Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łódż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Łódż. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 19 stycznia 2023

Litzmannstadt Getto - Łódź - Karta na papierosy - Aukcja - 1942

 

Litzmannstadt Getto - ponura karta w dziejach okupowanej przez hitlerowców Łodzi. Karta na papierosy dla mieszkańca Getta wystawiona na aukcji Ebay w USA. Jest ich dużo więcej wystawionych na sprzedaż...


Najstarszy z Żydów w Litzmannstadt

                                           

                                               KARTA PAPIEROSOWA

                                                     Tylko dla palaczy

Nr. ....

Wydano 11.V.1942             

                                         dla KARLSBRUNN SCHMUL

                                          Zamieszkały: Franz Strasse 15

Posiadacz tej karty jest upoważniony do zakupu określonej ilości papierosów dla jednej osoby.

Papierosy można nabyć wyłącznie w punkcie dystrybucji wyznaczonym dla posiadacza karty.

Posiadacz karty papierosowej musi dopilnować, aby przy odbiorze ilości papierosów odcinany był tylko odpowiedni numer.

Na odcinkach o luźnych numerach nie będą wydawane papierosy.

Wszelki handel lub podrabianie karty papierosowej będzie surowo karane.

                                                                                (-) Ch. Rumkowski.


Der Inhaber dieser Karte ist zur Abnahme der festgestzten Zigaretten-Menge für eine Person berechigt.

Die Zigaretten dürfen nur in der Vereilungsstelle, die für dem Inhaber der Karte bestimmt ist, abgenommen werden.

Der Inhaber der Zigaretten-Karte muss dafür sorgen, dass bei Abnahme der Zigaretten-Menge nur die entsprechende Nummer abgeschnitten wird.

Auf lose Nummernabschnitte werden keine Zigatetten verabfolgt.

Jeglieher Handel mit der Zigaretten-Karte sowie Fälschung derselben wird strengestens bestraft.

                                                                                (-) Ch. Rumkowski.


środa, 14 grudnia 2022

Firma Horak - Zakłady Armii Ludowej - Łódź - Heimatbote - 1/1966

Ciekawy artykuł w Heimatbote ze stycznia 1966 roku.


                                        U HORAKA  - ŁÓDŹ -RUDA

    Kiedy Polacy odzyskali władzę po wkroczeniu Armii Czerwonej, chcieli również uruchomić ponownie niemieckie fabryki w Łodzi. W fabryce włókienniczej Horak poprosili jednego z majstrów o objęcie stanowiska dyrektora. Mistrz podrapał się za uchem i powiedział: "Dobrze, ale chcę siedzieć w tym samym skórzanym fotelu i przy tym samym biurku co niemiecki dyrektor." Zostało to uzgodnione i wszyscy wrócili do pracy. Nowy dyrektor usiadł w dyrektorskim fotelu i zaczął się basować w swojej godności. Ale ponieważ nic nie zrobił, ludzie po kilku tygodniach znów go wyrzucili. "Dyrektor" był tym dosyć zdenerwowany ...

    Sądził, jak wielu Polaków w 1945 roku, że przejęcie fabryki na "własność robotników" będzie polegało na tym, że każdy dostanie dyrektorskie krzesło.... W rzeczywistości jednak trzeba było wykonać teraz jeszcze więcej pracy niż wcześniej ... Zamiast pracować u fabrykanta Adolfa Horaka, w obecnie "Zakładzie im. Armii Ludowej" została zastąpiona pracą w przedsiębiorstwie państwowym.

    Z polskiego raportu o 20-leciu od 1945 roku dowiadujemy się, że Niemcy podczas styczniowej ucieczki zabrali ze sobą wiele ważnych części maszyn, ale skrzynie zostały pozostawione w okolicach Poznania. Ponieważ były one oznaczone jako "Horak", jak przystało na niemiecką staranność, polscy tkacze potrafili je odnaleźć i sprowadzić. Ponieważ Horak pozostawił tam surowce - według Polaków nie z dobrego serca, choć był baptystą i surowo wierzącym - wkrótce udało się ponownie uruchomić produkcję włókienniczą. Od tego czasu potężna fabryka została zmodernizowana od podstaw. Na jego odbudowę wydano 50 mln zł. A gdyby Horak odwiedził dziś, pisze w swoim raporcie Polak Karol Badziak, miałby problem z rozpoznaniem swoich hal. Nie tylko ludzie byliby dla niego dziwni, ale jeszcze bardziej maszyny! Wybudowano tu bowiem jedną z najnowocześniejszych przędzalni przędzy zgrzebnej w Europie z 50 000 wrzecion. A w letnim pałacu Horaka w Drzewocinach jest teraz ośrodek wypoczynkowy dla dzieci, a w małym pałacyku obok fabryki jest ośrodek zdrowia, sala kulturalna i pralnia. - Horak stworzył swoją fabrykę dopiero po 1920 roku, zaczynał od 6 wrzecion, należy do chlubnego grona niemieckich wielkich przedsiębiorców w środku Polski.

                          


                                            BEI HORAK - LODZ - RUDA.

    Als die Polen nach dem Einmarsch der Roten Armee wieder die Macht erlangten, wollten sie auch die deutschen Fabriken in Lodz wieder in, Gang bringen. Im Textilwerk Horak baten sie einen der Meister, die Stellung des Direktors zu übernehmen. Der Meister kratzte sich hinter dem Ohr und sagte: "Gut. Aber ich will auf demselben Ledersessel und an demselben Schreibtisch sitzen wie der deutsche Direktor." Man war einverstanden, und alle gingen wieder zur Arbeit. Der neue Direktor setzte sich in den Direktoren-Sessel und begann, sich in seiner Würde zu sonnen. Da er aber nichts tat, warfen ihn die Leute nach ein paar Wochen wieder hinaus. Darüber war der "Direktor" ganz bestürzt . . .
Er dachte, wie viele Polen 1945, daß die Uebernahme der Fabrik in das "Eigentum der Arbeiter" darin bestehen würde, daß ein jeder den Sessel eines Direktors erhielte... Tatsächlich aber mußte jetzt sogar noch mehr gearbeitet werden als früher ... An die Stelle der Arbeit für den Fabrikanten Adolf Horak war im nunmehrigen "Zaklad im. Armii Ludowej" die Fron für den volkseigenen Betrieb getreten.
Aus dem polnischen Bericht über die 20 Jahre seit 1945 erfahren wir weiter, daß die Deutschen zwar viele wichtige Maschinenteile auf ihrer Flucht im Januar mitgenommen haben, daß aber die Kisten bei Posen liegenblieben. Da sie, wie es deutscher Gründlichkeit entspricht, mit "Horak" bezeichnet waren, konnten polnische Weber sie wiederfinden und zurückbringen. Da Horak Rohstoffe dagelassen hatte - nicht aus gutem Herzen, meinen die Polen, wiewohl er Baptist und ein strenggläubiger Mensch gewesen sei - konnte die Textilproduktion bald wieder anlaufen. Das mächtige Werk ist seit damals von Grund auf modernisiert worden. 50 Mill. Zloty hat man für seine Umgestaltung ausgegeben. Und wenn Horak heute käme, schreibt der Pole Karol Badziak in seinem Bericht, hätte er es schwer, seine Hallen wiederzuerkennen. Nicht nur die Leute würden ihm fremd sein, noch mehr aber die Maschinen! Denn hier sei eine der modernsten Streichgarnspinnereien Europas mit 50000 Spindeln entstanden. Und in Horaks Sommerpalast in Drzewociny sei jetzt eine Freizeitstätte für Kinder eingerichtet, in dem kleinen Palast neben der Fabrik ein Gesundheitszentrum, Kulturraum und Wäscherei. - Horak hat erst nach 1920 seine Fabrik geschaffen, mit 6 Spindeln hat er angefangen, er gehört zum ruhmvollen Reigen deutscher Großunternehmer mitten in Polen.

środa, 8 czerwca 2022

Łódź na starej pocztówce - Litzmannstadt - Ebay

 Piękny zestaw pocztówek z dawnej Łodzi, wspaniała podróż w minione czasy. Kolekcja pocztówek z Łodzi i Pabianic wystawiona na Ebay robi wrażenie! Adresatem tych wspaniałych pocztówek był Artur Schnabel zamieszkały w Meerane* na przestrzeni prawie 40 lat! 

* - Meerane – miasto we wschodnich Niemczech, w kraju związkowym Saksonia, w okręgu administracyjnym Chemnitz, w powiecie Zwickau, siedziba wspólnoty administracyjnej Meerane. W 2009 miasto liczyło 16 287 mieszkańców. Wikipedia













































czwartek, 17 czerwca 2021

Bechcice - Łódź - Cmentarz wojenny - Litzmannstädter Zeitung  - 1944

    Artykuł w Litzmannstädter Zeitung z 23 stycznia 1944 roku o cmentarzu wojennym w Bechcicach szczególnie mnie zainteresował, znam Bechcice, jednak nigdy nie byłem na tym cmentarzu. Czy on jeszcze istnieje, czy są na nim wojenne groby? To pytanie zadaje specjalistom, których nie brakuje.


Bechcice-Wieś – wieś w Polsce położona w województwie łódzkim, w powiecie pabianickim, w gminie Lutomiersk. Miejscowość położona jest na Wysoczyźnie Łaskiej. W latach 1975–1998 miejscowość administracyjnie należała do województwa sieradzkiego. Wikipedia

     Oddziały heskie walczyły o wioskę heską nad Nerem.

    Jeśli domy z kamiennymi piecami na podwórzach i rozległe ogrody przydomowe z dwuspadowymi dachami już wcześniej wskazywały na niemieckie oblicze starej heskiej osady Bechcice koło Nertal u bram Litzmannstadt, to zdradzał je również spacer po cmentarzu. Piękna aleja honorowa, otoczona wysokimi topolami, prowadziła aż do dostojnego pomnika wojennego, na którego słupach z jednej strony wymownie wypisane były jednostki niemieckie, które walczyły tu w I wojnie światowej, a z drugiej strony jednostki rosyjskich pułków syberyjskich. A liczby niemieckich pułków dowodzą, że o ten kawałek heskiej ziemi na wschodzie walczyły zaciekle zwłaszcza oddziały heskie i turyngijskie, tak że dziś wśród zmarłych heskich osadników także niejeden polno-szary rodak pogrążony jest w wiecznym śnie. Najstarszy osadnik, osiemdziesięcioletni Johann Reit, opowiedział nam o tych trudnych dniach, podczas których cała kolonistyczna wioska została zniszczona z wyjątkiem trzech domów. I niemal uroczyście wręczył nam list poczty polowej z poprzedniego roku, donoszący o bohaterskiej śmierci jednego z jego wnuków ze szkicem grobu w pobliżu słynnego okopu tatarskiego. Było to dla nas jak nowy dokument bojowej lojalności heskiej. Numery pułkowe, które zapisane są w długim rzędzie przy bramie cmentarza honorowego Bechcicer, pokazują do dziś, że ciężka walka toczyła się w większym oddziale.


Liczbowy dokument walki Hesji o Hesję . - Cmentarz Honorowy I wojny światowej w Bechcicach - tu spoczywają również zmarli Hescy osadnicy.




    Pozornie martwe liczby nabierają życia, gdy hescy osadnicy dowiadują się, że np. wyryty na tablicy pułk piechoty nr 167 miał na początku I wojny światowej swoją bazę w czasie pokoju w dzisiejszej stolicy Kurhessian Gau - Kassel. Zanotowane pułki artylerii polowej 19 i 55 miały swoje garnizony odpowiednio w Erfurcie i Naumburgu (Saale), czyli w Turyngii, ale ponieważ należały do obszaru tego samego korpusu co jednostki z Kassel, miały w swoich szeregach wielu synów Hesji. To samo dotyczy pułku piechoty nr 82 (Getynga), który również brał udział pod Bechcicami w pierwszym roku I wojny światowej i który również nosił przyrostek "2 Kurhessian Infantry Regiment". Również numery ewidencyjne pułków piechoty 71 i 96 wskazują, że stacjonowały one w Turyngii. Jest więc jasne, że oddziały hesko-turyngijskie walczyły głównie w okolicach starej kolonii heskiej. I tak jest to tylko dodatek do "dowodu", że żołnierze z Hesji walczyli i polegli za ponad stuletnią kolonię heskich rolników na naszym Wschodzie, gdy czyta się nazwiska poległych towarzyszy na prostych nagrobkach ozdobionych medalem Żelaznego Krzyża. Ale widzi się też niejeden żołnierski grób z fatalnym napisem "Nieznany niemiecki wojownik", symbol tych bezimiennych, którzy pozostają dla potomnych pojęciem "najwyższego wypełnienia obowiązku, bez wielkich słów za życia jak i w śmierci, za wieloma poległymi żołnierzami spoczywa też podoficer, który poległ na wysokości obecnego pomnika obok waszego działa, strzelając do ostatniego naboju, wraz z całą swoją załogą działową. Ta żołnierska lojalność twoich rodaków odżywa na nowo wśród heskich rolników, gdy w niedzielę wędrują po swoim cichym wiejskim cmentarzu. Osadnicy pamiętają też, że w 1914 roku odwiedzili ich frontowcy z Hesji i radośnie ich witali. 




poniedziałek, 12 kwietnia 2021

Łódż - Fotografie - Rosja - Facebook - 1914-1916

     Wspólny znajomy z Facebooka 

znajduje najprawdziwsze perełki z historii Łodzi i województwa łódzkiego! Na rosyjskiej stronie: 

Лодзь 1914-1916
DISK.YANDEX.RU
Лодзь 1914-1916

Jest co oglądać, cudowne zdjęcia! Nie wszyscy wchodzą lub nają Facebook, dlatego je przezentuję.












czwartek, 25 lutego 2021

Feliks Przyłubski - Karol Kowalewski - Korespondencja przyjaciół - Różewicz "Kartoteka" - 1979 - cz.3

 

   Rzadkość, jednak brakuje kopii listu Karola...                                                                                                                       

                                                                                                                                  03.11.79.

Drogi Karolu, spozieram w kalendarz i znajduję w nim dzień Twego Patrona. Chwytam tedy „ćwiartkę papieru” (tak się dawniej mówiło) i kreślę kilka słów wyrażających szczere i serdeczne życzenia. Wiesz czego? Ludzkiej życzliwości – ta za wszystko stanie.



    Rozsiadam się teraz wygodniej (jak zwykle na imieninach) i przystępuję do listownej gawędy. Zagadnąłeś o „Kartotekę”. Owszem, owszem. Patrzyliśmy i podziwialiśmy. W tej ostatniej inscenizacji jest o wiele czytelniejsza, a przez to bardziej poruszająca. Przed 20 laty (chyba?) siedzieliśmy obok autora na premierze. Autor był debiutantem i miał straszną tremę. W antrakcie jadł jabłko. Jak kot nastawiał się na jakieś ciepłe pogłaskanie. A ja ni czorta nie rozumiałem i chwaliłem – bo tak wypadało – zupełnie w ciemno. Teraz to już jestem mądrala i mogę mieć odczyt o „Kartotece” na przykład dla klasy VI.

    Od czasu kiedy Różewicz przestał pisać w zeszytach w jedną linię, przestałem stawiać mu stopnie. On jest wybitnym współczesnym poetą, jednym z czołowych dramaturgów w skali światowej, znanym w Pabianicach i w Pernambuko – a ja zostałem na tym etapie rozwojowym, na którym postawił mnie Byczyński. No, może zrobiłem dwa chwiejne kroczki dalej. Pysznię się tym, że nie potępiam. Choć nie wiem, czy to jest szlachetna tolerancja, czy wygodny oportunizm.

    Dziękuję za piszczańskiego golasa, który łamie szczudło. Golas jest zupełnie jak spod dłuta Praksytelesa, ale szczudło łamie bez znajomości praw fizyki. Gdyby mnie się kazano rozebrać i dokonać takiego czynu, oparłbym łamany obiekt o kolano. No, ale tak, w powietrzu, jest efektowniej i dobrze świadczy o krzepie uzdrowionego w Piszczanach reumatyka.

    A wiesz, ze mnie się już nie chce fotografować. Zapał do pstrykania towarzyszy pewnej postawie, którą bym określił jako aktywną wobec otoczenia. Chce się utrwalić, zachować dla siebie fragment świata, który budzi moje zainteresowanie, cząstką przeżycia: pejzaż, architekturę, człowieka, epizod podróży, uroczystości, wydarzenia. Dziś ludzie nie piszą pamiętników, tylko gromadzą całe pudła (rzadziej albumy) zdjęć. To są dzienniki ich życia. Mają tę wadę, że są nieprzydatne dla następnego pokolenia, bo zdjęciom nie towarzyszą informacje. Mam taki album po dziadku, bardzo szacowny, ale nie wiem, kto jest kto. Moje wnuczki interesują się tymi fotografiami tylko od strony ubiorów i gestów. Jeszcze mniej przydatne są slajdy, wymagające do oglądania aparatu i bardzo trudne do opisu. Fotografia to frajda na krótki cas. Ale Cię nie odstręczam od tego, nie słuchaj zrzędy.

    Pora już kończyć, czyli wyjść. Wstaję tedy, ściskam Solenizanta, Pani rączki całuję, szukam szalika. Gdyby Państwo mieli psa, to by teraz ten pies szczekał, myśląc, że pójdzie na spacer. Już dość – trzeba pozwolić Gospodarzowi zamknąć drzwi. Bądź zdrów.

                                                                                                                                 Feliks



Feliks Przyłubski - Karol Kowalewski - Korespondencja przyjaciół - Sopot - Stuhr - Grochowiak - 1979 - cz.2

 Skany listu Karola:




                                                                                                                Sopot, dn. 16.X.79

Drogi Karolu, moja Żona, osoba przewidująca, mówi mi, „Pisz tutaj listy, w domu nie będziesz miał czasu” To „nie będziesz miał czasu” można odczytać „znajdę ci zajęcie”, no ale nie chcę najbliższej przyszłości widzieć tak czarno. Rada jest jednak roztropna i skwapliwie ją realizuję.

    Więc znów nas ściągnęło nad morze. A że wrzesień płacił słońcem za deszczowy lipiec i zimny sierpień, zamarudziliśmy tu dłużej, niż pierwotnie było planowane. To się chyba zaznaczy też w zdrowiu, czujemy się lepiej. Powietrze trochę chłodne a świeże (mówię, że dałoby się nożem krajać) hartuje, a drzewa tracące jednostajność zieleni urozmaicają pejzaż. Samo zresztą morze dostarcza codziennie innego widoku i kto je traktuje estetycznie, a nie jako balię do moczenia, ma z tego wielką frajdę.

    Poza tym morze bardziej niż każda inna woda zachęca do rozmyślań, budzi refleksje o przemijaniu, bo nad nim i w okolicy ukazują się ufo o czym nie tylko ciocie w ogonku, ale i prasa partyjna informuje.

    Ludzie obyci ze zjawiskami niewytłumaczalnymi (pamiętam przecie pukające stoliki, latające po stole talerze itp.) odnoszą się do tych informacji podobnie jak przemówień Edzia i Piotrusia, tzn. nuca piosenkę Krukowskiego „To są opowieści Hoffmana, to jest zwyczajny pic”.

    Czytamy. Swobodnie, bez przymusu. Łazimy do teatru, do kina. Akuratnie festiwal polskich filmów. Obejrzeliśmy dziś nagrodzony bogato w Moskwie film Kieślowskiego „Amator”. Wyszliśmy z mieszanymi uczuciami, jak zwykle po skosztowaniu czegoś, co przed nami inni chwalili. Proszę w tej rezerwie przekory, trochę miłości własnej (czy nie stać mnie na indywidualną ocenę?) O każdym filmie, w którym Stuhr wypełnia bez przerwy cały ekran, mówi się „wspaniała kreacja Stuhra” - ale jak długo wspaniała kreacja wspaniałego aktora może zachwyca? Już się szuka dziury w całym, a to już rysa w odbiorze filmu.





    W poniedziałek widzieliśmy w TV „Frismusa” Grochowiaka. I tu podobnie jak w „Amatorze” nadmiar efektów i wątków powodował uczucie przesytu, niechęci do przedłużania akcji. I znów „Z tamtej strony świec” tegoż Grochowiaka wydało się lepsze.

    Przepraszam za przeciąganie tematu filmowo-teatralnego. Ale cóż robić ma para emerytów na urlopie? Owszem, można grać w karty. Ale do tego potrzeba szarugi, chłodu i spleenu. Brakło tych rzeczy. Codziennie jest długi spacer.

Serdeczne z uprzejme pozdrowienia dla szanownych Państwa przesyłają E. i F. Przyłubscy


Feliks Przyłubski - Karol Kowalewski - Korespondencja przyjaciół - 1979 - cz.1

     Wracam do materiałów poświęconych Feliksowie Przyłubskiemu, ten temat poszedł troszeczkę w zapomnienie, choć się przekonałem, że była to postać nie tuzinkowa, miałem wiele próśb i korespondencji. Kilka dni temu napisała do mnie bardzo miłego e-maila Pani Renata Faron-Radzka, specjalista z Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych SA w Warszawie. Poruszaliśmy temat właśnie Feliksa Przyłubskiego, nie wiele jednak mogłem pomóc. Ta rozmowa zdopingowała mnie do ponownego wglądy do pekatego segregatora poświęconego Karolowi Kowalewskiego, adwokatowi z Łodzi, chyba najbliższego przyjaciela Feliksa. Posiadam naprawde ich bogatą korespondencję, tym bardziej wartościową, że sa posortowane i spięte listy wysłane do siebie nadawca - adresat!+ koperty ze znaczkami! Wiadomo, sens takich listów jest bardziej czytelny, gdyż w każdym z listów padały pytania, odpisujący starał się wystarczająco odpowiedzięć.

    Mam troszeczkę problemów z odręcznym pismem Karola, gdyż każdy list pisany był w dwóch egzemplarzach (nigdy się z czymś podobnych nie spotkałem)na karteluszkach, aktach sądowych (był do przesady oszczędny!) "Kopie" są mało czytelne, dlatego ten pierwszy list nie będzie zaprezentowany... Zapraszam!


                                       Jedna z trzech stron listu pisanego przez Karola.

Drogi Karolu, odpisuję nie zwlekając bo ucieszyłeś mnie zwoim obszernym listem. Tylko skąd u Ciebie takie ciągoty filologiczne?

    Tak się składa, że moje dziecko – docent od filologii słowiańskiej i kierownik zakładu (dziecko jest rodzaju żeńskiego) – w te arkana słowacko-czesko- polskie chętnie mnie wprowadzała. Jej praca doktorska oparta była na czeskim przekładzie średniowiecznego „De morte prologus”. Rzeczywiście między czeskim a polskim różnice były minimalne. Dziecina prowadziła każdy wyraz tego prologusa przez słowniki polskie i czeskie, wskazując, jak się z biegiem lat znaczenia rozbiegły. Niezła robótka – co? Habilitacyjną pracę pisała o tzw. „zawołaniach dozwierzęcych”, czyli wszelkich w różnych językach wołaniach na różne zwierzęta. Przezwałem ją po habilitacji „docent kici-kici”





     A w tych Pieszczanach to byłem i Wag widziałem. Nie bardzo byłem w zakładzie pracy, wadziłem się ze wszystkimi moimi dyrektorami, więc mnie tylko dwukrotnie (raz przypadkowo) wysłano służbowo za granicę. Pierwsza wyprawa była do Czechosłowacji, skąd się wtedy przywoziło obowiązkowo białą koszulę non iron. Czesi wieźli nas samochodem z Bratysławy przez Trnawę, Piszczany, Uherski Brod do Gottwaldowa, gdzie mam buty (w muzeum) pokazywali. I coś mi się zdaje, ze w Piszczanach jest taki herb nie herb, godło, nie wiem, jak to nazwać: uzdrowiony facet łamie kulę na kolanie. Poza tym gdzieś po drodze był zamek z fantastycznie głęboką studnią i fantastyczną legendą oraz napis na skale, ze tu stała obozem taka i taka legis rzymska. Ten napis można było oglądać tylko przez okno knajpy, którą cwany Pepik pobudował na placu przed skałą z historycznym napisem.

     Kolejek nie ma – mięso jest. Tego sobie nie mogę wyobrazić: socjalizm bez ogonów to jak ten chart bez ogona w „Panu Tadeuszu”. Powiedz mi, boś Ty prawnik, zawsześ bliższy ekonomiki niż ja garbaty humanista powiedz mi tedy, dlaczego dwa sąsiadujące kraje o jednakowym ustroju i jednakowych uwarunkowaniach mają tak różne oblicza. Ja to sobie myślę, ze to polityka: władza chce mieć w ręku jak najwięcej dóbr do nagradzania posłusznych. Nie wierzę, żebyśmy w ciągu 35 lat nie umieli „odbudować pogłowia”. Mój siostrzeniec pracujący w PGR, gdzie hoduje się 15000 owiec oświadczył, że tą baraniną nakarmiłby całą Polskę i jeszcze zostałoby „dwanaście koszów” ogryzków. A ileż to lat nie jadłem baraniej pieczeni…

     Tym kulinarnym westchnieniem kończę. Ściskam Ci serdecznie, a Pani Doktor rączki całuję jak Galicjanin.

                                                                                                              Feliks

Ps.

O baranach pisałem, a o sobie nie – otóż czuję się kapryśnie z sercem, a fatalnie z oddychaniem. Sapię jak kolejka sulejowska pod górkę w Uszczynie i co chwila przystaję udając, że się oglądam za kobietami.