Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kölnische Zeitung. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kölnische Zeitung. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 lutego 2023

Witkowice - Łaznowska Wola - Borowa - Brzeziny - Bitwa o Łódź - Kölnische Zeitung - 1915

 

                         BITWA POD WITKOWICAMI 24 LISTOPADA 1914 R.

     W nocy z 23 na 24 listopada 1914 r. udało się przebić dywizji gwardii pod Brzezinami, przerywając tym samym pierścień, który Rosjanie, jak sądzili, zamknęli już wokół naszego korpusu. 24 listopada nasza dywizja kawalerii miała za zadanie osłaniać wyjazd korpusu rezerwowego i jego bagaży na południe od Brzezin. Sekcja wywiadowcza, dwie lekkie radiostacje i sekcja inżynieryjna dywizji otrzymały rozkaz samodzielnego przemarszu z rejonu Łaznowskiej Woli przez Borową, Witkowice do Brzezin, aby tam zająć kwatery. wydłużona wieś Witkowice, w której miała się rozegrać bitwa, rozciąga się w płytkim zagłębieniu z zachodu na wschód; teren wznosi się łagodnie w kierunku południowym. Ze wschodniego krańca wsi ścieżka prowadzi przez wzgórze, obok kilku domów na zachód od majątku Koluszki, w dół do potoku Mroga; zaledwie kilka tysięcy metrów na południe od przeprawy przez potok znajduje się mały strumyk.

     Gdy oddział wywiadowczy, który maszerował na początku wspomnianych dywizji, dotarł do tego wyłomu, jego dowódca, por. Graf zu Erbach, został poinformowany przez oficera artylerii, że wszędzie w wyłomie znajdują się jeszcze dywizje rosyjskie. W efekcie dysponuje on punktem sformowanym pod kierownictwem por. Schmandta, który wykrywa ruchy rosyjskiej piechoty na południe i zachód od Witkowic. Patrol oddziału wywiadowczego, prowadzony przez por. Grafa zu Erbacha, wkrótce pojmuje kilku Rosjan w pobliżu domów na zachód od Gut Koluszki, a dwa porzucone rosyjskie działa na południe od tych domów zostają unieszkodliwione przez głównego lekarza weterynarii oddziału wywiadowczego, dr Habichta, i kilku jeźdźców.

    Tymczasem dywizje kontynuowały marsz na Witkowice. Sytuacja staje się krytyczna, gdyż silniejsza piechota rosyjska pokazuje się teraz w Witkowicach i na zachód od tej wsi. Porucznik Graf zu Erbach szybką decyzją nakazuje nielicznym jeźdźcom swojej dywizji, osłoniętym za wzgórzem, uformować kolumnę z szerokimi przerwami między nimi, aby zmylić wroga co do niewielkiej siły swojego oddziału, i rusza do ataku. Sukces odpowiada odważnej decyzji, kilku rosyjskich oficerów i około 4-400 ludzi poddaje się, nie próbując nawet zaoferować oporu.

    W międzyczasie oficerowie lekkich radiostacji podążających za oddziałem informacyjnym, por. Wickop i por. Baltzer, również nie pozostali bezczynni. Udało im się zaprzęgnąć jedno z dwóch wspomnianych już rosyjskich dział w konie zabrane z oddziału radiooperatorów. Właśnie w momencie, gdy mieli podążać na swoje stanowiska ze zdobytym działem, kolumna otrzymała ciężki ogień piechoty z zachodu. Konie jednej stacji radiowej stają się płochliwe i galopują w kierunku rezerwy. Na szczęście jednak pojazd w porę się zatrzymuje, bo pęka dyszel i jeden z koni zostaje potrącony. Wybucha ożywiona potyczka.  Radiooperatorzy i saperzy, których oddział przybył w międzyczasie, zajęli wraz z pozostałymi ludźmi z oddziału wywiadowczego i częścią załóg przybyłej tu również kolumny amunicyjnej artylerii pieszej rodzaj pozycji recepcyjnej na wschód od Witkowic i odpowiedzieli ogniem rosyjskim. Pod osłoną ognia tej pozycji odbiorczej wycofały się na razie załogi dywizji wywiadowczej z jeńcami, natomiast dwa pojazdy dywizji inżynieryjnej, które pozostały w rejonie ognia nieprzyjaciela, można było jeszcze zabrać po odprzęgnięciu koni.

    W wyniku żywego ognia naszych strzelców ogień nieprzyjaciela stopniowo słabł, by po kilku minutach całkowicie ustać. Następnie dzielni strzelcy, prowadzeni przez Oberlt. Wacketanz z radiostacji i por. Krug z sekcji pionierów, przechodzą teraz do ataku: radiooperatorzy, załogi sekcji wywiadowczej, pionierzy, artylerzyści, wszyscy razem idą do przodu i niewielkiej grupie udaje się schwytać dużą liczbę Rosjan. Z podniesionymi rękami Rosjanie podchodzą ze wszystkich stron i poddają się. Więźniowie są natychmiast sortowani, a nowo przybyli zmuszani są groźbami do wyrzucenia karabinów. Porucznik Wickop przeszukuje okoliczne domy i zbiera około 50-60 Rosjan. Porucznik Krug z 12 ludźmi ze wspomnianej kolumny artyleryjsko-amunicyjnej próbuje schwytać kolejnych 500 Rosjan, którzy znajdują się w pewnej odległości. Gdy podchodzi do Rosjan ze swoimi kilkoma ludźmi, ci wystawiają ręce i pozwalają mu podejść na odległość 30 metrów. Nagle jednak rzucają się na niego i otwierają żywy ogień. Niemcy natychmiast odpowiedzieli ogniem, interweniowała również niemiecka piechota, która pojmała Rosjan, dzięki czemu por. Krug mógł teraz wrócić z pojazdami swojej dywizji.

   Zapadające w międzyczasie ciemności uniemożliwiły dalsze działania, a oddziały rozpoczęły marsz w kierunku Brzezin, zabierając ze sobą jeńców. Niestety, zdobyte działa i karabiny maszynowe, po uczynieniu ich w odpowiedni sposób bezużytecznymi, musiały pozostać na miejscu, gdyż brakowało niezbędnych środków transportu. Policzenie wziętych jeńców ujawniło jednak imponującą liczbę 8 oficerów i 876 ludzi (nie licząc jeńców wziętych przez piechotę), którzy złożyli broń przed 7 niemieckimi oficerami i zaledwie około 100 ludźmi.

Witkowice – wieś w Polsce położona w województwie łódzkim, w powiecie brzezińskim, w gminie Brzeziny. W Słowniku Geograficznym Królestwa Polskiego i innych krajów słowiańskich z roku 1881 możemy między innymi przeczytać: „Witkowice, wieś i folwark w pow. brzeziński, gm. Lipiny, par. Brzeziny. Wikipedia

Źródło: Aukcja internetowa.


                                           VOM ÖSTLICHEN SCHAUPLATZ

                    DAS GEFECHT BEI WITKOWICE AM 24. NOVEMBER 1914.

    In der Nacht vom 23. zum 24. November 1914 war der Durchbruch der Garde-Division bei Brzeziny geglückt und dadurch der Ring, den die Russen um unsere Korps schon geschlossen zu haben glaubigen, gesprengt. Um 24. November hatte unsere Kavallerie-Division die Aufgabe, südlich Brzeziny den Abmarsch des Reservekorps und seiner Bagagen auf Brzeziny zu decken. Die Nachrichtenabteilung, die beiden leichten Funkerstationen und die Pionierabteilung der Division erhielten den Befehl, selbständig aus der Gegend von Laznowska Wola an Borowa vorbei über Witkowice auf Brzeziny zu marschieren, um in der dortigen gegend Quartiere zu beziehen. das langgestreckte Dörfchen Witkowice, wo das zu schieldernde gefecht sich abspielte, zieht sich in einer flachen Mulde von Westen nach Osten hin; nach Süden zu steigt das Gelände sanft an. Vom Ostausgang des Dorfes führt ein weg über die Anhöhe hinweg, an einzelnen Häusern westlich des Gutes Koluszki vorbei hinab zum Mroga-Bach; nur wenige 1000 m südlich des Bachüberganges befindet sich ein kleines Borwerk.

    Als die Nachrichten-Abteilung, die am Anfang der genannten Abteilungen marschierte, dieses Vorwerk erreicht, wird ihr Führer, Lt. Graf zu Erbach, durch einen Artillerieoffizier darauf aufmerksam gemacht, daß sich im Vorgelände überall noch russische Abteilungen befinden. Infolgedassen läßt er eine Spitze unter Führung der Lt. Schmandt bilden, der Bewegungen russischer Infanterie südlich und westlich Witkowice feststellt. Eine patrouille der Nachrichten-Abteilung, die unter Führung des Lt. Graf zu Erbach vorausreitet, nimmt alsbald bei den Häusern westlich Gut Koluszki einige Russen gefangen, während zwei südlich dieser Häuser stehende verlassene russische Geschützte durch den Oberveterinär der Nachrichten-Abteilung Dr. Habicht und einige Reiter unbrauchbar gemacht werden.

    Unterdessen haben die Abteilungen ihren Marsch auf Witkowice fortgesetzt. Die Lage wird kritisch, da sich jetzt stärkere russische Infanterie in Witkowice und westlich dieses Dorfes zeigt. Kurz entschlossen läßt Lt. Graf zu Erbach die wenigen Reiter seiner Abteilung, hinter einer Anhöhe gedeckt, ein Glied bilden, mit weiten Zwischenräumen, um den gegner über die geringe Stärke seiner Schar zu täuschen, und reitet zur Attacke an. Der Erfolg entspricht dem kühnen Entschluß, mehrere russische Offiziere und etwa 4-400 Mann ergeben sich, ohne auch nur den Versuch zu machen, Widerstand zu leisten. 

    Auch die Offiziere der der Nachrichten-Abteilung folgenden leichten Funkerstationen, Lt. Wickop und Lt. Baltzer, sind mittlerweile nicht untätig geblieben. Es ist ihnen gelungen, eins der beiden bereits erwähnten russischen Geschütze mit Pferden, die sie der Funkererabteilung entnommen haben, zu bespannen. Als sie gerade im Begriff sind, mit dem erbeuteten Geschütz ihren Stationen zu folgen, erhält die Kolonne aus westlicher Richtung heftiges Infanteriefeuer. Die Pferde der einen Funkerstation werden scheu und galoppieren auf die Reserven zu. Zum Glück kommt das Fahrzeug jedoch noch rechtzeitig zum Stehen, da die Deichsel bricht und eins der Pferde getroffen wird. Ein lebhaftes Gefecht entbrennt.  Funker und Pioniere, deren Abteilung inzwischen auch herangekommen ist, nehmen zusammen mit zurückgebliebenen Leuten der Nachrichten-Abteilung und einigen Mannschaften einer hier ebenfalls eingetroffenen Fußartillerie-Munitionskolonne eine Art Aufnahmestellung östlich Witkowice ein und erwidern das Feuer der Russen. Unter der Schutze des Feuers dieser Aufnahmestellung ziehen sich die Mannschaften der Nachrichten-Abteilung mit den Gefangenen zunächst zurück, während zwei Fahrzeuge der Pionierabteilung, die im Bereich des feinblichen Feuers liegen geblieben sind, nach Ausspannen der Pferde noch fortgeschafft werden können.

    Infolge des lebhaften Feuers unserer Schützen nimmt das feindliche Feuer allmählich an Stärke ab, um nach wenigen Minuten ganz aufzuhören. Da gehen die mutigen Schützen, geführt von Oberlt. Wacketanz von der Funkenstation und Lt. Krug von von der Pionierabteilung, nun ihrerseits zum Angriff über: die Funker, die Mannschaften der Nachrichten-Abteilung, die Pioniere, die Artilleristen, sie alle gehen gemeinsam vor, und es gelingt der kleinen zusammengewürfeltn Schar, eine große Anzahl von Russen gefangenzunehmen. Mit erhobenen Händen kommen die Russen von allen Seiten herbei und ergeben sich. Die Gefangenen werden sofort geordnet, die neu herankommenden durch Drohungen gezwungen, ihre Gewehre wegzuwerfen. Lt. Wickop durchsucht die umliegenden Häuser und sammelt dabei noch etwa 50-60 Russen. Lt. Krug versucht mit 12 Mann der erwähnten Artillerie-Munistionskolonne, weiter 500 Russen, die sich in einiger Entfernung befinden, gefangenzunehmen. Als er sich mit seinen wenigen Leuten den Russen nähert, nehmen diese die Hände hoch und lassen ihn auf 30 m herankommen. Doch plötzlich werfen sie sich hin und eröffnen ein lebhaftes Feuer auf ihn. Die Deutschen erwidern es sofort. da greift deutsche Infanterie ebenfalls mit ein und nimmt die Russen gefangen, so daß Lt. Krug sich nunmehr mit den Fahrzeugen seiner Abteilung zurückbegeben kann.

    Die inzwischen hereingebrochene Dunkelheit verhindert ein weiteres Vorgehen, und die Abteilungen treten unter Mitnahme der Gefangenen den Weitermarsch auf Brzeziny an. Leider mußten die erbeuteten Geschütze und Maschinengewehre, nachdem sie in geeigneter Weise unbrauchbar gemacht worden waren, stehen gelassen werden, da es an den nötigen Transportmitteln fehlte. Eine Zählung der gemachten Gefangenen ergab dafür aber die stattliche Zahl von 8 Offizieren und 876 Mann (ungerechnet der von der Infanterie gemachten Gefangenen), die vor 7 deutschen Offizieren und nur etwa 100 Mann die waffen gestreckt hatten.



Witkowice ist ein Dorf in Polen in der Woiwodschaft Łódzkie, im Kreis Brzeziny, in der Gemeinde Brzeziny. Im Geographischen Wörterbuch des Königreichs Polen und anderer slawischer Länder von 1881 ist unter anderem zu lesen: "Witkowice, Dorf und Gehöft im Kreis Brzeziny, Gemeinde Lipiny, par. Brzeziny. Wikipedia

niedziela, 12 lutego 2023

Wola Rakowa - Kurowice - Borowa - Brzeziny - Bitwa o Łódź - Kölnische Zeitung - 1934

 Następny, bardzo interesujący materiał - wspomnienie (19.11.1934 rok) z walk na terenie gminy Brójce i sąsiednich w listopadowych dniach 1914 roku.



Źródło: 

Biblioteka Uniwersytecka i Państwowa Rheinische Friedrich-Wilhelms-Universität Bonn

                                                                  NOCNY MARSZ

O godzinie pierwszej w nocy z Niedzieli Zmarłych w 1914 roku, z 22 listopada na 23 listopada, pułk 228 z 49 Dywizji Rezerwowej zebrał się przy kościele w Rzgowie. Rozkaz powrotu do Brzezin, gdzie miały się spotkać dywizje, by przebić się przez coraz ciaśniejszy pierścień armii rosyjskiej, został wydany wieczorem poprzedniego dnia. Dywizja, licząca zaledwie 3500 karabinów po ciężkich, obarczonych stratami walkach z poprzednich dni, była już w marszu na wschód do Karpina. Od dziesiątej wieczorem. W zagmatwanych, ciemnych do i z Rzgowa, pierwszy batalion oderwał się od pułku i zbyt wcześnie wymaszerował w awangardzie. Tak więc drugi i trzeci batalion, bagaż bojowy ze sobą, utworzyły samotnie straż rewanżową zgodnie z rozkazami wydanymi pułkowi. 

     Niezapomniana noc wciągnęła. Niebo było jasne jak gwiazda, nie było światła księżyca. Ścieżki były zamarznięte. Trzęsące się w kościach zimno. Toczenie wozów odbiło się echem daleko. Tylko przekleństwa w kolumnie marszowej, tylko parskanie wygłodniałych koni, terkotanie i terkotanie wozów przerywały nocną ciszę. Wszystko przeciągało się z dogorywającą wściekłością. Na froncie maszerowało to sprawnie. Ale dla nas, dla Rachmistrza, było to wieczne zatrzymywanie się i postój, potykanie się i czajenie, cofanie się i cofanie, był to jeden z tych porozrywanych, nieuregulowanych marszów, które pozornie nigdy nie chcą się skończyć i które wysysają siły jak zła choroba. I wiedzieć, że wróg dyszy nam w kark, czuć w ciemności fantastyczną grę i grozę podnieconych, nadwyrężonych nerwów, że w każdej chwili wróg może skoczyć na nas z tyłu... Niejeden już zwiesił głowę w rzekomym przeczuciu nadchodzącej zagłady. Ale zaciśnięte zęby, zaciśnięte usta, trwały godzina po godzinie w powolnym, zatrzymującym się marszu przez ciemną, niekończącą się noc. Ich groza ujawniła się zmysłowi wiedzącemu pyłki: słyszał, jak Rosjanie maszerują równoległymi ulicami na południe, w odległym dźwięku zamkniętych kolumn....

    Jeszcze częściej maszerujący wąż miauczał i drgał w przód i w tył. Należało zabezpieczyć południową flankę przed zagrożeniem ze strony nieprzyjaciela zgłoszonego pod Kalinowem (w mojej ocenie Kalino). W Hucie Wiskickiej cała straż tylna, drugi i trzeci batalion z Jägerbataillon 21 i Pionierkompanie, została ściągnięta z szańca i rozwinięta z frontem na południe i południowy wschód w wilgotnym i zimnym dnie doliny na południe od drogi marszowej. Wokół leżało znużone, zimne oczekiwanie na to, czy Rosjanin będzie naciskał. Ale nie zgłosił się. I tak po mroźnej godzinie w ciemności zebrali się i pomaszerowali dalej.

    Człowiek i koń zjednoczyli się, by czynić szybkie postępy, napędzani tępą świadomością poważnego niebezpieczeństwa, całość zatrzymała się na nowo po ledwie godzinie żmudnego dreptania i wleczenia się za człowiekiem przed nimi w ciemnościach nocy. To nie miał być ostatni przystanek. Od placówki w Giemzowie na północ od drogi zbliżał się wagon za wagonem w niekończącej się kolumnie. Cały bagaż korpusu i dwóch innych dywizji dołączył do kolumny marszowej, grzechocząc i łomocząc. Toczenie nie ustawało. Straż tylna stała godzina po godzinie w niecierpliwym mroku, zęby szczerzyły się, cicho beształy. Wielu przykucnęło na plecakach obok karabinowych phramidów lub od razu rzuciło się na zmarzniętą ziemię i spało twardym snem przeplatanym urywanymi marzeniami. Ci, których nerwy nie mogły znaleźć odpoczynku, stali tuptając i depcząc po sobie, z rękami głęboko w kieszeniach płaszcza lub spodni. Wreszcie kolumna potoczyła się przez Wolę Rakową w kierunku Kurowic, martwą prostą bezdrzewną drogą, obok małych chatek i opuszczonych domów, chat o słomianych dachach i pustych drewnianych budynków, w opustoszałej monotonii, pod górę, w dół, ku niepewnemu celowi. Coraz bardziej zaczęliśmy podejrzewać, że nie uda nam się tak łatwo wydostać z pętli, zwłaszcza gdy zobaczyliśmy, jak wszystkie oddziały, które w jakikolwiek sposób były związane z naszą dywizją, stłoczone są na tej jednej drodze marszu. Wkrótce za Kurowicami utworzono kolejną pozycję odbiorczą dla 9. K.R.D., która miała osłaniać południową flankę podczas natarcia na Tuszyn-rzgów. Pułk ustawił się w rozwinięciu bojowym po prawej i lewej stronie drogi. A teraz szwadron za szwadronem kłusował i klangorował obok. Był już ranek. Wstał lodowato szary, ponury listopadowy dzień. Przeszywający wczesny wiatr jeszcze bardziej schłodził wyczerpanych ludzi. Niektórzy zostali z tyłu, ale wlekli się znowu, bo za plecami pułku groził Rosjanin i nikt nie chciał wpaść w jego ręce. Coraz częściej straż tylna stawała się kocem zbornym zmęczonych ludzi z pułków maszerujących na przedzie. Kolorowy rój pchał się ściśle przed tylną strażą. Wszystko pędziło w kierunku Karpina, długiej, dużej wsi na wzgórzu z pięknym nowym kościołem, który otrzymał niejedno bezpośrednie trafienie. Tu należało opuścić drogę Warszawa - Łódź i skręcić na północ.

    O godz. 7.00 rozkaz został ogłoszony dywizjom, po tym jak godzinę wcześniej Naczelne Dowództwo wraz z przednią strażą 49. R.D. przekroczyło most Karpiński, który na szczęście nie został zniszczony przez Rosjan. Ogólnym celem były Brzeziny, które miały zostać osiągnięte bez względu na okoliczności do wieczora 23. Każdej dywizji przydzielono drogę marszu. Ale w owocnym przepychaniu się różnych formacji stłoczonych na najmniejszej przestrzeni powstało ogólne zamieszanie. Formacje trzymały się razem tylko w prowizoryczny sposób. Każdy pułk miał w swojej kolumnie grupy wszystkich typów. Na południe od drogi Kurowice-Karpin wyniesiono wszystkie jaskrawo kolorowe pociągi, bagaże, kolumny, transporty rannych korpusu i przydzielonych mu dywizji. Spiętrzała się tu nieprzeliczalna liczba wozów. Zanim oddziały i kolumny wyruszyły w nowym kierunku marszu, zanim niezliczone wozy rozproszyły się i ruszyły szerokim strumieniem, kilkoma rzędami na przemian, drogą na północ w kierunku Borowa, minęły godziny. Po dotarciu do Borowa, niezliczone wozy rozsunęły się i szerokim strumieniem, kilkoma rzędami obok siebie, wzdłuż drogi, ruszyły na północ w kierunku Borowa. Po osiągnięciu Borowa było pewne, że będziemy musieli zaangażować Rosjan przed Brzezinami. Zaatakowaliśmy o świcie 24, a wieczorem 24 mogliśmy sobie powiedzieć w Brzezinach, że przełom się udał.


Nasze "szaraki" -(żołnierze w szarych mundurach) z karabinami maszynowymi szukają schronienia na noc w rosyjskim domu. - Aukcja internetowa.

Unseren Feldgrauen Suchen mit ihren Maschinengewehre in einem russischen Haus Unterkunft für die Nacht. 


Um ein Uhr in der Nacht vom Totensonntag des jahres 1914, dem 22. November zum 23. November, stand das Regiment 228 der 49. Reservedivision an der Kirche von Rzgow versammelt. Der Rückmarschbefehl nach Brzeziny, wo sich die Divisionen zum Durchbruch des immer enger werdenden Ringes der russischen Armee treffen sollten, war am Abend zuvor erteil worden. Die Division, nach den schweren, verlustreichen Kämpfen der vorhergehenden Tage nur noch 3500 Gewehre stark, war schon auf dem Marsch ostwärts nach Karpin. Seit zehn Uhr abends. Im wirren, dunkeln Hin und Her in Rzgow gerit das erste Bataillon vom Regiment ab und marschierte zu früh in der Vorhut ab. So bildeten denn das zweite und dritte Bataillon, die Gefechtsbagage bei sich, allein gemäß der ans Regiment ergangenen Befehle die Rachhut. 

    Eine unvergeßliche Nacht zog herauf. Der Himmel sternenhell, kein Leuchten des Mondes. Die Wege gefroren. Eine knochenschüttelnde Kälte. Weithin hallte das Wagenrollen. Nur das Fluchen in der Marschkolonne, nur das Schnauben der hungrigen Pferde, das Rasseln und Rattern der Wagen unterbrach das nächtliche Schweigen. Alles schleppte sich mit verbissener Wut weiter. An der Spitze marschierte es sich ja wohl glatt voran. Aber für uns, für die Rachhut, war es ein ewiges Stocken und Halten, Stolpern und Lauern, Vor-und Zurückschieden, war es einer jener zerrissenen, regellosen Märsche, die schneinbar nie enden wollen und die an den Kräften zehren wie eine böse Krankheit. Und dabei zu wissen, daß der Feind uns auf dem Nacken fitzt, zu fühlen im dunkeln, phantastischen Spiel und Grauen aufgeregter, überanstrengter, überwachter Nerven, daß jeden Augenblick der Feind uns von rückwärts anspringen kann... Manch einer ließ schon den Kopf hängen im angeblichen Vorgefühl kommender Vernichtung. Doch die Zähne aufeinandergebissen, die Lippen zusammengepreßt, ging es Stunde um Stunde weiter im schleppenden, stockenden Marsch durch die dunkle, endlose Nacht. Ihr Grauen wurde pollens dem sprürenden Sinn des Wissenden offenden offenbar: Er hörte auf den südwärts parallel verlaufenden Straßen den Russen marschieren, in fernen Klang geschlossener Kolonnen...

    Noch öfter muckte und zuckte die Marschschlange hin und her. Es galt die südliche Flanke gegen die Bedrohung durch den bei Kalinow gemeldeten Feind zu sichern. Bei Huta Wiskicka wurde die ganze Nachhut, das zweite und dritte Bataillon mit dem Jägerbataillon 21 und der Pionierkompanie, von der Chaussee heruntergezogen und mit der Front nach Süden und Südosten im seuchtkalten Talgrund südlich der Marschstraße entwickelt. Es gab ein müdes, kaltes Umherliegen und Warten, ob der Russe nachdrängte. Aber er meldete sich nicht. Und so wurde dann nach einer frostbebenden Stunde im Dunkeln gesammelt und weitermarschiert.

    Mann und Pferd sich zusammennahmen, rasch voranzukommen, getrieben vom dumpfen Bewußtsein einer schweren Gefahr, stockte das Ganze nach kaum einer Stunde mühseligen Hinstoperns und ziehenden Nachtappens hinter dem Bordemann in der nächtlichen Finsternis doch von neuem. Es sollte noch nicht das letzte Halt sein. In endloser Kolonne schob sich jetzt vom Vorwerk Giemzow im Norden der Straße Wagen um Wagen heran. Die gesamte Bagage des Korps und zweier andern Divisionen fügte sich ratternd und klappernd in die Marschkolonne. Das Rollen wollte nicht aufhören. Die Nachhut stand Stunde um Stunde im dem eifigen Dunkel, zähneklappernd, leise scheltend. Viele hatten sich neben den Gewehrphramidem auf ihren Tornister gehockt oder gleich auf die gefrorene Erde geworfen und schliesen einen harten, von abgerissenen Träumen durchsetzten Schlaf. Wessen Nerven keine ruhe finden konnten, stand trippelnd und trampelnd umher, die Hände tief in den Mantel=oder Hosentaschen. Feuer durfte nicht angezündet werden, da das Licht dem Feind unsern Halt verraten hätte Endlich wälzte sich die Kolonne weiter über Wola Rakowa auf Kurowice zu, die schnurgerade baumlose Straße entlang, an kleinen Hütten und verlassenen Häusern, strohbedeckten Raten und leeren Holzgebäuden vorbei, in trostlosem Einerlei, hügelan, hügelab, einem ungewissen Ziel zu. Mehr und mehr stieg ein Ahnen auf, daß man nicht so leichten Kaufs aus der Schlinge herauskommen würde, besonders als man sah, wie alle Truppen, die nur in irgendeiner Beziehung zu unsrer Division standen, sich auf dieser einen Marschstraße zusammendrängten. Kurz hinter Kurowice langte wieder ein Aufnahmestellung bilden, um die 9. K. R. D., die beim Vormarsch auf Tuszyn-rzgow die südliche Flanke hatte decken müssen, aufzunehmen. Das Regiment baute sich in Gefechtsentwicklung rechts und links der Straße auf. Und nun trabte und klirrte Schwadron um Schwadron vorüber. Es wurde mittlerweile Morgen. Ein eisgrauer, trübseliger Novembertag stieg herauf. Der schneidende Frühwind kältete die erschöpften Leute noch mehr aus. Manch einer blieb zurück, schleppte sich aber wieder nach, denn hinter dem Rücken des Regiments drohte ja der Russe, dem niemand in die Hände fallen wollte. Mehr und mehr wurde die Nachhut das Sammeldecken ermatteier Leute der vorne marschierenden Regimenter. Ein bunter Schwarm schob sich dicht vor der Nachhut her. Alles stürmte dem auf einer Anhöhe gelegenen Karpin zu, einem langgestreckten, großen Dorf mit einen schönen neuen Kirche, die manchen Volltreffer erhalten hatte. Hier sollte die warschau-Lodz-Chaussee verlassen und nach Norden abgeschwenkt werden.

    Um 7 Uhr morgens wurde der Befehl den Divisionen bekannt, nachdem bereits eine Stunde zuvor das Generalkommando mit der Vorhut der 49. R. D. die Karpiner Brücke, die von Russen glücklicherweise nicht zerstört worden war, überschritten hatte. All gemeines Ziel bildete Brzeziny, das unter allen Umstände bis zum 23. abends erreicht werden sollte. Jeder Division wurde die Marschstraße zugewiesen. Aber bei dem fruchtbaren Gedränge und Geschiebe der auf engstem Raum zusammengepferchten vielfältigen Formationen entstand ein allgemeines Durcheinander, einer allgemeine Verwirrung. Nur notdürftig hielten die Verbände in sich zusammen. Jedes Regiment hatte Gruppen aller Gattungen in seiner Kolonne. Südlich der Straße Kurowice-Karpin waren sämtliche buntfarbigen Trains, Bagagen, Kolonnen, Verwundetentransporten des Korps und der zugeteilten Divisionen aufgefahren. Ein unabsehbarer Wagenpark hatte sich hier zusammengeknäuelt. Es dauerte Stunden um Stunden, ehe die Truppen und Kolonnen sich in die neue Marschrichtung setzen, ehe die unzähligen Wagen sich auseinanderzogen und in breiten Strom, mehrere Reihen nebeneinander, an der Straße entlang nordwärts, Borowo zustrebten. Als Borowo erst einmal einanderzogen und in breitem Strom, mehere Reihen nebeneinander, an der Straße entlang nordwärts, Borowo zustrebten. Als Borowo erst einmal erreicht war, da wurde es gewiß, daß wir noch vor Brzeziny den kampf mit den Russen eufnehmen mußten. Um 24. früh griffen wir an und am 24. abends konnten wir uns in Brzeziny sagen, daß Durchbruch gelungen war.







































piątek, 10 lutego 2023

Andrespol - Kurowice - Tomaszów - Bitwa o Łódź - Kölnische Zeitung - 1914 - cz.2


Tu, na drodze z Łodzi do Tomaszowa, zaczyna się jeden z najciekawszych obszarów wojny, bo teraz droga prowadzi w kierunku Karpina i Łaznowskiej Woli przez zwężenie Miazgi i bagnisty teren wokół niego. Tutaj, w nocy z 21 na 22 listopada, korpus Litzmanna wszedł w to szeroko dyskutowane przemieszczenie, które już wcześniej sprawiło, że nasi przeciwnicy radośnie i przedwcześnie mówili o niemieckim sedanie. Przecinająca drogę Miazga to niewielki ciek wodny, który zrobił sobie koryto pośród szerokiego bagna. Grobla z dwoma mostami przecinała nieprzejezdny teren, a przed tą jedną drogą piętrzyła się ogromna masa wojska korpusu Litzmanna: Piechota, kawaleria, artyleria i kolumny należące do wszystkich tych jednostek. Na południowy wschód od Łodzi toczyły się zacięte walki z Rosjanami pod Andrespolem, Olechowem, Wiskitnem i dalej na południe pod Rzgowem, gdzie stawiali zacięty opór całkowitemu okrążeniu Łodzi. Pod dowództwem biegnącej bitwy interweniująca w walkach nowa armia rosyjska naciskała na oddziały niemieckie od południowego zachodu, które nagle znalazły się w niebezpieczeństwie, że same zostaną otoczone. I tak nie mieli innego wyjścia, jak tylko jak najszybciej szukać połączenia z sąsiadującym na tyłach niemieckim korpusem. Można to było zrobić tylko przez to zwężenie, a nieustraszony i ogromnie lepszy sposób przeprowadzenia tej operacji, zakończonej przebiciem się przez Las Gałkowski na północ i szturmem Brzezin, można zrozumieć nie tylko z czynu, ale i z miejsca. Masy wojsk posuwały się od strony Kurowic Rządowych. Piechota, kawaleria i wozy piętrzyły się na równinie przed pierwszym mostem na Miazdze i na rozpoczynającym się tam bagnistym terenie, a rosyjski ostrzał dudnił nieprzerwanie z trzech stron. Ale w porządku i jedności oddziały, zgodnie z rozkazem otrzymanym od Erzellenza Litzmanna, ruszyły w poprzek drogi nasypowej, która miała około 6 m. szerokości, i tu również zostały otoczone i zagrożone z lewej strony przez samą Miazgę, a z prawej przez zupełnie nieprzejezdny teren bagienny. Jeśli teraz spokojnie rozważyć ówczesną sytuację, wydaje się, że był to szczęśliwy zbieg okoliczności, że wszystko poszło tak dobrze, mimo głupoty planu odwrotu Litzmanna, który miał stać się zwycięskim przełomem. Gdyby Rosjanie byli nieco lepszymi panami sytuacji podczas tych walk, mogliby z łatwością otoczyć tę jedyną otwartą drogę odwrotu dostępną jeszcze dla korpusu ciężką artylerią i uczynić ją nieprzejezdną.

Z walk pod Łodzią. Nacierająca niemiecka piechota napotyka pluton rosyjskich jeńców. - aukcja internetowa.

Aus den Kämpfen bei Lodz. Vorrückende deutsche Infanterie begegnet einem Zug russischer Gefangener. 



Hier beginnt an der Straße von Lodsch nach Tomaszow aber eines der interessantesten Kriegsgebiete; denn nun führt die Chaussee in der Richtung auf Karpin und Laznowska Wola über die Einschnürungsstelle des Miazgabaches und der darum gelagerten Sumpfgelände. Hier kamm in der Nacht vom 21. zum 22. November das Korps Litzmann in jene viel besprochene Verdrängnis, die unsere Gegner schon freudig und voreilig von einem deutsche Sedan sprechen ließ. Die Miazga, die die Straße schneidet, ist ein kleines Wasser, das sich inmitten eines breiten Sumpfgeländes sein Bett bereitet hat. Eine Dammstraße mit zwei Brücken überspannt das unwegsame Gelände, und vor diesem einzigen Weg staute sich die ungeheure Heeresmasse des Litzmannschen Korps: Infanterie, Kavallerie, Artillerie und die za all diesen Truppenteilen gehörenden Kolonnen. Südöstlich vor Lodsch waren bei Andrespol, Olechow, Wiskitno und weiter südlich bei Rzgow harte Kämpfe mit den Russen im Gange gewesen, die sich hier gegen die völlige Einklammerung von Lodsch heftig zur Wehr setzten. Unter der Befehl rennenkampfs stehend, drückte vom Südwesten her eine neue in die Kämpfe eingreifende russische Armee auf die deutschen Truppen, die sich plötzlich in der Gefahr befanden, selbst umklammert zu werden. Und so blieb ihnen nichts anderes übrig, als nach rückwärts schnellstens eine Verbindung mit den deutschen Nachbarkorps zu suchen. Nur über diese Einschnürungstelle konnte das geschehen, und in welcher unerschrockenen und gewaltig überlegenen Weise diese mit dem Durchbruch durch den nordwärts gelegenen Galkower Wald und der Erstürmung von Brzeziny endende Operation ausgeführt, worden ist, begreift man nicht nur aus der Tat, sondern auch aus der Örtlichkeit. Von Rzondowe her drängten die Truppenmassen heran. In der Ebene vor der ersten Miazgabrücke und dem dort beginnenden Sumpfgelände stauten sich Infanterie, Reiterie und Wagen, während russisches Granatfeuer schon von drei Seiten unaushörlich grollte. Doch in Ordnung und Geschlossenheit zogen die Truppen nach dem von Erzellenz Litzmann empfangenen Befehl über die etwa 6 m. breite Dammfstraße, und auch hier waren sie zur linken Hand von der Miazga selbst, zur rechten von dem völlig unwegsamen Sumpfgelände umtschnürt und bedroht. Wenn man jetzt in Ruhe die damalige Situation betrachtet, so scheint es trotz der Tollfühnheit des Litzmannschen Rückzugsplanes, der zum siegreichen Durchbruche werden sollte, eine glückliche Fügung gewesen zu sein, daß alles so gut verlaufen ist. Wären die Russen während dieser Kämpfe etwas besser Herren der Situation gewesen, so hätten sie diese einzige offene, dem Korps noch zur Versügung  stehende Rückzustraße in Leichtigkeit mit schwerer Artillerie einbecken und tobbrigend unpassierbar machen können. 















Andrespol - Kurowice - Tomaszów - Bitwa o Łódź - Kölnische Zeitung - 1914 - cz.1

Spory kawałek roboty odwaliłem dzisiejszej nocy....Tłumaczenie ze staroniemieckiego przysparza sporo problemów, jednak tak ciekawy temat nie pozwolił mi zrezygnować z tego tekstu. Chodziło mi przede wszystkim o informacje o kościele w Andrespolu. Szukam, szukam bez skutku. Nie tylko nie mogę znaleźć zdjęcia, także opisu jak on wyglądał. Chodzi mi o kościół ewangelicki, który stał przy ulicy Krótkiej w Andrespolu. Mam nadzieję, że korespondent wojenny Gomoli miał na myśli właśnie ten kościół opisując swoją wizytę w Andrespolu?




                                                                 WOJNA W POLSCE

Raporty specjalne naszego korespondenta wojennego Wilhelma Conrada Gomoli, wysłane na rosyjsko-polski teatr wojny.

                                                    (Ciąg dalszy z nr 413.)

                   22. PRZEZ STARE DROGI BOJOWE DO TOMASZOWA I SPAŁY.

     Na nowo w rejon Pilicy! Droga do Tomaszowa nie jest pozbawiona zainteresowania, bowiem na każdym kroku wojna przemawia tysiącem języków o zaciętych walkach, jakie toczyły się w Polsce, zwłaszcza w okresie po drugim natarciu wojsk niemieckich.

    Wyjeżdżamy z miasta w kierunku południowo-wschodnim, a tuż za Łodzią zaczynają się pola bitew. Tuż przed granicą łódzkiej dzielnicy osadniczej dziwne wrażenie robi duży plac. W trakcie wojny często widziałem te konstrukcje w terenie; były to lisie nory, które, jak szczątki piaskowych jaskółek, znajdowano zawsze blisko siebie na pochyłych wzgórzach i piaszczystych zboczach przed lasami i nasypami, na których zadomowili się Rosjanie. Tu, na poligonie w garnizonowym mieście Łodzi, rosyjski żołnierz musiał nauczyć się, jak szybko zagrzebać się w ziemi jak kret. Teraz w tych dziuplach siedziały obdarte dzieci, a gwar, krzyk, zgrzyt głosów wypełniał szeroki plac.

                                              Droga prowadziła do Andrespola. 

    Jest tak źle, że samochód może poruszać się tylko z umiarkowaną prędkością. Na niektórych odcinkach dziur jest więcej, tworzą one sieć przeszkód, sprawia to wrażenie, że droga powinna była zostać zamieniona w sito. Uderzenia granatów były przyczyną, a z biegiem czasu kolumny przetarły drogę tak, że rzeczywiście wygląda ona bardziej jak pagórkowaty krajobraz niż główna droga między dwoma dużymi miastami.

    Andrespol. Zbudowana w rzędach, kilkukilometrowa wieś flankuje wiejską drogę. Brudne domy, niskie, zaniedbane.... Widziane tysiące razy i jeszcze raz widziane, niemieckie oko jest wstrząśnięte nędzą tych polskich wsi. Wszędzie brakuje nam porządku, czystości naszych rodzimych dzielnic. Płaska polska wieś zdaje się pozostawać poza kontaktem z zachodnim światem kultury; bo to, co przywykliśmy widzieć jako samozagładę w każdej małej niemieckiej wiosce, tutaj nie byłoby już pospolitością, ale fragmentem świata cudów.

    Wokół wioski szalała wojna, przyjaciele i wrogowie rysowali swoje wały. Teren puchnie w górę i w dół, tworząc wzgórza. Stoją na nich nieliczne kępy drzew, od czasu do czasu staje się to skromnym skrawkiem lasu, a właśnie pod osłoną takich zadrzewionych plantacji stała niemiecka artyleria w dniach walk wokół Łodzi.

    Okopy, teraz już opuszczone przez wpływ śnieżnej i deszczowej zimy, przecinają okolicę, a na wschodzie fronty zderzają się i co jakiś czas pojawiają się wały rosyjskiej pozycji działowej. Na końcu wsi, która została spustoszona przez zaciętą bitwę uliczną, wśród spalonych domów można było znaleźć najbardziej żywy znak bitewnej zawieruchy: kościół w Andrespolu. Jest to nieozdobny budynek, którego czerwony ceglany mur w jasną, widną pogodę błyszczy daleko na wsi. Pociski wryły się w fundamenty wieży, wyrwały dzwonnicę do połowy, zmajstrowały iglicę, tak że nagie krokwie sięgają nieba jak ponura cerata. Dach kościoła również został trafiony, a szeroko otwarte uparcie zrywane murłaty szkliły się na przechodniów.

    Droga prowadzi dalej do miejscowości Kurowice Rządowe. Niedaleko wsi, która znika w wydłużonym obniżeniu, robi ostry zakręt. Tu leży kościół, którego dzwony niegdyś rozbrzmiewały nad okolicą, a który teraz jest ruiną. Dewastacja kościoła w Andrespolu jest niczym w porównaniu z dewastacją kościoła w Kurowice Rządowe. Jej ściany leżą dziko przewrócone jedna na drugą, a wysoka wieża - kilka tygodni temu widziałem ją jeszcze stojącą w groteskowych formach jej wojennego złamania, kołyszącą się na tle nieba jak żałośnie uniesione ramię - leży osunięta masami kamienia spiętrzonymi wysoko o ziemię. Pewnej nocy usiadła na niej burzliwa panna młoda zima i po krótkim tańcu ściągnęła ją na ziemię. Jesienią zabrała jednak ze sobą także część dachu kościoła i tak teraz obok ulicy piętrzą się chaotycznie tylko głazy i cetnarowe bloki cegieł, obraz dewastacji.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------




                                                         DER KRIEG IN POLEN

Spezialberichte unseres nach dem russisch-polnischen Kriegsschauplatz entsandten Kriegsberichterstatters Wilhelm Conrad Gomoli.

                                          (Fortsetzung aus Nr. 413.)

           22.  ÜBER  ALTE  KAMPFSTRASSEN  NACH  TOMASZOW  UND  SPALA.

     Von neuem ins Pilitzagebiet! Nach Tomaszow geht der Weg, um das Landgebiet, das die Straßen durchschneiden, ist nicht uninteressant; denn auf Schritt und Tritt spricht der Krieg mit tausend Zungen von harten Kämpfen, die namentlich in der Zeit nach dem zweiten Vormarsch der deutschen Heere in Polen stattgefunden haben.

    Wir fahren in südöstlicher Richtung zur Stadt hinaus, und gleich hinter Lodsch beginnen die Kampffelder. Einen merkwürdigen Eindruck mach kurz vor der Grenze des Lodscher Siedlungsbezirkes ein großer Ergerzierplatz. Er ist lang und breit, kreuz und quer mit Erdlöchern in reicher Zahl bedeckt; im Laufe des Krieges habe ich diese Bauten schon oft im Gelände gesehen; es sind Schützenlöcher gewesen, die sich, wie die Rester der Sandschwalben, immer dort dicht beieinander an abschüssigen Hügelflächen und sandigen Hängen vor Wäldern und Uferböschungen fanden, wo die Russen sich festgesetzt hatten. Hier auf dem Ergerzierplatz der Garnisonstadt Lodsch hat es der russische Soldat also lernen müssen, wie man sich schnell, dem Maulwurfe gleich, in die Erde eingräbt. Jetzt saßen zerlumpte Kinder in diesen Kaulen, und ein Lärmen, Schreien ein Gewirr von Stimmen überbrandete den weiten Platz.

    Die Straße führte nach Andrespol. Sie ist so schlecht, daß der Wagen nur in mäßigem Tempo fahren kann. Streckenweise mehren sich dich Löcher, sie bilden ein Netz von Hindernissen, es macht den Eindruck, als hätte der Fahrweg in ein Sieb umgewandelt werden sollen. Granateneinschläge sind die Ursache gewesen, und im Laufe der Zeit haben Kolonnen der Weg so zerfahren, daß er einer Hügellandschaft wirklich ähnlicher sieht als einer Hauptstraße zwischen zwei großen Städten.

     Andrespol. Reihig gebaut, flankiert das ein paar Kilometer lange Dorf die Landstraße. Schmutzige Häuser, niedrig, verwahrlost.... Tausendfach gesehen und doch immer wieder, erschreckend wirkt die Verkommenheit dieser polnischen Ortschaften auf das deutsche Auge. Überall vermissen wir die Ordnung, die Sauberkeit der heimatlichen Gaue. Das flache Land Polens scheint ohne jede Berührung mit der westlichen Kulturwelt geblieben zu sein; denn das, wir in jedem kleinen deutschen Dorfe als Selbstverftündlichkeit zu sehen gewohnt sind, würde hier nicht mehr die Alltäglichkeit, sondern ein Ausschnitt aus einer Wunderwelt sein.

     Rund um die Ortschaft tobte der Krieg, zog Freund und Feind seine Wälle. Zu Hügeln schwillt das Land ab und auf. Spärliche Baumgruppen stehen darauf, gelegentlich wird es ein mageres Waldstück, und im Schutze solcher Holzpflanzungen stand deutsche Artillerie während der Kampftage um Lodz.

    Schützengräben, jetzt schon verlassen durch die Einwirklung von schnee - und regenreichen Winterwetter, ziehen sich kreuz und quer durch das Land, und ost prallen die Fronten aufeinander, und zwischendurch stehen plötzlich auch die Wälle einer russischen Geschützstellung. Am Ausgang der Ortschaft, die durch einer heftigen Straßenkampf mitgenommen ist, Zwischen abgebrannten Häusern dann aber doch das lebendigste Zeichen des Kampfgewirres: die Kirche von Andrespol. Es ist ein schmuckloser Bau, dessen rotes Ziegelwerk bei hellem, sichtigem Wetter weit in das Land hineinleuchtet. Granaten fratzen sich in das Turmfundament hinein, sie rissen in halber Höhe den Glockenstuhl auf, zerflederten die Turmspitze, so daß das kahlen Sparren wie ein trostloses Cerippe gegen den Himmel anstreben. Auch das Kirchendach wurde getroffen, und weit geöffnet starrk zerrissenes Mauerwerk den Vorübergehenden an.

    Nach Rzondowe führt die Straße weiter. Unweit des Ortes, der langgestreckt in einer Erbsenkung verschwindet, macht sie einen scharfen Knickt. Hier liegt ein Gotteshaus, dessen Glocken ehedem weit über das Land riesen, das aber jetzt, zusammengeschoffen, einem Trümmerhausen gleich ist. Die Verwüstung der Kirche von Andrespol ist nichts gegenüber der des Gotteshauses von Rzondowe. Wild übereinandergestürzt liegen seine mauern, und der hohe Turm - vor einigen Wochen sah ich ihn noch in den grotesken Formen seiner kriegsmäßigen Zerrissenheit wie einen klagend aufgereckten Arm schwankend gegen den Himmel stehen -- liegt in sich zusammengesunken mit hochgelagerten Steinmassen an der Erde, In einer Nacht saßte ihn die Sturmbraut des Winters und riß ihn nach kurzem Tanze zu Boden. Im Falle nahm er aber auch noch einen Teil des Kirchendaches mit, und so türmen sich jetzt nur noch Geröllsteine und zentnerschwere Ziegelblöcke, ein Bild der Berwüstung, chaotisch neben der Straße auf.