Po raz drugi czytam książkę Zbigniewa Nienackiego "Wielki las". Bohaterami tej powieści są: Horst Sobota i Józef Maryn, ludzie którzy nie lubią lasu, w szczególności Horst Sobota. W akcji jest wiele tematów erotycznych. W latach 80-tych w Odgłosach ta książka była drukowana w odcinkach i miała wielu fanów. Wśród wielu wątków pojawia się temat Wilczego Rogu i cmentarzyka ewangelickiego. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że jest to fikcja..., jednak wiele podobnych cmentarzy znikało bezpowrotnie...
Na stronach 62-64 rozgrywa się akcja niszczenia cmentarza:
- Niech ktoś skoczy po Kuleszę - powiedział do Wzdręgi - Przecież jutro zjeżdża tu cała komisja.
Wzdręga z trudem zrozumiał, co mu powiedział Wojtczak, bo stary pluł i seplenił. Posłał jednak do leśniczówki jakąś dziewczynę na rowerze. Wojtczak rozwinął rulon mapy, którą przez drogę pieszczotliwie trzymał w dłoniach, zerknął na nią z namysłem i zaraz przywołał Budrysa.
- Na mapie nie ma bagienka. Tę kupę kamieni zepchniesz do bagienka. To samo zrobisz z tymi nagrobkami. Nie widzę żadnego cmentarza na tej mapie.
- A może tam będzie złoto, panie nadleśniczy? - przymilnie wykrzywił usta traktorzysta Budrys.
Pobiegł do swojego ciągnika z zamontowaną koparką, po drodze powiedział coś do karasia i innych robotników. I zaraz zrobiło się zbiegowisko koło kamiennych nagrobków.
- Ty, Stępień, najpierw zwal nagrobki do bagna - krzyknął do drugiego traktorzysty z gąsienicowym ciągnikiem do zrywki.
Czarny kłąb spalin otoczył ciągnik i pierwsze ogromne głazy nagrobkowe, pchane potężnym lemieszem, zaczęły sunąć do pobliskiego bagienka. Nie minęło piętnaście minut, a wzgórek z cmentarzykiem był zupełnie łysy. Wtedy Budrys zaczął wgryzać się ziemię swoją łyżką, odrzucając na bok z początku ziemię, a potem rozwalone deski trumien, jakieś zgniłe szmaty, kości, czaszki ludzkie. Ci, co się tu zbiegli - motykami grzebali w wydobytej ziemi, przeszukując kości i ryjąc w struchlałych resztkach trumien. Złota nie było, nawet najmniejszego kawałka metalu. Wojtczak podszedł bliżej i koło ramienia przeleciała mu czaszka z długimi siwymi włosami, którą Karaś cisnął w młodą dziewuchę, zaglądając do dołu wygrzebanego przez koparkę.
- Wszystko się prawie rozpadło, a włosy zostały - zdumiał się głośno Wojtczak, ale powiedział to tak bełkotliwie, że nikt go nie pojął.
Koparka raz po raz zagłębiała się ziemię swoją łyżką, wyrzucając na wierzch tajemnice starego cmentarza. Jej ostre zęby przecinały korzenie drzew, które tu kiedyś rosły, miażdżyły spróchniałe drewno trumien, zetlałe kości klatek piersiowych, piszczeli goleni pokrytych jeszcze zgniłym suknem. Tak naprawdę te resztki w niczym nie przypominały ludzi, były jedynie obrzydliwym śmietniskiem. A przecież jednak owe piszczele i golenie kogoś nosiły po tej ziemi, drobne kostki palców coś tam robiły przez wiele lat, a pod pokrywami czaszek kłębiły się czyjeś myśli. Ktoś także zapłakał wkładając te ciała do trumien, ale myśli i uczucia ludzkie okazały się mniej trwałe niż trumienne drewno, niż kamienie z zatartymi napisami. O tym pomyślał przez chwilę gajowy Wzdręga i dreszcz nim wstrząsnął.
Łyżka koparki znowu wyrzuciła na wierzch czyjąś czaszkę z żółtymi zębami. W czerepie widziało się okrągłą dziurkę, pewnie po kuli karabinowej, która utkwiła w mózgu. Czerep czaszki wypełniała ziemia, która zaczęła się z niej wysypywać, gdy wziął ją w ręce robotnik leśny nazwiskiem Bałaban. Pstryknął palcami w górną szczękę i żółte zęby wypadały jak koraliki z rozerwanego naszyjnika.
- To nie jest chyba dozwolone - zwrócił uwagę Wzdręga.
Wojtczak znowu rozwinął rulon.
- Nie ma tego cmentarza na naszej mapie - powiedział.
Wzdręga chciał odgonić ludzi od tego miejsca, ale już się nie dało. Miotała nimi chciwość i wciąż od nowa łyżka koparki zanurzała się w ziemię, wydobywając kawałki trumien i kości.
Karaś coś znalazł w ziemi i szybko schował do kieszeni. Myślał, że nikt nie zauważył. Ale Budrys zaraz zatrzymał swój ciągnik, zeskoczył z siodełka i rzucił się na Karasia.
- Pokaż. To ja wygrzebałem moją łyżką - chwycił Karasia za ramiona i zaczął nim tarmosić. Dołączył się do niego Stępień, przewrócili Karasia na ziemię i wyciągnęli mu z kieszeni kawałek przerdzewiałego metalu.
- Kłódka czy coś podobnego? - dziwował się Budrys, drapiąc żelazo zrogowaciałym paznokciem.
Pozbawiona dolnej szczęki czaszka z długimi siwymi włosami wciąż leżała u nóg Wojtczaka. Budrys odrzucił od siebie przerdzewiałe, niekształtne znalezisko, ktoś je podniósł i znowu po obejrzeniu odrzucił.
- Jazda z tym wszystkim do bagna! Stępień, właź na ciągnik! - pluł wokół siebie Wojtczak.
Nadjechał Kulesza swoim ułazem. Z trudem zeskoczył z siedzenia kierowcy, oczy miał przekrwione, cuchnął nie strawionym alkoholem.
- Źle pan zrobił, panie nadleśniczy - mruknął - Na zniszczenie cmentarza trzeba mieć specjalne pozwolenie.
- To bardzo stary cmentarz - splunął Wojtczak. - Plantacja kosztuje miliardy, Panie Kulesza. Musi być porządek za takie pieniądze.
- Podobno pochowano tam jeńców wojennych, nie minęło pięćdziesiąt lat. Ludzie mi o tym mówili, więc cmentarza do tej pory nie dałem ruszyć.
- Nie mamy go na mapie - oświadczył Wojtczak - A pan jest chyba pijany, panie Kulesza.
- Piłem wczoraj, w nocy - młody leśniczy oblizał wargi, które były aż spieczone od alkoholu.
Lemiesz ciągnika za każdym ruchem posuwał ziemię zmieszaną z kośćmi i trumnami do małego bagienka, które powoli wypełniało się. Ludzie już rozeszli się po plantacji......

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz