Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wilhelmswald - Borowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wilhelmswald - Borowa. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 czerwca 2026

Borowa - Wilhelmswalde - Ute - Patzer - Friedenstab - Konfirmacja

 Przepraszam bardzo Utę, że po ponad 3 latach przy "robieniu porządku" na moim blogu znalazłem ten materiał jako roboczy...Lepiej późno niż wcale!

Pod koniec stycznia 2023 roku napisała do mnie Ute z Kassel. Jej przodkowie pochodzą z Borowej - Wilhelmswalde. Odwiedziła Borową dwukrotnie. Oto jej relacja z tych podróży:

...."W Borowej byłam już dwa razy, w obu przypadkach z ciocią. Pierwszy raz był około 2000 roku, spaliśmy w lesie w małym kamperze moich rodziców i zwiedzaliśmy okolicę - lubimy las. Przy drugiej wizycie (2014) zatrzymaliśmy się na kempingu w Chlebowie, na północny wschód od Łodzi. Ludzie z kempingu byli bardzo przyjaźni. Kiedy odwiedziliśmy Borową, mieliśmy zabawne doświadczenie: kiedy byliśmy na kawie i kawałku ciasta w wiejskim sklepie, wiejska droga była całkowicie odnawiana. Plac budowy po prostu przeszedł obok nas i naszego zaparkowanego samochodu! Odwiedziliśmy również małe muzeum i byłam bardzo szczęśliwa widząc tam nazwisko mojego przodka Christopha Friedenstaba, który był Wójtem Gminy Gałków w 1867 roku".... 

Ute zaproponowała mi wymianę doświadczeń dotyczących nie tylko tematu Borowa, także mojego Bukowca, gdyż jej rodzina również mieszkała w Bukowcu. prosiłem ją o zdjęcia w szczególności Borowej, gdyż jest ich tak mało. Wczoraj otrzymałem skany 3 pięknych (rewelacyjnych zdjęć) i odręczną mapkę zabudowań jej pradziadków Patzer. Mam nadzieję, że ta współpraca będzie owocowała nowym, nieznanymi dotychczas materiałami! Dziękuję z całego serca Ute i zapraszam do ponownego przyjazdu, nie będziesz musiała spać w lesie!



               Borowa - Wilhelmswalde - Konfirmacja (z prywatnych zbiorów Ute)

Ende Januar schrieb mir Ute aus Kassel. Ihre Vorfahren stammen aus Borowa - Wilhelmswalde. Sie hat Borowa zweimal besucht. Hier ist ihr Bericht über diese Reisen:

.... "Ich war schon zweimal in Borowa, beide Male mit meiner Tante. Das erste Mal war um das Jahr 2000, wir schliefen im Wald im kleinen Wohnmobil meiner Eltern und erkundeten die Gegend - wir mögen den Wald. Beim zweiten Besuch (2014) übernachteten wir auf einem Campingplatz in Chlebowo, nordöstlich von Lodz. Die Leute auf dem Campingplatz waren sehr freundlich. Als wir Borowa besuchten, hatten wir ein lustiges Erlebnis: Während wir im Dorfladen Kaffee und ein Stück Kuchen aßen, wurde die Dorfstraße komplett neu asphaltiert. Die Baustelle fuhr einfach an uns und unserem geparkten Auto vorbei! Wir haben auch ein kleines Museum besucht und ich habe mich sehr gefreut, dort den Namen meines Vorfahren Christoph Friedenstab zu sehen, der 1867 Bürgermeister der Gemeinde Galkow war.".... 

Ute bot mir einen Erfahrungsaustausch nicht nur über das Thema Borow, sondern auch über mein Bukowiec an, da ihre Familie auch in Bukowiec lebte. Ich bat sie um Fotos von Borowa im Besonderen, da es so wenige davon gibt. Gestern erhielt ich Scans von 3 wunderschönen (sensationellen Fotos) und eine handgeschriebene Karte mit den Gebäuden ihrer Urgroßeltern Patzer. Ich hoffe, dass diese Zusammenarbeit zu neuem, bisher unbekanntem Material führen wird! Ich danke Dir von Herzen Ute und lade Dich ein, wieder zu kommen, Du musst ja nicht im Wald schlafen!


Drogi Andrzeju, 

Wróciliśmy do domu i jesteśmy bardzo, bardzo zmęczeni! To był weekend z harcerzami, a człowiek zawsze kładzie się bardzo późno w nocy. Z mężem poznaliśmy się w harcerstwie, a teraz nasze dzieci też są harcerzami. 

Wracając do Borowej. Dzisiaj wysyłam najpierw zdjęcia szkolne i zdjęcie z bierzmowania z 1930 r. Myślę, że te zdjęcia nigdy nie były sprawą prywatną, więc nie muszę nikogo najpierw pytać. W przypadku zdjęć rodzinnych chciałbym najpierw zadzwonić do kuzynki mojej mamy, czy zgodziłaby się, gdybym przekazała jej zdjęcia. Myślę, że nie będzie miała nic przeciwko. 

Zdjęcia pochodzą z majątku Wilhelma Patzera, urodzonego 1 grudnia 1915 r. Jest on bratem mojej babci Alice Patzer, urodzonej 20 lutego 1914 r. Jej rodzicami byli Otto Patzer i Emilie Friedenstab. Mieszkali oni w domu nr 136 w Borowej. Jeśli spojrzeć z południowego zachodu na północny wschód, to był to drugi dom za przejazdem kolejowym po prawej stronie. Chyba już od dawna go nie ma. Przesyłam również plan budynku. 




wtorek, 26 maja 2026

Borowa - Stare zdjęcia - Wilhelmswald

Borowa w czasach powojennych, zdjęcia zostały pokolorowane współcześnie. Skany zdjęć otrzymałem od znajomej, urodzonej w Borowej. Liczę, że w niedługim czasie zdjęcia będą opisane.

Borowa – wieś w Polsce położona w województwie łódzkim, w powiecie łódzkim wschodnim, w gminie Koluszki. W latach 1954–1959 wieś należała i była siedzibą władz gromady Borowa, po jej zniesieniu w gromadzie Gałków Duży. W latach 1975–1998 miejscowość należała administracyjnie do województwa piotrkowskiego. Wikipedia



















sobota, 25 kwietnia 2026

Herbert Höft - Borowa - Wilhelmswalde - Rodzinne zdjęcia

 

Postaci Pana profesora Herberta Höfta urodzonego w Borowej, poświęcam od dłuższego czasu wiele miejsca w moich historycznych "wirtualnych podróżach".

Bardzo pomógł mi, mój Syn Tomek, który odbył dwie telefoniczne rozmowy z córką profesora, Panią Christiną Berger, która opiekuje się swoim 96-letnim Tatą. Pan profesor troszeczkę zaniemógł ostatnio, liczymy wszyscy, że szybko wróci do zdrowia!

Rozmowy były bardzo serdeczne, także moja bezpośrednia korespondencja z Panią Christyną to potwierdza. Napisała m.innymi o reakcji swojego taty na nasze kontakty:

..."Promieniał szczęściem. A ja cieszyłam się razem z nim. Bardzo miło jest widzieć mojego tatę tak szczęśliwego"....

Moim pragnieniem był dostęp do albumów ze zdjęciami z dawnej Borowej, które na szczęście zabrała ze sobą do Chemnitz jego kochana mama.

Pan profesor pisząc do mnie wspomniał:

...."W oczekiwaniu na wysiedlenie w 1947 roku moja matka zapakowała albumy ze zdjęciami. Zabraliśmy je ze sobą. Dzięki temu mam jeszcze wiele wspomnień z ojczyzny mojego dzieciństwa. Mógłbym opowiedzieć jeszcze wiele o Niemcach i Polakach z Borowej"....

Moje pragnienie się spełniło, Pani Christina przesłała skany kilkunastu przepięknych zdjęć związanych z Borową, rodziną pana profesora. Jestem niezmiernie wdzięczny za zaufanie i przychylność ze strony rodziny Höft!

W tej chwili pozwalam sobie zamieścić wycinek jednego z tych zdjęć pokazujące małego Herberta z rodzicami przed ich rodzinnym domem w Borowej.

Mam pewien pomysł jak i gdzie zaprezentować te nigdy nie publikowane zdjęcia, ale jest to w tej chwili słodka tajemnica!



Dem in Borowa geborenen Professor Herbert Höft widme ich seit längerer Zeit viel Raum in meinen historischen „virtuellen Reisen“.

Mein Sohn Tomek hat mir dabei sehr geholfen, indem er zwei Telefongespräche mit der Tochter des Professors, Frau Christina Berger, führte, die sich um ihren 96-jährigen Vater kümmert. Professor Höft ist in letzter Zeit etwas angeschlagen, wir hoffen alle, dass er bald wieder gesund wird!

Die Gespräche waren sehr herzlich, was auch meine direkte Korrespondenz mit Frau Christina bestätigt. Sie schrieb unter anderem über die Reaktion ihres Vaters auf unsere Kontakte:

...„Er strahlte vor Glück. Und ich habe mich mit ihm gefreut. Es ist sehr schön, meinen Vater so glücklich zu sehen“....

Mein Wunsch war es, Zugang zu den Fotoalben aus dem ehemaligen Borowa zu erhalten, die seine liebe Mutter glücklicherweise mit nach Chemnitz genommen hatte.

Der Professor erwähnte in seinem Brief an mich:

....„In Erwartung der Vertreibung im Jahr 1947 packte meine Mutter die Fotoalben ein. Wir nahmen sie mit. Dank dessen habe ich noch viele Erinnerungen an die Heimat meiner Kindheit. Ich könnte noch viel über die Deutschen und Polen aus Borowa erzählen“....

Mein Wunsch ist in Erfüllung gegangen: Frau Christina hat mir Scans von mehreren wunderschönen Fotos geschickt, die mit Borowa und der Familie des Professors zu tun haben. Ich bin der Familie Höft für ihr Vertrauen und ihre Freundlichkeit unendlich dankbar!

Im Moment erlaube ich mir, einen Ausschnitt eines dieser Fotos zu veröffentlichen, das den kleinen Herbert mit seinen Eltern vor ihrem Elternhaus in Borowa zeigt.

Ich habe eine Idee, wie und wo ich diese bisher unveröffentlichten Fotos präsentieren könnte, aber das ist im Moment noch ein süßes Geheimnis!


sobota, 28 czerwca 2025

Herbert Höft - Turbulente Zeiten - Borowa - Gałków Mały - Cmentarz wojenny

 

Ciąg dalszy wspomnień profesora Herberta Höfta - Turbulente Zeiten, strony 157-159. Pozostało mi do przetłumaczenia ostatnich 8 stron…..

                NASI ZMARLI NA NABRZEŻU KOLEJOWYM

Niemieccy żołnierze Wehrmachtu wzięci do niewoli oraz starsi mężczyźni, którzy nie zostali powołani do wojska i zostali deportowani do państw satelickich zaraz po przejściu frontu do Rosji, byli zazwyczaj internowani w obozach pracy. Wykorzystywano ich głównie do wydobycia surowców (drewna, węgla, rud metali) na Syberii i mieli oni naprawić część zniszczeń pozostawionych w kraju w wyniku wojny totalnej. Zniszczenia były ogromne z powodu brutalnej wojny, której celem było pozostawienie bolszewikom tylko spalonej ziemi. Typowe dla tamtych czasów w Związku Radzieckim i powstających komunistycznych państwach satelickich było skazywanie nawet za bardzo drobne przestępstwa na wieloletnie kary. W ten sposób chciano zapewnić siłę roboczą do odbudowy gospodarki radzieckiej poprzez przymusową pracę. Fakt, że dotknęło to wielu niewinnych ludzi, nie interesował dyktatorskich władców. Niesprawiedliwość i brutalność wobec jednostek były postrzegane jako coś zupełnie normalnego nawet po wojnie. Życie ludzkie nie miało żadnego znaczenia. Słowa „Niemiec” i „faszysta” były w dużej mierze synonimami.

„Człowiek – problem, nie ma człowieka – nie ma problemu” – miał powiedzieć Stalin. Wszyscy na wszystkich szczeblach kierowniczych postępowali zgodnie z tą dewizą. Bezużyteczni ludzie byli po prostu zbędni.

Od jesieni 1945 r. chorych i słabych więźniów, którzy nie byli już w stanie wykonywać ciężkiej pracy fizycznej, zwalniano partiami. Transporty tych słabych ludzi odbywały się zazwyczaj w wagonach bydlęcych w kierunku zachodnim. Najsłabsi często umierali w drodze do domu.

Wiele z tych pociągów przejeżdżało przez naszą wioskę linią kolejową Warszawa – Łódź. Czasami taki pociąg musiał się zatrzymać i czekać na sygnał. Wtedy wyrzucano zwłoki z wagonów.

Hilde, moja kuzynka, miała dziewiętnaście lat. Kilkakrotnie była zabierana przez milicję do spontanicznych prac. Czasami nie mogła wracać do domu przez kilka dni. Miała jeszcze małą przyrodnią siostrę z drugiego małżeństwa matki. Mimo to jej matka została internowana, a Hilde mogła tymczasowo, prawdopodobnie nawet przypadkowo, wrócić do domu. Wkrótce jednak ponownie została zmuszona do codziennej pracy przy torach, początkowo bez wynagrodzenia i wyżywienia. Dopiero znacznie później dziewczęta i kobiety otrzymały niewielkie wynagrodzenie, które pozwalało im przeżyć. Hilde pracowała tam przez cztery i pół roku, mając na utrzymaniu młodszą przyrodnią siostrę i głuchoniemą ciotkę. Był to dla Hilde straszny okres. W weekendy sprzątała w polskich domach. W zamian często dostała jedzenie i produkty naturalne, które mogła zabrać do domu.

Młode dziewczyny, które zostały zmuszone do pracy, przyzwyczaiły się do pracy na zewnątrz, przy torach kolejowych. Czasami pojawiali się jeden lub dwóch Rosjan, wybierali sobie dziewczynę i zabierali ją do pokoju na stacji kolejowej lub do lasu. Tam zazwyczaj działy się straszne rzeczy. Dotknęło to również dwie dziewczyny, Hellę i Hertę, z naszego najbliższego sąsiedztwa. Dziewczyny i ich matki były tym przerażone. Ale co mogły zrobić kobiety pozbawione praw? W końcu Stalin miał powiedzieć do żołnierzy: „Jeśli przekroczycie granicę z Niemcami, możecie robić, co chcecie”.

Hilde miała szczęście. Celowo ubierała się nieatrakcyjnie. Jednak pewnego razu Rosjanin zabrał ją ze sobą. Była zła pogoda. Ziemia w lesie była mokra. Rosjanin chodził z nią po stacji kolejowej od pokoju do pokoju, wszędzie byli ludzie. To go wprawiło w zakłopotanie. Najwyraźniej nie miał odwagi przegonić Polaków. Zastanawiał się więc przez chwilę i dał Hilde do zrozumienia, że powinna wracać do pracy. W tamtych czasach było to już szczęście.

Pewnego dnia do grupy kobiet podszedł polski policjant. Wybrał kilka kobiet do pracy nasypach, wśród nich była Hilde. Kobiety zaprowadzono do miejsca, gdzie na nasypie kolejowym leżało osiem ciał. Zostały wyrzucone z pociągu kilka dni wcześniej. „To wasi ludzie, musicie ich pochować” – powiedział policjant, oczywiście po polsku. W tamtych czasach żaden Polak nie mówił po niemiecku, nawet jeśli umiał, a Niemcy nie mieli odwagi otworzyć ust. Widok na nasypie był przerażający. Zwłoki musiały leżeć tam już od kilku dni. Nie były już w stanie sztywności pośmiertnej. W upale słońca proces rozkładu był już zaawansowany. Twarzy nie można było rozpoznać. Niektóre osoby miały na sobie mundury Wehrmachtu. Policjant trzymał się z daleka. Widok ten był dla niego wyraźnie odrażający. Krzywił twarz, najwyraźniej nie mogąc znieść smrodu. Podjechała furmanka, a kobiety musiały gołymi rękami podnosić zwłoki i ładować je na wóz. Polak zawiózł je na tak zwany Gräbeberg, leśny cmentarz dla niemieckich i rosyjskich żołnierzy z I wojny światowej. Droga dojazdowa była zarośnięta krzakami. Kobiety musiały więc z trudem przenosić zwłoki z wozu przez zniszczone drewniane schody i krzaki na cmentarz. Było to obrzydliwe i wywoływało mdłości. Żadna z kobiet nie odezwała się słowem, wszystkie milczały. Każda z nich myślała o swoich zaginionych bliskich, czy jeszcze żyją, a jeśli nie, to gdzie i w jaki sposób znaleźli się pod ziemią. Kobiety starały się przynajmniej godnie pochować tych ośmiu zmarłych.

Na cmentarzu znalazły łopatę. Musiały wykopać dół, ponownie podnieść zwłoki, położyć je w grobie i zasypać ziemią. Następnie policjant odwiózł kobiety z powrotem do miejsca pracy przy nasypie kolejowym. Nie mogły się umyć ani przebrać, musiały dalej pracować z obrzydzeniem i przylegającym zapachem. Obrzydzenie i zapach na ubraniach utrzymywały się jeszcze przez kilka dni. Większość nie miała się w co przebrać. O to zadbali wcześniej bandyci. Pomimo głodu nie można było myśleć o jedzeniu przez kilka dni, tak bardzo obraz tego wydarzenia wyrył się w ich psychice.

                    Droga na cmentarz wojenny w Gałkowie Małym. Źródło: Maddie

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

                     EURE TOTEN AM BAHNDAMM

Die deutschen gefangen genommenen Soldaten der Wehrmacht und die nicht eingezogenen älteren Männer, die in den Satellitenstaaten gleich nach dem Frontdurchgang nach Russland verschleppt worden waren, wurden in der Regel in Arbeitslagern interniert. Sie wurden vorwiegend für die Rohstoffgewinnung (Holz, Kohle, Erze) in Sibirien eingesetzt und sollten einen Teil der im Land hinterlassenen Zerstörung durch den Vernichtungskrieg wieder gut machen. Der Zerstörungen waren durch die brutale Kriegsführung, mit dem Ziel den Bolschewiken nur noch verbrannte Erde zu hinterlassen, extrem groß. Typisch war für jene Zeit in der Sowjetunion und in den entstehenden kommunistischen Satellitenstaaten, dass schon für sehr kleine Vergehen mehrjährigen Strafen verhängt wurden. So wollte man mittels Zwangsarbeit Arbeitskräfte für den Neuaufbau der sowjetischen Wirtschaft sichern. Dass es dabei viele Unschuldige traf, interessierte die diktatorischen Machthaber nicht. Ungerechtigkeit und individuelle Brutalität wurde auch noch nach dem Krieg als etwas ganz Normales empfunden. Menschenleben spielten keine Rolle. Die Wörter Deutsche rund Faschist waren weitgehend synonym.

”Ein Mensch – ein Problem, kein Mensch – kein Problem”, soll Stalin gesagt haben. Nach dieser Orientierung wurde in allen Führungsebenen gehandelt. Unnütze Esser konnte man sowieso nicht gebrauchen.

Ab Herbst 1945 wurden kranke und schwache Gefangene, die den körperlich schweren Arbeiten nicht mehr gewachsen waren, schubweise entlassen. Diese Rücktransporte der schwachen Menschen erfolgten üblicherweise in Viehwaggons Richtung Westen. Die ganz Schwachen verstarben oft noch auf dem Weg in die Heimat.

Viele dieser Züge fuhren auf der Eisenbahnlinie Warschau – Lodz durch unser Dorf. Manchmal musste so ein Zug auch anhalten und auf ein Signal warten. Dann wurden die Leichen aus den Waggons geworfen.

Hilde, meine Cousine, war neunzehn. Sie wurde mehrmals zu spontanen Arbeitseinsätzen von der Miliz abgeholt. Manchmal durfte sie mehrere Tage nicht nach Hause. Sie hatte noch eine kleine Halbschwester aus Mutters zweiter Ehe. Trotzdem wurde ihre Mutter interniert und Hilde durfte vorübergehend, wahrscheinlich sogar mehr zufällig, nach Hause. Bald wurde sie aber wieder zur täglichen Zwangsarbeit an die Bahn verpflichtet, zunächst ohne Bezahlung und ohne Verpflegung. Erst viel später bekamen die Mädchen und Frauen einen kleinen Lohn zum Überleben. Hilde arbeitete dort viereinhalb Jahre, dabei hatte sie noch die kleine Halbschwester und ihre taubstumme Tante zu versorgen. Das war für Hilde eine schlimme Zeit. An den Wochenenden ging sie in polnischen Haushalten putzen. Dafür bekam sie oft Essen und Naturalien mit nach Hause.

Die  dienstverpflichteten jungen Mädchen hatten sich an diese Arbeit draußen an der Bahntrasse gewöhnt. Manchmal kamen ein oder zwei Russen und suchten sich je ein Mädchen aus, führten es in ein Zimmer der Bahnstation oder in den Wald. Dort geschah meist Schlimmes. Das betraf auch zwei Mädchen, Hella und Herta, aus unserer unmittelbaren Nachbarschaft. Mädchen und ihre Mütter waren darüber entsetzt. Aber was konnten die vogelfreien Frauen machen. Schließlich soll Stalin zu den Soldaten gesagt haben: ”Wenn ihr die Grenze zu Deutschland überschreitet, könnt ihr machen, was ihr wollt.”

Hilde hatte Glück. Się kleidete sich mit Absicht wenig attraktiv. Doch einmal nahm sie auch so ein Russe mit. Es war schlechtes Wetter. Der Waldboden war nass. Der Russe ging mit ihr in der Bahnstation von Zimmer zu Zimmer, überall war jemand. Das machte ihn ratlos. Die polnischen Leute wegzujagen, traute er sich scheinbar nicht. So überlegte er eine Weile und gab Hilde zu verstehen, sie solle wieder arbeiten gehen. So etwas war in jener Zeit schon ein Glück.

Eines Tages kam ein polnischer Polizist zu der Frauengruppe. Er bestimmte einige Frauen zu einer Sinderarbeit, darunter war auch Hilde. Die Frauen wurden zu einer Stelle geführt, wo acht Leichen am Bahndamm lagen. Sie waren vor Tagen aus dem Zug geworfen worden. ”Das sind eure Leute, die müsst ihr vergraben”, sagte der Polizist, natürlich auf Polnisch. Zu jener Zeit sprach kein Pole Deutsch, auch wenn er es konnte, und die Deutschen trauten sich kaum, den Mund aufzumachen. Der Anblick am Bahndamm war schrecklich. Die Leichen mussten dort schon mehrere Tage gelegen haben. Sie hatten keine Leichenstarre mehr. Die Verwesung war in der Sonnenwärme fortgeschritten. Die Gesichter waren nicht mehr zu erkennen. Einige trugen die Wehrmachtsuniform. Der Polizist hielt sich im weiten Abstand auf. Ihm war der Anblick sichtlich auch zuwider. Er verzog sein Gesicht, konnte offensichtlich den Geruch nicht ertragen. Ein Pferdewagen kam herbie und die Frauen mussten mit bloßen Händen die Leichen aufheben und auf den Wagen laden. Der Pole fuhr damit auf den sogenannten Gräbeberg, dem Waldfriedhof für die deutschen und russischen Soldaten vom Ersten Weltkrieg. Die Zufahrt Sträuchern zugewachsen. So mussten die Frauen die Leichen mühevoll vom Wagen über zerfallene Holzstufen durch Sträucher auf den Friedhof schleppen. Es war ekelhaft und würgte im Hals. Keine der Frauen sprach ein Wort, alle schweigen. Jede Frau dachte an ihre vermissten Verwandten, ob sie noch lebten und wenn nicht, wo und wie sie wohl unter die Erde gekommen waren. Die Frauen bemühten sich, wenigstens diese acht Toten mit Würde unter die Erde zu bringen.

Auf dem Friedhof fanden die Frauen eine Schaufel vor. Sie mussten eine Grube ausheben, die Toten wieder aufheben und hineinlegen und das Ganze wieder zuschaufeln. Danach brachte der Polizist die Frauen wieder zu ihrer Arbeitsstelle am Bahndamm zurück. Sie konnten sich wieder waschen noch umziehen, mussten mit dem Ekel und dem anhaftenden Geruch weiter arbeiten. Ekel und Geruch an der Kleidung hielten sich noch Tage. Zum Kleiderwechseln hatten die meisten nichts mehr. Dafür hatten die Räuber vorher gesorgt. An Essen war trotz der Hungersnot mehrere Tage lang nicht zu denken, so sehr hatte sich der Anblick dieses Erlebnisse in die Psyche eingebrannt. 


środa, 25 czerwca 2025

Herbert Höft - Turbulente Zeiten - Borowa - Andrzejów

 Ciąg dalszy wspomnień profesora Herberta Höfta - Turbulente Zeiten, strony 144-147.


                                               BANDYTA

Już jako dziecko nazywano go bandytą. Nikt nie znał jego ojca, nie znano również ojców jego dwóch młodszych sióstr. Nikt nie wiedział, z czego utrzymywała się rodzina mieszkająca w zrujnowanym domu na skraju lasu państwowego, z dala od wsi. Jako Polak w pokonanym kraju nie musiał, a właściwie nie miał prawa chodzić do szkoły. Edukacja przyszłych niewolników wydawała się nazistowskiemu państwu zbędna. Latem biegał boso po lasach, ścigał wrony, dzikie gołębie na drzewach, dzikie kaczki na naturalnych stawach i kradł im jaja lub wyjmował pisklęta z gniazd. Jego pasją było wędkarstwo, a sprzęt do tego szybko zdobył. Zbierał ślimaki do kuchni matki, a grzyby i jagody, które zbierała jego matka, sprzedawał czasem letnikom we wsi. Zimą polował na kuropatwy na polach i kłusował w lesie, używając pułapek i sideł. Nigdy nie został przy tym złapany. Rolnicy podejrzewali go, że kradnie więcej drobiu niż lis. Znajdowali rozbite klatki dla królików, a czasem z pola lub stodoły znikała nawet owca lub koza. Kiedyś coś zraniło mu lewe oko. Zawsze miał je półprzymknięte. Twarz wykrzywiona w grymasie. Ten wygląd, podarte ubrania, jeśli można je było nazwać szmatami, i znoszone buty przyniosły mu przydomek bandyta. Nie miał przyjaciół. Dzieci w jego wieku obserwował zawsze z daleka.

Tak żył przed wojną i podczas wojny, aż Armia Czerwona zajęła nasz region, a znaczna część Wehrmachtu pozostała w rozległych lasach. Armia radziecka miała na celowniku Poznań, a później Berlin i nie przejmowała się tym, co działo się za linią frontu.

Teraz nadeszła jego wielka chwila. W lesie i na polach leżało mnóstwo karabinów, pistoletów i amunicji. Znalazł też przyjaciół i wkrótce miał własną bandę. Uzbrojone dzieci rabowały bezbronnych Niemców i zabierały wszystko, co im się podobało. Dzieci potrafią być czasem okrutniejsze niż dorośli. Nosiły zszyte mundury, chodziły od gospodarstwa do gospodarstwa, szukały alkoholu i wędlin, urządzając hulanki w okazałych domach i śpiąc nieumyte w eleganckich łóżkach. W tak niejasnych, bezprawnych czasach cudza własność była kusząca. Takie życie trwało tylko kilka miesięcy. Potem pojawiło się nowe państwo polskie i próbowało wprowadzić zasady i porządek. Oczywiście, po doświadczeniach Polaków podczas wojny nie mogły one być przyjazne Niemcom. Wszyscy Niemcy w powstających państwach satelickich (Polska, Czechosłowacja, Węgry, Rumunia) zostali wywłaszczeni i wyrzuceni ze swoich domów. W naszej okolicy niektórzy znaleźli na krótko schronienie u współczujących Polaków. Wielu z nich pracowało za jedzenie i nocleg w stajni lub stodole jako służący lub parobek u nowych panów. W Andrzejowie, na przedmieściach Łodzi, wszystkie pozostałe niemieckie kobiety i dzieci zostały zamknięte przez milicję w kościele. Tam sortowano ludzi według ich wartości użytkowej. Wśród nich były moje dwie ciotki z dwójką małych dzieci i moja 72-letnia babcia. Jedna z ciotek miała trafić do obozu pracy bez dzieci. Dzieci płakały rozdzierająco z powodu rozłąki. Babcia wynegocjowała, że pójdzie do obozu pracy za ciotkę. Po wywiezieniu osób zdolnych do pracy do obozu pracy Sikawa pod Łodzią, pozostałe kobiety z dziećmi zebrano w grupę, wraz z bagażem ręcznym wyprowadzono na drogę krajową Łódź – Tomaszów i wysłano na wschód.

W ten sposób w tamtych czasach pozbywano się problemów z Niemcami w różnych wioskach. Moja babcia, Pauline Heidemann, matka mojej matki, zmarła w tym obozie już po kilku tygodniach. Opowiadano, że stare kobiety musiały dla rozrywki niektórych strażników wykonywać „skoki króliczka”. Ciotka, którą uratowała moja babcia, mieszkała tylko przez jakiś czas u mojej babci w Andrzejowie. Teraz została ponownie wysiedlona. Przyjechała do nas z małą córeczką i jeszcze mniejszym synkiem. My również zostaliśmy wywłaszczeni i nie mogliśmy jej przyjąć na stałe. Po kilku tygodniach znaleźliśmy dla nich mieszkanie i pracę dorywczą u krawca. Dwoje dzieci zostało zatrudnionych przez Polaków jako pasterze kóz. Po tych czystkach etnicznych w wielu wioskach milicja miała stopniowo rozbroić i rozwiązać bandy. W ramach politycznej reakcji w podziemiu zorganizowała się tzw. Armia Andersa. Generał Anders uciekł wraz z rządem polskim na wygnanie do Londynu w 1939 roku. Tam utworzył polską armię, która wraz z Anglikami walczyła przeciwko niemieckim faszystom jako piloci, a po inwazji na Francję jako żołnierze frontowi. Po kapitulacji Niemiec ich celem było przekształcenie Polski w demokratyczne państwo na wzór zachodni. Nie podobało się to komunistycznym władzom, które dążyły do stworzenia państwa na wzór radziecki. Walcząca w ukryciu Armia Andersa przybrała charakter ruchu partyzanckiego. Podczas napadów zabijała żołnierzy regularnej armii. Młody mężczyzna z naszej okolicy, Mietek Turek, powołany do służby wojskowej, został zastrzelony z pistoletu przy stole w knajpie pod Poznaniem podczas przyjacielskiej rozmowy. Zmniejszyło to sympatię do Armii Andersa. Komunistyczne władze wyznaczyły termin dobrowolnego rozwiązania armii. Ci, którzy nie zgłosili się w wyznaczonym terminie, zostali skazani na śmierć bez łaski. Dotknęło to wielu demokratycznie nastawionych Polaków. Partyzanci, którzy walczyli podczas wojny z Niemcami, zostali uhonorowani dożywotnią rentą. Młodszy brat zamordowanego Mietka, Tzecho, również otrzymał tę rentę. Bardzo wątpliwe było, czy w swoim wieku naprawdę należał do partyzantów. W takich przypadkach cenne były zeznania świadków.

Matka bandyty również w tych burzliwych czasach zajęła niemiecki dom i wygnała właścicieli. Milicja przydzieliła jej krowę mleczną z innej stajni. W ten sposób rodzina bandyty po raz pierwszy w życiu miała w miarę bezpieczne schronienie.

Grupa bandyty składała się wyłącznie z dzieci. Kiedy sytuacja się ustabilizowała, grupa rozpadła się sama. Tylko bandyta nie chciał się poddać. Nie chciał stracić władzy. Ale był teraz sam. Przypomniało mu się, co członkowie SA zrobili Polakom przed kościołem katolickim. Stanął na ulicy przed swoim domem i zażądał, aby każdy Niemiec go pozdrowił. Ja też miałem to zrobić. Było to sprzeczne z moim poczuciem honoru. Wywiązała się ostra bójka. Byliśmy mniej więcej równi siłą. Nikt mi nie pomógł. Byłem przecież tylko Niemcem. Nieznany chłopiec powiedział: „Ten Szwab ma odwagę”. Inny skinął mi głową i powiedział: „Daj mu porządnie”. Wyczerpani rozeszliśmy się. Od tamtej pory nie miałem odwagi wychodzić z wioski. Zawsze bałem się, że może mnie zaatakować cała banda, i szukałem ochrony u silniejszych polskich przyjaciół. W końcu czas wojny spędziliśmy w przyjaznej atmosferze zabawy. Bandyta postanowił dalej działać przeciwko Niemcom, którzy nadal byli pozbawieni praw, zdobył karabin i amunicję i ukrył je w lesie.

Powiedział do swoich kumpli: „Zastrzelimy tych bezużytecznych Niemców”. Tego samego wieczoru na skraju lasu padł strzał. Znaleziono starego mężczyznę z raną postrzałową płuca. Odprowadził swoją córkę, która chciała odwiedzić swoją siostrę, do skraju wsi i czekał w lesie, aby nie zostać złapanym i wysłanym.

Przybył sowiecki komendant i wpadł w szał.

Wszyscy wiedzieli, a raczej domyślali się, że to mógł być tylko bandyta. Jednak nigdy nie poszukiwano sprawcy.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Fortsetzung der Erinnerungen von Professor Herbert Höft – Turbulente Zeiten, Seiten 144–147.

                                              DER BANDIT

Schon als Kind wurde er Bandit genannt. Seinen Vater kannte niemand, auch die Väter seiner zwei kleineren Schwestern waren unbekannt. Wovon die Familie in ihrem zerfallenen Haus am Staatswald abseits des Dorfes lebte, wusste niemand. Als Pole im besiegten Land brauchte er nicht, nein, durfte er nicht zur Schule gehen. Bildung zukünftiger Sklaven erschien dem Nazistaat unnötig. Im Sommer stromerte er barfuß in den Wäldern herum, verfolgte Krähen, wilde Tauben in den Bäumen, wilde Enten an den Naturteichen und räuberte ihre Eier oder holte die Jungen aus den Nestern. Angeln war seine Leidenschaft und die Utensilien dazu waren schnell beschafft. Schnecken sammelte er für Mutters Küche, Pilze und Beeren, die seine Mutter gesammelt hatte, verkaufte er manchmal an Sommerfrischler im Dorf. Im Winter stellte er den Rebhühnern auf den Feldern nach und wilderte mit Fallen und Schlingen im Wald. Niemals wurde er dabei erwischt. Die Bauern hatten ihn im Verdacht, dass er mehr Geflügel stahl, als der Fuchs holen konnte. Się fanden Kaninchenställe aufgebrochen und manchmal verschwand sogar ein Schaf oder eine Ziege vom Feld oder aus dem Stall. Mit irgendetwas hatte er sich einmal das linke Auge verletzt. Er hielt es immer halb geschlossen. Sein Gesicht verzerrte er meistens zu einer Grimasse. Dieses Aussehen, seine zerfetzten Kleider, wenn man die Lumpen noch so nennen konnte, und seine verschlissenen Schuhe brachten ihm den Beinamen Bandit ein. Freunde hatte er keine. Kinder seines Alters beobachtete er stets nur aus größerer Entfernung.

So lebte er vor dem Krieg und während des Krieges, bis die Rote Armee unser Gebiet überrollte und größe Teile der Wehrmacht in der riesigen Wäldern zurückgeblieben waren. Die Sowjetarmee hatte die Städte Posen und später Berlin im Auge und kümmerte sich wenig, was hinter ihrer Front zurückblieb.

Nun kam seine große Zeit. Gewehre, Pistolen und Munition lagen genügend im Wald und auf den Feldern herum. Jetzt fand er auch Freunde und bald hatte er eine eigene Bande. Die bewaffneten Kinder räuberten bei den vogelfreien Deutschen und holten sich, was ihnen gefiel. Kinder können manchmal grausamer sein als Erwachsene. Sie trugen zusammengestoppelte Uniformen, gingen von Hof zu Hof, suchten na Alkohol und Gepökeltem, feierten Gelage in herrschaftlichen Häusern und schliefen ungewaschen in feinen Betten. Fremdes Eigentum ist in solch unklaren, gesetzlosen Zeiten anziehend. Dieses Leben währte nur wenige Monate. Dann meldete sich der neue polnische Staat und versuchte, Regeln und Ordnung durchzusetzen. Diese konnten natürlich nach den Erfahrungen der polnischen Menschen während des Krieges nicht deutschfreundlich sein. Alle Deutschen in den entstehenden Satellitenstaaten (Polen, Tschechoslowakei, Ungarn, Rumänien) wurden enteignet und aus ihren Häusern vertrieben. In unserer Gegend kamen manche für kurze Zeit bei mitleidigen Polen unter. Viele verdingten sich nur gegen Essen und Schlafen im Stall oder der Scheune als Magd oder Knecht bei den neuen Herren. In Andrzejów, einem Vorort von Lodz, wurden alle verbliebenen deutschen Frauen und Kinder von der Miliz in die Kirche gesperrt. Dort sortierte man die Menschen nach ihren Gebrauchswert. Meine zwei Tanten mit je zwei kleinen Kinder und meine 72 jährige Oma waren auch unter ihnen. Die eine Tante sollte ohne Kinder ins Arbeitslager. Die Kinder schrien wegen der Trennung herzzerreißend. So verhandelte Oma, dass sie für die Tante ins Arbeitslager gehen durfte. Nachdem man die Arbeitsfähigen in das Arbeitslager Sikawa bei Lodz gebracht hatte, wurden die verbliebenen Frauen mit Kinder in einen Tross zusammengestellt, mit ihrem Handgepäck auf die Fernstraße Lodz – Tomaszow geführt und nach Osten geschickt.

So entledigte man sich damals der Probleme mit den Deutschen in verschiedenen Dörfern. Meine Oma, Pauline Heidemann, Mutter meiner Mutter, starb schon nach wenigen Wochen in diesem Lager. Man erzählte, die alten Frauen mussten zur Erbauung mancher Bewacher ”Häschen Hüpf” machen. Die Tante, die von meiner Oma gerettet worden war, lebte nur zwischenzeitlich bei meiner Oma in Andrzejów. Jetzt wurde sie erneut vertrieben. Nun kam sie zu uns mit ihrer kleinen Tochter und dem noch kleineren Sohn. Wir waren auch enteignet und konnten sie nicht auf Dauer unterbringen. Nach Wochen fand się eine Unterkunft und eine Aushilfsarbeit bei einem Schneider. Die beiden Kinder wurden als Ziegenhirten von Polen tagsüber genommen. Nach dieser ethnischen Säuberung in zahlreichen Dörfern sollten auch die Banden durch die Miliz Schritt für Schritt entwaffnet und aufgelöst werden. Als politische Gegenreaktion organisierte sich im UNtergrund die sogenannte Andersarmee. General Anders war 1939 mit der polnischen Regierung ins Exil nach London geflohen. Er hatte dort eine polnische Armee aufgestellt, die mit den Engländern gegen die deutschen Faschisten z T. als Piloten und nach der Invasion in Frankreich als Frontsoldaten kämpfen. Nach der Kapitulation Deutschlands war ihr Ziel, Polen in einen demokratischen Staat nach westlichem Muster zu entwickeln. Das missfiel den kommunistisch orientierten Machthabern, die einen Staat nach sowjetischen Muster anstrebten. Die im Verborgenen kämpfende Andersarmee nahm den Charakter einer Partisanenbewegung an. Sie tötete bei Überfällen Soldaten der regulären Armee. Ein zum Wehrdienst eingezogener junger Mann aus unserer Nachbarschaft, Mjetek Turek, wurde in einer Kneipe bei Posen während eines freundschaftlichen Gesprächs mit einer Pistole am Tisch erschossen. Das minderte die Sympathie für die Andersarmee. Die kommunistische Staatsmacht stellte einen Termin für die freiwillige Auflösung. Wer sich nicht bis zu dem vorgegebenen Termin gestellt hatte, wurde gnadenlos zum Tode verurteilt. Das traf zahlreiche demokratisch gesinnte Polen. Die Partisanen, die während des Krieges gegen die Deutschen gekämpft hatten, wurden durch eine lebenslange Rente geehrt. Der jüngere Bruder, Tzecho, des getöteten Mjetek, bekam auch diese Rent. Ob. er in seinem Alter wirklich schon zu den Partisanen gehört hatte, war sehr fraglich. In solchen Fällen waren Aussagen von Zeugen wertvoll.

Die Mutter des Banditen hatte sich in dieser turbulenten Zeit auch ein deutsches Haus genommen und die Eigentümer verjagt. Die Milchkuh wurde ihr von einem anderen Stall durch die Miliz zugewiesen. So hatte die Familie des Banditen zum ersten Mal in ihrem Leben eine einigermaßen gesicherte Unterkunft.

Die Gruppe des Banditen bestand ausschließlich aus Kinder. Als die Verhältnisse wieder geordneter wurden, löste sie sich von selbst auf. Nur der Bandit wollte nicht aufgeben. Er wollte sich nicht entmachten lassen. Aber er war nun allein. Nun fiel ihm ein, was SA-Männer mit Polen vor der katholische Kirche gemacht hatten. Er stellte sich auf die Straße vor seinem Haus und verlangte, dass ihn jeder Deutsche grüßte. Auch ich sollte das tun. Das widersprach meinem Ehrgefühl. Eine heftige Schlägerei begann. Wir waren beide etwa gleich stark. Niemand half mir. Ich war ja nur ein Deutscher. Ein fremder Junge sagte: ”Der Schwobb traut sich ja was.” Ein anderer nickte mir zu und sagte: ”Gib es ihm nur ordentlich.” Erschöpft gingen wir auseinander. Seitdem traute ich mir aber mich mehr durchs Dorf. Ich fürchete immer, dass mich vielleicht eine ganze Bande überfallen könnte, und suchte Schutz durch stärkere polnische Freunde. Schließlich hatten wir ja die Kriegszeit in freundschaftlicher Spielatmosphäre verbracht. Der Bandit nahm sich vor, gegen die immer noch rechtlosen Deutschen weiter zu agieren, sicherte sich ein Gewehr und Munition und versteckte beides im Wald.

Er sagte zu seinen Kumpanen: ”Wir schießen diese unnützen Deutschen ab.” Noch am selben Abend fiel am Waldrand ein Schuss. Man fand einen alten Mann mit Lungenschuss. Er hatte seine verängsitgte Tochter, die ihre Schwester besuchen wollte, bis zu Dorfrand begleitet und wartete im Wald, um nicht weggefangen und verschickt zu werden.

Ein sowjetischer Kommandant kam und tobte.

Alle wussten, oder genauer gesagt, ahnten, das konnte nur der Bandit gewesen sein. Nach dem Täter wurde aber nie gesucht.


poniedziałek, 23 czerwca 2025

Herbert Höft - Turbulente Zeiten - Borowa - "Wyzwoliciele" - Gwałty

 

Materiał, który zamieszczam poniżej jest bardzo drastyczny, tylko dla czytelników o mocnych nerwach. Jak zachowywali się "wyzwoliciele" chyba każdy z dorosłych wie. W czasach komuny był to temat tabu.....

Książka Herberta Höfta - Turbulente Zeiten, strony 132-138.

                                                            ZABAWA I PRZEMOC

Czym zajmują się ludzie w czasach pokoju w odległej, spokojnej wiosce położonej pomiędzy dwoma dużymi lasami państwowymi? W tamtych czasach drogi były jeszcze nieutwardzone, wyboiste, pola uprawne dopiero kilka lat wcześniej wykarczowano z pierwotnego lasu, a domy kryte strzechą były bardzo małe. Poczta przychodziła do wsi sporadycznie. Radio zasilane było akumulatorami i było luksusem, na który mogli sobie pozwolić tylko letnicy z miasta. Rzadko słyszano o wydarzeniach, nowościach lub jakichkolwiek zmianach na świecie, a na farmach i polach było ich mnóstwo. Gazeta rzadko trafiała do tej odległej miejscowości. Tylko letnicy czytali te nieporęczne gazety, które miały prawie rozmiar prześcieradła! Niewprawnym rolnikom trudno było połączyć litery w słowa. Większość z nich, z powodu I wojny światowej, uczęszczała tylko do czterech klas wiejskiej szkoły. Powoli śledzili słowa i linijki, literując je swoimi sękatymi palcami. Mieszkańcy wsi nie mogli poświęcić na to tyle czasu. Ich zrogowaciałe dłonie drżały z podniecenia, gdy mimo wszystko zabierali się za wielkie kartki. Jesienią koszono zboże i zbierano owoce i warzywa na długą zimę. Potem nadchodził czas spokoju. Nuda ogarniała puste domy. Budziła się potrzeba towarzystwa. Ludzie starali się nadać sens krótkim zimowym dniom i długim zimowym wieczorom, a przy okazji oszczędzając naftę. W dzisiejszych czasach trudno sobie wyobrazić, że na wsi w Polsce nie było prądu, telefonu, radia, telewizji, a tym bardziej internetu. Radość sprawiało jedzenie, picie, spanie, a przede wszystkim towarzyskie rozmowy. Kiedy świnia była już ubita, spichlerze zapełnione, a bydło nakarmione, wieczorem zbierano się, aby wspólnie z dziećmi odmówić modlitwy, omówić przeżycia i spostrzeżenia, przy czym niektóre metafory miały w końcu tylko niewielką dozę prawdy – reszta była tylko ozdobnikami różnych gawędziarzy. O żartach i odwiecznym temacie numer jeden można było opowiadać i śmiać się bez końca. Jednak tematy te były starannie ukrywane przed dziećmi. Właśnie to sprawiało, że temat ten był dla nich szczególnie interesujący. O starej Annie mówiono, że wieczorem wołała przez otwarte okno: „Alois kumm, stack’n nien”. Ten dialekt nie pasował do naszego regionu. Cała wioska się z tego śmiała. Dzieci biegały za Anną i wołały: „Alois kumm, stack’n nien”. Nie wiedziały, o co chodzi. Dzieci wołały, a cała wioska się z tego śmiała. Stary Gustav miał wymyślić wieczorną rymowankę: „Anna, kumm ins Bett. Znowu mam dziwne uczucie, zawsze wieczorem”. Te zdania były ciągle powtarzane i wszyscy się z nich śmiali do łez. Ponieważ dorośli śmiali się tak głośno, dzieciom też wydawało się to zabawne. Musiało być coś szczególnego w tym temacie, skoro ciągle o nim mówiono. Musiało kryć się w nim szczególne zadowolenie, którego dzieci jeszcze nie potrafiły zrozumieć.

W samym środku tego idyllicznego życia nadeszła straszna II wojna światowa z jej ohydnymi okrucieństwami. Mężczyźni musieli iść na front, kobiety pozostały same z dziećmi w gospodarstwach. Starsi mężczyźni mogli początkowo potajemnie pomagać swoim przyjaciołom. Jednak wraz z wiekiem stali się coraz bardziej lojalni. Tak więc niejedna silna wieśniaczka ściągnęła młodego chłopaka na swoje łóżko lub łóżko polowe. Elsa wybrała sobie swojego polskiego parobka, co wkrótce miało swoje konsekwencje. Gdyby się przyznała, oznaczałoby to dla Polaka wyrok śmierci. Podczas rozwodu jej mąż podał jedynie, że dziewczynka nie mogła zostać poczęta w wyniku dalekiego małżeństwa (tutaj należałoby wspomnieć o pojęciu dalekiego małżeństwa), na przykład poprzez pocztę polową. Elsa wkrótce urodziła kolejnego chłopca, który zginął w tajemniczych okolicznościach. Młodzi chłopcy z wioski wykorzystali ten czas do momentu powołania do wojska. Przynajmniej jedną młodą dziewczynę trzymali dla siebie. Dzięki temu mogli liczyć na pocztę polową również później. Każda dorosła Niemka powinna być oficjalną narzeczoną żołnierza. To wiązało bojowników z ojczyzną i wzmacniało ich morale. Poczta polowa miała pełne ręce roboty. Bohaterowie na froncie wkrótce zaczęli ponosić porażkę za porażką. Wróg, wielka Rosja, przebudziła się, wyzwoliła swoją ziemię i przekroczyła dawną granicę. Wielka wojna ojczyźniana przeniosła teraz swoje okropności z powrotem do punktu wyjścia. Słyszano wprawdzie straszne rzeczy o wściekłych Rosjanach, ale nie można było sobie tego wyobrazić i nie chciano tego sobie wyobrażać. Niemcy mieli tam podobno żyć jak zwierzęta. O spalonej ziemi krążyło wiele plotek. Opowiadano, że niemiecki porucznik podczas odwrotu wszedł do domu, kazał podać sobie jedzenie i picie, a następnie chciał zgwałcić córkę gospodarza. Matka wtrąciła się z krzykiem i zaczęła się bronić, więc wyciągnął pistolet i zastrzelił obie. Była to plotka, zanim front dotarł do naszej wsi. Zwycięzcy radzieccy doświadczyli nazistowskiej polityki spalonej ziemi w swojej ojczyźnie. Czy mieli powody, aby postępować inaczej na podbitym terytorium wroga, na przykład być hojni, nie mścić się? Żadne rozkazy tego od nich nie wymagały. Nikt im nie przeszkadzał. Odpłacić tym samym. Wszyscy wiedzieli, że ucierpi jeszcze więcej niewinnych osób. Winni w porę uciekli. ODESSSA chętnie załatwiała duchownym bilety do Argentyny lub gdziekolwiek indziej.

Ale czy ich zamordowani rodzice i rodzeństwo byli winni? Radzieccy żołnierze frontowi często nie mieli bielizny pod watowanymi kurtkami i spodniami. Kraj był zbyt wykrwawiony, zniszczony przez wroga. Teraz grzebali w szafach z bielizną w niemieckich sypialniach. Skoro już zdejmowali filcowe buty i spodnie z waty, to czemu nie skorzystać z okazji, żeby się trochę zabawić. Potem można było od razu rzucić na łóżko jakąś chudą wieśniaczkę. W tych dniach, kiedy zdobywano wioskę, płacz, wrzaski i krzyki dziewcząt i kobiet były ogromne. Wieczorem i w nocy było jeszcze gorzej. Całe hordy młodych żołnierzy rzucały się na dziewczyny i kobiety.

Mówi się, że w niekontrolowanych, bezprawnych czasach człowiek jest bardziej niebezpieczny niż dzikie zwierzę. Bestia, jaką jest mężczyzna, nie szuka tylko seksualnego zaspokojenia. Bestie są szczególnie brutalne, gdy mogą bezkarnie robić to, czego nie pozwala rozsądne współżycie i moralność. Tak było we wszystkich wojnach. Tak będzie w konfliktach zbrojnych, dopóki ludzie będą prowadzić wojny. W królestwie zwierząt silniejsza płeć podąża za instynktem rozmnażania tylko w określonych porach roku. Człowiek nie zna w tym względzie żadnych pór roku. Podobno inteligentny człowiek stworzył z instynktu pewną kulturę. W stadzie wyłącza jednak swoją indywidualną inteligencję i samokontrolę i podąża wyłącznie za wyuczonym instynktem stadnym, który jest tresowany przez dyscyplinę wojskową i władzę. Tylko w ten sposób można wyjaśnić liczne błędy stada i grupy. W stadzie człowiek nie podąża już za własnym rozumem. Należy jednak zasadniczo obawiać się, że ludzka twarz niekoniecznie kryje w sobie ludzkie oblicze.

Martha została szczególnie dotknięta. Przed jej domem zatrzymała się ciężarówka pełna żołnierzy. Dwóch młodych mężczyzn złapało ją na podwórku i zaciągnęło do stodoły. Rzuciło ją na słomę, a czterech mężczyzn rozciągnęło jej ręce i nogi. Krzyczała, płakała, błagała, szarpała się i broniła, jak tylko mogła. Nie pomogło. Czterech mężczyzn trzymało ją mocno. Jeden stanął między jej rozłożonymi nogami. Zakrył jej twarz spódnicą. Ostrym nożem rozciął jej majtki, aż odsłonił włosy łonowe. Na jego twarzy pojawił się zadowolony uśmiech. Teraz opuścił spodnie i dumnie pokazał swojego najlepszego przyjaciela, który stał sztywny jak kość. Promieniał i cieszył się podziwem swoich towarzyszy. Następnie opadł na Marthę i wszedł w nią. Brutalnie, bez względu na nic, wbijał się w nią tak głęboko, jak tylko mógł, przyciskał swoje ciało do Marthy, a następnie oparł się na rękach, aby wejść jeszcze głębiej. Po kilku minutach jęknął z wyczerpania i opadł bezwładnie na bok Marthy. Teraz był gotowy, wyczerpany przyjemnością. Powoli wstał i skinął głową następnemu. Ten uśmiechnął się i zrobił to samo co pierwszy. On również pokazał swojego sztywnego członka i z rozkoszą odciągnął napletek. Trzeci był nieco delikatniejszy. Zakrył twarz Marty, próbował ją pocałować i pieścił jej piersi. Potem wszedł w nią. Jego ruchy przypominały kręcenie się w kółko i nieokreślone figury w kształcie ósemki. Ssał sutki Marty, lizał je, jakby miał pod sobą swoją ukochaną. Bawił się, potrzebował więcej czasu niż jego poprzednicy. Potem też opadł na bok z jękiem ulgi. „Z mojej porcji na pewno urodzi trojaczki” – zaśmiał się. Czwarty nie miał czasu. Jak królik podskakiwał na Marcie. Nie potrzebował gry wstępnej. Na koniec ugryzł Marthę w prawą pierś. Martha krzyknęła z bólu, co wywołało ogólny śmiech. Potem on też skończył. Teraz zmieniła się ekipa trzymająca. Teraz oni też chcieli swojej przyjemności. Podczas oglądania ledwo mogli się powstrzymać. Ich grube bawełniane spodnie wybrzuszały się w kroku. Dołączyli kolejni mężczyźni i dołączyli do zabawy. Martha nie mogła się już bronić. Pogodziła się z tym, czego nie mogła zmienić. Krwawiła. Śluz tych facetów był obrzydliwy, tak jak wszystko, co robili. Musiało ich być około szesnastu do osiemnastu. Później nie potrafiła już dokładnie powiedzieć. Pamiętała tylko ostatniego, chociaż pod koniec prawie nic nie czuła. Ostatni był wyjątkowo obrzydliwy. Po tym, jak spuścił się w Marthę, rozchylił jej szczękę, wyciągnął z nosa smarki i splunął Marcie do ust. To było niewyobrażalnie obrzydliwe.

Potem przyszedł jeszcze jeden. Uśmiechnął się. „No, chcesz jeszcze raz?” – zapytano go. Nie odpowiedział, podszedł bliżej, rozpiął spodnie i przytrzymał je ręką. „Nie mam już soku, ale mam wodę”. Chciał jeszcze raz dodać swoją porcję dla szczególnej przyjemności pozostałych. Martha była nadal trzymana. Jego kumple czekali. Co on jeszcze chce zrobić? Nie położył się, tylko stanął między nogami Marthy i powiedział: „Myszka się rozgrzała. Potrzebuje prysznica”. Nasikał na zakrwawioną, owłosioną część ciała Marthy między nogami. Inni śmiali się, uważając to za zabawne. Następnie wyjął z tylnej kieszeni drewnianą łyżkę kuchenną, włożył jej trzonek do pochwy Marthy i powiedział: „Teraz trzeba jeszcze zamieszać papkę”. Wszyscy śmiali się z tego pomysłu i kiwali głowami z uznaniem.

„Dla mnie ważniejszy był numer niż sikanie” – powiedział jeden z nich z pogardą.

Dopiero teraz zostawili Marthę w spokoju. Dobrze się bawili. Nikt nie zastanawiał się, jak czuje się Martha i co przeszła z rąk tej hordy. Opuścili stodołę, wsiedli do swojej rozklekotanej ciężarówki i odjechali, wyśpiewując głośne pieśni. Dla nich był to udany dzień walki za frontem.

W prawie wszystkich wioskach w naszej okolicy działy się podobne rzeczy. Kiedy Rosjanie przejeżdżali przez wioskę, kobiety błagały Boga: „Oby tym razem nie zatrzymali się”. Niektóre kobiety nie przeżyły. Inne popełniły samobójstwo. Jedna kobieta została zabita sztyletami przez czteroosobową załogę czołgu po tym nieludzkim znęcaniu się. Gwałcono również polskie dziewczyny.

 Tak nie wyobrażali sobie wyzwolenia wyzwoleni. Skargi i zażalenia trafiały do radzieckiego generała. W końcu znęcanie się nad kobietami i dziewczynami zostało uznane za przestępstwo. Gdy to nie pomogło, grożono nawet karą śmierci. Niektórzy żołnierze nie potrafili jednak powstrzymać się od swoich czynów. Kiedy pierwsi zostali rozstrzelani za swoje zbrodnie, gwałty ustały. Przyjemność płynąca z gwałtu nie była chyba na tyle wielka, aby ryzykować za to życie. Oczywiście wydarzenia te nie pozostały ukryte przed małymi i większymi dziećmi. Do tej pory słyszały od dorosłych, że akt ten między mężczyzną a kobietą ma być czymś bardzo pięknym, cudownym, niebiańskim, a nawet przyjemnym. Teraz słychać było lamenty, płacz i krzyki kobiet. Cóż, może było ich zbyt wiele naraz, a może robiły to inaczej. Ale to było dziwne, co dorośli mówili o tym wcześniej, a co teraz o tym myśleli i mówili.

Martha wywlokła się ze stodoły do swojego domu. Oparła się o ścianę domu. Kiedy weszła do mieszkania, zniszczonego i wyniszczonego, jej córeczka płakała. Matka ciężko usiadła przy stole. Dzieci natychmiast podeszły do niej.

„Mamo, dlaczego płaczesz? Zawsze mówiliście, że to coś pięknego, kiedy mężczyzna i kobieta...”. Nie kontynuowała. Co miała powiedzieć? Nie znała nawet słów, które były tu używane.

„Tak, moje dziecko. Bez przemocy coś takiego może być piękne. Przemoc nie jest piękna nawet dla tych, którzy ją stosują, jest tylko zwierzęcym, obrzydliwym zaspokojeniem potrzeb”.

„Ale ty nie umrzesz, mamo?”.

„Mam nadzieję, że przetrwamy ten straszny czas”.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Das Material, das ich unten veröffentliche, ist sehr drastisch und nur für Leser mit starken Nerven geeignet. Wie sich die „Befreier” verhalten haben, weiß wohl jeder Erwachsene. Zu Zeiten des Kommunismus war dies ein Tabuthema...

Buch von Herbert Höft – Turbulente Zeiten, Seiten 132–138.

                                   SPAß UND GEWALT

Was tun die Menschen in Friedenszeiten in einem abgelegenen stillen Dorf zwischen zwei großen Staatswäldern? Die Straßen waren damals noch unbefestigte, holprige Landwege, die Ackerflächen konnten erst vor wenigen Jahren dem gerodeten Urwald abgerungen werden und die strohgedeckten Häuser waren sehr klein geraten. Die Post kam nur sporadisch ins Dorf. Das Radio wurde mit Akkus gespeist und war nur für die Sommerfrischler aus der Stadt ein erchwingliches Vergnügen. Von Ereignissen, Neuigkeiten oder irgendwelchen Veränderungen in der Welt hörte man selten, und den Bauernhöfen und den Feldern jede Menge. Arbeit Eine Zeitung fand selten den Weg in diese Abgeschiedenheit. Nur die Sommerfrischler lasen diese unhandlichen Papier, die beinahe die Größe eines Leintuches hatten! Den ungeübten Bauern field as Aneinanderreihen der Buchstaben zu Wörtern zudem schwer. Die meisten hatten durch den Ersten Weltkrieg nur vier Klassen der Dorfschule besucht. Sie hätten den Wörtern und Zeilen mit ihren knubbligen Fingern, die das Buchstabieren begleiteten, nur langsam folgen können. So viel Zeit konnte keim Dorfmensch aufwenden. Die schwieligen Hände zitterten vor Aufregung, wenn się trotzdem einmal mit den großen Blättern hantierten. Im Herbst wurde das Getreide gemäht und Obst und Gemüse für den langen Winter eingebracht. Dann kam die Zeit der Ruhe. Langeweile schlich durch die leeren Häuserzeilen. Der Wunsch nach Geselligkeit wurde wach. Die Menschen versuchten, dem kurzen Wintertag und dem langen Winterabend einen Sinn zu geben und nebenbei Petroleum zu sparen. In einer heute unvorstellbaren Zeit, wo weder elektrischer Strom, noch Telefon, Radio, Fernsehen oder gar Internet in den ländlichen Gegenden in Polen bekannt und vorstellbar waren, bestand das Vergnügen im Essen, Trinken, Schlafen und vor allem in einer geselligen Unterhaltung. Wenn das Schwein geschlachtet, die Speicher gefüllt, das Vieh gefüttert waren, fand man sich abends zusammen, um gemeinsam mit den Kindern Gebete zu sprechen, Erlebnisse und Erkenntnisse immer wieder neu zu erörtern, wobei so manche Metapher letztendlich nur mehr einen kleinen wahren Kern hatte – alles andere waren Ausschmückungen der diversen Erzähler. Über Witze und über das ewige Thema eins konnte man unendlich viel erzählen und lachen. Allerdings wurden diese Themen vor den Kindern sorgfältig gehütet. Gerade dadurch wurde dieses Thema für się natürlich besonders interessant. Von der alten Anna sagte man, sie habe bei offenen Fenster abends gerufen:”Alois kumm, stack’n nien.” Dieser Dialekt passte nicht in unsere Gegend. Darüber lachte das ganze Dorf. Die Kinder liefen hinter Anna he rund riefen: :”Alois kumm, stack’n nien.” Sie wussten nicht, um was es sich handelte. Die Kinder riefen es und ganze Dorf lachte darüber. Vom alten Gustav sollte das Abendsprüchlein stammen:”Anna, kumm ins Bett. Mir ist wieder so komisch und allemal abends.” Diese Schlagsätze wurden immer wieder erörtert und alle lachten sich krumm darüber. Weil die Erwachsenen so kräftig lachten, fanden die Kinder es auch lustig Irgendetwas musste an diesem Thema sein, wenn immer wieder darüber gesprochen wurde. Ein besonderes Vergnügen musste es verbergen, das den Kindern noch nicht zugänglich war.

Mitten in dieses idyllische leben kam der schreckliche Zweite Weltkrieg mit seinen abscheulichen Gräueltaten, Die Männer mussten an die Front, die Frauen bleiben mit den Kindern allein auf den Höfen zurück. Ältere Männer konnten zu ihrer Freunde anfangs heimlich hier und da aushelfen. Mit steigendem Alter wurden się aber immer treuer. So zog sich manch kräftige Bäuerin einen jungen Burschen auf ihre Liege oder in Bett. Elsa hatte sich ihren polnischen Knecht dazu auserkoren, was bald Folgen hatte. Wäre sie geständig gewesen, hätte das für den Polen sein Todesurteil bedeutet. Ihr Mann gab bei der Scheidung nur an, das Mädchen könnte nicht per Fernzeugung (hier wäre der Begriff der Ferntrauung zu erwähnen), etwa über die Feldpost, entstanden sein. Elsa bekam bald noch einen Jungen, der auf mysteriöse Weise starb. Die jungen Burschen des Dorfes nutzten die Zeit bis zu ihrer Einberufung. Mindesten ein junges Mädchen hielten sie sich warm. So konnten sie auch später mit Feldpost rechnen. Jedes halbwegs erwachsene deutsche Mädchen sollte offizielle Braut eines Soldaten sein.  Das band die Kämpfer an die Heimat und Braut eines Soldaten sein. Das band die Kämpfer an die Heimat und stärkte ihre Kampfmoral. Die Feldpost hatte zu tun. Die Helden an der Front stolperten bald von Niederlage zu Niederlage. Der Feind, das große Russland, war erwacht, befreite sein Land und überschritt die ehemalige Landgrenze. Der Größe Vaterländische Krieg trug seine Schrecken nun zum Ausgangspunkt zurück. Man hatte zwar Furchtbares von den wütenden Russen gehört, doch vorstellen konnte und wollte man sich das nicht. Die Deutschen sollten dort wie die Bestien gehaust haben. Über die verbrannte Erde war so einiges durchgesickert. Man erzählte, ein deutscher Leutnant się auf dem Rückzug in ein Haus gegangen, habe sich Essen und Trinken servieren lassen und wollte dann die Tochter vernaschen. Da die Mutter mit viel Geschrei dazwischen ging und handgreiflich wurde, zog er die Pistole und streckte beide nie der. Das war ein Gerücht, bevor die Front auch unser Dorf überrollte. Die sowjetischen Sieger hatten die NS-Politik der verbrannten Erde in ihrer Heimat erlebt. Hatten sie Grund im eroberten Feindesland anders zu handeln, etwa großzügig zu sein, sich jetzt nicht zu rächen? Kein Befehl verlangte es von ihnen. Niemand hinderte sie daran. Gleiches mit Gleichem zu vergelten. Alle wussten, dass es noch mehr Unschuldige treffen würde. Die Schuldigen suchten rechtzeitig das Weite. Die ODESSSA besorgte über die Geistlichkeit gerne ein Ticket nach Argentinien oder sonst wohin.  

Aber waren ihre umgebrachten Eltern, die Geschwister alle schuldig gewesen? Die sowjetischen Frontsoldaten hatten unter ihrer Wattejacken und Wattehosen oft keine Unterwäsche. Dazu war das Land zu sehr ausgeblutet, vom Feind verwüstet worden. Jetzt stöberten sie in den Wäschenschranken deutsche Schlafzimmer herum. Warum nicht gleich beim Umziehen ein Vergnügen haben, wenn man sowieso die Filzstiefel und die Wattehosen fallen ließ. Dann konnte man auch gleich die knusprige Bäuerin aufs Bett zwingen. Das Weinen, Kreischen und Schreien der Mädchen und Frauen war an diesen Tagen, als das Dorf erobert wurde, groß. Am Abend und in der Nacht war es noch schlimmer. Ganze Horden von jungen Soldaten stürzten sich auf die Mädchen und Frauen.

Man sagt, in einer unkontrollierten, gesetzlosen Zeit się der Mensch gefährlicher als jedes wilde Raubtier. Die Bestie Mann sucht nicht nur ihre sexuelle Befriedigung. Bestien sin gerade dan brutal, wenn sie straflos tun dürfen, was vernünftiges Zusammenleben und Moral gerade nicht erlauben. Das war in allen Kriegen so. Das wird in kriegerischen Auseinandersetzungen so bleiben, solange Menschen Kriege führen. Im Tierreich folgt das starke Geschlecht seinem Fortpflanzungstrieb nur in gewissen Jahreszeiten. Der Mensch kennt kennt diesbezüglich keine Saison. Angeblich hat der intelligente Mensch aus seinem Trieb eine gewisse Kultur gemacht. In der Horde schaltet er jedoch seine individuelle Intelligenz und Beherrschung aus und folgt nur noch einem anerzogenen Horden-Trieb, der durch militärische Disziplin und Befehlsgewalt dressiert wird. Nur so lassen sich die vielfachen Fehlleistungen der Horden und Gruppen erklären. In der Horde folgt der Mensch nicht mehr seinem eigenen Verstand. Wobei grundsätzlich zu befürchten steht, dass nicht automatisch ein menschliches Antlitz auch einen solchen birgt.

Martha hatte es besonders erwischt. Ein Lkw voller Soldaten hielt vor ihrem Haus. Zwei junge Kerle schnappten się auf dem Hof und schleppten sie in die Scheune. Sie warfen sie auf das Stroh und vier Burschen zerrten ihr Arme und Beine auseinander. Sie schrie, weinte, bat, zappelte und wehrte sich, so gut sie nur konnte. Es half nicht. Die Vier hatten sie fest im Griff. Einer stellte sich zwischen ihre gespreizten Beine. Er deckte ihr den Rock über das Gesicht. Mit einem scharfen Messer schlitzte er die Schlüpfer auf, bis die Schamhaare offen lagen. Ein genießerisches Lächeln hellte sein Gesicht auf. Nun ließ er seine Hosen fallen und zeigte stolz sein bestes Stück, das steif wie ein Knochen stand. Er strahlte und genoss die Bewunderung seiner Genossen. Dann ließ er sich auf Martha nieder, drang in sie ein. Er stieß brutal, ohne Rücksicht so tief als möglich, drückte seinen Körper auf Matha, stützte sich dann auf seine Arme, um tiefer und tiefer zu kommen. Nach einigen Minuten stöhnte er erchöpft auf und ließ sich schlapp von Martha seitwärts kullern. Jetzt war er fertig, genussvoll erschöpft. Langsam erhob er sich und nickte dem Nächsten zu. Der schmunzelte und tat es dem Ersten gleich. Auch er zeigte sein strammes Stück und zog genießerisch die Vorhaut hoch. Der dritte war etwas sanfter. Er deckte Martas Gesicht ab, versuchte sie zu küssen und fummelte an ihrem Busen herum. Dann drang er in sie ein. Seine Bewegungen glichen Kreisen und undefinierbaren achtförmigen Figuren. Er lutsche am Martas Brustwarzen, beleckte sie, als hätte er seine Liebste unter sich. Er spielte, brauchte länger als seine Vorgänger. Dann ließ auch er sich seitwärts mit einem erlösenden Stöhnen fallen. ”Von meiner Ladung kriegt die bestimmt Drillinge”, lachte er. Der Vierte hatte es eilig. Wie ein Karnickel hackte er auf Martha herum. Er brauchte kein Vorspiel. Zum Schluss biss er Martha in die rechte Brust. Martha schrie vor Schmerz auf, was nur allgemeines Gelächter verursachte. Dann war auch er fertig. Nun wechselte die Haltemannschaft. Die Halter wollten jetzt auch ihren Genuss. Się hatten beim Zusehen kaum an sich halten können. Ihre dicken Wattehosen wölbten sich im Schritt. Weitere Männer kamen Hinzu und beteiligten sich. Martha konnte sich nicht mehr wehren. Się duldete, was sie nicht ändern konnte. Się blutete. Diese Schmiere der Kerle war ekelhaft, wie alles was sie taten. Es müssen an die sechszehn bis achtzehn gewesen sein. Genau konnte się das später nicht mehr sagen. Nur an den Letzten konnte sie sich noch genau erinnern, obwohl się am Ende kaum noch etwas wahrnahm. Der Letzte war ein besonderes Ekel. Nachdem er seinen Erguss in Martha gespritzt hatte, drückte er ihr die Kiefer auseinander, zog seinem Rotz hoch und spuckt Martha in den Mund. Das war unvorstellbar eklig.

Dann kam noch einer wieder. Er lächelte. ”Na, willst du noch mal?”, wurde er gefragt. Er antwortete nicht, trat näher heran, öffnete seine Hose und hielt die Hand darüber. „”Saft habe ich keinen mehr, aber Wasser. Er wollte noch einmal seinen Anteil zum besonderen Vergnügen der anderen hinzufügen. Martha wurde noch fest gehalten. Seine Kumpane warteten. Was will der noch machen? Er legte sich nicht, er stellte sich zwischen Martha Beine und sagte: ”Die Maus ist doch jetzt heiß gelaufen. Sie braucht eine Dusche.” Er pinkelte auf Marthas blutverschmierten, behaarten Bereich zwischen den Beinen. Die anderen lachten, fanden es lustig. Dann holte er einen hölzernen Kochlöffel aus seiner Gesäßtasche, steckte den Stiel in Marthas Scheide und sagte: ” Der Brei muss jetzt noch umgerührt werden.” Alle lachten über diesen Einfall und wiegten anerkennend ihre Köpfe.

”Mir war die Nummer wichtiger als das Pinkeln”, sagte einer abwertend.

Jetzt erst ließen sie von Martha ab. Sie hatten ihren Spaß gehabt. Keiner machte sich Gedanken, wie es Martha ging und was sie durch diese Horde gelitten hatte. Sie verließen die Scheune, stigen auf ihren klappringen Lkw und fuhren mit grölendem Gesang davon. Für sie war es ein erfolgreicher Kampftag hinter der Front.

In fast allen Dörfern unserer Gegend waren ähnliche Dinge passiert. Wenn Russen durchs Dorf fuhren, flehten die Frauen zu Gott: ”Hoffentlich halten sie diesmal nicht an.” Manche Frauen überlebten es nicht. Andere brachten sich danach um. Eine Frau wurde nach diesem unmenschlichen Missbrauch durch eine vierköpfige Panzermannschaft mit Bajonetten erstochen. Auch polnische Mädchen wurden einzeln vergewaltigt.

So hatten sich die Befreiten ihre Befreiung nicht vorgestellt. Klagen und Beschwerden gingen beim sowjetischen General ein. Schließlich wurde der Missbrauch von Frauen und Mädchen unter Strafe gestellt. Als das wenig nutzte, wurde sogar die Todesstrafe angedroht. Einzelne Soldaten konnten es trotzdem nicht lassen. Als die ersten für ihre Missetaten standrechtlich erschossen wurden, hörten die Vergewaltigungen auf. Die Wonner einer Vergewaltigung war wohl doch nicht so groß, dass man dafür sein Leben riskierte. Natürlich blieben diese Vorgänge den kleinen und größeren Kindern nicht verborgen. Bisher hatten sie von den Erwachsenen nur gehört, dass dieser Akt zwischen Mann und Frau etwas sehr schönes, herrliches, himmliches, ja genussvolles sein sollte. Nun gab es Klagen, Weinen und Geschrei von den Frauen. Naja, vielleicht waren es zu viele auf einmal oder vielleicht machten die es anders. Aber komisch war es doch, was die Erwachsenen früher darüber erzählten und was jetzt davon hielten und sagten.

Martha schleppte sich aus der Scheune in ihr Haus. Się stützte sich an der Hauswand ab. Als się die Wohnung geschunden und und gequält betrat, saßen ihr Töchterchen weinte. Die Mutter setzte sich schwerfällig an den Tisch. Gleich kamen die Kinder zu ihr.

”Mutti warum weinst du? Ihr habt doch immer erzählt, dass es etwas Schönes ist, wenn Mann und Frau…” Się sprach nicht weiter. Was sollte sie auch sagen. Się wusste nicht einmal die Wörter zu benennen, die hier üblich waren.

”Ja, mein Kind. Ohne Gewalt kann so etwas schön sein. Mit Gewalt ist es nicht mal für die Gewalttätigen schön, sondern nur eine tierische ekelhafte Bedürfnisbefriedigung.”

”Aber du wirst doch nicht sterben Mutti?”

”Ich hoffe, wir überleben diese schreckliche Zeit.”


poniedziałek, 9 czerwca 2025

Herbert Höft - Turbulente Zeiten - Borowa - Granica - Szmugiel

 Wczoraj odbyłem  jak zawsze miłą i interesującą rozmowę z Dominikiem Trojakiem również w temacie, który przedstawiam poniżej. Wiedza Dominika jest ogromna, liczę, że temat granicy w czasie niemieckiej okupacji jak i szmuglu na tych terenach będzie rozszerzony i zamieszczony na moim blogu.


                                                          GRANICA CELNA

Po podziale Polski na niemiecki Kraj Warty i polską prowincję (Generalną Gubernię), która jednak podlegała niemieckiej administracji, nasza wieś znajdowała się bezpośrednio na granicy tych dwóch obszarów dawnej Polski. Wschodnia część lasu państwowego należała do prowincji. Nasza wieś i zachodnia część lasu państwowego wraz z dużym magazynem amunicji zostały przyłączone do Kraju Warty. Ponieważ ceny różnych towarów w obu obszarach były różne, wkrótce, jak to bywa na każdej granicy państwowej, rozwinął się u nas intensywny przemyt. Dotyczyło to przede wszystkim popularnych wśród przemytników papierosów i alkoholu. Ponieważ przemyt jest zabroniony na każdej granicy państwowej, konieczne było utworzenie straży celnej. Początkowo wynajęto większy dom naprzeciwko szkoły wiejskiej. Później postawiono barak przy polnej drodze bliżej granicy. Celnicy mieli teraz obowiązek zapobiegania przemytowi. Kontrole przeprowadzali wzdłuż skraju lasu, czasem w lesie, czasem we wsi, i sprawdzali osoby obce, o ile udało się je zidentyfikować. Do tego zadania zatrudniano głównie starszych żołnierzy, właściwie celników w mundurach Wehrmachtu. Znaleźli oni w tej wojnie idealną pracę i często kręcili się na skraju lasu, gdzie były ścieżki. Wkrótce stało się wiadome, że nie wolno im strzelać w kierunku wsi. Zuchwali przemytnicy wyjeżdżali więc z lasu na rowerach z dużą prędkością w kierunku naszej wsi, mijając ich. Krzyki: „Stać! Stoj!”, i strzały w powietrze nie pomagały. Często zatrzymywano pieszych. Zazwyczaj zbierano ich w grupy i odprowadzano. Zabierano im towary, czasami zamykano na kilka dni lub w razie potrzeby wysyłano mężczyzn do pracy w Niemczech. Kiedy taka grupa była prowadzona przez wieś, zdarzało się, że ktoś uciekał. Jeśli biegł w kierunku lasu, strzelano do niego. Tak raz widziałem, jak przed naszym domem jeden z mężczyzn z takiej grupy uciekał w kierunku zachodniego lasu państwowego. Trzech celników strzelało jak szaleni do uciekiniera, a dwóch innych pilnowało grupy i trzymało się razem. I rzeczywiście, kiedy mężczyzna prawie dotarł do granicy lasu, upadł. Dwóch celników podbiegło do niego. Miał postrzał w płuca. Mimo to zmusili go, aby z podniesionymi rękami wrócił do grupy. W wiosce, na wszelki wypadek, zatrzymano wóz konny.

Ranny mężczyzna wołał z daleka, tak głośno, jak tylko mógł, po polsku: „Drodzy ludzie, pomóżcie mi. Jestem ranny. Proście woźnicę, aby zawiózł mnie do szpitala”. Został wprawdzie położony z tyłu wozu, ale najpierw zawieziono go do urzędu celnego. Tam skonfiskowano jego kontrabandę, kilka paczek papierosów. Następnie przewieziono go do szpitala w Löwenstadt. Nie wiadomo, co stało się z nim później. To było moje pierwsze doświadczenie, kiedy ludzie strzelali do człowieka. Patrzyłem na to wstrząśnięty.


Gestern hatte ich wie immer ein nettes und interessantes Gespräch mit Dominik Trojak, auch zu dem Thema, das ich im Folgenden vorstelle. Dominiks Wissen ist enorm, ich hoffe, dass das Thema der Grenze während der deutschen Besatzung sowie des Schmuggels in diesen Gebieten erweitert und auf meinem Blog veröffentlicht wird.

                                            DIE ZOLLGRENZE

Nach der Aufteilung Polens in der reichsdeutschen verwalteten Warthegau und das polnisch verwaltete Gouvernement, das aber unter reichsdeutscher Oberverwaltung stand, lag unser Dorf unmittelbar an der Grenze dieser beide Gebiete des ehemaligen Polens. Der östliche Staatswald gehörte zum Gouvernement. Unser Dorf und de westliche Staatwald mit seinem großen Munitionslager waren dem Warthegau zugeordnet. Da die preise verschiedener Güter in den beiden gebieten unterschiedlich waren, entwickelte sich auch bei uns, wie an jeder Staatsgrenze, bald ein reger Schmuggel. Das betraf vor allen Dingen die bei Schmugglern beliebten Zigaretten und den Alkohol. Da Schmuggel an jeder Landesgrenze verboten ist, musste also eine Zollwache her. Er wurde vorerst ein größeres Haus gegenüber der Dorfschule gemietet. Später wurde ein Barackenbau an einem Landweg näher an der Grenze aufgestellt. Die Zöllner hatten nun die Pflicht, den Schmuggel zu unterbinden. Sie führten ihre Kontrollen längs des Waldrandes, manchmal im Wald, manchmal im Dorf durch und kontrollierten fremde Personen, soweit diese als solche erkannt wurden. Für diese Aufgabe wurden meistens ältere Soldaten, eigentlich Zollbeamte in Wehrmachtsuniform, eingesetzt. Się hatten in diesem krieg den idealen Job gefunden und lungerten oft am Waldrand, wo Gehwege waren, herum. Dass sie nicht ins Dorf hineinschießen durften, war bald bekannt. Dreiste Schmuggler fuhren deshalb mit dem Fahrrad in hohem Tempo in Richtung unseres Dorfes aus dem Wald, direkt an ihnen vorbei. Die Rufe: ”Stehen bleiben! Stoi!”, und die Schüsse in die Luft nutzten nicht viel. Oft wurden Fußgänger gefangen genommen. Się wurden meist in Gruppen gesammelt und abgeführt. Man nahm ihnen ihre Ware ab, sperrte sie manchmal für ein paar Tage ein oder schickte die Männer bei Bedarf zur Arbeit nach Deutschland. Wenn eine solche Gruppe durchs Dorf geführt wurde, kam es vor, dass mitunter jemand flüchtete. Wenn es in Richtung Wald war, wurde scharf geschossen. So erlebte ich einmal unmittelbar mit, wie vor unserem Haus ein Mann aus einer dieser Gruppen in Richtung westlichen Staatswald floh. Drei Zollbeamte schossen wie wild auf den Flüchtenden, zwei weitere passten auf die Gruppe auf und hielten się zusammen. Und tatsächlich, als der Mann fast die Waldgrenze erreicht hatte, fiel er um. Zwei der Zollner rannten hin. Er hatte einen Lungenschuss. Się zwangen ihn trotzdem, mit erhobenen Händen zur Gruppe zurückzukehren. Im Dorf wurde prophylaktisch während der Schießerei ein Pferdewagen angehalten.

Der verwundete Mann rief von weiten so laut er noch konnte auf Polnisch: ”Liebe Leute, helft mir. Ich bin verwundet. Bittet den Fuhrmann, dass er mich ins Hospital fährt.” Er wurde zwar hinten auf den Wagen gelegt, aber erst zum Zollamt gefahren. Dort wurde seine Schmuggelware, mehrere Zigarettenpäckchen, konfisziert. Danach wurde er ins Krankenhaus nach Löwenstadt gebracht. Was danach mit ihm passierte, wurde nicht bekannt. Das war mein erstes Erlebnis, wie Menschen auf einen Menschen schießen. Ich schaute erschüttert zu.

czwartek, 5 czerwca 2025

Herbert Höft - Turbulente Zeiten - Witkowice - Egzekucja - 1943

 Tłumacząc książkę profesora Herbert Höfta - Turbulente Zeiten na stronach 59-60 znalazłem tekst informujący o egzekucji 10 mieszkańców Witkowic. Nie znałem wcześniej tej tragicznej historii. Liczę, że koledzy działający w Brzezinach, Gałkowie czy też Koluszkach, pomogą w bliższym jej poznaniu. Chociażby informacja, gdzie znajdują się mogiły pomordowanych?


                                             ŚRODKI KARNE W 1943 R.

W nieco oddalonej małej wiosce Witkowice za miejscowością Zielona Góra polski rolnik nie zgłosił posiadania świni i sądził, że może ją potajemnie zabić bez pozwolenia. Albo został zadenuncjowany, albo przypadkiem żandarm chciał przeprowadzić kontrolę w domu i akurat trafił na moment rozbioru zwierzęcia. Co teraz? Zgłoszenie byłoby równoznaczne z wyrokiem śmierci. W desperacji rolnik uderzył siekierą i żandarm zginął na miejscu. Sąsiedzi pomogli mu zakopać ciało w lesie. Nie minęło dużo czasu, zanim znaleziono ciało zaginionego żandarma. Niemieccy okupanci już dawno ustanowili zasadę: za jednego zabitego Niemca – dziesięciu zabitych Polaków. W ramach zadośćuczynienia aresztowano dziesięciu zupełnie niewinnych Polaków. Folksdojcze, którzy ze względu na swój wzrost zostali przydzieleni do SS, zostali wybrani do plutonu egzekucyjnego. Nikt nie odważył się odmówić udziału. Aby złagodzić ich sumienie, powiedziano im, że będą strzelać w grupie. Tylko jeden miałby ostrą kulę w przekazanej mu naładowanej broni. Pozostali mieli tylko ślepe naboje. Ale wszyscy musieli celować dokładnie. Wśród wskazanych był również syn naszego dobrego sąsiada, który nie skrzywdziłby nawet muchy. On również musiał podjąć decyzję: „Jeśli mam ostrą kulę, celuję niecelnie, a ofiara nie padnie, to ja zostanę uznany za osobę która odmówiła wykonania rozkazu”. Potem powiedział: „Mam nadzieję, że moja kula nikogo nie trafiła”. Zginął później na froncie wschodnim. Kiedy kilka miesięcy później członek partii w mundurze przekazał rodzicom wiadomość, że jego młodszy brat również zginął za Führera, naród i ojczyznę, matka wściekła wygnała mundurowego z podwórka, krzycząc i przeklinając. W tym czasie władze nie odważyły się podjąć żadnych działań przeciwko matce.

Jeden z wielu członków rodziny Patzerów z naszej wsi, który ze względu na wiek nie został powołany do Wehrmachtu, również został zmuszony do udziału w tej akcji rozstrzeliwania. W styczniu 1945 roku, zaraz po rozpoczęciu wielkiej ofensywy Armii Czerwonej i wycofaniu się Wehrmachtu z naszej wsi, został pierwszym mieszkańcem wsi zabitym przez Polaków.


Bei der Übersetzung des Buches „Turbulente Zeiten“ von Professor Herbert Höft fand ich auf den Seiten 59-60 einen Text über die Hinrichtung von 10 Einwohnern von Witkowice. Diese tragische Geschichte war mir bisher nicht bekannt. Ich hoffe, dass meine Kollegen aus Brzeziny, Gałków oder Koluszki dabei helfen können, mehr darüber zu erfahren. Zum Beispiel, wo sich die Gräber der Ermordeten befinden?

                                STRAFMAßNAHMEN 1943

In dem etwas abgelegenen kleinen Dorf Witkowice hinter dem Ort Grünberg, hatte ein polnische Kleibauer ein Schwein nicht angemeldet und glaubte, es heimlich ohne Genehmigung schlachten zu können. Entweder wurde er angezeigt oder es geschah zufällig, dass der Gendarm eine Kontrolle im Haus durchführen wollte und genau zur Fleischverarbeitung ins Haus kam. Was nun? Eine Anzeige wäre ein sicheres Todesurteil gewesen. In seiner Not schlug der Bauer mit der Axt zu und der Gendarm war auf der Stelle tot. Nachbarn halfen ihm, die Leiche im Wald zu vergraben. Es dauerte nicht lange und die Leiche des vermissten Gendarmen wurde gefunden. Die reichsdeutschen Besatzer hatten schon lange vorher eine Regel aufgestellt: für eine toten Deutschen – zehn tote Polen. Als Sühne wurden zehn völlig unschuldige polnische Männer verhaftet. Volksdeutsche, die wegen ihrer körperlichen Größe der SS zugeordnet waren, wurden zur Erschießung verpflichtet. Keiner traute sich, die Teilnahme zu verweigern. Für die moralische Entlastung sagte man ihnen, dass się in Gruppen schießen würden. Nur einer hätte eine scharfe Kugel im übergebenen geladenen Gewehr. Die anderen hätten nur Platzpatronen. Aber alle müssten genau zielen. Unter den Verpflichteten war auch unserer seelensguter Nachbarssohn, der keiner Fliege etwas zuleide tun konnte. Auch er musste eine Entscheidung fällen: ”Wenn ich die scharfe Kugel habe, und ich daneben ziele und der Delinquent fällt nich tum, dann bin ich als Befehlsverweigerer dran.” Er sagte danach: ”Hoffentlich hat meine Kugel keinen getroffen.” Er ist später an der Ostfront gefallen. Als Monate später ein Parteimann in Uniform den Eltern die Nachricht überbrachte, das auch sein jüngerer Bruder für Führer, Volk und Vaterland gefallen war, hatte die Mutter wutentbrannt den Uniformierten schimpfend und schreiend vom Hof gejagt. Zu dieser Zeit trauten sich die Machthaber nicht mehr, gegen die Mutter Maßnahmen zu ergreifen.

Einer von den zahlreichen Patzer Familien unseres Dorfes, der wegen seines Alters nicht mehr zur Wehrmacht gezogen wurde, war zu dieser Erschießungsaktion auch verpflichtet worden. Im Januar 1945, gleich nachdem die Rote Armee ihre große Offensive gestartet und die Wehrmacht unserer Dorf geräumt hatte, wurde er als Erster im Dorf von den Polen umgebracht.