Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Armia Krajowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Armia Krajowa. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 29 października 2024

Oddział SAMA - AK - Obóz pracy Kaletnik - Koluszki - Odgłosy - 1983 - cz.4

 

NA KWATERZE U SZPAKA 

W radosnym nastroju starzy i nowi partyzanci szybkim marszem powędrowali, mijając Wągry, Rogów i wieś Felusia, na bardzo odległą kwaterę, gdzie dotarli tu przed wschodem słońca. Kiedy na wschodzie niebo zaczęło się przejaśniać, w leżącym niedaleko wsi Kotulin gospodarstwie Szpaka panowała cisza i zupełny spokój, i tylko gospodarze zaczęli krzątać się wcześniej niż zwykle, by przygotować posiłek dla tak licznych gości. Po śniadaniu zrobiono przegląd zdobyczy, a głównie broni, na którą złożyły się 22 karabiny, 4 pistolety „Walter", 1 - parabellum, 12 granatów oraz około 2 tys. sztuk amunicji karabinowej i kilkadziesiąt nabojów pistoletowych. 

Ogólne samopoczucie było wspaniałe: oddział dopiero od paru dni był w lesie, a już liczył 37 żołnierzy, był dobrze uzbrojony i miał na swoim koncie pierwszą „robotę". Po przeglądzie „starszyzna" oddziału zebrała się na naradę, na której nastąpiła właściwa i ostateczna organizacja oddziału Podzielono go na 4 patrole po 8 ludzi każdy, a reszta - dowódca, zastępca dowódcy, na którego wybrano Groma. kwatermistrz - Nurek oraz dwaj kucharze stanowiła grupę dowódcy oddziału. Na dowódców patroli wybrano Łosia, Kresa, Nera i Kapra. Ustanowiono raz na zawsze. że pierwszy patrol - Łosia szedł zawsze przodem i pierwszy brał udział w akcji lub też wycofywał się. Drugi. w kolejności był patrol Nera, za nim Kresa, a czwarty - mata Kapra, który w każdej sytuacji osłaniać miał tyły, zacierać ślady przemarszu.

 Po południu na kwaterę do Szpaka przybyła łączniczka Krystyna w towarzystwie Felusia, który nie mógł wytrzymać nie mając bezpośredniej relacji o rozbiciu Baudienstu i nie mogąc osobiście złożyć chłopcom gratulacji. Krystyna opowiedziała. jakie wrażenie zrobiła akcja na obóz w Kaletniku i jaką relację koluszkowskiej żandarmerii złożył komendant obozu. Według tej relacji cały obóz otoczony został przez jakiś oddział partyzancki, liczący chyba ze 150 ludzi. który musiał przywędrować prawdopodobnie z okolic Piotrkowa Tryb ... Wobec przewagi w uzbrojeniu i zaskoczenia najrozsądniej było poddać się. tym bardziej. że załoga nie mogła liczyć na żadną pomoc.

Komendant i inni Niemcy z obozu ze względów osobistych wyolbrzymili w raportach nocne wydarzenia, popuszczając wodze swojej fantazji. Wywołało to taką konsternację. że Niemcy nie podjęli żadnych represji w stosunku do chłopców z obozu i ich rodzin, rozpoczęli natomiast tropienie oddziału w kierunku Piotrkowa, gdzie go oczywiście nie było . Krystyna powiedziała też, że dostarczony aparat radiowy służyć ma nasłuchiwaniu Londynu, skąd w najbliższym czasie nadany zostanie sygnał o przylocie samolotu, który dokona zrzutu broni. W obsłudze radia i sposobie nasłuchiwania przeszkolony został st. strz. Juka (Jerzy Szelestowski) z Głowna, który tego właśnie wieczoru dołączył do oddziału. Juka codziennie słuchał Londynu, ale, niestety, w oznaczonym czasie nadawano różne utwory muzyczne, lecz nie ten, który miał być hasłem zrzutu dla oddziału Sama.

Czekając na ten zrzut, wdrażano chłopców w arkana partyzantki - bardzo odmiennej od tej, jaką poznali na przeszkoleniu u słynnego Wichra w okolicach Piotrkowa i Końskich, Łoś i Kaper. Tu trzeba było wypracować i stosować zupełnie inną taktykę, taktykę „czapki niewidki", a to oznaczało, że . choć partyzanci są we wsi, to wieś nie może o tym wiedzieć z wyjątkiem wtajemniczonych ludzi. W terenie prawie bezleśnym i gęsto zaludnionym, także przez niemieckich kolonistów, należało postępować zupełnie inaczej, by oddział był bezpieczny, a miejscowa. ludność nie ucierpiała od nieprzyjaciela. W takich warunkach warty można było wystawiać tylko w obrębie zajmowanego gospodarstwa i to tak, aby bezpośrednio nawet sąsiedzi nie wiedzieli o gościach. kwaterujących we wsi. Dla zapewnienia bezpieczeństwa stosowano też tzw. taktykę „kotła". Polegała ona na tym, że jeśli ktoś obcy wszedł na teren gospodarstwa i zauważył partyzantów, zostawał zatrzymany aż do zmierzchu w domu gospodarzy, który mógł opuścić dopiero po złożeniu solennej obietnicy. że nikomu nie powie o spotkaniu oddziału . Zdarzało się, że nieraz pod wieczór w „kotle" było i ze 20 osób, Kwatery zmieniano co noc - nie tylko dla bezpieczeństwa, ale i po to. by nie przeciążać gospodarzy świadczeniem różnych usług i wyżywieniem tylu ludzi. Przed opuszczeniem kwatery zawsze bardzo sumiennie regulowano rachunki za wyżywienie oddziału. co następnie było kontrolowane przez inspektorów komendy okręgu AK. Zdarzało się jednak, że niektórzy gospodarze odmawiali przyjęcia zapłaty, uważając żywienie partyzantów za swój obowiązek.

Na kwaterze wszyscy musieli przyzwyczaić się do mówienia szeptem, a za każde głośniejsze odezwanie wyznaczano karę - godzinę pod karabinem. Poza tym nie wolno było rozbierać się i zdejmować obuwia bez zezwolenia, a i to dopiero pod wieczór. Spać należało w pełnym rynsztunku i z bronią tak do śpiącego przytroczoną, aby w czasie alarmu był on od razu gotowy do walki. Nie wolno też było pozwolić podczas snu rozbroić się. Był to straszny rygor, ale tylko w ten sposób można było zapewnić maksimum bezpieczeństwa. 16 lipca po południu na kwaterze zjawił się znany już niektórym chłopcom pchor. Wirek (Marian Niciński). Był to krępej budowy mężczyzna w średnim wieku o jowialnym uśmiechu na okrągłej twarzy, lubiany i szanowany przez ludzi z konspiracji. · Za swoją działalność w Kedywie awansowany został na podchorążego i zajmował stanowisko dowódcy koluszkowskiej dywersji. 

                                                                        Opracował i podał do druku: PAWEŁ TOMASZEWSKI      


IN DEN QUARTIEREN BEI SZPAK

In fröhlicher Stimmung marschierten die alten und neuen Partisanen über Wągry, Rogów und das Dorf Felusia zu ihrem weit entfernten Quartier, wo sie noch vor Sonnenaufgang eintrafen. Als sich der Himmel im Osten aufzuhellen begann, war es auf dem Hof von Szpak in der Nähe des Dorfes Kotulin ruhig und still, und nur die Gastgeber begannen früher als sonst, das Essen für die vielen Gäste zuzubereiten. Nach dem Frühstück wurde der Besitz der Truppe begutachtet, vor allem die Waffen: 22 Gewehre, 4 „Walter“-Pistolen, 1 Parabellum, 12 Granaten und etwa 2.000 Schuss Gewehrmunition sowie mehrere Dutzend Pistolenpatronen.

Die allgemeine Stimmung war gut: Die Einheit war erst seit wenigen Tagen im Wald und zählte bereits 37 Soldaten, war gut bewaffnet und hatte ihren ersten „Job“ hinter sich. Nach der Besprechung versammelten sich die „Ältesten“ der Truppe zu einer Sitzung, auf der die eigentliche und endgültige Organisation der Truppe stattfand. Die Truppe wurde in vier Patrouillen zu je acht Mann aufgeteilt, und der Rest - der Kommandant, der stellvertretende Kommandant, für den Grom gewählt wurde, der Quartiermeister - Diver - und zwei Köche - bildeten die Führungsgruppe der Truppe. Elch, Kres, Ner und Kapr wurden als Patrouillenführer gewählt. Es wurde ein für alle Mal festgelegt, dass die erste Patrouille - Elch - immer an der Spitze ging und als erste an einer Aktion teilnahm oder sich zurückzog. An zweiter Stelle stand die Patrouille von Nera, gefolgt von der Patrouille von Kres und an vierter Stelle die Patrouille von Kapr, die in jeder Situation die Nachhut bilden und die Spuren des Marsches sichern sollte.

 Am Nachmittag traf Verbindungsoffizier Krystyna in Begleitung von Felus in Szpaks Quartier ein, der es nicht ertragen konnte, nicht direkt von der Auflösung des Baudienstes zu erfahren und den Jungen nicht persönlich gratulieren zu können. Krystyna erzählte, welchen Eindruck die Aktion auf das Lager Kaletnik gemacht hatte und welchen Bericht die Gendarmerie von Koluszko an den Lagerkommandanten gegeben hatte. Demnach war das ganze Lager von einer Partisaneneinheit umzingelt, die vielleicht 150 Mann zählte und wahrscheinlich aus der Nähe von Piotrków Tryb .... kam. In Anbetracht des Waffenvorteils und der Überraschung war es das Vernünftigste, sich zu ergeben, zumal die Besatzung mit keiner Hilfe rechnen konnte.

Der Kommandant und andere Deutsche aus dem Lager übertrieben in ihren Berichten aus persönlichen Gründen die Ereignisse der Nacht und ließen ihrer Phantasie freien Lauf. Dies führte zu einer solchen Bestürzung, dass die Deutschen keine Repressalien gegen die Jungen aus dem Lager und ihre Familien ergriffen, sondern die Einheit in Richtung Piotrków verfolgten, wo sie offensichtlich nicht war. Krystyna sagte auch, dass das gelieferte Funkgerät dazu benutzt werden sollte, London abzuhören, von wo aus bald ein Signal über die Ankunft eines Flugzeugs gesendet werden würde, das einen Waffenabwurf durchführen würde. Pvt. Juka (Jerzy Szelestowski) aus Głowno, der noch am selben Abend zur Einheit stieß. Juka hörte jeden Tag London, aber leider wurden zur verabredeten Zeit verschiedene Musikstücke ausgestrahlt, aber nicht das, das das Abwurfpasswort für Sams Einheit sein sollte.

Während sie auf den Abwurf warteten, wurden die Jungen in die Geheimnisse des Partisanenkriegs eingeführt - ganz anders als die, die sie während ihrer Ausbildung bei den berühmten Wichern bei Piotrków und Końskie, Łoś und Kaper gelernt hatten. Hier musste eine ganz andere Taktik ausgearbeitet und angewandt werden, die Taktik der „Tarnkappe“, und das bedeutete, dass die Partisanen zwar im Dorf sind, das Dorf aber außer den Eingeweihten nichts davon wissen darf. In einem fast waldlosen und dicht besiedelten Gebiet, das auch von deutschen Kolonisten bewohnt war, musste man ganz anders vorgehen, damit die Truppe sicher war und die örtliche Bevölkerung nicht vom Feind geschädigt wurde. Unter diesen Bedingungen konnten die Wachen nur innerhalb des besetzten Hofes und so aufgestellt werden, dass nicht einmal die unmittelbaren Nachbarn von den im Dorf einquartierten Besuchern erfuhren. Um die Sicherheit zu gewährleisten, wurde auch die so genannte „Kesseltaktik“ angewandt. Wenn ein Fremder das Gehöft betrat und die Partisanen bemerkte, wurde er bis zum Einbruch der Dunkelheit im Haus des Bauern festgehalten, das er erst verlassen durfte, nachdem er feierlich versprochen hatte, niemandem von dem Treffen der Einheit zu erzählen. Die Quartiere wurden jede Nacht gewechselt, nicht nur aus Sicherheitsgründen, sondern auch, um die Gastgeber nicht mit verschiedenen Dienstleistungen und Lebensmitteln für so viele Personen zu überlasten. Vor dem Verlassen der Unterkunft wurden die Lebensmittelrechnungen der Einheit immer sehr gewissenhaft bezahlt, was dann von den Inspektoren der AK-Bezirksleitung kontrolliert wurde. Es kam jedoch vor, dass einige Gastgeber die Zahlung verweigerten, da sie die Verpflegung der Partisanen als ihre Pflicht ansahen.

In den Quartieren mussten sich alle daran gewöhnen, im Flüsterton zu sprechen, und für jede laute Äußerung gab es eine Strafe - eine Stunde unter der Kanone. Außerdem durfte man sich ohne Erlaubnis weder ausziehen noch die Schuhe ausziehen, und auch das nur am Abend. Man musste in voller Montur schlafen und seine Waffe so am Körper tragen, dass man sofort kampfbereit war, wenn der Alarm ertönte. Es war auch verboten, sich im Schlaf zu entwaffnen. Das war eine furchtbare Strenge, aber die einzige Möglichkeit, maximale Sicherheit zu gewährleisten. Am 16. Juli tauchte nachmittags ein Kadett, der einigen der Jungen bereits bekannt war, in der Unterkunft auf. Wirek (Marian Niciński). Er war ein stämmiger Mann mittleren Alters mit einem fröhlichen Lächeln in seinem runden Gesicht, der bei den Männern des Untergrunds beliebt und geachtet war. - Für seine Aktivitäten im Kedyw wurde er zum Kadetten befördert und war Kommandant des Koluszko-Ablegers.

Zusammengestellt und bearbeitet von: PAWEŁ TOMASZEWSKI        

Oddział SAMA - AK - Obóz pracy Kaletnik - Koluszki - Odgłosy - 1983 - cz.2

 Po „załatwieniu" wartownika postawiono jednego z chłopców przy bramie, a dwaj inni - jak on, uzbrojeni tylko w pistolety - ruszyli każdy w inna stronę wzdłuż wału, rozbrajając, czekających na to, następnych wartowników, którzy po oddaniu broni wskazywali drogę do miejsca zbiórki na centralnym placu. W tym samym czasie pchor. Sam z pozostałą siódemką ludzi prowadzony przez wartownika sprzed bramy ruszył ostrożnie w kierunku wartowni, którą należało w pierwszym rzędzie opanować, gdyż zgromadzona była tam broń Baudienstu. (Osobistą krótką broń mieli przy sobie zatrudnieni w obozie Niemcy). Nagle z mroku wynurzyły się dwie postacie. Jedna z nich podeszła do idącego przodem Sama, który usłyszał: 

- Dalej ja was poprowadzę. Byli to Burza i Kres, którzy wraz z Witem organizowali od wewnątrz rozbicie obozu, a potem przyłączyli się do oddziału.

Gdy podeszli do wartowni, zobaczyli, że drzwi otwarte są na oścież. Była wspaniała, ciepła noc. Wnętrze oświetlała jedna, osłonięia tekturą lampa. Przy stole siedziało dwóch ludzi. Po obstawieniu okna Grom, Nero i Nurek weszli do środka i wymierzyli swoje dwa steny i karabin w śpiących przy stole oraz innych, którzy w głębi wartowni leżeli na pryczach. Grom krzyknął: 

- Hande. hoch, wir werden schiessen blieb ruhich ! 

Wyrwani ze snu, zaskoczeni niemiecką komendą wartownicy podnieśli posłusznie ręce do góry, a gdy zorientowali się, iż pomiędzy nimi a stojakami z bronią stoją jacyś trzej osobnicy z wymierzonymi w nich lufami, na okrzyk Groma „Padnij !" posłusznie zeszli z prycz i położyli się na podłodze wartowni. Zaskocznie było całkowite. Gdy Grom ze swoją grupą opanowywał wartownię, a dwaj inni - barak admimstracji, pchor. Sam w towarzystwie Burzy i Kresa poszedł do baraku, w którym mieszkał komendant-inspektor Baudienstu Kaletnik.

Kreuzer grał ostatnią już partię szachów z jednym z majstrów, kiedy usłyszał czyjeś kroki na chrzęszczącym żwirze przed swoim barakiem. Podniósł głowę znad szachownicy i ku wielkiemu zdumieniu zobaczył wskakującego przez otwarte okno Sama, który mierzył w niego ze swego stena. Komendant odruchowo podniósł słuchawkę stojącego obok aparatu telefonicznego i przyłożył ją do ucha. Telefon był głuchy. Po chwili od strony drzwi dało się słyszeć „Hande hoch" Burzy i dopiero na to wezwanie obaj szachiści podnieśli ręce do góry, nie bardzo jeszcze rozumiejąc, co się właściwie stało. 

W rogu pokoju leżała na łóżku żona komendanta i czytała książkę. Kreuzer grał ostatnią już partię szachów z jednym z majstrów, kiedy usłyszał czyjeś kroki na chrzęszczącym żwirze przed swoim barakiem. Podniósł głowę znad szachownicy i ku wielkiemu zdumieniu zobaczył wskakującego przez otwarte okno Sama, który mierzył w niego ze swego stena. Komendant odruchowo podniósł słuchawkę stojącego obok aparatu telefonicznego i przyłożył ją do ucha. Telefon był głuchy. Po chwili od strony drzwi dało się słyszeć „Hande hoch" Burzy i dopiero na to wezwanie obaj szachiści  podnieśli ręce do góry, nie bardzo jeszcze rozumiejąc, co się właściwie stało.  

- Wiem. że umie pani dobrze strzelać - powiedział do niej Sam - ale nie radzę nawet próbować, bo cały obóz opanowany jest przez partyzantów Następnie wytłumaczył Kreuzerowi. jaki jest cel wizyty oddziału w obozie, zaznaczając przy tym, że jeżeli nie będzie stawiał oporu, to nikomu nic złego się nie stanie. Wkrótce zjawił się Grom, meldując, że wartownia opanowana, trzej niemieccy majstrowie rozbrojeni i doprowadzeni na wartownię. gdzie trzymani są pod dobrą strażą. - Ponieważ w takiej sytuacji nie jestem w stanie przeciwdziałać - powiedział wówczas łamaną polszczyzną komendant - zmuszony jestem poddać obóz i wydać posiadaną broń oraz to, co panowie sobie życzą. Mam nadzieję, że panowie dotrzymają słowa, nikt z nas nie będzie skrzywdzony...   



Nachdem die Wache „fixiert“ war, wurde einer der Jungen am Tor platziert, und zwei andere - wie er nur mit Pistolen bewaffnet - bewegten sich jeweils in eine andere Richtung entlang des Walls und entwaffneten, darauf wartend, die nächsten Wachen, die, nachdem sie ihre Waffen abgegeben hatten, den Weg zum Sammelplatz auf dem zentralen Platz wiesen. Zur gleichen Zeit führte Pfc. Sam mit den verbleibenden sieben Männern, angeführt von der Wache vor dem Tor, vorsichtig auf das Wachhaus zu, das in erster Linie überwältigt werden musste, da die Baudienstwaffen dort versammelt waren. (Persönliche Kurzwaffen wurden von den im Lager beschäftigten Deutschen mitgeführt). Plötzlich tauchten zwei Gestalten aus der Dunkelheit auf. Eine von ihnen näherte sich Sam, der vorauslief und hörte:

- Ich werde euch weiterführen. Es waren Burza und Kres, die zusammen mit Wit die Auflösung des Lagers von innen organisiert hatten und sich dann der Einheit anschlossen.

Als sie sich dem Wachhaus näherten, sahen sie, dass die Tür weit geöffnet war. Es war eine herrliche, warme Nacht. Eine einzige Lampe, abgeschirmt durch Pappe, beleuchtete das Innere. Zwei Männer saßen an einem Tisch. Nachdem sie das Fenster ausspioniert hatten, gingen Grom, Nero und Diver hinein und richteten ihre beiden Stenos und ein Gewehr auf die Schlafenden am Tisch und die anderen, die in den Tiefen der Wachstube auf den Kojen lagen. Grom brüllte:

- Hande. hoch, wir werden schießen blieb ruhigich !

Aus dem Schlaf gerissen und von dem deutschen Befehl überrascht, hoben die Wachposten gehorsam die Hände in die Luft, und als sie merkten, dass zwischen ihnen und den Gewehrständern drei Personen standen, deren Gewehre auf sie gerichtet waren, stiegen sie auf Groms Ruf „Runter! kamen sie gehorsam aus ihren Kojen und legten sich auf den Boden des Wachhauses. Die Überraschung war vollkommen. Als Grom mit seiner Gruppe die Kontrolle über das Wachhaus und die beiden anderen über die Bewachungsbaracke übernommen hatten, kam Pfc. Sam, begleitet von Burza und Kres, in die Baracke, in der der Baudienst-Kommandant Kaletnik wohnte.

Kreuzer spielte gerade eine letzte Schachpartie mit einem der Vorarbeiter, als er Schritte auf dem knirschenden Kies vor seiner Baracke hörte. Er hob den Kopf über das Schachbrett und sah zu seiner großen Überraschung, wie Sam durch das offene Fenster hereinsprang und mit seinem Sten auf ihn zielte. Instinktiv nahm der Kommandant den Hörer des neben ihm stehenden Telefonapparats ab und hielt ihn an sein Ohr. Das Telefon war ohrenbetäubend. Nach einem Moment war Storms „Hande hoch“ von der Seite der Tür zu hören, und erst bei diesem Ruf hoben beide Schachspieler die Hände in die Luft, ohne wirklich zu begreifen, was eigentlich geschehen war. 

- Ich weiß, dass du gut schießen kannst“, sagte Sam zu ihr, “aber ich rate dir, es gar nicht erst zu versuchen, denn das ganze Lager ist von Partisanen überrannt. Dann erklärte er Kreuzer. den Zweck des Besuchs der Truppe im Lager und wies darauf hin, dass niemand verletzt würde, wenn sie keinen Widerstand leisteten. Bald darauf erschien Grom und meldete, dass das Wachhaus eingenommen, die drei deutschen Vorarbeiter entwaffnet und in das Wachhaus gebracht worden waren, wo sie gut bewacht wurden. - Da ich in einer solchen Situation nichts ausrichten kann“, sagte der Kommandant in gebrochenem Polnisch, “bin ich gezwungen, das Lager zu übergeben und die in meinem Besitz befindlichen Waffen und alles, was Sie wünschen, auszuhändigen. Ich hoffe, dass Sie, meine Herren, Ihr Wort halten werden und dass niemandem von uns etwas passieren wird. ....


poniedziałek, 28 października 2024

Oddział SAMA - AK - Obóz pracy Kaletnik - Koluszki - Odgłosy - 1983 - cz.1

 

Na łamach Odgłosów zamieszczano wspomnienia partyzantów z oddziału SAMA. W numerze nr.20 z 1983 członek tego oddziału, żołnierz AK, Jerzy Żukowski opisuje historię ataku na obóz pracy przymusowej - Baudinst w Kaletniku koło Koluszek. Zamieszczam cz. 1 jego jakże ciekawych wspomnień.



Odgłosy : tygodnik społeczno-kulturalny. 1983-05-14 R. 26 nr 20

TAM GDZIE DACHY SŁOMĄ KRYTE - cz.2

Obóz przymusowej pracy - Baudienst (służba budowlana) założono około Wielkanocy w 1943 roku. Wcielono do mego przymusowo młodych Polaków powyżej 16 lat, pochodzących z okolic Piotrkowa Tryb., Rawy Maz„ Koluszek. Pracowali oni pod kierunkiem niemieckich majstrów na różnych · budowach, Baudienst Kaletnik znajdował się w pobliżu Koluszek na dużej leśnej polanie przy szosie Zakowice - Będzelin około 500 metrów od skraju lasu. Na wzór rzymski, obóz miał kształt prostokąta o wymiarach 90 na 150 metrów i otoczony był ziemnym wałem z rowem od wewnątrz , na którym był płot z drutu kolczastego o wysokości 2,5 metra z jedną bramą wejściową, umiejscowioną pośrodku węższego boku przylegającego do szosy. Na· lewo od wejścia mieściła się wartownia. Do służby wartowniczej wybierano tzw. zaufanych młodych ludzi, których Niemcy mieli nadzieję z czasem zgermanizować, tak jak i wszystkich innych chłopców z obozu. Na prawo od bramy był barak kancelarii i administracji oraz pomieszczenia dla majstrów Na terenie obozu, początko­ nie mając ze sobą kontaktów, działały tajne organizacje AL, NSZ i AK. W ruchu oporu zorganizowanych było łącznie ok. 50 ludzi, którzy należeli również do zgrupowań spoza. obozu. Akcja na Baudienst została starannie przygotowana napierw od wewnątrz przez te organizacje - głównie. AK, którym przewodzili kpr. Kres (Stanisław Iwan). pchor. Wit : (Teodor Zep) i st. strz. Burza (Józef Marszałek).

    Pchor. Sam przedstawił plan opanowania obozu, co powinno nastąpić przez zaskoczenie i bez hałasu. W czasie akcji warty miały być trzymane przez ludzi z organizacji, którzy zastąpią nie wtajemniczonych i sprzyjających Niemcom wartowników, pod pretekstem skorzystania wolnęgo w innym czasie . Rozbrajanie Niemców miało być przeprowadzane przez ludzi· spoza obozu ze względu na bezpieczeństwo rodzin chłopców, którzy po udanej akcji mieli dołączyć do oddziału. Całość akcji miał ubezpieczać dość liczny oddział miejscowej „dywersji". Miejscem spotkania obu oddziałów miał być skraj lasu przy torze kolejowym niedaleko Żakowic. 9 lipca ok. godz. 23, przy wspaniałej pogodzie oddział Sama dotarł do torów, przeszedł przez nie i wsiąkając w poszycie lasu, zaległ w umówionym miejscu. Sygnałem rozpoznawczym obu grup było hukanie puszczyka. O wyznaczonej godzinie puszczyk odezwał się trzy razy, ale w lesie panowała niezmącona cisza. Puszczyk znowu huknął parę razy i znowu nikt się nie odezwał. Potem puszczyk Sama hukał przez przeszło godzinę, ale z lasu nie było odzewu. Po długim wyczekiwaniu, ze względu na późną porę, Sam wycofał oddział z powrotem na kwaterę do Felusia. Wszyscy byli źli i zmęczeni, bo przeszli ok. 30 kilometrów zupełnie na próżno. Następnego dnia przed południem przybyła z Kaluszek łączniczka Krystyna z zapytaniem od komendy, dlaczego oddział Sama nie stawił się na akcję. ,.Dywersja" czekała w umówionym miejscu, a chłopcy z Baudienstu czuwali prawie do rana.

Po wysłuchaniu raportu Sama łączniczka wsiadła na rower i pojechała złożyć meldunek w komendzie, a gdy późnym popołudniem przybyła ponownie, opowiedziała, że ludzie z „dywersji" czekali dość długo, bacznie obserwując linię toru, przez który oddział Sama miał przejść. Nie zauważywszy nikogo, kto przechodziłby w tym czasie przez tory, nie zwrócili wcale uwagi na dobrze hukającego puszczyka i około pierwszej w nocy wycofali się lasem do swoich domów. Otóż „dywersja" nie mogła zauważyć chłopców z oddziału Sama, ponieważ ci po dojściu do torów wyczekali na moment zajścia księżyca za chmury i wtedy właśnie przeskoczyli przez tory, które często patrolowane byly przez Bahnschutzów. Spotkania zaś z nimi należało unikać, mając ważne zadanie do wykonania. Po dokładnym opisaniu miejsca, gdzie czekała „dywersja", okazało się, iż dzieliło ją od oddziału Sama zaledwie 150 metrów.

Po wyjaśnieniu powodów nocnego pecha Krystyna oznajmiła. że dowództwo poleciło ponowne przeprowadzenie akcji tejże nocy, podała czas i bardziej pewne miejsce spotkania. Dla uniknięcia pomyłki sygnał rozpoznawczy pozostał ten sam. Pod wieczór ponownie zaczęto przygotowywać się do wyprawy, a gdy zapadł zmierzch, oddział powędrował znaną już z poprzedniej_nocy drogą na nowe miejsce spotkania z „dywersją", wyznaczone niezbyt daleko od pierwszego. Był tam pół godziny przed czasem. Dokładnie o wyznaczonej porze puszczyk zahukał trzy razy, po paru chwilach znów trzy razy i jeszcze trzy razy, ale i teraz żadnej odpowiedzi z lasu nie usłyszano. Gdy w pewnej chwili dał się słyszeć głos puszczyka, ucieszono się, że nareszcie dojdzie do spotkama, lecz wkrótce puszczyk umilkł. Chłopcy zaczęli pogwizdywać najpierw cicho, potem coraz głośniej, ale i na to nie było żadnej odpowiedzi. Dobrze po północy oddział wycofał się z lasu do wsi Przyłęk Duży. Tym razem Krystyna zjawiła się już z samego rana, a gdy dowiedziała się wszystkiego, zaklęła szpetnie. bo „dywersja" była w umówionym miejscu, a chłopcy w obozie znów czekali w pogotowiu.  

Zgodnie z raportem „dywersji", na miejsce spotkania przybyli oni całą godzinę wcześniej i hukał im puszczyk, ale wysoko nad głowami, więc prawdopodobnie gdy odezwał się puszczyk od Sama, nie odróżnili go od prawdziwego. Późniejsze gwizdania wzięli za nawoływanie powracających z przepustek chłopców z Baudienstu. W taki to sposób na skutek niepomyślnego zbiegu okoliczności akcja nie doszła do skutku po raz drugi. Po umówieniu się z komendą i organizacją działającą w obozie, postanowiono jednak próbować trzeci raz. Niestety, gdy oddział Sama dotarł na miejsce spotkania i w oznaczonym czasie rozpoczęto hukanie, później gwizdanie, a nawet pokrzykiwanie, znów nie było żadnego odzewu. Chłopców zalała przysłowiowa krew, a pchor. Sam powiedział:

- Z tymi sukinsynami nie możemy się spiknąć, a w obozie chłopaki czekają już trzecią noc. Idziemy sami, bez obstawy. jakoś powinniśmy dać sobie radę.  

Po krótkiej naradzie zmieniono zadania dla kilku ludzi. Zamiast siedemnastu, którzy mieli wejść na teren obozu, wyznaczono do tego tylko ośmiu, gdyż sześciu - w dwóch trójkach - musiało zająć ubezpieczające stanowiska przy szosie i przeciąć druty telefoniczne w odległości około kilometra od bramy. Dwóch partyzantów miało rozbroić wartowników, a jeden stanąć przy bramie. Przed ruszeniem do akcji jeszcze raz rozejrzano się w pobliżu chwilowego postoju i nie znalazłszy nikogo, zachowując bezwzględną ciszę, oddział poszedł przez las w kierunku obozu. Zgodnie z planem zajmowanie obozu miało się rozpocząć w 15 minut po wymarszu na stanowiska ubezpieczających akcję trójek. Patrol Łosia poszedł na lewe skrzydło, a trójka Kapra, zaopatrzona w nożyce do cięcia drutu, udała się na prawe skrzydło, to jest w stronę Żakowic, przez które z Koluszek mogłaby nadejść ewentualna pomoc dla zaatakowanego obozu. Po dojściu na wyznaczone miejsce, strz. Świerk z patrolu Kapra zdjął buty i zalożywszy na nogi pas od spodni, zaczął wspinać · się na słup telegraficzny. Ku zdziwieniu patrzących z dołu kolegów robił to jak zawodowy cyrkowiec. Wydawało się, że wszystko przebiega zgodnie z planem - cicho i bez hałasu. Niestety, gdy przecięty przez Świerka drut spadł na ziemię, w leśnej ciszy rozległ się nagle niespodziewany dźwięk. Straszliwy jęk drutu popłynął wzdłuż linii telefonicznej, płosząc śpiące ptactwo, które zrywało się w powietrze z krakaniem.

Tymczasem pchor. Sam przydrożnym rowem doprowadził grupę szturmową pod bramę Baudienstu. gdzie znowu zatrzymano się na krótki czas, bacznie obserwując obóz. Podniecenie przyczajonych w rowie partyzantów rosło z każdą chwilą. Uda się. czy nie? Czy wartownik przy bramie jest nasz, czy też przypadkiem obcy? W pewnej chwili Sam szepnął: 

- Naprzód. Jazda, chłopaki! Grupa szturmowa chyłkiem przebiegła szosę, dzielącą ją od bramy. Wartownik nie zdążył się nawet odezwać „Stój"! Kto idzie"?!, gdy usłyszał ciche: 

- Ręce do góry! Było to umówione hasło, znana tylko wtajemniczonym. Wartownik, strz. Berkut (Jan Galicki), który tylko czekał na te słowa, usunął na bok kozły hiszpańskie, blokujące wejście, szybko i chętnie podniósł ręce do góry, oddał swój karabin i pas z ładownicą, mówiąc przy tym cicho, że inni od dłuższego już czasu czekają w różnych miejscach na terenie obozu....


Die Erinnerungen von Partisanen der SAMA-Einheit wurden in der Zeitschrift Odgłosy veröffentlicht. In der Ausgabe Nr. 20 von 1983 beschreibt Jerzy Żukowski, ein Angehöriger dieser Einheit und Soldat der Heimatarmee, die Geschichte eines Angriffs auf ein Zwangsarbeitslager - Baudinst in Kaletnik bei Koluszki. Ich präsentiere Teil 1 seiner sehr interessanten Memoiren. 

Wo die Dächer mit Stroh gedeckt sind - Teil 2

Das Zwangsarbeitslager - Baudienst - wurde um Ostern 1943 eingerichtet. Junge Polen im Alter von über 16 Jahren aus der Umgebung von Piotrków Tryb. und Rawa Maz“ Koluszki wurden zwangsverpflichtet. Sie arbeiteten unter der Leitung deutscher Vorarbeiter auf verschiedenen Baustellen. Der Baudienst Kaletnik befand sich in der Nähe von Koluszki auf einer großen Waldlichtung an der Straße Zakowice - Będzelin, etwa 500 Meter vom Waldrand entfernt. Das Lager hatte eine rechteckige Form nach römischem Vorbild, war 90 mal 150 Meter groß und von einem Erdwall mit einem Graben auf der Innenseite umgeben, auf dem sich ein 2,5 Meter hoher Stacheldrahtzaun mit einem einzigen Eingangstor befand, das sich in der Mitte der schmaleren Seite zur Straße hin befand. Links vom Eingang befand sich ein Wachhaus. Für den Wachdienst wurden so genannte vertrauenswürdige junge Männer ausgewählt, die die Deutschen mit der Zeit zu germanisieren hofften, wie auch alle anderen Jungen im Lager. Rechts vom Tor befanden sich die Kanzlei- und Verwaltungsbaracken und die Räume für die Vorarbeiter Innerhalb des Lagers waren, zunächst ohne Kontakt zueinander, die Geheimorganisationen der AL, NSZ und AK aktiv. Insgesamt waren etwa 50 Personen in der Widerstandsbewegung organisiert, die auch zu Gruppierungen außerhalb des Lagers gehörten. Die Aktion in Baudienst wurde zunächst von diesen Organisationen - vor allem von innen - sorgfältig vorbereitet. AK, unter der Führung von Cpl. Kres (Stanislaw Iwan). Pchor. Wit : (Teodor Zep) und st. strz. Burza (Józef Marszałek).

Kadett. Sam legte einen Plan zur Einnahme des Lagers vor, die überraschend und ohne Lärm erfolgen sollte. Während der Aktion sollten die Wachen von Leuten aus der Organisation gehalten werden, die die nicht eingeweihten und mit den Deutschen sympathisierenden Wachen ersetzen sollten, unter dem Vorwand, sich zu einem anderen Zeitpunkt zu befreien. Die Entwaffnung der Deutschen sollte von Personen außerhalb des Lagers durchgeführt werden, um die Sicherheit der Familien der Jungen zu gewährleisten, die sich nach einer erfolgreichen Aktion der Einheit anschließen sollten. Die gesamte Aktion sollte von einer größeren Gruppe lokaler „Ablenker“ unterstützt werden. Der Ort, an dem sich die beiden Trupps treffen sollten, war der Waldrand an der Bahnstrecke bei Żakowice. Am 9. Juli gegen 23 Uhr erreichte Sams Trupp bei herrlichem Wetter die Bahnlinie, überquerte sie und verweilte, durchnässt vom Unterholz des Waldes, an der vereinbarten Stelle. Das Erkennungssignal für beide Gruppen war das Rufen eines Waldkauzes. Zur verabredeten Zeit rief der Waldkauz dreimal, aber es herrschte eine ununterbrochene Stille im Wald. Der Waldkauz rief noch ein paar Mal, und wieder sprach niemand. Dann rumpelte Sams Waldkauz über eine Stunde lang, aber der Wald antwortete nicht. Nach einer langen Wartezeit, die durch die späte Stunde bedingt war, zog Sam die Truppe zurück in Felusias Quartier. Alle waren wütend und müde, da sie etwa 30 Kilometer umsonst gelaufen waren. Am nächsten Tag, noch vor dem Mittag, kam eine Verbindungsoffizierin, Krystyna, aus Kaluszki, um sich beim Kommando zu erkundigen, warum Sams Einheit nicht zur Aktion erschienen war. Die „Diversion“ wartete am vereinbarten Ort, und die Baudienst-Jungs hielten fast bis zum Morgen Wache.

Nachdem sie Sams Bericht gehört hatte, schwang sich die Verbindungsoffizierin auf ihr Fahrrad und fuhr los, um dem Kommando Bericht zu erstatten, und als sie am späten Nachmittag wieder eintraf, erzählte sie, dass die Männer der „Diversion“ ziemlich lange gewartet und die Gleisstrecke, die Sams Einheit passieren sollte, genau beobachtet hatten. Da sie niemanden bemerkten, der zu dieser Zeit die Gleise überquerte, schenkten sie dem gut rumpelnden Waldkauz keinerlei Beachtung und zogen sich gegen ein Uhr morgens durch die Wälder in ihre Häuser zurück. Nun, das „Ablenkungsmanöver“ konnten die Jungen aus Sams Truppe nicht bemerkt haben, denn sie warteten, nachdem sie die Gleise erreicht hatten, den Moment ab, in dem der Mond hinter den Wolken untergegangen war, und sprangen dann einfach über die Gleise, die oft von Bahnschützern patrouilliert wurden. Begegnungen mit ihnen sollten vermieden werden, da sie eine wichtige Aufgabe zu erfüllen hatten. Nach einer detaillierten Beschreibung des Ortes, an dem die „Umleitung“ wartete, stellte sich heraus, dass sie nur 150 Meter von Sams Einheit entfernt war. 

Nachdem sie die Gründe für das nächtliche Pech erklärt hatte, gab Christine bekannt, dass das Kommando die Aktion in dieser Nacht wiederholen wolle, und nannte die Uhrzeit und einen genaueren Treffpunkt. Um Verwirrung zu vermeiden, blieb das Aufklärungssignal dasselbe. Gegen Abend begannen die Vorbereitungen für die Expedition erneut, und als die Dämmerung hereinbrach, nahm die Einheit die vertraute Route von der vorherigen Nacht zu einem neuen Treffpunkt mit der „Umleitung“, der nicht allzu weit vom ersten entfernt war. Er war eine halbe Stunde früher da als geplant. Pünktlich zur verabredeten Zeit rief der Waldkauz dreimal, nach einigen Augenblicken wieder dreimal und noch dreimal, aber auch jetzt war keine Antwort aus dem Wald zu hören. Als auf einmal die Stimme des Waldkauzes zu hören war, freuten sich die Jungen, aber bald verstummte der Waldkauz. Die Jungen begannen, erst leise, dann immer lauter zu pfeifen, aber auch das wurde nicht beantwortet. Weit nach Mitternacht zog sich der Trupp aus dem Wald in das Dorf Przyłęk Duży zurück. Diesmal tauchte Krystyna gleich am ersten Morgen auf, und als sie alles erfuhr, fluchte sie bitterlich. denn die „Ablenkung“ war am vereinbarten Ort, und die Jungen im Lager standen wieder in Bereitschaft.  

Dem „Ablenkungs“-Bericht zufolge waren sie eine volle Stunde früher am Treffpunkt angekommen, und es ertönte ein Pfiff, allerdings hoch über ihren Köpfen, so dass sie den Pfiff von Sam vermutlich nicht von einem echten Pfiff unterscheiden konnten, als dieser ertönte. Das spätere Pfeifen hielten sie für den Ruf der Baudienst-Jungen, die vom Urlaub zurückkehrten. So scheiterte die Aktion aufgrund eines unglücklichen Zufalls zum zweiten Mal. Nach Absprachen mit dem Kommando und der im Lager tätigen Organisation wurde jedoch beschlossen, es ein drittes Mal zu versuchen. Als Sams Einheit am Treffpunkt eintraf und das Hämmern, dann das Pfeifen und sogar das Rufen zur vereinbarten Zeit begann, gab es leider wieder keine Reaktion. Die Jungen wurden mit dem sprichwörtlichen Blut überschwemmt, und Cadet Cpl. Sam sagte:

- Wir können uns nicht mit diesen Hurensöhnen einlassen, und die Jungs warten im Lager auf die dritte Nacht. Wir sind allein unterwegs, ohne Deckung. Irgendwie sollten wir es schaffen.

Nach kurzer Überlegung wurde der Auftrag für mehrere Männer geändert. Statt der siebzehn, die in das Lager eindringen sollten, wurden nur acht dazu bestimmt, da sechs - in zwei Dreiergruppen - an der Straße Sicherungsposten einnehmen und etwa einen Kilometer vom Tor entfernt die Telefondrähte kappen mussten. Zwei Partisanen sollten die Wachposten entwaffnen und einer sollte am Tor stehen. Bevor sie sich auf den Weg machten, sahen sie sich noch einmal an der Stelle um, an der sie gerade anhielten, und als sie niemanden fanden, ging die Einheit in absoluter Stille durch den Wald in Richtung des Lagers. Der Plan sah vor, dass die Besetzung des Lagers 15 Minuten nach dem Abmarsch zu den Stellungen der drei, die die Aktion absicherten, beginnen sollte. Die Elch-Patrouille ging zum linken Flügel, während das Kapr-Trio, ausgerüstet mit Drahtscheren, zum rechten Flügel ging, d.h. in Richtung Żakowice, über den mögliche Hilfe für das angegriffene Lager aus Koluszki kommen konnte. An der vorgesehenen Stelle angekommen, wurde Sgt. Swierk von der Kapra-Patrouille zog seine Stiefel aus, legte den Gürtel seiner Hose um die Beine und begann, auf einen Telegrafenmast zu klettern. Zum Erstaunen seiner Kollegen, die von unten zusahen, tat er dies wie ein professioneller Zirkusartist. Es schien alles nach Plan zu verlaufen - leise und ohne Lärm. Doch als der Draht, den Spruce durchgeschnitten hatte, zu Boden fiel, ertönte plötzlich ein unerwartetes Geräusch in der Stille des Waldes. Das schrille Heulen des Drahtes floss durch die Telefonleitung und erschreckte die schlafenden Hühner, die sich mit einem Krächzen in die Lüfte erhoben.

Währenddessen führte Kadett Pvt. Sam führte die Angriffsgruppe durch einen Straßengraben zum Baudienst-Tor, wo sie erneut einen kurzen Halt einlegten und das Lager genau im Auge behielten. Die Aufregung der Partisanen, die im Graben lauerten, wuchs mit jedem Augenblick. Werden wir Erfolg haben oder nicht? Gehört der Wachposten am Tor zu uns oder ist er zufällig ein Fremder? An einem Punkt flüsterte Sam:

- Vorwärts! Auf geht's, Jungs! Die Angriffsgruppe rannte heimlich die Straße entlang, die sie vom Tor trennte. Der Wachposten hatte noch nicht einmal Zeit gehabt, „Halt! Wer kommt denn da?“, als er ein leises Geräusch hörte:

- Hands up! Es war ein vorher festgelegtes Passwort, das nur den Eingeweihten bekannt war. Der Wachposten, Shot. Berkut (Jan Galicki), der nur auf diese Worte gewartet hatte, räumte die spanischen Böcke beiseite, die den Eingang versperrten, hob schnell und eifrig die Hände in die Luft, übergab sein Gewehr und seinen Gürtel mit Lader, während er leise sagte, dass andere schon lange an verschiedenen Stellen im Lager gewartet hätten....




niedziela, 22 maja 2022

Feliks Bernas Lubecki - Powstanie Warszawskie - Muranów - Batalion „Czata 49” - Pogrzeby - Rękopis - 1939-45 - cz.26

 Spotkałem dziewczynę, którą jeszcze dziś widzę przed soba. Była to w każdym calu piękność. Blondynka z pięknymi puklami włosów, niebieskie oczy, wzrost średni, zgrabniutka jak sarna, w mundurze i oficerkach. Trudno było od dziewczyny oderwać oczy. Przyszła do nas chyba z "Pięści" (może z "Miotły") razem z innymi chłopakami, w tym był jeden bardzo sympatyczny podchorąży.  Chyba od razu przypadliśmy sobie z dziewczyną do serca. Zaczęliśmy rozmawiać, opowiadać o sobie. Było jakoś spokojniej tego wieczora. Dowiedziałem się, że ma obywatelstwo brazylijskie (matka Polka, ojciec Brazylijczyk, pracował chyba w ambasadzie), ze chce studiować medycynę po wojnie. Podała mi swoje nazwisko. Pamiętałem je długo. Nie zapisałem i po latach uleciało z pamięci. Rozmawialiśmy przytuleni do siebie do późnej nocy. Pocałowaliśmy się nawet na dobranoc. Wszystko to było tak szybko, ale wtedy trzeba było szybko zyć. Czułem, bo przecież wiedzieć nie mogłem, że kogoś takiego spotyka się w życiu niesłychanie rzadko. To był taki czas, że ani pozy, ani na płytkie flirciki, ani na kłamstwo, czy fałsz wśród nas młodych nie mogło mieć miejsca. W każdym razie tam w tym piekle, koszmarze, który śni mi się do dziś po nocach. Stąd tak czułem. Rozstaliśmy się późno w nocy, ostrzegając się wzajemnie, by na siebie uważać, uważać zwłaszcza teraz, kiedy - musieliśmy to czuć oboje - zaczynało się między nami dziać coś pięknego, bardzo wzniosłego. Nie zdążyłem jeszcze zasnąć, gdy wpadł podchorąży, o którym mówiłem. Dziewczyna nie zyje! Jakby mnie grom poraził. Okazało się, że na ochotnika poszła na nocną wartę w wewnętrznej bramie. Wybuchł dosłownie jeden pocisk z granatnika, słyszałem go dobrze. Odłamek w skroń i śmierć na miejscu. Zerwałem się i pobiegłem. Leżała już w pokoju na I piętrze. Jakby spała. Twarzyczka spokojna, alabastrowa. W skroni, lub tuż nad - malenka dziurka 2-3 milimetry i cieniutka stróżka krwi. Spłakałem się serdecznie, płakali zresztą wszyscy obecni w pokoju. Następnego dnia był pogrzeb, na naszym podwórku. Chłopcy postarali się o deski i dziewczyna spoczęła w prawie prawdziwej trumnie. Znalazły się jeszcze kwiatki.

    W dniu 18 sierpnia Niemcy już od świtu zaczęli bombardowanie Starego Miasta. Strzelała artyleria z Burakowa, Cytadeli, z Pragi; bił cięzkimi pociskami pociąg pancerny z linii obwodowej, międliły miasto moździerze salwowe i rakietowe oraz moździerz kolejowy (tzw. Moerser), gdzieś z pod Włoch czy Ursusa, umieszczony na wielkiej platformie kolejowej (kaliber pocisku 610 mm). Po tym huraganowym ogniu, wspartym jeszcze bombardowaniem samolotów nurkowych - stukasów, Niemcy przystąpili do ataku na remizę tramwajową. Poprzedzały ich czołgi. "Czata 49" zostaje ponownie przerzucona na Muranów, by wzmocnić oddziały podpułkownika "Leśniaka". Ten ostatni zostaje ranny, jego zatępca zabity. Zajezdnia utrzymana.

    W nocy z 18/19 sierpnia nastepuje ewakuacja umysłowo chorych ze szpitala Jana Bożego. Wrzawa, jak temu towarzyszyła, ściąga na pozycje powstańców nawałę ogniową. Oddziały broniące Muranowa padają z nóg ze zmęczenia, ale wszystkie stanowiska wytrzymują niemiecki ogień. Następnego dnia goliat uderza w bramę naszego domu. Siedzę od tego miejsca kilkadziesiąt metrów w korytarzu bez okien, drzwi zamknięte. Wybuch jest tak silny, że w tym miejscu (w lewej oficynie) dostaję cegłami po głowie i plecach. Frontowa ściana naszego budynku (chyba 3, lub 4 piętra) runęła. Wielu zasypanych koleów, w tym kompania kapitana Zgody (również cichciemny). Chodził on w charakterystycznych saperkach z złótej skóry. Z gruzów wystawały tylko saperki, które jego i wielu jego kolegów uratowały. Zostali szybko odkopani, więcej lub mniej kontuzjowani, niektórzy ciężko ranni. Duże straty od tego goliata poniosła również ludność cywilna w piwnicach, zwłaszcza tych z frontu. Zostali wyduszeni samym podmuchem i zasypani. Wieczorem na naszym podwórzu zobaczyłem makabryczny widok kilkudziesięciu zwłok ludzi ułożonych równo wdłuż ścian. Nie było już domu w Warszawie a raczej podwórza, czy skweru, na którym nie byłoby mogił. Stare Miasto to była kondensacja tych wszystkich nieszczęść, bo na nim wyładowywała się cała furia ataku, prowadzonego już od kilku dni z pruską metodycznością i hitlerowskim barbarzyństwem.

Żródło: Ruiny kościoła i szpitala św. Jana Bożego. Warszawa, 1945. fot. Autor nieznany, Muzeum Powstania Warszawskiego

Trudno opisać doprawdy to, co sie teraz działo. Niemcy dostawali posiłki z 9-ej armii. Niemcy śpieszyli się, bo na wschodnim brzegu Wisły naciskali Rosjanie. Musieli mieć czyste zaplecze frontu. Piekło trwało teraz od świtu do późnej nocy, a nie rzadko całą noc. Pamiętam przypadek, jaki miał chyba porucznik "Piotr", albo podporucznik "Mały". Niemcy wdarli się do domu, nasi nie rezygnowali. Bronili się jeszcze w piwnicy. Porucznik "Piotr" strzelał do Niemca w piwnicy. Widział, że trafił go raz i drugi. Niemiec upadł i strzelał dalej, aż do śmierci. Taka była zajadłość ataku i obrony. Z dokumentów Niemca wynikało, że był to zdegradowany za jakieś przestępstwa oficer, który miał przyrzeczenie przywrócenia stopnia za udział w zwalczaniu Powstania. Tacy to kryminaliści (bo nie był to odosobniony przypadek) walczyli z nami na Muranowie. Nie można sobie wyobrazić w jakich warunkach żyła ludność cywilna.To osobny rozdziqał, opisany dokładnie i wielokrotnie. Cierpienia tych ludzi, często z maleńkimi dziećmi, nękanych jak i my, ale bez broni w ręku, bardziej jeszcze głodnych, schorowanych - przechodziły ludzką wyobraźnię. W tej fazie walki na Muranowie ludność zaczęła domagać się zaprzestania oporu. Dotąd znosili wszystko bez szmrania. Wytrzymałość ludzka ma swoje granice nawet w tak bohaterskim MIeście. Pułkownik "Paweł", dowódca odcinka północnego Grupy Północ, wobec takiej sytuacji, a przede wszystkim groźby kompletnego wyniszczenia oddziałów, decyduje się na przesunięcie oddziałó do PWPW. "Czata 49" w nocy z 20/21 sierpnia przechodzi ul. Mławską 3/5.

FRANCISZEK RATAJ – pseudonim Paweł ( 9.10.1894-30.11.1958)

W trakcie powstania warszawskiego, dowódca odwodu Okręgu Warszawskiego AK, tworzącego od 3 sierpnia Zgrupowanie "Paweł (Batalion NOW-AK "Antoni" oraz Batalion "Wigry") podporządkowanego Zgrupowaniu "Radosław". Od 2 sierpnia walczył na Woli w rejonie cmentarzy, 6 sierpnia wycofując się na Stare Miasto. Od 13 sierpnia był dowódcą odcinka północnego, w Grupie AK Północ. Po przejściu do Śródmieścia, 5 września objął dowództwo zachodniego odcinka obrony, zaś od 20 września 1944 r. objął dowództwo 15. Pułku Piechoty "Wilków" AK.

Źródło: 

Powstańcze Biogramy - Franciszek Rataj - Muzeum ...

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

FRANCISZEK RATAJ - Pseudonym Pawel ( 9.10.1894-30.11.1958)

Während des Warschauer Aufstands Kommandeur der Reserveeinheit des Warschauer Bezirks der Heimatarmee, die ab dem 3. August die Gruppe "Pawel" (NOW-AK Bataillon "Antoni" und Bataillon "Wigry") bildete und der Gruppe "Radoslaw" unterstellt war. Ab dem 2. August kämpfte er in Wola, im Bereich der Friedhöfe, und am 6. August zog er sich nach Stare Miasto zurück. Ab dem 13. August war er Kommandeur des nördlichen Abschnitts der Heeresgruppe Nord. Nach seiner Verlegung nach Srodmiescie übernahm er am 5. September das Kommando über den westlichen Abschnitt der Verteidigung und ab dem 20. September 1944 das Kommando über das 15. Infanterieregiment "Wölfe" der AK.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

FRANCISZEK RATAJ - pseudonym Pawel ( 9.10.1894-30.11.1958)

During the Warsaw Uprising, commander of the reserve unit of Warsaw District of Home Army, forming from 3rd August the "Pawel" Group (NOW-AK "Antoni" Battalion and "Wigry" Battalion), subordinated to "Radoslaw" Group. From August 2 he was fighting in Wola, in the area of cemeteries, and on August 6 withdrawing to Stare Miasto. From August 13 he was commander of the northern section, in the Home Army Group North. After moving to Srodmiescie, on September 5 he took command of the western section of the defence, and from September 20, 1944, he took command of the 15th Infantry Regiment "Wolves" of the AK.


-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ich traf das Mädchen, das ich heute noch vor mir sehe. Sie war in jeder Hinsicht eine Schönheit. Blond mit schönen Locken, blaue Augen, mittelgroß, wohlgeformt wie ein Reh, trägt eine Uniform und Springerstiefel. Es war schwer, die Augen von dem Mädchen abzuwenden. Sie kam wahrscheinlich aus "Piesc" zu uns (vielleicht aus "Miotla"), zusammen mit anderen Jungen, darunter ein sehr netter Offiziersanwärter.  Wahrscheinlich haben das Mädchen und ich uns sofort ineinander verliebt. Wir fingen an zu reden und erzählten Geschichten über uns. An diesem Abend war es irgendwie ruhiger. Ich fand heraus, dass sie die brasilianische Staatsbürgerschaft hatte (ihre Mutter war Polin, ihr Vater Brasilianer, ich glaube, er arbeitete bei der Botschaft) und dass sie nach dem Krieg Medizin studieren wollte. Sie nannte mir ihren Namen. Ich erinnerte mich lange Zeit daran. Ich habe es nicht aufgeschrieben und Jahre später ist es aus meinem Gedächtnis verschwunden. Wir haben bis spät in die Nacht hinein miteinander gekuschelt. Wir haben uns sogar einen Gutenachtkuss gegeben. Es ging alles so schnell, aber man musste ja auch schnell leben. Ich hatte das Gefühl, weil ich es nicht wissen konnte, dass es äußerst selten ist, dass man so jemandem im Leben begegnet. Es war eine Zeit, in der Posen, oberflächliche Flirts, Lügen und Unwahrheiten unter uns Jugendlichen keinen Platz hatten. Jedenfalls hatte ich in dieser Hölle einen Alptraum, von dem ich heute noch nachts träume. So habe ich mich auch gefühlt. Wir trennten uns spät in der Nacht und ermahnten uns gegenseitig, aufeinander aufzupassen, vorsichtig zu sein, besonders jetzt, da - wir müssen es beide gespürt haben - etwas Schönes, sehr Erhabenes zwischen uns zu geschehen begann. Ich hatte es noch nicht geschafft, einzuschlafen, als der Kadett, von dem ich sprach, hereinstürmte. Das Mädchen ist tot! Es war, als ob mich ein Blitz getroffen hätte. Es stellte sich heraus, dass sie sich freiwillig für die Nachtwache am inneren Tor gemeldet hatte. Eine Kugel aus dem Granatwerfer ist buchstäblich explodiert, ich habe es gut gehört. Ein Schrapnell in der Schläfe und Tod auf der Stelle. Ich sprang auf und rannte los. Sie befand sich bereits in dem Zimmer im ersten Stock. Als ob sie schlafen würde. Ihr Gesicht war ruhig, wie aus Alabaster. In der Schläfe oder direkt darüber - ein winziges Loch von 2-3 Millimetern und ein dünnes Rinnsal von Blut. Ich weinte herzlich, wie auch alle anderen Anwesenden im Raum. Am nächsten Tag fand eine Beerdigung in unserem Hinterhof statt. Die Jungen kümmerten sich um die Bretter und das Mädchen wurde in einem fast echten Sarg beigesetzt. Es gab auch Blumen.

     Am 18. August begannen die Deutschen bereits im Morgengrauen mit der Bombardierung der Altstadt. Die Artillerie aus Buraków, Cytadela und Praga feuerte; ein Panzerzug von der Peripherielinie wurde mit schweren Granaten beschossen, Salven- und Raketenmörser zerstörten die Stadt, ebenso wie ein Eisenbahnmörser (der so genannte Moerser), der irgendwo in der Nähe von Włochy oder Ursus auf einem großen Bahnsteig platziert war (Kaliber 610 mm). Nach diesem Orkanfeuer, unterstützt durch den Beschuss von Stukas, begannen die Deutschen mit dem Angriff auf das Straßenbahndepot. Ihnen waren Panzer vorausgefahren. "Czata 49" wurde erneut nach Muranow verlegt, um die Einheiten von Oberstleutnant "Lesniak" zu verstärken. Letzterer wurde verwundet, sein Stellvertreter getötet. Das Depot wurde gehalten.

    In der Nacht vom 18. auf den 19. August wurden die psychisch Kranken aus dem Jan Bozy Krankenhaus evakuiert. Die damit einhergehenden Unruhen führten zu einem heftigen Beschuss der Stellungen der Aufständischen. Die Einheiten, die Muranow verteidigen, fallen vor Erschöpfung zurück, aber alle Stellungen halten dem deutschen Feuer stand. Am nächsten Tag schlägt der Goliath gegen das Tor unseres Hauses. Ich sitze einige Dutzend Meter von diesem Ort entfernt in einem fensterlosen Korridor, die Tür ist geschlossen. Die Explosion ist so stark, dass ich an dieser Stelle (im linken Anbau) Ziegelsteine auf Kopf und Rücken bekomme. Die Vorderwand unseres Gebäudes (wahrscheinlich 3. oder 4. Stock) ist eingestürzt. Viele Menschen wurden begraben, darunter auch eine Kompanie von Hauptmann Zgody (ebenfalls stumm). Er ging in charakteristischen Sappern aus Altleder. Nur die Sappeure ragten aus den Trümmern heraus, was ihn und viele seiner Kollegen rettete. Sie wurden schnell ausgegraben, mehr oder weniger verletzt, einige sogar schwer verwundet. Auch die Zivilbevölkerung in den Kellern, insbesondere an der Front, erlitt schwere Verluste durch diesen Giganten. Sie wurden von der Explosion selbst erdrückt und verschüttet. Abends bot sich mir in unserem Hof ein makabrer Anblick: mehrere Dutzend menschliche Leichen, die gleichmäßig an den Wänden aufgestapelt waren. Es gab kein Haus mehr in Warschau, oder vielmehr keinen Hof oder Platz ohne Gräber. Die Altstadt war das Kondensat all dieser Unglücke, denn auf ihr entlud sich die ganze Wut des Angriffs, der schon seit mehreren Tagen mit preußischer Methodik und hitlerischer Barbarei geführt wurde.

    Es ist wirklich schwierig zu beschreiben, was jetzt geschah. Die Deutschen erhielten Verstärkung von der 9. Armee. Die Deutschen waren in Eile, denn die Russen drängten auf das Ostufer der Weichsel. Sie mussten eine klare Front haben. Die Hölle dauerte nun von der Morgendämmerung bis spät in die Nacht, und nicht selten die ganze Nacht. Ich erinnere mich an einen Fall, den Leutnant "Piotr" oder Oberleutnant "Mały" wahrscheinlich hatte. Die Deutschen sind in das Haus eingedrungen, aber unsere Leute haben nicht aufgegeben. Sie haben sich noch im Keller verteidigt. Leutnant "Piotr" schoss auf den Deutschen im Keller. Er sah, dass er ihn einmal schlug und dann noch einmal. Der Deutsche fiel zu Boden und schoss weiter, bis er starb. So erbittert waren Angriff und Verteidigung. Aus den Unterlagen der Deutschen ging hervor, dass es sich um einen wegen einiger Verbrechen degradierten Offizier handelte, dem für die Teilnahme an der Aufstandsbekämpfung die Wiederherstellung seines Ranges versprochen worden war. Solche Verbrecher (denn es war kein Einzelfall) kämpften mit uns in Muranow. Man kann sich nicht vorstellen, unter welchen Bedingungen die Zivilbevölkerung lebte, was in einem eigenen Kapitel ausführlich und mehrfach beschrieben wird. Das Leid dieser Menschen, oft mit kleinen Kindern, bedrängt wie wir, aber ohne Waffen in der Hand, noch hungriger, kränker - war jenseits der menschlichen Vorstellungskraft. In dieser Phase des Kampfes in Muranów begann die Bevölkerung, die Beendigung des Widerstandes zu fordern. Bis jetzt hatten sie alles ohne Murren ertragen. Die menschliche Ausdauer hat selbst in einer so heldenhaften Stadt ihre Grenzen. Oberst "Pawel", der Befehlshaber des nördlichen Teils der Gruppe Nord, beschloss angesichts dieser Situation und vor allem angesichts der drohenden völligen Vernichtung der Einheiten, die Einheiten nach PWPW zu verlegen. "Czata 49" in der Nacht vom 20. auf den 21. August durch die Mlawska-Straße 3/5.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


I met the girl I still see before me today. She was a beauty in every way. Blonde with beautiful locks of hair, blue eyes, average height, shapely like a deer, wearing a uniform and jackboots. It was hard to take your eyes off the girl. She came to us probably from "Piesc" (maybe from "Miotla") together with other boys, including one very nice officer cadet.  Probably the girl and I instantly fell in love. We started talking, telling stories about ourselves. It was somehow calmer that evening. I found out that she had Brazilian citizenship (her mother was Polish, her father Brazilian, I think he worked at the embassy), that she wanted to study medicine after the war. She gave me her name. I remembered it for a long time. I didn't write it down and years later it faded from my memory. We talked cuddled together late into the night. We even kissed each other goodnight. It was all so fast, but then you had to live fast. I felt, as I could not have known, that it is extremely rare to meet someone like that in one's life. It was a time when poses, shallow flirtations, lies and falsehoods had no place among us youngsters. Anyway, there in that hell, a nightmare that I still dream about to this day at night. That's how I felt. We parted late at night, warning each other to watch out for each other, to be careful especially now that - we must have felt it both - something beautiful, very sublime was beginning to happen between us. I had not yet managed to fall asleep when the cadet of whom I spoke rushed in. The girl is dead! As if I had been struck by a thunderbolt. It turned out that she had volunteered for the night guard in the inner gate. Literally one bullet from the grenade launcher exploded, I heard it well. A shrapnel in the temple and death on the spot. I jumped up and ran. She was already lying in the room on the first floor. As if she was sleeping. Her face was calm, alabaster. In the temple, or just above it - a tiny hole 2-3 millimetres and a thin trickle of blood. I cried heartily, as did everyone present in the room. The next day there was a funeral, in our backyard. The boys took care of the boards and the girl was laid to rest in an almost real coffin. There were also flowers.

    On August 18 the Germans started bombarding the Old Town already from dawn. The artillery from Buraków, Cytadela, Praga fired; an armored train from the peripheral line hit with heavy shells, salvo mortars and rocket mortars crushed the city, as well as a railway mortar (the so-called Moerser), somewhere near Włochy or Ursus, placed on a huge railway platform (610 mm shell caliber). After that hurricane fire, supported by the bombardment of diving planes - Stukas, the Germans started to attack the tramway depot. They were preceded by tanks. "Czata 49" was again moved to Muranow to reinforce the units of Lieutenant Colonel "Lesniak". The latter was wounded, his deputy killed. The depot was held.

     In the night of 18/19 August the mentally ill from Jan Bozy hospital were evacuated. The turmoil that accompanied it brought an onslaught of fire on the insurgents' positions. The units defending Muranow fall down from exhaustion, but all the positions withstand the German fire. The next day the Goliath hits the gate of our house. I am sitting from this place several dozen metres in a corridor without windows, the door closed. The explosion is so strong that at this point (in the left annex) I get bricks on my head and back. The front wall of our building (probably 3rd or 4th floor) collapsed. Many people were buried, including a company of captain Zgody (also silent). He was walking in characteristic sappers made of scrap leather. Only the sappers protruded from the rubble, which saved him and many of his colleagues. They were quickly dug out, more or less injured, some seriously wounded. Heavy losses from this goliath were also suffered by civilians in the basements, especially those at the front. They were smothered by the blast itself and buried. In the evening, in our yard I saw a macabre sight of several dozens of human corpses stacked evenly along the walls. There was no more house in Warsaw, or rather no more yard or square without graves. The Old Town was the condensation of all these misfortunes, because the whole fury of the attack, conducted already for several days with Prussian methodicalness and Hitlerite barbarity, was unloaded on it.

    It is really difficult to describe what was happening now. The Germans were receiving reinforcements from the 9th Army. The Germans were in a hurry, because the Russians were pressing on the eastern bank of the Vistula. They had to have a clear front. Hell now lasted from dawn until late at night, and not infrequently all night. I remember a case that Lieutenant "Piotr" or Second Lieutenant "Mały" probably had. The Germans broke into the house, but our people did not give up. They were still defending themselves in the basement. Lieutenant "Piotr" was shooting at the German in the cellar. He saw that he hit him once and then again. The German fell down and kept shooting until he died. Such was the acrimony of attack and defence. From the German's documents it turned out that he was an officer demoted for some crimes, who had been promised to restore his rank for the participation in fighting the Uprising. Such criminals (because it was not an isolated case) fought with us in Muranow. One can't imagine in what conditions lived the civilian population.This is a separate chapter, described in detail and many times. The suffering of these people, often with small children, harassed like us, but without weapons in hand, even hungrier, sicker - was beyond human imagination. During this phase of the struggle in Muranów, the population began to demand that resistance cease. So far they had endured everything without a murmur. Human endurance has its limits even in such a heroic City. Colonel "Pawel", the commander of the northern section of the North Group, faced with such a situation, and above all, with the threat of complete annihilation of the units, decided to move the units to PWPW. "Czata 49" in the night of 20/21 August passes through 3/5 Mlawska Street.

sobota, 21 maja 2022

Feliks Bernas Lubecki - Powstanie Warszawskie - Muranów - Batalion „Czata 49” - Antoni Kończal "Gram"- Rękopis - 1939-45 - cz.25

                                             M U R A N Ó W

    W dniu 13 sierpnia Batalion "Czata 49" przesunięty został na Muranów, aby tam bronić już rdzennego Starego Miasta, wespół - między innymi - z oddziałami Zgrupowania "Leśnik".

    Kwateruję z majorem "Witoldem", podporucznikiem "Gramem"* i łacznikami na ul. Przebieg nr. .... O ile dobrze pamiętam, była to duża kamienica, zamknięta w czworobok trzema oficynami, z dużą zamykaną bramą od ulicy i drugą w rogu dwu oficyn. Tu nie mieliśmy ani jednego dnia wytchnienia. Następował atak za atakiem od świtu do późnego zmierzchu. Niemcy użyli wszystkich dostępnych środków walki, poza moździerzami kolejowymi, bojąc się razić swoich. Za to już od 10 sierpnia zaczęli używać tzw. "goljatów". Były to małe czołgi - miny z silnikiem benzynowym ustawiane z dużego czołgu na kierunek i odpalane przy pomocy 3-przewodowego kabla, trzymanego w ręku puszczającego minę. Odpalenie mogło nastąpić w każdej chwili. Wystarczy zniszczyć kabel granatami, lub przeciąc go, aby unieszkodliwić "goliata". Nafaszerowany był on 50-ma kilogramami materiałow wybuchowych, silnie sprasowanych kostek dynamitu. Łatwo się to napisało, ale zniszczenie kabla nie było takie proste, bo "goliat" był w polu widzenia czołgu, lub samochodu pancernego z całą siła ognia tych broni. Już 14 sierpnia nastąpiło silne natarcie niemieckie na Muranów. Niemcom, którzy atakowali po bardzo silnym przygotowaniu artyleryjskim, udało się wedrzeć między Kedyw a oddziały podpułkownika "Leśnika". Po południu przeciwuderzenie wykonane przez "Brodę" i "Cztę 49" wypchnęło Niemców. W nocy tego dnia był zrzut z samolotów alianckich. Niemcy tak już zmasowali obronę przeciwlotniczą, że zestrzelili 3 maszyny. Jedna z nich spadła na ul. Miodowej. Cała załoga kanadyjska zginęła. Wymontowano z samolotu ka-emy.

    W nocy z 16/17 sierpnia "Czata 49" wykonała na rozkaz Dowódcy Grupy Północ natarcie na Stawki, bowiem tego dnia przebijać się miały do nas oddziały z Kampinosu. Natarcie było tak gwałtowne, że zaskoczeni Niemcy opuścili zarówno szkołę, jak i magazyny. Do tego natarcia strzelałęm rakietą jako sygnał rozpoczęcia. Major "Witold" trzymał się tam do godziny 3 rano. ale nie doczekwszy się oddziałów z Puszczy, zagrożony odcięciem, wycofał się. Oddziały z Kampinosu były w rejonie cmentarza powąskowskiego poprzedniej nocy, ale nie zaatakowały niczego nie przewidujących Niemców i przeszły na Żolibórz. Następnego dnia znowu piekło bombardowań z wszelkiej broni, po czym silne natarcie skierowane gównie na skarzyżowanie: Żoliborska, Przebieg, Bonifraterska. Oddziały Zgrupowania "Leśnik", umocnione oddziałami "Czaty 49", odpierają to natarcie. Po południu silny szturm wsparty 3-ma goljatami. Jeden z nich wyrządził dużo szkód w naszych oddziałach (5 osób zabitych, 10 rannych). Oddziały "Czaty 49" usiłują obsadzić gruzy i zgliszcza ul. Pokornej. Dostają silny ogień i zagrożone odcięciem z północy i południa w nocy z 17/18 sierpnia przesunięte zostają do szpitala Jana Bożego na ul. Bonifrasterską.

    Muranów - to morze płomieni. Jednym z głównych punktów oporu była zajezdnia tramwajowa, obkładana ogniem po całych dniach. Często chodziłem z majorem "Witoldem", zwykle nocą, do podpułkownika "Radosława", u którego odbywały się odprawy dowódców batalionów. Chodziliśmy z ul. Przebieg, ul. Bonifraterską, obok kościoła Jana Bożego, ul. Sapieżyńską, Mławską. Czasem chodziłem tam sam z meldunkami, lub innymi poleceniami. Jednego razu szedłem sam około północy. Wokół płonęło wszystko, paliła się nwet część gruzów w getcie. Trzeba było omijać plątaniny przewodów, rur, lejów po bombach. W pewnej chwili cofnąłem nogę, by nie wejść na zwłoki, leżące w dole po bombie. W miarę zbliżania się do szpitala Jana Bożego dochodziły odgłosy ponurego zawodzenia, skowytów jakichś nieludzkich i chichotów. Te ostatnie zwykle przeważały. Chorzy umysłowo nie zdawali sobie sprawy z tego co ich otacza, co dzieje się wokół. Płomienie, wybuchy i strzelaninę traktowali jak znakomitą zabawę. Zwykle skracałem sobie drogę idąc przez dziedziniec szpitalny. Tak zrobiłem i tym razem. Wszedłem nagle z blaskiem pożarów w cień, jaki rzucał budynek. Zrobiło się ciemno i w tej chwili zobaczyłem białą postać idącą wprost na mnie. Wrażenie tej scenerii było niesamowite. Wezwałem "postać" do zatrzymania się, bez skutku; szła na mnie dalej. Wyciągnąłem pistolet i wezwałem powtórnie, już grożąc, że będę strzelał. Bez żadnego efektu. Nie wystrzeliłem i z dwu metrów zobaczyłem staruszkę załą zakutaną w prześcieradło, sterczały tylko białe kosmyki włosów i niesamowite oczy. Podeszła jeszcze bliżej i nagle .... zadławiła się prawie smiechem, upiornym śmiechem. Zrobiło mi się zimno, odszedłem szybko. Długo rozmyślałem, gdzie to było o czym chcę napisać. Dochodzę do wnisku, że to mogło być tylko tu na ul. Przebieg. 

*Antoni Kończal – Pseudonim:"Gram" (ur.1914-12-29 – zm.1944-09-15)

Stopień: podporucznik czasu wojny.

Służba wojskowa do 1939: Starszy strzelec z cenzusem, po 8 miesiącach szkolenia w okresie 1935-1936 r. na Dywizyjnym Kursie Podchorążych 4. Dywizji Piechoty w Brodnicy, zwolniony z kategorią C.

Okoliczności śmierci: Poległ w nocy 14/15.09.1944 r. na ul. Wilanowskiej.

Udział w kospiracji 1939-44: Od marca 1941 r. w ZWZ (Związek Walki Zbrojnej), od grudnia 1941 r. w "Wachlarzu" - III Odcinek Poleski. Za rozbicie więzienia w Pińsku mianowany podporucznikiem czasu wojny. Od połowy 1943 r. komendant Bazy II Okręgu Poleskiego CZT (Centrala Zaopatrzenia Terenu).

Oddział: Armia Krajowa - zgrupowanie "Radosław" - batalion "Czata 49" - sztab


-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

                                                        M U R A N Ó W


    Am 13. August wurde das Bataillon "Czata 49" nach Muranow verlegt, um dort die einheimische Altstadt zu verteidigen, unter anderem zusammen mit den Einheiten der Gruppe "Lesnik".

    Ich war mit Major "Witold", Oberleutnant "Gram" und den Verbindungsoffizieren in der Piasna-Straße einquartiert ..... Wenn ich mich richtig erinnere, handelte es sich um ein großes Mietshaus, das von drei Nebengebäuden in einem Viereck umgeben war, mit einem großen verschlossenen Tor zur Straße hin und einem weiteren in der Ecke der beiden Nebengebäude. Wir hatten hier keinen einzigen Tag der Ruhe. Von der Morgendämmerung bis zur späten Abenddämmerung gab es einen Angriff nach dem anderen. Die Deutschen setzten alle verfügbaren Kampfmittel ein, mit Ausnahme der Eisenbahnmörser, da sie Angst hatten, ihre eigenen zu treffen. Stattdessen begannen sie ab dem 10. August, die so genannten "Goljats" zu verwenden. Es handelte sich dabei um kleine Panzerminen mit Benzinmotor, die von einem großen Panzer aus in die Richtung gelegt und mit Hilfe eines dreiadrigen Kabels, das der Minenleger in der Hand hielt, gezündet wurden. Die Entlassung könnte jederzeit erfolgen. Es genügte, das Kabel mit Granaten zu zerstören oder es zu durchtrennen, um den "Goliath" zu neutralisieren. Er war mit 50 Kilogramm Sprengstoff, hochkomprimierten Dynamitwürfeln, gefüllt. Es war einfach zu schreiben, aber die Zerstörung des Kabels war nicht so einfach, denn der "Goliath" befand sich im Blickfeld eines Panzers oder eines gepanzerten Fahrzeugs mit der ganzen Feuerkraft dieser Waffen. Bereits am 14. August kam es zu einem starken deutschen Angriff auf Muranow. Den Deutschen, die nach einer sehr starken Artillerievorbereitung angriffen, gelang es, zwischen Kedyw und den Einheiten von Oberstleutnant "Lesnik" zu gelangen. Am Nachmittag wurden die Deutschen durch einen Gegenangriff von "Broda" und "Czta 49" zurückgedrängt. In der Nacht dieses Tages fand ein Luftabwurf durch alliierte Flugzeuge statt. Die Deutschen hatten die Flugabwehr bereits so weit verstärkt, dass sie 3 Maschinen abschießen konnten. Einer von ihnen ist in der Miodowa-Straße umgefallen. Die gesamte kanadische Besatzung starb. Die Ka-ems wurden aus dem Flugzeug entfernt.

     In der Nacht vom 16. zum 17. August griff "Czata 49" auf Befehl des Befehlshabers der Gruppe Nord die Stawki-Straße an, da an diesem Tag Einheiten aus Kampinos zu uns durchbrechen sollten. Der Angriff kam so plötzlich, dass die überraschten Deutschen sowohl die Schule als auch die Lagerhäuser verließen. Ich habe eine Rakete auf diesen Angriff abgefeuert, um das Signal zum Start zu geben. Major "Witold" hielt sich dort bis 3 Uhr nachts, zog sich dann aber zurück, da er die Einheiten aus Puszcza nicht erreichen konnte und ihm der Weg abgeschnitten wurde. Die Einheiten aus Kampinos waren in der Nacht zuvor in der Nähe des Pow±zki-Friedhofs gewesen, griffen aber die Deutschen nicht an, die mit nichts gerechnet hatten, und zogen weiter nach ¯oliborz. Am nächsten Tag gab es wieder einen höllischen Beschuss mit allen möglichen Waffen, gefolgt von einem starken Angriff, der sich hauptsächlich auf die Bürgersteige richtete: ¯oliborska, Przebieg, Bonifraterska. Die Einheiten der Gruppe "Lesnik", verstärkt durch die Einheiten der Gruppe "Czata 49", schlagen diesen Angriff zurück. Am Nachmittag ein starker Angriff mit Unterstützung von 3 Goliaths. Einer von ihnen hat unseren Einheiten großen Schaden zugefügt (5 Tote, 10 Verwundete). Die Einheiten von "Czata 49" versuchen, die Trümmer und Ruinen der Pokorna-Straße zu besetzen. Sie stehen unter schwerem Beschuss und werden in der Nacht vom 17. auf den 18. August in das Jan-Bozy-Krankenhaus in der Bonifrasterska-Straße verlegt, da sie von Norden und Süden abgeschnitten sind.

     Muranów ist ein Flammenmeer. Einer der wichtigsten Punkte des Widerstands war das Straßenbahndepot, das tagelang in Brand stand. Ich ging oft mit Major "Witold", meist nachts, zu Oberstleutnant "Radoslaw", wo die Bataillonskommandeure ihre Besprechungen hatten. Wir gingen von der Przebieg Straße, der Bonifraterska Straße, neben der Jan Bozyna Kirche, der Sapiezynska Straße und der Mlawska Straße. Manchmal ging ich allein mit Berichten oder anderen Aufträgen dorthin. Einmal ging ich gegen Mitternacht allein dorthin. Alles um uns herum stand in Flammen, sogar die Trümmer des Ghettos brannten teilweise. Man musste dem Gewirr von Kabeln, Rohren und Bombenkratern ausweichen. An einer Stelle habe ich meinen Fuß zurückgesetzt, um nicht auf eine Leiche zu treten, die in einer Bombengrube lag. Als wir uns dem Jan-Bozy-Krankenhaus näherten, hörten wir düsteres Wehklagen, unmenschliches Wimmern und Gekicher. Letztere überwiegen in der Regel. Die psychisch Kranken waren sich nicht bewusst, was sie umgab, was um sie herum geschah. Flammen, Explosionen und Schießereien wurden von ihnen als großer Spaß empfunden. Ich habe meinen Weg abgekürzt, indem ich durch den Innenhof des Krankenhauses gegangen bin. Das habe ich auch dieses Mal getan. Ich ging plötzlich im Schein der Feuer in den Schatten, den das Gebäude warf. Es wurde dunkel und in diesem Moment sah ich eine weiße Gestalt, die direkt auf mich zuging. Der Eindruck der Landschaft war unglaublich. Ich forderte die "Gestalt" auf, stehen zu bleiben, aber ohne Erfolg; sie lief weiter auf mich zu. Ich zog meine Pistole und rief erneut, wobei ich bereits drohte zu schießen. Ohne jede Wirkung. Ich schoss nicht und sah aus zwei Metern Entfernung eine alte Frau, die in ein Laken gehüllt war und von der nur weiße Haarsträhnen und unheimliche Augen abstanden. Sie kam noch näher und plötzlich .... sie erstickte fast vor Lachen, einem grässlichen Lachen. Mir wurde kalt und ich ging schnell weg. Ich habe lange darüber nachgedacht, worüber ich schreiben wollte. Ich kam zu dem Schluss, dass es nur hier in der Przebieg-Straße sein konnte. 


-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

                                                                   M U R A N Ó W


    On August 13 "Czata 49" battalion was moved to Muranow, in order to defend there the indigenous Old Town, together with - among others - the units of "Lesnik" Group.

    I was quartered with Major "Witold", Second Lieutenant "Gram" and the liaison officers on Piasna Street ..... If I remember correctly, it was a large tenement house, enclosed in a quadrangle by three outbuildings, with a large locked gate from the street and another one in the corner of the two outbuildings. We did not have a single day of rest here. There was attack after attack from dawn till late dusk. The Germans used all available means of fighting, except for the railway mortars, being afraid to hit their own. Instead, from August 10 they started to use the so-called "goljats". These were small tanks - mines with petrol engine set from a big tank to the direction and fired by means of a 3-wire cable, held in the hand of the mine-layer. The firing could take place at any time. Simply destroying the cable with grenades or cutting it was enough to neutralise the "goliath". It was stuffed with 50 kilograms of explosives, highly compressed dynamite cubes. It was easy to write, but destroying the cable was not so easy, because the "goliath" was in the field of view of a tank or an armoured car with all the firepower of these weapons. Already on August 14 there was a strong German attack on Muranow. The Germans, who were attacking after a very strong artillery preparation, managed to get between Kedyw and units of Lieutenant Colonel "Lesnik". In the afternoon a counter-attack made by "Broda" and "Czta 49" pushed the Germans out. At night that day there was an airdrop from allied planes. The Germans had already massed anti-aircraft defence so much that they shot down 3 machines. One of them fell down on Miodowa Street. The whole Canadian crew died. Ka-ems were removed from the plane.

    In the night of August 16/17 "Czata 49", on the order of the Commander of the North Group, launched an attack on Stawki Street, because on that day units from Kampinos were to break through to us. The attack was so sudden that the surprised Germans left both the school and the warehouses. I fired a rocket into this attack as a signal to start. Major "Witold" held there until 3 a.m., but having failed to reach the units from Puszcza, threatened with being cut off, he withdrew. The units from Kampinos had been in the area of the Pow±zki cemetery the night before, but they did not attack the Germans, who did not anticipate anything, and moved on to ¯oliborz. On the next day there was again a hell of bombardments from all kinds of weapons, followed by a strong attack directed mainly on the pavements: ¯oliborska, Przebieg, Bonifraterska. The units of "Lesnik" Group, reinforced with the units of "Czata 49", repulse this attack. In the afternoon a strong assault supported by 3 goliaths. One of them did a lot of damage to our units (5 dead, 10 wounded). The units of "Czata 49" are trying to garrison the rubble and ruins of Pokorna Street. They receive heavy fire and, threatened with being cut off from the north and south, during the night of 17/18 August they are moved to Jan Bozy Hospital on Bonifrasterska Street.

    Muranów is a sea of flames. One of the main points of resistance was the tram depot, covered with fire for days. I often went with Major "Witold", usually at night, to Lieutenant Colonel "Radoslaw", where the battalion commanders had their briefings. We would go from Przebieg Street, Bonifraterska Street, next to Jan Bozyna Church, Sapiezynska Street, and Mlawska Street. Sometimes I went there alone with reports or other orders. On one occasion I went there alone about midnight. Everything around was on fire, even some of the ghetto rubble was burning. One had to avoid the tangle of wires, pipes, and bomb craters. At one point I moved my foot back so as not to step on a corpse lying in a bomb pit. As we approached the Jan Bozy hospital, the sounds of gloomy wailing, some inhuman whimpers and giggles were heard. The latter tended to predominate. The mentally ill were unaware of what surrounded them, what was happening around them. Flames, explosions and shooting were treated by them as a great fun. I used to shorten my route by going through the hospital courtyard. I did so also this time. I walked suddenly with the glow of the fires into the shadow cast by the building. It became dark and at that moment I saw a white figure walking straight towards me. The impression of the scenery was incredible. I urged the "figure" to stop, to no avail; it continued walking towards me. I pulled out my pistol and called again, already threatening to shoot. Without any effect. I didn't fire and from a distance of two metres I saw an old woman wrapped in a sheet, with only white strands of hair and uncanny eyes standing out. She came even closer and suddenly .... she almost choked with laughter, a ghastly laughter. I grew cold and walked away quickly. I thought for a long time about where it was that I wanted to write about. I came to the conclusion that it could only be here in Przebieg Street. 



środa, 27 kwietnia 2022

Feliks Bernas Lubecki - Powstanie Warszawskie - Wola - Batalion „Czata 49” - Maciej Runge "Witold"- Rękopis - 1939-45 - cz.24

     Był to kwiat oddziałów powstańczych w duzym procencie zaprawionych w akcjach dywersyjnych, a w części - partzanckich. Oddziały te ponosiły od pierwszych dni ciężkie straty w poległych i rannych. Podpułkownik "Radosław" nosił się już po 2-3 dniach z zamiarem przebicia się przez cmentarz powązkowski do Puszczy Kampinoskiej. Dlatego z takim uporem trzymał do końca rejon cmentarzy. Tamtędy miało pójść uderzenie oddziałów puszczańskich dla odciążenia uwikłanych w ciężkich walkach oddziałó "Radosława".

    O świcie (piękny, bezchmurny poranek) duża kolumna wojska uzbrojonego, jak na warszawskie warunki świetnie, poprzedzana ostatnim czołgiem z plutonu porucznika "Wacka", wyruszyła w kierunku cmentarza powązkowskiego. Prawdopodobnie szliśmy ulicą Smoczą. Jako pierwszy - Batalion "Czata 49". Długa kolumna wojska, za nią sznur samochodów, łącznicy na motocyklach przejeżdżający w obu kierunkach - wszystko to stanowiło imponujący widok. Pomimo dotychczasowego wykrwawienia, Zgrupowanie przedstawiało jednak jeszcze poważną siłę. Charakterystycznym jest, że w czasie tego marszu, widocznej przecież doskonale kolumny, nie padł ani jeden strzał. Wśród oddziałów jak błyskawica rozeszła się wieść, że idziemy do Puszczy Kampinoskiej. Tam mamy podjąć znaczne zrzuty w broni, amunicji i zaopatrzenia i w połączeniu z oddziałami z Puszczy uderzyć na Niemców z zewnątrz. Zamiar ten, wprowadzony już w czyn, spotkał się z kategorycznym sprzeciwem podpułkownika "Wachnowskiego". Obawiał się on odsłonięcia północnego skrzydła obrony Starego Miasta i wogóle osłabienia sił w tej dzielnicy. Łącznik z Dowództwa Grupy "Północ" przywiózł pułkownikowi rozkaz obsadzenia dotychczasowych (z 8 sierpnia) stanowisk. Batalion "Czata 49" skierowany został na Stawki z zadaniem trzymania magazynów "SS" i obu budynków szkoły.

    Zamysł przejścia do Puszczy, a w każdym razie otwarcia do niej drogi przez cmwentarz powążkowski, musiał jednak jeszcze kiełkować, bo pamiętam, że major "Witold" chyba tej samej jeszcze nocy wybierał ludzi do przebicia sie z miasta. Staliśmy w dwuszeregu między oboma budynkami szkoły. Tam odbywała się selekcja. Z drżeniem czekałem decyzji. W koncu znalazłem się wśród oddziałów, które miały odejść. Nic z tegoo jednak nie wyszło, bok się później okazało, oddziały z Puszczy wogóle nie nadeszły i natercie na cmentarz powążkowski nie doszło do skutku.

    W dniu 10 sierpnia Niemcy atakowali oddziały "Zośki" i "Miotły", kładąc nawałą ogniową na wszystkie stanowiska powstańcze. Resztki Baonu "Pięść" wcześniej, a "Parasol" w dniu 9 sierpnia odeszły na Stare Miasto, odwołane rozkazem pułkoenika "Wachnowskiego". Dzień 11 sierpnia. Od świtu już rozpoczął się rozstrzygający bój oddziałów powstańczych na Woli. Rozpoczął się ogniem artyleryjskim i moździerzowym o niespotykanym dotąd natężeniu. Batalion 608 pułku piechoty, wsparty oddziałami szturmowymi, zaatakował nas zarówno w szkole, jak i w magazynach. Działo szturmowe wjechało na dziedziniec szkoły i z bezpośredniej odległości biło w klatkę schodową. Pamiętam, że stałem na parterze tuż przy klatce. Obok mnie padali ranni. Około południa widać było, że nie będziemy w stanie utrzymać się i wtedy po raz pierwszy i ostatni major "Witold" dał rozkaz do wycofania się. Wycofujemy się przez gruzy getta. Artyleria i moździerze biją w nas zupełnie nie osłoniętych. Zaczynają "zgrzytać" "szafy" - moździerze salwowe. Przypadamy do ziemi. Za chwilę gdzieś z tyłu za nami gwałtowne wybuchy z wielkim podmuchem. Podnoszę głowę i oglądam się do tyłu. Widok niesamowity. Olbrzymie belki i głazy z gruzów wylatują w górę na wysokość kilku pięter. Dym i kurz dławi oddech. Niemcy opanowują szkołę i magazyny, czy pójdą w ślad za nami? Jednocześnie ostro atakowana "Zośka" od Młynarskiej, aż po Spokojną. Atak za atakiem na sdzkołę. Podpułkownik "Radosław", aby uniknąć okrążenia poprowadził batalion "Miotła" osobiście do przeciwuderzenia na Niemców od południa w kierunku Stawek, wsparty ostatnim czołgiem "Wacka". Pełne powodzenia. Niemcy uciekają. Ciężko ranny zostaje ppłk. "Radosław", zabity jego brat, dowódca Batalionu "Miotła"- kapitan Niebora. Tracimy ostatni czołg. Dowództwo Zgrupowania "Radosłąw" obejmuje w zastępstwie rennego jego szef sztabu - major "Bolek".

Jan Mazurkiewiczps. „Zagłoba”, „Socha”, „Sęp”, „Radosław” (ur. 27 sierpnia 1896 we Lwowie, zm. 4 maja 1988 w Warszawie) – polski wojskowy i politykPułkownik Armii Krajowej oraz generał brygady ludowego Wojska Polskiego. Założyciel Tajnej Organizacji Wojskowej (później scalonej z AK), dowódca Kedywu i Zgrupowania „Radosław”Więzień polityczny w PRL okresu stalinizmu. Od 1964 wieloletni wiceprezes Zarządu Głównego Związku Bojowników o Wolność i Demokrację. - Źródło: Wikipedia.



    Batalion "Czata 49 wraca do magazynów na Stawkach, "Broda" i "Miotła" zajmują szkołę, w której byliśmy jeszcze dziś,.

    Sztab "Czaty 49" przez getto wycofał się (nie pamietam dokładnie) - na ul. Muranowską, lub dalej na jakąś ulicę na Starym Mieście. Pamiętam, siedziałem w klatce schodowej jakiegoś domu na schodach z innymi chłopcami i dziewczętami i na przekór wszystkiemu, co działo się tak niedawno - śpiewaliśmy partyzanckie, lrgionowe i powstańcze piosenki. Nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy o ciężkim zranieniu naszego Pułkownika. Pomimo tego, że nie wiedzieliśmy jeszcze również o udanym kontruderzeniu naszych oddziałów - nastąpiło odprężenie po przedpołudniowym piekle i koszmarnym wycofywaniu się. Śpiewaliśmy mimo, iż nie wiedzieliśmy, czy w ślad za nami nie następują oddziały niemieckie. Zrobiło się jakby spokojniej. Dlaczego? Dowiedzieliśmy się wkrótce od kolegów i znajomych.

    W dniu 12 sierpnia po pbardzo ciężkich walkach straciliśmy ponownie zarówno szkołę, jak i magazyny na Stawkach. Widać było, że Niemcy dążą za wszelką cenę do tego, by zlikwidowć opór powstańców, nie tylko na tych najbardziej na zachód wysuniętych miejscach, ale by z marszu zniweczyć opór całego Starego miasta. Nie udało się to, ani teraz, ani przez następne dni. Zgrupowanie "Radosław" odegrało w tym nie małą rolę, bowiem wiążąc prawie 2 tygodnie główne siły niemieckie, pozwoliło na organizację i konsolidację obrony Starego Miasta.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Es war die Blütezeit der aufständischen Einheiten, von denen ein großer Prozentsatz Erfahrung mit Ablenkungsmanövern hatte und von denen ein Teil Partisanen waren. Von den ersten Tagen an erlitten diese Einheiten schwere Verluste an Toten und Verwundeten. Oberstleutnant "Radoslaw" plante, nach 2-3 Tagen über den Powązki-Friedhof zum Kampinos-Wald durchzubrechen. Deshalb hat er das Gebiet der Friedhöfe bis zum Schluss so hartnäckig verteidigt. Der Angriff der Einheiten aus dem Wald von Puszcza Kampinos sollte in diese Richtung gehen, um die in schwere Kämpfe verwickelten Einheiten von "Radoslaw" zu entlasten.

     Im Morgengrauen (es war ein wunderschöner, wolkenloser Morgen) setzte sich eine große, für Warschauer Verhältnisse gut bewaffnete Truppenkolonne, angeführt vom letzten Panzer des Zuges von Leutnant "Wacek", in Richtung Powązki-Friedhof in Bewegung. Wir waren wahrscheinlich auf der Smocza-Straße unterwegs. Das erste Bataillon war das Bataillon "Czata 49". Eine lange Armeekolonne, dahinter eine Reihe von Autos, Verbindungsoffiziere auf Motorrädern, die in beide Richtungen fuhren - all das war ein beeindruckender Anblick. Obwohl die Fraktion bis jetzt geblutet hat, war sie immer noch eine ernstzunehmende Kraft. Bezeichnenderweise wurde während des Marsches der Kolonne, die gut sichtbar war, kein einziger Schuss abgefeuert. Die Nachricht, dass wir in den Wald von Kampinos fahren, verbreitete sich in Windeseile unter den Einheiten. Dort sollten wir umfangreiche Abwürfe von Waffen, Munition und Nachschub vornehmen und zusammen mit den Einheiten aus Puszcza die Deutschen von außen angreifen. Dieser Plan, der bereits in die Tat umgesetzt wurde, stieß auf den kategorischen Einspruch von Oberstleutnant Wachnowski". Er befürchtete, den nördlichen Flügel der Altstadtverteidigung zu gefährden und die Kräfte in diesem Bezirk generell zu schwächen. Ein Verbindungsoffizier aus dem Hauptquartier der Gruppe "Nord" überbrachte dem Oberst den Befehl, die Stellungen ab dem 8. August zu besetzen. Das Bataillon "Czata 49" wurde in die Stawki-Straße beordert, um die SS-Lagerhäuser und die beiden Schulgebäude zu halten.

     Die Idee, in den Puszcza (Wald) zu gelangen, oder jedenfalls den Weg dorthin über den Pow±zki-Friedhof zu öffnen, muss noch in den Kinderschuhen gesteckt haben, denn ich erinnere mich, dass Major "Witold", wahrscheinlich noch in derselben Nacht, die Leute auswählte, die die Stadt verlassen sollten. Wir standen in einer Reihe zwischen den beiden Gebäuden der Schule. Dort fand die Auswahl statt. Ich wartete mit Zittern auf die Entscheidung. Schließlich befand ich mich inmitten der Einheiten, die abreisen sollten. Daraus wurde jedoch nichts, denn wie sich später herausstellte, kamen die Einheiten aus Puszcza gar nicht und die Parade zum Powazki-Friedhof fand nicht statt.

     Am 10. August griffen die Deutschen die Einheiten von "Zoska" und "Miotla" an und beschossen alle Stellungen der Aufständischen. Die Reste des Bataillons "Piesc" und "Parasol" wurden am 9. August auf Befehl von Oberst "Wachnowski" in die Altstadt zurückgerufen. Der Tag 11. August. Im Morgengrauen begann eine entscheidende Schlacht zwischen aufständischen Einheiten im Bezirk Wola. Es begann mit Artillerie- und Mörserbeschuss von noch nie dagewesener Intensität. Bataillon des 608. Infanterieregiments, unterstützt von Sturmtruppen, griffen uns sowohl in der Schule als auch in den Lagerhäusern an. Ein Sturmgeschütz fuhr auf den Schulhof und schlug aus unmittelbarer Entfernung auf das Treppenhaus. Ich erinnere mich, dass ich im Erdgeschoss stand, direkt neben dem Käfig. Neben mir fielen die Verwundeten. Gegen Mittag war klar, dass wir nicht durchhalten würden, und dann gab Major "Witold" zum ersten und letzten Mal den Befehl zum Rückzug. Wir zogen uns durch die Trümmer des Ghettos zurück. Artillerie und Mörser trafen uns völlig ungeschützt. Die "Schränke" beginnen zu "klappern". - Salvenmörser. Wir fallen auf den Boden. Im nächsten Moment gibt es eine heftige Explosion mit einer gewaltigen Druckwelle irgendwo hinter uns. Ich hebe meinen Kopf und schaue zurück. Eine unglaubliche Aussicht. Riesige Balken und Felsbrocken aus den Trümmern fliegen mehrere Stockwerke hoch. Rauch und Staub ersticken meinen Atem. Die Deutschen übernehmen die Schule und die Lagerhäuser, werden sie uns folgen? Zur gleichen Zeit wird die "Zoska" von der Mlynarska-Straße bis zur Spokojna-Straße schwer angegriffen. Ein Anschlag nach dem anderen wird auf die Schule verübt. Um eine Einkesselung zu vermeiden, führte Oberstleutnant "Radoslaw" das Bataillon "Broom" persönlich zum Gegenangriff auf die Deutschen aus dem Süden in Richtung Stawki-Straße, unterstützt durch den letzten Panzer von "Wacek". Ein voller Erfolg. Die Deutschen entkommen. Oberstleutnant "Radoslaw" wird schwer verwundet, sein Bruder getötet, der Kommandeur des Bataillons "Miot³a" - Hauptmann Niebora. Wir verlieren den letzten Tank. Das Kommando der Gruppierung "Radoslaw" wird von ihrem Stabschef, Major "Bolek", übernommen, der den verletzten Major ersetzt.

     Das "Czata"-Bataillon 49 geht auf die Magazine in Stawki zurück, "Broda" und "Miot³a" belegen die Schule, in der wir noch heute waren.

    Die Mitarbeiter von "Czata 49" zogen sich durch das Ghetto zurück (ich weiß es nicht mehr genau) - in die Muranowska-Straße oder in eine andere Straße in der Altstadt. Ich erinnere mich, dass ich mit anderen Jungen und Mädchen im Treppenhaus eines Hauses saß, und trotz allem, was in letzter Zeit geschehen war, sangen wir Partisanen-, Legions- und Aufstandslieder. Damals wussten wir noch nichts von der schweren Verletzung unseres Obersts. Obwohl auch wir noch nichts von dem erfolgreichen Gegenangriff unserer Truppen wussten - es gab eine Entspannung nach der morgendlichen Hölle und dem alptraumhaften Rückzug. Wir haben gesungen, obwohl wir nicht wussten, ob wir nicht von deutschen Einheiten verfolgt werden würden. Es wurde sozusagen ruhiger. Und warum? Das erfuhren wir bald von unseren Kollegen und Freunden.

    Am 12. August verloren wir nach schweren Kämpfen sowohl die Schule als auch die Lagerhäuser in Stawki. Es war offensichtlich, dass die Deutschen um jeden Preis den Widerstand der Aufständischen nicht nur in den westlichsten Teilen der Stadt ausschalten, sondern auch den Widerstand in der gesamten Altstadt brechen wollten. Es gelang nicht, weder jetzt noch in den folgenden Tagen. Die Gruppierung "Radoslaw" spielte dabei eine kleine Rolle, da sie die deutschen Hauptkräfte fast zwei Wochen lang aufhielt und es so ermöglichte, die Verteidigung der Altstadt zu organisieren und zu konsolidieren.



------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

It was the flower of insurgent units, a large percentage of which were experienced in diversionary actions, and a part of which were partisans. From the first days those units were suffering heavy losses in killed and wounded. Lieutenant Colonel "Radoslaw" was planning to break through Powązki cemetery to Kampinos Forest after 2-3 days. That is why he was so stubbornly holding the area of cemeteries until the end. The attack of the units from Puszcza Kampinos forest was to go that way in order to relieve the units of "Radoslaw" entangled in heavy fights.

    At dawn (a beautiful, cloudless morning) a large column of troops, well armed as for Warsaw conditions, preceded by the last tank from lieutenant "Wacek's" platoon, set off towards the Powązki cemetery. We were probably going along Smocza Street. The first one was "Czata 49" battalion. A long column of the army, a line of cars behind it, liaison officers on motorbikes going in both directions - all this was an impressive sight. Despite having bled so far, the Group was still a serious force. Characteristically, not a single shot was fired during the march of the column, which was perfectly visible. The news spread among the units like lightning that we were going to the Kampinos Forest. There, we were to take up significant airdrops of weapons, ammunition and supplies, and together with the units from Puszcza we were to strike at the Germans from the outside. This plan, already put into action, met with the categorical objection of Lieutenant Colonel "Wachnowski". He was afraid of exposing the northern wing of the Old Town defence and weakening the forces in that district in general. A liaison officer from the Headquarters of "North" Group brought the Colonel an order to man the positions from August 8. The "Czata 49" battalion was directed to Stawki Street with the task of holding the "SS" warehouses and both school buildings.

    The idea of getting to Puszcza (Forest), or in any case, opening the way to it through the Pow±zki cemetery, must have been still germinating, because I remember that Major "Witold" was choosing people to get out of the city, probably on the same night. We were standing in a line between both buildings of the school. The selection was taking place there. I waited with trembling for the decision. Finally, I found myself among the units that were to leave. Nothing came out of it though, as it turned out later the units from Puszcza did not come at all and the parade to the Powazki cemetery did not take place.

    On August 10 the Germans were attacking the units of "Zoska" and "Miotla", laying fire on all the insurgent positions. The remnants of "Piesc" battalion earlier, and "Parasol" on August 9 departed to the Old Town, recalled by the order of Colonel "Wachnowski". The day 11 August. From dawn a decisive battle between insurgent units in Wola District began. It started with artillery and mortar fire of unprecedented intensity. Battalion of 608th Infantry Regiment, supported by assault units, attacked us both in school and warehouses. An assault cannon drove into the school yard and from a direct distance beat on the staircase. I remember that I was standing on the ground floor right next to the cage. Next to me the wounded were falling. Around noon it was obvious that we would not be able to hold on and then for the first and last time Major "Witold" gave an order to withdraw. We retreated through the rubble of the ghetto. Artillery and mortars were hitting us completely unprotected. The "wardrobes" start to "rattle". - salvo mortars. We fall to the ground. In a moment there is a violent explosion with a huge blast somewhere behind us. I raise my head and look back. An incredible view. Huge beams and boulders from the rubble fly up several stories high. Smoke and dust choke my breath. Germans take over the school and warehouses, will they follow us? At the same time "Zoska" from Mlynarska Street to Spokojna Street is under heavy attack. Attack after attack on the school. Lieutenant Colonel "Radoslaw" in order to avoid encirclement led battalion "Broom" personally to counter-attack on Germans from the south in the direction of Stawki Street, supported by the last tank of "Wacek". A complete success. Germans escape. Lieutenant Colonel "Radoslaw" is heavily wounded, his brother killed, the commander of "Miot³a" Battalion - Captain Niebora. We lose the last tank. The command of "Radoslaw" Grouping is taken over by its chief of staff, Major "Bolek", in place of the injured one.

     Czata" Battalion 49 goes back to the magazines at Stawki, "Broda" and "Miot³a" occupy the school where we were still today.

The staff of "Czata 49" retreated through the ghetto (I don't remember exactly) - to Muranowska Street, or further to some street in the Old Town. I remember sitting with other boys and girls in the stairwell of some house, and in spite of everything that had happened so recently - we were singing partisan, lrgion and insurgent songs. We did not know then about the serious injury of our Colonel. Although we also did not yet know about the successful counter-attack of our troops - there was a relaxation after the morning hell and nightmarish retreat. We sang despite the fact that we did not know whether we would not be followed by German units. It became calmer, as it were. Why? We soon found out from our colleagues and friends.


    On 12 August, after very heavy fights, we lost again both the school and the warehouses in Stawki. It was evident that the Germans wanted at all costs to eliminate the resistance of the insurgents, not only in the westernmost parts of the city, but also to destroy the resistance of the entire Old Town at once. It did not succeed, neither now nor in the following days. Radoslaw" grouping played a small role in it, because by tying up the main German forces for almost 2 weeks, it allowed to organize and consolidate the defence of the Old Town.