Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2 Wojna Światowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 2 Wojna Światowa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 maja 2026

Jan Kawnik - Monte Cassino - Brójce - 19 pułk ułanów - cz.3

W naszej gminie Brójce, w mojej ocenie zbyt mało mówi się, czy też pisze o bohaterach którzy walczyli, czy też ginęli walcząc o wolność naszej Ojczyzny.

Dlatego, bardzo się cieszę, że Jan Szulec (mieszkaniec Brójec), poświęcił osobie Jana Kawnika ten artykuł. Przyznam, że nic wcześniej nie wiedziałem o żołnierzu spod Monte Cassino. Nie tylko ja, nie ma żadnej publikacji, najmniejszej broszury która by informowała o żołnierzach walczących podczas wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku (Józef Pabis z Wandalina, Władysław Klima z Pałczewa, rozstrzelany w 1941 roku w Wiskitnie Ludwik Jankiewicz), czy też mieszkańcach naszej gminy, którzy ginęli w obozach koncentracyjnych podczas niemieckiej okupacji.

Na stronie MonteCassino.eu można pod numerem 9556 znaleźć informację o naszym bohaterze:

Kompletny spis ok. 29.000 żołnierzy 3 Dywizji Strzelców Karpackich opracowany na podstawie 2-tomowego dzieła " Trzecia Dywizja Strzelców Karpackich 1942-1947 ",
wyd. Londyn 1991 r.
 

Opracowali: Jerzy Hykiel i Janusz Stankiewicz

Żołnierze 3 Dywizji Strzelców Karpackich
1942 - 1945

9556. KAWNIK Jan - - 1914/230 uł. 7. p. uł. lub.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Obozy wojskowe zorganizowana na Powołżu w rejonie Buzułuku. 8 września 1941 r.  wstąpił do wojska Polskiego, jako żołnierz gen. Andersa, najpierw przebywał  w Buzułuku, a później wyjechał do Azji Centralnej, do Uzbekistanu. Tam zobaczył mnóstwo umierających na tyfus i dezynterię Polaków. W sierpniu 1942 r. jako żołnierz II Korpusu ląduje w Persji gdzie przechodzi kurs strzelecki, a następnie wyjeżdża do Iraku. Tam kilkukrotnie wozi premiera Władysława Sikorskiego. 4 lipca 1943 r.  w zamachu bombowym w samolocie ginie gen. Sikorski.

"-nie chciał oddać dowództwa w ręce angielskie. Żołnierze uwielbiali go. Gdy zginął oficerowie nie przejęli się, ale żołnierze, kobiety i dzieci - płakały. Był dla nas jak ojciec". - nadmienia Kawnik.


Z Iraku pan Jan wyjeżdża do Syrii, gdzie przechodzi ćwiczenia wysokogórskie. Z Syrii udaje się do Palestyny, a następnie do Egiptu, w styczniu 1944 r.  z całą 3 Dywizją Strzelców Karpackich wpływa do portu Taranto we Włoszech. Za kilka miesięcy będzie walczył pod Monte Cassino. Zanim do tego dojdzie uczy się walki wręcz. Jako członek patrolu bierze udział w obezwładnieniu wartowników niemieckich i wreszcie Monte Cassino - góra leżąca w masywie górskim ciągnącym  się w poprzek półwyspu.

Od marca próbowały zdobyć Monte Cassino dywizje alianckie, w tym Amerykanie, Anglicy, Nowozelandczycy, Francuzi, Kanadyjczycy, a nawet Hindusi. Bezskutecznie, 11 maja 1944 r. ruszyli Polacy. Ogień nieprzyjacielski jednak okazał się silniejszy.

Strzaskani, porwani, wykrwawieni wrócili na na podstawy wyjściowe natarcia. Morderczy bój trwał do 18 maja 1944 r. Prawie tysiąc zabitych, około trzech tysięcy rannych - taki był bilans strat.

"To było piekło nas ziemi"- mówi Kawnik o bitwie pod Monte Cassino.

Po kilkudniowym odpoczynku, bierze udział w następnych walkach. 16 sierpnia zostaje ranny w głowę i nogę. Po wyjściu ze szpitala ponownie trafia tam 15 września 1944 r. z raną postrzałową ramienia. Po opuszczeniu szpitala walczy dalej we Włoszech aż do kwietnia 1945 r.

W dniach 9-21.04.1945 r bierze udział w wyzwoleniu Boloni i tutaj kończy się jego szlak bojowy.

2 maja poddał się we Włoszech ze swoimi armiami feldmarszałek Albert Kesselring. Tydzień później, 8 maja bezwarunkowa skapitulowała hitlerowska Rzesza.

Z Włoch wyjeżdża Kawnik do Anglii. Jako żołnierz Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, służy w Wojsku Polskim do 12 maja 1947 r.

Za udział w wojnie został odznaczony Krzyżem Monte Cassino, Gwiazdą za Wojnę 1939-45, Gwiazdą Italii, Medalem Wojska Polskiego, odznaką 3 DSK.

Wrócił do Polski w 1947 roku. Tutaj nie witano go kwiatami, nie grały fanfary, nie było owacji. Gdy wszedł do pociągu w Gdańsku, jadącego do Łodzi, konduktor nie pozwolił mu wejść do przedziału, całą drogę przestał na korytarzu. - "ty nie jesteś nasz, ty jesteś kapitalista" - oświadczył konduktor.

Dopiero w latach 70 uznano go za "swojego". 17.04.1974 r. został odznaczony Medalem Zwycięstwa i Wolności 1945 r. 

17.12.1975 r. Krzyżem Kawalerskim Orderem Odrodzenia Polski i 12.01.1980 r. Medalem za udział w Wojnie obronnej 1939.

Żyje ich już niewielu, cichych, czasami bezimiennych weteranów minionej wojny. 60 rocznica zakończenia 2 Wojny Światowej to doskonała okazja, aby ich odszukać. Nie są komiksowymi bohaterami, jak, nie przymierzając, porucznik Kloss, czy komandos Rambo, o czym szczególnie powinny wiedzieć dzieci i młodzież, bezkrytycznie zapatrzona w niezwykłe wyczyny papierowych postaci typu Rambo. Jednym z nich jest Jan Kawnik, pełen żołnierskiego honoru, jedyny mieszkający w gminie Brójce uczestnik walk o Monte Cassino. Walczył o wolną Polskę, a gdy wrócił do niej, w ciszy przeżywał swój ból, bowiem o honorze (o ironio losu) kazano mu zapomnieć. Pan Jan nie był herosem, nie był wybitnym dowódcą, był zwykłym żołnierzem, ale był jednym z tych, co walczyli o to, żeby nasze dzieci mogły beztrosko bawić się, a dorośli żyć w pokoju, abyśmy mogli mówić i pisać po polsku.

                                                                                                   Jan Szulec.


Jan Kawnik zmarł 17 kwietnia 2003 roku w wieku 89 lat i spoczął na cmentarzu w Kurowicach. Cześć jego pamięci.





środa, 27 maja 2026

Jan Kawnik - Monte Cassino - Brójce - 19 pułk ułanów - cz.2

Kawnik jednak nie zdjął munduru, lecz z częścią rozbitków ruszył do obrony Warszawy. W tym czasie ZSRR anektował wschodnie rejony Polski. Na wieść o tym, po dwudniowych walkach w obronie Warszawy, ruszył na południowy wschód 25.09.1939 r., koło Hrubieszowa walczył z żołnierzami Armii Czerwonej. W czasie tego boju został ranny i trafił do niewoli radzieckiej.

We wrześniu 1939 r. do niewoli radzieckiej zostało wzięte ok. 200 tys. żołnierzy polskich, w tym ok. 15 tys. oficerów. Kawnik był jednym z nich. We wrześniu trafił do szpitala wojskowego w Brodach. Po wyjściu ze szpitala został skierowany do obozu pracy przymusowej i musiał ciężko pracować przy budowie drogi Lwów - Kijów (W tym czasie, na rozkaz Stalina, członkowie NKWD - bez przedstawienia jakichkolwiek zarzutów strzałem w tył głowy, pozbawili życia ponad 10 tys. polskich oficerów).

22.05.1941 r.  wojska niemieckie uderzyły na ZSRR. Tego dnia zaczęła się mordercza ucieczka przed wojskiem niemieckim. Poganiani przez sowietów na przemian z marszem i biegiem, dzień i noc, przez kilkanaście dni gnali w stronę Moskwy. W okolicach Moskwy przebywał do sierpnia 1941 r.

Na mocy układu Sikorskie - Majski z 30 lipca 1941 r. , 12 sierpnia Prezydium Rady Najwyższej ZSRR wydało dekret o udzieleniu amnestii " wszystkim obywatelom Polski pozbawionych wolności na terytorium ZSRR". Dwa dni później, 14 sierpnia podpisano polsko-radziecką umowę wojskową w sprawie zorganizowania armii polskiej w ZSRR. Dowódcą armii został generał Władysław Anders. "Byłem niedożywiony i wycieńczony do tego stopnia, że ledwo widziałem na oczy i prawie nie mogłem chodzić. Gdy do obozu przyjechał pułk. Wiśniewski i oświadczył, że na mocy amnestii możemy wstępować do armii polskiej - nikt nie wierzył w te słowa"- wspomina pan Jan.





środa, 20 maja 2026

Jan Kawnik - Monte Cassino - Brójce - 19 pułk ułanów - cz.1

 Wśród moich kolegów Radnych często rozmawiamy o ludziach którzy zasłużyli się trwale w historii naszej gminy Brójce. Jednym z lubiących historię jest Radny Heniu Zawada. Wspomniał on nie tak dawno temu o mieszkańcu Brójec, który brał czynny udział w bitwie pod Monte Cassino. Obiecał mi przesłać artykuł prasowy dotyczący Jana Kawnika. Jan Kawnik nie jest jedynym bohaterem w naszej gminie, jest całe grono mieszkańców którzy walczyli: o odzyskanie niepodległości w 1918 roku, w wojnie polsko-bolszewickiej, jak i na frontach 2 Wojny Światowej. Byli odznaczani za bohaterstwo i rany Krzyżami Virtuti Militari. Zbyt mało się o nich wspomina, wielka szkoda. Uważam, że w szkołach na terenie naszej Gminy powinno się wspominać ich bohaterstwo.  Wczoraj, Henio wysłał mi skany z gazety "Wieść gminna" z lipca 1995 roku, za które bardzo dziękuję, postanowiłem zamieścić całość na moim blogu, zapraszam:

                                            ŻYJE ICH JUŻ NIEWIELU....

                                 JEDNYM Z NICH JEST JAN KAWNIK

8 maja tego roku obchodziliśmy 50 rocznicę zakończenia II Wojny Światowej - najstarszliwszej ze wszystkich wojen. Trwała prawie 6 lat i pochłonęła dziesiątki milionów istot ludzkich. A zaczęła się 1.09.1939 r. agresją hitlerowskich Niemiec na Polskę. Najważniejsze zadanie w wojnie przeciwko Polsce powierzono GA "Południe" (8,10,14 armia) dowodzonej przez gen. Gerda von Rundstadta. Uderzając ze Śląska, Moraw i Słowacji, GA "Południe" ruszyć miała ku Warszawie i osiągnąć Wisłę między ujściem Bzury i ujściem Wieprza. To właśnie 1.09.1939r. Jan Kawnik, żołnierz 19 pułku Wołyńskiej Brygady Kawalerii pułk. dypl. Juliana Filipowicza, stoczył pierwszą bitwę z żołnierzami 10 armii niemieckiej. Ale zacznijmy od początku.

Urodził się 14.03. 1914r. w Białaczowie. w 1936r. ożenił się i zamieszkał w Brójcach a rok później został powołany do wojska Polskiego 4.11.1937r. rozpoczął służbę w 15 pułku ułanów w Ostrogu na Wołyniu. Nauka frechtunku, strzelania i inne zajęcia wypełniały mu służbę. Kiedy liczył już dni do wyjścia, w sierpniu 1939 r. - w obliczu wojny z Niemcami - zostaje wraz z całą jednostką przewieziony w okolice Częstochowy. W rejonie Mokrej, miejscowości koło Częstochowy, w nocy z 30 na 31 sierpnia skoncentrowano siły Wołyńskiej Brygady kawalerii. Pod Mokrą pan Jan przeszedł swój chrzest bojowy.

                                           Jan Kawnik w mundurze ułańskim - Ostróg 1938

 Wspominając ten dzień powiedział:

"Pierwszego września o świcie przed frontem brygady pojawił się niemiecki pododdział rozpoznawczy 4 dywizji pancernej. Ostrzelani przez nas Niemcy bez strzału wycofali się. Ok. 8,00 nastąpiło pierwsze natarcie. Po krótkiej walce ogniowej Niemcy pozostawiając kilka rozbitych czołgów wycofali się. Ok. godz. 10,00 powtórzyli atak z identycznym skutkiem. O godz. 13 ruszyło zmasowane natarcie ponad 50 czołgów. Przerywają pierwszą linię obrony, czołgi wdarły się na polanę i ruszyły na stanowiska naszej artylerii - rozpoczął się pojedynek artylerii z czołgami. Wtedy z pomocą naszym kanonierom przybył pociąg pancerny. Walczyliśmy do godz. 16,00. Tracąc kilkadziesiąt czołgów Niemcy wycofali się. O zmroku opuściliśmy Mokrą, aby zająć pozycję nad Wartą. W następnych dniach walczył pod Wartą. Wobec groźny okrążenia brygada przekroczyła rzekę i ruszyła w stronę Łodzi, gdzie na wschód od tego miasta miała zająć pozycje obronne. W czasie przemieszczania, koło Tuszyna zostali ostrzelani przez Niemców i skierowali się w stronę Kraszewskiego lasu. Wtedy dostał pozwolenie od dowódcy i wstąpił do swojego domu. Nie zagościł długo w Brójcach, przywitał się z żoną, pospiesznie zjadł posiłek i ruszył dalej. Na rozkaz Naczelnego Wodza brygada poszła bronić Warszawy. Koło Nowego Dworu Mazowieckiego stoczyli walkę z potężną siłą armii niemieckiej. W rezultacie czego jednostka została zdruzgotana i dowódca pułk. Józef Petkowski rozwiązał 19 pułk ułanów.

Brójce – wieś w Polsce położona w województwie łódzkim, w powiecie łódzkim wschodnim, w gminie Brójce. Wieś ma charakter wielodrożnicy: do właściwych Brójec usytuowanych wzdłuż drogi wojewódzkiej nr 714 włączono jednorzędową dawną wieś Józefów położoną wzdłuż drogi do Wygody. Wikipedia

                                                            - ciąg dalszy nastąpi - 


czwartek, 26 marca 2026

Feliks Niebelski - 18 LWOWSKI BAON STRZELCÓW - Krzyż Monte Cassino - Włochy - Wola Rakowa - 1945 - cz.2

 

Wracając do postaci mieszkańca gminy Brójce, dokładnie Woli Rakowej, plutonowego Feliksa Niebelskiego, zamieszczam informacje o historii Krzyża Monte Cassino. Ufundował go Naczelny Wódz - Generał Broni Sosnkowski pisząc: Celem upamiętnienia czynów oręża polskiego, dokonanych przez żołnierzy 2 Korpusu na ziemi włoskiej, ukoronowanych zdobyciem Monte Cassino - ustanawiam "KRZYŻ PAMIĄTKOWY MONTE CASSINO", dla wszystkich uczestników tych walk.




LISTA III - UPRAWNIENI (POLEGLI i ZMARLI Z RAN).

Lp.

Stopień

Nazwisko i imię

Roczn. i Nr. ewid.

Data śmierci

Miejsce śmierci

Nr. legit. Krzyża

Uwagi

 454

 plut.

 Niebolski (Niebielski) Feliks

1912/29 

15.III.1945 

 Włochy

19660 

 



Źródło: Krzyż Monte Cassino
http://krzyz montecassino.eu

Feliks Niebelski - 18 LWOWSKI BAON STRZELCÓW - Włochy - Wola Rakowa - 1945

Jak z "rogu obfitości" otrzymuję wspaniałe materiały dotyczące bohaterstwa naszych mieszkańców z gminy Brójce. Marek Pietrzko, wspaniały archiwista przysłał mi dokumenty dwóch mieszkańców odznaczonych Krzyżami Virtuti Militari za udział i rany w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku. Są to Józef Pabiś z Wandalina i Władysław Klima z Pałczewa. Także od Marka niedawno otrzymałem skany dokumentów dotyczących Juliana Mazaraki. Związany przez długie lata z Brójcami był uczestnikiem Powstania Listopadowego, ranny w bitwie pod Stoczkiem i odznaczony Złotym Krzyżem Virtuti Militari.

Wczoraj otrzymałem od Pani Justyny Jurgi - Maszczyk, szefowej GOK w Brójcach skany dokumentów dotyczących następnego bohatera naszej gminy: plutonowego Feliksa Niebelskiego, mieszkańca Woli Rakowej, odznaczonego Krzyżem Walecznych i Pamiątkowym Krzyżem Monte Cassino. Niestety, poległ on na Polu Chwały 15 marca 1945 roku na terenie Włoch. Bardzo dziękuję Pani Justynie.

Myślę, że jest więcej osób, które bohatersko przelewały krew za naszą Ojczyznę, wieją dobre wiatry, liczę, że będę miał okazję zamieszczać więcej podobny materiałów.

Pan Jan Ambroziak przesłał na adres Urzędu Gminy Brójce informację:

Szanowni Państwo, załączam trzy dokumenty dotyczące plutonowego Feliksa Niebelskiego z 18 Lwowskiego Baonu Strzelców, 5 Kresowej Dywizji Piechoty, urodzonego w Woli Rakowej. Nie wiem czy postać tego żołnierza jest znana, ale jeśli nie, to może warto ją przypomnieć w rejonie, w którym się urodził. Poza Krzyżem Walecznych otrzymał Krzyż Pamiątkowy Monte Cassino. Obecnie Feliks Niebelski jest pochowany na Polskim Cmentarzu Wojennym w Bolonii. Postaram się zrobić zdjęcie, przy mojej najbliższej wizycie, jeśli będzie taka potrzeba.

Z pozdrowieniami

Jan Ambroziak

Naczelnik Wydziału

Wydział ds. Miejsc Pamięci Narodowej za Granicą

Departament Dziedzictwa Kulturowego za Granicą i Miejsc Pamięci.



18 LWOWSKI BAON STRZELCÓW                                       M. p. dnia 17 maj 1945 r.

L. dz. 775/45

Ś.p. plut. NIEBELSKI FELIKS-                          SZEF DUSZPASTERSTWA KATOLICKIEGO

                                                                              5. KRESOWEJ DYWIZJI PIECHOTY

                                                                                    w miejscu postoju

                                                                                    ------------------------

       Na drugostronne podaje, że na podstawie meldunku dowódcy 4 komp. 18 L.B.S. z dnia 25.III.45 r. zostało ogłoszone w Rozk. dz. 18 L.B.S. Nr. 69: " w dniu 25.III.45 r. na terenie Włoch na odcinku nad rzeką SENIO w kierunku północnym od m. FAENZA poległ na Polu Chwały plut. NIEBELSKI Feliks r. 1912/29/III".

Na tej podstawie został przeprowadzony wpis w zeszycie ewidencyjnym w/w.

Równocześnie wyjaśniam, że ś.p. plut. Niebielski Feliks zginął wskutek wybuchu miny i śmierć nastąpiłą natychmiast.

                                                                                       wz. DOWÓDCA BAONU

                                                                                            Pawulski Tadeusz

                                                                                                     kpt.


                                                             WYCIĄG EWIDENCYJNY
dotyczący plutonowego Niebelskiego Feliksa, ur. 29.III.1912 , imiona rodziców Jan i Anna, narodowość polska, wyznanie rzymsko-katolickie, wykształcenie cywilne - 5 klas szkoły powszechnej.Zawód cywilny - robotnik.
Przebieg służby wojskowej:
8.IX.41   - przydzielony do 6 komp. 18 pp.
1.I.42      - awansowany do stopnia plutonowego Rp. 93/42
27.X.42   - przeniesiony do 4 komp. 18 BS. Rb. 227/42
12.VI.43  - zweryfik, w stopniu kaprala rez. Rb. 153/43, od 14.VII - 21.VII. 44 dowodził plutonem Rb.                     133/44.
6.VIII. 44 - odznaczony Krzyżem W. poraz pierwszy Rb. 147/44, odznaczony Krzyżem Pam. Monte                         Cassino Rb. 46/45.
25.III.45   - poległ na Polu Chwały Rb. 69/45,
Inne dane:
Inf. dość duża
Dyscyplina i wyszkolenie bardzo dobre.
Lojaln. służba: bez zarzutu.
Zalety, wady: w polu odważny, chętny, dobry d-ca drużyny.
Ogólnie: b.dobry.



                                                               METRYKA ZGONU
Niebelski Feliks, Nr. ewid: 29/III. Przydz. 18 Baon Strzelców. Stopień: plutonowy. Wyznanie: rzym. - katolickie. Żonaty. Zawód cywilny: robotnik nie kwalifikowany. Data urodzenia: 15 stycznia 1912, miejsce urodzenia: Wola Rakowa, pow. i woj. Łódź. Rodzice zmarłego: Jan i Anna z d. Garnys. Imię i nazwisko panieńskie żony: Stanisława, miejsce jej zamieszkania: Leśne Odpadki, pow. i woj. Łódź.
Data zgonu: 25 marca 1945. Miejsce zgonu: nad rzeką Senio, region Fauenza Włochy. Data pogrzebu 26.III.45. Miejsce i numer grobu: Fauenza cm. cywilny. Dr.Pol.Rz.C. .. 7. Przyczyna zgonu: poległ na polu chwały. Kś. kapl. asystujący przy pogrz.: ks. kpl. Miszkuska Henryk.



sobota, 7 marca 2026

Styczeń 1945 roku - Łódź - Dąbie n. Nerem - Ucieczka Niemców - Der Heimatbote - 10/1955 - cz.8

 

W tym miejscu kończymy wspomnienia lekarza z Łodzi dotyczące wydarzeń sprzed dziesięciu lat. W ostatnich fragmentach autor opisał, jak nagle zabrano go z Dąbia do tajnej policji przy Alei Kościuszki w Łodzi, jak udowodnił tam swoją niewinność i został zwolniony, torturowany i pobity – aż jego donosicielka wpadła do dołu, który chciała dla niego wykopać. Dzisiaj opisuje, że jedyną drogą ucieczki przed nowymi zagrożeniami była ucieczka z Polski.

Zostałem jeszcze kilka dni w Kaliszu. Pewien patriotycznie nastawiony Polak powiedział tam do mojej żony: „W programie publicznym jest tutaj eksterminacja Volksdeutschów, muszą jak najszybciej opuścić Polskę. Wiem bardzo dobrze, że kraj ten wiele zawdzięcza Niemcom etnicznym, ale nie można nic zrobić przeciwko dzisiejszym nastrojom”. Wręczył mojej żonie złotą monetę: „Proszę zabrać tę złotą monetę w drogę, może się pani przydać podczas ucieczki”. Polak wyraźnie powiedział: „To tylko mały znak wdzięczności wobec pani”. Dwie Polki również okazały się bardzo miłe, prały i prasowały ubrania mojej żonie w Kaliszu i wraz z Polakiem pilnowały jej mieszkania. „Tutaj nie ma Niemców. Nie wchodzą tutaj” – mówiły zawsze Rosjanom, którzy chcieli wejść do domu.

Z tych przykładów wynika, że byli jednak Polacy, którzy myśleli humanitarnie i chronili prześladowanych Niemców.

Ja i moja żona postanowiliśmy jednak uciekać. Była to jedyna droga, aby się uratować.

Po krótkim pobycie w Kaliszu musiałem najpierw przenieść się do Dąbia. Czekano tam na mnie, a ponadto pilnie potrzebowałem wyleczyć się, aby móc w ogóle dalej pracować.

                                  Po pobycie w więzieniu w Łodzi ponownie w Dąbiu

Rada miejska w Dąbiu została poinformowana przez Łódź, że jestem ponownie wolny i mam prawo pracować w Dąbiu. Tę wiadomość otrzymała również moja matka. Jej radość była nieograniczona, gdy mnie ponownie zobaczyła. „Bóg wysłuchał moje modlitwy”, powiedziała, „wiedziałam, że wrócisz i nie spotka cię śmierć”. „ Oczy matki promieniały, była pełna wdzięczności wobec Wszechmogącego.

Sytuacja w mieście nie uległa zmianie. Byłem pod stałą obserwacją policji. Nawet gdy wieczorem po ciężkiej pracy spacerowałem po polach lub schodziłem nad Ner, aby się wykąpać, milicja z dachu budynku policji obserwowała mnie przez lornetki, śledząc każdy mój krok. Podobno spotkałem się z niemieckimi żołnierzami na polach żyta i podałem im oraz szpiegom jedzenie. To wszystko wymyślili czerwoni.

Niemcy nadal musieli wiele cierpieć w Dąbiu. Byli bici, mieli mało jedzenia, nie mieli ogrzewania, byli zatrudniani wyłącznie jako niewolnicy, a kiedy umierali, musieli być przewożeni na cmentarz na wozie ciągniętym przez kobiety. Piękny karawan, który kupiła niemiecka gmina, został jej odebrany i przekazany do dyspozycji polskiej. W miejscowości Kupinin zdarzyło się nawet, że zmarłej pani Rosin zdjęto czarną suknię, gdy leżała już w trumnie, ponieważ „była zbyt piękna i zbyt cenna dla Niemki”. Niemcy mieli być po prostu chowani bez ubrań...

W tym czasie pan Schultz w Dąbiu odebrał sobie życie. Niemiecki nauczyciel został zabity w więzieniu w Dąbiu. Sprowadzono go z Gdańska, gdzie uciekł, i chciano się na nim zemścić za różne rzeczy. „Zemsta i odwet” były głównymi hasłami Polaków w tamtych dniach. Niewielu przyszło do głowy, że jako katolicy powinni wybaczyć – podobnie jak niestety nasi Niemcy po wyzwoleniu w 1939 roku zbyt mało myśleli o przykazaniach Chrystusa... Co dziś musimy z bólem przyznać.

                                                            Śmierć pastora Rutkowskiego

Na początku sierpnia 1945 r. milicja wezwała mnie do pokoju pastora Antona Rutkowskiego, abym jako lekarz stwierdził jego zgon. Wszedłem do pokoju w towarzystwie policji i zobaczyłem pastora Rutkowskiego wiszącego w oknie. Na szyi miał pętlę, którą ktoś zacisnął. Mówi się też, że zrobił to sam. Ciało było całkowicie skurczone.

Widok ten był dla mnie trudnym przeżyciem.

                                                                     Muszę uciekać

3 sierpnia 1945 r. otrzymałem pismo od Izby Lekarskiej w Poznaniu, że jako niemiecki lekarz nie mogę już wykonywać swojego zawodu. Nadeszła moja godzina i aby uniknąć nowego niebezpieczeństwa, musiałem jak najszybciej uciekać.

Jakim poświęceniem było dla mojej matki zaakceptowanie mojej ucieczki i pozostanie samotnie w wrogim otoczeniu! A jednak poniosła tę ofiarę dla mnie, jak tylko matka potrafi, aby ocalić swojego syna. „Dla matki żadna ofiara nie jest zbyt wielka” – powiedziała mi – „rozstanie jest dla mnie bardzo trudne, ale znów jesteś w niebezpieczeństwie. Błogosławię ci ucieczkę. Musisz ratować żonę i dzieci, to twój obowiązek”. To były jej ostatnie słowa.

Ponownie byłem głęboko poruszony siłą matczynej miłości, która płynęła z głębi serca. Pocałowałem jeszcze raz jej dłonie i odszedłem ciężkim krokiem.

Żegnaj, żegnaj, 

moja droga mamusiu,

raz trzeba się rozstać...

Był piękny sierpniowy wieczór. Wszystko było ciche jak grób, miasto pogrążyło się w głębokim śnie. Rozejrzałem się. Jeszcze tylko jedno spojrzenie na miasto, aby się pożegnać. Tam, na wzgórzu, stał nasz kościół z piękną wieżą, której dzwony rozbrzmiewały swoim cudownym dźwiękiem daleko ponad polami i lasami, do niemieckich wsi i osad, wzywając ludzi do słowa Bożego, ogłaszając koniec dnia pracy, że nadszedł czas, aby rolnik wracał do domu.

Wieczorne dzwony wzywają

szeroką dolinę do odpoczynku.

Stado podąża za pasterzem,

wraca do domu... .

Tam na dole leżała również rzeka Ner. Płynęła tak powoli i spokojnie między zielonymi i soczystymi łąkami. Niebo tego wieczoru było nieco zachmurzone, a księżyc, który tak spokojnie poruszał się tam w górze, właśnie w tej chwili uwolnił się z delikatnej zasłony chmur, jakby chciał mi jeszcze raz i po raz ostatni pokazać moją ojczyznę w swoim wspaniałym świetle. Obejrzałem się jeszcze raz, rzucając ostatnie spojrzenie na dom rodzinny, w którym się urodziłem, gdzie spędziłem szczęśliwe, beztroskie dzieciństwo... Tak, to było kiedyś...

Moje stopy musiały mnie szybko nieść dalej. Znajdowałem się już poza miastem. Jeszcze raz obejrzałem się za siebie. W oddali lśniło wysokie ogrodzenie otaczające nasz cmentarz, z napisem przy bramie wejściowej: „Kto dziś jest czerwony, jutro będzie martwy”. Tam leżą groby moich przodków, groby niemieckich tkaczy, którzy przed wiekami wyemigrowali do Polski, aby tu pracować i budować nowe osady. Tam znajduje się również grób mojego ojca Heinricha Wilhelma Zieglera, którego nie mogłem udekorować kwiatami pożegnalnymi, ponieważ miejsce pochówku było dla nas, Niemców, zamknięte.

Tam znajdują się również groby niemieckich chłopów, którzy zostali zamordowani jeszcze przed wrześniem 1939 roku i w jego trakcie.

Szybkim krokiem oddaliłem się i pobiegłem do pociągu, aby dostać się do Kalisza. Do Kalisza, aby uwolnić tam żonę i dzieci z niewoli i uciec z nimi na Zachód, na Zachód, gdzie ludzkie sumienie nie jest jeszcze znieczulone i gdzie walczy się przeciwko niewolnictwu naszych czasów i nieludzkiemu zniewoleniu. Na zachód, to była jedyna droga, aby zdobyć wolność, ocalić siebie i swoją rodzinę oraz uniknąć pewnej śmierci.

Tylko moja matka została w tyle – została wysiedlona w listopadzie 1945 roku. Zabrano ją do Kolo, gdzie odebrano jej żywność i rzeczy, a następnie wraz z wieloma innymi Niemcami przewieziono do Niemiec w zimnym wagonie bydlęcym.

W drodze jednak zmarła z głodu! Jest to część rozdziału poświęconego tak zwanemu „humanitarnemu” wysiedleniu Volksdeutschów z Polski, o którym wielokrotnie informowała prasa wschodnia. Na tym kończę relację z moich przeżyć w nieszczęsnym roku 1945.

Dr Ziegler.




Wir beenden hiermit die Erinnerungen eines Lodzer Arztes an die Zeit vor zehn Jahren. Der Verfasser hatte in den letzten Abschnitten erzählt, wie man ihn plötzlich von Dombie weg zur Geheimpolizei auf der Aleja Kosciuszki in Lodz mitgenommen hatte, wie er dort Schuldlosigkeit erwiesen hatte und er entlassen werden gequält und geschlagen worden war - bis sich seine mußte während seine Denunziantin in die Grube fiel, die sie ihm hatte graben wollen. Heute schildert er, daß der einzige Weg aus neuen Gefahren die Flucht aus Polen war.

Ich blieb noch ein paar Tage in Kalisch. Ein national gesinnter Pole äußerte sich dort zu meiner Frau: "Auf dem öffentlichen Programm hier steht die Ausrottung der Volksdeutschen, sie müssen Polen so schnell wie möglich verlassen. Ich weiß sehr gut, daß das Land den Volksdeutschen sehr viel zu verdanken hat, aber gegen die heutige, Strömung kann man nichts machen." Er überreichte meiner Frau ein Goldstück: Nehmen Sie auf den Weg diese goldene Münze, die kann Ihnen auf Ihrer Flucht, dienlich sein." Der Pole sagte ausdrücklich: "Das soll nur ein kleines Zeichen des Dankes

Ihnen gegenüber sein." Auch zwei polnische Frauen haben sich sehr nett gezeigt, sie haben meiner Frau in Kalisch die Wäsche gewaschen und gebügelt und mit einem Polen ihre wohnung bewacht. "Hier gibt es keine Deutschen. Hier kommt nicht rein", sagten sie immer zu den Russen, die ins Haus wollten.

Aus diesen Beispielen ersieht man wieder, daß es doch Polen gab, die menschlich dachten, die die verfolgten Volksdeutschen in Schutz genommen haben.

Ich und meine Frau aber beschlossen zu fliehen. Es war der einzige Weg, um uns zu retten.

Nach kurzem Aufenthalt in Kalisch mußte ich zunächst nach Dombie ziehen. Man erwartete mich dort und es war auch dringend notwendig, daß ich mich selbst auskurierte, um überhaupt weiter arbeiten zu können.

                               Nach der Lodzer Haft wieder in Dombie

Der Stadtrat in Dombie war von Lodz aus benachrichtigt worden daß ich wieder frei wäre und das Recht hätte, in Dombie zu arbeiten. Auch meine Mutter hat diese Nachricht erhalten. Ihre Freude war grenzenlos, als sie mich wieder sah. Gott hat meine Gebete erhört", sagte sie, "ich wußte, daß Du zurückkommen würdest und nicht den Tod erleiden solltest." Mutters Augen strahlten, sie war voll Dank gegen den Allmächtigen.

Die Lage in der Stadt hatte sich nicht geändert. Ich stand unter dauernder Beobachtung durch die Polizei. Selbst, wenn ich abends nach schwerer Arbeit durch die Felder streifte oder zum Ner hinunterging, um mich zu baden, hat die Miliz vom Dach des Polizeigebäudes aus ferngläser auf mich gerichtet, um meine Schritte zu beobachten. Ich soll in den Roggenfeldern mit deutschen Soldaten zusammengekommen sein, ihnen und Spionen Lebensmittel gereicht haben. Das haben sich die Roten olles eingebildet.

Die Deutschen mußten in Dombie weiterhin viel leiden. Sie wurden geschlagen, sie hatten wenig zu essen, auch keine Heizung, sie waren nur als Sklavenarbeiter beschäftigt, und wenn sie starben, mußten sie auf einem Wagen, der v. Frauen gezogen wurde, auf den Friedhof gebracht werden. Der schöne Leichenwagen, den die deutsche Gemeinde gekauft hatte, wurde ihr weggenommen und der polnischen zur Verfügung gestellt. Im Dorfe Kupinin ist es sogar vorgekommen, daß man der verstorbenen Frau Rosin, ihr schwarzes Kleid heruntergezogen hat, als sie schon im Sarge lag, denn "es war zu schön und zu wertvoll für eine Deutsche " Die Deutschen sollten eben ohne Kleider beerdigt werden ....

In dieser Zeit nahm sich Herr Schultz in Dombie das Leben. Ein deutscher Lehrer ist im Gefängnis in Dombie erschlagen worden. Man hatte ihn bis aus Danzig zurückgeholt, wohin er geflüchtet war, und wollte an ihm für irgendwelche Dinge Rache nehmen. "Rache und Vergeltung" waren ja die Hauptparolen der Polen in jenen Tagen. Daß sie als katholische Christen vergeben sollten, kam den wenigsten in den Sinn - so wie leider auch unsere Deutschen nach der Befreiung 1939 an die Gebote Christi allzuwenig gedacht haben ... Was wir heute mit Schmerzen bekennen müssen.

                                                    Der Tod von Pastor Rutkowski

Anfang August 1945 wurde ich von der Miliz aufgefordert, in das Zimmer von Pastor Anton Rutkowski zu kommen, um seinen Tod als Arzt festzustellen. Ich betrat das Zimmer in Begleitung der Polizei und sah Pastor Rutkowski am Fenster hängen. Man hat ihm einen Strick um den Hals gelegt und diesen zusammengezogen. Es wird auch erzählt, daß er es selbst getan hat. Die Leiche war ganz zusammengeschrumpft. Es war für mich ein schweres Erlebnis, dieses Bild zu schauen.

                                                                 Ich muß fliehen

Am 3. 8. 1945 erhielt ich ein Schreiben von der Ärztekammer aus Posen, daß ich als deutscher Arzt ab sofort nicht mehr praktizieren dürfte. Damit hatte meine Stunde geschlagen und ich mußte, um einer neuen Gefahr zu entgehen, möglichst bald fliehen.

Welch ein Opfer für meine Mutter, meine Flucht gutzuheißen und allein in einer feindlichen Umgebung zurückzubleiben! Und doch hat sie dieses Opfer für mich gebracht, wie es nur eine Mutter kann, um ihren Sohn zu retten. "Für eine Mutter ist kein Opfer zu groß", sagte sie zu mir, "die Trennung fällt mir von Herzen schwer, aber du bist wieder in Gefahr. Ich gebe dir meinen Segen für deine Flucht. Du mußt Frau und Kinder retten, das ist deine Pflicht." Es waren ihre letzten Worte.

Wieder war ich tief beeindruckt von dieser Macht der Mutterliebe, die aus tiefstem Herzen kam. Ich küßte nochmals ihre Hände und ging mit schweren Schritten davon.

Nun ade, ade, mein liebes Mütterlein,

es soll und muß einmal geschieden sein . . . ,

Es war ein schöner Augustabend. Alles totenstill, die Stadt in tiefen Schlaf versunken. Ich schaute mich um. Nur noch einen Blick auf die Stadt, um Abschied zu nehmen. Da oben auf dem Hügel stand unsere Kirche mit dem schönen Turm, dessen Glocken weit über Feld und Wald in die deutschen Dörfer und Siedlungen ihren herrlichen Klang ausgesandt haben, um die Menschen zum Worte Gottes zu rufen, um den Feierabend zu verkünden, daß es hohe Zeit für den Ackersmann sei, heimwärts zu ziehen.

Die Abendglocken rufen

das weite Tal zur Ruh.

Die Herde folgt dem Hirten,

es geht jetzt heimwärts zu... .

Da unten lag auch der Ner. Er floß so langsam und ruhig zwischen den grünen und saftigen Wiesen. Der Himmel war an diesem Abend etwas bewölkt, und der Mond, der sich so friedlich da, oben bewegte, befreite sich in diesem Moment gerade von einem zarten Wolkenschleier, als ob er mir noch einmal und zum letztenmal ,den Heimatort in seinem herrlichen Lichte zeigen wollte. Ich schaute mich wieder um, noch einen Blick auf das Elternhaus, wo ich geboren bin, wo ich eine glückliche, sorgenlose Kindheit verbracht habe ... Ja, es war einmal. . . . .

Eilends mußten mich die Füße weitertragen. ich befand mich schon außerhalb der Stadt. Noch einmal wendete ich den Blick. Dort in weiter· Ferne schimmerte der hohe Zaun, der unseren Friedhof umsäumt, mit de-r mahnenden Aufschrift am Eingangstor: "Wer heute rot, der ist morgen tot." Dort liegen die Gräber meiner Ahnen, die Gräber der, deutschen Weber, die vor Jahrhunderten nach Polen eingewandert sind, um hier zu schaffen, neue Siedlungen zu bauen. Dort ist auch das Grab meines Vaters Heinrich Wilhelm Ziegler, das ich nicht mit Abschiedsblumen schmücken durfte, denn die Grabstätte war für uns Deutsche gesperrt.

Dort sind auch die Gräber der deutschen Bauern, die noch vor und in den Septembertagen von 1939 ermordet wurden.

Schnellen Schrittes entfernte ich mich und eilte zum Zuge, um nach Kalisch zu gelangen. Nach Kalisch, um dort Frau und Kinder vom Sklavendienst zu befreien und mit ihnen nach dem Westen zu fliehen, nach dem Westen, wo das menschliche Gewissen noch nicht erstarrt ist und wo gegen die Sklaverei unserer Zeit und gegen menschenunwürdige Unterjochung angekämpft wird. Nach dem Westen, das war der einzige Weg, um die Freiheit zu gewinnen, sich und seine Familie zu retten und dem sicheren Tode zu entrinnen.

Nur meine Mutter ist zurückgeblieben- Sie wurde dann im November 1945 ausgesiedelt. Man hat sie nach Kolo gebracht, wo man ihr Lebensmittel und Sachen abgenommen hat, und sie mit vielen anderen Deutschen in einem kalten Viehwaggon nach Deutschland verfrachtet. Unterwegs aber ist sie - vor Hunger gestorben! Das gehört zum Kapitel der sogenannten "humanen" Ausweisung der Volksdeutschen aus Polen, von der die östliche Presse immer wieder berichtet hat. Damit beschließe ich den Bericht über meine Erlebnisse im Jahre des Unheils 1945. 

                                                                                                          Dr. Ziegler.


niedziela, 22 lutego 2026

Styczeń 1945 roku - Łódź - Dąbie n. Nerem - Ucieczka Niemców - Der Heimatbote - 9/1955 - cz.7

 

                                            Najpierw zbadać, potem uderzyć

W ostatniej części nasz autor opisał, jaki fałsz ujawniła towarzyszka Pietrzak, która chciała wydać niemieckiego lekarza, składając zeznania, ale sama potknęła się o własną pułapkę. Polskie służby specjalne znalazły się teraz w kłopotliwej sytuacji, muszą przyznać się do nieudanego aresztowania i tortur oraz zwolnić więźnia.

Kiedy zszedłem na dół, byłem wyczerpany i poprosiłem o wizytę u lekarza. Tym razem spełniono moją prośbę i trafiłem do gabinetu lekarskiego. „Chciałbym prosić”, powiedziałem do lekarza siedzącego w gabinecie, „o prześwietlenie, ponieważ odczuwam silny ból po prawej stronie, mam złamane żebra”. „Prześwietlenie rentgenowskie?” – zapytał. „Nie ma czegoś takiego dla Niemca! Jest pan przecież Niemcem narodowym?”. „Tak” – odpowiedziałem. „Jestem”. Rozebrano mnie, obejrzał moją zakrwawioną, opuchniętą klatkę piersiową i powiedział: „No cóż, mamy nadzieję, że będzie lepiej. Może pan odejść”. Tajna policja ponownie zaprowadziła mnie do piwnicy.

Cały dzień leżałem na pryczy. Żal mi było moich współtowarzyszy niedoli, którzy tak wyczerpani wracali do piwnicy po bezużytecznej, bezsensownej pracy. Przenoszenie cegieł z jednego rogu podwórza na drugi! Znów doszło do pobić! „A pan, panie doktorze, pewnie wychodzi pan z tej jaskini morderców. Na podwórzu mówiono o panu”. Wszyscy trzej leżeliśmy wyczerpani, zamienialiśmy ze sobą kilka słów, jeden próbował dodać otuchy drugiemu.

                                                        Szef przychodzi osobiście

Nagle, pod wieczór, drzwi się otworzyły. Byłem zdumiony i nie mogłem uwierzyć własnym oczom, ponieważ towarzysz Szpikowski, szef tego okrutnego oddziału, pojawił się osobiście w piwnicy. Podszedł prosto do mojego łóżka. „Doktorze Ziegler, przyszedłem panu powiedzieć, że jest pan wolny. Proszę natychmiast pójść ze mną”.

Wstałem, uścisnąłem dłoń moim współtowarzyszy cierpienia, pożegnałem się z nimi i wyszedłem. Widziałem łzy w ich oczach.

Towarzysza Szpikowski zaprowadził mnie do pokoju, w którym wcześniej mnie bito. Był tam obecny on i jeszcze jeden komunista, przewodniczący komisji śledczej. Pan Szpikowski wygłosił przemówienie skierowane do mnie.

„Doktorze Ziegler, oskarżenie i zeznania pani Pietrzak były oszczerstwem, a ona kłamała, jest pan niewinny. Okazało się, że nie miał pan nic wspólnego z Greiserem. Przeprowadziliśmy również dochodzenie w mieście i w szpitalu na temat pana osoby. Polscy robotnicy i ich towarzysze stwierdzili, że był pan przyjacielem narodu polskiego. Od towarzysza Wieczorka dowiedzieliśmy się również, że w czasie, gdy nasi Polacy byli zmuszeni do budowy okopów ochronnych, jako lekarz bez honorarium opiekował się Pan głodującymi dziećmi i często dawał im pożywienie. Jest więc teraz tak wielu świadków, że oskarżenie Pietrzak było oszczerstwem, a Pan jest niewinny, dlatego też uwalniamy Pana. Cieszę się, że nie został pan rozstrzelany i że pańska sprawa została wyjaśniona. Może pan teraz podjąć pracę w klinice dziecięcej. Czy jest pan gotowy to zrobić?”

„Nie”, odpowiedziałem. „Jako Niemiec nie mam prawa tu pracować, a mój dom i mieszkanie zostały skonfiskowane, jak pan wie”. „Tak, ale zapomina pan, że ma pan do czynienia z potężną tajną policją państwową. Już jutro może pan zamieszkać w swoim domu i pracować w szpitalu”. „Nie”, powiedziałem, „chcę wrócić do pracy w Dąbiu, tam jest moje obecne miejsce pracy, tam mieszka moja matka, której muszę pomagać. Uważam też, że tam jest moje miejsce, ponieważ mam tam możliwość pomagać wielu chorym, a oni na mnie czekają. Żałuję tylko, że przez pewien czas będę musiał zrezygnować z mojej pracy i że brutalne bicie jest tutaj stosowane nie po badaniu, ale już przed badaniem, bo inaczej nie dostałbym go”. „To nie nasza wina”, odpowiedział, „Ja byłem przeciwny, inni byli za”.

„Więc chce pan wrócić do Dombie?” – zapytał. „No dobrze. Zadzwonię do milicji w Dąbiu, że jest pan wolny, że będzie pan tam pracował i że niech w końcu dadzą panu spokój.

Otrzymałem z powrotem swoje rzeczy. W teczce brakowało tylko mojego cennego pióra wiecznego, które zatrzymano na „pamiątkę”.

„Mój towarzysz jest właśnie w mieście i zabrał pióro” – powiedział pan Szpikowski. Odprowadził mnie do wyjścia, zatrzymał się przed drzwiami i powiedział do mnie:

„Doktorze, nie ma pan gdzie spać. Proponuję, żeby pan przenocował u mnie. Mieszkam przy ulicy Zgierskiej, niedaleko Juljanowa”.

„O nie”, odpowiedziałem, „to niemożliwe. Pan jest Polakiem, a ja Niemcem, naraziłby się pan na niebezpieczeństwo. Poza tym mam wielu przyjaciół w Łodzi, którzy mieszkają wprawdzie w piwnicach i strychach, ale zawsze są gotowi udzielić mi schronienia. Dziękuję za to nieoczekiwane zaproszenie, ale naprawdę nie mogę z niego skorzystać”. Podając mi rękę, otworzył żelazne drzwi dużym kluczem. Obok mnie stał uzbrojony żołnierz.

                                                                    Wolny na ulicy

Byłem na ulicy. W tej chwili nie mogłem uwierzyć, gdzie się znalazłem i w którym kierunku powinienem iść. Rozejrzałem się z niepokojem. Naprzeciwko zobaczyłem niemieckie gimnazjum, obecnie tylko kamienny symbol dawnej niemieckiej nauki w Łodzi. Wokół było tak mało ludzi. Przechodzili obok mnie wygłodzeni Niemcy, na twarzach których widać było strach i głód. Wszyscy byli tak nieśmiali, że sam wielokrotnie się oglądałem. Wydawało mi się, że to nadal sen, a nie rzeczywistość, że mogę się tu swobodnie poruszać. -

Drzewa alei były w pełnym rozkwicie. Zachodzące słońce oświetlało małe akacje, w których śpiewały ptaki. Strumień świeżego powietrza, którego tak bardzo brakowało mi w więzieniu, napływał do moich płuc. Oddychałem głęboko, a powietrze mnie orzeźwiało. Szedłem powoli i obserwowałem przechodniów. Nie, to nie była już stara Łódź, którą znałem, ale zupełnie obce i wrogie miasto!

Ziemia, na której się urodziliśmy.

Gdzie nasi ojcowie pracowali,

Gdzie kiedyś była nasza ojczyzna,

Stała się dla nas hańbą...

Udałem się do moich krewnych na ulicę Żeromskiego. Zostali wysiedleni i mieszkali w małym pokoiku pod dachem. Ich mieszkanie zostało splądrowane, a oni przeżyli straszne rzeczy. Dostałem łóżko polowe, umyłem się i położyłem. W piwnicy nie miałem mydła ani wody do mycia. Podano mi szklankę herbaty, która była dla mnie prawdziwym orzeźwieniem. Następnego dnia wyruszyłem w drogę do Dąbia. Pojechałem jednak przez Kalisz, aby odwiedzić tam moją żonę i dzieci.

                                                                       W Kaliszu

Moja rodzina mieszkała w piwnicy, spotkałem tam moje najmłodsze dzieci. Elisabeth miała zaledwie 8 lat. Opowiadała mi wiele o swoim życiu w Kaliszu. „Wiesz, tato”, powiedziała do mnie, „kiedy Polacy przechodzą obok naszego okna, plują przez otwarte okno, bo tu mieszkają Niemcy”. Elisabeth musiała opiekować się naszą małą Ingeborg. Christa, 16-latka, została zabrana do pracy. Pracowała z panią Krause z Łodzi na majątku należącym do fabryki Müllera, potem wróciła do Kalisza i musiała wykonywać prace w ogrodzie dziadka Müllera. Pewnego dnia otrzymała polecenie, aby pojechać z pracownikiem fabryki do miejskiej rzeźni. Tam musiała zejść do biologicznej jamy, w której leżały odpady i wnętrzności, a pracownik podawał jej je na górę. Podłoże było miękkie, a smród nie do zniesienia. Tysiące much zaczęło się poruszać...

Pracownik stał na górze i z zadowoleniem obserwował mękę niemieckiej dziewczyny. „No i jak ci tam, Christa?”, zapytał, patrząc do dołu z góry. „Hej, chyba jeszcze nigdy nie pracowałaś tak ciężko...”. Mojej żonie również „znaleziono” pracę, tak jak wszystkim niemieckim kobietom w Kaliszu.

Mężczyźni i chłopcy – w wieku od około 16 do 65 lat – zostali w Kaliszu, podobnie jak w całej Polsce, zgodnie z rozkazem Armii Czerwonej, umieszczeni w obozach pracy przymusowej, a później wywiezieni na Rosję. Sam widziałem obóz w centrum miasta z napisem „Zbiorczy Punkt dla Niemców”.

Pewnego dnia moja żona ponownie zobaczyła na ulicy grupę niemieckich mężczyzn, którzy byli zmuszani do pracy. Wśród nich rozpoznała pastora Alexandra Grosse z Zagórza/Hinterbergu, powiat Konin. Został on aresztowany wraz z wszystkimi mężczyznami ze swojej parafii i przewieziony do obozu w Kaliszu, gdzie również musiał ciężko pracować. Moja żona miała przyjemność trzykrotnie dostarczać pastorowi Grossowi żywność do obozu. Kiedy po raz czwarty przybyła do obozu, był już w drodze do Rosji, gdzie zginął. Jego była służąca Marysia przyniosła do Kalisza długą listę podpisów Polaków i Żydów, którzy powrócili do miejscowości i wszyscy poręczyli za dobroczyńcę z Zagórowa, a władze zaproponowały, aby w końcu go uwolnić. Ale było już za późno. Pociąg do Rosji ruszył już w drogę. Najstarszy syn P. Grossa, Theodor, musiał już wcześniej wyruszyć do Rosji, podczas gdy jego najmłodszy potomek, Viktor, pozostał w domu w Zagórowie.

                                                                 (ciąg dalszy nastąpi)


                                       Erst untersuchen - dann schlagen

Unser Verfasser erzählte in der letzten Fortsetzung, wie die Falschheit per Genossin Pietrzak an den Tag kam, die den deutschen Arzt durch ihr Zeugnis hatte ans Messer liefern wollen und selbst über die von ihr gelegten Stricke gestolpert war. Der polnische Geheimdienst befindet sich jetzt in der peinlichen Lage, die verfehlte Verhaftung und Tortur zuzugeben und den Gefangenen freizulassen.

Als ich nach unten kam, war ich erschöpft und brachte die Bitte vor, zu einem Arzt gelassen zu werden. Diesmal tat man es, ich kam ins Arztzimmer. "Ich wollte Sie bitten", sagte ich zu dem Arzt, der im Zimmer saß, "mich zu durchleuchten, denn ich habe rechts starke Schmerzen, meine Rippen sind gebrochen." "Röntgendurchleuchtung?" sagte er, "so was gibt es nicht für einen Deutschen! Sie sind doch ein Volksdeutscher?" ,,Ja", sagte ich, "das bin ich." Ich wurde ausgezogen, er sah sich meinen blutigen, geschwollenen Brustkorb an und meinte: "Nun ja, wir wollen hoffen, daß es besser wird. Sie können gehen." Ich wurde von Geheimpolizisten wieder in den Keller gebracht.

Den ganzen Tag lag ich auf meiner Pritsche. Meine Leidensgenossen taten mir leid, so erschöpft kamen sie in den Keller von der unnützlichen, unsinnigen Arbeit zurück. Ziegeltragen von der einen Ecke des Hofes in die andere! Schläge hatte es auch wieder gegeben! "Und Sie, Herr Doktor, kommen wohl aus diesr Mördergrube heraus. Da draußen im Hof hat man von Ihnen gesprochen." Alle drei lagen wir erschöpft, wechselten Worte miteinander, einer suchte den andern zu ermuntern.

                                                      Der Leiter kommt persönlich

Plötzlich gegen Abend wurde die Tür geöffnet. Ich staunte und wollte meinen Augen nicht trauen, denn Genosse Szpikowski, der Leiter dieser grausamen Abteilung, ist selbst im Keller erschienen. Er kam gleich an mein Bett heran. "Dr. Ziegler, ich bin gekommen, Ihnen mitzuteilen, daß Sie frei sind. Kommen Sie sofort mit mir." 

Ich stand auf, reichte meinen Leidensgenossen die Hand, verabschiedete mich von ihnen und ging hinaus. Tränen sah ich in ihren Augen.

Genosse Szpikowski brachte mich in das Zimmer, wo man mich vorher geschlagen hatte. Er und noch ein Kommunist, der Vorsitzer des Untersuchungsauschusses, waren anwesend. Herr Szpikowski hielt eine Ansprache, die an mich gerichtet war.

"Dr. Ziegler, die Beschuldigung und die Angaben, die Frau Pietrzak eine Verleumdung war und daß Sie unschuldig sie hat gelogen. Es hat sich herausgestellt, daß Sie mit Greiser nichts zu tun hatten. Wir haben aber auch in der Stadt und im Krankenhause über Ihre Person nachgeforscht. Polnische Arbeiter und ihre Genossen haben festgestellt, daß Sie ein Freund des polnischen Volkes waren. Wir haben auch vom Genossen Wieczorek erfahren, daß Sie während der Zeit, wo unsere Polen gezwungen waren, die Schutzgräben zu bauen, deren hungernde Kinder als Arzt ohne Honorar betreut und ihnen auch oft Nährmittel gegeben haben. Es sind jetzt also so viele Zeugen vorhanden, daß die Anklage der Pietrzak eine Verleumdung war und daß Sie unschuldig sind, deshalb lassen wir Sie auch frei. Es freut mich, daß Sie nicht erschossen worden sind und daß Ihre Sache geklärt ist. Sie können jetzt Ihre Arbeit in der Kinderklinik aufnehmen. Sind Sie bereit, dies zu tun?" 

"Nein", antwortete ich. "Ich habe als Deutscher hier kein Recht zu arbeiten, auch mein Haus und meine Wohnung sind beschlagnahmt, wie Sie wissen." ,,Ja, Sie vergessen aber, daß Sie mit der mächtigen Geheimen Staatspolizei zu tun haben. Sie können schon morgen in Ihrem Hause wohnen und im Krankenhaus arbeiten." "Nein", sagte ich, "ich möchte nach Dombie zu meiner Arbeit zurück, dort ist mein jetziger Arbeitsplatz, dort wohnt meine Mutter, der ich helfen muß. Ich glaube auch, daß ich dort am Platze bin, denn ich habe die Möglichkeit, dort vielen Kranken zu helfen und sie warten auf mich. Ich bedauere nur, daß ich für eine gewisse Zeit auf meine Tätigkeit werde verzichten müssen und daß die heftigen Schläge hier nicht nach der Untersuchung, sondern schon vor der Untersuchung verordnet werden,. denn sonst würde ich doch wohl keine bekommen haben." "Das ist nicht unsere Schuld", erwiderte er, "ich war dagegen, die anderen waren dafür."

"Also Sie wollen nach Dombie zurück?" fragte er. "Nun gut. ich telephoniere an die Dombier Miliz, daß Sie frei sind, daß Sie dort arbeiten werden, und man möchte Sie dort endlich in Ruhe lassen.

Meine Sachen bekam ich zurück. In der Aktentasche fehlte nur meine wertvolle Füllfeder, die man zur "Erinnerung" behalten hat. "Mein Genosse, der ist eben in der Stadt und hat die Feder mitgenommen", sagte Herr Szpikowski. Er begleitete mich bis zum Ausgang, blieb vor der Tür stehen und sagte zu mir:

"Herr Doktor, Sie haben doch keine Stelle, wo Sie schlafen könnten. Ich würde Ihnen vorschlagen,. bei mir zu übernachten. Ich wohne an der Zgierska in der Nähe von Juljanow."

,,O, nein", sagte ich, "das ist ein Ding der Unmöglichkeit. Sie sind ein Pole und ich ein Deutscher, Sie würden ja in Gefahr kommen. übrigens, ich habe viele Freunde in Lodz die zwar in Kellern und Dachkammern wohnen, aber sie sind immer bereit; mir eine Schlafstelle zu geben. Ich danke Ihnen für die für mich so unerwartete Einladung, aber ich kann sie wirklich nicht annehmen." Er reichte mir die Hand und öffnete mit einem großen Schlüssel die eiserne Tür. Ein bewaffneter Soldat stand in meiner Nähe.

                                                        Frei auf der Straße

Ich war draußen auf der Straße. Im Moment konnte ich es kaum fassen, wo ich mich befand und in welcher Richtung ich gehen sollte. Ich schaute mich ängstlich um. Gegenüber sah ich das Deutsche Gymnasium, jetzt nur ein steinernes Wahrzeichen einstiger deutscher Wissenschaft in Lodz. Ringsherum so wenig Leute. Abgerissene Deutsche, in deren Gesichtern man Angst und Hunger sah, gingen vorbei. Die Leute waren alle so schüchtern, ich selbst schaute mich wiederholt um. Es schien mir, als ob es noch ein Traum wäre und keine Wirklichkeit, daß ich mich hier frei bewegen ,dürfte. -

Die Bäume der Allee standen in voller Blüte. Die untergehende Sonne beleuchtete die kleinen Akazienbäume in denen die Vögel zwitscherten. Ein Strom frischer Luft die ich im Gefängnis so entbehrt hatte, drang in meine lunge hinein. Ich atmete tief und die Luft erfrischte mich. Ich ging langsam und beobachtete die Vorübergehenden. Nein, das war nicht mehr das alte Lodz, das ich kannte, sondern eine ganz fremde Stadt und eine feindliche!

Die Erde, auf der wir geboren.

Wo unsere Väter geschafft,

Wo einstmals uns Heimat gewesen,

Ist uns geworden zur Schmach ....

Ich begab mich zu meinen Verwandten auf die Zeromskiego Str. Die waren ausgesiedelt und wohnten in einem Dachstübchen. Ihre Wohnung hatte man geplündert, und sie haben schreckliches erlebt. Ich bekam ein Feldbett, habe mich gewaschen und hingelegt. Ich habe ja im Keller keine Seife und kein Wasser zum Waschen gehabt. Man reichte mir ein Glas Tee, welcher für mich eine wahre Erquickung war. Am nächsten Tage begab ich mich auf den Weg nach Dombie. Ich bin aber über Kalisch gefahren, um dort meine Frau und Kinder zu besuchen.

                                                                       In Kalisch

Meine Familie wohnte in einem Keller, ich habe dort meine jüngsten Kinder angetroffen. Elisabeth war erst 8 Jahre alt. Sie erzählte mir viel von ihrem Leben in Kalisch. "Weißt Du, Papa", sagte sie zu mir, "wenn die Polen an unserem Fenster vorübergehen, dann spucken sie durch das offene Fenster hinein, denn hier wohnen Deutsche." Elisabeth hat unsere kleine Ingeborg betreuen müssen. Christa, 16 Jahre alt, wurde zur Arbeit genommen. Sie arbeitete mit Frau Krause aus Lodz auf einem Gut, welches zur Fabrik Müller gehörte, sie kam nachher wieder zurück nach Kalisch und mußte in Opa Müllers Garten die Arbeiten verrichten. Eines Tages erhielt sie den Befehl, mit einem Fabrikarbeiter ins Städtische Schlachthaus zu fahren. Dort mußte sie in eine biologische Grube hinabsteigen, wo Abfälle und Gedärm lagen und das dem Arbeiter nach oben reichen. Der Boden war weich, ein Gestank, daß man es kaum aushalten konnte. Tausende von Fliegen kamen in Bewegung .... Der Arbeiter stand oben und betrachtete mit Wohlgefallen die Qual des deutschen Mädchens, "Nun, wie ist es Dir dort, Christa ?", fragte er, in die Grube von oben schauend, "he, so schwer hast Du wohl noch nicht gearbeitet .... " - Meiner Frau hatte man gleichfalls eine Arbeit "vermittelt", wie allen deutschen Frauen in Kalisch.

Männer und Jungen - vom 16. Lebensjahr etwa angefangen bis zum 65. Lebensjahr - waren in Kalisch, wie überall in Polen, gemäß Befehl der Roten Armee, in Zwangsarbeitslager gebracht und später nach Rußland verschleppt worden. Ich selbst sah das Lager im Zentrum der Stadt mit der Aufschrift "Zbiorczy Punkt dla Niemcow".

Eines Tages erblickte meine Frau wieder eine Gruppe deutscher Männer auf der Straße, die zur Arbeit getrieben wurden. Unter diesen entdeckte sie Pastor Alexander G r o s s aus Zagórow/Hinterberg, Kreis Konin. Man hatte ihn mit sämtlichen Männern seiner Gemeinde verhaftet und nach Kalisch ins Lager gebracht, wo er auch schwer hot arbeiten müssen. Meine Frau hot die Freude gehabt, Pastor Gross dreimal Lebensmittel ins Lager zu reichen. Als sie das vierte Mal ins Lager kam, war er schon auf dem Wege nach Rußland, wo er auch umgekommen ist. Sein früheres Dienstmädchen Marysia hatte nach Kalisch noch eine lange Liste mit Unterschriften von Polen und Juden mitgebracht, die wieder in den Ort zurückgekehrt waren und sich alle für den Wohltäter von Zagórow verbürgten und die Behörden boten, ihn endlich freizulassen. Aber - zu spät. Der Zug noch Rußland hatte sich bereits in Bewegung gesetzt. Der älteste Sohn von P. Gross, Theodor, hat schon früher den Weg nach Rußland antreten müssen, während sein jüngster Sproß, Viktor, daheim in Zagórow geblieben ist.

                                                                     (Schluß folgt)



Styczeń 1945 roku - Łódź - Dąbie n. Nerem - Ucieczka Niemców - Der Heimatbote - 8/1955 - cz.6

 Autor, lekarz z Łodzi, opowiada dalej o swoich przeżyciach z 1945 roku i zadaje pytanie, dlaczego dziesięć lat później musieliśmy tak gorzko cierpieć w Polsce.

                                      Pocieszenie w najciemniejszej godzinie

Nie mogłem zasnąć. Leżałem i rozmyślałem o swojej sytuacji w tej ciemnej nocy, w tym ciemnym lochu. A była to naprawdę ciemna noc w moim życiu. Stało się dla mnie jasne, że ja również tutaj zginę. Ale czy to musiało być konieczne? Ponieważ należę do narodu niemieckiego? Czy to ma być moja zbrodnia, czy też jestem odpowiedzialny za okrucieństwa popełnione podczas II. wojny światowej przez mocarstwo, które chciało podbić świat? A może zamierzają mnie zabić jako przedstawiciela niemieckiej inteligencji, która obecnie (1945 r.) ma zostać zniszczona w dzikiej i bezsensownej walce klasowej o dominację nad światem? Dlaczego podczas przesłuchania mówili o ogrodzie, o parku? Co to wszystko miało znaczyć? Myśli piętrzyły się, pytania goniły pytania, szukałem odpowiedzi i nie znalazłem żadnej.

A jednak ten loch, ta jama morderców, gdzie ściany codziennie są splamione ludzką krwią, gdzie ludzie są torturowani, a nawet mordowani, jest faktem. Loch i sala tortur, gdzie ludzie są torturowani na śmierć w postępowym XX wieku! A jednak to nie jest sen, to rzeczywistość, widzę to na własne oczy, widzę nieludzkie sceny, widzę ściany pokryte krwią; co mogło się dziać w tym lochu w ostatnich dniach, skoro ściany są tak zakrwawione!

Tak, czyżby ludzie byli tu tak niewinnie mordowani? Jakże niewinne wydają mi się doświadczenia „Wspomnienia z martwego domu” Dostojewskiego w porównaniu z tym piekłem, które zostało stworzone w imię dyktatury, która chce narzucić światu swoją naukę. Dostojewski przeżył straszne rzeczy na Syberii, ale czego doświadczają miliony ludzi w więzieniach współczesności (1945 r.) i nazywa się to postępem i kulturą, popełnia się niewiarygodne grzechy wobec bliźnich, których Bóg stworzył na swoje podobieństwo, tylko dlatego, że ci bliźni mają inne zdanie i poglądy...

Czy wyjdę stąd i znów zobaczę moich bliskich – ta myśl nie dawała mi spokoju. Tylko modlitwa i łączność z Bogiem dawały mi pocieszenie i siłę w tej ciemnej godzinie: Tej nocy widziałem też wyraźnie więzienie, w którym przebywał apostoł Piotr, widziałem, jak otworzyły się drzwi i wyprowadzono Piotra. „ I oto anioł Pański przyszedł ... i kajdany spadły z jego rąk” (Dz 12, 7). Te słowa Pisma Świętego przeniknęły moje serce i stało się dla mnie jasne, że nikt nie może mnie uwolnić z tej jaskini morderców, tylko sam Bóg.

To Zbawiciel, który przebywa również w lochu więźniów, może mi pomóc. W tej najciemniejszej godzinie mojego życia, kiedy stałem na krawędzi śmierci, odkryłem na nowo, że wszystkie problemy życia mogą być rozwiązane tylko przez Niego. Niech tam na zewnątrz odrzucają Go i wyśmiewają, ale krzyż z Golgoty pozostaje centrum naszego życia, z którego płynie siła i zbawienie dla mnie i całej ludzkości. Wszyscy musimy przejść przez Golgotę i podjąć decyzję: za lub przeciw.

Świat jest zalany ludzką krwią, ponieważ był przeciwny Ukrzyżowanemu. Również ta morowa dziura mogła powstać tylko dlatego, że ludzie Go odrzucili. Tylko Jego światło, Jego moc może ocalić ten świat od zguby i dać nam nowe życie.

Tutaj, w więzieniu w Łodzi, tak wyraźnie widziałem dwa światy: świat światła i świat ciemności. I tutaj, w więzieniu, na nowo przekonałem się, że istnieją tylko dwa światy. Świat ciemności i świat światła, świętego światła, które kiedyś zostało sprowadzone z nieba na tę ziemię i zapalone, i które do dziś świeci wszystkim narodom w tej ciemności. I tylko w tym świetle można rozwiązać wszystkie problemy narodów i zakończyć walkę między narodami, bezsensowną walkę, nędzę, cierpienie, polityczne więzienia, które są tylko oznaką wewnętrznej zgnilizny i atrofii ludzkiej duszy, oznaką upadku kultury zachodniej.

Nie mogłem zasnąć. Była to noc refleksji, walki, modlitwy.

                                                              „Do pracy”

Wcześnie rano wszyscy zostaliśmy zabrani. Uzbrojona dziewczyna w mundurze żołnierza weszła do naszej piwnicy. Miała około 18 lat, była niska, miała blond włosy, nieprzyjazny wyraz twarzy i szorstkie rysy. „Do pracy” (Do roboty) – krzyknęła. „Nie możemy się ruszać, wszyscy jesteśmy ranni i niezdolni do pracy, mój sąsiad pluł krwią” – odpowiedziałem. „No to zaraz zobaczymy, czy nie możecie się ruszać!! – Natychmiast wstańcie!” – krzyknęła i uderzyła mnie kolbą karabinu mocno w okolice nerek.

Próbowałem wstać. Wszyscy trzej szliśmy krok po kroku, a ta mała tyranka zawsze za nami. Zaprowadziła nas na podwórze należące do „Bezpieki” (Urząd Bezpieczeństwa), jak nazywa się polską tajną policję, otoczone dużymi budynkami. Po jednej stronie podwórza leżała duża sterta cegieł.

Otrzymaliśmy polecenie przeniesienia cegieł z jednej strony podwórza na drugą i z powrotem. Wziąłem cegłę do ręki, ale poczułem silny ból w klatce piersiowej, zrobiłem kilka kroków i zatrzymałem się. W tym momencie z okna dobiegł głos. „Towarzyszu, czy u ciebie pracuje ceglarz?” „Tak, ten wysoki facet, który przenosi cegły” – krzyknęła głośno. „Niech natychmiast przyjdzie do komendanta, jest pilnie potrzebny. Możesz go na krótko zwolnić z pracy, biorę za to osobistą odpowiedzialność, on wróci”. Milicjant zszedł na dół i odprowadził mnie do komendanta. Był to ten sam 19-letni chłopak, który opisał mi „drugi oddział” i groził mi. Poruszałem się powoli i z trudem dotarłem na górę.

                                                                Towarzyszka Pietrzak

Na górze panowała ożywiona atmosfera. Było tam około 10 mężczyzn, jeden w skórzanym kombinezonie. Jeden z nich podszedł do mnie i powiedział: „Jesteś tu potrzebny, ale milcz, czekaj!”. Zajrzałem do pokoju, w środku stała kobieta około 40 roku życia, trzymała na rękach małe dziecko, obok niej stało starsze. Była ubrana skromnie, wyglądała na robotnicę, nie robiła dobrego wrażenia, miała ponurą i złą minę. Nie znałem jej, nigdy jej nie widziałem, ani o niej nie słyszałem.

Mężczyźni, którzy czekali na zewnątrz w przedpokoju, zostali wezwani do środka i za każdym razem pytano ją: „Czy to był ten?”. Kobieta – nazywana towarzyszka Pietrzak – musiała wydać swój werdykt i za każdym razem, gdy wchodził kolejny mężczyzna, słyszałem jej szorstki głos: „Nie”. Kolejka dotarła do mnie i zostałem wprowadzony do środka. „Czy to ten?” „Nie, to nie on”, powiedziała, patrząc na mnie badawczo. Potem przyszedł następny: wysoki mężczyzna, ciemne kręcone włosy, ciemne oczy, orli nos, szybkie ruchy i energiczna postawa. „Czy to ten?” „Tak, to ten”, krzyknęła.

„I widziała pani tego mężczyznę, tak jak napisała pani w swoim doniesieniu do tajnej policji?” „Tak, to on, widziałam go i słyszałam”. „Proszę opowiedzieć, jak to było” – powiedział jeden z nich.

W zeszłym roku (1944) w łódzkim Parku Paniatowskiego odbyła się wielka manifestacja Volksdeutschów. Było tam mnóstwo ludzi, wszyscy ubrani na czarno i brązowo, wszędzie widać było czerwone flagi. Gauleiter Greiser z Poznania wygłosił przemówienie, wszyscy krzyczeli „hurra”, nie, „Heil”. A potem przyszła kolej na niego, wskazała na niego palcem – wygłosił przemówienie i znowu krzyczeli „hurra”, nie, „Heil”...”. „A co powiedział?” „No cóż, oczywiście przeciwko nam, Polakom, przeciwko Moskwie, przeciwko Sowietom, a co innego mógł powiedzieć? Wiecie przecież, że chcą zamordować wszystkich proletariuszy”. „A ty tam byłaś, widziałaś go i słyszałaś?”

„Już wam mówiłam, pisałam i przysięgałam, że widziałam i słyszałam. A ten, który siedzi w skórzanym garniturze, to właśnie on tam był i przemawiał w parku, teraz go rozpoznałam”.

„Ale to kłamstwo, towarzyszko Pietrzak”, odparł tajny policjant. Nasz znany towarzysz, który przybył do nas z Moskwy jako organizator, który zasłużył się wśród proletariuszy, który nosi order i jest filarem naszego ruchu – widziała go pani, jak wygłaszał faszystowską mowę z Greiserem w parku Poniatowskiego? To już za dużo, zostanie pani pociągnięta do odpowiedzialności za znieważenie towarzysza i będzie musiała odpowiedzieć przed komunistycznym sądem ludowym. Komunista wierny linii partyjnej i Greiser! Co za haniebne porównanie! Bezgraniczne kłamstwo!

Oto dr Ziegler! Stoi w kącie! Nie znasz go, więc twoje informacje są błędne. Chcieliśmy go dzisiaj rozstrzelać, a teraz okazuje się, że kłamałaś, że wszystko, co nam napisałaś, jest nieprawdziwe. Nasz szanowany towarzysz, który ma takie zasługi, nie mógł mieć nic wspólnego z Greiserem, nie wierzę ci. To kłamstwo, podłość, kłamałaś, nie wierzymy ci teraz”.

„Dlaczego mnie tu wyzywasz?”, krzyknęła. „Nie twierdziłam, że ten lojalny i szanowany towarzysz wygłosił przemówienie w parku, twierdziłam jednak, że wygłosił je dr Ziegler. Posłuchajcie mnie teraz.

Kiedy byłam z wizytą w Dombie i wyszłam z kościoła, długo rozmawialiśmy przed kościołem z panią Zapedowską, panią Monastyrską i panią Gogelową, farmaceutką. Opowiedziały mi, że w Dombie pracuje niemiecki lekarz, dr Ziegler, syn starego Zieglera, który miał łąki i pola, a na których torfowiskach mieszkańcy Dombie wydobywają teraz torf. Wszyscy biegną do dr. Zieglera, powiedzieli, nie tylko Niemcy, ale także nasi głupi Polacy. A nasz polski lekarz siedzi w swojej poczekalni i czeka, czeka na pacjentów... Niemiec przyciąga wszystkich do siebie. Powiedzieliśmy więc, że z tym koniec! Nie widziałem doktora Zieglera, chociaż uważałem, był wtedy we wsi. I teraz się pomyliłem. Kiedy przyjechałam do Łodzi, napisałam do was list i oskarżyłam go.

A teraz to nie wy jesteście za to odpowiedzialni? Dlaczego na mnie krzyczycie, przecież mnie potrzebujecie. Każdy może się pomylić! Ale to wy sami napisaliście w gazetach i zażądaliście, abyśmy szpiegowali wszystkich Niemców bez wyjątku, donosili na każdego, obserwowali każdego, ponieważ wszyscy oni są zdrajcami narodu i wrogami komunizmu. A na naszych zebraniach partyjnych propagowaliście, że powinniśmy zrzucić na nich całą winę i zniszczyć ich bez wyjątku, ponieważ wszyscy są wrogami sowieckiej Polski. No cóż, ale to ja jestem za to odpowiedzialna. Zrobiłam to, czego chcieliście. I chciałam zrobić coś dobrego, zabić Niemca, bo przecież potrzebowaliście świadka. A teraz wyrzucacie mi, że jestem winna, że popełniłam błąd? Jestem Polką, członkinią partii, a nie jakąś Volksdeutsche. To, że popełniłam błąd, nie jest moją winą. Nie chciałam obrazić wielkiego towarzysza, bo to nie on wygłosił przemówienie, tylko dr Ziegler, którego chciałam zabić, po prostu popełniłam błąd. Oskarżacie mnie, sprawa nie jest taka prosta, pójdziemy do sądu partyjnego... – zaczęła grozić, wyzywać i bronić się. Nastroje w pokoju coraz bardziej się zagęszczały i zostałem wyprowadzony. Kiedy byłem już na schodach, usłyszałem przekleństwa i krzyki.

                                                                          (ciąg dalszy nastąpi)



Der Verfasser, ein Lodzer Arzt, berichtet hier weiter über seine Erlebnisse im Jahre 1945 und wirft zunächst die Frage auf, warum wir - vor heute zehn Jahren - in Polen so bitter leiden mußten.

                                                        Trost in dunkelster Stunde

Ich kannte nicht schlafen. Ich lag und dachte in dieser dunklen Nacht, in diesem dunklen Kerker, über meine Lage nach. Und es war wirklich eine dunkle Nacht in meinem Leben. Es war mir so deutlich geworden, daß auch ich hier umkommen würde. Aber war um mußte das sein? Weil ich zum deutschen Volk gehöre? Soll das mein Verbrechen sein oder bin ich etwa verantwortlich für die Grausamkeiten, die im 11. Weltkriege von einer Macht verübt werden sind, die die Welt hat erobern wallen? Oder gedenkt man mich als Vertreter der deutschen Intelligenz umkommen zu lassen, die jetzt (1945) in einem wilden und sinnlosen Klassenkampf um die Weltherrschaft vernichtet werden soll? Warum sprachen sie in meinem Verhör van einem Garten, einem Park? Was sollte das alles bedeuten? Gedanken häuften sich, Fragen über Fragen, ich suchte eine Antwort und fand keine.

Und doch ist dieser Kerker, diese Mördergrube, Wo die Wände täglich mit menschlichem Blut bespritzt werden, wo die Menschen gepeinigt, ja gemordet werden, eine Tatsache. Kerker und Folterkammer, wo die Menschen zu Tode gemartert werden im fortschrittlichen 20. Jahrhundert! Und es ist doch kein Traum, es ist Wirklichkeit, ich sehe es mit eigenen Augen, ich sehe die unmenschlichen Szenen, ich sehe die Wände, die mit Blut befleckt sind; was mag in diesem Kerker in den vergangenen Tagen alles vorgekommen sein, wenn die Wände so blutig sind!

Ja, war um werden die Menschen hier so unschuldig gemordet? Wie harmlos scheinen mir doch die Erlebnisse "Erinnerungen aus dem toten Hause" van Dastojewski zu sein im Vergleich mit dieser Hölle hier, die im Namen einer Diktatur eingerichtet ist, die der Welt ihre Lehre aufzwingen will. Furchtbares hat Dostojewski in Sibirien erlebt, aber was erleben nach Millionen von Menschen in Gefängnissen der Jetztzeit (1945) und das nennt man dann Fortschritt und Kultur, man begeht die unglaublichsten Sünden am Mitmenschen, den doch Gatt auch zu seinem Ebenbild geschaffen hat, bloß weil dieser Mitmensch anderer Meinung und Ansicht ·ist .....

Ob ich von hier herauskommen und die Meinen wiedersehen werde - dieser Gedanke verfolgte mich und ließ mir keine Ruhe. Nur das Gebet und die Verbindung mit Gott gaben Trost und stärkten mich in dieser dunklen Stunde: In dieser Nacht sah ich auch so deutlich das Gefängnis, in dem sich Apostel Petrus befand, ich sah, wie die Türen sich geöffnet haben und Petrus herausgeführt wurde. "Und siehe, der Engel des Herrn kam ... und die Ketten fielen ihm von den Händen" (Apostelgesch. 12, 7). Diese Worte der Heiligen Schrift drangen in mein Herz hinein und es war mir so deutlich, daß aus dieser Mördergrube mich niemand befreien kann, nur Gott allein.

Der Heiland ist es, der auch im Kerker der Gefangenen weilt, der allein helfen kann. In dieser dunkelsten Stunde meines Lebens, da ich am Abgrund des Todes stand, entdeckte ich aufs neue, daß alle Probleme des Lebens nur von ihm gelöst werden können. Mögen die da draußen ihn verwerfen und verspotten, so bleibt doch das Kreuz von Golgatha der Mittelpunkt unseres Lebens, aus dem Kraft und Heil für mich und die ganze Menschheit strömt. An Golgatha müssen wir alle vorbei und uns entscheiden: dafür oder dagegen.

Vom menschlichen Blut ist die Welt überströmt, weil sie gegen den Gekreuzigten war. Auch diese Mördergrube hier kannte nur eingerichtet werden, weil die Menschen ihn verwarfen haben. Nur Sein Licht, seine Kraft kann allein diese Welt vom Verderben erretten und uns ein neues Leben geben.

Hier im Gefängnis in Lodz sah ich so deutlich zwei Welten: die Welt des Lichtes und die der Finsternis. Und hier im Gefängnis habe ich von neuem die Überzeugung gewonnen, daß es nur zwei Welten gibt. Eine Welt der Dunkelheit und eine des Lichtes, des heiligen Lichtes, welches einst vam Himmel auf diese Erde gebracht und entzündet wurde und welches bis heute allen Völkern in dieser Dunkelheit leuchtet. Und nur ;n diesem Lichte können alle Völkerprobleme gelöst werden und das Völkerringen, der unsinnige Kampf, Not, Elend, die politischen Kerker, die nur ein Zeichen innerer Fäulnis und Atrophie der menschlichen Seele sind, ein Zeichen des Untergangs der abendländischen Kultur, ihre Beseitigung finden.

Ich kannte nicht schlafen. Es war eine Nacht der Besinnung, des Kampfes, des Gebets.

                                                               "Zur Arbeit"

Am Morgen schon ganz früh wurden wir alle abgeholt. Ein bewaffnetes Mädel in einer Soldatenuniform kam zu uns in den Keller rein. Sie war ungefähr 18 Jahre alt, klein, blondes Haar, mit einem unfreundlichen Gesichtsausdruck und groben Zügen. "Zur Arbeit" (Do robaty) schrie sie los. "Wir können uns ja gar nicht bewegen, wir sind doch alle verletzt und nicht fähig zur Arbeit, mein Nachbar spuckte Blut", erwiderte ich. "Na, das wollen wir mal gleich sehen, ab ihr euch nicht bewegen könnt!! - Sofort aufstehen!" schrie sie das und versetzte mir mit dem Gewehrkolben einen starken Hieb in die Nierengegend.

Ich versuchte aufzustehen. Wir gingen alle drei Schritt für Schritt und der kleine Tyrann immer hinter uns her. Sie brachte uns auf den Hof, der der "Bezpieka" (Urzad Bezpieczenstwa), wie man die polnische Geheimpolizei nennt, gehörte und von großen Gebäuden umgeben war. Auf der einen Seite des Hofes lag ein großer Haufen Ziegel.

Wir bekamen den Befehl, die Ziegel van der einen Seite des Hofes auf die andere zu tragen und wieder zurück. Ich nahm einen Ziegel in die Hand, da überfielen mich starke Schmerzen in der Brust, ich machte einige Schritte und blieb stehen. In dem Augenblick hörte man eine Stimme aus dem Fenster. "Genossin, arbeitet bei dir ein Ziegler?" "Ja, der große Kerl, der da den Ziegel trägt", schrie sie laut. "Er soll sofort nach oben zum Kommandanten kommen, er wird dringend benötigt. Du kannst ihn auf meine persönliche Verantwortung für kurze Zeit von der Arbeit befreien, er kommt wieder zurück." Der Milizmann kam dann nach unten und begleitete mich zum Kommandanten. Es war derselbe 19- jährige Bursche, der mir die "zweite Abteilung" geschildert und damit gedroht hatte. Ich bewegte mich langsam und kam mit Mühe nach oben.

                                                          Genossin Pietrzak

Oben ging es sehr lebhaft zu. Ungefähr 10 Männer, einer in einem Lederanzug, waren dart anwesend. Einer von ihnen kam mir entgegen und sagte: "Du wirst hier benötigt, aber schweigen, kein Wart!" Ich schaute ins Zimmer hinein, in der Mitte stand eine Frau gegen 40, auf dem Arm hielt sie ein kleines Kind, neben ihr stand ein älteres. Sie war arm gekleidet, dem Aussehen nach eine Arbeiterin, sie machte keinen guten Eindruck, ihr Gesicht war finster und böse. Ich habe sie nicht gekannt, nie gesehen, auch nie von ihr gehört. 

Die Männer, die draußen im Vorzimmer warteten, wurden hineingerufen und sie wurde jedesmal gefragt: "War das dieser?" Die Frau - sie wurde Genossin Pietrzak genannt - mußte ihr Urteil abgeben und ich hörte immer, wenn der nächste eintrat, ihre grobe Stimme: "Nein". Die Reihe kam an mich und ich wurde hineingeführt. "Ist das dieser?" "Nein, er ist es nicht", sagte sie, prüfend waren ihre Augen auf mich gerichtet. Dann kam der nächste: ein hoher Mann, dunkles krausiges Haar, dunkle Augen, eine Adlernase, rasche Bewegung und ein energisches Auftreten. "Ist das dieser?" "Ja, dieser ist es", schrie sie los.

"Und diesen Mann haben Sie gesehen, so wie Sie in Ihrer Anklage an die Geheimpolizei geschrieben haben?" "Ja, dieser ist es und diesen habe ich gesehen und gehört." "Erzählen Sie jetzt, wie das war", sagte einer von ihnen.

Im vorigen Jahr (1944) fand eine große Kundgebung der Volksdeutschen im Lodzer Paniatowski Park statt. Es war viel Volk da, alle waren schwarz und braun angezogen, überall sah man rote Fahnen. Gauleiter Greiser aus Posen hat eine Rede gehalten, alle haben "Hurra", nein "Heil" haben sie geschrieen. Und dann kam dieser an die Reihe, sie zeigte mit dem Finger auf ihn - er hat eine Ansprache gehalten und wieder haben sie "Hurra", nein "Heil" haben sie geschrieen... ". "Was hat er denn gesprochen?" "Ja, natürlich gegen uns Polen, gegen Moskau, gegen die Sowjets, was konnte er denn anderes sprechen? Sie wissen ja, daß sie die Proletarier alle ermorden möchten." "Und Sie waren dabei, haben ihn gesehen und gehört??"

"Ich habe es Euch schon gesagt, geschrieben und geschwaren, daß ich es gesehen und gehört habe. Und dieser, der da sitzt in diesem Lederanzug, der ist es, der war da und hat im Park gesprochen, ich habe ihn jetzt erkannt."

"Das ist aber eine Lüge, Genossin Pietrzak", erwiderte der Geheimpolizist. Unser bekannter Genosse, der aus Moskau zu uns als Organisator gekommen ist, der unter den Proletariern sich große Verdienste erworben hat, der einen Orden trägt und die Säule unserer Bewegung ist - den haben Sie gesehen, wie er mit Greiser im Poniatowski-Park eine faschistische Rede gehalten hat?? Das ist schon zuviel, Sie werden für diese Beleidigung des Genossen zur Verantwortung gezogen werden und sich vor dem kommunistischen Volksgericht verantworten müssen. Ein linientreuer Kommunist und Greiser! Dieser schandhafte Vergleich! Eine grenzenlose Lüge!

Da ist Dr. Ziegler! Da steht er in der Ecke! Sie kennen ihn nicht und deshalb sind auch Ihre Angaben falsch. Wir wollten ihn heute erschießen und jetzt stellt es sich heraus, daß Sie gelogen haben, daß alles falsch ist, was Sie uns geschrieben haben. Unser geschätzter Genosse, der solche Verdienste hat, konnte mit Greiser nicht in Verbindung stehen, das glaube ich Ihnen nicht. Das ist eine Lüge, eine Niederträchtigkeit, Sie haben gelogen, wir glauben Ihnen jetzt nicht."

"Was schimpft Ihr hier auf mich", schrie sie los. "Ich behauptete ja nicht, daß dieser linientreue und geschätzte Genosse die Rede im Park gehalten hat, ich behauptete aber, daß Dr. Ziegler sie gehalten hat. Hört mich mal jetzt an.

Als ich in Dombie zu Besuch war und aus der Kirche rauskam, haben wir noch lange mit der Zapedowska, Monastyrska und der Apothekerin Gogelowa vor der Kirche geschwätzt. Die haben mir erzählt, daß in Dombie ein deutscher Arzt Dr. Ziegler arbeitet, der Sohn von dem alten Ziegler, der die Wiesen und Felder hatte und auf dessen Torfwiesen sich jetzt die Dombier Torf machen lassen. Alles rennt zu Dr. Ziegler, sagten sie, nicht nur die Deutschen, aber auch unsere dummen Polen. Und unser polnischer Arzt, der sitzt in seinem Warteraum und wartet, wartet auf Patienten ... Alle zieht der Deutsche an sich. Da haben wir gesagt, wir machen Schluß damit! Ich konnte Dr. Ziegler nicht sehen, obgleich ich aufgepaßt habe, er war damals im Dorfe gewesen. Und nun habe ich mich deshalb geirrt. Als ich nach Lodz kam, habe ich an Euch einen Brief geschrieben und ihn angeklagt.

Und jetzt seid Ihr nicht schuld daran? Was schreit Ihr auf mich, Ihr braucht mich doch. Irren kann sich ein jeder! Aber Ihr habt selbst in den Zeitungen geschrieben und verlangt, wir sollten jedem Volksdeutschen ohne Ausnahme nachspionieren, jeden anzeigen, jeden beobachten, denn alle sind sie Landesverräter (zdrajcow narodu) und Feinde des Kommunismus. Und auf unseren Parteiversammlungen habt Ihr Propaganda gemacht, wir sollten ihnen alles in die Schuhe schieben und sie ohne Ausnahme vernichten, denn sie sind sämtlich Feinde von Sowjet-Polen. Nun. aber bin ich schuld daran. Ich habe getan, was Ihr wolltet. Und ich wollte ein gutes Werk tun, einen Deutschen umbringen, denn einen Zeugen braucht Ihr doch. Und jetzt schimpft Ihr auf mich, ich bin schuld, ich bin schuld, daß ich mich geirrt habe? Ich bin eine Polin, eine Parteigenossin und nicht irgendwelche Volksdeutsche. Daß ich mich geirrt habe, das ist nicht meine Schuld. Den großen Genossen, den wollte ich nicht beleidigen, denn nicht er hat die Rede gehalten, nur Dr. Ziegler, den wollte ich umbringen, es war eben ein Irrtum. Ihr macht mir Vorwürfe, die Sache ist nicht so einfach, wir gehen ins Parteigericht ... ," Sie fing an zu drohen, zu schimpfen und sich zu verteidigen. Die Gemüter im Zimmer erhitzten sich immer mehr und ich wurde entfernt. Als ich schon auf der Treppe war, härte ich ein Fluchen und Schreien.

                                                              (Fortsetzung folgt)



Styczeń 1945 roku - Łódź - Dąbie n. Nerem - Ucieczka Niemców - Der Heimatbote - 7/1955 - cz.5

W ostatnim wydaniu nasz rodak opisał przesłuchanie, którego doświadczył w „Milicji Obywatelskiej. Wydziale Bezpieczeństwa Publicznego” przy Alei Kościuszki w Łodzi, oraz to, jak ostatecznie zaprowadzono go do piwnicy, która służyła wówczas jako więzienie dla Niemców etnicznych.

Kiedy znów nastał świt, rozejrzałem się. Znajdowałem się w brudnej piwnicy. Ściany były w niektórych miejscach poplamione krwią, okna i drzwi były zakute w żelazo. Małe drzwi prowadziły do sąsiedniego pomieszczenia. W naszym pomieszczeniu z desek zbudowano drewniane prycze, na których mogli leżeć ludzie. Obok mnie leżało dwóch mężczyzn, jeden z Łodzi, drugi z Żubardzia. Ich jedyną zbrodnią było to, że służyli w niemieckim Wehrmachcie. Nie podejrzewając niczego, po klęsce niemieckiej armii wrócili do swoich rodzin i zostali natychmiast aresztowani i uwięzieni! Jeden z nich miał okaleczone, opuchnięte i pokryte krwią oblicze.

Obaj należeli do nieskończonej liczby ofiar pochodzenia niemieckiego, które pozostały bezimienne, które osadzono w więzieniu lub obozie koncentracyjnym, a następnie zamordowano i zakopano w dole poza miastem lub gdzie indziej w lesie. Nie ma krzyża wskazującego ich grób, nie ma wiadomości o ich śmierci, po prostu zaginęli, a kobiety i matki czekają na nich na próżno do dziś. A przecież ich zbrodnią – podobnie jak wszystkich Volksdeutschów w Warthegau – była służba w niemieckim Wehrmachcie... Volksdeutschowie mieli jednak wybór:

1. albo podpisać listę ludności i wstąpić do Wehrmachtu, aby po powrocie do domu w 1945 r. trafić do więzień Bezpieki (tajnej policji) i często ponieść śmierć (jak to spotkało tych dwoje), albo

2. nie podpisywać listy ludności i zostać zabranym przez gestapo do obozu koncentracyjnego, gdzie również czekała ich śmierć.

Nie było innego wyjścia dla Volksdeutschen. W czasach Hitlera w Polsce znaleźliśmy się pod rządami bezlitosnej dyktatury, a po wojnie pod rządami drugiej. Jako dowód działań gestapo w przypadku niepodpisania listy ludnościowej przytaczam tutaj tajne rozporządzenie:

„Reichsführer SS i szef niemieckiej policji, komisarz Rzeszy ds. umacniania niemieckiej tożsamości narodowej

S I A 2 nr 420 VII/41 - 1761

Dotyczy: osób pochodzenia niemieckiego, które nie złożyły wniosku o wpisanie do niemieckiej listy ludnościowej.

I. Proszę o poinstruowanie podległych służb, aby zgłaszały osoby pochodzenia niemieckiego, które nie składają wniosku o wpisanie do niemieckiej listy ludności, do właściwej lokalnej komendy policji państwowej.

Należy złożyć raport o podjętych działaniach.

11. Lokalne właściwe urzędy policji państwowej muszą nałożyć na zgłoszone im osoby obowiązek udowodnienia w ciągu 8 dni, że złożyły wniosek o wpisanie do niemieckiego spisu ludności. Jeśli dowód nie zostanie przedstawiony, osoba ta musi zostać zatrzymana w areszcie ochronnym i przekazana do obozu koncentracyjnego.

podpisano Himmler podpis

                                                                                        poświadczony: pracownik kancelarii

Rozporządzenie to, skierowane do gauleiterów w okręgach Wartheland i Westpreußen, do prezydentów sąsiednich obszarów, do określonych organów policji państwowej itp., mówi samo za siebie!

Moi współtowarzysze niedoli opowiadali mi przerażające historie o życiu w więzieniu.

Rzadko kto stąd wychodzi, mówili. Trzy razy dziennie zabierają nas do sali tortur, kładą na ziemi, biją butami, uderzają w klatkę piersiową, aż leci krew, a potem na kilka godzin wysyłają do piwnicy, żebyśmy mogli odetchnąć i odpocząć.

Płuca łodzianina były poważnie uszkodzone przez uderzenia butami. Pluł krwią, mięśnie klatki piersiowej miał opuchnięte i pokryte krwią. „Uwolnieniem byłoby dla mnie”, powiedział, „gdyby mnie zastrzelili, ale tego nie robią, bo czerpią przyjemność z moich męczarni, z mojego bólu, z krwi, która wypływa z płuc pod wpływem uderzeń. Drżę, gdy otwierają się drzwi. Jakie to straszne, kiedy mnie wyciągają! O Boże, ta komora na górze, gdybym tylko mógł tam znaleźć śmierć, ale są tylko męki i nieludzkie bóle, aż w końcu upadam pod ciężkimi ciosami”. -

Leżałem oszołomiony na deskach i słuchałem mojego sąsiada, który cicho – z przerwami – opowiadał mi tę mroczną historię.

Czy to już drugi oddział, zapytałem sam siebie, ten drugi, o którym opowiadał mi młody tajny policjant? Ale nie, to wszystko nadal należy do pierwszego. Jesteśmy przecież w pierwszym, tak mi powiedział. Czy nasz oddział ma być „humanitarny”, a może istnieje coś jeszcze bardziej przerażającego? Te myśli nie dawały mi spokoju.

Współwięzień z Żubardzia podał mi trochę wody, był bardzo miły i troszczył się o nas. Leżałem dalej aż do następnego ranka. W nocy obudziłem się, wszedł żołnierz i wyciągnął dziewczynę z małej sąsiedniej komórki. Po pewnym czasie wróciła płacząc i całkowicie wyczerpana. - Po raz drugi tej nocy drzwi zostały wyważone, pojawił się żołnierz z wielkim rykiem: „Wstawajcie, komendant nadchodzi!”. Każdy z nas trzymał obiema rękami zranione żebra i czołgał się, aby wstać na nogi. Komendant wpadł do małego pokoju, w którym znajdowała się niemiecka dziewczyna, a po dłuższym czasie zniknął. - Rano drzwi znów zostały otwarte. Wbiegł cywilny Polak, rzucił się na mojego sąsiada, ściągnął go z pryczy na ziemię i przycisnął go swoimi butami. „Wy przeklęci Szwabowie, pokażę wam, co to znaczy być Polakiem. Wycisnę ci wątrobę, przeklęty”. Uzbrojony żołnierz, który otworzył drzwi, stał spokojnie i uśmiechał się, obserwując tę nieludzką, przerażającą, zwierzęcą scenę. Ofiara krzyczała i prosiła, żeby ją zabito. Polak odszedł, a łodzianin leżał krwawiący na podłodze.

O poranku podszedłem do okna i poprosiłem żołnierza pełniącego wartę, aby otworzył drzwi, ponieważ musiałem wyjść, a w piwnicy nie było toalety. Żołnierz jednak zaczął się śmiać. „Możesz wyjść dopiero o jedenastej, do tego czasu musisz wytrzymać i napinać mięśnie” – powiedział. „Dla ciebie ustalono czas, musisz czekać”. Musiałem czekać.

O 11:00 pozwolono nam wyjść. Kiedy na chwilę się oddaliłem, zaczął przeklinać i wyzywać. „Szybciej, nie ma czasu, idziesz teraz do kuchni po zupę”. Musieliśmy iść, poruszaliśmy się powoli w szeregu. Weszliśmy do kuchni, aby odebrać zupę. Ku mojemu zdziwieniu zobaczyłem tam tylko niemieckie kobiety, które musiały pracować jako służące. One również były bardzo zaskoczone, gdy mnie zobaczyły, przerwały na chwilę pracę i szeptały do siebie: „Dr Ziegler też został aresztowany, spójrzcie tylko na niego”. W tym samym momencie usłyszeliśmy groźny głos grubej Polki, która dowodziła w kuchni. „Co tu się dzieje, do cholery, dlaczego nie pracujecie, natychmiast zabierzcie się do pracy”. Otrzymaliśmy zupę i zostaliśmy zaprowadzeni z powrotem do naszej celi. Naszym jedynym pragnieniem było położyć się z powrotem na deskach i zasnąć.

                                                          „Położyć kres życiu”

W nocy obudziły mnie odgłosy. Mój sąsiad wykonywał dziwne ruchy, które mnie zaniepokoiły. Zauważyłem, że wokół szyi miał zawiązane dwie chusteczki i właśnie próbował je zawiązać na gwoździu, który wystawał z deski, aby w ten sposób odebrać sobie życie. „Nie rób tego”, krzyknąłem, chwytając go za rękę. „Nie masz prawa odbierać sobie życia, pomyśl o prawach Boga. Cierpienie i męka niewinnych ludzi są niezwykle trudne, ale mimo wszystko nie wolno nam odbierać sobie życia. Bóg kocha również pana i ma moc, by uwolnić pana z tej otchłani i zaprowadzić do pańskiej żony i dzieci”. „Doktorze, wiem, że nie wolno mi tego zrobić, moja żona, moje dzieci, te nieszczęśnicy, ale nie wytrzymam tego dłużej. Sama myśl o powrocie do sali tortur i ponownym znoszeniu tego wszystkiego, męki, bólu, sama myśl o tym, co już wycierpiałem, doprowadza mnie do szaleństwa”.

Rozmawialiśmy, a on się uspokoił. Modliłem się, ponieważ w tej męczącej godzinie rozpaczy tylko modlitwa, a nie ludzkie słowa, mogła przynieść ukojenie, nadzieję i pocieszenie. Połączenie z żywym Bogiem, który wkracza w nasze życie i działa właśnie w mrocznej godzinie rozpaczy, kiedy nie tylko wszyscy nas opuszczają, ale także odczuwamy nienawiść i podłość całego otoczenia, daje nam jedyną siłę, aby przetrwać i pokonać trudności. Siła, która pochodzi z góry i wzmacnia człowieka w mrocznej dolinie śmierci. Zrozpaczony człowiek, który chciał odejść z tego świata, w końcu się uspokoił i zasnął.

                                                                    (Ciąg dalszy nastąpi)







In der letzten Ausgabe berichtete unser Landsmann von dem Verhör, das er bei der "Milicja Obywatelska. Wydzial Bezpieczenstwa Publicznego" auf der Aleja Kosciuszki in Lodz erlebt hatte und wie er zum Schluß in einen Kellerraum geführt worden war, der damals als Gefängnis für die Volksdeutschen gedient hat.

Als wieder der Morgen graute, schaute ich mich um. Ich befand mich in einem schmutzigen Keller. Die Wände waren auf einigen Stellen mit Blut bespritzt, Fenster und eine Tür waren mit Eisen beschlagen. Eine kleine Tür führte in einen Nebenraum. In unserem Raum war aus Brettern eine Holzpritsche zusammengeschlagen, unten und oben kannten Menschen liegen. Neben mir lagen zwei Männer, der eine ein Lodzer, der andere ein Zubardzer. Ihr ganzes Verbrechen bestand darin, daß sie in der deutschen Wehrmacht gedient hatten. Ohne etwas zu ahnen, kamen sie nach dem Zusammenbruch der deutschen Armee heim zu ihren Familien und wurden sofort verhaftet und eingesperrt! Der eine hatte ein verstümmeltes, geschwollenes, mit Blut unterlaufenes Gesicht.

Die beiden gehörter zu der unendlichen Zahl der volksdeutschen Opfer, die namenlos geblieben sind, die man ins Gefängnis oder KZ-Lager eingewiesen, dann umgebracht und in einer Grube außerhalb der Stadt oder sonstwo im Walde verscharrt hat. Kein Kreuz, das ihr Grab anzeigt, keine Nachricht, die über ihren Tod gekommen ist, sie sind einfach verschollen und Frauen und Mütter warten vergeblich bis auf den heutigen Tag. Dabei war ihr Verbrechen - wie das aller Volksdeutschen im Warthegau - der Dienst in der deutschen Wehrmacht ... Die Volksdeutschen aber hatten die Wahl:

1, entweder die Volksliste zu unterschreiben und in die Wehrmacht zu gehen, um dann 1945 nach der Heimkehr in den Gefängnissen der Bezpieka (Geheimpolizei) zu landen und vielfach den Tod zu finden (wie es diesen zweien ergangen ist), oder

2. die Volkslisten icht zu unterschreiben und von der Gestapo abgeführt und ins KZ gesteckt zu werden, wo auch der Tod auf sie wartete.

Einen anderen Ausweg gab es für die Volksdeutschen nicht. Wir gerieten in Polen zur Hitlerzeit unter eine gewissenlose Diktatur und nach dem Kriege unter die zweite. Als Beweis für die Maßnahmen der Gestapo bei Nichtunterschreiben der Volksliste sei hier eine Geheimverordnung angeführt:

"Der Reichsführer der SS und Chef der Deutschen Polizei, Reichskommissar für die Festigung deutschen Volkstums

S I A 2 Nr. 420 VII/41 - 1761

Betrifft: Deutschstämmige, die ihre Eintragung in die Deutsche Volksliste nicht beantragen.

I. Ich ersuche, die nachgeordneten Dienststellen anzuweisen, die Deutschstämmigen, die ihre Eintragung in die Deutsche Volksliste nicht beantragen, der örtlich zuständigen Staatspolizei(leit)stelle nahmhaft zu machen.

Über das Veranlaßte ist zu berichten.

11. Die örtlich zuständigen Staatspolizei(leit)stellen haben den ihnen namhaft gemachten Personen ZUr Auflage zu machen, innerhalb einer Frist von 8 Tagen nachzuweisen, daß der Antrag auf Eintragung in die Deutsche Volksliste gestellt worden ist. Wird der Nachweis nicht erbracht, so ist der Betreffende in Schutzhaft zu nehmen und seine Überführung in ein Konzentrationslager zu veranlassen.

            gez. Himmler                                                                    gez, Unterschrift

                                                                                                      beglaubigt: Kanzleiangestellte

Diese Verordnung, die an die Gauleiter in den Gauen Wartheland und Westpreußen, an die Oberpräsidenten der benachbarten Gebiete, an bestimmte Staatspolizeistellen usw. gerichtet war, spricht für sich!

Meine Leidensgenossen erzählten mir von dem Leben im Gefängnis grausige Geschichten.

Von hier kommt selten jemand raus, sagten sie. Dreimal am Tage werden wir in die Folterkammer geholt, auf die Erde gelegt, mit Stiefeln bearbeitet, in den Brustkorb geschlagen bis Blut läuft und dann für einige Stunden zum AliJatmen, zur Erholung in den Keller geschickt.

Die Lu.nge des Lodzers war durch die, Stiefelschläge stark verletzt. Er spie Blut, seine Muskeln am Brustkorb waren angeschwollen und mit Blut unterlaufen. "Eine Erlösung wäre es für mich", sagte er, "wenn sie mich erschießen möchten, aber das tun sie nicht, denn sie haben Wohlgefallen an meiner Qual, an meinen Schmerzen, an dem Blut, welches aus der Lunge durch die Schläge herausgepreßt wird. - Ich zittere, wenn sich die Tür öffnet. Wie furchtbar ist es, wenn sie mich heraufholen! O Gott, diese Kammer da oben, wenn ich dort den Tod finden könnte, es sind aber nur Qualen und unmenschliche Schmerzen, bis ich unter den harten Schlägen endlich zusammenbreche." -

Wie betäubt lag ich auf den Brettern und lauschte meinem Nachbar,. der mir leise - mit Unterbrechungen - diese Mördergeschichte erzählte.

Sollte das schon die zweite Abteilung sein, fragte ich mich, die zweite, von der mir der junge Geheimpolizist berichtet hatte? Aber nein, das alles. gehört noch zu der ersten. Wir sind doch in der ersten, so hat er mir gesagt. Und soll denn unsere Abteilung noch eine "humane" sein und soll es noch etwas grauenhafteres geben? ? - Diese Gedanken verfolgten mich. 

Der Zubardzer Gefängniskamerad reichte mir etwas Wasser, er war so freundlich und so besorgt um uns. Ich blieb weiter bis zum nächsten Morgen liegen. In der Nacht wachte ich auf, es kam ein Soldat herein und hat ein Mädchen aus der kleinen Nebenkammer herausgeholt. Nach einiger Zeit kam sie weinend zurück und total erschöpft. - Zum zweitenmal wurde in dieser Nacht die Tür aufgestoßen, ein Soldat erschien mit großem _Gebrüll: "Aufstehen, der Kommandant kommt!" Jeder von uns hielt mit beiden Händen die verletzten Rippen und kroch hervor, um sich auf die Beine zu stellen. Der Kommandant raste in das kleine Zimmer hinein, wo sich das deutsche Mädchen befand, und nach einer längeren Zeit verschwand er wieder. - Am Morgen wurde wieder die Tür geöffnet. Ein Zivilpole lief hinein und warf sich, auf meinen Nachbarn, zog ihn von der Pritsche auf die Erde hinunter und belegte ihn mit seinen Stiefeln. "Ihr verfluchten Schwaben, ich werde Euch zeigen, was es bedeutet, ein Pole zu sein. Ich werde Dir schon die Leber herausquetschen, Du verfluchter." Der bewaffnete Soldat, der die Tür geöffnet hatte, stand ruhig dabei, schaute lächelnd dieser unmenschlichen, schauderhaft tierischen Szene zu. Der Überfallene schrie und bat, getötet zu werden. Der Pole entfernte sich, der Lodzer lag blutend auf dem Fußboden.

In den Morgenstunden ging ich zum Fenster und bat den Soldaten, der Wache hatte, daß er die Tür öffnen möchte, denn ich mußte austreten und im Keller war kein Abort. Der Soldat aber fing an zu lachen. "Um elf Uhr kannst Du erst rausgehen, solange mußt Du aushalten und Deine Muskel anstrengen", sagte er. "Für Euch ist dazu eine Zeit festgelegt, warten sollst Du." Ich mußte warten.

Um 11 Uhr wurden wir rausgelassen. Als ich' mich für einen Augenblick entfernte, fing er an zu fluchen und zu schimpfen. "Schneller, es ist keine Zeit, Du kommst jetzt in die Küche Deine Suppe holen." Wir mußten gehen, langsam im Gänsemarsch bewegten wir uns. Wir kamen in die Küche, um Suppe zu holen. Zu meinem Erstaunen sah ich dort nur deutsche Frauen, die als Mägde arbeiten mußten. Die waren auch sehr erstaunt, als sie mich erblickt haben, sie unterbrachen für einen Moment ihre Arbeit und flüsterten eine der andere zu: "Dr. Ziegler ist auch verhaftet, schaut ihn doch an." In demselben Moment hörte man den drohenden Ton der dicken Polin, die in der Küche kommandierte. "Was ist da los, do cholery, warum arbeitet ihr nicht, sofort sich an die Arbeit nehmen." - Wir erhielten unsere Suppe und wurden zurück in unser loch gebracht. Unser einziger Wunsch war, sich wieder auf die Bretter zu legen und zu schlafen.

                                                       "Sich das Leben nehmen"

In der Nacht wachte ich durch Geräusche auf. Mein Nachbar machte sonderbare Anstrengungen und Bewegungen, die mich gestört hoben. Ich entdeckte, daß um seinen Hals zwei Taschentücher zusammengebunden waren und er gerade dabei war, die Taschentücher on einem Nagel, welcher oben im Brett stak, zusammenzuziehen, um sich auf diese Weise das leben zu nehmen. "Tun Sie das nicht", rief ich ihm zu, indem ich seine Hand festhielt. "Sie haben kein Recht sich das Leben zu nehmen, denken Sie mal an die Gesetze Gottes. Es ist bitter schwer, unschuldig zu leiden und gepeinigt zu werden, ober trotz allem dürfen wir uns das leben nicht nehmen, Gott hat auch Sie lieb und in seiner Macht steht es, Sie selbst aus dieser Mördergrube zu befreien und zu ihrer Frau und Kindern herauszuführen." "Herr Doktor, ich weiß, ich darf es nicht tun, meine Frau, meine Kinder, die Unglücklichen, aber ich kann es nicht mehr aushalten. Der eine Gedanke, wieder in die Folterkammer gebracht zu werden und nochmal das alles zu ertragen, die Qual, die Schmerzen, der eine Gedanke an das, was ich schon erduldet habe, treibt mich einfach zum Wahnsinn." 

Wir unterhielten uns und er wurde ruhiger. Ich betete, denn in dieser qualvollen Stunde der Verzweiflung konnte nur ein Gebet, nicht Menschenworte, eine Beruhigung, eine Hoffnung, einen Trost bringen. Die Verbindung mit dem lebendigen Gott, der in unser Leben hineingreift und, gerade in der düsteren Stunde der Verzweiflung wirkt, wo man nicht nur von allen verlassen ist, ober den, Haß und die gemeine Niedertracht der ganzen Umgebung empfindet, verleiht einem die einzige Kraft, durchzustehen und zu überwinden. Die Kraft, die von oben kommt und den Menschen stark macht im finsteren Tal des Todes. Der Verzweifelte, der von dieser Welt scheiden wollte, war endlich beruhigt und schlief ein.

                                                                      (Fortsetzung. folgt)