Z największą przyjemnością przeczytałem materiał pisany ręką wspaniałego człowieka, pisarza, pilota, żołnierza, myśliwego Janusza Meissnera. Tym ciekawszy materiał, że w Kołomyi spędziłem dwa wspaniałe tygodnie podczas prac restauracyjnych na katalickim cmentarzu.
Janusz Gniewomił Meissner, ps. lit. Porucznik Herbert, Orski (ur. 21 stycznia 1901 w Warszawie, zm. 28 lutego 1978 w Krakowie) – polski pisarz, dziennikarz i wojskowy. Kapitan pilot Wojska Polskiego, kawaler Krzyża Srebrnego Orderu Wojennego Virtuti Militari. - Źródło: Wikipedia.Orędownik : ilustrowane pismo narodowe i katolickie : wydanie ł[ódzkie]. 1934-11-14 R. 64 nr 259
JANUSZ MEISSNER
HISTORJA MATRYMONJALNA
Spotkałem go zupełnie przypadkowo w Kołomyi, po trzech latach niewidzenia. Był w mundurze podporucznika artylerji. Poznałem go od razu, (choć zawsze, ilekroć o nim myślałem,
w pamięci mej rysowała się postać
uczniaka z siódmej klasy gimnazjum
imienia Staszica, w granatowej kurtce i jasnoniebieskiemi wypustkami pa kołnierzu; niezapomniana postać największego po wsze czasy urwisa, który dał się we znaki nauczycielom
i wychowawcom kilku szkół średnich
w Warszawie, zwiedzając je kolejno wraz ze mnę. od wstępnej, aż do matury. Byłem jego przyjacielem ,.na
śmierć i życie" i zawsze wylewano nas jednocześnie, poczem znów razem
przyjmowano do innej skarbnicy wiedzy. Dopiero wojna rozdzieliła nas na długo: Rzeczycki wstąpił do wojska w Warszawie; ja. dzięki szczęśliwemu
zbiegowi okoliczności i własnemu
przemysłowi, odrazu dostałem się do
szkoły pilotów.
Potem dochodziły mnie tylko od czasu do czasu wieści o tem, co się z nim dzieje. I wreszcie spotkałem go w tej dziurze.
Naturalnie rzuciliśmy się sobie w objęcia, a że była pora poobiednia. poszliśmy do jedynej w Kołomyi cukierni z muzyką, pana Wawrzyńca Szczypiorkiewicza.
Pamiętam tę cukiernię bardzo słabo. Zato pan Szczypiorkiewicz dobrze
pamięta zapewne nasz pobyt w swoim zakładzie: wypiliśmy u niego we
dwóch 96 krupników i zjedliśmy dwa
ciastka.. Jak świat światem, a Kołomyja - Kołomyją., nikt nie wypił tam
tyle gorącego nektaru. Wspominaliśmy dawne czasy i u
Górskiego, i u Reya, i u Rondthalera,
i u Staszica. Wspominaliśmy Babcię. Samochód od niemieckiego i Bouffała
od fizyki. Słońskiego, Rygiera, Zydlera, Kudelskiego... Potem zaś dziwiliśmy się, że przecie przy boskiej i tych
zacnych pedagogów pomocy wyrośliśmy na ludzi, choć należało się raczej
spodziewać, że skończymy w kryminale.
Naturalne, odrazu było po nas widać, że spoważnieliśmy bardzo. Obaj przecież nosiliśmy oficerskie mundury i po kilka wstążeczek orderowych na piersi,
Byliśmy tedy godni i stateczni aż do piętnastej czy osiemnastej kolejki. Potem opowiedzieliśmy sobie przeżycia wojenne i służbowe. Okazało się, że prawie jednocześnie zostaliśmy podporucznikami i nawet odznaczyliśmy się tych samych bitwach.
Przy trzydziestej kolejce wyszło najaw, że zarówno Tadka, jak i mnie wysłano do Kołomyi po odbiór rekrutów. Rekrutów jednak nie było i należało albo czekać na ich przybycie parę dni, albo wracać do Lwowa.
- Do Lwowa?!
Wcale nie wiedzieliśmy, że obaj mamy przydział we Lwowie. To była nowa okazja: kazaliśmy podać następny dzbanek krupniku_
Mój Boże, jakie to już dawne czasy! Cóżbym dał za to, aby być teraz
podporucznikiem i mieć dwadzieścia
jeden lat! Znam tylko dwa piękne
stopnie oficerskie: podporucznika
i marszałka. Dziś - jestem kapitanem. Marszałkiem ani podporucznikiem nie będę nigdy
A wówczas? Świat należał do mnie! Byłem przekonany. że wszyscy patrzę.
z zachwytem na mój nowiutki mundur z żółtym, nieprzepisowo niskim kołnierzem, na moją jedną jedyną
gwiazdkę na czapce z olbrzymim daszkiem i na dyndający wdzięcznie Virtuti. Wszystkie kobiety uśmiechały
się tylko do mnie; wszyscy mężczyźni
mnie podziwiali. Boże, jaki byłem
durny!
W cukierni robiło się tymczasem
ludno. Poprzychodziły nawet jakieś
panienki z mamusiami i ciociami.
Wszystkie były ładne, bo właśnie dobijaliśmy do czterdziestej kolejki. Podobały nam się nawet ciocie; i mamusie też!
To sprowadziło nasze zwierzenia
na drogi sentymentalne. Właściwie
zwierzałem się ja. bo Tadek lekceważył te sprawy. Byłem wtedy kochliwy,
jak pensjonarka i akurat po zawodzie miłosnym. W głębi duszy wierzyłem, że się wszystko jeszcze zmieni na moją korzyść (czar munduru), ale uderzyłem w ton pesymistyczny. Przyczyna mego zmartwienia mieszkała w Warszawie, miała lat 17 i ignorowała mnie całkowicie, pokpiwając wesoło z moich uczuć. Wreszcie zaproponowała mi przyjaźń. Odszedłem z raną w sercu.
- Na imię jej StelIa - poinformowałem Tadeusza.
- Rany boskie! - przeraził się.
- Stella?
- Nie podoba ci się?
- Phi, dlaczego? Znałem gościa, co się kochał w Elfrydzie. Też dostał kosza a imię jeszcze straszliwsze. Stella? Owszem: dźwięcznie.
Spostrzegłem, że jestem nierozumiany i że moje niepowodzenia nie budzą. współczucia. Tadek siedział nachmurzony i nieco ironiczny.
- Pal ją sześć, tę Stellę - rzekłem
po bohatersku. - Napijmy się.
Rozchmurzył się odrazu.
- Tak to rozumiem - grzmotnął mnie w łopatkę, aż jękło. - Co tam baby! Za naszą. starą, męską. przyjaźń! I zmordowaliśmy dzbanek do dna.
Potem huknęliśmy, że będziemy
płacić. Sam pan Szczypiorkiewicz
przyniósł nam rachunek za 47 kolejek
krupniku. a prócz tego kazał podać
trzy większe kielichy, żeby się z· nami
napić. Bardzo nas szanował. że jeszcze możemy siedzieć równo sztywno, ale
widocznie miał wątpliwości czy poradzimy sobie z chodzeniem, bo wyprowadził nas pod ręce aż za próg.
Poradziliśmy sobie. Wprawdzie
chcieliśmy potem kupić od burmistrza ratusz, a od straży ogniowej sikawkę (za co o mało nas nie odstawiono na komendę miasta), ale skończyło się na obwarzankach. Potem,
nie zawiadomiwszy właściciela. pożyczyliśmy z rogu ciemnej uliczki rozklekotaną dryndę i pojechaliśmy na spacer. Tadek powoził, a ja śpiewałem .,o mój rozmarynie". Wreszcie,
zamieniwszy jeszcze po drodze szyldy akuszerki i zakładu pogrzebowego,
udaliśmy się na dworzec, aby wsiąść
do lwowskiego pociągu.
Tak się zaczęła druga faza naszej
serdecznej przyjaźni.
Zamieszkaliśmy obok siebie. na czwartem piętrze, w pokojach kawalerskich z bieżącą wodą..
Tadek okazał się domatorem: posiadał własne meble, patefon, aparat
fotograficzny, dwie talje kart i wspaniałą stojącą lampę, która tworzyła całość z niskim stolikiem na książki, trzema półeczkami na drobiazgi i bibeloty. Prawda! - miał jeszcze kanapę i na niej ze dwadzieścia przeróżnych poduszek, zagadkowego pochodzenia (takie rzeczy łączą się ściśle z kobietą i to z kobietą sentymentalną, a Tadek nie lubił sentymentalnych niewiast).
Ja miałem tylko wieczne pióro do podpisywania weksli i tapczan Resztę jakoś dokompletowaliśmy przy boskiej i ludzkiej pomocy, poczem zaczęliśmy wieść wesoły kawalerski żywot.
Powodziło nam się rozmaicie. Obroty koła fortuny były zresztą dość regularne: przez kilka pierwszych dni w miesiącu zwykle byliśmy górą;
przez kilka ostatnich już można było wykombinować gdzie zaliczkę, najgorszy był zawsze środek: nikt wtedy nie miał pieniędzy,...