Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Płock. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Płock. Pokaż wszystkie posty

piątek, 19 grudnia 2025

Nowe Proboszczewice - Płock - Cmentarz ewangelicki - Der Heimatbote - 11/1967

                                             Cmentarz górski w powiecie płockim

W powiecie płockim/Schröttersburgu leży polska wieś Proboszczewice. W pobliżu tej wsi znajdowała się niegdyś spora niemiecka osada. W wyniku migracji niemieckich rolników do innych regionów Polski osada ta skurczyła się do zaledwie 5 rolników. Jednak u rolnika Minde urządzili oni dużą izbę, która służyła jako skromna sala modlitewna. Tutaj kantory z pobliskich kantonów Karwosieki i Bronowo odprawiali czasami nabożeństwa dla małej gminy. W pobliżu wsi i kościoła katolickiego znajdował się cmentarz niewielkiej pozostałej gminy ewangelickiej. Wysoki piaskowy pagórek, na którym został założony, był prawdopodobnie jedną ze szwedzkich fortyfikacji, które znajdują się w okolicy Proboszczewic. Dzięki wysokiemu krzyżowi cmentarnemu rozciągał się stąd daleki widok na okolicę. Tutaj niewielka gmina przenosiła swoich zmarłych i składała ich do grobu. Protestanci ci należeli do parafii w Płocku. Pastor rzadko jednak przyjeżdżał, aby odprawić nabożeństwo lub pochować zmarłego.

W Niedzielę Zaduszną, kiedy nasze myśli ponownie wracają przez rozległe krainy do utraconej ojczyzny, aby spocząć przy grobach naszych bliskich, niektórzy z nas w duchu staną na tym małym cmentarzu na wzgórzu. Na tym tak osobliwie położonym cmentarzu zapadła cisza. Nikt nie przychodzi tu, aby pielęgnować mogiły. Tylko surowa i mokra listopadowa burza wieje w tych dniach wokół małego cmentarza na wzgórzu i śpiewa w nielicznych krzewach smutną pieśń żałobną dla tych, którzy tu spoczywają. Ale kiedy jesienne mgły unoszą się z okolicznych łąk i otulają go gęstą szarą zasłoną, a biały szron osiada na suchych trawach – wtedy panuje tu całkowita cisza, tak głęboka, że słychać bicie zegara wieczności.

                                                                                                                             O t t o  La n g e



                                              Ein Bergfriedhof im Kreise Plock

Im Kreise Plock/Schröttersburg liegt das polnische Kirchdorf Proboszczewice. Ganz in der Nähe dieses Dorfes lag einst eine ansehnliche deutsche Siedlung. Durch die Abwanderung der deutschen Bauern in andere Gegenden Polens war diese Siedlung bis auf 5 Bauern zusammengeschmolzen. Sie hatten aber noch beim Bauern Minde eine große Stube als schlichten Betsaal eingerichtet. Hier hielten die Kantoren aus den unweit gelegenen Kantoraten Karwosieki und Bronowo manchmal der kleinen Gemeinde einen Gottesdienst. Dicht am Dorf und der katholischen Kirche lag der Friedhof der kleinen evangelischen Restgemeinde. Der hohe Sandhügel, auf dem er angelegt war, war wahrscheinlich eine von den Schwedenschanzen, die es hier um Proboszczewice gibt. So schaute er mit seinem hohen Friedhofskreuz weit ins Land. Hier trug die kleine Gemeinde ihre Entschlafenen hinauf und bettete sie zur letzten Ruhe. Diese Evangelischen gehörten zur Pfarrgemeinde Plock. Der Pastor kam aber nur selten, um ihnen einen Gottesdienst zu halten oder einen Verstorbenen zu Grabe zu geleiten.

Am Totensonntag, da unsere Gedanken über die weiten Lande wieder zurück in die verlorene Heimat eilen, um dort an den Gräbern unserer Lieben zu weilen, da werden manche im Geist auf diesem kleinen Bergfriedhof stehen. Es ist sehr still auf diesem so eigenartig gelegenen Friedhof geworden. Niemand kommt hier herauf, um die Grabhügel zu pflegen. Nur der rauhe und naßkalte Novembersturm weht in diesen Tagen um den kleinen Bergfriedhof und singt in den wenigen Sträuchern denen, die hier ruhen, sein wehmütiges Klagelied. Wenn aber die Herbstnebel aus den umliegenden Wiesen heraufsteigen und ihre dichten grauen Schleier um ihn legen und der weiße Rauhreif sich auf die dürren Gräser legt - dann ist es hier ganz still, so still, als hörte man den Stundenschlag der Ewigkeit.

                                                                                                                             O t t o  La n g e

Źródło: 

FORUM STOWARZYSZENIA TRADYTOR

Postautor: Thomas » czw wrz 02, 2010 7:32 pm

Na wzgórzu, po lewej stronie drogi do Gozdowa wśród krzewów dostrzegamy nadgryziony przez ząb czasu drewniany krzyż. Wskazuje on miejsce pochówku dawnych ewangelickich mieszkańców Proboszczewic.
Nie zachowało się zbyt wiele po dawnych funkcjach cmentarza. Poza trzema cementowymi ramkami i dwoma fragmentami pomników na cmentarzu króluje przyroda i gromadzone śmieci, po których można stwierdzić, że miejsce zwane przez miejscowych "kirkutem" jest dość często odwiedzane w różnych celach.

Quelle:

FORUM DER VEREINIGUNG TRADYTOR

Evangelischer Friedhof – Nowe Proboszczewice (Kreis Płock)

Beitrag von Thomas » Donnerstag, 2. September 2010, 19:32 Uhr

Auf einem Hügel, links von der Straße nach Gozdowo, sehen wir zwischen den Büschen ein vom Zahn der Zeit zerfressenes Holzkreuz. Es markiert die Begräbnisstätte der ehemaligen evangelischen Einwohner von Proboszczewice.

Von den früheren Funktionen des Friedhofs ist nicht viel erhalten geblieben. Abgesehen von drei Zementrahmen und zwei Fragmenten von Denkmälern dominieren auf dem Friedhof die Natur und angesammelter Müll, woraus man schließen kann, dass der von den Einheimischen als „Kirkut” bezeichnete Ort recht häufig zu verschiedenen Zwecken besucht wird.


sobota, 13 grudnia 2025

Karwosieki - Płock- Cmentarz ewangelicki - Niemieckie osadnictwo - Der Heimatbote - 10/1972 - cz.2

 


Dzisiaj publikujemy drugą część artykułu naszego współpracownika Otto Lange, który, miejmy nadzieję, spotka się z zainteresowaniem wielu czytelników. W całej środkowej Polsce i Wołyniu istniało bowiem wiele podobnych kantoratów. Pierwsza część kończyła się informacją, że nowy kościół został poświęcony 31 października 1937 roku.

                                            Cmentarz ewangelicki w Karwosiekach.

Uroczystość poświęcenia była dla małej gminy kantoralnej wielkim świętem i dniem radości. Wielu przybyło z innych gmin kantoralnych, aby wziąć udział w tej uroczystości. Jako kaznodzieje uroczystości przybyli: pastor Schendel, pastor Triebe z Łaszewa oraz ewangeliści Wendland, Boryszewo, Reks z Głowina i Schmidtke z Michałkowa. Przybył również chór i orkiestra trąbkowa z gminy braci z Maszewa koło Płocka, które znacznie urozmaiciły uroczystość. Uczestnicy uroczystości zebrali się najpierw w starej sali modlitewnej i pożegnali ją krótkim nabożeństwem. Następnie uczestnicy uroczystości przeszli uroczystym pochodem do nowej kaplicy. Po odśpiewaniu pieśni „Tut mir auf die schöne pforte” („Otwórz mi piękne drzwi”) i wygłoszeniu krótkiej przemowy przez pastora Schendela przed zamkniętymi drzwiami, mistrz murarski Wurzbacher wręczył mu klucz do drzwi. Drzwi otworzyły się szeroko i uczestnicy uroczystości weszli do kościoła zalewanego złotymi promieniami porannego słońca. Pastor Schendel wygłosił uroczystą homilię i dokonał poświęcenia kaplicy. Następnie kazanie wygłosił pastor Triebe. Goście spoza miejscowości zostali zaproszeni do gospodarstw, gdzie poczęstowano ich obiadem. Również po południu odbyło się nabożeństwo, podczas którego kazania wygłosili trzej ewangeliści, a ostatnie słowo należało do pastora Schendela. W naszej dawnej ojczyźnie ludzie mieli wytrwałość, by wysłuchać kilku kolejnych kazań. „Kirmes”, czyli festyn, który co roku obchodzono w kantoratach parafii w Płocku, dotychczas odbywał się 8 września (w święto Narodzenia Najświętszej Maryi Panny). Z okazji dnia poświęcenia kaplicy przeniesiono go na 31 października.

Dzięki nowej kaplicy osada zyskała znacznie bardziej przyjazny wygląd. Z cynkowym dachem i wieżyczką dachową błyszczała nad podwórkami i sadami na płaskim terenie i już z daleka witała wędrowców zbliżających się do tego miejsca. Po wejściu do kaplicy trafiało się do przedsionka. Stąd schody prowadziły na empory. Po lewej stronie przedsionka znajdowała się zakrystia. Wnętrze kaplicy miało sklepiony sufit. Przez wysokie okna do wnętrza świątyni wpadało dużo światła. Dwa duże okrągłe okna szczytowe zostały oszklone przez mistrza szklarskiego Wernera z Sierpca jasnym, kolorowym szkłem w kształcie gwiazdy. Piękny ołtarz ambony był biały i miał namalowany przeze mnie obraz olejny „Chrystus na krzyżu”. Rodzina Potz podarowała nowy żyrandol. Stare ławki modlitewne zostały na razie umieszczone w nowej kaplicy. Miały one zostać później zastąpione nowymi. Jednak z powodu wybuchu II wojny światowej nie doszło do tego.

Podczas pierwszej mszy, którą odprawiłem w kaplicy, zwróciłem uwagę wiernym, że pięcioramienne gwiazdy w okrągłych oknach mają symbolizować gwiazdę, która wyszła z Jakuba, Chrystusa, Zbawiciela i Pana ludzi na pięciu kontynentach. (4. Księga Mojżesza 24, 17b) A smukła wieża na dachu kaplicy ma symbolizować uniesiony palec Boga, który wskazuje rolnikom pracującym na polu niebo i przypomina im, aby podczas uprawiania pól nie zapominali o uprawianiu również pól swoich serc, aby mogły one przynieść owoce dla wiecznego żniwa.

Życie wsi toczyło się tu spokojnie i cicho. Większość rodzin była ze sobą spokrewniona. Kiedy sąsiedzi spotykali się na wiejskiej drodze, siadali w kucki i rozmawiali o swoich codziennych rolniczych troskach. Często podziwiałem wytrwałość, z jaką siedzieli w tej pozycji, ponieważ w żadnej innej niemieckiej osadzie nie spotkałem się z czymś podobnym. Ciekawe było to, że w tej małej osadzie dwóch nauczycieli kantoralnych, Lemke i Seling, osiedliło się na emeryturę. Spośród nauczycieli kantoralnych, którzy tu pracowali, można wymienić następujących: Lange, Wächter, Truderung, Ladzik, Bärwald, Seling. Nauczyciele pracowali w K. zazwyczaj tylko przez krótki czas.

Podczas II wojny światowej zostałem zatrudniony przez władze szkolne jako nauczyciel szkoły podstawowej. Kiedy zrezygnowałem z pracy nauczyciela, aby objąć stanowisko kantora w Płocku, kolejno pracowało tam dwóch młodych nauczycieli ze Starej Rzeszy.

Stosunki między Niemcami a Polakami były przyjazne. Władze lokalne nie rościły sobie praw do majątku kantora. Kantorzy mogli bez przeszkód nie tylko udzielać niemieckim dzieciom lekcji religii, ale także uczyć je czytania, pisania i liczenia. Dopiero przed wybuchem II wojny światowej zaczęły się oszczerstwa i nagonka. W niedzielny poranek przyszedł policjant i przeszukał moje mieszkanie w poszukiwaniu rzekomo ukrytej broni. Kiedy przyszedł po raz drugi, miał przeprowadzić „wizytację szkolną”. Nie mógł jej jednak przeprowadzić, ponieważ dzieci niedawno wróciły do domów. W związku z tym zostałem wezwany wraz z kilkorgiem dzieci oraz niemieckimi i polskimi mieszkańcami do starostwa, ponieważ zgłoszono, że prowadzę tutaj tajną niemiecką szkołę. Mimo, że wezwani zeznali na moją korzyść, zostałem skazany na trzy miesiące więzienia lub grzywnę w wysokości 3000 złotych. Ponieważ jednak wybuchła II wojna światowa, nie musiałem odbywać kary.

Podczas II wojny światowej Karwosieki zostały przemianowane przez niemiecką administrację okupacyjną na Löwen. Jak powiedział mi pastor Schendel z Płocka, miejscowość ta nie otrzymała tej nazwy dlatego, że mieszkała tu rodzina Löwe (spokrewniona z Sup.Ph. Schmidtem z Gostynina), ale dlatego, że miejscowi chłopi pracowali przy budowie kaplicy z siłą lwa. Niestety, pod koniec II wojny światowej świątynia zbudowana tak wielkim kosztem została zbezczeszczona. Zakwaterowano tu przymusowych robotników z innych miejscowości, którzy musieli kopać okopy przeciwczołgowe w okolicy. Ławki zostały wyrzucone i wykorzystane jako drewno opałowe. Piękny ołtarz z amboną został zepchnięty w kąt. Dzięki temu wraz z obrazem ołtarzowym uniknął zniszczenia.

Niemieckie życie zostało wymazane, ale kościółek stoi. Po upadku niemieckie życie zostało tu z dnia na dzień wymazane. Nie wszystkim udało się uciec. Niektórzy z tych, którzy zostali, zostali przewiezieni do obozu pracy w Sierpcu, gdzie zginęli w nędzy. Inni zostali wywiezieni na Rosję, gdzie w obozie pracy w Bakszijewo prawie wszyscy zmarli z wyczerpania, wśród nich także ewangelista Wendland. Jednak jedna kobieta pochodzenia niemieckiego nadal mieszka w tej miejscowości. Jako mała dziewczynka została u Polaka, gdy jej rodzice zostali wywiezieni do Rosji. Później wyszła za mąż za Polaka i prowadzi gospodarstwo rodziców. Jej rodzice nie wrócili z Rosji. Oni również zginęli w obozie.

Z dala od ruchliwego ruchu ulicznego miejscowość ta nadal leży spokojnie pośród pól i marzy o minionych czasach. Jednak postęp nie ominął jej całkowicie. Kiedy nadchodzi wieczór i rozciąga się nad miejscowością cień, w domach i na wzgórzach zapalają się światła elektryczne. Dwa wiatraki już dawno zniknęły z krajobrazu. Cmentarz wraz z otaczającym go polem został obsadzony sosnami przez Polaka, który uprawia gospodarstwo Bredefeldschen Hof. Kiedy wiatr muska wierzchołki drzew, szepcze kołysankę spoczywającym tu zmarłym. Wiecznie zielona roślina pokrywa kopce grobowe i latem zdobi je niezliczonymi błękitnymi gwiazdkami. Stara szkoła stoi do dziś. Nadal służy jako mieszkanie dla nauczycieli, a stara sala modlitewna jako sala lekcyjna dla pierwszych czterech klas szkoły podstawowej.

Również mały kościółek stoi tam do dziś i spogląda z zamyśleniem na rozległą okolicę, jakby patrzył za minionymi latami. Katolicki ksiądz z Sikorza odprawia tu nabożeństwa w co drugą niedzielę.

Co roku 15 sierpnia, w święto Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, odbywa się odpust. Tak jak niegdyś podczas „kirmesfest” wielu protestantów z innych kantonów przybywało do Karwosieki, tak teraz wielu katolików z okolicznych miejscowości przybywa do tej cichej wsi, gdzie w kaplicy kilku księży odprawia mszę i wygłasza kazania.

W ten sposób spełniło się życzenie polskiego sąsiada, który podczas budowy kaplicy przechodził obok i powiedział: „Taką kapliczkę powinniśmy mieć również tutaj. Wtedy nie musielibyśmy pokonywać tak dalekiej drogi do Sikorz”. Aby powiększyć wnętrze kaplicy, usunięto ściany oddzielające przedsionek od zakrystii. Jednak ołtarz z obrazem znajduje się tam do dziś. Wspomniana powyżej kobieta pisze o tym: „Za każdym razem, gdy jestem w kościele i patrzę na obraz „Chrystus na krzyżu”, myślę o nauczycielu malarstwa, w którego mieszkaniu jako dziecko tak chętnie bawiłam się z jego synkiem”. W jej sercu budzi to zapewne wiele innych nostalgicznych wspomnień z dzieciństwa, które już dawno odeszły w daleką przeszłość...

                                                                                                  Otto Lange, Langendamm.

Ołtarz ambony kaplicy ewangelicko-luterańskiej w Karwosiekach. Obraz ołtarzowy „Jezus na krzyżu” jest obecnie czczony przez wspólnotę katolicką, mimo że nosi podpis niemieckiego artysty Otto Lange. To prawdziwa polska tolerancja!

Der Kanzelaltar der ev.-Iuth. Kapelle in Karwosieki. Das Altarbild "Jesus am Kreuz" wird heute von der katholischen Gemeinde angebetet, obwohl es doch den deutschen Namen Otto Lange als Unterschrift trägt. Da waltet echte polnische Toleranz I


Heute bringen wir den zweiten Teil des Artikels unseres Mitarbeiters Otto Lange,den hoffentlich viele Bezieher mit Interesse lesen werden. Gab es doch viele ähnliche Kantorate in ganz Mittelpolen und Wolhynien. Der erste Teil schloß damit, daß das neue Gotteshausam 31. Oktober1937 eingeweiht werden konnte.

Die Einweihungsfeier war für die kleine Kantoratsgemeinde ein großer Fest- und Freudentag. Viele waren aus anderen Kantoratsgemeinden gekommen, um an dieser Feier teilzunehmen. Als Festprediger waren gekommen: Pastor Schendel, Pastor Triebe ,Laszewo, und die EvangelistenWendland, Boryszewo, Reks, Glowina, und Schmidtke, Michalkowo. Der Posaunen- und Gesangchor der Brüdergemeinde aus Maszewo bei Plock war auch gekommen und trug viel zur Verschönerung der Feier bei. Die Festgemeinde versammelte sich zuerst in dem alten Betsaal und nahm mit einem kurzen Gottesdienst von ihm Abschied. Dann zogen die Festteilnehmer im feierlichen Zug herliber zur neuen Kapelle. Nachdem hier der Festzug "Tut mir auf die schöne pforte" gesungen und Pastor Schendel vor der noch verschlossenen Tür eine kurze Rede gehalten hatte, überreichte ihm Maurermeister Wurzbacher den Türschlüssel. Weit öffnete sich nun die Tür und herein strömte die Festgemeinde in das von goldenen Strahlen der Morgensonne durchflutete Gotteshaus. Pastor Schendel hielt die Festpredigt und vollzog die Weihe der Kapelle. Dann predigte Pastor Triebe. Die auswärtigen Gäste wurden auf die Bauernhöfe eingeladen, wo sie mit einem Mittagessen bewirtet wurden. Auch am Nachmittag fand ein Gottesdienst statt, in welchem die drei Evangelisten predigten und Pastor Schendel das Schlußwort sprach. In unserer alten Heimat hatte man die Ausdauer, mehreren nacheinanderfolgenden Predigten zuzuhören. Die "Kirmes", die in den Kantoraten der Plocker Kirchengemeinde alljährlich gefeiert wurde, hatte bisher am 8. September (Mariä Geburt) stattgefunden. Aus Anlaß des Einweihungstages der Kapelle wurde sie auf den 31. Oktober verlegt.

Durch die neue Kapelle hat die Siedlung ein viel freundlicheres Bild bekommen. Mit ihrem Zinkblechdach und Dachreiterturm schaute sie blinkend über die Höfe und Obstgärten in das flache Land und grüßte schon, von weit her den Wanderer, der sich diesem Ort näherte. Betrat man die Kapelle, so kam man in einen Vorraum. Von hier führte die Treppe zur Empore hinauf. Links am Vorraum befand sich die Sakristei. Der Innenraum der Kapelle hatte eine gewölbte Decke. Durch die hohen Fenster flutete viel Licht in das Gotteshaus. Die beiden großen runden Giebelfenster waren von Glasermeister Werner aus Sierps mit leuchtendem farbigen Glas in Sternform verglast. Der schöne Kanzelaltar war weiß und hatte das von mir in öl gemalte Altarbild "Christus am Kreuz". Die Familie Potz spendete einen neuen Kronleuchter. Die alten Betsaalbänke wurden vorerst in die neue Kapelle hineingestellt. Sie sollten später durch neue ersetzt werden. Durch Ausbruch des Zweiten Weltkrieges kam es aber nicht mehr hierzu.

Im ersten Gottesdienst, den ich in der Kapelle hielt, wies ich die Gemeinde darauf hin, daß die fünfstrahligen Sterne in den Rundfenstern uns auf den Stern hinweisen sollen, der aus Jakob ausgegangen ist, auf Christus, den Erlöser und Herrn der Menschen auf den fünf weltteilen. (4. Mose 24, 17b) Und der schlanke Turm auf dem Dach der Kapelle soll ein aufgehobener Finger Gottes sein, der die Bauern draußen bei ihren Feldarbeiten gen Himmel weist und mahnt, beim Bestellen der Felder es nicht zu vergessen, auch ihren Herzensacker zu bestellen, damit darauf Frucht für die ewige Ernte reife.

Still und friedlich ging hier das Dorfleben seinen Gang. Die meisten Familien waren miteinander verwandt. Trafen sich Nachbarn auf der Dorfstraße, dann hielten sie bei hockender Stellung ein Plauderstündchen über ihre alltäglichen bäuerlichen Sorgen. Oft mußte ich die lange Ausdauer dieser "Hockerei" bewundern, denn in keiner andern deutschen Siedlung habe ich eine solche angetroffen. Eigenartig war es, daß in dieser kleinen Siedlung zwei Kantorlehrer, die hier amtierten, Lemke und Seling, sich für ihren Lebensabend niedergelassen hatten. Von den Kantorlehrern, die hier tätig waren, seien hier rücklaufend aufgezählt einige geannnt: Lange, Wächter, Truderung, Ladzik, Bärwald, Seling. Die Lehrer waren in K. meist nur kurze Zeit tätig.

Im 2. Weltkrieg wurde ich von der Schulbehörde als Volksschullehrer angestellt. Als ich mich aus dem Lehrerdienst entlassen ließ, um das Kantorat in Plock zu übernehmen, waren nacheinander zwei Junglehrer aus dem Altreich tätig.

Das Verhältnis zwischen Deutschen und Polen war freundschaftlich. Die politische Gemeinde erhob keinen Anspruch auf das Kantoratseigentum. Die Kantoren konnten unbehelligt den deutschen Kindern nicht nur Religionsunterricht erteilen, sondern ihnen auch das Lesen, Schreiben und Rechnen beibringen. Erst vor Ausbruch des Zweiten Weltkrieges setzte die Verleumdung und Hetze ein. An einem Sonntagmorgen kam ein Polizist und durchsuchte meine Wohnung nach angeblich versteckten Waffen. Als er das zweite Mal kam, sollte er eine "Schulvisitation" durchführen. Diese konnte er aber nicht vornehmen, weil die Kinder kurz vorher schon nach Hause gegangen waren. Darauf wurde ich mit einigen Kindern sowie deutschen und polnischen Einwohnern auf die Starostei bestellt, weil ich angezeigt worden war, daß ich hier im Ort eine geheime deutsche Schule führe. Obwohl die Vorgeladenen zu meinen Gunsten aussagten, wurde ich zu drei Monaten Gefängnis oder zur Zahlung einer Geldbuße von 3000 Zloty verurteilt. Da aber der 2. Weltkrieg ausbrach, brauchte ich die Strafe nicht abzubüßen.

Im Zweiten Weltkrieg wurde Karwosieki von der deutschen Besatzungsverwaltung in Löwen umbenannt. Wie. mir Pastor Schendel aus Plock sagte, habe der Ort diesen Namen nicht bekommen, weil hier eine Familie Löwe wohnte (verwandt mit Sup.Ph. Schmidt, Gostynin), sondern weil die Bauern hier mit Löwenkräften beim Bau ihrer Kapelle gearbeitet haben. Leider hat man am Ende des 2. Weltkrieges das mit so großen Opfern erbaute Gotteshaus entweiht. Man quartierte hier auswärtige Zwangsarbeiter ein, die in der Umgegend Panzergräben ausheben mußten. Die Bänke wurden hinausgeworfen und als Brennholz verwendet. Den schönen Kanzelaltar schob man in eine Ecke. Dadurch blieb er mit dem Altarbild vor der Vernichtung verschont.

Das deutsche Leben ausgelöscht, aber das Kirchlein steht Nach dem Zusammenbruch wurde mit einem Schlage das deutsche Leben hier ausgelöscht. Nicht allen ist die Flucht gelungen. Von den Zurückgebliebenen wurden manche ins Arbeitslager Sierpe gebracht, wo sie elend umkamen. Andere wurden nach Rußland verschleppt, wo im Arbeitslager Bakschijewo fast alle vor Erschöpfung starben, unter ihnen auch Evangelist Wendland. Aber eine deutschstämmige Frau lebt heute noch dort im Ort. Sie blieb als kleines Mädchen bei einem Polen zurück, als auch ihre Eltern nach Rußland verschleppt wurden. Sie heiratete später einen Polen und bewirtschaftet den Elternhof. Ihre Eltern sind nicht mehr aus Rußland zurückgekehrt. Auch sie sind dort im Lager gestorben.

Fern von jeglichem unruhigem Straßenverkehr liegt der Ort auch heute noch inmitten seiner Felder still da und träumt von vergangenen Zeiten. Aber der Fortschritt ist auch hier nicht spurlos vorübergegangen.. Wenn der Abend kommt und seine Schatten über den Ort breitet, flammt in den Häusern und auf den Höhen elektrisches Licht auf. Die beiden Windmühlen sind schon längst vom Bilde der Landschaft verschwunden. Der Friedhof mit dem umliegenden Acker ist vom Polen, der den Bredefeldschen Hof bewirtschaftet, mit Kiefern bepflanzt worden. Wenn der Wind über die Baumwipfel streicht, säuselt er den hier Ruhenden das Schlummerlied. Immergrün deckt die Grabeshügel und schmückt sie im Sommer mit seinen unzähligen himmelblauen Sternblumen. Das alte Schulhaus steht heute noch. Es dient noch immer als Lehrerwohnung und der alte Betsaal als Klassenraum für die ersten vier Jahrgänge der volksschüler.

Auch das Kirchlein steht noch heute dort und blickt verträumt ins weite Land, als schaute es davongeeilten Jahren nach. Der katholische Pfarrer aus Sikorz hält hier jeden zweiten Sonntag Gottesdienst.

Alljährlich endet am 15. August als dem Festtage von Marias Himmelfahrt der "odpust" statt. Wie einst .am "Kirmesfest" viele Evangelische aus den anderen Kantoraten nach Karwosieki kamen, so strömen jetzt viele .Katholiken aus den umliegenden Ortschaften in das stille Dorf, wo in dem Kirchlein einige Priester die Messe lesen und predigen.

Somit hat sich der Wunsch jenes polnischen. Nachbarn erfüllt, der während des Kapellenbaues dort vorbeikam und sagte: "Solch ein Kirchlein müßten auch wir hier haben. Dann brauchten wir nicht den weiten Weg nach Sikorz zu laufen." Um den Innenraum der Kapelle zu erweitern, hat man die Wände herausgenommen, die den Vorraum und die Sakristei abgrenzten. Aber der Altar mit dem Bild ist auch heute poch ort vorhanden. Die oben erwähnte Frau schreibt davon: Jedesmal, wenn ich in der Kirche bin und das Altarbild ”Christus am Kreuz" ansehe, denke ich an den malenden Lehrer, in dessen Wohnung ich als Kind so gern mit seinem Söhnchen spielte." Dabei werden in ihrem Herzen wohl auch noch viele andere wehmütige Erinnerungen aus ihren Kinderjahren wachgerufen, die nun schon in so weite, weite Femen enteiltsind ...

                                                                                                   Otto Lange, Langendamm.


Karwosieki - Płock- Niemieckie osadnictwo - Der Heimatbote - 10/1972 - cz.1

                                    Kantorat Karwosieki/Löwen w powiecie płockim

Ta parafia kantoralna, z jej radościami, ale także trudnymi losami podczas obu wojen światowych, jest przykładem dla wielu innych niemieckich parafii szkolnych, które spotkał podobny los.

              Kaplica ewangelicka w Karwosiekach. Po lewej stronie stary kościół i szkoła.

                Die ev.- lüth. KapeIle in Karwosieki. Links das alte Bet· und Schulhaus.

Karwosieki-Cholewice – wieś sołecka w Polsce położona w województwie mazowieckim, w powiecie płockim, w gminie Brudzeń Duży. W latach 1975–1998 miejscowość administracyjnie należała do województwa płockiego. Wikipedia

Karwosieki-Cholewice – ein Dorf in Polen, gelegen in der Woiwodschaft Masowien, im Landkreis Płock, in der Gemeinde Brudzeń Duży. In den Jahren 1975–1998 gehörte der Ort administrativ zur Woiwodschaft Płock. Wikipedia

Na północy powiatu płockiego, tuż przy granicy powiatu sierpczańskiego, leży wieś Karwosieki. Wieś składa się z trzech dzielnic: Cholewie, Respondy i Kapitulne. Dzielnica Cholewie to duże majątek ziemski. W połowie XVIII wieku ziemia położona na wschodzie została zasiedlona przez właściciela majątku i powstały dzielnice Respondy i Kapitulne. Ponieważ wśród osadników znalazło się 15 niemieckich rodzin, powstała mała ewangelicka parafia kantoralna. Została ona przyłączona do parafii w Płocku. Większość niemieckich osadników osiedliła się w dzielnicy Kapitulne, dlatego nowo powstała parafia nosiła nazwę Karwosieki-Kapitulne. Podczas osadnictwa w środku tej dzielnicy przeznaczono jedną morgę ziemi pod szkołę. Teren szkolny znajduje się na rogu, gdzie droga polna biegnąca z północy na południe przecina ulicę wiejską. Na środku tej działki, w pewnej odległości od drogi wiejskiej, niemieccy osadnicy zbudowali swoją pierwszą małą i skromną modlitewną salę i szkołę. Na pięknie położonym wzgórzu, które od strony torfowiska miało bardzo strome zbocze, założono mały cmentarz.

Początkowo gospodarstwa rolne obejmowały od 30 do 50 morgów ziemi. Łączna powierzchnia gruntów niemieckich osadników wynosiła około 600 morgów. Z biegiem czasu niektóre gospodarstwa zostały podzielone, co spowodowało znaczny wzrost liczby rodzin. Ponieważ w sąsiednich polskich wioskach Wrzosy osiedliły się trzy niemieckie rodziny, a w Dziengelewie dwie, parafia kantora liczyła 31 rodzin chłopskich i 2 rodziny robotnicze. Kantorat liczył około 150 dusz. Ponieważ liczba rodzin podwoiła się, mały cmentarz okazał się zbyt mały i trzeba było go powiększyć. W tym celu rolnik Michael Bredefeld, na którego polach znajdował się cmentarz, podarował kawałek ziemi. Dzięki służebności kantorat otrzymał jeszcze jedną morgę ziemi, tak że posiadał dwa morgi ziemi szkolnej.

W dzielnicy Respondy gospodarstwa rolne leżą w dolinie, gęsto przylegając do siebie jak gniazda. Natomiast w dzielnicy Kapitulne gospodarstwa tworzą kolonię, leżącą po południowej stronie wiejskiej drogi, biegnącej z zachodu na wschód. Ponieważ gospodarstwa rolne leżą dość blisko siebie, pola uprawne rozciągają się daleko na północ. Za gospodarstwami wije się porośnięty wysokimi topolami i wierzbami potok, powszechnie nazywany „Struga”. Podczas topnienia śniegu i ulewnych deszczy potok zasilany jest dużą ilością wody z położonych wyżej pól. Wtedy płynie wesoło, szemrząc i pluskając, i pędzi do rzeki Skrwa, gdzie się do niej wlewa. Za strumieniem stały dwa stare wiatraki, których potężne skrzydła zawsze obracały się, rzucając cień, gdy tylko świeży wiatr wiał nad równiną. Koła młynów klapotały wesoło, nadając tej spokojnej okolicy ożywiony charakter.

Kiedy budynek szkoły uległ zniszczeniu w wyniku pożaru, gmina kantoralna dość szybko podjęła decyzję o budowie nowego. Dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności plan ten wkrótce udało się zrealizować. W sąsiedniej polskiej wsi Kamionki pewien szlachcic zbudował sobie nowy dom i wystawił stary na sprzedaż. Bez wahania zakupiono ten stary budynek. W zakupie tego domu dużą rolę odegrała specyficzna wiejska kalkulacja i oszczędność. Dzięki pieniądzom z ubezpieczenia od pożaru, które otrzymano za spaloną szkołę, udało się ponownie zbudować szkołę, a nawet pozostało trochę pieniędzy. Ponieważ dom ten był zbudowany z drewnianych bali i pokryty dachówką, można go było z łatwością rozebrać, przetransportować i ponownie postawić. Nie została ona jednak zbudowana w miejscu, gdzie stała stara szkoła, ale blisko drogi wiejskiej. We wschodniej części urządzono salę modlitewną, a w zachodniej – salę szkolną i mieszkanie kantora. Było ono małe i składało się tylko z kuchni z jadalnią i jednego pokoju. Również budynek gospodarczy można było zbudować za niewielkie pieniądze. Ściany zbudowano z ubitej gliny, ponieważ jest jej tu pod dostatkiem. A na dach rolnicy dostarczyli słomę.

Podczas pierwszej wojny światowej wszystkie niemieckie rodziny kantora zostały wygnane do Rosji. Zostały one przewiezione do Saratowa nad Wołgą. Tutaj mężczyźni musieli wykonywać bardzo ciężką pracę w dużych młynach, ładując i rozładowując worki z ziarnem i mąką, aby zarobić na utrzymanie swoich rodzin. Opuszczone gospodarstwa przejęli Polacy. Kiedy w 1918 roku wygnani powrócili z Rosji, gospodarstwa wyglądały na opuszczone. Dachy kryte strzechą były zniszczone. Niektóre ogrodzenia wokół gospodarstw i ogrodów zniknęły, ponieważ wykorzystano je jako drewno opałowe. Na polach uprawnych rosły chwasty. Kantor Gustav Fenske opowiedział mi: Kiedy nadszedł czas, aby ponownie wziąć pług do ręki i wyruszyć na pole, aby je zaorać, płakał podczas orki, a jego łzy spływały po bruzdach. Nie były to jednak łzy radości, że znów mógł orać swoje pola, ale łzy smutku i bólu. Pole było bowiem tak mocno zbite, że przewrócone grudki ziemi nie rozsypywały się od jednego końca bruzdy do drugiego. Jednak dzięki wytrwałej pracowitości i niestrudzonej pracy rolników pola znów stały się czyste, strzechy zostały naprawione i pokryte nowym materiałem, a podwórka i ogrody ogrodzone. Gospodarstwa tych pracowitych rolników znów stały czyste i prezentowały się przyjemnie dla oka.

Jednak budynek modlitewny i szkolny nadal wyglądał dość ponuro, ponieważ brakowało ogrodzenia wokół dziedzińca szkolnego. Kiedy w 1933 roku przełożeni kantora poprosili mnie o objęcie stanowiska kantora i przyjechałem tu, aby obejrzeć budynek szkoły, zgłosiłem tę wadę. Społeczność kantora wzięła to sobie bardzo do serca. Kiedy przyjechałem tu po raz drugi, nie wierzyłem własnym oczom! Wokół placu szkolnego stało nowe, piękne ogrodzenie z płotu! Nie przypuszczałem jednak, że w przyszłości będę świadkiem jeszcze większej jedności tych rolników.

Sam budynek szkoły wyglądał już na dość zniszczony. Ten stary już w momencie budowy budynek stał tu już od wielu lat. Dach pokryty dachówką po stronie północnej był mocno wygięty pod ciężarem. Przez dach i podłogę deszczówka kapała na prosty ołtarz ambony. A kiedy zimą wokół starej szkoły szalała burza śnieżna, wiatr wiał śnieg przez szczeliny fundamentów z kamienia polnego i desek podłogowych do sali modlitewnej. Kiedy przejąłem tu urząd kantora i zastałem takie warunki, zrodziła się we mnie myśl, aby zbudować nową salę modlitewną. Kiedy jednak ostrożnie przedstawiłem moje pomysły zarządowi kantora, nie spotkałem się z zainteresowaniem, a raczej z silnym sprzeciwem. Uznano, że stara sala modlitewna jest nadal wystarczająco dobra i ładna. Zrozumiałem, że ten wielki pomysł budowy nowej sali modlitewnej musi najpierw powoli kiełkować w sercach członków gminy, rosnąć, dojrzewać, a dopiero potem przynieść owoce. I nie minął tylko jeden rok, ale trzy lata, zanim ta myśl dojrzała do owocowania.

Jesienią 1936 roku pastor Adolf Schendel z Płocka wraz z pastorem Ewaldem Triebe z Łaszewa przybyli tutaj i odprawili nabożeństwo. Następnie odbyło się zebranie gminne w sprawie budowy nowej sali modlitewnej. Jednogłośnie postanowiono, że zostanie zbudowana nie tylko sala modlitewna, ale kaplica! Nałożono dobrowolny podatek w wysokości 10 złotych za morgę. Później podwyższono go do 15 złotych. Wybrano komitet budowlany, a skarbnikiem mianowano Gustava Fenske. Podarował on również pięknie położoną działkę budowlana obok szkoły. Wyraził również życzenie, aby budowa kaplicy przebiegała tak sprawnie, jak budowa kościoła w Lipnie. W kalendarzu Volksfreund przeczytał, że podczas budowy kościoła zgromadziło się tam tak wielu ochotników, że pastor był zmuszony odesłać część z nich do domów. Jego życzenie spełniło się w pełni. Gmina zobowiązała się do wykonania wszystkich prac pomocniczych bezpłatnie i do wyżywienia budowniczych, aby utrzymać koszty budowy kaplicy na dość niskim poziomie. Następnej zimy, kiedy prace polowe zostały wstrzymane, przywieziono już cegły i wygaszono wapno. 3 maja 1937 r. pastor Schendel położył kamień węgielny. Budowę przeprowadzili mistrz murarski Wurzbacher oraz stolarz i cieśla Linkowski według mojego projektu. Obaj mieszkali w gminie kantoralnej Sierpc. Budowa kaplicy postępowała tak szybko, jak sobie tego życzył kantor Fenske. W dniu święta reformacji, 31 października tego samego roku, piękny dom Boży mógł zostać poświęcony przez pastora Adolfa Sehendela z Płocka.

                                                            - ciąg dalszy nastąpi - 

                                        Das Kantorat Karwosieki/Löwen im Kreise Plock

Diese Kantoratsgemeinde mit ihren Freuden und auch so schwerenSchicksalen in den beiden Weltkriegen spricht tür viele andere deutsche Schulgemeinden, denen es ähnlich ergangen ist.

Im Norden des Kreises Plock liegt hart an der Grenze des Kreises Sierpc das Dorf Karwosieki. Das Dorf besteht aus den drei Ortsteilen Cholewie, Respondy und Kapitulne. Der Ortsteil Cholewie ist ein großes Gut. Um die Mitte des 18. Jahrhunderts wurden die im Osten gelegenen Ländereien vom Gutsherrn versiedelt und es entstanden die Ortsteile Respondy und Kapitulne. Da sich unter den Siedlern auch 15 deutsche Familien befanden, kam es zur Gründung einer kleinen evangelischen Kantoratsgemeinde. Sie wurde der Kirchengemeinde Plock angeschlossen. Die meisten deutschen Siedler hatten sich in dem Ortsteil Kapitulne niedergelassen und daher trug das neuentstandene Kantorat den Namen Karwosieki-Kapitulne. Bei der Ansiedlung hatte man mitten in diesem Ortsteil einen Morgen Land für die Schule bestimmt. Das Schulland liegt an der Ecke, wo ein Landweg, der von Norden nach Süden führt, die Dorfstraße schneidet. Mitten auf diesem Grundstück, ein Stück von der Dorfstraße entfernt, erbauten die deutschen Siedler ihr erstes kleines und bescheidenes Bet- und Schulhaus. Auf einer schön gelegenen Anhöhe, die an einer Torfbruchseite einen sehr steilen Abhang hatte, wurde ein kleiner Friedhof angelegt.

Anfangs umfaßten die Bauernstellen 30 bis 50 Morgen Land. Die Gesamtmorgenzahl der deutschen Siedler betrug etwa 600 Morgen. Im Laufe der Zeit wurden manche Hofstellen aufgeteilt, wodurch die Familienzahl sich bedeutend erhöhte. Und da sich auch noch in den polnischen Nachbardörfern Wrzosy drei und in Dziengelewo zwei deutsche Familien niederließen, zählte die Kantoratsgemeinde 31 Bauernfamilien und 2 Arbeiterfamilien. Das Kantorat hatte etwa 150 Seelen. Dadurch, daß die Farnilienzahl ums Doppelte größer geworden war, erwies sich der kleine Friedhof als viel zu klein und mußte vergrößert werden. Hierzu schenkte der Bauer Michael Bredefeld, in dessen Feldern der Friedhof lag, ein Stück Land. Durch ein Servitut bekam das Kantorat noch einen Morgen Land, so daß es zwei MorgenSchulland besaß.

Im Ortsteil Respondy liegen die Bauernhöfe in einer Talmulde nestförmig dicht nebeneinander. Im Ortsteil Kapitulne dagegen bilden die Höfe nebeneindergereiht eine Kolonie, Sie liegen alle an der Südseite der Dorfstraße, die vom Westen nach dem Osten verläuft. Da die Bauernhöfe recht dicht nebeneinander liegen, ziehen sich die Ackerfelder weit nach Norden hinaus. Hinter den Höfen schlängelt sich der mit hohen Pappeln und Weiden bestandene Bach dahin, der allgemein die "Struga" genannt wurde. Bei der Schneeschmelze und bei starken Regenfällen wird dem Bach von den hochgelegenen Feldern viel Wasser zugeführt. Dann fließt er munter murmelnd und plätschernd dahin und eilt dem Fluß Skrwa zu, wo er einmündet. Hinter dem Bach standen die beiden alten Windmühlen, deren wuchtige Flügel sich immer sehr geschattig drehten, sobald ein frischer Wind über die Ebene des Landes wehte. Dabei klapperten gar lustig die Mühlenräder und gaben dem sonst so stillen Ort ein lebhaftes Bild.

Als das Schulhaus einem Brand zum Opfer gefallen war, beschloß die Kantoratsgemeinde recht schnell wieder eins zu errichten. Durch Zufall konnte dieser plan auch bald verwirklicht werden. Im. polnischen Nachbardorf Kamionki hatte ein Großbauer (szlachcic) sich ein neues Wohnhaus erbaut und bot nun das alte zum- Verkauf an. Kurz entschlossen kaufte man dies alte Wohnhaus. Bei diesem Hauskauf spielte eine eigentümliche bäuerliche Berechnung und Sparsamkeit eine große Rolle. Denn für das Feuerkassengeld, das man für das abgebrannte Schulhaus bekam, hatte man wieder ein Schulhaus und es war sogar noch ein wenig übriggeblieben. Und da dies Haus aus Holzbohlen erbaut und mit Dachziegeln gedeckt war, konnte es mit Leichtigkeit abgebrochen, weggefahren und wieder aufgestellt werden. Es wurde aber nicht an der Stelle errichtet, wo das alte Schulhaus gestanden hatte, sondern dicht an der Dorfstraße. Am Ostende wurde der Betsaal eingerichtet und am Westende die Schulklasse und die Kantorwohnung. Diese war klein und bestand nur aus Wohnküche und einem Zimmer. Auch das Wirtschaftshaus konnte für wenig Geld erbaut werden. Die Wände wurden aus gestampftem Lehm errichtet, da dieser ja hier reichlich vorhanden ist. Und für das Dach lieferten die Bauern das Stroh.

Im Ersten Weltkriege wurden alle deutschen Familien des Kantorats nach Rußland verbannt. Sie wurden nach Saratow an der Wolga gebracht. Hier mußten die Männer in den großen Mühlen beim Ein- und Ausladen der Korn- und Mehlsäcke sehr schwere Arbeiten verrichten, um das Unterhaltsgeld für ihre Familien zu verdienen. Die verlassenen Wirtschaften übernahmen Polen. Als die Verbannten 1918 aus Rußland zurückkehrten, sahen die Höfe verödet aus. Die Strohdächer waren schadhaft geworden. So mancher Zaun um Hof und Garten fehlte, denn man hatte ihn als Brennholz benutzt. Auf den Ackerfeldern wucherte das Unkraut. Kantoratsvorstehe Gustav Fenske erzählte mir: Als es nun wieder so weit war, daß er den Pflug in seine Hand nehmen konnte und hinauszog, um seinen Acker zu pflügen, da habe er beim Pflügen geweint und die Furchen mit seinen Tränen genetzt. Dies waren aber keine Freudentränen darüber, daß er seine Felder wieder pflügen durfte, sondern es waren Tränen der Trauer und des Schmerzes. Denn der Acker war so stark verqueckt, daß die umgeworfenen Schollen von einem Ende der Furche bis zum andern nicht auseinanderfielen. - Aber durch zähen Fleiß und unermüdliche Arbeit der Bauern wurden die Felder wieder sauber, die Strohdächer ausgebessert und neueingedeckt und die Höfe und Gärten umzäunt. Und wieder standen die Gehöfte dieser fleißigen Bauern reinlich da und boten einen erfreulichen Anblick.

Das Bet- und Schulhaus aber stand noch immer recht öde da, denn hier fehlte die Umzäunung um den Schulhof. Als im Jahre 1933 die Kantoratsvorsteher mich baten, hier die Kantoratsstelle zu übernehmen und ich hierher kam, um mir das Schulhaus anzusehen, bemängelte ich dieses. Dies hat die Kantoratsgemeinde sich sehr zu Herzen genommen. Denn als ich das zweite Mal hierher kam, traute ich meinen Augen nicht! Um den Schulhof stand ein neuer schöner Staketenzaun! Ich ahnte aber nicht, daß ich hier in zukunft noch eine viel größere Einigkeit dieser Bauern erleben sollte.

Das Schulhaus selbst sah schon recht baufällig aus. Denn dieses, bei der Aufstellung schon alte Haus,hatte nun bereits wieder viele Jahre gestanden. Das Pfannendach an der Nordseite hatte sich unter der schweren Last stark gebogen. Durch Dach und Bodendecke tropfte das Regenwasser auf den schlichten Kanzelaltar. Und .wenn im Winter starkes Schneetreiben um das alte Schulhaus stürmte, dann wehte der Sturm den Schnee durch die Ritzen des Feldsteinfundamentes und der Fußbodenbretter in den Betsaal. Als ich hier das Kantoramt übernahm und diese Zustände vorfand, erwachten in mir die Gedanken, hier einen neuen Betsaal zu erbauen. Als ich aber diese meine Gedanken vorerst ganz behutsam dem Kantoratsvorstand offenbarte, 'fand ich kein Gehör, sondern eine starke Ablehnung. Man meinte, der alte Betsaal sei noch gut und schön genug. Ich sah es nun auch ein, daß dieser große Gedanke an den Bau eines neuen Bethauses erst ganz langsam in den Herzen der Gemeindeglieder keimen, wachsen, reifen und dann erst Frucht bringen kann. Und es dauerte nicht nur ein, sondern drei Jahre, bis dieser Gedanke zur Frucht herangereift war.

Im Herbst 1936 kam Pastor Adolf Schendei aus plock mit Pastor Ewald Triebe aus Laszewo und hielten hier einen Gottesdienst. Anschließend fand eine Gemeindeversammlung weges des Neubaues eines Betsaales statt. Einstimmig wurde beschlossen, nicht nur einen Betsaal, sondern eine Kapelle zu erbauen! Man belegte sich mit einer freiwilligen Steuer von 10 Zloty pro Morgen. Später wurde diese auf 15 Zloty erhöht. Es wurde ein Baukomitee gewählt und zum Kassierer Gustav Fenske bestimmt. Er schenkte auch den neben der Schule sehr schön gelegenen Bauplatz. Er sprach auch den Wunsch aus, daß es hier bei diesem Kapellenbau so fleißig zugehen möchte, wie beim Kirchbau in Lipno. Er hatte im Volksfreund-Kalender gelesen, daß dort beim Bau der Kirche so viel freIwillige Helfer zusammengeströmt waren, daß der Pastor gezwungen war,einen Teil davon nach Hause zu schicken. Und dieser sein Wunsch erfüllte sich voll und ganz. Die Gemeinde verpflichtete sich, alle Handlangerarbeiten unentgeltlich zu leisten und die Baumeister zu verpflegen, um so die Kosten des Kapellenbaues recht niedrig zu halten. Im folgenden Winter, wo die Feldarbeiten ruhten, wurden schon die Ziegel herangefahren und der Kalk gelöscht. Am 3. Mai 1937 wurde von Pastor Schendel der Grundstein gelegt. Nach einer von mir angefertigten Zeichnung wurde der Bau von Maurermeister Wurzbacher und dem Tischler- und Zimmermeister Linkowski ausgeführt. Beide waren in der Kantoratsgemeinde Sierpc wohnhaft. Der Kapellenbau ging so zügig voran, wie es sich Kantoratsvorsteher Fenske gewünscht hatte. Denn am Reformationsfest, den 31. Oktober desselben Jahres, konnte das schöne Gotteshaus schon von Pastor Adolf Sehendel aus Plock eingeweiht werden.


czwartek, 27 grudnia 2018

Lipnów - Wronie - Płock - Kuzkowa - Archiwum - 1852

       Cztery strony na czerpanym papierze z przepięknym orłem na obie strony (carskim o dwoma głowami). Najważniejsze to, co jest napisane? - Udało mi się przeczytać zapis z lipca 1852 roku (są podane dwie daty dni 13 i 25). W nagłówku (oryginalny tekst) :
                             GUBERNIA PŁOCKA     POWIAT LIPNOSKI

                                         WOYL GEMINY WRONEGO

        Zaświadcza jako Jan Adamski Zamieszkiwał tu w Gminie przez lat 23 sprawował się tak jak na dobrego człowieka przypada do Woyska ani tez do buntu nienależał, występku kryminalnego nie popełnił, a jak wyszedł z Kraju tutejszego żony nie miał z urzędu Zaręcza się, zatym wolno mu się ożenić z Jadwigą Wiśniewską  Panną z wsi Kuzkowa w Kraju Pruskim w Krejsie Szodnickim nadmienia się że gdyby miał zamiar powrócić do Kraju Rodzinnego będzie on przyjęty z żoną i Spłodzonemi Dziećmi, a Ślub w Kraju Pruskim odebrany za okazania Aktu Ślubnego za ważne przyjęte będzie. Dziś podług Księgi Ludności ma lat 27.

                                                                           Wrone dnia 13/25 Lipca 1852 roku.

                                                                                               Zaturski Z...




Pozostałych stron nie dam rady odczytać, pismo jest tak drobne, że resztki mojego i tak słabego wzroku uległyby zniszczeniu...
Zastanawia mnie bardzo, dlaczego taki dokument trafił w prywatne ręce ?! - powinien być w archiwum płockim..., ktoś go "pożyczył"...




środa, 1 sierpnia 2018

Antysemici uderzają w cmentarze i pomniki - Krzysztof Bielawski - Jewish.pl - Cmentarze żydowskie - Dąbrowa - Płock



        Wyłowione z sieci: Jewish.pl
Mona Cravson udostępniła link w grupie Forum Żydów Polskich.

Antysemici uderzają w cmentarze i pomniki

Dewastacja macew na cmentarzu w Dąbrowie, fot. Dorota Budzińska
Pomazane macewy, swastyka na pomniku ofiar Zagłady, rozbita szyba po odsłonięciu Kamieni Pamięci. Czy to zbieg okoliczności czy fala nienawiści?
Kilka dni temu mieszkanka Dąbrowy Białostockiej stwierdziła fakt profanacji cmentarza żydowskiego. Sześć macew pomazano farbą. Do zdarzenia doszło prawdopodobnie między 3 a 23 lipca. O sprawie została powiadomiona policja.
– Prowadzimy czynności w kierunku przestępstwa z artykułu 262. paragraf 1., który stanowi: „Kto znieważa zwłoki, prochy ludzkie lub miejsce spoczynku zmarłego, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat dwóch” – poinformował st. sierż. Kamil Kozłowski z Komendy Powiatowej w Sokółce.
W poniedziałek podobny akt ujawniono w Płocku, na cmentarzu żydowskim przy ul. Mickiewicza. Tu na pomniku poświęconym ofiarom Zagłady nieznany sprawca czerwoną farbą namalował napis o treści antysemickiej oraz swastykę. Jak zapewnił rzecznik prasowy płockiej policji Krzysztof Piasek, organa ścigania traktują sprawę „bardzo poważnie”.
– Stało się coś strasznego: dla autora lub autorów swastyki i napisu „Je…ć Żydów” niczym złym nie jest taka „twórczość” na cmentarzu żydowskim. Do Płocka, w którym z powodzeniem działa Muzeum Żydów Mazowieckich, zawitał skutek przyzwolenia na brak edukacji w tym temacie i przymykania oczu na złe podejście do mniejszości narodowych – skomentował w wypowiedzi dla płockiego wydania „Gazety Wyborczej” Rafał Kowalski z Muzeum Żydów Mazowieckich.
Profanacja spotkała się ze zdecydowaną reakcją płockich społeczników, m.in. Moniki Niedźwiedzkiej i Stowarzyszenia Demokratyczna RP. W ciągu 24 godzin zorganizowali akcję porządkowania cmentarza.
Warto dodać, że w maju stwierdzono zniszczenia na cmentarzu żydowskim w Szczytnie, gdzie przewrócono siedem macew, a trzy rozbito.
Do niepokojącego zdarzenia doszło w Raczkach koło Suwałk. W tej miejscowości w minioną niedzielę odsłonięto tzw. Kamienie Pamięci (niem. Stolpersteine). Dobę później nieznany sprawca rozbił szybę w samochodzie Marcina Halickiego – pracownika Gminnego Ośrodka Kultury, który zaangażował się w projekt wmurowania Kamieni Pamięci. Nie wiadomo czy należy wiązać tę sytuację z niedzielnym upamiętnieniem żydowskich rodzin z Raczek, jednak rozbicie szyby w połączeniu z brakiem kradzieży przedmiotów z samochodu zmusza do przemyśleń, czy był to jedynie zbieg okoliczności.
Należy zdecydowanie podkreślić, że coraz więcej cmentarzy żydowskich w Polsce znajduje się pod opieką miejscowych społeczników. Jednak odnotowane ostatnio dewastacje cmentarzy i inne akty o charakterze antysemickim dowodzą też wzrostu nienawiści. Jest Polska A – wrażliwa na wielokulturowość i Polska B – niechętna lub agresywnie wroga wobec wszystkiego, co inne. Ta druga Polska niestety nie daje o sobie zapomnieć.
Krzysztof Bielawski