an einen Investor verkauft; heute steht dort ein großes Einkaufszentrum. Von dem einstigen Industrieimperium fehlt jede Spur.

Jan Krause war ein tief religiöser Mensch. Er unterstützte maßgeblich den Bau und den Wiederaufbau (nach 1914) der evangelischen Kirche im nahegelegenen Andrzejów. Dennoch kam es zu religiösen Spannungen in der Region. Da die Betreuung durch die Pfarrei in Neusulzfeld (Nowosolna) vielen Gläubigen nicht ausreichte, suchten sie nach mehr Eigenständigkeit. 1922 wurde Andrzejów schließlich eine Filiale der St.-Johannes-Kirche in Lodz (Łódź).

Überraschend für viele war jedoch, dass ausgerechnet Jan Krause später zum Gründer und Förderer der Freikirche in Andrespol wurde. Ob dies eine Reaktion auf die internen Unruhen und den Rücktritt des beliebten Pastors Adolf Doberstein im Jahr 1927 war, lässt sich heute nur noch schwer beurteilen.

Jan Krause verstarb am 25. Januar 1944 im Alter von 80 Jahren, nur einen Monat vor seiner Frau Florentine. Nach langer Suche konnte ihr Grab auf dem heute zerstörten evangelischen Friedhof in Andrzejów ausfindig gemacht werden – ein letztes Zeugnis eines Mannes, der die Geschichte Andrespols wie kaum ein anderer prägte.

                                                                                                    Andrzej Braun


Brzeziny - Cmentarz ewangelicki - Naprawa ogrodzenia - Weg und Ziel

Nowości z "podwórka grobersów"!

W majowym wydaniu WEG UND ZIEL ukazał się materiał poświęcony budowie ogrodzenia na cmentarzu ewangelickim w Brzezinach w kwietniu tego roku. Praktycznie nie byłem w stanie pracować tego dnia (problemy zdrowotne), jednak tam byłem, przywożąc symbolicznie 7 metalowych słupków i rolkę siatki. Widziałem i podziwiałem wspaniałych wolontariuszy!






Ważny krok w kierunku ochrony:

Nowe ogrodzenie cmentarza ewangelickiego w Brzezinach

Po dziewięciu latach niestrudzonego, wolontariackiego zaangażowania na miejscu, w kwietniu tego roku udało się osiągnąć ważny etap: zamknięcie dużych luk w ogrodzeniu na cmentarzu ewangelickim w Brzeziny. Dzięki wsparciu licznych wolontariuszy i hojnym darowiznom nekropolia jest teraz prawie w całości ponownie ogrodzona.

Realizacja tego projektu była możliwa dzięki niezwykłej hojności darczyńców, którzy udostępnili kompletny system ogrodzeniowy – składający się z siatki drucianej i słupków.

Tylko w ten sposób wieloletnia praca lokalnych wolontariuszy mogła teraz zaowocować tym ważnym zabezpieczeniem konstrukcyjnym. Prace charakteryzowały się starannym planowaniem i energicznym podejściem:

• Przygotowanie gruntu: w ramach intensywnych prac terenowych usunięto liczne korzenie i wyrównano grunt, aby stworzyć solidne podłoże pod ogrodzenie.

• Prace porządkowe: równolegle z budową ogrodzenia oczyszczono zarośla z gruzu i odpadów.

• Imponująca praca zespołowa: na szczególną uwagę zasługuje duża liczba wolontariuszy.

W ciągu zaledwie sześciu godzin wspólnej pracy wykonano ogromną pracę, która trwale poprawiła wygląd cmentarza.

Wynik ten sprawia wszystkim uczestnikom ogromną satysfakcję. Granice cmentarza są teraz niemal całkowicie zamknięte. Jedynie kilka charakterystycznych wyrw pozostawiono celowo otwartych – służą one jako mroczne świadectwo i widoczne ślady wydarzeń ze stycznia 1945 roku.

Organizatorzy serdecznie dziękują wszystkim osobom, które wsparły tę akcję, udostępniając sprzęt, darowizny rzeczowe oraz swój czas, dzięki czemu ten ważny krok stał się możliwy. Jest to wyraźny znak szacunku dla historii naszego regionu.

Źródło: Grupa wolontariuszy „Cmentarz Ewangelicki w Brzezinach” (facebook.com/CmentarzBrzeziny)



Ein wichtiger Schritt für den Erhalt:

Neuer Zaun für den evangelischen Friedhof in Brzeziny

Nach neun Jahren unermüdlichen ehrenamtlichen Engagements vor Ort konnte im April dieses Jahres ein bedeutendes Etappenziel erreicht werden: Die Schließung der großen Zaunlücken auf dem evangelischen Friedhof in Brzeziny. Dank der Unterstützung zahlreicher Helfer und großzügiger Spenden ist die Nekropole nun fast vollständig wieder eingefriedet.

Die Umsetzung dieses Vorhabens wurde durch die außergewöhnliche Großzügigkeit von Spendern ermöglicht, die ein komplettes Zaunsystem – bestehend aus Maschendraht und Pfosten – zur Verfügung stellten.

Nur so konnte die jahrelange Arbeit der örtlichen Freiwilligen nun in diesen wichtigen baulichen Schutz münden. Der Arbeitseinsatz war von einer sorgfältigen Planung und tatkräftigem Anpacken geprägt:

• Bodenvorbereitung: In intensiver Geländearbeit wurden zahlreiche Wurzeln entfernt und der Boden geebnet, um ein solides Fundament für den Zaun zu schaffen.

• Aufräumarbeiten: Parallel zum Zaunbau wurde das Dickicht von Unrat und Abfällen befreit.

• Beeindruckende Teamleistung: Besonders hervorzuheben ist die große Anzahl an Freiwilligen.

In nur sechs Stunden gemeinsamer Arbeit wurde ein enormes Pensum bewältigt, das das Erscheinungsbild des Friedhofs nachhaltig verbessert hat.

Das Ergebnis sorgt bei allen Beteiligten für große Zufriedenheit. Die Grenzen des Friedhofs sind nun fast lückenlos geschlossen. Lediglich einige markante Breschen wurden bewusst offen gelassen – sie dienen als mahnendes Zeugnis und sichtbare Spuren der Ereignisse aus dem Januar 1945.

Die Organisatoren bedanken sich herzlich bei allen Unterstützern, die mit Gerätschaften, Sachspenden und ihrer persönlichen Zeit diesen wichtigen Schritt ermöglicht haben. Es ist ein starkes Zeichen für den respektvollen Umgang mit der Geschichte unserer Region.

Quelle: Freiwilligengruppe „Cmentarz Ewangelicki w Brzezinach“ (facebook.com/CmentarzBrzeziny)

czwartek, 28 maja 2026

Jan Kawnik - Monte Cassino - Brójce - 19 pułk ułanów - cz.3

W naszej gminie Brójce, w mojej ocenie zbyt mało mówi się, czy też pisze o bohaterach którzy walczyli, czy też ginęli walcząc o wolność naszej Ojczyzny.

Dlatego, bardzo się cieszę, że Jan Szulec (mieszkaniec Brójec), poświęcił osobie Jana Kawnika ten artykuł. Przyznam, że nic wcześniej nie wiedziałem o żołnierzu spod Monte Cassino. Nie tylko ja, nie ma żadnej publikacji, najmniejszej broszury która by informowała o żołnierzach walczących podczas wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku (Józef Pabis z Wandalina, Władysław Klima z Pałczewa, rozstrzelany w 1941 roku w Wiskitnie Ludwik Jankiewicz), czy też mieszkańcach naszej gminy, którzy ginęli w obozach koncentracyjnych podczas niemieckiej okupacji.

Na stronie MonteCassino.eu można pod numerem 9556 znaleźć informację o naszym bohaterze:

Kompletny spis ok. 29.000 żołnierzy 3 Dywizji Strzelców Karpackich opracowany na podstawie 2-tomowego dzieła " Trzecia Dywizja Strzelców Karpackich 1942-1947 ",
wyd. Londyn 1991 r.
 

Opracowali: Jerzy Hykiel i Janusz Stankiewicz

Żołnierze 3 Dywizji Strzelców Karpackich
1942 - 1945

9556. KAWNIK Jan - - 1914/230 uł. 7. p. uł. lub.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Obozy wojskowe zorganizowana na Powołżu w rejonie Buzułuku. 8 września 1941 r.  wstąpił do wojska Polskiego, jako żołnierz gen. Andersa, najpierw przebywał  w Buzułuku, a później wyjechał do Azji Centralnej, do Uzbekistanu. Tam zobaczył mnóstwo umierających na tyfus i dezynterię Polaków. W sierpniu 1942 r. jako żołnierz II Korpusu ląduje w Persji gdzie przechodzi kurs strzelecki, a następnie wyjeżdża do Iraku. Tam kilkukrotnie wozi premiera Władysława Sikorskiego. 4 lipca 1943 r.  w zamachu bombowym w samolocie ginie gen. Sikorski.

"-nie chciał oddać dowództwa w ręce angielskie. Żołnierze uwielbiali go. Gdy zginął oficerowie nie przejęli się, ale żołnierze, kobiety i dzieci - płakały. Był dla nas jak ojciec". - nadmienia Kawnik.


Z Iraku pan Jan wyjeżdża do Syrii, gdzie przechodzi ćwiczenia wysokogórskie. Z Syrii udaje się do Palestyny, a następnie do Egiptu, w styczniu 1944 r.  z całą 3 Dywizją Strzelców Karpackich wpływa do portu Taranto we Włoszech. Za kilka miesięcy będzie walczył pod Monte Cassino. Zanim do tego dojdzie uczy się walki wręcz. Jako członek patrolu bierze udział w obezwładnieniu wartowników niemieckich i wreszcie Monte Cassino - góra leżąca w masywie górskim ciągnącym  się w poprzek półwyspu.

Od marca próbowały zdobyć Monte Cassino dywizje alianckie, w tym Amerykanie, Anglicy, Nowozelandczycy, Francuzi, Kanadyjczycy, a nawet Hindusi. Bezskutecznie, 11 maja 1944 r. ruszyli Polacy. Ogień nieprzyjacielski jednak okazał się silniejszy.

Strzaskani, porwani, wykrwawieni wrócili na na podstawy wyjściowe natarcia. Morderczy bój trwał do 18 maja 1944 r. Prawie tysiąc zabitych, około trzech tysięcy rannych - taki był bilans strat.

"To było piekło nas ziemi"- mówi Kawnik o bitwie pod Monte Cassino.

Po kilkudniowym odpoczynku, bierze udział w następnych walkach. 16 sierpnia zostaje ranny w głowę i nogę. Po wyjściu ze szpitala ponownie trafia tam 15 września 1944 r. z raną postrzałową ramienia. Po opuszczeniu szpitala walczy dalej we Włoszech aż do kwietnia 1945 r.

W dniach 9-21.04.1945 r bierze udział w wyzwoleniu Boloni i tutaj kończy się jego szlak bojowy.

2 maja poddał się we Włoszech ze swoimi armiami feldmarszałek Albert Kesselring. Tydzień później, 8 maja bezwarunkowa skapitulowała hitlerowska Rzesza.

Z Włoch wyjeżdża Kawnik do Anglii. Jako żołnierz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, służy w Wojsku Polskim do 12 maja 1947 r.

Za udział w wojnie został odznaczony Krzyżem Monte Cassino, Gwiazdą za Wojnę 1939-45, Gwiazdą Italii, Medalem Wojska Polskiego, odznaką 3 DSK.

Wrócił do Polski w 1947 roku. Tutaj nie witano go kwiatami, nie grały fanfary, nie było owacji. Gdy wszedł do pociągu w Gdańsku, jadącego do Łodzi, konduktor nie pozwolił mu wejść do przedziału, całą drogę przestał na korytarzu. - "ty nie jesteś nasz, ty jesteś kapitalista" - oświadczył konduktor.

Dopiero w latach 70 uznano go za "swojego". 17.04.1974 r. został odznaczony Medalem Zwycięstwa i Wolności 1945 r. 

17.12.1975 r. Krzyżem Kawalerskim Orderem Odrodzenia Polski i 12.01.1980 r. Medalem za udział w Wojnie obronnej 1939.

Żyje ich już niewielu, cichych, czasami bezimiennych weteranów minionej wojny. 60 rocznica zakończenia 2 Wojny Światowej to doskonała okazja, aby ich odszukać. Nie są komiksowymi bohaterami, jak, nie przymierzając, porucznik Kloss, czy komandos Rambo, o czym szczególnie powinny wiedzieć dzieci i młodzież, bezkrytycznie zapatrzona w niezwykłe wyczyny papierowych postaci typu Rambo. Jednym z nich jest Jan Kawnik, pełen żołnierskiego honoru, jedyny mieszkający w gminie Brójce uczestnik walk o Monte Cassino. Walczył o wolną Polskę, a gdy wrócił do niej, w ciszy przeżywał swój ból, bowiem o honorze (o ironio losu) kazano mu zapomnieć. Pan Jan nie był herosem, nie był wybitnym dowódcą, był zwykłym żołnierzem, ale był jednym z tych, co walczyli o to, żeby nasze dzieci mogły beztrosko bawić się, a dorośli żyć w pokoju, abyśmy mogli mówić i pisać po polsku.

                                                                                                   Jan Szulec.


Jan Kawnik zmarł 17 kwietnia 2003 roku w wieku 89 lat i spoczął na cmentarzu w Kurowicach. Cześć jego pamięci.





środa, 27 maja 2026

Jan Kawnik - Monte Cassino - Brójce - 19 pułk ułanów - cz.2

Kawnik jednak nie zdjął munduru, lecz z częścią rozbitków ruszył do obrony Warszawy. W tym czasie ZSRR anektował wschodnie rejony Polski. Na wieść o tym, po dwudniowych walkach w obronie Warszawy, ruszył na południowy wschód 25.09.1939 r., koło Hrubieszowa walczył z żołnierzami Armii Czerwonej. W czasie tego boju został ranny i trafił do niewoli radzieckiej.

We wrześniu 1939 r. do niewoli radzieckiej zostało wzięte ok. 200 tys. żołnierzy polskich, w tym ok. 15 tys. oficerów. Kawnik był jednym z nich. We wrześniu trafił do szpitala wojskowego w Brodach. Po wyjściu ze szpitala został skierowany do obozu pracy przymusowej i musiał ciężko pracować przy budowie drogi Lwów - Kijów (W tym czasie, na rozkaz Stalina, członkowie NKWD - bez przedstawienia jakichkolwiek zarzutów strzałem w tył głowy, pozbawili życia ponad 10 tys. polskich oficerów).

22.05.1941 r.  wojska niemieckie uderzyły na ZSRR. Tego dnia zaczęła się mordercza ucieczka przed wojskiem niemieckim. Poganiani przez sowietów na przemian z marszem i biegiem, dzień i noc, przez kilkanaście dni gnali w stronę Moskwy. W okolicach Moskwy przebywał do sierpnia 1941 r.

Na mocy układu Sikorskie - Majski z 30 lipca 1941 r. , 12 sierpnia Prezydium Rady Najwyższej ZSRR wydało dekret o udzieleniu amnestii " wszystkim obywatelom Polski pozbawionych wolności na terytorium ZSRR". Dwa dni później, 14 sierpnia podpisano polsko-radziecką umowę wojskową w sprawie zorganizowania armii polskiej w ZSRR. Dowódcą armii został generał Władysław Anders. "Byłem niedożywiony i wycieńczony do tego stopnia, że ledwo widziałem na oczy i prawie nie mogłem chodzić. Gdy do obozu przyjechał pułk. Wiśniewski i oświadczył, że na mocy amnestii możemy wstępować do armii polskiej - nikt nie wierzył w te słowa"- wspomina pan Jan.