Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wojna. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 października 2021

Delisi - Wafangou - Wojna rosyjsko-japońska - Walter Worta - Gmina Brójce - Kleszczów - Tydzień - 1904

"Wojenko, wojenko

Cóżeś Ty za pani

Że za tobą idą, że za Tobą idą chłopcy malowani"...


    Tekst tej pięknej piosenki znają chyba wszyscy. Jednak o bitwie pod Delisi (Wafangou) podczas wojny rosyjsko-japońskiej nie wielu z czytelników miało pojęcie.

Przyznaję się bez bicia, że i ja pierwszy raz o tym dowiedziałem się dzisiaj nad ranem z gazety łódzkiej "Tydzień" z dnia 4 grudnia 1904 roku. Bitwa jak bitwa, jedna z wielu.., jednak informacje przekazane w tym materiale, mocno mnie zainteresowały.

Nie jest tajemnicą, ze rosyjski zaborca brał w "kamasze" obywateli polskich pod swoim zaborem. Taki los spotkał również mojego dziadka Feliksa Brauna który mieszkał w Rogowcu (gmina Kleszczów).

O dużym poborze z okolic Kleszczowa i Kamińska świadczą nazwiska żołnierzy. 

Mnie oczywiście interesują nazwiska z moich okolic.

Okazuje się, że z gminy Brójce służył  w 21 pułku wschodnio-syberyjskich strzelców na pozycji Mandziapudzy, kawaler Wajter (Walter) Worta, który poległ na polu bitwy.

Niestety Walter ginął, nie wiedząc za co walczy... Tak samo umierali żołnierze rosyjscy podczas walk w okolicach Bukowca, Kurowic czy też Gałkówka w listopadzie 1914 roku...,500 żołnierzy z 6 Dywizji Syberyjskiej spoczywa na leśnym cmentarzu w Gałkówku..

Myślę, że ślad po Walterze zaginął podczas wojennej zawieruchy...


Tydzień. 1904-12-04 R. 32 Nr 49



Bitwa pod Delisi (jap. 得利寺の戦い Tokuri-ji no tatakai; znana też jako bitwa pod Wafangou) – starcie zbrojne, które miało miejsce w dniach 14–15 czerwca 1904 koło chińskiej osady Wafangou (ok. 235 km na północny wschód od Port Artur) w trakcie wojny rosyjsko-japońskiej (1904–1905).

Po zajęciu przez Japończyków Jinzhou 26 maja 1904 i zagrożenia twierdzy Port Artur, generał Aleksy Kuropatkin, na polecenie z Petersburga, nakazał I Korpusowi Syberyjskiemu pod dowództwem gen. Georgorija K. Stakelberga (ok. 27 tys. piechoty, 2,5 tys. kawalerii i 98 dział polowych) przejść z rejonu Yingkou - Gaiping na południe, wzdłuż linii kolejowej do Port Artura, i rozpocząć działania zmierzające do odzyskania Jinzhou[1].

Po uzyskaniu wiadomości przez I Korpus rosyjski o marszu na północ sił 2. Armii japońskiej gen. Yosukaty Oku (ok. 36 tys. piechoty, 2 tys. kawalerii i 216 dział polowych[1]) wojska rosyjskie zajęły pozycje obronne 4 km od Wafangou (w rejonie stacji na Kolei Wschodniochińskiej), na południe od miasta Delisi.

Oku uderzył siłami 3. i 5. Dywizji wzdłuż linii kolejowej, a 4. Dywizji nakazał natarcie na prawym skrzydle, doliną rzeki Fuchou. Dużą rolę grała liczniejsza i celniejsza artyleria japońska. Siły rosyjskie, rozdzielone rzeką Fuchou, nie wykorzystały zalet obronnej pozycji na wzgórzach, a ich kontrataki były nie dość zdecydowane[1].

Akcję przesądziło zdecydowane natarcie 5. Dywizji japońskiej 15 czerwca i groźba okrążenia z prawego skrzydła; oddziały rosyjskie wycofały się na północ, na Gaiping[1]. Przegrana bitwa była rezultatem opóźnionego manewru wojsk gen. Stakelberga i jego sztabu, a także dowódcy armii gen. Kuropatkina.

Zwycięstwo zakończyło działania ofensywne armii rosyjskiej i pozwoliło Japończykom przystąpić do oblężenia twierdzy Port Artur.*

* - 


Bitwa pod Delisi – Wikipedia, wolna encyklopedia

sobota, 12 czerwca 2021

Erich Kühler - Bukowiec - Königsbach - Wojna - Ucieczka - Łódź - Wspomnienia - cz.2

 

    Mieliśmy szczęście. Z jakiegoś nieznanego mi powodu nasz dziadek zjechał na lewą stronę drogi w małe zagłębienie. Udało nam się bez niebezpieczeństwa opuścić wóz konny i uciec do lasu. Bezradnie wszyscy biegali między sobą, uchodźcy, niemieccy żołnierze i zaprzęgnięte konie. Żołnierze i uchodźcy z dziećmi nocowali w opuszczonym budynku gospodarczym. Szukali miejsca do spania we wszystkich pomieszczeniach, bo na dworze było stanowczo za zimno. Następnego dnia dziadek Aleksander dał mojej mamie pieniądze i powiedział, że nie może jej już pomóc, że będzie musiała radzić sobie sama z dziećmi.

Alexander i Erich pokazują gdzie stał ich dom rodzinny w Bukowcu, ul. Rokicińska 713 (plac z tyłu), który został rozebrany po spaleniu w 2014 roku, po przeciwnej stronie Sklep "Jawor"



    Mama z pomocą odczepiła kabinę od dużego skrzyniowego wozu i zaprzęgła konia. Było wystarczająco dużo koni. W związku z posuwaniem się frontu wojennego i tym, co działo się z kolumną pancerną, wiele wozów zostało uszkodzonych, a konie, jeśli jeszcze żyły, pozostawiono wolne. W lesie i okolicy było dużo koni.

    Moja mama i nasza trójka dzieci pojechała z powrotem z wozem w kierunku Königsbach. To było zdecydowanie za daleko na zachód, a po przejściu frontu nie wiedzieliśmy, czy uda nam się przekroczyć granicę.

    W ten sposób rozpoczęła się odyseja powrotna do Königsbach!!!

    Wracaliśmy tą samą drogą co cofający się front. Żołnierze z wozami wyszli nam naprzeciw, a nasz koń był kilkakrotnie wymieniany na gorszy. Wreszcie mieliśmy ślepego konia, którego mama musiała prowadzić.

    Po drodze widziałem okrucieństwo wojny. Wciąż mam w głowie obrazy wszystkich ciał ułożonych w stertę.

    Po kilku dniach znaleźliśmy się w środku miasta Łodzi. Moja mama szukała ulicy, na której mieszkali krewni. Zapytała jakiegoś mężczyznę, czy mógłby nam pomóc. Z niemieckimi tabliczkami na samochodzie zostaliśmy zatrzymani przez milicję. Musieliśmy iść na posterunek policji, mężczyzna też. Ustawiono nas pod ścianą i przeszukiwano kieszenie. Przed nami stało trzech milicjantów z karabinami i bagnetami i ładowali broń. Wtedy skoczyłem się górę i wybiegłem na ulicę krzycząc: "Nie dam się zastrzelić". Strasznie bałam się o swoje życie. Wypuszczono nas po pół dnia pobytu w więzieniu. Człowiek ten miał przy sobie wszystkie swoje niemieckie dokumenty, powiedział do mojej matki: "Mogę się teraz tylko powiesić, nie puszczą mnie wolno".

    Po tej historii zabrali nam wóz, a my schroniliśmy się u krewnych. Udało nam się tam pozostać przez kilka dni, ale jedzenia zaczynało brakować. Gdy zima stała się nieco łagodniejsza, mama zorganizowała sanki i wyruszyliśmy w kierunku Königsbach. Moi bracia na saniach, a ja i mama ciągnęłyśmy. Zawsze szliśmy główną drogą. Z przystankiem u krewnych w Andrespolu dotarliśmy z powrotem do Königsbach.

W domu pradziadków w Unterdorf (Dolny Bukowiec) spotkaliśmy prababcię Rometsch i ciotkę Elsę z dziećmi, Gerhardem i Kurtem Kainathami.

                                       Emilia Kühler  ze swoimi dziećmi Horstem i Erichem.





Erich Kühler - Bukowiec - Königsbach - Miazga - Wojna - Wspomnienia - cz.1

 

    Swoje wspomnienie z lat dziecinnych przysłał mi Erich Kühler dobre 3 lata temu. Wcześniej odwiedził nas w naszym domu wraz ze swoim młodszym bratem. To było wspaniałe spotkanie, cudowne opowieści i zwiedzanie Bukowca i Andrespola. Niestety jego znajomość języka polskiego była niewystarczająca, do prowadzenia płynnej rozmowy, miał prawo zapomnieć. Widziałem jego łzy wzruszenia podczas wizyty na cmentarzu w Bukowcu, szukał także cmentarza w Andrespolu, niestety...Staliśmy przed działką na której stał rodzinny dom przy ulicy Rokicińskiej w Bukowcu. Wielu z czytelników z pewnoąścią pamięta ten drewniany budynek, który około 2010 roku uległ spaleniu (na wprost delikatesów Jawor). Erich żyje, ma 84 lata, sentyment do jego rodzinnego Bukowca pozostanie do końca jego dni. Zapraszam na jego wspomnienia:

                                           Erich podczas wizyty w Bukowcu 


                   

     Wspomnienia z dzieciństwa w Königsbach (Bukowiec Polska).

Pojedyncze fragmenty wzięte z pamięci bez dokładnych danych chronologicznych.

    Siedzimy na ulicy (ulica Rokicińska – mój przypisek), na ciepłym asfalcie i bawimy się. Głośne trąbienie zaskoczyło moją matkę. O tej porze w ciągu dnia przejeżdżał tędy może jeden samochód. Ta historia była opowiadana przez moją mamę tak wiele razy, więc jest bardzo silna w mojej pamięci.

    Szedłem do domu z moim bratem Horstem z dolnej wsi skrótem, wąską ścieżką przez bagnistą łąkę. Mieszkańcy Bukowca nie mogli wykorzystywać tego terenu jako ziemi uprawnej, właśnie ze względu na podmokły teren. Musiał to być czas około 1943 roku, bo mój brat (rocznik 1941) umiał już chodzić. Byłem bardzo dumny, że sam znalazłam drogę.

    Mój ojciec i jego kuzyni łowili raki w Baachu (Miazga). Jeszcze dziś widzę ten wielki garnek z gotowanymi czerwonymi rakami.

    W zimie łąki były zalane, więc bez większego niebezpieczeństwa mogliśmy jeździć na łyżwach i ślizgać się po lodzie u źródeł Baacha (Miazgi), w kierunku Kurowic. Łyżwy były drewniane z dwoma żelaznymi drutami wbitymi w drewnianą podeszwę, wyglądało to jak biegówki.

    Wielkanoc: ciocia Klara przychodzi z tradycyjnym stiplem (wiązka jałowca). Spóźnialskich wyciąga się z łóżka smagając gałązką jałowca, to bardzo bolało na gołej skórze.

    Moje wspomnienie o żniwach. Na dużych polach wszyscy zbierali się razem. Kilku mężczyzn kosiło ręcznie kosami. Za każdym kosiarzem szła kobieta, która zbierała skoszone zborze w snopki. Wiązka (snop) jest trzymana razem za pomocą pasma łodyg. Snopki układano na kształcie lalki. Jako mały chłopiec brałem udział w ustawianiu lalek. Niektóre kobiety koordynowały, za którym mężczyzną pracują. Silni mężczyźni kosili bardzo szybko, a kobieta musiała podbierać równie szybko, bo z tyłu już szli następni kosiarze..

    Pamiętam zbiory ziemniaków u wujka Jonasa. Łęty ziemniaczane zostały wypalone. Do ognia wrzucano ziemniaki. Po ugaszeniu ognia z żaru wyjmowano spalone ziemniaki. Skórka z ziemniaków była zdejmowana, a upieczone ziemniaki smakowały wspaniale. My, dzieci, mieliśmy oczywiście czarne od popiołu i sadzy twarze i ręce.

    Wycieczka dorożką do Effingshausen (Starowa Góra). Wujek Jonas i ciotka Klara z domu Wölfle pochodzili z Effingshausen (Starowa Góra). Cały dzień jechaliśmy w pięknej czarnej karecie z czarnymi rumakami. Była tam również moja babcia Emilie (siostra wujka Jonasa).

    Wspomnienie kiszenia kapusty. Na środku pokoju stała duża drewniana beczka (to chyba było u babci Rometsch.) Moje stopy były myte do czysta, a potem wkładano mnie do beczki, żebym stąpał po poszatkowanej białej kapuście.

Mama  Ericha Kühlera, Emilja Kühler z jego siostrą na ręku. W oknie stoi pani Enge. Z lewej strony stoją: Erich i jego brat Horst. (ten budynek stał jeszcze kilka lat temu, biuro miejscowej masarni - obecnie parking delikatesów Jawor).



    W latach wojennych, latem 1943 lub 1944 r., w pobliżu gospodarstwa rodziny Egler w kierunku Kurowic, po prawej stronie drogi głównej (Rokicińskiej), samolot musiał lądować awaryjnie z powodu awarii silnika. Była tam prawdziwa migracja ludzi, którzy wszyscy chcieli zobaczyć samolot z bliska.

    Wszyscy mieszkańcy wsi i rolnicy uciekali 17.1.1945 przed zbliżającym się frontem, furmanka za furmanką, z workami i torbami. Wozy konne z drabinami wyłożone były deskami bocznymi, a nad nimi w łuk naciągnięta była plandeka. Nie mieliśmy gospodarstwa, więc podwiózł nas wujek Jonas Frank, brat mojej babci. Nie było tam zbyt wiele miejsca. Wujek Jonas z żoną i dwójką dzieci, babcia z ciocią Marią i Klarą, plus moja mama z trzema chłopcami. Na wozie, który był ciągnięty przez jednego konia, było nas 11 osób.

    Po drodze spotkaliśmy ojca mojej matki. Dziadek Aleksander miał w Andrespolu sklep mięsny i duży wóz skrzyniowy z gumowymi oponami i dwoma silnymi końmi. Z tyłu była doczepiona kabina z motocyklem dziadka. Przeładowano go i pozwolono nam jechać z dziadkiem Aleksandrem. Mieliśmy dużo miejsca i ładną białą pościel. Jeżdżono nim tylko w ciągu dnia, konie powinny mieć przerwę.

    To stało się naszą zgubą, po prostu nie mogliśmy poruszać się wystarczająco szybko. Dogonił nas front z szybkimi czołgami. Większość wozów zjechała na prawe pobocze i zatrzymała się. To było straszne przeżycie, po tym jak kolumna czołgów się przebiła wyglądało to makabrycznie i niszcząco.

    Po prawej stronie drogi widziałem trupy koni i wraki wozów.