Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Partyzanci. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Partyzanci. Pokaż wszystkie posty

środa, 21 stycznia 2026

Niemcy pomagali partyzantom - Łódź - Litzmannstadt - Der Heimatbote - 12/1962

                                               Niemcy pomagali partyzantom

                                        „Czy moja siekiera jest już gotowa?”

Władze Łodzi świętowały 20. rocznicę powstania PPR. PPR, dosłownie: Polska Partia Robotnicza, to partia komunistyczna, która powstała w 1942 roku na terenie Łodzi. Jej członkowie, na czele z towarzyszem Ignacym Logą-Słowińskim, zobowiązali się wówczas do walki z faszystami i do dziś opowiadają o swoich bohaterskich czynach, które rozpoczęli w podziemiu. Żyją tym tak samo, jak uchodźcy swoimi doświadczeniami z czasów ucieczki i wysiedlenia. Bo „wspomnienie przetrwanych trudów jest przyjemne”. Można to spotkać wszędzie.

Ale w Łodzi było to bardzo trudne, uważa dziś sekretarz partii Marian Kuliński. „Wielu spośród tysięcy Niemców mieszkających w tym mieście obserwowało każdy krok Polaków. Ale jestem dumny, że praca w sabotażowych oddziałach, na froncie walki, nie poszła na marne. Najpiękniejszą opowieścią była dla mnie zawsze relacja z różnych akcji sabotażowych”. „ Niestety nie mogłem pozostać w kierownictwie „frontu”. Musiałem uciekać z Łodzi, ponieważ Niemcy mnie ścigali. Wyjechałem do Tomaszowa i pracowałem w fabryce tekstylnej. Tomaszów również od samego początku był dobrze „strzeżony” przez Niemców ... ”

Tajne spotkania partyzantów odbywały się w Łodzi przy Voglerweg 26 (uI. Admiralska 18 a), w mieszkaniu Stefana Grabowskiego. Miał on kuźnię przy Marysińskiej 13, która była pierwszym punktem kontaktowym. Kiedy ktoś przychodził i mówił: „Dzień dobry. Czy moja siekiera jest już gotowa?”, kowal Grabowski przyglądał się mu badawczo i odpowiadał: „Tak. Wszystko w porządku, towarzyszu, proszę wejść”. Było to hasło rozpoznawcze i znak, że powietrze jest „czyste”.

Na początku „grupy bojowe Frontu Ludowego” nie miały ani broni, ani materiałów wybuchowych, tylko niepohamowaną nienawiść do wszystkiego, co niemieckie, która rozpalana była już samym dźwiękiem słowa „Litzmannstadt”. W swoim domu kowal Grabowski posiadał wiele książek. To właśnie z niemieckiej encyklopedii Orgelbranda członkowie ruchu oporu znaleźli przepisy, dzięki którym mogli wytworzyć materiały wybuchowe, które następnie wykorzystano do produkcji granatów.

Z tej dzielnicy Łodzi pochodziła grupa młodzieżowa „Promienni”, która wyróżniała się w walce z Niemcami. Młodszy syn kowala Grabowskiego wraz z ośmioma bojownikami z tej grupy zginął pod Psarami. Niemcy pojmali go podczas potyczki i 11 maja powiesili na cmentarzu żydowskim w Łowiczu. Wcześniej, 30 kwietnia 1943 r. o godz. 2 w nocy, w domu jego ojca w Łodzi rozpoczęła się wielka rewizja. Kowal Grabowski był jednak tak sprytny, że Niemcy nie znaleźli u niego ani broni, ani tajnych dokumentów. Wiedzieli jednak, że był głównym wrogiem i zabrali go do więzienia przy ul. Sterlinga. Nie wydał żadnego ze swoich licznych towarzyszy i ostatecznie zginął w obozie koncentracyjnym Mauthausen.

Interesuje nas fakt, że Niemcy znacznie pomagali partyzantom. Żona wspomnianego kowala opowiada: „Niemcy bardzo nam pomagali. Nasze radio zanieśliśmy do Niemca o nazwisku Hugo Grieschke. Nasi ludzie chodzili do niego i słuchali (zakazanych) zagranicznych audycji. To właśnie z nich czerpali informacje do tajnych "gazet”. Papier do gazet partyzanci otrzymywali od siostrzenicy kowala, która pracowała w niemieckiej papierni przy ulicy Piotrkowskiej 90. Także powielacz, bez którego podziemna propaganda byłaby prawie niemożliwa?

Zajmował się tym Niemiec Adolf Tebus, obecnie mieszkający w strefie. Nosił mundur NSDAP (!) i kupił urządzenie na podstawie prawdziwej „karty zaopatrzeniowej”. Tramwajem przewiózł je do partyzantów na przedmieściach Łodzi, do Marysina. Ci ostatni wydali później tajną gazetę „Głos Łodzi” w nakładzie 2000 egzemplarzy, które były rozprowadzane w sposób niepozorny, tak że niemieccy strażnicy nic nie zauważyli... Jeden z kolporterów mieszkał przy Deutschlandplatz (Plac Wolności)... Tak, w niemieckim Litzmannstadt działo się wiele rzeczy...


Ignacy Loga-Sowiński – polski komunistyczny działacz związkowy i polityk. Członek Biura Politycznego KC PZPR, poseł do Krajowej Rady Narodowej, na Sejm Ustawodawczy oraz Sejm PRL II, III, IV i V kadencji, członek i zastępca przewodniczącego Rady Państwa. Ambasador PRL w Turcji. Budowniczy Polski Ludowej. Wikipedia

                                        Deutsche halfen Partisanen

                                      "Ist meine Axt schon fertig?"

Das amtliche Lodz feierte den 20. Jahrestag der Entstehung der PPR. Die PPR, wörtlich: Polska Partia Robotnicza, ist eine kommunistische Partei, die im Jahre 1942 im Lodzer Gebiet ins Leben gerufen wurde. Ihre Mitglieder, an der Spitze Genosse Ignacy Loga-Slowinski, verschworen sich damals zum Kampf gegen die Faschisten und erzählen noch heute von den im Untergrund began genen Heldentaten. Sie leben davon wie die Flüchtlinge von ihren Erlebnissen während der Flucht und Vertreibung. Denn "die Erinnerung an überstandene Mühsale ist angenehm " Man findet das überall.

Aber in Lodz war es sehr schwer, meint Parteisekretär Marian Kulinski heute. "Viele der Tausende von Deutschen, die in dieser Stadt wohnten, beobachteten jeden Schritt der Polen. Aber ich bin stolz, daß die Arbeit in den Sabotage-Aussmüssen, in der Kampf-Front" nicht umsonst war. Ich hörte als die schönste Erzählung immer den Bericht von den verschiedenen Sabotageaktionen. " Weiter sagte er: "Leider konnte im in der Leitung der "Front" nicht bleiben. Ich mußte aus Lodz flüchten, denn die Deutschen waren hinter mir her. Begab mich nach Tomaschow, arbeitete in der Textilfabrik. Auch Tomaschow war gleich von Anfang an von den Deutschen gut "bewacht" ... "

Die geheimen Zusammenkünfte der Partisanen fanden in Litzmannstadt im Voglerweg 26 (uI. Admiralska 18 a) statt, in der Wohnung eines Stefan Grabowski. Der hatte in der Marysinska 13 eine Schmiede, die der erste Kontaktpunkt war. Kam hier einer und sprach: "Guten Tag. Ist meine Axt schon fertig?, dann sah ihn der Schmied Grabowski prüfend an und sagte: "Ja. Alles ist in Ordnung, Genosse komm herein". Es war das Erkennungswort und auch Zeichen, daß die Luft "sauber" sei.

Am Anfang hatten die "Kampfgruppen der Volksfront" weder Waffen noch Sprengmaterial, nur den unbändigen Haß gegen alles Deutsche, der schon beim Klang des Wortes "Litzmannstadt" aufloderte. Dom Schmied Grabowski besaß viele Bücher. Ausgerechnet aus der deutschen Enzyklopädie Orgelbrands ersahen die Widerständler die Rezepte, mit deren Hilfe sie Sprengmaterial herstellen konnten, das dann zu Granaten verwendet wurde.

Aus diesem Lodzer Viertel kamen aum die ,Strahlenden" (Promienisci), eine Jugendgruppe, die sich gegen die Deutschen hervortat. Der jüngere Sohn von Schmied Grabowski wurde zusammen mit 8 Kämpfern der Gruppe bei Psary getötet. Das heißt, die Deutschen schnappten ihn nam, dem Scharmützel und hängten ihn am 11. Mai auf dem jüdischen Friedhof zu Lowitsch auf. Bei seinem Vater in Lodz hatte vorher, am 30. 4. 1943, nachts 2 Uhr, die große Haussuchung begonnen. Schmied Grabowski war aber ein solcher Fuchs, daß die Deutschen weder Waffen noch geheime Schriften bei ihm finden konnten. Sie wußten jedoch, daß er ein Hauptfeind war und nahmen ihn ins Gefängnis ul.Sterlinga mit. Er verriet keinen der vielen mit ihm bekannten Genossen und starb schließlich im KZ Mauthausen.

Uns interessiert, daß eigene Deutsche den Partisanen wesentlich geholfen haben. So erzählt die Frau des erwähnten Smmiedes: "Viel haben uns die Deutschen geholfen. Unser Radio brachten wir zu einem Deutschen, der Hugo Grieschke hieß. Unsere gingen dann zu ihm hin und hörten die (verbotenen) ausländischen Sendungen. Gerade aus diesen schöpften sie die Nachrichten für die Geheimblätter." Das Papier für die Blätter bekamen die Partisanen von der Nichte des Schmiedes, die in einem deutschen Papiergeschäft in der Petrikauer 90 beschäftigt war. Und den Vervielfältiger selbst, ohne den die unterirdische Propaganda kaum möglich war?

Den besorgte der Deutsche Adolf Tebus, heute in der Zone lebend. Er trug die Uniform der NSDAP (!) und kaufte den Apparat auf einen regelrechten "Bezugschein" . Mit der Straßenbahn, brachte er ihn in den Lodzer Vorort Marysin zu den Partisanen. Die stellten später den geheimen "Glos Lodzi" mit einer Auflage von 2000 Exemplaren her, die unauffällig vertrieben wurden, so daß die deutschen Wachtmeister nichts merkten ... Ein Kolporteur wohnte am Deutschlandplatz (Plac Wolnosci) ... Ja, im deutschen Litzmannstadt geschahen so manche Dinge ...

Ignacy Loga-Sowiński – polnischer kommunistischer Gewerkschaftsaktivist und Politiker. Mitglied des Politbüros der Polnischen Vereinigten Arbeiterpartei (PZPR), Abgeordneter des Nationalen Rates, des Gesetzgebenden Sejm und des Sejm der Volksrepublik Polen der II., III., IV. und V. Legislaturperiode, Mitglied und stellvertretender Vorsitzender des Staatsrates. Botschafter der Volksrepublik Polen in der Türkei. Erbauer des Volkspolens. Wikipedia

wtorek, 29 października 2024

Oddział SAMA - AK - Obóz pracy Kaletnik - Koluszki - Odgłosy - 1983 - cz.4

 

NA KWATERZE U SZPAKA 

W radosnym nastroju starzy i nowi partyzanci szybkim marszem powędrowali, mijając Wągry, Rogów i wieś Felusia, na bardzo odległą kwaterę, gdzie dotarli tu przed wschodem słońca. Kiedy na wschodzie niebo zaczęło się przejaśniać, w leżącym niedaleko wsi Kotulin gospodarstwie Szpaka panowała cisza i zupełny spokój, i tylko gospodarze zaczęli krzątać się wcześniej niż zwykle, by przygotować posiłek dla tak licznych gości. Po śniadaniu zrobiono przegląd zdobyczy, a głównie broni, na którą złożyły się 22 karabiny, 4 pistolety „Walter", 1 - parabellum, 12 granatów oraz około 2 tys. sztuk amunicji karabinowej i kilkadziesiąt nabojów pistoletowych. 

Ogólne samopoczucie było wspaniałe: oddział dopiero od paru dni był w lesie, a już liczył 37 żołnierzy, był dobrze uzbrojony i miał na swoim koncie pierwszą „robotę". Po przeglądzie „starszyzna" oddziału zebrała się na naradę, na której nastąpiła właściwa i ostateczna organizacja oddziału Podzielono go na 4 patrole po 8 ludzi każdy, a reszta - dowódca, zastępca dowódcy, na którego wybrano Groma. kwatermistrz - Nurek oraz dwaj kucharze stanowiła grupę dowódcy oddziału. Na dowódców patroli wybrano Łosia, Kresa, Nera i Kapra. Ustanowiono raz na zawsze. że pierwszy patrol - Łosia szedł zawsze przodem i pierwszy brał udział w akcji lub też wycofywał się. Drugi. w kolejności był patrol Nera, za nim Kresa, a czwarty - mata Kapra, który w każdej sytuacji osłaniać miał tyły, zacierać ślady przemarszu.

 Po południu na kwaterę do Szpaka przybyła łączniczka Krystyna w towarzystwie Felusia, który nie mógł wytrzymać nie mając bezpośredniej relacji o rozbiciu Baudienstu i nie mogąc osobiście złożyć chłopcom gratulacji. Krystyna opowiedziała. jakie wrażenie zrobiła akcja na obóz w Kaletniku i jaką relację koluszkowskiej żandarmerii złożył komendant obozu. Według tej relacji cały obóz otoczony został przez jakiś oddział partyzancki, liczący chyba ze 150 ludzi. który musiał przywędrować prawdopodobnie z okolic Piotrkowa Tryb ... Wobec przewagi w uzbrojeniu i zaskoczenia najrozsądniej było poddać się. tym bardziej. że załoga nie mogła liczyć na żadną pomoc.

Komendant i inni Niemcy z obozu ze względów osobistych wyolbrzymili w raportach nocne wydarzenia, popuszczając wodze swojej fantazji. Wywołało to taką konsternację. że Niemcy nie podjęli żadnych represji w stosunku do chłopców z obozu i ich rodzin, rozpoczęli natomiast tropienie oddziału w kierunku Piotrkowa, gdzie go oczywiście nie było . Krystyna powiedziała też, że dostarczony aparat radiowy służyć ma nasłuchiwaniu Londynu, skąd w najbliższym czasie nadany zostanie sygnał o przylocie samolotu, który dokona zrzutu broni. W obsłudze radia i sposobie nasłuchiwania przeszkolony został st. strz. Juka (Jerzy Szelestowski) z Głowna, który tego właśnie wieczoru dołączył do oddziału. Juka codziennie słuchał Londynu, ale, niestety, w oznaczonym czasie nadawano różne utwory muzyczne, lecz nie ten, który miał być hasłem zrzutu dla oddziału Sama.

Czekając na ten zrzut, wdrażano chłopców w arkana partyzantki - bardzo odmiennej od tej, jaką poznali na przeszkoleniu u słynnego Wichra w okolicach Piotrkowa i Końskich, Łoś i Kaper. Tu trzeba było wypracować i stosować zupełnie inną taktykę, taktykę „czapki niewidki", a to oznaczało, że . choć partyzanci są we wsi, to wieś nie może o tym wiedzieć z wyjątkiem wtajemniczonych ludzi. W terenie prawie bezleśnym i gęsto zaludnionym, także przez niemieckich kolonistów, należało postępować zupełnie inaczej, by oddział był bezpieczny, a miejscowa. ludność nie ucierpiała od nieprzyjaciela. W takich warunkach warty można było wystawiać tylko w obrębie zajmowanego gospodarstwa i to tak, aby bezpośrednio nawet sąsiedzi nie wiedzieli o gościach. kwaterujących we wsi. Dla zapewnienia bezpieczeństwa stosowano też tzw. taktykę „kotła". Polegała ona na tym, że jeśli ktoś obcy wszedł na teren gospodarstwa i zauważył partyzantów, zostawał zatrzymany aż do zmierzchu w domu gospodarzy, który mógł opuścić dopiero po złożeniu solennej obietnicy. że nikomu nie powie o spotkaniu oddziału . Zdarzało się, że nieraz pod wieczór w „kotle" było i ze 20 osób, Kwatery zmieniano co noc - nie tylko dla bezpieczeństwa, ale i po to. by nie przeciążać gospodarzy świadczeniem różnych usług i wyżywieniem tylu ludzi. Przed opuszczeniem kwatery zawsze bardzo sumiennie regulowano rachunki za wyżywienie oddziału. co następnie było kontrolowane przez inspektorów komendy okręgu AK. Zdarzało się jednak, że niektórzy gospodarze odmawiali przyjęcia zapłaty, uważając żywienie partyzantów za swój obowiązek.

Na kwaterze wszyscy musieli przyzwyczaić się do mówienia szeptem, a za każde głośniejsze odezwanie wyznaczano karę - godzinę pod karabinem. Poza tym nie wolno było rozbierać się i zdejmować obuwia bez zezwolenia, a i to dopiero pod wieczór. Spać należało w pełnym rynsztunku i z bronią tak do śpiącego przytroczoną, aby w czasie alarmu był on od razu gotowy do walki. Nie wolno też było pozwolić podczas snu rozbroić się. Był to straszny rygor, ale tylko w ten sposób można było zapewnić maksimum bezpieczeństwa. 16 lipca po południu na kwaterze zjawił się znany już niektórym chłopcom pchor. Wirek (Marian Niciński). Był to krępej budowy mężczyzna w średnim wieku o jowialnym uśmiechu na okrągłej twarzy, lubiany i szanowany przez ludzi z konspiracji. · Za swoją działalność w Kedywie awansowany został na podchorążego i zajmował stanowisko dowódcy koluszkowskiej dywersji. 

                                                                        Opracował i podał do druku: PAWEŁ TOMASZEWSKI      


IN DEN QUARTIEREN BEI SZPAK

In fröhlicher Stimmung marschierten die alten und neuen Partisanen über Wągry, Rogów und das Dorf Felusia zu ihrem weit entfernten Quartier, wo sie noch vor Sonnenaufgang eintrafen. Als sich der Himmel im Osten aufzuhellen begann, war es auf dem Hof von Szpak in der Nähe des Dorfes Kotulin ruhig und still, und nur die Gastgeber begannen früher als sonst, das Essen für die vielen Gäste zuzubereiten. Nach dem Frühstück wurde der Besitz der Truppe begutachtet, vor allem die Waffen: 22 Gewehre, 4 „Walter“-Pistolen, 1 Parabellum, 12 Granaten und etwa 2.000 Schuss Gewehrmunition sowie mehrere Dutzend Pistolenpatronen.

Die allgemeine Stimmung war gut: Die Einheit war erst seit wenigen Tagen im Wald und zählte bereits 37 Soldaten, war gut bewaffnet und hatte ihren ersten „Job“ hinter sich. Nach der Besprechung versammelten sich die „Ältesten“ der Truppe zu einer Sitzung, auf der die eigentliche und endgültige Organisation der Truppe stattfand. Die Truppe wurde in vier Patrouillen zu je acht Mann aufgeteilt, und der Rest - der Kommandant, der stellvertretende Kommandant, für den Grom gewählt wurde, der Quartiermeister - Diver - und zwei Köche - bildeten die Führungsgruppe der Truppe. Elch, Kres, Ner und Kapr wurden als Patrouillenführer gewählt. Es wurde ein für alle Mal festgelegt, dass die erste Patrouille - Elch - immer an der Spitze ging und als erste an einer Aktion teilnahm oder sich zurückzog. An zweiter Stelle stand die Patrouille von Nera, gefolgt von der Patrouille von Kres und an vierter Stelle die Patrouille von Kapr, die in jeder Situation die Nachhut bilden und die Spuren des Marsches sichern sollte.

 Am Nachmittag traf Verbindungsoffizier Krystyna in Begleitung von Felus in Szpaks Quartier ein, der es nicht ertragen konnte, nicht direkt von der Auflösung des Baudienstes zu erfahren und den Jungen nicht persönlich gratulieren zu können. Krystyna erzählte, welchen Eindruck die Aktion auf das Lager Kaletnik gemacht hatte und welchen Bericht die Gendarmerie von Koluszko an den Lagerkommandanten gegeben hatte. Demnach war das ganze Lager von einer Partisaneneinheit umzingelt, die vielleicht 150 Mann zählte und wahrscheinlich aus der Nähe von Piotrków Tryb .... kam. In Anbetracht des Waffenvorteils und der Überraschung war es das Vernünftigste, sich zu ergeben, zumal die Besatzung mit keiner Hilfe rechnen konnte.

Der Kommandant und andere Deutsche aus dem Lager übertrieben in ihren Berichten aus persönlichen Gründen die Ereignisse der Nacht und ließen ihrer Phantasie freien Lauf. Dies führte zu einer solchen Bestürzung, dass die Deutschen keine Repressalien gegen die Jungen aus dem Lager und ihre Familien ergriffen, sondern die Einheit in Richtung Piotrków verfolgten, wo sie offensichtlich nicht war. Krystyna sagte auch, dass das gelieferte Funkgerät dazu benutzt werden sollte, London abzuhören, von wo aus bald ein Signal über die Ankunft eines Flugzeugs gesendet werden würde, das einen Waffenabwurf durchführen würde. Pvt. Juka (Jerzy Szelestowski) aus Głowno, der noch am selben Abend zur Einheit stieß. Juka hörte jeden Tag London, aber leider wurden zur verabredeten Zeit verschiedene Musikstücke ausgestrahlt, aber nicht das, das das Abwurfpasswort für Sams Einheit sein sollte.

Während sie auf den Abwurf warteten, wurden die Jungen in die Geheimnisse des Partisanenkriegs eingeführt - ganz anders als die, die sie während ihrer Ausbildung bei den berühmten Wichern bei Piotrków und Końskie, Łoś und Kaper gelernt hatten. Hier musste eine ganz andere Taktik ausgearbeitet und angewandt werden, die Taktik der „Tarnkappe“, und das bedeutete, dass die Partisanen zwar im Dorf sind, das Dorf aber außer den Eingeweihten nichts davon wissen darf. In einem fast waldlosen und dicht besiedelten Gebiet, das auch von deutschen Kolonisten bewohnt war, musste man ganz anders vorgehen, damit die Truppe sicher war und die örtliche Bevölkerung nicht vom Feind geschädigt wurde. Unter diesen Bedingungen konnten die Wachen nur innerhalb des besetzten Hofes und so aufgestellt werden, dass nicht einmal die unmittelbaren Nachbarn von den im Dorf einquartierten Besuchern erfuhren. Um die Sicherheit zu gewährleisten, wurde auch die so genannte „Kesseltaktik“ angewandt. Wenn ein Fremder das Gehöft betrat und die Partisanen bemerkte, wurde er bis zum Einbruch der Dunkelheit im Haus des Bauern festgehalten, das er erst verlassen durfte, nachdem er feierlich versprochen hatte, niemandem von dem Treffen der Einheit zu erzählen. Die Quartiere wurden jede Nacht gewechselt, nicht nur aus Sicherheitsgründen, sondern auch, um die Gastgeber nicht mit verschiedenen Dienstleistungen und Lebensmitteln für so viele Personen zu überlasten. Vor dem Verlassen der Unterkunft wurden die Lebensmittelrechnungen der Einheit immer sehr gewissenhaft bezahlt, was dann von den Inspektoren der AK-Bezirksleitung kontrolliert wurde. Es kam jedoch vor, dass einige Gastgeber die Zahlung verweigerten, da sie die Verpflegung der Partisanen als ihre Pflicht ansahen.

In den Quartieren mussten sich alle daran gewöhnen, im Flüsterton zu sprechen, und für jede laute Äußerung gab es eine Strafe - eine Stunde unter der Kanone. Außerdem durfte man sich ohne Erlaubnis weder ausziehen noch die Schuhe ausziehen, und auch das nur am Abend. Man musste in voller Montur schlafen und seine Waffe so am Körper tragen, dass man sofort kampfbereit war, wenn der Alarm ertönte. Es war auch verboten, sich im Schlaf zu entwaffnen. Das war eine furchtbare Strenge, aber die einzige Möglichkeit, maximale Sicherheit zu gewährleisten. Am 16. Juli tauchte nachmittags ein Kadett, der einigen der Jungen bereits bekannt war, in der Unterkunft auf. Wirek (Marian Niciński). Er war ein stämmiger Mann mittleren Alters mit einem fröhlichen Lächeln in seinem runden Gesicht, der bei den Männern des Untergrunds beliebt und geachtet war. - Für seine Aktivitäten im Kedyw wurde er zum Kadetten befördert und war Kommandant des Koluszko-Ablegers.

Zusammengestellt und bearbeitet von: PAWEŁ TOMASZEWSKI        

Oddział SAMA - AK - Obóz pracy Kaletnik - Koluszki - Odgłosy - 1983 - cz.3


W poprzednim odcinku autor opowiadał o pierwszej akcji partyzanckiego oddziału Sama - Ryszarda Ziółkowskiego. Celem jej było opanowanie obozu przymusowej pracy w Kaletniku k/Koluszek. Dziś dalszy ciąg tej relacji. 

Obudzeni dziwnym hałasem śpiący w barakach chłopcy zorientowali się, że w obozie dzieje się coś niezwykłego. Ci, którzy wcześniej od innych wyszli na plac apelowy, zaangażowani zostali przez partyzantów do noszenia łupów (mundury baudienstowskie. kurtki, buty, pasy, koce, chlebaki, manierki i żywność, której z magazynów zabrano niewiele; gdyż i tak było już co nieść). Robili to z zapałem i satysfakcją. Potem pchor. Sam polecił wyprowadzić na plac komendanta obozu i jego partnera gry w szachy i, ustawiwszy ich pod strażą w świetle latarni, krzyknął gromkim głosem: 

- Wszyscy chłopcy zbiórka na placu! I żeby nikt nie został w barakach! Nie minęły dwie minuty, a około 400 chłopców ustawiło się w trójszeregu jak do rannego apelu. Wtedy Sam w krótkich słowach powiedział zebranym, iż ci, którzy do nich przyszli tej nocy, są polskimi partyzantami. Przybyli, by ochronić ich przed wywiezieniem do Niemiec na roboty poprzez likwidację obozu i rozpuszczenie ich do domów. Ale nim to nastąpi. muszą być ukarani kolaboracjoniści. Z kolaboracjonistami był to manewr, w· którym chodziło głównie o chłopców z Ruchu Oporu, dziąłającego w obozie, którzy dołączyć mieli do oddziału. Trzeba było w jakiś sposób ochronić ich rodziny przed prześladowaniami i zemstą gestapo i żandarmerii. Postanowiono więc oficjalnie ich rozstrzelać po uprzednim wyprowadzeniu z obozu. Z otrzymanej od Kresa dowódcy obozowej organizacji, z kartki Grom zaczął wyczytywać nazwiska zdrajców, nakazując wywołanym ustawić się z boku. Opieszale opuszczali szeregi swych dotychczasowych kolegów, a gdy któryś nie chciał wystąpić, wypychano go do przodu, wołając :

, Idź, ty sukinsynu, jeśli cię wołają!" Wkrótce na .środku placu stanęło osiemnastu chłopców, w których partyzanci wymierzyli lufy karabinów. W obozie zaległa złowroga cisza. Po odczekaniu paru chwil - dla wywołania większego efektu - Sam odezwał się do zebranych: 

- Widzicie chłopaki, ci ludzie są synami Polaków, którzy sprzeniewierzyli się Ojczyźnie służąc Niemcom. Niektórzy z nich służyli im nawet z bronią w ręku , będąc w służbie wartowniczej i za to te  sk... syny muszą ponieść: zasłużoną karę! A Pik, doskoczywszy do grupy zdrajców, uderzył w twarz Kresa, Wita i Burzę, obiecując im lepszą porcję w późniejszym czasie. Następnie Sam powiedział chłopcom z Baudienstu, że są wolni i mogą opuścić obóz, ale dopiero w pół godziny po odejściu oddziału. Komendantowi-inspektorowi kazał zaś zameldować żandarmerii w Koluszkach o rozbiciu obozu przez partyzantów, lecz dopiero po wschodzie słońca, zaznaczając, że w razie nieposłuszeństwa zostanie odnaleziony i dostanie kulę w łeb. Na koniec wzniósł okrzyk „Niech żyje Polska". „Niech żyje! Niech żyje! Niech żyje!" - odpowiedziało mu gromko całe towarzystwo, a przez zapomnienie - nawet i .,kolaboracjoniści" Ten trzykrotny okrzyk dotarł do uszu ubezpieczających oddział patroli Łosia i Kapra, którzy odetchnęli z ulgą po półgodzinnym wyczekiwaniu w napięciu i domysłach co dzieje się w obozie. . Wiodąc przed sobą obarczonych łupami "jeńców". oddział zaczął wycofywać się do lasu, a w miarę jak oddalał się od obozu. odgłos nocnej wrzawy w Baudienście zanikał. Kres. Wit i Burza zameldowali pchor. Samowi, że są z nimi wszyscy chłopcy, którzy poprzednio zgłosili chęć dołączenia do oddziału. Byli to: Berkut (Jan Galicki), Leliwa (Olgierd Monowid), Tur ?, Gron: II (Kazimierz Lisik), Wilk (?), Fred (Henryk Wieczorek), Lot (Stanisław Olechowicz), Lotti (Wiesław Tybura), Wicher (Ryszard Szaliński), Twardy (Józef Wójcik), Janczar (Jan Czerwiński); Ryś (Ryszard Dula), Mur (Stanisław Duklewski), Langiewicz (Zbigniew Szperling), Orzeł (?). Razem osiemnastu młodych ludzi w wieku od 17 do 25 lat.

Tymczasem patrol Kapra po przecięciu drutów tylko czekał na pojawienie się na drodze jakiegoś pojazdu z Niemcami. Trzej partyzanci czaili się w rowie, marząc, że gdy Niemcy, będą już blisko, wpakują w nich dwa pełne magazynki z erkaemu, rzucą granata, zmasakrują Szwabów, zdobędą broń, co będzie aktem zemsty i powodem do chwały dla nich i oddziału. 

I nagle - deus ex machina - zauważyli na drodze dwa nikłe światełka. Na pewno Niemcy jadą do Baudienstu - pomyśleli sobie - a my tu zaraz przypieprzymy im tak, że ruski miesiąc pamiętać będą tę noc. Mijały długie sekundy, w chłopcach rosło napięcie, a ciągle nie było słychać warkotu motoru. W pewnej chwili metalicznie jęknęły przecięte druty telefoniczne i oba światła zgasły. Rozległ się brzęk i jakieś głuche uderzenie o ziemię, po którym posypały się głośne przekleństwa 

- „Donnerwetter ... " Chłopcy wyskoczyli z rowu z okrzykiem: - Hande hoch, wir werden schiessen!

Na drodze gramoliło się dwóch Niemców, a obok nich leżały, zaplątane w telefoniczne druty, rowery. Okazało się, że są to majstrowie z Baudienstu, którzy, pijani, wracali nocą do obozu z jakiejś birbantki. Niestety. nie mieli przy sobie broni. W czasie ich rewidowania nadeszli Grom i Pik, powiadamiając patrol Kapra o zakończeniu akcji. Po chwili w poświacie księżyca na żwirowej drodze wyłoniło się kilka postaci. idących szybkim krokiem. Na pytanie „Stój! Kto idzie?!" dały nura do rowu. Byli to chłopcy z obozu, którzy nie czekając aż upłynie pół godziny. "rozbiegli się. by jak najszybciej znaleźć się możliwie daleko od Baudienstu. Dwóm pierwszym partyzanci podarowali rowery niemieckich majstrów. Wkrótce szosa zaroiła się uciekinierami.


In der vorigen Folge berichtete der Autor über die erste Aktion der Partisaneneinheit von Sam - Ryszard Ziolkowski. Ihr Ziel war es, ein Zwangsarbeitslager in Kaletnik bei Koluszki zu erobern. Heute wird der Bericht fortgesetzt.

Die in den Baracken schlafenden Jungen wurden durch ein seltsames Geräusch geweckt und merkten, dass im Lager etwas Ungewöhnliches geschah. Diejenigen, die früher als die anderen zum Appellplatz gegangen waren, wurden von den Partisanen beauftragt, Beute zu tragen (Baudienst-Uniformen, Jacken, Stiefel, Gürtel, Decken, Halbschuhe, Feldflaschen und Lebensmittel, von denen nur sehr wenig aus den Lagern genommen worden war; denn zu tragen gab es ohnehin schon etwas). Sie taten es mit Begeisterung und Zufriedenheit. Danach befahl Pfc. Sam befahl anschließend, den Lagerkommandanten und seinen Schachpartner auf den Platz zu führen, und nachdem er sie im Schein der Laternen bewacht hatte, rief er mit donnernder Stimme:

- Alle Jungen versammeln sich auf dem Platz! Und dass niemand in den Baracken bleibt! Keine zwei Minuten waren vergangen, und etwa 400 Jungen stellten sich in einer Dreierreihe auf, als ob sie zum Morgenappell antreten wollten. Dann erklärte Sam den versammelten Männern in kurzen Worten, dass diejenigen, die in dieser Nacht zu ihnen gekommen waren, polnische Partisanen waren. Sie waren gekommen, um sie vor der Deportation nach Deutschland zur Arbeit zu bewahren, indem sie das Lager auflösten und sie in ihren Häusern auflösten. Aber bevor dies geschehen kann. Die Kollaborateure müssen bestraft werden. Bei den Kollaborateuren handelte es sich um ein Manöver, das vor allem Jungen aus dem Widerstand betraf, die im Lager aktiv waren und der Einheit beitreten sollten. Es war notwendig, ihre Familien irgendwie vor der Verfolgung und Rache durch die Gestapo und die Gendarmerie zu schützen. Daher wurde beschlossen, sie offiziell zu exekutieren, nachdem sie aus dem Lager geführt worden waren. Von einem Blatt Papier, das er von Kres, dem Kommandanten der Lagerorganisation, erhalten hatte, begann Grom die Namen der Verräter zu verlesen und befahl den Aufgerufenen, zur Seite zu gehen. Widerstrebend verließen sie die Reihen ihrer ehemaligen Kollegen, und als sich einer weigerte, vorzutreten, wurde er mit den Worten „Geh, du Hurensohn!

Geh, du Hurensohn, wenn sie dich rufen!“. Bald standen achtzehn Jungen in der Mitte des Platzes, auf die die Partisanen die Läufe ihrer Gewehre richteten. Eine bedrohliche Stille legte sich über das Lager. Nachdem er einige Augenblicke gewartet hatte - um eine größere Wirkung zu erzielen - sprach Sam zu den Versammelten:

- Seht ihr, Jungs, diese Männer sind die Söhne von Polen, die das Vaterland veruntreut haben, indem sie den Deutschen gedient haben. Einige von ihnen haben ihnen sogar mit der Waffe in der Hand gedient, als sie Wache hielten, und dafür müssen diese Söhne von .... Hurensöhne müssen bestraft werden: verdientermaßen! Und Pik, der zu der Gruppe der Verräter hinübergesprungen war, gab Kres, Wit und Tempest eine Ohrfeige und versprach ihnen später eine bessere Portion. Dann teilte Sam den Baudienst-Jungen mit, dass sie das Lager verlassen dürfen, aber erst eine halbe Stunde nach dem Abmarsch der Truppe. Der Kommandant-Inspektor wiederum wurde angewiesen, der Gendarmerie in Koluszki zu melden, dass die Partisanen das Lager abgebrochen hätten, aber erst nach Sonnenaufgang, wobei er darauf hinwies, dass er im Falle der Missachtung des Befehls gefunden und erschossen werden würde. Schließlich stieß er den Ruf „Es lebe Polen“ aus. „Es lebe! Es lebe! Es lebe!“ - Dieser dreifache Ruf erreichte die Ohren der versichernden Patrouillen Elk und Kapr, die nach einer halben Stunde des gespannten Wartens und des Rätselratens, was im Lager vor sich ging, aufatmeten. . Sie führten die mit Beute beladenen „Gefangenen“ vor sich her. Der Trupp begann sich in den Wald zurückzuziehen, und als er sich vom Lager entfernte, verstummte das Geräusch des nächtlichen Aufruhrs in Baudienst. Grenzer. Wit und Burza berichteten dem Pfc. Sam, dass alle Jungen, die sich zuvor freiwillig für die Einheit gemeldet hatten, bei ihnen waren. Sie waren: Berkut (Jan Galicki), Leliwa (Olgierd Monowid), Tur ?, Gron: II (Kazimierz Lisik), Wilk (?), Fred (Henryk Wieczorek), Lot (Stanisław Olechowicz), Lotti (Wiesław Tybura), Wicher (Ryszard Szaliński), Twardy (Józef Wójcik), Janczar (Jan Czerwiński); Ryś (Ryszard Dula), Mur (Stanisław Duklewski), Langiewicz (Zbigniew Szperling), Orzeł (?). Insgesamt sind es achtzehn junge Männer im Alter zwischen 17 und 25 Jahren.

Währenddessen wartete die Patrouille von Kapr, nachdem sie die Drähte gekappt hatte, nur darauf, dass ein Fahrzeug mit Deutschen auf der Straße auftauchte. Die drei Partisanen lauerten im Graben und träumten davon, dass die Deutschen, wenn sie in der Nähe waren, zwei volle Magazine aus einer Erkaem in sie hineinpackten, eine Granate warfen, die Deutschen massakrierten und ihre Waffen erbeuteten, was ein Racheakt und ein Grund zum Ruhm für sie und die Einheit sein würde.

Und plötzlich - deus ex machina - bemerkten sie zwei schwache Lichter auf der Straße. Sicherlich sind die Deutschen auf dem Weg zum Baudienst“, dachten sie sich, “und wir werden sie so hart treffen, dass sie sich einen russischen Monat lang an diese Nacht erinnern werden. Lange Sekunden vergingen, die Spannung in den Jungen wuchs, und noch immer war das Surren des Motorrads nicht zu hören. Auf einmal ächzte ein durchgeschnittenes Telefonkabel metallisch auf und beide Lichter gingen aus. Es gab ein Scheppern und eine Art ohrenbetäubenden Aufprall auf dem Boden, gefolgt von lauten Schimpfwörtern

- „Donnerwetter ... „ Die Jungen sprangen mit einem Schrei aus dem Graben: - Hande hoch, wir werden schießen!

Zwei Deutsche humpelten die Straße entlang, und neben ihnen lagen, verheddert in Telefondrähten, Fahrräder. Sie entpuppten sich als Vorarbeiter des Baudienstes, die betrunken von einem nächtlichen Birbant ins Lager zurückkehrten. Unglücklicherweise. hatten sie keine Waffen bei sich. Während sie durchsucht wurden, trafen Grom und Pik ein und meldeten der Patrouille von Kapr, dass die Aktion beendet sei. Nach einer Weile tauchten im Mondlicht mehrere Gestalten auf dem Schotterweg auf, die mit schnellem Schritt gingen. Auf die Frage „Halt, wer geht denn da?“ tauchten sie in den Graben ein. Es waren Jungen aus dem Lager, die, ohne zu warten, eine halbe Stunde vergehen ließen. „Sie zerstreuten sich, um so schnell wie möglich vom Baudienst wegzukommen. Die ersten beiden bekamen von deutschen Vorarbeitern Fahrräder von den Partisanen geschenkt. Bald war die Straße von Flüchtlingen überwuchert.



 




 


Oddział SAMA - AK - Obóz pracy Kaletnik - Koluszki - Odgłosy - 1983 - cz.2

 Po „załatwieniu" wartownika postawiono jednego z chłopców przy bramie, a dwaj inni - jak on, uzbrojeni tylko w pistolety - ruszyli każdy w inna stronę wzdłuż wału, rozbrajając, czekających na to, następnych wartowników, którzy po oddaniu broni wskazywali drogę do miejsca zbiórki na centralnym placu. W tym samym czasie pchor. Sam z pozostałą siódemką ludzi prowadzony przez wartownika sprzed bramy ruszył ostrożnie w kierunku wartowni, którą należało w pierwszym rzędzie opanować, gdyż zgromadzona była tam broń Baudienstu. (Osobistą krótką broń mieli przy sobie zatrudnieni w obozie Niemcy). Nagle z mroku wynurzyły się dwie postacie. Jedna z nich podeszła do idącego przodem Sama, który usłyszał: 

- Dalej ja was poprowadzę. Byli to Burza i Kres, którzy wraz z Witem organizowali od wewnątrz rozbicie obozu, a potem przyłączyli się do oddziału.

Gdy podeszli do wartowni, zobaczyli, że drzwi otwarte są na oścież. Była wspaniała, ciepła noc. Wnętrze oświetlała jedna, osłonięia tekturą lampa. Przy stole siedziało dwóch ludzi. Po obstawieniu okna Grom, Nero i Nurek weszli do środka i wymierzyli swoje dwa steny i karabin w śpiących przy stole oraz innych, którzy w głębi wartowni leżeli na pryczach. Grom krzyknął: 

- Hande. hoch, wir werden schiessen blieb ruhich ! 

Wyrwani ze snu, zaskoczeni niemiecką komendą wartownicy podnieśli posłusznie ręce do góry, a gdy zorientowali się, iż pomiędzy nimi a stojakami z bronią stoją jacyś trzej osobnicy z wymierzonymi w nich lufami, na okrzyk Groma „Padnij !" posłusznie zeszli z prycz i położyli się na podłodze wartowni. Zaskocznie było całkowite. Gdy Grom ze swoją grupą opanowywał wartownię, a dwaj inni - barak admimstracji, pchor. Sam w towarzystwie Burzy i Kresa poszedł do baraku, w którym mieszkał komendant-inspektor Baudienstu Kaletnik.

Kreuzer grał ostatnią już partię szachów z jednym z majstrów, kiedy usłyszał czyjeś kroki na chrzęszczącym żwirze przed swoim barakiem. Podniósł głowę znad szachownicy i ku wielkiemu zdumieniu zobaczył wskakującego przez otwarte okno Sama, który mierzył w niego ze swego stena. Komendant odruchowo podniósł słuchawkę stojącego obok aparatu telefonicznego i przyłożył ją do ucha. Telefon był głuchy. Po chwili od strony drzwi dało się słyszeć „Hande hoch" Burzy i dopiero na to wezwanie obaj szachiści podnieśli ręce do góry, nie bardzo jeszcze rozumiejąc, co się właściwie stało. 

W rogu pokoju leżała na łóżku żona komendanta i czytała książkę. Kreuzer grał ostatnią już partię szachów z jednym z majstrów, kiedy usłyszał czyjeś kroki na chrzęszczącym żwirze przed swoim barakiem. Podniósł głowę znad szachownicy i ku wielkiemu zdumieniu zobaczył wskakującego przez otwarte okno Sama, który mierzył w niego ze swego stena. Komendant odruchowo podniósł słuchawkę stojącego obok aparatu telefonicznego i przyłożył ją do ucha. Telefon był głuchy. Po chwili od strony drzwi dało się słyszeć „Hande hoch" Burzy i dopiero na to wezwanie obaj szachiści  podnieśli ręce do góry, nie bardzo jeszcze rozumiejąc, co się właściwie stało.  

- Wiem. że umie pani dobrze strzelać - powiedział do niej Sam - ale nie radzę nawet próbować, bo cały obóz opanowany jest przez partyzantów Następnie wytłumaczył Kreuzerowi. jaki jest cel wizyty oddziału w obozie, zaznaczając przy tym, że jeżeli nie będzie stawiał oporu, to nikomu nic złego się nie stanie. Wkrótce zjawił się Grom, meldując, że wartownia opanowana, trzej niemieccy majstrowie rozbrojeni i doprowadzeni na wartownię. gdzie trzymani są pod dobrą strażą. - Ponieważ w takiej sytuacji nie jestem w stanie przeciwdziałać - powiedział wówczas łamaną polszczyzną komendant - zmuszony jestem poddać obóz i wydać posiadaną broń oraz to, co panowie sobie życzą. Mam nadzieję, że panowie dotrzymają słowa, nikt z nas nie będzie skrzywdzony...   



Nachdem die Wache „fixiert“ war, wurde einer der Jungen am Tor platziert, und zwei andere - wie er nur mit Pistolen bewaffnet - bewegten sich jeweils in eine andere Richtung entlang des Walls und entwaffneten, darauf wartend, die nächsten Wachen, die, nachdem sie ihre Waffen abgegeben hatten, den Weg zum Sammelplatz auf dem zentralen Platz wiesen. Zur gleichen Zeit führte Pfc. Sam mit den verbleibenden sieben Männern, angeführt von der Wache vor dem Tor, vorsichtig auf das Wachhaus zu, das in erster Linie überwältigt werden musste, da die Baudienstwaffen dort versammelt waren. (Persönliche Kurzwaffen wurden von den im Lager beschäftigten Deutschen mitgeführt). Plötzlich tauchten zwei Gestalten aus der Dunkelheit auf. Eine von ihnen näherte sich Sam, der vorauslief und hörte:

- Ich werde euch weiterführen. Es waren Burza und Kres, die zusammen mit Wit die Auflösung des Lagers von innen organisiert hatten und sich dann der Einheit anschlossen.

Als sie sich dem Wachhaus näherten, sahen sie, dass die Tür weit geöffnet war. Es war eine herrliche, warme Nacht. Eine einzige Lampe, abgeschirmt durch Pappe, beleuchtete das Innere. Zwei Männer saßen an einem Tisch. Nachdem sie das Fenster ausspioniert hatten, gingen Grom, Nero und Diver hinein und richteten ihre beiden Stenos und ein Gewehr auf die Schlafenden am Tisch und die anderen, die in den Tiefen der Wachstube auf den Kojen lagen. Grom brüllte:

- Hande. hoch, wir werden schießen blieb ruhigich !

Aus dem Schlaf gerissen und von dem deutschen Befehl überrascht, hoben die Wachposten gehorsam die Hände in die Luft, und als sie merkten, dass zwischen ihnen und den Gewehrständern drei Personen standen, deren Gewehre auf sie gerichtet waren, stiegen sie auf Groms Ruf „Runter! kamen sie gehorsam aus ihren Kojen und legten sich auf den Boden des Wachhauses. Die Überraschung war vollkommen. Als Grom mit seiner Gruppe die Kontrolle über das Wachhaus und die beiden anderen über die Bewachungsbaracke übernommen hatten, kam Pfc. Sam, begleitet von Burza und Kres, in die Baracke, in der der Baudienst-Kommandant Kaletnik wohnte.

Kreuzer spielte gerade eine letzte Schachpartie mit einem der Vorarbeiter, als er Schritte auf dem knirschenden Kies vor seiner Baracke hörte. Er hob den Kopf über das Schachbrett und sah zu seiner großen Überraschung, wie Sam durch das offene Fenster hereinsprang und mit seinem Sten auf ihn zielte. Instinktiv nahm der Kommandant den Hörer des neben ihm stehenden Telefonapparats ab und hielt ihn an sein Ohr. Das Telefon war ohrenbetäubend. Nach einem Moment war Storms „Hande hoch“ von der Seite der Tür zu hören, und erst bei diesem Ruf hoben beide Schachspieler die Hände in die Luft, ohne wirklich zu begreifen, was eigentlich geschehen war. 

- Ich weiß, dass du gut schießen kannst“, sagte Sam zu ihr, “aber ich rate dir, es gar nicht erst zu versuchen, denn das ganze Lager ist von Partisanen überrannt. Dann erklärte er Kreuzer. den Zweck des Besuchs der Truppe im Lager und wies darauf hin, dass niemand verletzt würde, wenn sie keinen Widerstand leisteten. Bald darauf erschien Grom und meldete, dass das Wachhaus eingenommen, die drei deutschen Vorarbeiter entwaffnet und in das Wachhaus gebracht worden waren, wo sie gut bewacht wurden. - Da ich in einer solchen Situation nichts ausrichten kann“, sagte der Kommandant in gebrochenem Polnisch, “bin ich gezwungen, das Lager zu übergeben und die in meinem Besitz befindlichen Waffen und alles, was Sie wünschen, auszuhändigen. Ich hoffe, dass Sie, meine Herren, Ihr Wort halten werden und dass niemandem von uns etwas passieren wird. ....


poniedziałek, 28 października 2024

Oddział SAMA - AK - Obóz pracy Kaletnik - Koluszki - Odgłosy - 1983 - cz.1

 

Na łamach Odgłosów zamieszczano wspomnienia partyzantów z oddziału SAMA. W numerze nr.20 z 1983 członek tego oddziału, żołnierz AK, Jerzy Żukowski opisuje historię ataku na obóz pracy przymusowej - Baudinst w Kaletniku koło Koluszek. Zamieszczam cz. 1 jego jakże ciekawych wspomnień.



Odgłosy : tygodnik społeczno-kulturalny. 1983-05-14 R. 26 nr 20

TAM GDZIE DACHY SŁOMĄ KRYTE - cz.2

Obóz przymusowej pracy - Baudienst (służba budowlana) założono około Wielkanocy w 1943 roku. Wcielono do mego przymusowo młodych Polaków powyżej 16 lat, pochodzących z okolic Piotrkowa Tryb., Rawy Maz„ Koluszek. Pracowali oni pod kierunkiem niemieckich majstrów na różnych · budowach, Baudienst Kaletnik znajdował się w pobliżu Koluszek na dużej leśnej polanie przy szosie Zakowice - Będzelin około 500 metrów od skraju lasu. Na wzór rzymski, obóz miał kształt prostokąta o wymiarach 90 na 150 metrów i otoczony był ziemnym wałem z rowem od wewnątrz , na którym był płot z drutu kolczastego o wysokości 2,5 metra z jedną bramą wejściową, umiejscowioną pośrodku węższego boku przylegającego do szosy. Na· lewo od wejścia mieściła się wartownia. Do służby wartowniczej wybierano tzw. zaufanych młodych ludzi, których Niemcy mieli nadzieję z czasem zgermanizować, tak jak i wszystkich innych chłopców z obozu. Na prawo od bramy był barak kancelarii i administracji oraz pomieszczenia dla majstrów Na terenie obozu, początko­ nie mając ze sobą kontaktów, działały tajne organizacje AL, NSZ i AK. W ruchu oporu zorganizowanych było łącznie ok. 50 ludzi, którzy należeli również do zgrupowań spoza. obozu. Akcja na Baudienst została starannie przygotowana napierw od wewnątrz przez te organizacje - głównie. AK, którym przewodzili kpr. Kres (Stanisław Iwan). pchor. Wit : (Teodor Zep) i st. strz. Burza (Józef Marszałek).

    Pchor. Sam przedstawił plan opanowania obozu, co powinno nastąpić przez zaskoczenie i bez hałasu. W czasie akcji warty miały być trzymane przez ludzi z organizacji, którzy zastąpią nie wtajemniczonych i sprzyjających Niemcom wartowników, pod pretekstem skorzystania wolnęgo w innym czasie . Rozbrajanie Niemców miało być przeprowadzane przez ludzi· spoza obozu ze względu na bezpieczeństwo rodzin chłopców, którzy po udanej akcji mieli dołączyć do oddziału. Całość akcji miał ubezpieczać dość liczny oddział miejscowej „dywersji". Miejscem spotkania obu oddziałów miał być skraj lasu przy torze kolejowym niedaleko Żakowic. 9 lipca ok. godz. 23, przy wspaniałej pogodzie oddział Sama dotarł do torów, przeszedł przez nie i wsiąkając w poszycie lasu, zaległ w umówionym miejscu. Sygnałem rozpoznawczym obu grup było hukanie puszczyka. O wyznaczonej godzinie puszczyk odezwał się trzy razy, ale w lesie panowała niezmącona cisza. Puszczyk znowu huknął parę razy i znowu nikt się nie odezwał. Potem puszczyk Sama hukał przez przeszło godzinę, ale z lasu nie było odzewu. Po długim wyczekiwaniu, ze względu na późną porę, Sam wycofał oddział z powrotem na kwaterę do Felusia. Wszyscy byli źli i zmęczeni, bo przeszli ok. 30 kilometrów zupełnie na próżno. Następnego dnia przed południem przybyła z Kaluszek łączniczka Krystyna z zapytaniem od komendy, dlaczego oddział Sama nie stawił się na akcję. ,.Dywersja" czekała w umówionym miejscu, a chłopcy z Baudienstu czuwali prawie do rana.

Po wysłuchaniu raportu Sama łączniczka wsiadła na rower i pojechała złożyć meldunek w komendzie, a gdy późnym popołudniem przybyła ponownie, opowiedziała, że ludzie z „dywersji" czekali dość długo, bacznie obserwując linię toru, przez który oddział Sama miał przejść. Nie zauważywszy nikogo, kto przechodziłby w tym czasie przez tory, nie zwrócili wcale uwagi na dobrze hukającego puszczyka i około pierwszej w nocy wycofali się lasem do swoich domów. Otóż „dywersja" nie mogła zauważyć chłopców z oddziału Sama, ponieważ ci po dojściu do torów wyczekali na moment zajścia księżyca za chmury i wtedy właśnie przeskoczyli przez tory, które często patrolowane byly przez Bahnschutzów. Spotkania zaś z nimi należało unikać, mając ważne zadanie do wykonania. Po dokładnym opisaniu miejsca, gdzie czekała „dywersja", okazało się, iż dzieliło ją od oddziału Sama zaledwie 150 metrów.

Po wyjaśnieniu powodów nocnego pecha Krystyna oznajmiła. że dowództwo poleciło ponowne przeprowadzenie akcji tejże nocy, podała czas i bardziej pewne miejsce spotkania. Dla uniknięcia pomyłki sygnał rozpoznawczy pozostał ten sam. Pod wieczór ponownie zaczęto przygotowywać się do wyprawy, a gdy zapadł zmierzch, oddział powędrował znaną już z poprzedniej_nocy drogą na nowe miejsce spotkania z „dywersją", wyznaczone niezbyt daleko od pierwszego. Był tam pół godziny przed czasem. Dokładnie o wyznaczonej porze puszczyk zahukał trzy razy, po paru chwilach znów trzy razy i jeszcze trzy razy, ale i teraz żadnej odpowiedzi z lasu nie usłyszano. Gdy w pewnej chwili dał się słyszeć głos puszczyka, ucieszono się, że nareszcie dojdzie do spotkama, lecz wkrótce puszczyk umilkł. Chłopcy zaczęli pogwizdywać najpierw cicho, potem coraz głośniej, ale i na to nie było żadnej odpowiedzi. Dobrze po północy oddział wycofał się z lasu do wsi Przyłęk Duży. Tym razem Krystyna zjawiła się już z samego rana, a gdy dowiedziała się wszystkiego, zaklęła szpetnie. bo „dywersja" była w umówionym miejscu, a chłopcy w obozie znów czekali w pogotowiu.  

Zgodnie z raportem „dywersji", na miejsce spotkania przybyli oni całą godzinę wcześniej i hukał im puszczyk, ale wysoko nad głowami, więc prawdopodobnie gdy odezwał się puszczyk od Sama, nie odróżnili go od prawdziwego. Późniejsze gwizdania wzięli za nawoływanie powracających z przepustek chłopców z Baudienstu. W taki to sposób na skutek niepomyślnego zbiegu okoliczności akcja nie doszła do skutku po raz drugi. Po umówieniu się z komendą i organizacją działającą w obozie, postanowiono jednak próbować trzeci raz. Niestety, gdy oddział Sama dotarł na miejsce spotkania i w oznaczonym czasie rozpoczęto hukanie, później gwizdanie, a nawet pokrzykiwanie, znów nie było żadnego odzewu. Chłopców zalała przysłowiowa krew, a pchor. Sam powiedział:

- Z tymi sukinsynami nie możemy się spiknąć, a w obozie chłopaki czekają już trzecią noc. Idziemy sami, bez obstawy. jakoś powinniśmy dać sobie radę.  

Po krótkiej naradzie zmieniono zadania dla kilku ludzi. Zamiast siedemnastu, którzy mieli wejść na teren obozu, wyznaczono do tego tylko ośmiu, gdyż sześciu - w dwóch trójkach - musiało zająć ubezpieczające stanowiska przy szosie i przeciąć druty telefoniczne w odległości około kilometra od bramy. Dwóch partyzantów miało rozbroić wartowników, a jeden stanąć przy bramie. Przed ruszeniem do akcji jeszcze raz rozejrzano się w pobliżu chwilowego postoju i nie znalazłszy nikogo, zachowując bezwzględną ciszę, oddział poszedł przez las w kierunku obozu. Zgodnie z planem zajmowanie obozu miało się rozpocząć w 15 minut po wymarszu na stanowiska ubezpieczających akcję trójek. Patrol Łosia poszedł na lewe skrzydło, a trójka Kapra, zaopatrzona w nożyce do cięcia drutu, udała się na prawe skrzydło, to jest w stronę Żakowic, przez które z Koluszek mogłaby nadejść ewentualna pomoc dla zaatakowanego obozu. Po dojściu na wyznaczone miejsce, strz. Świerk z patrolu Kapra zdjął buty i zalożywszy na nogi pas od spodni, zaczął wspinać · się na słup telegraficzny. Ku zdziwieniu patrzących z dołu kolegów robił to jak zawodowy cyrkowiec. Wydawało się, że wszystko przebiega zgodnie z planem - cicho i bez hałasu. Niestety, gdy przecięty przez Świerka drut spadł na ziemię, w leśnej ciszy rozległ się nagle niespodziewany dźwięk. Straszliwy jęk drutu popłynął wzdłuż linii telefonicznej, płosząc śpiące ptactwo, które zrywało się w powietrze z krakaniem.

Tymczasem pchor. Sam przydrożnym rowem doprowadził grupę szturmową pod bramę Baudienstu. gdzie znowu zatrzymano się na krótki czas, bacznie obserwując obóz. Podniecenie przyczajonych w rowie partyzantów rosło z każdą chwilą. Uda się. czy nie? Czy wartownik przy bramie jest nasz, czy też przypadkiem obcy? W pewnej chwili Sam szepnął: 

- Naprzód. Jazda, chłopaki! Grupa szturmowa chyłkiem przebiegła szosę, dzielącą ją od bramy. Wartownik nie zdążył się nawet odezwać „Stój"! Kto idzie"?!, gdy usłyszał ciche: 

- Ręce do góry! Było to umówione hasło, znana tylko wtajemniczonym. Wartownik, strz. Berkut (Jan Galicki), który tylko czekał na te słowa, usunął na bok kozły hiszpańskie, blokujące wejście, szybko i chętnie podniósł ręce do góry, oddał swój karabin i pas z ładownicą, mówiąc przy tym cicho, że inni od dłuższego już czasu czekają w różnych miejscach na terenie obozu....


Die Erinnerungen von Partisanen der SAMA-Einheit wurden in der Zeitschrift Odgłosy veröffentlicht. In der Ausgabe Nr. 20 von 1983 beschreibt Jerzy Żukowski, ein Angehöriger dieser Einheit und Soldat der Heimatarmee, die Geschichte eines Angriffs auf ein Zwangsarbeitslager - Baudinst in Kaletnik bei Koluszki. Ich präsentiere Teil 1 seiner sehr interessanten Memoiren. 

Wo die Dächer mit Stroh gedeckt sind - Teil 2

Das Zwangsarbeitslager - Baudienst - wurde um Ostern 1943 eingerichtet. Junge Polen im Alter von über 16 Jahren aus der Umgebung von Piotrków Tryb. und Rawa Maz“ Koluszki wurden zwangsverpflichtet. Sie arbeiteten unter der Leitung deutscher Vorarbeiter auf verschiedenen Baustellen. Der Baudienst Kaletnik befand sich in der Nähe von Koluszki auf einer großen Waldlichtung an der Straße Zakowice - Będzelin, etwa 500 Meter vom Waldrand entfernt. Das Lager hatte eine rechteckige Form nach römischem Vorbild, war 90 mal 150 Meter groß und von einem Erdwall mit einem Graben auf der Innenseite umgeben, auf dem sich ein 2,5 Meter hoher Stacheldrahtzaun mit einem einzigen Eingangstor befand, das sich in der Mitte der schmaleren Seite zur Straße hin befand. Links vom Eingang befand sich ein Wachhaus. Für den Wachdienst wurden so genannte vertrauenswürdige junge Männer ausgewählt, die die Deutschen mit der Zeit zu germanisieren hofften, wie auch alle anderen Jungen im Lager. Rechts vom Tor befanden sich die Kanzlei- und Verwaltungsbaracken und die Räume für die Vorarbeiter Innerhalb des Lagers waren, zunächst ohne Kontakt zueinander, die Geheimorganisationen der AL, NSZ und AK aktiv. Insgesamt waren etwa 50 Personen in der Widerstandsbewegung organisiert, die auch zu Gruppierungen außerhalb des Lagers gehörten. Die Aktion in Baudienst wurde zunächst von diesen Organisationen - vor allem von innen - sorgfältig vorbereitet. AK, unter der Führung von Cpl. Kres (Stanislaw Iwan). Pchor. Wit : (Teodor Zep) und st. strz. Burza (Józef Marszałek).

Kadett. Sam legte einen Plan zur Einnahme des Lagers vor, die überraschend und ohne Lärm erfolgen sollte. Während der Aktion sollten die Wachen von Leuten aus der Organisation gehalten werden, die die nicht eingeweihten und mit den Deutschen sympathisierenden Wachen ersetzen sollten, unter dem Vorwand, sich zu einem anderen Zeitpunkt zu befreien. Die Entwaffnung der Deutschen sollte von Personen außerhalb des Lagers durchgeführt werden, um die Sicherheit der Familien der Jungen zu gewährleisten, die sich nach einer erfolgreichen Aktion der Einheit anschließen sollten. Die gesamte Aktion sollte von einer größeren Gruppe lokaler „Ablenker“ unterstützt werden. Der Ort, an dem sich die beiden Trupps treffen sollten, war der Waldrand an der Bahnstrecke bei Żakowice. Am 9. Juli gegen 23 Uhr erreichte Sams Trupp bei herrlichem Wetter die Bahnlinie, überquerte sie und verweilte, durchnässt vom Unterholz des Waldes, an der vereinbarten Stelle. Das Erkennungssignal für beide Gruppen war das Rufen eines Waldkauzes. Zur verabredeten Zeit rief der Waldkauz dreimal, aber es herrschte eine ununterbrochene Stille im Wald. Der Waldkauz rief noch ein paar Mal, und wieder sprach niemand. Dann rumpelte Sams Waldkauz über eine Stunde lang, aber der Wald antwortete nicht. Nach einer langen Wartezeit, die durch die späte Stunde bedingt war, zog Sam die Truppe zurück in Felusias Quartier. Alle waren wütend und müde, da sie etwa 30 Kilometer umsonst gelaufen waren. Am nächsten Tag, noch vor dem Mittag, kam eine Verbindungsoffizierin, Krystyna, aus Kaluszki, um sich beim Kommando zu erkundigen, warum Sams Einheit nicht zur Aktion erschienen war. Die „Diversion“ wartete am vereinbarten Ort, und die Baudienst-Jungs hielten fast bis zum Morgen Wache.

Nachdem sie Sams Bericht gehört hatte, schwang sich die Verbindungsoffizierin auf ihr Fahrrad und fuhr los, um dem Kommando Bericht zu erstatten, und als sie am späten Nachmittag wieder eintraf, erzählte sie, dass die Männer der „Diversion“ ziemlich lange gewartet und die Gleisstrecke, die Sams Einheit passieren sollte, genau beobachtet hatten. Da sie niemanden bemerkten, der zu dieser Zeit die Gleise überquerte, schenkten sie dem gut rumpelnden Waldkauz keinerlei Beachtung und zogen sich gegen ein Uhr morgens durch die Wälder in ihre Häuser zurück. Nun, das „Ablenkungsmanöver“ konnten die Jungen aus Sams Truppe nicht bemerkt haben, denn sie warteten, nachdem sie die Gleise erreicht hatten, den Moment ab, in dem der Mond hinter den Wolken untergegangen war, und sprangen dann einfach über die Gleise, die oft von Bahnschützern patrouilliert wurden. Begegnungen mit ihnen sollten vermieden werden, da sie eine wichtige Aufgabe zu erfüllen hatten. Nach einer detaillierten Beschreibung des Ortes, an dem die „Umleitung“ wartete, stellte sich heraus, dass sie nur 150 Meter von Sams Einheit entfernt war. 

Nachdem sie die Gründe für das nächtliche Pech erklärt hatte, gab Christine bekannt, dass das Kommando die Aktion in dieser Nacht wiederholen wolle, und nannte die Uhrzeit und einen genaueren Treffpunkt. Um Verwirrung zu vermeiden, blieb das Aufklärungssignal dasselbe. Gegen Abend begannen die Vorbereitungen für die Expedition erneut, und als die Dämmerung hereinbrach, nahm die Einheit die vertraute Route von der vorherigen Nacht zu einem neuen Treffpunkt mit der „Umleitung“, der nicht allzu weit vom ersten entfernt war. Er war eine halbe Stunde früher da als geplant. Pünktlich zur verabredeten Zeit rief der Waldkauz dreimal, nach einigen Augenblicken wieder dreimal und noch dreimal, aber auch jetzt war keine Antwort aus dem Wald zu hören. Als auf einmal die Stimme des Waldkauzes zu hören war, freuten sich die Jungen, aber bald verstummte der Waldkauz. Die Jungen begannen, erst leise, dann immer lauter zu pfeifen, aber auch das wurde nicht beantwortet. Weit nach Mitternacht zog sich der Trupp aus dem Wald in das Dorf Przyłęk Duży zurück. Diesmal tauchte Krystyna gleich am ersten Morgen auf, und als sie alles erfuhr, fluchte sie bitterlich. denn die „Ablenkung“ war am vereinbarten Ort, und die Jungen im Lager standen wieder in Bereitschaft.  

Dem „Ablenkungs“-Bericht zufolge waren sie eine volle Stunde früher am Treffpunkt angekommen, und es ertönte ein Pfiff, allerdings hoch über ihren Köpfen, so dass sie den Pfiff von Sam vermutlich nicht von einem echten Pfiff unterscheiden konnten, als dieser ertönte. Das spätere Pfeifen hielten sie für den Ruf der Baudienst-Jungen, die vom Urlaub zurückkehrten. So scheiterte die Aktion aufgrund eines unglücklichen Zufalls zum zweiten Mal. Nach Absprachen mit dem Kommando und der im Lager tätigen Organisation wurde jedoch beschlossen, es ein drittes Mal zu versuchen. Als Sams Einheit am Treffpunkt eintraf und das Hämmern, dann das Pfeifen und sogar das Rufen zur vereinbarten Zeit begann, gab es leider wieder keine Reaktion. Die Jungen wurden mit dem sprichwörtlichen Blut überschwemmt, und Cadet Cpl. Sam sagte:

- Wir können uns nicht mit diesen Hurensöhnen einlassen, und die Jungs warten im Lager auf die dritte Nacht. Wir sind allein unterwegs, ohne Deckung. Irgendwie sollten wir es schaffen.

Nach kurzer Überlegung wurde der Auftrag für mehrere Männer geändert. Statt der siebzehn, die in das Lager eindringen sollten, wurden nur acht dazu bestimmt, da sechs - in zwei Dreiergruppen - an der Straße Sicherungsposten einnehmen und etwa einen Kilometer vom Tor entfernt die Telefondrähte kappen mussten. Zwei Partisanen sollten die Wachposten entwaffnen und einer sollte am Tor stehen. Bevor sie sich auf den Weg machten, sahen sie sich noch einmal an der Stelle um, an der sie gerade anhielten, und als sie niemanden fanden, ging die Einheit in absoluter Stille durch den Wald in Richtung des Lagers. Der Plan sah vor, dass die Besetzung des Lagers 15 Minuten nach dem Abmarsch zu den Stellungen der drei, die die Aktion absicherten, beginnen sollte. Die Elch-Patrouille ging zum linken Flügel, während das Kapr-Trio, ausgerüstet mit Drahtscheren, zum rechten Flügel ging, d.h. in Richtung Żakowice, über den mögliche Hilfe für das angegriffene Lager aus Koluszki kommen konnte. An der vorgesehenen Stelle angekommen, wurde Sgt. Swierk von der Kapra-Patrouille zog seine Stiefel aus, legte den Gürtel seiner Hose um die Beine und begann, auf einen Telegrafenmast zu klettern. Zum Erstaunen seiner Kollegen, die von unten zusahen, tat er dies wie ein professioneller Zirkusartist. Es schien alles nach Plan zu verlaufen - leise und ohne Lärm. Doch als der Draht, den Spruce durchgeschnitten hatte, zu Boden fiel, ertönte plötzlich ein unerwartetes Geräusch in der Stille des Waldes. Das schrille Heulen des Drahtes floss durch die Telefonleitung und erschreckte die schlafenden Hühner, die sich mit einem Krächzen in die Lüfte erhoben.

Währenddessen führte Kadett Pvt. Sam führte die Angriffsgruppe durch einen Straßengraben zum Baudienst-Tor, wo sie erneut einen kurzen Halt einlegten und das Lager genau im Auge behielten. Die Aufregung der Partisanen, die im Graben lauerten, wuchs mit jedem Augenblick. Werden wir Erfolg haben oder nicht? Gehört der Wachposten am Tor zu uns oder ist er zufällig ein Fremder? An einem Punkt flüsterte Sam:

- Vorwärts! Auf geht's, Jungs! Die Angriffsgruppe rannte heimlich die Straße entlang, die sie vom Tor trennte. Der Wachposten hatte noch nicht einmal Zeit gehabt, „Halt! Wer kommt denn da?“, als er ein leises Geräusch hörte:

- Hands up! Es war ein vorher festgelegtes Passwort, das nur den Eingeweihten bekannt war. Der Wachposten, Shot. Berkut (Jan Galicki), der nur auf diese Worte gewartet hatte, räumte die spanischen Böcke beiseite, die den Eingang versperrten, hob schnell und eifrig die Hände in die Luft, übergab sein Gewehr und seinen Gürtel mit Lader, während er leise sagte, dass andere schon lange an verschiedenen Stellen im Lager gewartet hätten....