Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Baudienst - Obóz pracy przymusowej. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Baudienst - Obóz pracy przymusowej. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 listopada 2024

Mirosław Chwiałkowski - Wspomnienia - Obóz Kaletnik - Oddział SAMA - cz.1

Dominika Trojaka zainteresował po przeczytaniu na moim blogu materiał zamieszczony w Odgłosach o ataku oddziału partyzanckiego pod dowództwem SAMA na obóz pracy Baudienst w Kaletniku. Dominik miał wielogodzinne nagranie wspomnień pana Mirosława Chwiałkowskiego na swoim Pendrive. Grzecznościowo pozwolił mi na udostępnienie tych wspomnień, za co jestem Dominikowi bardzo wdzięczny i zobowiązany. Otóż, pan Mirosław urodzony w Łodzi w 1926 roku, w wieku 4 lat razem z rodzicami i rodzeństwem przeprowadza się do wypoczynkowej miejscowości Kaletnik koło Łodzi. Jest z tym miejscem związany uczuciowo także w okresie niemieckiej okupacji. Z bardzo obszernych i jakże ciekawych wspomnień, przez ponad 17 minut opowiada o powstaniu obozu pracy  i jego zdobyciu przez oddział partyzancki pod dowództwem SAMA. Oto relacja:


Pewnego razu otrzymuję informację, niby rozkaz.

- Słuchaj Mirek, dla niego byłem po prostu Mirek. 

Tutaj będzie w lesie obóz, na naszej polance, my tak ją nazywaliśmy, na której się odbywały wszystkie nasze piękne imprezy kulturalne. Tu będzie zbudowany obóz pracy przymusowej tzw. Baudienst. A Jurek pracował w międzyczasie i dowiedział się o tym. On pracował jako zwykły smoluch w firmie Kistner która zbudowała ten tor dla Niemców, drugi tor idący jak gdyby równolegle do Słotwin, razem z torem słotwinowskim tutaj. On pracował jako zwykły smoluch, jako maszynista tych lokomotyw dieslowskich, które ciągnęły wózki z piaskiem tzw. kipy, na ten wysoki nasyp. To była po prostu praca kamuflaż dla niego, żeby ukryć swoją obecność tutaj. Żeby był pretekst, że on pracuje ciężko jako robotnik, (Niemcy lubili go), chodził usmarowany, na ramieniu szmaty - i on powiedział:

- słuchaj, będzie tutaj obóz 

     I ten komendant obozu będzie organizował służbę wartowniczą w obozie z wartowników Polaków, was chłopaków. I jeśli się dostaniesz do Baudienstu tutaj, to masz się zgłosić w pierwszej kolejności, bez dyskusji. Ja mówię:

- Jak to, mam stać z karabinem u Niemców jako wartownik niemiecki? 

    Normalnie, we wszystkich obozach rozsianych na trasie nowej kolei, a tych obozów były dziesiątki, warty pełnią mongoli, turkmeni i inna swołocz ze wschodu, która jest na usługach hitlerowców i wyżywa się na nieszczęsnych chłopakach z Polski. 

    Ten austryjak, bo to miał być ten austryjak, wiedeńczyk, postanowił, że on zorganizuje służbę wartowniczą z was chłopaków, więc masz obowiązek do tej służby wstąpić. Czy on to powiedział innym kolegom, nie tłumaczył mi się. Inni koledzy mnie też się nie tłumaczyli. W każdym razie ten obóz w końcu zaczął się budować i organizować. I słowo stało się ciałem. To co ja usłyszałem na ucho od swojego dowódcy, rzeczywiście się dzieje. Komendant, austryjak nazwiskiem Kreuzer, zamiłowany piłkarz, który występował w Berlinie na olimpiadzie w reprezentacji Austrii w 1936 roku, zaczął organizować służbę wartowniczą. Ja nie mogłem się zgłosić, bo byłem już w innym obozie, tutaj koło mojego domu, bo ten obóz był na końcu posesji moich rodziców, łuki i zagajnik go oddzielały. Na tej naszej polance pięknej, gdzieśmy się bawili, tam  pobudowany został obóz, otoczony drutami kolczastymi, rowami strzeleckimi i wycięte 50 metrów pasów wokoło obozu, od jednej strony szosy, wokoło do drugiej strony szosy, takie 50-metrowe przedpole oświetlone reflektorami. I tu pod reflektorami rowy strzeleckie i druty z zewnątrz rowów strzeleckich. I dalej jeszcze palisada z bali, dorną pokryte z tyłu aby kule nie przechodziły. W pewnym momencie, jak obóz został zorganizowany, tzn. postawione baraki i ogrodzony, ci majstrowie z firmy Kistner dostali jeden barak w tym obozie. Jeden barak był przez majstrów zajęty, resztę baraków przez służbę wartowniczą. Sypialnie były w baraku komendanta Lutza Kreuzera, bo on miał żonę i dwie córeczki i mieszkał w obozie. 

    I ten Jasio już nie jest prywatnym pracownikiem firmy Kistner, tylko już jest junakiem, już nie pracuje przy tym karczowaniu lasu i wożeniu piasku, tylko stoi z karabinem na warcie. A Jasio był tak samo długo jak ja w AK, bo myśmy jednej nocy zostali, dziwnym trafem przyjęci. W tych naszych poszukiwaniach, jednego dnia się spotykamy. 

- Masz jakieś kontakty? Tak. A ty? - Też! No to w jakiej jesteś organizacji? 

Ja się nie orientowałem, no wiesz w organizajler?, no tak, ale są różne, gdzie przysięgę masz składać. No ja też, to porównujemy.

- No cholera! - różne teksty są! No to ja: 

- To nie będziemy razem? Z tego wynika, że nie. Ale nie martw się, jak będziesz ty szedł, gwizdniesz na mnie, to ja z tobą idę. A jak będzie odwrotnie, ja na ciebie gwizdnę i będziemy szli razem. On z naganem swojego ojca, którego odkopaliśmy w komórce, pod węglem był zakopany. Nagan ojca, który był z 1 Wojny Światowej, patentowa broń armii czerwonej, fantastyczny rewolwer. A ja miałem pistolet mojego ojca. My jako dzieci, jeszcze przed wojną, myśmy z tym pistoletami sobie normalnie przychodziliśmy, tutaj były w płocie słupki drewniane z podkładów kolejowych i sprawdzaliśmy, który lepszy pistolet, czy jego rewolwer, czy mój pistolet przebije ten dębowy podkład. Mieliśmy wtedy po 10 lat, myśmy żyli jako dzieci w świecie całkowitej iluzji - jako traperzy kanadyjscy, to nam imponowało! Zyć jak traper, obaj byliśmy harcerzami i on i ja. On był w Łodzi, ja byłem w Bróżycy ?. Okazuje się, że on był w NSZ, trafił do NSZ-tu, ja trafiłem do A.K.

    Rano mnie pocieszył, żeby się nie martwić, będziemy i tak razem i tak razem, on wiedział dużo więcej jak ja. Potem się okazuje, spotykamy się u państwa Silskich? na wieczorku, okazuje się, że Rysiek Chaliński z A.K. też jest wartownikiem w Baudienście i wszyscy inni też są wartownikami! Cholera, wszyscy?! Albo NSZ-towcy albo Akowcy! Nie było tam nikogo poza konspiracją. I tak się pięknie złożyło, że Niemcy sami wybrali sobie samych zaufanych konspiratorów z N.S.Z i A.K. na wartowników. Wyszkolił nas sam komendant Kreuzer, który w wykopanej dziurze po piaskowej górze w lesie, zrobił strzelnicę i chodził z tymi wartownikami na ćwiczenia i uczył ich strzelać. 

    Berkut oczywiście i bez tego był wyborowym strzelcem, a pokazy swoje demonstrował przed komendantem Kreuzerem i dostawał za to przepustki, dostawał deputaty żywnościowe, przydziały do domu na cukier, mąkę. Po prostu w postaci gotowych artykułów, bo nie było sklepów w których by ktoś je sprzedał, ani w sklepie tego nie było, tylko po prostu z magazynu komendant kazał wydawać cukier, jajka, masło, słoninę i różne inne produkty. Jasiu był w Baudienście strzelcem wyborowym i bez tego też był strzelcem wyborowym, fantastycznie strzelał, bo od dziecka ćwiczyliśmy. Ja nie miałem takich zdolności poprostu. 

    Zdumiałem się jak zobaczyłem, że cała służba wartownicza, że nie tylko ja otrzymałem od niego rozkaz, ale i inni z NSZ-ców otrzymali od swoich dowódców podobny rozkaz. Bo tenże Kreuzer przedtem był jakimś zastępcą komendanta obozu w Starachowicach, czy w Skarżysku, czy jakimś innym oficerem w Baudienście i jadąc organizować Baudienst w Kaletniku, przywiózł ze sobą takich swoich podręcznych, zaufanych junaków z tamtego obozu, i to samych NSZ-ców wysokiej rangi. Mówiłem właśnie, że Berkut był podchorążym NSZ-tu, chłopaki po podchorążówkach i on ich przywiózł jako swoich, jako ten "zaczyn na to ciasto" które ma być, no i zorganizowali służbę wartowniczą. Wartownicy nie pracowali, mieli wolne dni, mieli przepustki, nie chodzili do pracy, strzelali, ćwiczyli. Próbne alarmy jak robili, jeden czy dwa były, pamiętam, to u mnie z komina aż cegły zlatywały z dachu. Taką strzelaninę potrafili urządzić.

    Po południu zbierali się, była zbiórka, bo w międzyczasie ten Kreuzer w tym wyciętym pasie kazał zbudować boisko, zorganizował tak jak służbę wartowniczą, zorganizował drużynę piłki nożnej. Szkolił tę drużynę całe dnie. Oni nie pracowali przy sypaniu wałów, tylko grali w piłkę, on ich uczył. Dostawali kawał nagrody za dobre wyniki. Mało tego, urządzał pokazowe mecze z Niemcami innych formacji, na przykład z prochowni, sprowadzał służbę wartowniczą z Niemców, na mecz piłki nożnej z Baudienstem. Oczywiście wszyscy dostawali w "tyłek", aż wióry się sypały, tak Baudienst grał, a Kreuzer wlatywał na boisko rozanielony, ściskał się ze swoimi piłkarzami, oni go podnosili do góry, rzucali, krzyczeli: "niech żyje!" On im dawał znowu przepustki, przydziały żywności, wolne, i tak sielanka trwała.

    Ten Berkut był wartownikiem, wiedział coś, tego mi nie powiedział, bo on już nie żyje, ja nie miałem z nim możności się tego dowiedzieć. Wiedział coś, ponieważ jednej nocy stał na bramie z kozłami hiszpańskimi, noc upłynęła, następna noc nadchodzi, on ma wartę wyznaczoną gdzieś z tyłu, to on się zamienia z innym wartownikiem na posterunki, że on Berkut będzie przy bramie, a Kafel? poszedł tam. Druga noc mija i nic. Trzecia noc, Berkut znowu stoi na bramie, zaczęło być podejrzane, ale nikt nic nie myślał, zresztą inne chłopaki nie byli takie jak Berkut, on był wyjątkowy, jeden. No i tej nocy Berkut stoi na tej bramie i około 1 w nocy, po drugiej stronie szosy jest las i z niego wychodzi SAM z Nerą jako oficerem dyżurnym, wychodzą na szosę. Berkut natychmiast odsuwa kozły hiszpańskie, otwiera bramę i wpuszcza SAMA. SAM przechodząc przez bramę wydaje rozkaz: 

- Warta pod broń i zbiórka na placu apelowym. Na alarm wszyscy ustawiają się na placu apelowym. Przed całą grupą już z bronią, bo przecież podczas alarmu muszą wyskakiwać z bronią, staje sobie dowódca oddziału SAM z Nerem. Każe się odliczyć, sprawdza obecność, czy wszyscy są, zwykła taka działalność pozorująca, jakieś inne zachowania, dyspozycyjni biegają po Baudinstcie, rozkaz:

- Otwierać magazyny odzieżowe, żywnościowe, pościelowe, także otwierać magazyny broni i amunicji dla warty. Wartownicy wynoszą skrzynie, no i na końcu wydają junakom polecenie, aby natychmiast opuszczali obóz, żeby zabierali co kto chce z różnych magazynów otwartych i żeby wynosili się, każdy w swoją stronę. Na końcu, rozkazem wysyła jakiegoś wartownika Baudinstowego do komendanta baraku, aby poprosił Helmuta Kreuzera o przybycie, jest 1 w nocy. Mimo to komendant nie spał, grał w pokera zdaje się z którymś z majstrów firmy Kistner. Pani komendantowa z dziećmi zdaje się spała w swojej sypialni barakowej. Zdaje się, że to był Nero, który poszedł po tego komendanta. Zasalutował, przedstawił się, że jest oficerem dyżurnym oddziału Wojska Polskiego i komendant oddziału prosi pana komendanta na plac apelowy, aby przekazać wartę nowemu dowódcy. I taki był incydent, że otworzył drzwi do sypialni i zobaczył, że komendantowa też nie śpi, mimo, że była w łóżku. Powiedział, znamy, że pani doskonale potrafi strzelać, dlatego prosimy przez godzinę nie korzystać z broni. - wyszedł i zamknął drzwi. A pan Kreuzer wziął pas i pistolet i wyprowadzony przyszedł przed już zebraną swoją wartę, dowódcy się prężą, stoją na baczność. SAM przedstawił się kim jest, no i podziękował, w tył zwrot i odszedł. Inna wersja mówi, że zachował jakieś pozory i że powiedział, że tych bandytów Polska niepodległa ukarze za kolaboracje z Niemcami. Tak to miał powiedzieć, ale ja osobiście nie uzyskałem potwierdzenia od tych którzy tam byli, którzy go słuchali. Różne są wersje, oddział wymaszerował do lasu, w tył zwrot, kierunek las i bez jednego wystrzału wszystko się odbyło.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


Das Interesse von Dominik Trojak wurde geweckt, nachdem er in meinem Blog das in Odgłosy veröffentlichte Material über den Angriff einer Partisaneneinheit unter dem Kommando der SAMA auf das Arbeitslager Baudienst in Kaletnik gelesen hatte. Dominik hatte eine einstündige Aufnahme der Memoiren von Herrn Miroslaw Chwialkowski auf seinem Flash Drive. Er hat mir freundlicherweise erlaubt, diese Erinnerungen weiterzugeben, wofür ich Dominik sehr dankbar und dankbar bin. Nun, Herr Mirosław wurde 1926 in Łódź geboren und zog im Alter von 4 Jahren mit seinen Eltern und Geschwistern in den Kurort Kaletnik bei Łódź. Mit diesem Ort war er auch während der deutschen Besatzung emotional verbunden. In seinen sehr ausführlichen und sehr interessanten Memoiren berichtet er über 17 Minuten lang über die Einrichtung des Arbeitslagers und dessen Einnahme durch eine Partisaneneinheit unter dem Kommando der SAMA. Hier ist der Bericht:


Es war einmal, dass ich Informationen erhielt, als ob es ein Befehl wäre.

- Hör zu Mirek, für ihn war ich einfach Mirek.

Hier wird es ein Lager im Wald geben, auf unserer Lichtung, so haben wir sie genannt, wo all unsere schönen kulturellen Veranstaltungen stattfanden. Hier wird das so genannte Baudienst-Zwangsarbeiterlager gebaut werden. Und Jurek hat in der Zwischenzeit gearbeitet und das herausgefunden. Er hat als einfacher Kesselflicker in der Firma Kistner gearbeitet, die diese Strecke für die Deutschen gebaut hat, die zweite Strecke, die sozusagen parallel zu Slotwin verläuft, zusammen mit der Slotwin-Strecke hier. Er arbeitete als einfacher Tüftler, als Lokführer dieser Diesellokomotiven, die die Sandkarren, die sogenannten „Kipas“, diesen hohen Damm hinaufzogen. Für ihn war es einfach ein Tarnjob, um seine Anwesenheit hier zu verbergen. Damit es eine Ausrede gab, dass er als Arbeiter hart arbeitete, (die Deutschen mochten ihn), er ging geschmiert, mit Lumpen auf den Schultern - und er sagte:

- Hört zu, hier wird es ein Lager geben.

Und dieser Lagerkommandant wird den Wachdienst im Lager aus polnischen Wächtern organisieren, aus euch Jungs. Und wenn ihr hier in den Baudienst kommt, müsst ihr euch zuerst melden, keine Diskussion. Ich sage:

- Was soll das heißen, ich muss als deutscher Wachposten mit einem Gewehr bei den Deutschen stehen?

Normalerweise waren in all den Lagern, die entlang der Strecke der neuen Eisenbahn verstreut waren, und es gab Dutzende dieser Lager, die Wachen Mongolen, Turkmenen und anderer Abschaum aus dem Osten, die den Nazis zu Diensten waren und es an den unglücklichen Jungen aus Polen ausließen.

Dieser Österreicher, denn es sollte dieser Österreicher sein, ein Wiener, beschloss, dass er aus euch Jungen einen Wachdienst organisieren würde, so dass ihr verpflichtet wart, diesem Dienst beizutreten. Hat er das den anderen Kollegen gesagt, mir hat er es nicht erklärt. Die anderen Kollegen haben es mir auch nicht erklärt. Jedenfalls fing dieses Lager schließlich an, sich aufzubauen und zu organisieren. Und das Wort nahm Gestalt an. Was ich im Ohr meines Kommandanten hörte, geschah tatsächlich. Der Kommandant, ein Österreicher namens Kreuzer, ein begeisterter Fußballer, der 1936 in Berlin für die österreichische Nationalmannschaft an den Olympischen Spielen teilgenommen hatte, begann, Wachdienste zu organisieren. Ich konnte mich nicht freiwillig melden, weil ich bereits in einem anderen Lager war, hier in der Nähe meines Hauses, denn dieses Lager befand sich am Ende des Grundstücks meiner Eltern, es war durch Bögen und ein Wäldchen getrennt. Auf dieser schönen Lichtung, auf der wir spielten, war ein Lager errichtet worden, umgeben von Stacheldraht, Schießgräben und 50 Meter langen Streifen um das Lager herum, von der einen Straßenseite bis zur anderen Straßenseite, so ein 50-Meter-Vordergrund, beleuchtet von Scheinwerfern. Und hier unter den Scheinwerfern Schießgräben und Drähte von außerhalb der Schießgräben. Und weiter hinten eine Palisade aus Baumstämmen, die mit Dornen bedeckt war, um das Durchdringen von Kugeln zu verhindern. Irgendwann, als das Lager organisiert wurde, d.h. Baracken errichtet und eingezäunt wurden, bekamen diese Vorarbeiter der Firma Kistner eine Baracke in diesem Lager. Eine Baracke wurde von den Vorarbeitern bewohnt, der Rest der Baracke vom Wachdienst. Die Schlafräume befanden sich in der Baracke des Kommandanten Lutz Kreuzer, denn er hatte eine Frau und zwei Töchter und wohnte im Lager.

Und dieser Jasio ist kein Privatangestellter der Firma Kistner mehr, sondern ist schon ein Junker, der nicht mehr auf dieser Waldlichtung arbeitet und Sand schleppt, sondern mit einem Gewehr auf der Wache steht. Und Jasio war genau so lange in der AK wie ich, denn wir wurden eines Nachts seltsamerweise mitgenommen. Auf unserer Suche werden wir uns eines Tages treffen.

- Hast du irgendwelche Kontakte? Ja. Und du? - Auch! Nun, in welcher Organisation bist du?

Ich wusste nicht, du weißt schon, in einem Veranstalter?, na ja, ja, aber es gibt verschiedene, wo man den Eid ablegen soll. Also ich auch, dann vergleichen wir.

- Ach, Scheiße! - es gibt verschiedene Texte! Na ja, das bin ich:

- Dann werden wir nicht zusammen sein? Daraus folgt: nein. Aber keine Sorge, wenn du gehst, pfeifst du mir nach, und ich komme mit dir. Und wenn es andersherum ist, pfeife ich dir zu und wir gehen zusammen. Er mit dem Nagan seines Vaters, den wir in der Zelle ausgegraben haben, er war unter der Kohle vergraben. Der Nagan seines Vaters, der aus dem Ersten Weltkrieg stammte, eine Patentwaffe der Roten Armee, ein fantastischer Revolver. Und ich hatte die Pistole meines Vaters. Als Kinder, noch vor dem Krieg, kamen wir mit diesen Pistolen hierher, es gab Holzpfosten aus Eisenbahnschwellen im Zaun, und wir prüften, welche die bessere Pistole war, ob sein Revolver oder meine Pistole diese Eichenschwelle durchbohren würde. Wir waren damals 10 Jahre alt, wir lebten als Kinder in einer Welt der totalen Illusion - als kanadische Trapper beeindruckte uns das! Um wie ein Trapper zu leben, waren wir beide Pfadfinder, er und ich. Er war in Lodz, ich war in Bróżyca ? Es stellte sich heraus, dass er in der NSZ war, er landete in der NSZ, ich landete in der A.K..

    Am Morgen tröstete er mich, ich solle mir keine Sorgen machen, wir würden sowieso zusammen sein, er wisse viel mehr als ich. Dann treffen wir uns bei Herrn und Frau Silski? auf einer Soiree, und es stellt sich heraus, dass Rysiek Chaliński von A.K. auch Wächter in Baudienst ist, und alle anderen sind auch Wächter! Verdammt, alle anderen! Entweder NSZ-Truppen oder Akowks! Es war niemand da, außer der Untergrund. Und so kam es, dass die Deutschen selbst die sehr vertrauenswürdigen Verschwörer aus der NSZ und A.K. als Wächter auswählten. Wir wurden von Kommandant Kreuzer selbst ausgebildet, der in einem Loch, das er in einen Sandberg im Wald gegraben hatte, einen Schießstand einrichtete und mit diesen Wächtern ging, um zu üben und ihnen das Schießen beizubringen.

Berkut war natürlich auch ohne dies ein hervorragender Schütze, und er führte seine Vorführungen dem Kommandanten Kreuzer vor und erhielt dafür Passierscheine, Verpflegungsgelder, Rationen für Zucker und Mehl für sein Haus. Einfach in Form von Fertigartikeln, denn es gab keine Läden, in denen man sie verkaufen konnte, auch nicht im Laden, sondern der Kommandant bestellte einfach aus dem Laden Zucker, Eier, Butter, Schweinefett und verschiedene andere Produkte. Jasiu war Scharfschütze im Baudienst und ohne das war er auch ein Scharfschütze, er war ein phantastischer Schütze, denn wir hatten von Kindheit an geübt. Ich hatte diese Fähigkeit einfach nicht.

Ich war erstaunt, als ich sah, dass der gesamte Wachdienst, dass nicht nur ich den Befehl von ihm erhielt, sondern auch andere aus der NSZ-Zivil einen ähnlichen Befehl von ihren Kommandanten erhielten. Denn dieser Kreuzer war vorher ein stellvertretender Kommandant des Lagers in Starachowice oder in Skarżysko oder ein anderer Offizier im Baudienst gewesen, und als er den Baudienst in Kaletnik organisieren wollte, brachte er seine handlichen, vertrauten Jünger aus diesem Lager mit, und das waren selbst hochrangige NSZ-Männer. Ich habe gerade gesagt, dass Berkut ein NSZ-Kadett war, Jungs aus Kadettenschulen, und er brachte sie als seine eigenen mit, als diesen „Sauerteig für den Teig“, der kommen sollte, und sie organisierten den Wachdienst. Die Wachen arbeiteten nicht, sie hatten frei, sie hatten Ausweise, sie gingen nicht zur Arbeit, sie schossen, sie übten. Bei Probealarmen flogen, wie ich mich erinnere, ein oder zwei von ihnen in meinem Schornstein Ziegel vom Dach. Sie waren in der Lage, eine solche Schießerei zu organisieren.

    Am Nachmittag versammelten sie sich, es gab eine Versammlung, denn in der Zwischenzeit hatte dieser Kreuzer, in diesem Ausschnittstreifen, ein Spielfeld bauen lassen, organisierte wie ein Wachdienst, organisierte eine Fußballmannschaft. Er trainierte diese Mannschaft den ganzen Tag lang. Sie arbeiteten nicht beim Schütten der Dämme, sie spielten einfach Fußball, er brachte es ihnen bei. Für gute Ergebnisse bekamen sie eine kleine Belohnung. Und nicht nur das, er arrangierte auch Demonstrationsspiele mit Deutschen aus anderen Formationen, zum Beispiel aus dem Pulvermagazin, er holte den Wachdienst der Deutschen zu einem Fußballspiel mit dem Baudienst. Natürlich bekamen sie alle den „Arsch voll“, bis die Fetzen fielen, so spielte der Baudienst, und Kreuzer flog jubelnd auf das Spielfeld, umarmte seine Fußballer, sie hoben ihn hoch, warfen ihn hin, riefen: „Es lebe!“ Er würde ihnen wieder Pässe geben, Essensrationen, Freizeit, und so ging die Idylle weiter.

    Dieser Berkut war ein Wächter, er wusste etwas, er hat es mir nicht gesagt, denn er lebt nicht mehr, ich hatte keine Möglichkeit, es bei ihm herauszufinden. Er wusste etwas, denn eines Nachts stand er am Tor mit den spanischen Ziegen, die Nacht verging, die nächste Nacht kommt, er hat irgendwo hinten eine Wache eingeteilt, dann tauscht er mit einer anderen Wache, dass er Berkut am Tor sein wird, und Kafel? er ging hin. Die zweite Nacht vergeht und nichts. In der dritten Nacht steht Berkut wieder am Tor, es wurde verdächtig, aber niemand dachte sich etwas dabei, die anderen Jungs waren sowieso nicht wie Berkut, er war etwas Besonderes, einer. Nun, in dieser Nacht steht Berkut am Tor und gegen 1 Uhr nachts gibt es einen Wald auf der anderen Seite der Straße und aus diesem kommt SAM mit Nera als diensthabendem Offizier, sie gehen auf die Straße hinaus. Berkut schiebt sofort die spanischen Böcke zurück, öffnet das Tor und lässt SAM herein. SAM geht durch das Tor und gibt den Befehl:

- Wache unter Waffen und Versammlung auf dem Versammlungsplatz. Auf den Alarm hin stellen sich alle auf dem Appellplatz auf. Vor der ganzen Gruppe, die bereits bewaffnet ist, weil sie während des Alarms mit ihren Waffen springen muss, steht der Kommandeur der SAM-Einheit mit Ner. Er ordnet einen Countdown an, prüft die Anwesenheit, ob alle da sind, die übliche solche Scheinaktivität, etwas anderes Verhalten, den Wegwerflauf um Baudinst, den Befehl:

- Bekleidungslager, Lebensmittellager, Bettzeuglager öffnen, auch Waffen- und Munitionslager für die Wachen öffnen. Die Wachposten tragen die Kisten heraus und befehlen schließlich den Kämpfern, das Lager sofort zu verlassen, sich aus den verschiedenen offenen Magazinen zu nehmen, was sie wollen, und zu gehen, jeder in seine Richtung. Schließlich befiehlt er einem Baudinst-Wachtposten, den Kommandanten der Kaserne aufzufordern, Helmut Kreuzer hereinzubitten, da es 1 Uhr morgens ist. Trotzdem ist der Kommandant wach, er spielt anscheinend Poker mit einem von Kistners Vorarbeitern. Die Frau des Kommandanten mit den Kindern scheint in ihrem Barackenzimmer geschlafen zu haben. Es scheint Nero gewesen zu sein, der diesen Kommandanten holte. Er salutierte, stellte sich vor, dass er der diensthabende Offizier des polnischen Armeekommandos sei, und der Kommandant des Kommandos bat den Kommandanten, auf den Appellplatz zu gehen, um die Wache an den neuen Kommandanten zu übergeben. Und so kam es, dass er die Schlafzimmertür öffnete und sah, dass die Kommandantin ebenfalls wach war, obwohl sie im Bett lag. Er sagte: „Wir wissen, dass die Dame sehr gut schießen kann, also bitte benutzen Sie Ihre Waffe eine Stunde lang nicht. - Er ging hinaus und schloss die Tür. Und Herr Kreuzer nahm seinen Gürtel und seine Pistole und ging hinaus, trat vor seine bereits versammelte Wache, die Kommandanten stolzierten, standen stramm. SAM stellte sich vor, wer er war, bedankte sich, drehte sich um und ging weg. Eine andere Version besagt, dass er den Schein wahrte und sagte, dass diese Banditen vom unabhängigen Polen für ihre Kollaboration mit den Deutschen bestraft werden würden. Das soll er gesagt haben, aber ich persönlich habe keine Bestätigung von denen bekommen, die dort waren und ihm zugehört haben. Es gibt verschiedene Versionen, die Einheit marschierte hinaus in den Wald, kehrte um, ging in Richtung Wald und ohne einen einzigen Schuss ging alles über die Bühne.





wtorek, 29 października 2024

Oddział SAMA - AK - Obóz pracy Kaletnik - Koluszki - Odgłosy - 1983 - cz.4

 

NA KWATERZE U SZPAKA 

W radosnym nastroju starzy i nowi partyzanci szybkim marszem powędrowali, mijając Wągry, Rogów i wieś Felusia, na bardzo odległą kwaterę, gdzie dotarli tu przed wschodem słońca. Kiedy na wschodzie niebo zaczęło się przejaśniać, w leżącym niedaleko wsi Kotulin gospodarstwie Szpaka panowała cisza i zupełny spokój, i tylko gospodarze zaczęli krzątać się wcześniej niż zwykle, by przygotować posiłek dla tak licznych gości. Po śniadaniu zrobiono przegląd zdobyczy, a głównie broni, na którą złożyły się 22 karabiny, 4 pistolety „Walter", 1 - parabellum, 12 granatów oraz około 2 tys. sztuk amunicji karabinowej i kilkadziesiąt nabojów pistoletowych. 

Ogólne samopoczucie było wspaniałe: oddział dopiero od paru dni był w lesie, a już liczył 37 żołnierzy, był dobrze uzbrojony i miał na swoim koncie pierwszą „robotę". Po przeglądzie „starszyzna" oddziału zebrała się na naradę, na której nastąpiła właściwa i ostateczna organizacja oddziału Podzielono go na 4 patrole po 8 ludzi każdy, a reszta - dowódca, zastępca dowódcy, na którego wybrano Groma. kwatermistrz - Nurek oraz dwaj kucharze stanowiła grupę dowódcy oddziału. Na dowódców patroli wybrano Łosia, Kresa, Nera i Kapra. Ustanowiono raz na zawsze. że pierwszy patrol - Łosia szedł zawsze przodem i pierwszy brał udział w akcji lub też wycofywał się. Drugi. w kolejności był patrol Nera, za nim Kresa, a czwarty - mata Kapra, który w każdej sytuacji osłaniać miał tyły, zacierać ślady przemarszu.

 Po południu na kwaterę do Szpaka przybyła łączniczka Krystyna w towarzystwie Felusia, który nie mógł wytrzymać nie mając bezpośredniej relacji o rozbiciu Baudienstu i nie mogąc osobiście złożyć chłopcom gratulacji. Krystyna opowiedziała. jakie wrażenie zrobiła akcja na obóz w Kaletniku i jaką relację koluszkowskiej żandarmerii złożył komendant obozu. Według tej relacji cały obóz otoczony został przez jakiś oddział partyzancki, liczący chyba ze 150 ludzi. który musiał przywędrować prawdopodobnie z okolic Piotrkowa Tryb ... Wobec przewagi w uzbrojeniu i zaskoczenia najrozsądniej było poddać się. tym bardziej. że załoga nie mogła liczyć na żadną pomoc.

Komendant i inni Niemcy z obozu ze względów osobistych wyolbrzymili w raportach nocne wydarzenia, popuszczając wodze swojej fantazji. Wywołało to taką konsternację. że Niemcy nie podjęli żadnych represji w stosunku do chłopców z obozu i ich rodzin, rozpoczęli natomiast tropienie oddziału w kierunku Piotrkowa, gdzie go oczywiście nie było . Krystyna powiedziała też, że dostarczony aparat radiowy służyć ma nasłuchiwaniu Londynu, skąd w najbliższym czasie nadany zostanie sygnał o przylocie samolotu, który dokona zrzutu broni. W obsłudze radia i sposobie nasłuchiwania przeszkolony został st. strz. Juka (Jerzy Szelestowski) z Głowna, który tego właśnie wieczoru dołączył do oddziału. Juka codziennie słuchał Londynu, ale, niestety, w oznaczonym czasie nadawano różne utwory muzyczne, lecz nie ten, który miał być hasłem zrzutu dla oddziału Sama.

Czekając na ten zrzut, wdrażano chłopców w arkana partyzantki - bardzo odmiennej od tej, jaką poznali na przeszkoleniu u słynnego Wichra w okolicach Piotrkowa i Końskich, Łoś i Kaper. Tu trzeba było wypracować i stosować zupełnie inną taktykę, taktykę „czapki niewidki", a to oznaczało, że . choć partyzanci są we wsi, to wieś nie może o tym wiedzieć z wyjątkiem wtajemniczonych ludzi. W terenie prawie bezleśnym i gęsto zaludnionym, także przez niemieckich kolonistów, należało postępować zupełnie inaczej, by oddział był bezpieczny, a miejscowa. ludność nie ucierpiała od nieprzyjaciela. W takich warunkach warty można było wystawiać tylko w obrębie zajmowanego gospodarstwa i to tak, aby bezpośrednio nawet sąsiedzi nie wiedzieli o gościach. kwaterujących we wsi. Dla zapewnienia bezpieczeństwa stosowano też tzw. taktykę „kotła". Polegała ona na tym, że jeśli ktoś obcy wszedł na teren gospodarstwa i zauważył partyzantów, zostawał zatrzymany aż do zmierzchu w domu gospodarzy, który mógł opuścić dopiero po złożeniu solennej obietnicy. że nikomu nie powie o spotkaniu oddziału . Zdarzało się, że nieraz pod wieczór w „kotle" było i ze 20 osób, Kwatery zmieniano co noc - nie tylko dla bezpieczeństwa, ale i po to. by nie przeciążać gospodarzy świadczeniem różnych usług i wyżywieniem tylu ludzi. Przed opuszczeniem kwatery zawsze bardzo sumiennie regulowano rachunki za wyżywienie oddziału. co następnie było kontrolowane przez inspektorów komendy okręgu AK. Zdarzało się jednak, że niektórzy gospodarze odmawiali przyjęcia zapłaty, uważając żywienie partyzantów za swój obowiązek.

Na kwaterze wszyscy musieli przyzwyczaić się do mówienia szeptem, a za każde głośniejsze odezwanie wyznaczano karę - godzinę pod karabinem. Poza tym nie wolno było rozbierać się i zdejmować obuwia bez zezwolenia, a i to dopiero pod wieczór. Spać należało w pełnym rynsztunku i z bronią tak do śpiącego przytroczoną, aby w czasie alarmu był on od razu gotowy do walki. Nie wolno też było pozwolić podczas snu rozbroić się. Był to straszny rygor, ale tylko w ten sposób można było zapewnić maksimum bezpieczeństwa. 16 lipca po południu na kwaterze zjawił się znany już niektórym chłopcom pchor. Wirek (Marian Niciński). Był to krępej budowy mężczyzna w średnim wieku o jowialnym uśmiechu na okrągłej twarzy, lubiany i szanowany przez ludzi z konspiracji. · Za swoją działalność w Kedywie awansowany został na podchorążego i zajmował stanowisko dowódcy koluszkowskiej dywersji. 

                                                                        Opracował i podał do druku: PAWEŁ TOMASZEWSKI      


IN DEN QUARTIEREN BEI SZPAK

In fröhlicher Stimmung marschierten die alten und neuen Partisanen über Wągry, Rogów und das Dorf Felusia zu ihrem weit entfernten Quartier, wo sie noch vor Sonnenaufgang eintrafen. Als sich der Himmel im Osten aufzuhellen begann, war es auf dem Hof von Szpak in der Nähe des Dorfes Kotulin ruhig und still, und nur die Gastgeber begannen früher als sonst, das Essen für die vielen Gäste zuzubereiten. Nach dem Frühstück wurde der Besitz der Truppe begutachtet, vor allem die Waffen: 22 Gewehre, 4 „Walter“-Pistolen, 1 Parabellum, 12 Granaten und etwa 2.000 Schuss Gewehrmunition sowie mehrere Dutzend Pistolenpatronen.

Die allgemeine Stimmung war gut: Die Einheit war erst seit wenigen Tagen im Wald und zählte bereits 37 Soldaten, war gut bewaffnet und hatte ihren ersten „Job“ hinter sich. Nach der Besprechung versammelten sich die „Ältesten“ der Truppe zu einer Sitzung, auf der die eigentliche und endgültige Organisation der Truppe stattfand. Die Truppe wurde in vier Patrouillen zu je acht Mann aufgeteilt, und der Rest - der Kommandant, der stellvertretende Kommandant, für den Grom gewählt wurde, der Quartiermeister - Diver - und zwei Köche - bildeten die Führungsgruppe der Truppe. Elch, Kres, Ner und Kapr wurden als Patrouillenführer gewählt. Es wurde ein für alle Mal festgelegt, dass die erste Patrouille - Elch - immer an der Spitze ging und als erste an einer Aktion teilnahm oder sich zurückzog. An zweiter Stelle stand die Patrouille von Nera, gefolgt von der Patrouille von Kres und an vierter Stelle die Patrouille von Kapr, die in jeder Situation die Nachhut bilden und die Spuren des Marsches sichern sollte.

 Am Nachmittag traf Verbindungsoffizier Krystyna in Begleitung von Felus in Szpaks Quartier ein, der es nicht ertragen konnte, nicht direkt von der Auflösung des Baudienstes zu erfahren und den Jungen nicht persönlich gratulieren zu können. Krystyna erzählte, welchen Eindruck die Aktion auf das Lager Kaletnik gemacht hatte und welchen Bericht die Gendarmerie von Koluszko an den Lagerkommandanten gegeben hatte. Demnach war das ganze Lager von einer Partisaneneinheit umzingelt, die vielleicht 150 Mann zählte und wahrscheinlich aus der Nähe von Piotrków Tryb .... kam. In Anbetracht des Waffenvorteils und der Überraschung war es das Vernünftigste, sich zu ergeben, zumal die Besatzung mit keiner Hilfe rechnen konnte.

Der Kommandant und andere Deutsche aus dem Lager übertrieben in ihren Berichten aus persönlichen Gründen die Ereignisse der Nacht und ließen ihrer Phantasie freien Lauf. Dies führte zu einer solchen Bestürzung, dass die Deutschen keine Repressalien gegen die Jungen aus dem Lager und ihre Familien ergriffen, sondern die Einheit in Richtung Piotrków verfolgten, wo sie offensichtlich nicht war. Krystyna sagte auch, dass das gelieferte Funkgerät dazu benutzt werden sollte, London abzuhören, von wo aus bald ein Signal über die Ankunft eines Flugzeugs gesendet werden würde, das einen Waffenabwurf durchführen würde. Pvt. Juka (Jerzy Szelestowski) aus Głowno, der noch am selben Abend zur Einheit stieß. Juka hörte jeden Tag London, aber leider wurden zur verabredeten Zeit verschiedene Musikstücke ausgestrahlt, aber nicht das, das das Abwurfpasswort für Sams Einheit sein sollte.

Während sie auf den Abwurf warteten, wurden die Jungen in die Geheimnisse des Partisanenkriegs eingeführt - ganz anders als die, die sie während ihrer Ausbildung bei den berühmten Wichern bei Piotrków und Końskie, Łoś und Kaper gelernt hatten. Hier musste eine ganz andere Taktik ausgearbeitet und angewandt werden, die Taktik der „Tarnkappe“, und das bedeutete, dass die Partisanen zwar im Dorf sind, das Dorf aber außer den Eingeweihten nichts davon wissen darf. In einem fast waldlosen und dicht besiedelten Gebiet, das auch von deutschen Kolonisten bewohnt war, musste man ganz anders vorgehen, damit die Truppe sicher war und die örtliche Bevölkerung nicht vom Feind geschädigt wurde. Unter diesen Bedingungen konnten die Wachen nur innerhalb des besetzten Hofes und so aufgestellt werden, dass nicht einmal die unmittelbaren Nachbarn von den im Dorf einquartierten Besuchern erfuhren. Um die Sicherheit zu gewährleisten, wurde auch die so genannte „Kesseltaktik“ angewandt. Wenn ein Fremder das Gehöft betrat und die Partisanen bemerkte, wurde er bis zum Einbruch der Dunkelheit im Haus des Bauern festgehalten, das er erst verlassen durfte, nachdem er feierlich versprochen hatte, niemandem von dem Treffen der Einheit zu erzählen. Die Quartiere wurden jede Nacht gewechselt, nicht nur aus Sicherheitsgründen, sondern auch, um die Gastgeber nicht mit verschiedenen Dienstleistungen und Lebensmitteln für so viele Personen zu überlasten. Vor dem Verlassen der Unterkunft wurden die Lebensmittelrechnungen der Einheit immer sehr gewissenhaft bezahlt, was dann von den Inspektoren der AK-Bezirksleitung kontrolliert wurde. Es kam jedoch vor, dass einige Gastgeber die Zahlung verweigerten, da sie die Verpflegung der Partisanen als ihre Pflicht ansahen.

In den Quartieren mussten sich alle daran gewöhnen, im Flüsterton zu sprechen, und für jede laute Äußerung gab es eine Strafe - eine Stunde unter der Kanone. Außerdem durfte man sich ohne Erlaubnis weder ausziehen noch die Schuhe ausziehen, und auch das nur am Abend. Man musste in voller Montur schlafen und seine Waffe so am Körper tragen, dass man sofort kampfbereit war, wenn der Alarm ertönte. Es war auch verboten, sich im Schlaf zu entwaffnen. Das war eine furchtbare Strenge, aber die einzige Möglichkeit, maximale Sicherheit zu gewährleisten. Am 16. Juli tauchte nachmittags ein Kadett, der einigen der Jungen bereits bekannt war, in der Unterkunft auf. Wirek (Marian Niciński). Er war ein stämmiger Mann mittleren Alters mit einem fröhlichen Lächeln in seinem runden Gesicht, der bei den Männern des Untergrunds beliebt und geachtet war. - Für seine Aktivitäten im Kedyw wurde er zum Kadetten befördert und war Kommandant des Koluszko-Ablegers.

Zusammengestellt und bearbeitet von: PAWEŁ TOMASZEWSKI        

Oddział SAMA - AK - Obóz pracy Kaletnik - Koluszki - Odgłosy - 1983 - cz.3


W poprzednim odcinku autor opowiadał o pierwszej akcji partyzanckiego oddziału Sama - Ryszarda Ziółkowskiego. Celem jej było opanowanie obozu przymusowej pracy w Kaletniku k/Koluszek. Dziś dalszy ciąg tej relacji. 

Obudzeni dziwnym hałasem śpiący w barakach chłopcy zorientowali się, że w obozie dzieje się coś niezwykłego. Ci, którzy wcześniej od innych wyszli na plac apelowy, zaangażowani zostali przez partyzantów do noszenia łupów (mundury baudienstowskie. kurtki, buty, pasy, koce, chlebaki, manierki i żywność, której z magazynów zabrano niewiele; gdyż i tak było już co nieść). Robili to z zapałem i satysfakcją. Potem pchor. Sam polecił wyprowadzić na plac komendanta obozu i jego partnera gry w szachy i, ustawiwszy ich pod strażą w świetle latarni, krzyknął gromkim głosem: 

- Wszyscy chłopcy zbiórka na placu! I żeby nikt nie został w barakach! Nie minęły dwie minuty, a około 400 chłopców ustawiło się w trójszeregu jak do rannego apelu. Wtedy Sam w krótkich słowach powiedział zebranym, iż ci, którzy do nich przyszli tej nocy, są polskimi partyzantami. Przybyli, by ochronić ich przed wywiezieniem do Niemiec na roboty poprzez likwidację obozu i rozpuszczenie ich do domów. Ale nim to nastąpi. muszą być ukarani kolaboracjoniści. Z kolaboracjonistami był to manewr, w· którym chodziło głównie o chłopców z Ruchu Oporu, dziąłającego w obozie, którzy dołączyć mieli do oddziału. Trzeba było w jakiś sposób ochronić ich rodziny przed prześladowaniami i zemstą gestapo i żandarmerii. Postanowiono więc oficjalnie ich rozstrzelać po uprzednim wyprowadzeniu z obozu. Z otrzymanej od Kresa dowódcy obozowej organizacji, z kartki Grom zaczął wyczytywać nazwiska zdrajców, nakazując wywołanym ustawić się z boku. Opieszale opuszczali szeregi swych dotychczasowych kolegów, a gdy któryś nie chciał wystąpić, wypychano go do przodu, wołając :

, Idź, ty sukinsynu, jeśli cię wołają!" Wkrótce na .środku placu stanęło osiemnastu chłopców, w których partyzanci wymierzyli lufy karabinów. W obozie zaległa złowroga cisza. Po odczekaniu paru chwil - dla wywołania większego efektu - Sam odezwał się do zebranych: 

- Widzicie chłopaki, ci ludzie są synami Polaków, którzy sprzeniewierzyli się Ojczyźnie służąc Niemcom. Niektórzy z nich służyli im nawet z bronią w ręku , będąc w służbie wartowniczej i za to te  sk... syny muszą ponieść: zasłużoną karę! A Pik, doskoczywszy do grupy zdrajców, uderzył w twarz Kresa, Wita i Burzę, obiecując im lepszą porcję w późniejszym czasie. Następnie Sam powiedział chłopcom z Baudienstu, że są wolni i mogą opuścić obóz, ale dopiero w pół godziny po odejściu oddziału. Komendantowi-inspektorowi kazał zaś zameldować żandarmerii w Koluszkach o rozbiciu obozu przez partyzantów, lecz dopiero po wschodzie słońca, zaznaczając, że w razie nieposłuszeństwa zostanie odnaleziony i dostanie kulę w łeb. Na koniec wzniósł okrzyk „Niech żyje Polska". „Niech żyje! Niech żyje! Niech żyje!" - odpowiedziało mu gromko całe towarzystwo, a przez zapomnienie - nawet i .,kolaboracjoniści" Ten trzykrotny okrzyk dotarł do uszu ubezpieczających oddział patroli Łosia i Kapra, którzy odetchnęli z ulgą po półgodzinnym wyczekiwaniu w napięciu i domysłach co dzieje się w obozie. . Wiodąc przed sobą obarczonych łupami "jeńców". oddział zaczął wycofywać się do lasu, a w miarę jak oddalał się od obozu. odgłos nocnej wrzawy w Baudienście zanikał. Kres. Wit i Burza zameldowali pchor. Samowi, że są z nimi wszyscy chłopcy, którzy poprzednio zgłosili chęć dołączenia do oddziału. Byli to: Berkut (Jan Galicki), Leliwa (Olgierd Monowid), Tur ?, Gron: II (Kazimierz Lisik), Wilk (?), Fred (Henryk Wieczorek), Lot (Stanisław Olechowicz), Lotti (Wiesław Tybura), Wicher (Ryszard Szaliński), Twardy (Józef Wójcik), Janczar (Jan Czerwiński); Ryś (Ryszard Dula), Mur (Stanisław Duklewski), Langiewicz (Zbigniew Szperling), Orzeł (?). Razem osiemnastu młodych ludzi w wieku od 17 do 25 lat.

Tymczasem patrol Kapra po przecięciu drutów tylko czekał na pojawienie się na drodze jakiegoś pojazdu z Niemcami. Trzej partyzanci czaili się w rowie, marząc, że gdy Niemcy, będą już blisko, wpakują w nich dwa pełne magazynki z erkaemu, rzucą granata, zmasakrują Szwabów, zdobędą broń, co będzie aktem zemsty i powodem do chwały dla nich i oddziału. 

I nagle - deus ex machina - zauważyli na drodze dwa nikłe światełka. Na pewno Niemcy jadą do Baudienstu - pomyśleli sobie - a my tu zaraz przypieprzymy im tak, że ruski miesiąc pamiętać będą tę noc. Mijały długie sekundy, w chłopcach rosło napięcie, a ciągle nie było słychać warkotu motoru. W pewnej chwili metalicznie jęknęły przecięte druty telefoniczne i oba światła zgasły. Rozległ się brzęk i jakieś głuche uderzenie o ziemię, po którym posypały się głośne przekleństwa 

- „Donnerwetter ... " Chłopcy wyskoczyli z rowu z okrzykiem: - Hande hoch, wir werden schiessen!

Na drodze gramoliło się dwóch Niemców, a obok nich leżały, zaplątane w telefoniczne druty, rowery. Okazało się, że są to majstrowie z Baudienstu, którzy, pijani, wracali nocą do obozu z jakiejś birbantki. Niestety. nie mieli przy sobie broni. W czasie ich rewidowania nadeszli Grom i Pik, powiadamiając patrol Kapra o zakończeniu akcji. Po chwili w poświacie księżyca na żwirowej drodze wyłoniło się kilka postaci. idących szybkim krokiem. Na pytanie „Stój! Kto idzie?!" dały nura do rowu. Byli to chłopcy z obozu, którzy nie czekając aż upłynie pół godziny. "rozbiegli się. by jak najszybciej znaleźć się możliwie daleko od Baudienstu. Dwóm pierwszym partyzanci podarowali rowery niemieckich majstrów. Wkrótce szosa zaroiła się uciekinierami.


In der vorigen Folge berichtete der Autor über die erste Aktion der Partisaneneinheit von Sam - Ryszard Ziolkowski. Ihr Ziel war es, ein Zwangsarbeitslager in Kaletnik bei Koluszki zu erobern. Heute wird der Bericht fortgesetzt.

Die in den Baracken schlafenden Jungen wurden durch ein seltsames Geräusch geweckt und merkten, dass im Lager etwas Ungewöhnliches geschah. Diejenigen, die früher als die anderen zum Appellplatz gegangen waren, wurden von den Partisanen beauftragt, Beute zu tragen (Baudienst-Uniformen, Jacken, Stiefel, Gürtel, Decken, Halbschuhe, Feldflaschen und Lebensmittel, von denen nur sehr wenig aus den Lagern genommen worden war; denn zu tragen gab es ohnehin schon etwas). Sie taten es mit Begeisterung und Zufriedenheit. Danach befahl Pfc. Sam befahl anschließend, den Lagerkommandanten und seinen Schachpartner auf den Platz zu führen, und nachdem er sie im Schein der Laternen bewacht hatte, rief er mit donnernder Stimme:

- Alle Jungen versammeln sich auf dem Platz! Und dass niemand in den Baracken bleibt! Keine zwei Minuten waren vergangen, und etwa 400 Jungen stellten sich in einer Dreierreihe auf, als ob sie zum Morgenappell antreten wollten. Dann erklärte Sam den versammelten Männern in kurzen Worten, dass diejenigen, die in dieser Nacht zu ihnen gekommen waren, polnische Partisanen waren. Sie waren gekommen, um sie vor der Deportation nach Deutschland zur Arbeit zu bewahren, indem sie das Lager auflösten und sie in ihren Häusern auflösten. Aber bevor dies geschehen kann. Die Kollaborateure müssen bestraft werden. Bei den Kollaborateuren handelte es sich um ein Manöver, das vor allem Jungen aus dem Widerstand betraf, die im Lager aktiv waren und der Einheit beitreten sollten. Es war notwendig, ihre Familien irgendwie vor der Verfolgung und Rache durch die Gestapo und die Gendarmerie zu schützen. Daher wurde beschlossen, sie offiziell zu exekutieren, nachdem sie aus dem Lager geführt worden waren. Von einem Blatt Papier, das er von Kres, dem Kommandanten der Lagerorganisation, erhalten hatte, begann Grom die Namen der Verräter zu verlesen und befahl den Aufgerufenen, zur Seite zu gehen. Widerstrebend verließen sie die Reihen ihrer ehemaligen Kollegen, und als sich einer weigerte, vorzutreten, wurde er mit den Worten „Geh, du Hurensohn!

Geh, du Hurensohn, wenn sie dich rufen!“. Bald standen achtzehn Jungen in der Mitte des Platzes, auf die die Partisanen die Läufe ihrer Gewehre richteten. Eine bedrohliche Stille legte sich über das Lager. Nachdem er einige Augenblicke gewartet hatte - um eine größere Wirkung zu erzielen - sprach Sam zu den Versammelten:

- Seht ihr, Jungs, diese Männer sind die Söhne von Polen, die das Vaterland veruntreut haben, indem sie den Deutschen gedient haben. Einige von ihnen haben ihnen sogar mit der Waffe in der Hand gedient, als sie Wache hielten, und dafür müssen diese Söhne von .... Hurensöhne müssen bestraft werden: verdientermaßen! Und Pik, der zu der Gruppe der Verräter hinübergesprungen war, gab Kres, Wit und Tempest eine Ohrfeige und versprach ihnen später eine bessere Portion. Dann teilte Sam den Baudienst-Jungen mit, dass sie das Lager verlassen dürfen, aber erst eine halbe Stunde nach dem Abmarsch der Truppe. Der Kommandant-Inspektor wiederum wurde angewiesen, der Gendarmerie in Koluszki zu melden, dass die Partisanen das Lager abgebrochen hätten, aber erst nach Sonnenaufgang, wobei er darauf hinwies, dass er im Falle der Missachtung des Befehls gefunden und erschossen werden würde. Schließlich stieß er den Ruf „Es lebe Polen“ aus. „Es lebe! Es lebe! Es lebe!“ - Dieser dreifache Ruf erreichte die Ohren der versichernden Patrouillen Elk und Kapr, die nach einer halben Stunde des gespannten Wartens und des Rätselratens, was im Lager vor sich ging, aufatmeten. . Sie führten die mit Beute beladenen „Gefangenen“ vor sich her. Der Trupp begann sich in den Wald zurückzuziehen, und als er sich vom Lager entfernte, verstummte das Geräusch des nächtlichen Aufruhrs in Baudienst. Grenzer. Wit und Burza berichteten dem Pfc. Sam, dass alle Jungen, die sich zuvor freiwillig für die Einheit gemeldet hatten, bei ihnen waren. Sie waren: Berkut (Jan Galicki), Leliwa (Olgierd Monowid), Tur ?, Gron: II (Kazimierz Lisik), Wilk (?), Fred (Henryk Wieczorek), Lot (Stanisław Olechowicz), Lotti (Wiesław Tybura), Wicher (Ryszard Szaliński), Twardy (Józef Wójcik), Janczar (Jan Czerwiński); Ryś (Ryszard Dula), Mur (Stanisław Duklewski), Langiewicz (Zbigniew Szperling), Orzeł (?). Insgesamt sind es achtzehn junge Männer im Alter zwischen 17 und 25 Jahren.

Währenddessen wartete die Patrouille von Kapr, nachdem sie die Drähte gekappt hatte, nur darauf, dass ein Fahrzeug mit Deutschen auf der Straße auftauchte. Die drei Partisanen lauerten im Graben und träumten davon, dass die Deutschen, wenn sie in der Nähe waren, zwei volle Magazine aus einer Erkaem in sie hineinpackten, eine Granate warfen, die Deutschen massakrierten und ihre Waffen erbeuteten, was ein Racheakt und ein Grund zum Ruhm für sie und die Einheit sein würde.

Und plötzlich - deus ex machina - bemerkten sie zwei schwache Lichter auf der Straße. Sicherlich sind die Deutschen auf dem Weg zum Baudienst“, dachten sie sich, “und wir werden sie so hart treffen, dass sie sich einen russischen Monat lang an diese Nacht erinnern werden. Lange Sekunden vergingen, die Spannung in den Jungen wuchs, und noch immer war das Surren des Motorrads nicht zu hören. Auf einmal ächzte ein durchgeschnittenes Telefonkabel metallisch auf und beide Lichter gingen aus. Es gab ein Scheppern und eine Art ohrenbetäubenden Aufprall auf dem Boden, gefolgt von lauten Schimpfwörtern

- „Donnerwetter ... „ Die Jungen sprangen mit einem Schrei aus dem Graben: - Hande hoch, wir werden schießen!

Zwei Deutsche humpelten die Straße entlang, und neben ihnen lagen, verheddert in Telefondrähten, Fahrräder. Sie entpuppten sich als Vorarbeiter des Baudienstes, die betrunken von einem nächtlichen Birbant ins Lager zurückkehrten. Unglücklicherweise. hatten sie keine Waffen bei sich. Während sie durchsucht wurden, trafen Grom und Pik ein und meldeten der Patrouille von Kapr, dass die Aktion beendet sei. Nach einer Weile tauchten im Mondlicht mehrere Gestalten auf dem Schotterweg auf, die mit schnellem Schritt gingen. Auf die Frage „Halt, wer geht denn da?“ tauchten sie in den Graben ein. Es waren Jungen aus dem Lager, die, ohne zu warten, eine halbe Stunde vergehen ließen. „Sie zerstreuten sich, um so schnell wie möglich vom Baudienst wegzukommen. Die ersten beiden bekamen von deutschen Vorarbeitern Fahrräder von den Partisanen geschenkt. Bald war die Straße von Flüchtlingen überwuchert.



 




 


Oddział SAMA - AK - Obóz pracy Kaletnik - Koluszki - Odgłosy - 1983 - cz.2

 Po „załatwieniu" wartownika postawiono jednego z chłopców przy bramie, a dwaj inni - jak on, uzbrojeni tylko w pistolety - ruszyli każdy w inna stronę wzdłuż wału, rozbrajając, czekających na to, następnych wartowników, którzy po oddaniu broni wskazywali drogę do miejsca zbiórki na centralnym placu. W tym samym czasie pchor. Sam z pozostałą siódemką ludzi prowadzony przez wartownika sprzed bramy ruszył ostrożnie w kierunku wartowni, którą należało w pierwszym rzędzie opanować, gdyż zgromadzona była tam broń Baudienstu. (Osobistą krótką broń mieli przy sobie zatrudnieni w obozie Niemcy). Nagle z mroku wynurzyły się dwie postacie. Jedna z nich podeszła do idącego przodem Sama, który usłyszał: 

- Dalej ja was poprowadzę. Byli to Burza i Kres, którzy wraz z Witem organizowali od wewnątrz rozbicie obozu, a potem przyłączyli się do oddziału.

Gdy podeszli do wartowni, zobaczyli, że drzwi otwarte są na oścież. Była wspaniała, ciepła noc. Wnętrze oświetlała jedna, osłonięia tekturą lampa. Przy stole siedziało dwóch ludzi. Po obstawieniu okna Grom, Nero i Nurek weszli do środka i wymierzyli swoje dwa steny i karabin w śpiących przy stole oraz innych, którzy w głębi wartowni leżeli na pryczach. Grom krzyknął: 

- Hande. hoch, wir werden schiessen blieb ruhich ! 

Wyrwani ze snu, zaskoczeni niemiecką komendą wartownicy podnieśli posłusznie ręce do góry, a gdy zorientowali się, iż pomiędzy nimi a stojakami z bronią stoją jacyś trzej osobnicy z wymierzonymi w nich lufami, na okrzyk Groma „Padnij !" posłusznie zeszli z prycz i położyli się na podłodze wartowni. Zaskocznie było całkowite. Gdy Grom ze swoją grupą opanowywał wartownię, a dwaj inni - barak admimstracji, pchor. Sam w towarzystwie Burzy i Kresa poszedł do baraku, w którym mieszkał komendant-inspektor Baudienstu Kaletnik.

Kreuzer grał ostatnią już partię szachów z jednym z majstrów, kiedy usłyszał czyjeś kroki na chrzęszczącym żwirze przed swoim barakiem. Podniósł głowę znad szachownicy i ku wielkiemu zdumieniu zobaczył wskakującego przez otwarte okno Sama, który mierzył w niego ze swego stena. Komendant odruchowo podniósł słuchawkę stojącego obok aparatu telefonicznego i przyłożył ją do ucha. Telefon był głuchy. Po chwili od strony drzwi dało się słyszeć „Hande hoch" Burzy i dopiero na to wezwanie obaj szachiści podnieśli ręce do góry, nie bardzo jeszcze rozumiejąc, co się właściwie stało. 

W rogu pokoju leżała na łóżku żona komendanta i czytała książkę. Kreuzer grał ostatnią już partię szachów z jednym z majstrów, kiedy usłyszał czyjeś kroki na chrzęszczącym żwirze przed swoim barakiem. Podniósł głowę znad szachownicy i ku wielkiemu zdumieniu zobaczył wskakującego przez otwarte okno Sama, który mierzył w niego ze swego stena. Komendant odruchowo podniósł słuchawkę stojącego obok aparatu telefonicznego i przyłożył ją do ucha. Telefon był głuchy. Po chwili od strony drzwi dało się słyszeć „Hande hoch" Burzy i dopiero na to wezwanie obaj szachiści  podnieśli ręce do góry, nie bardzo jeszcze rozumiejąc, co się właściwie stało.  

- Wiem. że umie pani dobrze strzelać - powiedział do niej Sam - ale nie radzę nawet próbować, bo cały obóz opanowany jest przez partyzantów Następnie wytłumaczył Kreuzerowi. jaki jest cel wizyty oddziału w obozie, zaznaczając przy tym, że jeżeli nie będzie stawiał oporu, to nikomu nic złego się nie stanie. Wkrótce zjawił się Grom, meldując, że wartownia opanowana, trzej niemieccy majstrowie rozbrojeni i doprowadzeni na wartownię. gdzie trzymani są pod dobrą strażą. - Ponieważ w takiej sytuacji nie jestem w stanie przeciwdziałać - powiedział wówczas łamaną polszczyzną komendant - zmuszony jestem poddać obóz i wydać posiadaną broń oraz to, co panowie sobie życzą. Mam nadzieję, że panowie dotrzymają słowa, nikt z nas nie będzie skrzywdzony...   



Nachdem die Wache „fixiert“ war, wurde einer der Jungen am Tor platziert, und zwei andere - wie er nur mit Pistolen bewaffnet - bewegten sich jeweils in eine andere Richtung entlang des Walls und entwaffneten, darauf wartend, die nächsten Wachen, die, nachdem sie ihre Waffen abgegeben hatten, den Weg zum Sammelplatz auf dem zentralen Platz wiesen. Zur gleichen Zeit führte Pfc. Sam mit den verbleibenden sieben Männern, angeführt von der Wache vor dem Tor, vorsichtig auf das Wachhaus zu, das in erster Linie überwältigt werden musste, da die Baudienstwaffen dort versammelt waren. (Persönliche Kurzwaffen wurden von den im Lager beschäftigten Deutschen mitgeführt). Plötzlich tauchten zwei Gestalten aus der Dunkelheit auf. Eine von ihnen näherte sich Sam, der vorauslief und hörte:

- Ich werde euch weiterführen. Es waren Burza und Kres, die zusammen mit Wit die Auflösung des Lagers von innen organisiert hatten und sich dann der Einheit anschlossen.

Als sie sich dem Wachhaus näherten, sahen sie, dass die Tür weit geöffnet war. Es war eine herrliche, warme Nacht. Eine einzige Lampe, abgeschirmt durch Pappe, beleuchtete das Innere. Zwei Männer saßen an einem Tisch. Nachdem sie das Fenster ausspioniert hatten, gingen Grom, Nero und Diver hinein und richteten ihre beiden Stenos und ein Gewehr auf die Schlafenden am Tisch und die anderen, die in den Tiefen der Wachstube auf den Kojen lagen. Grom brüllte:

- Hande. hoch, wir werden schießen blieb ruhigich !

Aus dem Schlaf gerissen und von dem deutschen Befehl überrascht, hoben die Wachposten gehorsam die Hände in die Luft, und als sie merkten, dass zwischen ihnen und den Gewehrständern drei Personen standen, deren Gewehre auf sie gerichtet waren, stiegen sie auf Groms Ruf „Runter! kamen sie gehorsam aus ihren Kojen und legten sich auf den Boden des Wachhauses. Die Überraschung war vollkommen. Als Grom mit seiner Gruppe die Kontrolle über das Wachhaus und die beiden anderen über die Bewachungsbaracke übernommen hatten, kam Pfc. Sam, begleitet von Burza und Kres, in die Baracke, in der der Baudienst-Kommandant Kaletnik wohnte.

Kreuzer spielte gerade eine letzte Schachpartie mit einem der Vorarbeiter, als er Schritte auf dem knirschenden Kies vor seiner Baracke hörte. Er hob den Kopf über das Schachbrett und sah zu seiner großen Überraschung, wie Sam durch das offene Fenster hereinsprang und mit seinem Sten auf ihn zielte. Instinktiv nahm der Kommandant den Hörer des neben ihm stehenden Telefonapparats ab und hielt ihn an sein Ohr. Das Telefon war ohrenbetäubend. Nach einem Moment war Storms „Hande hoch“ von der Seite der Tür zu hören, und erst bei diesem Ruf hoben beide Schachspieler die Hände in die Luft, ohne wirklich zu begreifen, was eigentlich geschehen war. 

- Ich weiß, dass du gut schießen kannst“, sagte Sam zu ihr, “aber ich rate dir, es gar nicht erst zu versuchen, denn das ganze Lager ist von Partisanen überrannt. Dann erklärte er Kreuzer. den Zweck des Besuchs der Truppe im Lager und wies darauf hin, dass niemand verletzt würde, wenn sie keinen Widerstand leisteten. Bald darauf erschien Grom und meldete, dass das Wachhaus eingenommen, die drei deutschen Vorarbeiter entwaffnet und in das Wachhaus gebracht worden waren, wo sie gut bewacht wurden. - Da ich in einer solchen Situation nichts ausrichten kann“, sagte der Kommandant in gebrochenem Polnisch, “bin ich gezwungen, das Lager zu übergeben und die in meinem Besitz befindlichen Waffen und alles, was Sie wünschen, auszuhändigen. Ich hoffe, dass Sie, meine Herren, Ihr Wort halten werden und dass niemandem von uns etwas passieren wird. ....


poniedziałek, 28 października 2024

Oddział SAMA - AK - Obóz pracy Kaletnik - Koluszki - Odgłosy - 1983 - cz.1

 

Na łamach Odgłosów zamieszczano wspomnienia partyzantów z oddziału SAMA. W numerze nr.20 z 1983 członek tego oddziału, żołnierz AK, Jerzy Żukowski opisuje historię ataku na obóz pracy przymusowej - Baudinst w Kaletniku koło Koluszek. Zamieszczam cz. 1 jego jakże ciekawych wspomnień.



Odgłosy : tygodnik społeczno-kulturalny. 1983-05-14 R. 26 nr 20

TAM GDZIE DACHY SŁOMĄ KRYTE - cz.2

Obóz przymusowej pracy - Baudienst (służba budowlana) założono około Wielkanocy w 1943 roku. Wcielono do mego przymusowo młodych Polaków powyżej 16 lat, pochodzących z okolic Piotrkowa Tryb., Rawy Maz„ Koluszek. Pracowali oni pod kierunkiem niemieckich majstrów na różnych · budowach, Baudienst Kaletnik znajdował się w pobliżu Koluszek na dużej leśnej polanie przy szosie Zakowice - Będzelin około 500 metrów od skraju lasu. Na wzór rzymski, obóz miał kształt prostokąta o wymiarach 90 na 150 metrów i otoczony był ziemnym wałem z rowem od wewnątrz , na którym był płot z drutu kolczastego o wysokości 2,5 metra z jedną bramą wejściową, umiejscowioną pośrodku węższego boku przylegającego do szosy. Na· lewo od wejścia mieściła się wartownia. Do służby wartowniczej wybierano tzw. zaufanych młodych ludzi, których Niemcy mieli nadzieję z czasem zgermanizować, tak jak i wszystkich innych chłopców z obozu. Na prawo od bramy był barak kancelarii i administracji oraz pomieszczenia dla majstrów Na terenie obozu, początko­ nie mając ze sobą kontaktów, działały tajne organizacje AL, NSZ i AK. W ruchu oporu zorganizowanych było łącznie ok. 50 ludzi, którzy należeli również do zgrupowań spoza. obozu. Akcja na Baudienst została starannie przygotowana napierw od wewnątrz przez te organizacje - głównie. AK, którym przewodzili kpr. Kres (Stanisław Iwan). pchor. Wit : (Teodor Zep) i st. strz. Burza (Józef Marszałek).

    Pchor. Sam przedstawił plan opanowania obozu, co powinno nastąpić przez zaskoczenie i bez hałasu. W czasie akcji warty miały być trzymane przez ludzi z organizacji, którzy zastąpią nie wtajemniczonych i sprzyjających Niemcom wartowników, pod pretekstem skorzystania wolnęgo w innym czasie . Rozbrajanie Niemców miało być przeprowadzane przez ludzi· spoza obozu ze względu na bezpieczeństwo rodzin chłopców, którzy po udanej akcji mieli dołączyć do oddziału. Całość akcji miał ubezpieczać dość liczny oddział miejscowej „dywersji". Miejscem spotkania obu oddziałów miał być skraj lasu przy torze kolejowym niedaleko Żakowic. 9 lipca ok. godz. 23, przy wspaniałej pogodzie oddział Sama dotarł do torów, przeszedł przez nie i wsiąkając w poszycie lasu, zaległ w umówionym miejscu. Sygnałem rozpoznawczym obu grup było hukanie puszczyka. O wyznaczonej godzinie puszczyk odezwał się trzy razy, ale w lesie panowała niezmącona cisza. Puszczyk znowu huknął parę razy i znowu nikt się nie odezwał. Potem puszczyk Sama hukał przez przeszło godzinę, ale z lasu nie było odzewu. Po długim wyczekiwaniu, ze względu na późną porę, Sam wycofał oddział z powrotem na kwaterę do Felusia. Wszyscy byli źli i zmęczeni, bo przeszli ok. 30 kilometrów zupełnie na próżno. Następnego dnia przed południem przybyła z Kaluszek łączniczka Krystyna z zapytaniem od komendy, dlaczego oddział Sama nie stawił się na akcję. ,.Dywersja" czekała w umówionym miejscu, a chłopcy z Baudienstu czuwali prawie do rana.

Po wysłuchaniu raportu Sama łączniczka wsiadła na rower i pojechała złożyć meldunek w komendzie, a gdy późnym popołudniem przybyła ponownie, opowiedziała, że ludzie z „dywersji" czekali dość długo, bacznie obserwując linię toru, przez który oddział Sama miał przejść. Nie zauważywszy nikogo, kto przechodziłby w tym czasie przez tory, nie zwrócili wcale uwagi na dobrze hukającego puszczyka i około pierwszej w nocy wycofali się lasem do swoich domów. Otóż „dywersja" nie mogła zauważyć chłopców z oddziału Sama, ponieważ ci po dojściu do torów wyczekali na moment zajścia księżyca za chmury i wtedy właśnie przeskoczyli przez tory, które często patrolowane byly przez Bahnschutzów. Spotkania zaś z nimi należało unikać, mając ważne zadanie do wykonania. Po dokładnym opisaniu miejsca, gdzie czekała „dywersja", okazało się, iż dzieliło ją od oddziału Sama zaledwie 150 metrów.

Po wyjaśnieniu powodów nocnego pecha Krystyna oznajmiła. że dowództwo poleciło ponowne przeprowadzenie akcji tejże nocy, podała czas i bardziej pewne miejsce spotkania. Dla uniknięcia pomyłki sygnał rozpoznawczy pozostał ten sam. Pod wieczór ponownie zaczęto przygotowywać się do wyprawy, a gdy zapadł zmierzch, oddział powędrował znaną już z poprzedniej_nocy drogą na nowe miejsce spotkania z „dywersją", wyznaczone niezbyt daleko od pierwszego. Był tam pół godziny przed czasem. Dokładnie o wyznaczonej porze puszczyk zahukał trzy razy, po paru chwilach znów trzy razy i jeszcze trzy razy, ale i teraz żadnej odpowiedzi z lasu nie usłyszano. Gdy w pewnej chwili dał się słyszeć głos puszczyka, ucieszono się, że nareszcie dojdzie do spotkama, lecz wkrótce puszczyk umilkł. Chłopcy zaczęli pogwizdywać najpierw cicho, potem coraz głośniej, ale i na to nie było żadnej odpowiedzi. Dobrze po północy oddział wycofał się z lasu do wsi Przyłęk Duży. Tym razem Krystyna zjawiła się już z samego rana, a gdy dowiedziała się wszystkiego, zaklęła szpetnie. bo „dywersja" była w umówionym miejscu, a chłopcy w obozie znów czekali w pogotowiu.  

Zgodnie z raportem „dywersji", na miejsce spotkania przybyli oni całą godzinę wcześniej i hukał im puszczyk, ale wysoko nad głowami, więc prawdopodobnie gdy odezwał się puszczyk od Sama, nie odróżnili go od prawdziwego. Późniejsze gwizdania wzięli za nawoływanie powracających z przepustek chłopców z Baudienstu. W taki to sposób na skutek niepomyślnego zbiegu okoliczności akcja nie doszła do skutku po raz drugi. Po umówieniu się z komendą i organizacją działającą w obozie, postanowiono jednak próbować trzeci raz. Niestety, gdy oddział Sama dotarł na miejsce spotkania i w oznaczonym czasie rozpoczęto hukanie, później gwizdanie, a nawet pokrzykiwanie, znów nie było żadnego odzewu. Chłopców zalała przysłowiowa krew, a pchor. Sam powiedział:

- Z tymi sukinsynami nie możemy się spiknąć, a w obozie chłopaki czekają już trzecią noc. Idziemy sami, bez obstawy. jakoś powinniśmy dać sobie radę.  

Po krótkiej naradzie zmieniono zadania dla kilku ludzi. Zamiast siedemnastu, którzy mieli wejść na teren obozu, wyznaczono do tego tylko ośmiu, gdyż sześciu - w dwóch trójkach - musiało zająć ubezpieczające stanowiska przy szosie i przeciąć druty telefoniczne w odległości około kilometra od bramy. Dwóch partyzantów miało rozbroić wartowników, a jeden stanąć przy bramie. Przed ruszeniem do akcji jeszcze raz rozejrzano się w pobliżu chwilowego postoju i nie znalazłszy nikogo, zachowując bezwzględną ciszę, oddział poszedł przez las w kierunku obozu. Zgodnie z planem zajmowanie obozu miało się rozpocząć w 15 minut po wymarszu na stanowiska ubezpieczających akcję trójek. Patrol Łosia poszedł na lewe skrzydło, a trójka Kapra, zaopatrzona w nożyce do cięcia drutu, udała się na prawe skrzydło, to jest w stronę Żakowic, przez które z Koluszek mogłaby nadejść ewentualna pomoc dla zaatakowanego obozu. Po dojściu na wyznaczone miejsce, strz. Świerk z patrolu Kapra zdjął buty i zalożywszy na nogi pas od spodni, zaczął wspinać · się na słup telegraficzny. Ku zdziwieniu patrzących z dołu kolegów robił to jak zawodowy cyrkowiec. Wydawało się, że wszystko przebiega zgodnie z planem - cicho i bez hałasu. Niestety, gdy przecięty przez Świerka drut spadł na ziemię, w leśnej ciszy rozległ się nagle niespodziewany dźwięk. Straszliwy jęk drutu popłynął wzdłuż linii telefonicznej, płosząc śpiące ptactwo, które zrywało się w powietrze z krakaniem.

Tymczasem pchor. Sam przydrożnym rowem doprowadził grupę szturmową pod bramę Baudienstu. gdzie znowu zatrzymano się na krótki czas, bacznie obserwując obóz. Podniecenie przyczajonych w rowie partyzantów rosło z każdą chwilą. Uda się. czy nie? Czy wartownik przy bramie jest nasz, czy też przypadkiem obcy? W pewnej chwili Sam szepnął: 

- Naprzód. Jazda, chłopaki! Grupa szturmowa chyłkiem przebiegła szosę, dzielącą ją od bramy. Wartownik nie zdążył się nawet odezwać „Stój"! Kto idzie"?!, gdy usłyszał ciche: 

- Ręce do góry! Było to umówione hasło, znana tylko wtajemniczonym. Wartownik, strz. Berkut (Jan Galicki), który tylko czekał na te słowa, usunął na bok kozły hiszpańskie, blokujące wejście, szybko i chętnie podniósł ręce do góry, oddał swój karabin i pas z ładownicą, mówiąc przy tym cicho, że inni od dłuższego już czasu czekają w różnych miejscach na terenie obozu....


Die Erinnerungen von Partisanen der SAMA-Einheit wurden in der Zeitschrift Odgłosy veröffentlicht. In der Ausgabe Nr. 20 von 1983 beschreibt Jerzy Żukowski, ein Angehöriger dieser Einheit und Soldat der Heimatarmee, die Geschichte eines Angriffs auf ein Zwangsarbeitslager - Baudinst in Kaletnik bei Koluszki. Ich präsentiere Teil 1 seiner sehr interessanten Memoiren. 

Wo die Dächer mit Stroh gedeckt sind - Teil 2

Das Zwangsarbeitslager - Baudienst - wurde um Ostern 1943 eingerichtet. Junge Polen im Alter von über 16 Jahren aus der Umgebung von Piotrków Tryb. und Rawa Maz“ Koluszki wurden zwangsverpflichtet. Sie arbeiteten unter der Leitung deutscher Vorarbeiter auf verschiedenen Baustellen. Der Baudienst Kaletnik befand sich in der Nähe von Koluszki auf einer großen Waldlichtung an der Straße Zakowice - Będzelin, etwa 500 Meter vom Waldrand entfernt. Das Lager hatte eine rechteckige Form nach römischem Vorbild, war 90 mal 150 Meter groß und von einem Erdwall mit einem Graben auf der Innenseite umgeben, auf dem sich ein 2,5 Meter hoher Stacheldrahtzaun mit einem einzigen Eingangstor befand, das sich in der Mitte der schmaleren Seite zur Straße hin befand. Links vom Eingang befand sich ein Wachhaus. Für den Wachdienst wurden so genannte vertrauenswürdige junge Männer ausgewählt, die die Deutschen mit der Zeit zu germanisieren hofften, wie auch alle anderen Jungen im Lager. Rechts vom Tor befanden sich die Kanzlei- und Verwaltungsbaracken und die Räume für die Vorarbeiter Innerhalb des Lagers waren, zunächst ohne Kontakt zueinander, die Geheimorganisationen der AL, NSZ und AK aktiv. Insgesamt waren etwa 50 Personen in der Widerstandsbewegung organisiert, die auch zu Gruppierungen außerhalb des Lagers gehörten. Die Aktion in Baudienst wurde zunächst von diesen Organisationen - vor allem von innen - sorgfältig vorbereitet. AK, unter der Führung von Cpl. Kres (Stanislaw Iwan). Pchor. Wit : (Teodor Zep) und st. strz. Burza (Józef Marszałek).

Kadett. Sam legte einen Plan zur Einnahme des Lagers vor, die überraschend und ohne Lärm erfolgen sollte. Während der Aktion sollten die Wachen von Leuten aus der Organisation gehalten werden, die die nicht eingeweihten und mit den Deutschen sympathisierenden Wachen ersetzen sollten, unter dem Vorwand, sich zu einem anderen Zeitpunkt zu befreien. Die Entwaffnung der Deutschen sollte von Personen außerhalb des Lagers durchgeführt werden, um die Sicherheit der Familien der Jungen zu gewährleisten, die sich nach einer erfolgreichen Aktion der Einheit anschließen sollten. Die gesamte Aktion sollte von einer größeren Gruppe lokaler „Ablenker“ unterstützt werden. Der Ort, an dem sich die beiden Trupps treffen sollten, war der Waldrand an der Bahnstrecke bei Żakowice. Am 9. Juli gegen 23 Uhr erreichte Sams Trupp bei herrlichem Wetter die Bahnlinie, überquerte sie und verweilte, durchnässt vom Unterholz des Waldes, an der vereinbarten Stelle. Das Erkennungssignal für beide Gruppen war das Rufen eines Waldkauzes. Zur verabredeten Zeit rief der Waldkauz dreimal, aber es herrschte eine ununterbrochene Stille im Wald. Der Waldkauz rief noch ein paar Mal, und wieder sprach niemand. Dann rumpelte Sams Waldkauz über eine Stunde lang, aber der Wald antwortete nicht. Nach einer langen Wartezeit, die durch die späte Stunde bedingt war, zog Sam die Truppe zurück in Felusias Quartier. Alle waren wütend und müde, da sie etwa 30 Kilometer umsonst gelaufen waren. Am nächsten Tag, noch vor dem Mittag, kam eine Verbindungsoffizierin, Krystyna, aus Kaluszki, um sich beim Kommando zu erkundigen, warum Sams Einheit nicht zur Aktion erschienen war. Die „Diversion“ wartete am vereinbarten Ort, und die Baudienst-Jungs hielten fast bis zum Morgen Wache.

Nachdem sie Sams Bericht gehört hatte, schwang sich die Verbindungsoffizierin auf ihr Fahrrad und fuhr los, um dem Kommando Bericht zu erstatten, und als sie am späten Nachmittag wieder eintraf, erzählte sie, dass die Männer der „Diversion“ ziemlich lange gewartet und die Gleisstrecke, die Sams Einheit passieren sollte, genau beobachtet hatten. Da sie niemanden bemerkten, der zu dieser Zeit die Gleise überquerte, schenkten sie dem gut rumpelnden Waldkauz keinerlei Beachtung und zogen sich gegen ein Uhr morgens durch die Wälder in ihre Häuser zurück. Nun, das „Ablenkungsmanöver“ konnten die Jungen aus Sams Truppe nicht bemerkt haben, denn sie warteten, nachdem sie die Gleise erreicht hatten, den Moment ab, in dem der Mond hinter den Wolken untergegangen war, und sprangen dann einfach über die Gleise, die oft von Bahnschützern patrouilliert wurden. Begegnungen mit ihnen sollten vermieden werden, da sie eine wichtige Aufgabe zu erfüllen hatten. Nach einer detaillierten Beschreibung des Ortes, an dem die „Umleitung“ wartete, stellte sich heraus, dass sie nur 150 Meter von Sams Einheit entfernt war. 

Nachdem sie die Gründe für das nächtliche Pech erklärt hatte, gab Christine bekannt, dass das Kommando die Aktion in dieser Nacht wiederholen wolle, und nannte die Uhrzeit und einen genaueren Treffpunkt. Um Verwirrung zu vermeiden, blieb das Aufklärungssignal dasselbe. Gegen Abend begannen die Vorbereitungen für die Expedition erneut, und als die Dämmerung hereinbrach, nahm die Einheit die vertraute Route von der vorherigen Nacht zu einem neuen Treffpunkt mit der „Umleitung“, der nicht allzu weit vom ersten entfernt war. Er war eine halbe Stunde früher da als geplant. Pünktlich zur verabredeten Zeit rief der Waldkauz dreimal, nach einigen Augenblicken wieder dreimal und noch dreimal, aber auch jetzt war keine Antwort aus dem Wald zu hören. Als auf einmal die Stimme des Waldkauzes zu hören war, freuten sich die Jungen, aber bald verstummte der Waldkauz. Die Jungen begannen, erst leise, dann immer lauter zu pfeifen, aber auch das wurde nicht beantwortet. Weit nach Mitternacht zog sich der Trupp aus dem Wald in das Dorf Przyłęk Duży zurück. Diesmal tauchte Krystyna gleich am ersten Morgen auf, und als sie alles erfuhr, fluchte sie bitterlich. denn die „Ablenkung“ war am vereinbarten Ort, und die Jungen im Lager standen wieder in Bereitschaft.  

Dem „Ablenkungs“-Bericht zufolge waren sie eine volle Stunde früher am Treffpunkt angekommen, und es ertönte ein Pfiff, allerdings hoch über ihren Köpfen, so dass sie den Pfiff von Sam vermutlich nicht von einem echten Pfiff unterscheiden konnten, als dieser ertönte. Das spätere Pfeifen hielten sie für den Ruf der Baudienst-Jungen, die vom Urlaub zurückkehrten. So scheiterte die Aktion aufgrund eines unglücklichen Zufalls zum zweiten Mal. Nach Absprachen mit dem Kommando und der im Lager tätigen Organisation wurde jedoch beschlossen, es ein drittes Mal zu versuchen. Als Sams Einheit am Treffpunkt eintraf und das Hämmern, dann das Pfeifen und sogar das Rufen zur vereinbarten Zeit begann, gab es leider wieder keine Reaktion. Die Jungen wurden mit dem sprichwörtlichen Blut überschwemmt, und Cadet Cpl. Sam sagte:

- Wir können uns nicht mit diesen Hurensöhnen einlassen, und die Jungs warten im Lager auf die dritte Nacht. Wir sind allein unterwegs, ohne Deckung. Irgendwie sollten wir es schaffen.

Nach kurzer Überlegung wurde der Auftrag für mehrere Männer geändert. Statt der siebzehn, die in das Lager eindringen sollten, wurden nur acht dazu bestimmt, da sechs - in zwei Dreiergruppen - an der Straße Sicherungsposten einnehmen und etwa einen Kilometer vom Tor entfernt die Telefondrähte kappen mussten. Zwei Partisanen sollten die Wachposten entwaffnen und einer sollte am Tor stehen. Bevor sie sich auf den Weg machten, sahen sie sich noch einmal an der Stelle um, an der sie gerade anhielten, und als sie niemanden fanden, ging die Einheit in absoluter Stille durch den Wald in Richtung des Lagers. Der Plan sah vor, dass die Besetzung des Lagers 15 Minuten nach dem Abmarsch zu den Stellungen der drei, die die Aktion absicherten, beginnen sollte. Die Elch-Patrouille ging zum linken Flügel, während das Kapr-Trio, ausgerüstet mit Drahtscheren, zum rechten Flügel ging, d.h. in Richtung Żakowice, über den mögliche Hilfe für das angegriffene Lager aus Koluszki kommen konnte. An der vorgesehenen Stelle angekommen, wurde Sgt. Swierk von der Kapra-Patrouille zog seine Stiefel aus, legte den Gürtel seiner Hose um die Beine und begann, auf einen Telegrafenmast zu klettern. Zum Erstaunen seiner Kollegen, die von unten zusahen, tat er dies wie ein professioneller Zirkusartist. Es schien alles nach Plan zu verlaufen - leise und ohne Lärm. Doch als der Draht, den Spruce durchgeschnitten hatte, zu Boden fiel, ertönte plötzlich ein unerwartetes Geräusch in der Stille des Waldes. Das schrille Heulen des Drahtes floss durch die Telefonleitung und erschreckte die schlafenden Hühner, die sich mit einem Krächzen in die Lüfte erhoben.

Währenddessen führte Kadett Pvt. Sam führte die Angriffsgruppe durch einen Straßengraben zum Baudienst-Tor, wo sie erneut einen kurzen Halt einlegten und das Lager genau im Auge behielten. Die Aufregung der Partisanen, die im Graben lauerten, wuchs mit jedem Augenblick. Werden wir Erfolg haben oder nicht? Gehört der Wachposten am Tor zu uns oder ist er zufällig ein Fremder? An einem Punkt flüsterte Sam:

- Vorwärts! Auf geht's, Jungs! Die Angriffsgruppe rannte heimlich die Straße entlang, die sie vom Tor trennte. Der Wachposten hatte noch nicht einmal Zeit gehabt, „Halt! Wer kommt denn da?“, als er ein leises Geräusch hörte:

- Hands up! Es war ein vorher festgelegtes Passwort, das nur den Eingeweihten bekannt war. Der Wachposten, Shot. Berkut (Jan Galicki), der nur auf diese Worte gewartet hatte, räumte die spanischen Böcke beiseite, die den Eingang versperrten, hob schnell und eifrig die Hände in die Luft, übergab sein Gewehr und seinen Gürtel mit Lader, während er leise sagte, dass andere schon lange an verschiedenen Stellen im Lager gewartet hätten....