Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Worochta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Worochta. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 kwietnia 2026

Kołomyja - Haculszczyzna - Kronika wypadków

 

Ilustrowana Republika. 1937-08-21 R. 15 nr 229

PO 22 LATACH POWRÓCIŁ Z WIELKIEJ WOJNY.

Lwów 20 sierpnia

Po 22-ch latach  nieobecności do Kołomyi były żołnierz austryjacki Taras Fundur, który dostał się podczas wojny światowej do rosyjskiej niewoli.

Po przewrocie bolszewickim osiedlił się w Rosji i - chociaż pozostawił w kraju dą żonę - ożenił się powtórnie z Rosjanką.

Obecnie przyjechał do Kołomyi wraz z żoną.

Rodziców nie zastał już przy życiu. Spotkał się natomiast ze swą pierwszą żoną, która po wieloletnim  daremnym oczekiwaniu na jego powrót - przed paru laty wyszła za mąż i jest matką trojga dzieci.

Nowy Kurjer Łódzki : dziennik polityczny, społeczny i literacki. 1915-02-17 R. 5 nr 47




Rozwój. 1912-09-07 No 205



Głos Polski : dziennik polityczny, społeczny i literacki. 1922-11-18 [właśc. 19] R. 5 nr 319 [właśc. 318]

DRAMAT MIŁOSNY.

Absolwent praw Józef Bernhaut, mieszkaniec Kołomyi, przyjechał do Łodzi do swojej narzeczonej, zarządzającej orkiestrą w "Gastromomji", Józefy T. Onegdaj po spożyciu kolacji, zakrapianej obficie wódką, udał się B. do Hotelu "Amerykańskiego" przy ulicy Zielonej 12. Wszedłszy do pokoju, zajmowanego przez swą narzeczoną, Bernhard wyjął rewolwer i strzelił sobie w serce. Kula przeszła na wylot obok serca. Zawezwany lekarz pogotowia pozostawił denata w stanie ciężkim na miejscu, gdyż obawa przed krwotokiem nie zezwoliła na zabranie go do szpitala.

Orędownik : ilustrowane pismo narodowe i katolickie : wydanie ł[ódzkie]. 1935-04-20 R. 65 nr 92

Napad rabunkowy L w ó w (TeL wl.) Wieczorem we wtorek dokonano zuchwałego napadu na dyrektora banku i kantoru wymiany w Kołomyi  Z. Krissa w chwili, gdy wracał do domu. Na schodach domu, gdzie Kriss mieszkał, zaczaił się napastnik, który uderzył znienacka dyrektora w głowę cięźkim żelazem. Rannego spostrzegli domownicy. Według orzeczenia lekarza, Kriss ma złamaną kość czaszkową. Jest on jeszcze przytomny, lecz stracił pamięć. Łupem bandyty padła teczka z pokaźną gotówką w walucie polskiej i zagranicznej oraz weksle na sumę 50.000 złotych. 

Głos Poranny : dziennik społeczny, polityczny i literacki. 1936-08-26 R. 8 nr 233



Orędownik : ilustrowane pismo narodowe i katolickie : wydanie ł[ódzkie]. 1936-09-18 R. 66 nr 217

Cztery złote na komunistów hiszpańskich 

War s z a w a. (Tel. wI.) Władze administracyjne w Kołomyi pociągnęły do odpowiedzialności przewodniczącą "Bundu" Gizelę Herman za urządzenie nielegalnej zbiórki publicznej na czerwoną milicję w Hiszpanji. Zebrano .aż ... 4 złote 20 gr. 

Orędownik : ilustrowane pismo narodowe i katolickie : wydanie ł[ódzkie]. 1936-11-18 R. 66 nr 269

Samochód wpadł do rzeki  L w ó w. (Tel. wł.) W piątek wieczorem wydarzyła się w Kołomyi przy moście nad Prutem katastrofa samochodowa. Z Kołomyi jechał samochód, kierowany przez nadkomisarza straży granicznej Wł. Ochańskiego, w kierunku Kosowa. Wskutek gęstej mgły samochód wjechał na nasyp kolejowy między mostem kolejowym a drogowym, a stamtąd z wysokości 6 metrów spadł do rzeki. ulegając doszczętnemu rozbiciu. Nadkomisarz Ochański oraz towarzysząca mu żona wraz z dwojgiem dzieci odnieśli ciężkie obrażenia. Zwłaszcza jedno dziecko zostało ciężko ranne. Na miejsce wypadku przybyła policja, straż pożarna oraz pluton pionierów, celem wydobycia samochodu. Rannych przewieziono do szpitala. 

Głos Poranny : dziennik społeczny, polityczny i literacki. 1937-07-16 R. 9 nr 192 [właśc. 193]


Trzej huculi żywcem pogrzebani przy szukaniu zbójnickiego skarbu

Z Kołomyi donoszą.: Tragiczną śmiercią. zginęło trzech hucułów, poszukujących legendarnego skarbu zbójnickiego. Na Kosowszczyźnie od dłuższego krążyły pogłoski, iż w szczelinie skalnej pod przysiółkiem Senycia kolo Krzyworówki ukryte są olbrzymie skarby słynnego zbójnika Dobosza. Iwan Gregoraszczuk, hucuł z Żabiego w czerwcu rozpoczął z kilkoma robotnikami poszukiwania skarbu, kopiąc we wskazanym miejscu jamę głębokości przeszło 7 metrów. 
Gdy przed kilku dniami Gregoraszczuk przyszedł z robotnikami do jamy, by kopać dalej, stwierdził, że jest ona całkowicie zasypana i że ktoś musiał pod zwałami ziemi ponieść śmierć. Zawiadomił o swoich spostrzeżeniach policję. Powtórnie rozkopano jamę i znaleziono na dnie zwłoki 60-letniego Jurki Gąsienickiego, oraz dwu innych hucułów, którzy na własną rękę szukali widocznie skarbów. 


Łodzianin : organ P.P.S. 1938-01-12 no 11


Łodzianin : organ P.P.S. 1938-05-10 no 129

LOT BALONÓW.
 W powiecie kołomyjskim i sąsiednich lądowały dalsze balony, które wystartowały z Mościc. Na polach w Zamolincach w odległości 2 km. od Kołomyi wylądował balon "Hel" z załogą kapitan Stencel i kapitan Osiński z Warszawy. Lądowanie odbyło się wczoraj o godz. 12 minut 50. W Załotowie powiat Śniatyn wylądował balon nie ustalonej nazwy około godz. 12 minut 30. Balon "Mazowsze" z załogą p.p. Ptasiński i Wrzesiński lądował o godz. 5 minut 58 rano na polach w rejonie miejscowości Serafince powiatu Horodenka. Lądowanie odbyło się bez wypadku.

Echo. 1938-09-03 R. 14 nr 244


Orędownik : ilustrowane pismo narodowe i katolickie : wydanie ł[ódzkie]. 1938-11-12 R. 68 nr 260

Wyrok w głośnym procesie komunistycznym.  17 oskarżonych skazano na 67 lat więzienia - Osoba głównego oskarżonego.  
S t a n i s ł a w ów, 10. 11. - W głośnym procesie komunistycznym mgr Naszkowskiego i tow., jaki się toczył przed Sądem w Stanisławowie, po przemówieniach obrońców, którzy w liczbie 16 bronili oskarżonych - zapadł wyrok, mocą. którego zostali skazani (w nawiasach lata więzienia): 1) mgr Marian Naszkowski (8 lat), 2) Chaim Ball (6 lat), 3) Ariel Schnudler (4 lata), 4) Chaja Schmidler (4 lata), 5) Fried Turtel (5 lat), 6) Eliza Lercher, absolwentka gimnazjum (2 lata i 6 miesięcy), 7) Sonia Morgenstern (2 lata), 8) Sala Fischler mająca ukończone 7 klas gimn. (5 lat i 6 miesięcy), 9) Abraham Haber (5 lat), 10) Soche Astman (7 lat), 11) Maksymilian Allwein, technik dentystyczny z Kołomyi (2 lata), 12) Włodzimierz Sydor z Nadwórnej (2 lata), 13) Iwan Fedorec z Lachowiec (1 rok i 6 miesięcy), 14) Józef Dmytriw z Markowiec (2 lata), 16) Andrzej Ożarko, stolarz z Dubowiec (2 lata i 6 miesięcy), 17) Klara Szpricówna (5 lat). Wszyscy skazani pozbawieni zostali praw obywatelskich i honorowych na przeciąg lat 10. 15 oskarżonych uniewinniono. Główny oskarżony mgr Marian Naszkowski jest, jak sam twierdzi, bezwyznaniowym, choć zapisany był jako rzymsko-katolicki. Pochodzi on z rodziny żydowskiej, która przeszła na katolicyzm. Naszkowski biegle włada językiem swych przodków - żargonem. Jako student był czynnym członkiem stowarzyszeń katolickich i tę jego działalność pewien odłam prasy, drukowanej w polskim języku, przede wszystkim wysuwa, przemilczając zupełnie żydowskie pochodzenie Naszkowskiego, którego imię i nazwisko wielu może zmylić. I przy tej okazji wychodzi na jaw jak bardzo słuszne jest żądanie, by różne Mońki Unsery nie przedzierżgały w Marianów Naszkowskich, aby w następnych pokoleniach powrócić do starych metod "pracy" dla ojczyzny, ułatwionych brzmieniem nazwiska.

Echo. 1938-12-30 R. 14 nr 362




Echo. 1939-03-03 R. 15 nr 62



niedziela, 26 kwietnia 2026

Kołomyja - Worochta - Haculszczyzna - Kronika wypadków

Kurjer Wieczorny. 1923-02-21, R. 3 Nr.42

                                                       Carewicz rosyjski w Kołomyi.



Kurjer Łódzki. 1927-07-01 R. 27 nr 178

SCHWYTANIE GROŹNEGO MORDERCY.

Poszukiwany przez policję 27-letni morderca Iwan Habczak, który dla kilku morgów gruntu wymordował całą rodzinę, złożoną z 6-ciu członków, został w dniach ostatnich  przez posterunkowego P.P. Sołtysa ujęty na stacji w Worochcie w chwili, gdy usiłował zbiec pociągiem do Kołomyi. Aresztowanego Habczaka odstawiono pod silną eskortą do dyspozycji sądu okręgowego w Kołomyi.


Kurjer Łódzki. 1928-05-27 R. 28 nr 146

Czerwony, urodzaJny pył spada na Małopolskę. 

Warszawa. 26 maja. (Tel. wt.) . ...,... Po niedawnym czarnym deszczu który spadł we Lwowie, ostatnio znowu w okolicach Kołomyi zaobserwowano tajemnicze zjawisko atmosferyczne. Mianowicie spadł brudny, czarno-czerwony deszcz, który pozostawił po sobie osad barwy czerwonawej.  

Bydło, pasące się na polach, samo powróciło do domów, nie tykając zµpetnie trawy. Osad pozostały po deszczu badany dokładnie pod mikroskopem wykazuje połączenie siarki i krzemionki. 

Ilustrowana Republika. 1934-01-11 R. 12 nr 10

Wilki na Huculszczyźnie pożarły a kobietę i dwoje dzieci .  

Z Kołomyi donoszą o nawiedzeniu Huculszczyzny przez groźną plagę w postaci wilków, które włóczą się całemi stadami, a w porze nocnej nachodzą nawet wsie. Początkowo wilki napadały na bydło, obecnie na ludzi. Niema dnia, w którym nie słyszałoby o jakimś nowym wypadku rozszarpania człowieka. W okolicy Bukowiec w pow. kossowskim wilki napadły na dziecko idące do szkoły i pożarły je, tak że znaleziono tylko książki i pokrwawione strzępki ubrania. Pod Kutami znaleziono buty i części ubrania kobiety i małego chłopczyka. Oboje padli pastwą wilków. , Wielkie stada wilków nie boją się nawet strzałów karabinowych, o czem świadczy wypadek na pograniczu polsko - rumuńskiem. Dwaj rumuńscy strażnicy graniczni, napadnięci przez większe stado wilków, mimo ostrzeliwania się z karabinów i położenia trupem kilku wilków, zostali rozszarpani przez krwiożercze zwierzęta. Organizowane przez starostwo powiatowe wielkie obławy na wilki nie dały do tej pory rezultatów, gdyż na miejsce stad wytrzebionych zjawiają się nowe i liczniejsze. Doszło do tego, że huculi w porze nocnej boją się wychylić poza próg chaty, gdyż wilki podchodzą pod same drzwi domostw we wsiach. 



Echo. 1935-12-22 R. 11 nr 355

Oszust w kurtce szofera. Więzienie za podszywanie się pod cudze nazwisko.

Ze Stanisławowa donoszą: W ręce policji stanisławowskiej wpadł notoryczny oszust karany więzieniem w wielu państwach europejskich, — Jegomość ten przedstawiając się za dr. Józefa Frenkla asystenta kliniki w Paryżu odwiedzał stanisławowskich lekarzy i usiłował wyłudzić różne kwoty pod pretekstem, że został okradziony z dokumentów i pieniędzy w Stanisławowie. Aresztowano go i odstawiono do dyspozycji sądu. Na rozprawie Frenkel opowiedział, że pochodzi z Putily (Rumunia) i w roku 1925 jako przestępca polityczny, zmuszony był do opuszczenia granic Rumunii, ponieważ stał w Jassach na czele spisku zmierzającego do zgładzenia ówczesnego króla Ferdynanda. Frenkel który był przez sąd w Kołomyi karany 6 mies. więzieniem twierdził na rozprawie, że jest niewinny i padł ofiarą omyłki sądowej. W, toku przeprowadzenia dochodzeń wyszło na jaw w jak chytry sposób usiłował Frenkel naciągnąć dr. Minę Haller, Frenkel przebrał się w kurtkę szofera i zgłosił się do dr. Haller z listem od lekarza wiedeńskiego dr. Otto Ebenswalda. W liście tym dr. Ebenswald - Frenkel prosi dr. H. o wręczenie szoferowi kwoty 80 zł. gdyż wciągnięty do jednej z kawiarń stanisławowskich przegrał wszystkie pieniądze w pokera. Lekarka kazała oszustowi zgłosić się za godzinę, by zbadać autentyczność jego opowiadania. Oczywista wszystko było zmyślone. Oszust był jednak ostrożny i nie przyszedł więcej do lekarki. W drugim wypadku Frenkel udając lekarza, ciężko choremu obywatelowi p. K. oświadczył, że lekarze źle go leczą i sam zaczął „leczyć" wyłudzając od p. K. większą gotówkę. Frenkel został skazany za podszywanie się pod cudze nazwisko na 1 miesiąc więzienia. Po odsiedzeniu kary zostanie Frenkel odstawiony do Rumunji, gdzie jest poszukiwany przez prokuraturę.

Echo. 1936-01-26 R. 12 nr 26

DRAMATYCZNA WALKA LUDZI Z RZEKĄ O ŻYCIE CZŁOWIEKA.

Z Kołomyi donoszą: W Tułukowie wydarzył się tragiczny wypadek. Na rzece Prut, pokrytej cienką powłoką lodu, ślizgał się wraz z kolegami 16- letni uczeń Michał Mokry. Pomimo, że lód trzeszczał lekkomyślni chłopcy nie zwracali na to uwagi. Około południa pod wpływem słońca lód stajał i załamał się pod Mokrym. Chłopiec zapadł się po barki I trzymał się rękami kurczowo powierzchni lodowej. Akcja ratunkowa, którą prawie natychmiast rozpoczęto, była bardzo utrudniona, gdyż nikt nie miał odwagi wstąpić na zdradliwą powłokę. Dopiero po godzinnych próbach udało się wydobyć ucznia w ten sposób, że przysunięto do niego długą na kilkanaście metrów drabinę. Niestety jednak ratunek nie na wiele się zdał, gdyż uczeń zmarł po godzinie wskutek paraliżu serca.

Dziennik Narodowy. 1938-04-17 R. 24 nr 88 [właśc. 89]

Zbiorowy mord Nocny napad bandytów na rodzinę kupca 

W Chlebiczynie Leśnym pow. Kołomyja dwaj bandyci napadli ubiegłej nocy na dom kupca Premingera. Wywiązała się walka z domownikami, w czasie której kupiec, jego żona i 19-letni syn zostali zabici, a poraniona córka uratowała się, skacząc przez okno. Bandyci splądrowali mieszkanie i zbiegli. Na miejsce przybył komendant powiatowy P. P. z Kołomyi i natychmiast wszczął dochodzenia. 

Głos Poranny : dziennik społeczny, polityczny i literacki. 1938-09-11 R. 10 nr 249




Echo. 1939-01-01 R. 15 nr 1

Adwokat ukarany grzywną - za uderzenie pięścią w stół.

Z Kołomyi .do,noszą: Przed Sądem Okręgowym (wydział od wotawczy) toczyła się ciekawa rozprawa kama przeciw adwokatowi kosowskiemu, drowi L. F„ oskarżonemu o nieprzyzwoite zachowanie się w sądzie.

Przed kilku tygodniami dr F. zastępował pewnego klienta w rozprawie. Podczas zeznań świadka, adwokat uderzył pięścią w stół, wołając: „Psiakrew, Jak on kręci •.. " Sędzia, uznawszy zachowanie się adwokata za nieprzyzwoite, sporządził zapisek urzędowy i wskutek tego sprawa oparła się o Sąd Grodzki w Kosowie, przed którym adwokat zasiadł na ławie oskarżonych pod zarzutem występku z art. 128 K.K. W wyniku rozprawy zapadł wyrok skazujący dra F. na grzywnę, a wczoraj wiceprezes S. O., przed którym sprawa toczyła się na skutek apelacji zasądzonego adwokata, wyrok sądu kosowskiego zatwierdził. 

Sprawa wzbudziła w kołach palestry kołomyjskiej wielkie zainteresowanie.  

Echo. 1939-01-12 R. 15 nr 12



wtorek, 19 lipca 2022

Z Łodzi do Wschodnich Karpat - Jotsław - Worochta - Żabie - Łódzkie Echo Wieczorne - 1927 - cz.7

 



                                                                 Do Żabiego. VII.

A to co innego! — Teraz będziemy inaczej gadać — rzecze, wskakując na wózek. — Zawiozę panią do mojej gospodyni, p. Baranowskiej. Ona znajdzie kącik dla pani. Ja całą Europę zwiedziłem, byłem w Moskwie, w Petersburgu, miałem protekcję największych potęg rosyjskich Rasputinych, Dołgorukich, Wiaziemskich i t. d., a teraz siedzę w tym zapadłym kącie bez kultury wśród dzikich hucułów! Wśród tego potoku słów podjeżdżamy do dworku p. Baranowskiej, nad spokojnym zadumanym Czeremoszem.

Przywożę pani gościa — woła mój przygodny opiekun, do gospodyni stojącej na ganku.

Bardzo mi przyjemnie — brzmi odpowiedź.

Cieszę się, że będę mogła za chwilę rozprostować moje kości na łóżku. Gramolę się z trudem z wózka, wchodzę na ganek i witam z gospodynią, która dowiedziawszy się, że chodzi o nocleg, kategorycznie odmawia, zasłaniając się brakiem pokoju.

To ja pani mój pokój ustąpię — mówi poczciwy p. L., a sam gdzieś na wsi przenocuję.

Nie przyjęłam, rzecz prosta, takiej ofiary od obcego mi człowieka, pożegnałam się i zrozpaczona a gniewna wdrapałam się znowu na wózek.

Spotkany z kolei starszy, tęgi mężczyzna doktór okręgowy, jak się później dowiedziałam, dał mi adresy dwóch zajazdów: Gaertnera i Szustera. Po kilku chwilach zatrzymujemy się przed Gaertnerem.

Dziura.

Niema jednak wyboru. Szuster na pewne nie lepszy, a zresztą resztkami sił gonię. Dostaję niewielki, względnie czysty pokój za 3 złote — stajnia dla koni 1 zł.

Dorodna hucułka — Maryjka daje mi wody do umycia, czyści ubranie, obuwie, poczem rzucam się na łóżku o godzinie 4.

Przez 7 godzin z górą zatem byłam na wózku!

Po posiłku (smacznej kawy 2 szklanki, 3 kawałki bułki z masłem za 1 złoty!) i 2 godzinnym wypoczynku, poszłam na wieś, główną drogą wzdłuż Czeremoszu srebrzącego się połyskliwie w potokach promieni słonecznych na tle przedziwnie pięknego krajobrazu górskiego — jasnych połonin i ciemnych lasów mijając raz po raz malownicze gromadki hucułów, odświętnie przystrojonych i gwarzących nie frasobliwie.

Patrzę. Dworek p. Baranowskiej. Niewiele myśląc idę na gawędkę. Okazuje się że zna doskonale p. Jankę Schuhmertlową od dziecka i matkę jej niezwykle piękną, zdolną, energiczną i odważną kobietę. Pracowała podobno w drugim oddziale sztabu, czyli w defensywie i będąc gorącą patrjotką - polką/ wielkie oddała usługi ojczyźnie. Umarła w zeszłym roku w marcu na raka, w sile wieku, bo mając lat 35. — z wielką stratą dla narodu, jeśli to wszystko, co p. B. mówiła opiera się na faktach.

Nie mogę pominąć milczeniem pięknego kaktusa, stojącego u p. B. na oknie wśród paru innych niepozornych doniczek.

Ale ten kaktus! Godzien zaprawdę złotego medalu na jakiejś wystawie kwiatowej. Z pomiędzy kilku grubych jak lubieżne wargi i kolczastych liści (nie cierpię liści kaktusowych!) wychyla się 6 — S wspaniałych, purpurowych kielichów w rozkwicie, oprócz których i wazon dosłownie usiany pękami kwiatowemi. Rzadki okaz! Ja przynajmniej równie pięknego kaktusa w kwiecie nic widziałam.

P. Baranowska również bardzo na Żabie narzeka, głównie z powodu braku księdza.

Byli tu z Kołomyi — skarżyła się— żeby z nas ściągnąć pieniądze na plebanie, ale księdza nam choć od czasu do czasu nie przysyłają!

Teraz na przykład nabożeństwo majowe; aptekarz intonuje śpiewy w kościółku, a chłopcy zamiast modlić się pokładają się od śmiechu. Posyłam mego chłopca do kościoła, ale on woli w domu odmówić litanję do Matki Boskiej,

Mniej nagrzeszę, mamo — powiada. Mąż p. B. jest woźnym sądowym w Żabiem (wcale ładny gmach sądowy na brzegu Czeremoszu wśród zieleni drzew).

Przeczekawszy rzęsisty deszcz, który nagle lunął z nie wiedzieć/skąd nagromadzonych chmur, wróciłam do zajazdu i obraziwszy śmiertelnie Gaertnerową pytaniem, czy niema czasem pluskiew w pokoju, jak z krzyża zdjęta złożyłam swe kości do dość wygodnego łóżka z siatką i „Liżnikiem" huculskim zamiast materaca. „Liżnik" z szarej miejscowej wełny w bronzowe, żółte, różowe i bordo pasy. — Dość ładny i gruby. Cena takiego liźnika od 80 do 90 złotych: Użyć go można do przykrycia łóżka lub szelonga. „Liżnik;"' są znacznie tańsze od kilimów, bo tkane z wełny krajowej, kilimy zaś z cienkiej i miękkiej wełny angielskiej.

Nazajutrz z rana po 2-ch szklankach ka wy z doskonałą śmietanką, bułką domową z masłem i owczym serem za 1 zł. (!) — (Chwaliła się Gaertnerową, że jakiś gość z Warszawy zaręczał jej, iż takiej kawy w całej Warszawie nie dostanie. „W takiej cenie szczególniej' dodałabym) ruszyłam w drogę powrotną zatrzymując się w urzędzie gminy dla zebrania garści cyfr. Troje bardzo uprzejmych urzędników: sekretarz, pomocnik i panienka obstąpiło mię na wyprzódki odpowiadając na moje pytania.

Obszar Żabiego?

72 kilometry kw., albo 12 i pół mili kw.

Domów?

1.800.

Mieszkańców ogółem?

12.000 głów, w tern Rusinów 10.500, Polaków 200, Żydów 1.200- — 1.300, Ormian 7.

Szkół powszechnych? 4 rusińskie, 1 polska eksponowana (T-wo szkoły ludowej).

Ilość dzieci w szkołach?

Dyrektor Windyk powie — mieszka przy szkole w Żabiem - Lici. Jots


          Cerkiew Zaśnięcia Matki Bożej (Kościół Prawosławny Ukrainy) - Wikipedia.

WierchowinaŻabie (ukr. ВерховинаWerchowyna) – osiedle typu miejskiego na Ukrainie, w obwodzie iwanofrankowskim, siedziba administracyjna rejonu wierchowińskiego. Położone jest nad Czarnym Czeremoszem (dopływem Prutu), u podnóża pasma Czarnohory, 30 kilometrów na południowy zachód od Kosowa. W 2020 osiedle liczyło 5812 mieszkańców[1], dla porównania spis powszechny w 2001 zanotował ich 5412[2].

Do 1962 roku miejscowość nosiła nazwę Żabie (ukr. Жаб'єŻabje). - Wikipedia.

Z Łodzi do Wschodnich Karpat - Jotsław - Worochta - Łódzkie Echo Wieczorne - 1927 - cz.6

 


                                                 DO ŻABIEGO

Budzę się o czwartej. Niebo w chmurach. Schuhmertl stuka. Narada.

     Pogoda bardzo niepewna. Szkoda, dziś niedziela. Gromady hucułów wylegną z cerkwi barwnym kobiercem. Ale trudno, pojadę do Woronienki. Zasypiam.

— Proszę pani! Proszę pani!— słychać wołanie i stuk w drzwi. Zrywam się wystraszona:

— Kto tam? Co się stało? — pytam.

— To ja. Śliczna pogoda. Może pani pojedzie — woła p. Janka Chumertlowa— wpół do 8-ej.

— Nie zdążę wrócić do 9 wieczorem, a po nocy tłuc się boję.

— To pani jutro wróci!

— Ba! A co pani mąż weźmie za drugi dzień? . .

— Spytam się. Wraca za chwilę: „Tylko 10 złotych. Dla pani!"

— Jazda! Niech Andrzej zaprzęga.

     Ubieram się naprędce, pakuję do torby niezbędne rzeczy, biorę papier, wieczne pióro, ołówek i siadam na niewielki wypełniony sianem wózek z siedzeniem sprężynowem, specjalnie dla mnie pożyczonem.

     Godzina 8 i pół. W jaki sposób w ciągu godziny zdążyłam ubrać się, spakować drobiazgi, wypić śniadanie i być koło tartaku, sama nie wiem.

     Nieswojo mi się zrobiło, kiedy niebawem znalazłam się na samotnej kamienistej drodze, wśród prostopadłych niemal ścian górskich, arabeską ciemnych świerków i szmaragdu liściastego pokrytych, z młodym, kilkunastoletnim zaledwie, wyrostkiem tylko. Ale qui ne risąue rien, na rien"... otrząsnęłam się prędko z przykrego wrażenia i zapatrzyłam w bajecznie piękny krajobraz: szumiące potoki, łąki z kopami suchego siana pod baldachimem stogów, puste obrogi w oczekiwaniu przyszłych sianokosów, ciemne i strzeliste smereki, jasne wysmukłe brzozy, nieco rozłożyste olchy — wszystko w topieli promieni słonecznych pod przeczystą kopułą niebieską.

Powietrze balsamiczne, aż odurzające.

Miejscami rdzawą czerwienią znaczą się buki szaroplenne, zimnem i śniegiem zmrożone.

Droga okropna! Kamień na kamieniu!

— Potem lepiej będzie, Andrzeju? — pytam mego wszechwładnego w danej chwili pana.

— Potem będzie błoto i wyboje — odpowiada mi z flegmą.

     Pocieszył! Zaczynam się,zastanawiać czy wyjdę cało z tej imprezy? Czy policzę w Żabiem kości? Czy nerki nie ruszą z miejsca.

    Około Krzywego Pola — granicy między Worochtą 1 Żabiem zaczyna się rzeczywiście błoto z wybojami.

    Ale ja tymczasem poszłam po rozum do głowy i przed każdą nierównością — boć ją widzę — siedząc z Andrzejem — tuż za końmi, unoszę się w górę, opierając nogi o wóz. Niezła huśtawka coprawda. ale trudno; trzeba sobie radzić jak można...

    Szczyt Howerli znaczy się połaciami śnieżnemi na nieboskłonie; jedziemy ciągle pod górę, aż do Krzywego Pola, dokąd docieramy o godzinie 12.

    Gniadosz i Kasztan — moje koniki, inaczej „Dziadzio" i „Tymonowicz" chrupią siano. Snują się drogą huculi w typowych swych strojach: mężczyźni w kapeluszach jasnych słomkowych, lub ciemnych filcowych ozdobionych lampasem z różnokolorowej włóczki takąż kitą, pomponem właściwie ze świecidełkami (kresanje), w wełnianych bronzowych, czarnych lub ponsowych getrach (kapczuri), w łapciach na nogach (postoły) zesznurowanych rzemykami (wołoki), z torebką skórzaną na pieniądze, za pas zatkniętą (moszanka), w spodniach bronzowych lub czerwonych i serdakach (kożuch) białych wyszywanych bogato i barwnie.

    Hucułki w zapaskach z barwnego samodziału wełnianego (spódnica otwarta z obu boków, niby dwa dywaniki zawieszone z przodu i z tyłu), serdakach i dużych różnokolorowych chustkach (zapłytkach) w jaskrawe kwiaty, któremi mężatki w kształt zawoju czy turbanu owijają głowę. Z rzadka też przewiązują pod brodą, jak gdyby im ból zębów dolegał. Na nogach kapczuri i postoły, czasem czerwone albo żółte buty.

    Od Krzywego Pola droga równie ciężka idzie nieco w dół, więc o godzinie 2-ej stajemy w Żabiem; na pograniczu Żabiego właściwego z Żabiem — Ilcią. Długim sznurem ciągnie lud z cerkwi. Co starszy hucuł trzyma w zębach białą fajeczkę metalową, na krótkim cybuszku.

    Jedziemy Żabiem właściwem koło urzędu gminnego, cerkwi, szkoły powszechnej i wkraczamy do Żabiego-Słupejki z drugą cerkwią (parafją niższą), drugą szkołą i nędznym, stokroć nędzniejszym od worochciańskiego kościółkiem, stale zamkniętym, z bramą czerwoną murowaną o trzech otworach dla dzwonów, z których jeden tylko zawsze milczący wisi z lewej strony; w dwóch innych otworach sterczą smutnie dwa — wisielcze niby — postronki.

Przykry widok zaniedbania!

    Długi ten gościniec ciągnie się parę kilometrów wzdłuż prześlicznego modrego od przeglądających się w nim połonin szmaragdowych szerokiego i spokojnie płynącego Czeremoszu. 

Widok zaczarowany — jak z bajki.

    Nieopodal Żabiego przejeżdżaliśmy koło klauzy" — sztucznego zatoru na rzece, który otwiera się tylko w dniu spławu drzewa tratwami Czeremoszem do Kut.

   Godzina 3-cia; trzeba myśleć o posto* ju, noclegu. Od 8 i pół tłukę się na wózku, nieboga! Idzie jakiś inteligent. Każę stanąć, bo chcę zasięgnąć języka.

   Kłaniam się przechodniowi i pozdrawiam grzecznie. Pytam o jakiś zajazd, względnie prywatne mieszkanie z pokojami do wynajęcia. Przyjeżdżają bowiem i tu letnicy.

— Na lato pani tu zjechała! No, to muszę pani powinszować! Ładnie pani wybrała! Tu grób, Sybir! Ja stąd uciekam! — Sypie się kaskada słów z ust mężczyzny w średnim wieku, o sympatycznym wyrazie twarzy, blond włosach i dużych wąsiskach.

    Tłumaczę mu, że przyjechałam z Worochty na jeden dzień dla zwiedzenia Żabiego, wielkiej, typowej i przepięknie położonej nad Czeremoszem wsi huculskiej.

— W jakim to celu? — indaguje mię— może pani jest korespondentką?

— Tak, odpowiadam podając legitymację w nadziei, że mi to ułatwi znalezienie pokoju, bo ledwie już siedziałam na wózku, czując się zbitą na leśne jabłko.


poniedziałek, 18 lipca 2022

Z Łodzi do Wschodnich Karpat - Jotsław - Worochta - Łódzkie Echo Wieczorne - 1927 - cz.5

 



                                                             Worochta. V.

      Korzystając z soboty śpieszę do Urzędu Gminy chcąc zdobyć nieco danych statystycznych o Worochcie. Pan pisarz uprzejmy. Wręczam mu przygotowany kwestjonarjusz. Obiecuje mi go wypełnić na 4-tą, a że do piero 11-ta mam więc sporo czasu.

    Idę sobie tedy wolnym krokiem główną drogą ku miasteczku. Stara hucułka pędzi stado owiec. Pozdrawia mię zwykłem tu: „Sława Isusu Chriistu" na co odpowiedziawszy ..po wiki" zagaiłam rozmowę:

— To wasze stado?

— Nie. gromadzkie; trzech „gazdów".

— Dlaczego tak mało widać owiec w Worochcie?

— Połoniny drogie: pół złotego od owcy.

— Miesięcznie? ,

— Nie! za całe lato. aż do późnej jesieni... Jutro wybieram się wózkiem Schumertlów za cenę 30 złotych do Żabiego, ogromnej wsi huculskiej położonej o 40 kilometrów, od Worochty. Moja gosposia, Janina z Jungerów Schumertlowa opowiada, że Żabie obszarem równa sie Wiedniowi, ma dwie parafje: Wyższą i Niższą i składa się z dzielnic: Żabie właściwe, Żabie Słupejka, Żabie — Ilcia i Żabie — Zelene. W roku 1923 kilka osób z Warszawskiego Tow. Krajoznawczego zrobiło jednodniową wycieczkę do Żabiego, które jest podobno prześliczne i gdyby miało lepszą komunikację zakasałoby Worochtę jako letnisko. Ale nie zanosi się na to i tymczasem Worochta ma duże powodzenie pomimo prymitywności urządzeń. W roku ubiegłym liczba letników wynosiła 1239 osób.

     Właścicielką willi „Pod Matka Boską" jest p. Erazma Rudzińska ze Lwowa, pp. Schuhmertlowie dzierżawią tylko. Są na procentach: 60 proc. oddają właścicielce, reszta do nich należy. Pokoi jest osiem, skromnie, ale dostatecznie umeblowanych z piecami żelaznemi lub murowanemi. Czystość bez zarzutu. W zeszłym ro ku wszystkie pokoje były zajęte i właścicielka miała 3.500 zł. dochodu. Ceny produktów w Worochcie w maju równały się łódzkim. Cukier tylko droższy niż w Łodzi i Warszawie, bo 2 zł. kilo.

    Dziś jadłam obiad w „Lenie". Jakże mi żal 2 zł. 50 gr., obiad był wstrętny. Pani Schuhmertlowa poczęstowała mię mamałygą — kaszą kukurydziana, gotowaną na wodzie, zaprawioną mlekiem i posypaną bryndzą (owczy ser). Smaczna potrawa. Widziałam mamałygę u Wasyłychy — w formie zbitej masy, ułamałam kawałek, skosztowałam, niemożliwa zdawałoby się do jedzenia, a jednak jest to codzienny posiłek hucułów.

    O czwartej według umowy z p. pisarzem podążyłam do Urzędu gminy. Zamknięte. Siadam bezradna na przyzbie. Czekajże tu do wtorku, a ja po Żabiem natychmiast chcę jechać do Jaremcza! Aż tu pisarz nadchodzi. Ucieszyłam mu się bardzo.

— Myślałam, że p. pisarz tylko w słowach taki grzeczny, a tu widzę z przyjemnością, że i w czynach również! — komplementuję go. Uśmiecha się z zadowoleniem i oddaję mi wypełniona kartkę. Oto garstka cyfr które zdobyłam: Obszar Worochty 17.000 hektarów: 15.000 państwowych a 2.000 gminne. Mieszkańców 1672 ogółem; w tem: Rusinów 1072, Polaków 370 (nauczycielki ze szkoły powszechnej kwestionują te cyfrę rachując więcej). Żydów 217, reszta należy do innych narodowości Niemców przeważnie.

     Po informacje o ilość dzieci w szkole musiałam się zwrócić do kierowniczki szkoły. Udałam się tedy zaraz do domku państwowej szkoły powszechnej gdzie zastałam małą ładniutką hucułke sprzątająca klasy. Zaprowadziła mię na górę do pokoju 2-ch nauczycielek, bo dwie są szkoły w Worochcie 1) polska czyli z wykładowym polskim językiem i 2) utrakwistyczna; polskich dzieci w szkole 55-ro i (w tem 17-ro żydowskich) rusińskieh 58.

     Dzieci huculskie są ładniejsze i zdrowsze od polskich zabiedzonych. (Huculi z pogardą mówią o „barabach" czyli przybyszach). Gruźlica szerzy się wśród dzieci, luty i marzec bowiem są bardzo niezdrowe w Worochcie. ze względu na nagłe zmiany temperatury. Od roku funkcjonuje komitet budowy szkoły polsko-ukraińskiej z 10-ciu osób Złożony: obie nauczycielki, dyrektor i kasjer tartaku, komisarz rządowy, dr. Rygiel, radca nadleśnictwa i t. d. Dotychczasowy fundusz w sumie 1.100 zł. pochodzi z polskich kleszeni, zebrany za pomocą zbiórki ulicznej, przedstawienia dziecinnego i jednorazowych ofiar. Jutro jest walne zebranie, na które mają przybyć robotnicy z tartaku i komitet wystąpi do Rusinów o udział w kosztach budowy szkoły.

    Obie nauczycielki są bardzo miłe i inteligentne oddane swemu zawodowi. Są to „bracia Sjamscy" w spódniczkach: p. Marylka drobna, szczupluchna. wiotka niknie niemal przy p. Elce — wielkoludzie w porównaniu ze swą koleżanką. Obie skończywszy przed rokiem seminarium w Stanisławowie, dostały pierwszą posadę w Worochcie. P. Elka namawia mię na wycieczkę do Żabiego, mówiąc że gra warta stawki. P. Marylka straszy okropną drogą.

     Dowiedziałam się od nich o istniejącem w Worochcie w zaczątkach co prawda, obserwatorium botanicznem prowadzonem przez prof. Wilczyńskiego i budującem się schronisku dla turystów — jedno i drugie na 16-ym kilometrze od tartaku u stóp Howerli najwyższego szczytu Czarnohory (2058 m.) skąd widać dolinę Cissy aż po Marmaros Szygiet;

    Pokazywały mi również prześliczne pisanki ze wsi Kosmacza, słynne na całą okolicę. Od motywów umieszczonych na nich noszą nazwy: „olenie" (jelenie), baby", (krzyże), rękawy itd.

    P. Elka z p. Marylką jadą jutro (niedziela) do Woronienki, ostatniej stacji przed czesko-słowacką granicą, bo droga podobna śliczna, pnąca się w górę (Woronienka leży o 300 m. wyżej od Worochty, której poziom wynosi 800 m. nad poz. m.) poprzez dwa wiadukty.

Na linji Worochta — Woronienka są aż 4 wiadukty: Prut Nr. 1 przed samą Worochta, Prut Nr. 2 w Worochcie (widać go ze wzgórza nad drogą gminną przy willach dr. dr. Kozakiewicza i Hankiewicza) i drugie dwa między Worochtą i Woronienką. Pożegnawszy się z miłemi panienkami idę na dworzec po gazetę „Ruch" zamknięty, czekam i rozglądam się. Na ścianie wisi dokładna mapa Podkarpacia z szczegółowym planem 5-ciu. wycieczek, wykonana przez Oddział

Stanisławowskl Polskiego Towarzystwa Tatrzańskiego:

1-sza z Worochty do Howerli 2058 m.

2-ga z Worochty do Pietrosza 2022 nf.

3-cia z Worochty do Kitułówki 1382 m.

4-ta z Worochty do Rebrowacza 1200 m.

Kto się wybiera na wycieczki powinien bezwzględnie tę mapę wraz z świetnym planem kupić. Ale tymczasem do domu i spać, bo jeśli jutro pogoda, p. Ryszard Schumertl zastuka o 2 i pół zrana!

     Zasnąć jednak tak wcześnie (godz. 9-a) taki marek nocny, jak ja, nie może. Raz poraz przytem zaglądam w okno, badając pogodę: biała poświata ściele się po uśpionej ziemi, gór nie widać, niebo roziskrzone... Jadę! Spać!


Z Łodzi do Wschodnich Karpat - Jotsław - Worochta - Łódzkie Echo Wieczorne - 1927 - cz.4

 Łódzkie Echo Wieczorne - 1927



                                                                    Worochta.

Od Worochty do Stanisławowa — zaczął wykład p. dyrektor — prawie na każdej stacji są tartaki; wogóle w calem województwie stanisławowskiem jest ich bardzo dużo.

Państwowy tartak w Worochcie wydzierżawiło „Karpackie T-wo Leśne Sp. Akc." W obrębie tartaku, jest kolejka leśna, którą eksploatacja leśna transportuje towar do tartaku.

Ilu robotników tartak zatrudnia, p. dyrektorze?

Trzystu stałych, sezonowych zaś różnie.

Dużo wśród nich Polaków?.

Owszem są, ale większość Rusinów.

Ile materjału tartak w Worochcie przerabia?

40.000 metrów kabicznych rocznie, zamówienia prawie wyłącznie;zagraniczne. „Mikuliczyń" przerabia również 40 tysięcy; „Delatyn" około 50.000; „Polska Foresta i Sp." zaś w Nadwornej 80000 mtr. Kub.

Co znaczą, panie dyrektorze, cyfry na klocach, opiewające na tysiące?

Są to numery porządkowe ilości kloców. Nadleśnictwo oddaje towar w zrębach, każdy kloc ma swój numer bieżący, począwszy od jedynki. Prócz tego w księgach każdy kloc na swoją ewidencję, wiek drzewa (świerki dochodzą do lat 300), długość kloca (dochodzi do 20 m.), jego szerokość czyli średnica (wynosi od 60 — 80 centym, a nawet i wyżej.

Czy są bezrobotni w Worochcie?

Nie. Ale tartak płaci mimo to 2 proc. na fundusz bezrobocia, w Nadwornej bowiem i Stanisławowie — wogóle po miastach są bezrobotni.

Dobry dyrektor tak się w końcu rozochocił, że sam się ofiarował pokazać mi tartak w ruchu, co z radością przyjęłam.

Trzeba było jednak poczekać, bo właśnie nadeszła pora półgodzinnej przerwy dla robotników (od 11 i pół do 12-tej). Pan dyrektor poszedł z jakimś interesantem a ja bardzo znużona usiadłam sobie na grubym klocu i czekałam.

O godz. 12 obejrzałam wszystko pobieżnie; a więc: salę z 6-u trakami, tnącemi kloce na części, a każdą część na odpowiednią grubości deski; 3 cyrkularki, równające deski, ryzę — przyrząd do spuszczania gotowego już towaru, szlifiernię do ostrzenia pił, które co kilka godzin trzeba zmieniać, pompy do pompowania wody z Prutu, palenisko zasycane trocinami, w tartakach zastępujących węgiel, a mimo to jest ich taki nadmiar, że tworzą górę," którą widziałam u wejścia do tartaku; suteryny wreszcie, gdzie z maszyn sypia się trociny, niby mąka.

      Aukcja internetowa.


Podziękowawszy bardzo serdecznie p. dyrektorowi za jego uprzejmość, mocno strudzona poszłam do Wasyłychy na obiad. (Tartak leży o 2 kim. od centrum Worochty, gdzie moja hucułka mieszka!) Dostałam duży talerz bardzo smacznego kapuśniaku, kartofli kilka i kromkę chleba. Tym razem był i gospodarz w domu; dobrze staro wyglądający hucuł.

-- A jednak pani małżonka — przy nadziei!.. Brawo, panie hucule!

Bez Woronowa i Sztajnacha sobie radzisz! W czasie całej tej eskapady zgubiłam binokle... Trudno! Sądzono mi okularami jak zupełnie stara babcia w Karpatach Wschodnich świecić!

Czwartego dnia pobytu w Worochcie idę z samego rana do urzędu pocztowego z książeczką P. K. O. po pieniądze. Ładna historia! Nie chcą mi wydać 50 złotych!

Sfałszowano w Łodzi książeczki i grube sumy podjęto na nie w Warszawie. P. K. O. wysłało do wszystkich urzędów pocztowych okólnik nakazujący wstrzymanie wypłat na książeczki wydane w Łodzi, których właściciele podjęli pieniądze- w Warszawie. A trzeba trafu, żre ja właśnie przejeżdżając przez Warszawę podjęłam 100 złotych. Ten zbieg okoliczności zbija z tropu szefa urzędu pocztowego w Worochcie — szefa w spódnicy...

Ja także tracę głowę i zapominam, że moja książeczka wydana w Warszawie w 1923 roku. Już zamyślanm depeszować do P. K. O., bo jestem bez grosza. Daję moją książeczkę p. Schuhmęrtlowi i tu sytuacja się wyjaśnia. Austriak pokazuje nu stempel warszawski przy nadpisie: „Urząd wydania książeczki" i triumfuje:*

,,Widzi pani, jaki pani ma ze mnię „profit! (Profit" to jego ulubione wyrażenie).

Ja z kolei z triumfującą miną i dowodem osobistym idę powtórnie na pocztę, pokazuję „szefowi" stempel, grożę skargą telegraficzną do P. K. 0.. w Warszawie, otrzymuję wreszcie pieniądze i idę spacerem drogą od dworca kolejowego na prawo obejrzeć

                                                                  Sanatorium Kasy Chorych.

Zaimponowało mi! Duży, czysty, jasny trzypiętrowy gmach wysoko wśród gęstwiny smereków położony, o trzech kondygnacjach balkonów dla werendujących chorych, których w danej chwili 85-iu. — W przedsionku budynku widnieje tablicą z nadpisem:

Dyrektor. Stanisławowi Kochańskiemu

inicjatorowi i

niezmordowanemu pracownikowi i

twórcy Sanatorium

dla piersiowo chorych w Worochcie

   Aukcja internetowa.




niedziela, 17 lipca 2022

Z Łodzi do Wschodnich Karpat - Jotsław - Worochta - Łódzkie Echo Wieczorne - 1927 - cz.3

 



                                                                  Worochta.

Mały kościółek z wieżyczka z czerwonej cegły. Ołtarze drewniane, dużo złoceń, malowideł prymitywnych. A jednak Madonna w bieli i błękicie z rozpuszczone mi włosami i oczami ku niebu wzniesione m oraz Święty Józef w tkliwej pieszczocie z małym Jezuskiem — wzruszają.

Obok kościoła 2 wille, jedna drewniana stara o 30 pokojach, druga murowana nowiutka o 10-iu, zbudowana przez stowarzyszonych księży dla ich wypoczynków letnich. „Ksieżówkami" je zowią.

Księdza stałego niema w Worochcie. Od czasu do czasu z Nadwornej przyjeżdża, za to w sezonie, kiedy „ksieżówki" zamieszkane, po kilka Mszy św. odprawia się codziennie.

Cerkiewka jeszcze smutniej od kościółka wygląda. Cmentarzyk ubożuchny, grecko-katolicki i katolicki razem: w świętej zgodzie leżą sobie Rusini i Polacy na spornej ziemi rodzinnej. Obelisk z czarnego granitu wykonany w Stanisławowie czci pamięć c. k. starosty Zaremby — honorowego obywatela miasta Pilzna (aż tu z Pilzna po śmierć przywędrował!); c. k. pocztmistrze, leśniczowie, ludowi nauczyciele śpią sobie tu cicho.


   polska-org.pl

Jakiś Słuchacz medycyny. 21-letni chłopiec tu się zabłąkał, inżynier 3 roty 8 kolejowego batalionu, urodzony w Kijowskiej gub. berdyczewskiego pow. zabity przy budowie mostu w 1917 r. Pod tabliczką z imieniem, nazwiskiem i okolicznościami zgonu, druga tablica blaszana

pomalowana po partacku na biało w 1925 tak, że już dziś popękana farba poodpadała miejscami i nie sposób przeczytać dedykacjii w rosyjskim języku. Z urywkowych zdań jednak domyśleć się można wzruszającego głębokim smutkiem pożegnania:

„Płatat-li kto.. Tiepier ja pniszof... Pro szczaj moj...

Data 13. 8. 1925 r. Podpis: „ot emigran...."

Napis z 1917 r. nienaruszony, a dedykacja z 1925 r. za parę miesięcy zupełnie zniknie. Oto. co znaczy tandeta! W jakich okolicznościach ów Inżynier zabłąkał się tu do Worochty z Kijowskiej guberni? Kto go tak rzewnie żegnał w 8 lat po jego śmierci?


     Huculi przed kaplicą cmentarną w Worochcie (fot. H. Poddębski). ...



Idę dalej ku gminie i szkole powszechnej. Spotykam 10-12-letniego chłopca. (Godzina 10 rano — trzeci dzień mego pobytu w Worochcie).

— Całuję rączki — wita się grzecznie.

— Jak się masz, chłopcze? Co tu robisz na gościńcu, zamiast być w szkole?

— Ja nie chodzę do szkoły.

— Dlaczego?

— Pracuję w tartaku.

— A umiesz - że ty czytać i pisać przynajmniej?

— A jakże! Skończyłem 3 klasy (oddziały).

— Co robi tatuś?

— Nie żyje.

— A matka?

— Przy synach.

— Iluż ich jest?

— Sześciu.

— Razem z tobą?

— Nie, ja siódmy.

Bądź pozdrowiona, dostojna matko! Gdyby wszystkie kobiety twemi śladami kroczyły, ten drogi dziś „towar", co się „mężczyzną" zowie, spadłby z pewnością na łeb,na szyję w cenie!

— Co robią bracia?

— Pracują także w tartaku.

— Ileż ty zarabiasz?

— 2 złote dziennie, za 8 godzin pracy.

— Patrzcie państwo! Ileż masz lat?

— Czternaście.

— Ile bracia zarabiają?

— Dwa i pół złotego, dwa siedemdziesiąt, trzy złote.

— A dlaczego nie jesteś przy robocie?

— Chodziłem do doktora Rygla, bo mię noga boli.

— Ile mu zapłaciłeś?

— Nic. Kasa Chorych płaci.

— Kiedy mówiono mi, że niema tu Kasy Chorych. Ale jest w Nadwornej i płaci dr. Ryglowi, a mnie kancelarja tartaku dała do niego kartkę.

— No, z Bogiem, chłopcze, leć do roboty !

— Całuję rączki. Chłopak mówił czystym, ładnym polskim językiem. Zdjęła mię ochota zobaczyć ten tartak, dający zarobek siedmiu latoroślom męskim polskiego rodu, chlubiącego się jeszcze ponadto czterema przedstawicielkami płci nadobnej; jedna na służbie w Nadwornej, druga zamężna, trzecia i czwarta drobiazg mały — przy matce!

Zuch — baba! Trzeba jej to przyznać!

Wartą złotego medalu!

Idę tedy do tartaku; moją legitymację dziennikarska, na wszelki wypadek mnąc w reku. Wchodzę do kancelarii. Pytam o dyrektora. — Na placu. Wnet jakiś mały chłopczyna ofiaruje mi swoje usługi:

— Może go zawołać?

— Nie zawołać, tylko poprosić, dziecko, a najlepiej zaprowadź mię do niego.

Idziemy między stosami, belek, desek, góry trocin, Malec proponuje, że pobiegnie naprzód po pana dyrektora. — Zgoda, leć, a żywo!

Ja tymczasem wolnym krokiem za nim podążam, aż mi w końcu ginie z oczu. Staję bezradnie w tartakowym lablryncle. Niebawem ukazuje się na głównej ścieżce mężczyzna z siwą gęstą czupryną i poważnym krokiem zbliża się domnie.

— Może p. dyrektor? — pytam jak mogę najsłodziej, by go dobrze usposobić.

— Tak jest. Czem mogę pani służyć? Przedstawiam się i wykładam o co mi głównie chodzi: ilość przerabianego matc hjału. stosunek przedsiębiorstwa do wlaś cicieli lasów i t. d.

— To najlepiej panią zarząd lasów panią informuje!

— Masz djable kaftan! — myślę w duchu — nie obejdzie się bez protekcji. Głoś no zaś mówię:

— Ach, panie dyrektorze! Zarząd lasów tak daleko, a p. dyrektor tak blisko! Jestem z Łodzi, bawię w Worochcie ną urlopie, spotkałam chłopca, pracującego tu w tartaku razem z sześciu swymi

braćmi...

— Jak się nazywa?

— Bardzo to niemądrze z mojej strony panie dyrektorze, ale go nie spytałam, tylko wzięła mię ochota zwiedzić tartak..

— Inaczej by pani tu nie przyszła? — pyta dyrektor z lekkim uśmiechem, prowadząc mię do swego gabinetu.

— Prawdopodobnie nie, p. dyrektorze, bo nie wiedziałam o istnieniu tartaku w Worochcie. Dyrektor spojrzał na mnie wzrokiem w którym wyraźnie przeczytałam haniebny dekret o rnojem nieuctwie, ale się tem wcale a wcale nie przejęłam….