Pokazywanie postów oznaczonych etykietą REUNION 69. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą REUNION 69. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 listopada 2019

Blog REUNION 69 - Pamiętniki z getta w Częstochowie - Łódź - Judaika - Getto - cz.3


    Podczas wojny przyjechała z Sosnowca jego siostra z dzieckiem i mężem, który był lekarzem. Przyjechały jeszcze siostry teściowej. Wszyscy mieszkali razem. Wówczas mój mąż mógł już wyjść z domu. W dużym i małym getcie w ogóle mieszkało się w okropnych warunkach. W małym getcie nie było już rodziców, ale wciskali wszystkich i ugniatali w tych mieszkaniach, które pozostały. Po ślubie wynajęliśmy pokój w alei Wolności 19 na przeciwko rodziców u rodziny żydowskiej. Trwało to jednak krótko, bo Niemcy chyba w marcu czy raczej w kwietniu 1941 roku zrobili getto. No i przenieśliśmy się wszyscy tam i tam już musieliśmy siedzieć. Mąż pracował i miał przepustkę z getta do pracy, nawet wyjeżdżał rowerem do pracy na ulicę Jaskrowską. Dzięki tej pracy, niemiecki treuhänder zarejestrował mnie i moją najmłodszą siostrę jako pracownice i miałyśmy auswaisy.
     Jako pracujące w tym zakładzie przeszłyśmy selekcję. Doprowadzili nas do takiego miejsca, w którym zbierali wszystkich Żydów podczas selekcji. I po prostu wskazywali na życie, na śmierć, na życie, na śmierć. Wysyłali do wagonów do Treblinki albo zostawiali. Nas tam było kilka kobiet, zatrudnionych w wytwórni amunicji. Mąż chyba by pamiętał, co to była za amunicja. Ja sobie przypominam, że były to granaty, jakieś duże pociski, coś takiego. Mojemu mężowi, którego znał treuhänder, Niemiec dał te auswajsy, ale tam było kilka osób, które po prostu zapłaciły Niemcom za to, że im dali auswajsy. Selekcję przeprowadzał Degenhart. Pytał się, co te żydówki robią w fabryce zbrojeniowej. A ten Niemiec, który koniecznie nas chciał wyciągnąć powiedział: Aha, ale nie ma takiego zawodu. Takiego zawodu nie było tylko po prostu tam się robiło odlewy ze stali tych granatów czy czegoś. Taki odlew musiał mieć włożony do środka pręt z dziurkami, podobny do fujarki, po to by otworami wychodził płomień. Myśmy robiły warkocze ze słomy i musiałyśmy tak owijać te rurki, by nie zakrywać tych dziurek. Słoma wypalała się w czasie tego odlewu tak wyglądała ta produkcja. I on szybko powiedział. Nie ma czegoś takiego, a tamten udawał mądrego, i coś odpowiedział.
    Dyskusja była przy nas, na terenie fabryki, która przed wojną nazywała Metalurgia. Była to żydowska fabryka przy ulicy Krótkiej. Przy tej fabryce, kręcił się też Żyd Zeninger załatwiał owemu treuhänderowi, różne sprawunki, miał niedorozwiniętego syna. Degenhart przy nas go zastrzelił. Przytrzymał chłopca za kołnierz i strzelił mu w tył głowy. Na ulicy Warszawskiej było duże getto. Mieszkaliśmy tam w domu, który w tej chwili nie istnieje, w dwóch małych pokoikach z kuchnią: moi rodzice, babcia przywieziona z Łodzi, najmłodsza siostra, ta siostra, która wróciła ze Lwowa z mężem, siostra mojej mamy z dzieckiem i my z mężem. Ale myśmy, ja z mężem i najmłodsza siostra Hanna, wcześniej wieczorem, po sądnym dniu Jom Kippur, wyszliśmy i nocowałyśmy w tej fabryce i stamtąd poszliśmy na akcję, bo wiedzieliśmy, że już stoją wagony. Pożegnaliśmy się z rodzicami. W tej Metalurgii jeszcze spotkałyśmy się z siostrą. Ojca, który po prostu zwrócił uwagę Niemców, że tak pięknie mówi po niemiecku odstawili i na jakiś czas został w getcie. Był pracownikiem na tak zwanej placówce przy ul Garibaldiego 28, były tam magazyny dla Niemców.
     Pewnego razu wywołali wszystkich Żydów pracowników, ojciec stanął nie w tym miejscu, co potrzeba i wywieziono go do Treblinki. Matkę wywieziono pierwszego dnia. Babcię, prawdopodobnie zastrzelili, była już przygarbioną, źle chodziła i pewnie liczyli, że nie dojdzie pieszo do wagonów. Tych wszystkich, których zastrzelili w czasie akcji, selekcji, chowali na ulicy Kawiej. Był tam plac, na którym na rozkaz Niemców wykopano ogromne rowy i wrzucano do nich wszystkich Żydów, których zabito. Świeżo zamordowanych, wieziono takimi wozami, jakimi przed wojną woziło się mięso. Wozy te były z wierzchu zakryte, ciągnęły je konie. Z tych wozów wożących świeże ludzkie ciała lała się krew. Podczas akcji, prowadzili nas przez tą ulicę; wzdłuż krawężników były strumyki krwi. Jeszcze jak dawniej było nas więcej w Częstochowie a odbywały się jakieś uroczystości, i jechaliśmy na cmentarz żydowski, to po drodze wstępowaliśmy na ulicę Kawią.
Tam się składało wieńce i świecono znicze. Pierwsza siostra wraz z swoim mężem zginęli 20 marca 1943 roku podczas tzw. akcji inteligencji w Częstochowie. Niemcy wymordowali wówczas sto kilkadziesiąt osób, które przy pierwszej selekcji pozostawiono przy życiu. Część z tych ludzi miała dzieci, z tych stu kilkudziesięciu osób pozostało około dwudziestu paru sierot dziecięcych. Wszyscy zamordowani podczas tej akcji zostali pochowani w jednym grobie na cmentarzu żydowskim w Częstochowie. Druga siostra wyszła z getta, uwierzyła w szczęśliwą gwiazdę. Niestety zadenuncjowana przez Polaków w Radomsku zginęła w Auschwitz-Birkenau. Robiono na niej jakieś okropne doświadczenia. Ktoś, kto wiedział jak zginęła nie chciał mi tego powiedzieć. Częstochowskie duże getto nie było ogrodzone, u wylotu wszystkich ulic stali żydowscy policjanci.
    Polacy mieli prawo przechodzić i przejeżdżać przez teren getta bez żadnych problemów, bo musieli. Ulica Warszawska była główną ulicą w kierunku na Warszawę. Pamiętam jak przez ulicę Warszawską szedł kondukt pogrzebowy ojca mojej koleżanki szkolnej, bo przez Warszawską dochodziło się do cmentarza na Kulach. My wszyscy mieliśmy opaski z Gwiazdą. Poza granice getta nie było wolno wychodzić, chyba, że ktoś miał przepustkę. Na przepustce, dokładnie nie pamiętam, chyba było określone, ile razy w ciągu dnia wolno wychodzić. Mój mąż miał taką przepustkę, również mój ojciec z początku miał przepustkę, później utracił ją. Wolno nam było tylko do pewnych godzin poruszać się, obowiązywała godzina policyjna. Poza gettem w mieście też była godzina policyjna. Któregoś dnia po godzinie policyjnej podlewaliśmy hodowany w skrzynce na balkonie krzaczek pomidorów i wszystkich nas w tym także moich rodziców zabrała żydowska policja, gdzieś nas wyprowadzili i wypuścili nas potem. Do policji żydowskiej ludzie mieli dużo pretensji. Niektórzy z tych policjantów byli bardzo przyzwoici, a niektórym się po prostu poprzewracało w głowach. Przede wszystkim żądali pieniędzy dla siebie od obywateli, o których wiedzieli, że jeszcze mają jakieś zasoby pieniężne albo, że handlują gdzieś poza gettem. Uważali, że wszyscy policjanci muszą mieć wysokie buty tzw. oficerki, więc komu mogli, to zabierali.

Blog REUNION 69 - Pamiętniki z getta w Częstochowie - Łódź - Judaika - Getto - cz.2


W moim gimnazjum im J. Słowackiego był duży rygor, ale dało się żyć. Po moim zbuntowaniu się, jedna z matek żydowskich prowadziła nas na nabożeństwa do synagogi i już nie chodziłyśmy na Jasną Górę. Tylko z dwoma koleżankami po maturze się nie pożegnałam. Incydent, jaki miałam z nimi był podczas pobytu w Olsztynie. Co roku wiosną wyjeżdżałyśmy z gimnazjum na tydzień do Olsztyna pod Częstochową. Komitet rodzicielski z gimnazjum im. J. Słowackiego miał tam wspaniałą willę. Przyjeżdżali do nas nauczyciele, każdy przyjeżdżał na jeden dzień i prowadził pięć godzin zajęć szkolnych z jednego przedmiotu. Któraś z tych koleżanek coś powiedziała, nie wiedząc, że ja jestem w pokoju, co mnie zdenerwowało dokładnie teraz już nie pamiętam. Jedną po wielu latach spotkałam po wojnie w Zakopanym. I nie chciałam się nawet z nią spotkać, ale ona wytłumaczyła mnie, że była młodą, że była jeszcze głupia. Stryj tej drugiej był księdzem. Ów ksiądz z kościelnym przechowywali Żydów.
Po wojnie otrzymali odznaczenia. Z epizodów w tej szkole pamiętam, że pisząc wypracowanie z polskiego napisałam: pseudo-przystojni kawalerowie zielonej wstążki. Bardzo to zdenerwowało moje koleżanki. W owym czasie podczas zamieszek na uczelniach faszyzujący endecy nosili jako swoja odznakę wpiętą w klapę zieloną kokardkę. Moje koleżanki nie zdenerwowały się tą zieloną wstążką, lecz określeniem chłopaków jako pseudo-przystojnych. Rok przed maturą podczas zimy w karnawale miałyśmy lekcje tańca. Przychodzili do nas koledzy z równoległych klas z Sienkiewicza i Traugutta. Poznałam wówczas kolegę, z którym potem się spotykałam. Chociaż to było gimnazjalistom zakazane, chodziłam z nim po ulicach.
Po wojnie dowiedziałam się od drugiego kolegi z jego klasy Żyda, że zrobili nad nim w gimnazjum Traugutta sąd, że przynosi wstyd całej szkole, bo chodzi z Żydówką z Słowackiego. On mnie tego nie powiedział. Chłopiec ten był później w podchorążówce i zginął zaraz na początku wojny. W 1932 roku skończyłam gimnazjum im J. Słowackiego. Potem skończyłam dwuletnie studium handlowe w Wolnej Wszechnicy Polskiej w Łodzi. Podczas mojej nauki w Łodzi hitlerowcy zaczynali podnosić tam głowę. W mieście tym była duża grupa żydowskiej młodzieży; utrzymywałam z nią kontakty i nie miałam kontaktów z grupami hitlerowskiej młodzieży. W Łodzi byłam krótko, musiałam coś szybko skończyć, bo trzy lata po mnie na studia szła moja siostra. Dwojga dzieci jednocześnie ojciec nie utrzymałby na studiach tym bardziej, że podczas wielkiego kryzysu ekonomicznego ojciec stracił majątek.
Została mu nieruchomość, z której nic nie miał. Po skończeniu Wszechnicy pracowałam aż do wybuchu wojny jako księgowa w Północnym Towarzystwie Transportowo-Specjalnym. Nie byłam główną księgową, prowadziłam kartoteki. Głównym księgowym był starszy człowiek w wieku mojego ojca. Wtedy dobrze było w ogóle posiadać jakąś pracę. Miałam rodzeństwo. Jedna z sióstr była młodsza ode mnie o niecałe trzy lata, druga siostra była młodsza o dziewięć lat. Pierwsza skończyła chemię na Uniwersytecie Jagiellońskim, potem mieszkała we Lwowie. Jej chłopak także rozpoczął studia na Uniwersytecie Jagiellońskim a kończył je we Lwowie. Miałam wspaniałe dzieciństwo.
Z pamiątek po rodzinnym domu pozostała mi biblioteka, zegar oraz biurko ojca, meble te kiedyś stały w gabinecie ojca. Jakimś trafem udało się je uratować. Po dojściu w 1933 roku Hitlera do władzy udzielił nam się strach. Wiedzieliśmy, że jest źle. Przychodziły do nas grupy Żydów, których oni wyrzucali z Niemiec i zostawiali na polskiej granicy. Ja nie pamiętam czy mieli oni jakieś powiązanie z Polską. Czy pochodzili z Polski? Polska musiała ich przyjąć. Kilka dni przed wybuchem wojny zamknięto nasze biuro. Szef, który miał swoją siedzibę w Warszawie, posiadał szwajcarskie obywatelstwo wyjechał do Szwajcarii. Moja mama, jeszcze wtedy miałam swoją matkę, wyjechała do Łodzi, ponieważ Łódź była bardziej na wschód, więc chciała uciekać z Częstochowy. Częstochowa była bardzo blisko granicy; w Lublińcu była komora celna. Ojciec się uparł i powiedział, że na pewno wojny nie będzie. Myśmy jednak wyjechały z matką do Łodzi. Wówczas, gdy pierwsze bomby spadły na Polskę, byłyśmy w Łodzi. Potem ojciec dał nam znać, że jednak uciekał, i już wrócił. Dowiedziałam się również, że mój narzeczony też jest w Częstochowie.
Nie został zmobilizowany, chociaż chciał iść ochotniczo do wojska. Zabrakło mundurów i broni, więc został ze swoimi rodzicami w Częstochowie. Z Łodzi wracaliśmy pod koniec września towarowym pociągiem. Niedaleko Częstochowy była katastrofa, wagon stanął w poprzek torów. Ja uległam wówczas wypadkowi, rozbiłam głowę pod łukiem brwiowym. W wagonie towarowym, w którym przewoziło się zwierzęta były zamocowane ciężkie żelazne kółka, do których przywiązywano zwierzęta, by podczas podróży były unieruchomione. Mnie rzuciło podczas tej katastrofy głową na takie kółko. We wrześniu 1940 roku po wyrzuceniu nas przez Niemców z mieszkania na ul Kilińskiego, gmina żydowska przydzieliła nam dwa pokoje w mieszkaniu u znajomych, którzy mieli duże mieszkanie na rogu ul Kopernika i alei Wolności. Było to chyba pod numerem 18 przy ul Wolności.
To jest narożny dom, stoją tam dwa złączone razem domy. Róg Kopernika i Wolności. Znajomi, u których mieliśmy te dwa pokoje nazywali się Dawidowicz. Wówczas zagęszczali mieszkania, bo przecież gdzieś trzeba było zakwaterować tych wszystkich Żydów, których wyrzucano z ich mieszkań. W tym mieszkaniu mieszkali gospodarze, ich córka z synkiem i jeszcze jedna kobieta, której mąż był w wojsku i nie wiem, czy potem wrócił czy nie. Był podobno na Wschodzie. Mieszkała tam jeszcze jedna kobieta z dzieckiem, moi rodzice, ja i moja siostra, bo druga siostra była we Lwowie. W Sylwestra z 1939 na 1940 rok przekroczyła zieloną granicę i dostała się do Lwowa. Pozostał jej chyba jeszcze jeden semestr na chemii, którą studiowała.
Jej decyzję przyśpieszyła wiadomość od chłopaka, że on już dostał się z Krakowa do Lwowa i tam będzie kończył medycynę. No i ona poszła do niego. Wróciła dopiero potem jak Niemcy weszli do Lwowa. Pojechał po nich znajomy ojca i przywiózł ich do Częstochowy. Wcześniej ów znajomy przywiózł też, przed zamknięciem łódzkiego getta, babcię. 22 grudnia 1940 roku wzięłam ślub w Częstochowie. Mąż z początku nie miał pracy, potem już pracował. Warunki były trudne, ponieważ jego ojciec nie pracował, więc nie można było wcześniej wziąć ślubu, narzeczony miał na głowie rodziców. Ja byłam u rodziców i on był u swoich rodziców.

Blog REUNION 69 - Pamiętniki z getta w Częstochowie - Łódź - Judaika - Getto - cz.1

    Zapraszam czytelników na bardzo ciekawy blog
    Istnieje od 2012 roku, duża oglądalność, ciekawe artykuły. Zawsze z ciekawością czytam nowości. Od jakiegoś czasu publikowane są w częściach wspomnienia. Do chwili obecnej ukazało się 14 części. Dla mnie ważny jest wątek dotyczący Łodzi, łódzkiego getta. Zapraszam na część 1:

Pamietniki z getta w Czestochowie ( 1 )