Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szczecin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Szczecin. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 lutego 2026

Niezapomniane dni stycznia 1945 - Ucieczka - Kutno - Drezno - Der Heimatbote - 6/1956 - cz.5

 

W ostatniej części autorka, Niemka z Wołynia, która później zamieszkała w powiecie kutnowskim, opowiedziała nam, jak po ciężkich miesiącach nędzy i bezprawia dla wszystkich Niemców w końcu dotarła do Szczecina i wraz z niezliczoną rzeszą współtowarzyszy niedoli siedziała w ruinach tego miasta, czekając na transport.

Z czasem jednak noce stawały się coraz chłodniejsze i zdaliśmy sobie sprawę, że tak dalej być nie może. Usłyszeliśmy wtedy o możliwości przyjęcia do obozu poprzez przekupienie komendanta. Bliscy rozpaczy nasi towarzysze losu, matka i córka, postanowili porozmawiać z komendantem. Wielokrotnie go o to prosili. W końcu obiecał, że przy przyjęciu następnego transportu z Polski weźmie nas wszystkich do obozu. Cena wynosiła 1000 złotych od osoby. Było nas pięć osób. Zebraliśmy wszystkie nasze pieniądze, a ukrytą głęboko biżuterię, taką jak pierścionki, broszki, a nawet korony dentystyczne i ubrania sprzedaliśmy na czarnym rynku. Kto miał więcej, oddawał to tym, którym nie starczyło.

Tak więc, zgodnie z rozkazem komendanta, noc po nocy siedzieliśmy gotowi do podróży i czekaliśmy na znak komendanta obozu. W końcu o świcie wprowadzono nas do środka. Radośni i dumni położyliśmy na stole sumę, którą zebraliśmy z wielkim trudem i łzami. Następnie wpisano nas na listę i w ten sposób ponownie staliśmy się członkami społeczeństwa. Kiedy przybył transport, wpchnięto nas do obozu i sprawa była załatwiona.

                                                             Transport do Niemiec

Tutaj, w obozie, otrzymaliśmy również racje żywnościowe i w ten sposób uniknęliśmy wszystkich strachów i niedostatków życia w ruinach. Już następnego dnia załadowano nas do długiego pociągu transportowego złożonego z dziurawych wagonów bydlęcych. Przez wiele godzin czekaliśmy na odjazd, wyposażeni w prowiant na podróż. Pociąg ruszył dopiero pod wieczór. Nasza podróż prowadziła na południe, wzdłuż linii Odry i Nysy, i trwała kilka dni i nocy. Pewnej nocy padał ulewny deszcz i w ciemnościach szukaliśmy schronienia przed kroplami wpadającymi przez uszkodzony dach. Niektórzy podchodzili do tego z humorem, inni byli bardzo zirytowani tą nieprzyjemną sytuacją, ale nikt nie mógł nic zmienić. Zdarzało się też, że na stacji dostawaliśmy coś ciepłego do jedzenia.

Przejeżdżaliśmy następnie przez miasta Forst i Görlitz. W Niederoderwitz zostaliśmy umieszczeni na dwa tygodnie w obozie kwarantanny. Tutaj każdy dostał swoje miejsce na pryczy. Były nawet stoły i miejsca do siedzenia. Przestronne pomieszczenia były oświetlone i oferowały wiele udogodnień, których prawie już nie znaliśmy. Opiekowali się nami również lekarze i pielęgniarki. Zostaliśmy zbadani, zaszczepieni i odwszeni. W końcu mogliśmy też poszukać naszych bliskich za pośrednictwem Niemieckiego Czerwonego Krzyża. Po dwóch tygodniach zostaliśmy podzieleni na grupy w celu osiedlenia się i przewiezieni do Drezna. Jeszcze tej samej nocy zostaliśmy przewiezieni z Drezna do okolicznych wsi. W Kunnersdorfie osiedliłam się u rolnika. Od razu znalazłam pracę, którą chętnie wykonywałam. W zamian otrzymywałam skromne utrzymanie. Dodatkowo mogłam korzystać z moich kart żywnościowych. Po krótkim czasie otrzymałam od męża z Zachodu pozwolenie na przyjazd. Dzięki temu, choć po wielu perypetiach i uciążliwej podróży, wyczerpana, ale szczęśliwa, dotarłam do męża. Po roku również szwagrowi z Nowej-Wsi udało się uciec do nas przez Szczecin.

A kiedy w chwilach ciszy z pokornym i wdzięcznym sercem rozmyślam o tym, jak nasz Pan tak cudownie nas chronił i strzegł nawet w największej niedoli i pomógł nam dotrzeć aż tutaj, muszę powtórzyć słowa psalmisty z 103. psalmu: Chwal Pana, duszo moja, i nie zapominaj o tym, co ci uczynił.

Tak więc Pan będzie również wspierał naszego syna, zaginionego na froncie wschodnim, i wielu innych w całej ich niedoli i bezradności. Mam taką nadzieję i czekam na Pana. Amen.

                                                                                                                                       M. S.


Im letzten Abschnitt erzählte uns die Verfasserin. eine Wo1hyniendeutsche, die später im Kreise Kutno ihr Zuhause hatte, wie sie nach den schweren Monaten des Elends und der Rechtlosigkeit für alle Deutschen endlich nach Stettin gelangt war und mit unzähligen Leidensgenossen in den Ruinen dieser Stadt saß und auf den Abtransport wartete.

Mit der Zeit Wurden die Nächte jedoch immer kühler und wir wurden uns bewußt, daß es so nicht mehr weitergehen konnte. Wir hörten dann von der Möglichkeit, durch Bestechung des Kommandanten in das Lager aufgenommen zu werden. Der Verzweiflung nahe suchten unsere Schicksalsgefährten, Mutter und Tochter, den Kommandanten zu sprechen. Dieser ließ sich wiederholte Male darum bitten. Schließlich versprach er, uns alle bei der Ankunft des nächsten aus Innerpolen kommenden Transportes mit in das Lager hineinzunehmen. Der Preis war pro Kopf 1000 Zloty. Wir waren fünf Personen. All unser Geld wurde nun zusammengezählt, tiefverstecke Schmucksachen wie Ringe, Broschen, selbst Zahnkronen und Kleidungsstücke wurden an Schwarzhändler verkauft. Wer mehr besaßt, gab dem ab, dem es nicht reichte.

So saßen wir denn, auf Anordnung des Kommandanten, Nacht für Nacht reisefertig und warteten auf ein Zeichen des Lagerkommandanten. Endlich wurden wir an einem Morgengrauen hineingeführt. Froh und stolz legten wir die mit viel Not und Tränen zusammengebrachte Summe auf den Tisch. Daraufhin wurden wir in eine Liste eingetragen und waren somit wieder Mitglieder der menschlichen Gesellschaft geworden. Als der Transport ankam, wurden wir ins Lager hineingeschoben, und die Sache war erledigt.

                                                         Transport nach Deutschland

Hier im Lager bekam.en wir nun auch unsere Lebensmittelration und somit waren wir aller Angst und Not des Ruinenlebens entkommen. Schon am nächsten Tag wurden wir auf einen langen, aus durchlöcherten Viehwaggons zusammengestellten Transportzug verfrachtet. Viele Stunden warteten wir nun, mit Reiseverpflegung versehen, auf die Abfahrt. Erst gegen Abend fuhr der Zug los. Unsere Reise ging südwärts, der Oder-Neiße-Linie entlang, sie dauerte mehrere Tage und Nächte. Eines Nachts regnete es stark und wir suchten im Dunkeln den durch das, beschädigte Dach einströmenden Tropfen zu entgehen. Einige nahmen es von der humorvollen Seite, andere waren sehr ärgerlrich über diesen üblen Zustand, doch konnte niemand an der Sache selbst etwas ändern. Es kam auch vor, daß wir an einer Station etwas warmes Essen erhielten.

Wir fuhren dann durch die städte Forst und Görlitz. In Niederoderwitz wurden wir für die Dauer von zwei Wochen in ein Quarantänelager gesteckt. Hier bekam jeder seinen Platz auf der Pritsche. Auch Tische und Sitzplätze gab es sogar. Die weiten Räume waren mit Licht versehen und so gab es viele Annehmlichkeiten, die wir fast nicht mehr kannten. Auch Ärzte und Krankenschwestern kümmerten sich um uns. Wir wurden untersucht, geimpft rund entlaust. Nun war es uns auch endlich möglich, unsere Angehörigen durch das Deutsche Rote Kreuz zu suchen. Nach zwei Wochen wurden wir, zwecks Ansiedlung in Gruppen verteilt, nach Dresden gebracht. Noch in der gleichen Nacht wurden wir von Dresden auf die umliegenden Dörfer verbracht. In Kunnersdorf wurde ich bei einem Bauern angesiedelt. Hier gab es sofort Arbeit, die ich auch gerne verrichtete. Dafür bekam ich einen schmalen Lebensunterhalt. Dazu konnte ich jedoch meine Lebensmittelkarten noch extra für mich verwenden. Nach kurzer Zeit bekam ich von meinem Manne aus dem Westen eine Zuzugsgenehmigung geschickt. Damit gelangte ich dann, wenn auch nach vielen Umständen und beschwerlicher Reise, abgehärmt, aber glücklich, bei meinem Manne an. Nach einen Jahre gelang es auch dem Schwager aus Nowa-Wies, über Stettin zu uns zu flüchten. -

Und wenn ich nun in stillen Stunden mit dem demütig-dank-barem Herzen erwäge, wie unser Herrgott uns so wunderbar auch in größter Not beschirmt und geschützt und uns bis hierher geholfen halt, so muß ich mit dem Psalmisten des 103. Psalms anstimmen: Lobe den Herren meine Seele und vergiß nicht, was er dir Gutes getan hat.

So wird der Herr auch unserem an der Ostfront vermißten Sohn und noch vielen anderen in all ihrer Not und Hilflosigkeit beistehen, Das hoffe ich und harre des Herrn. Amen.

                                                                                                                                 M. S.


Niezapomniane dni stycznia 1945 - Ucieczka - Kutno - Chodecz - Der Heimatbote - 5/1956 - cz.4

 Nasza rodaczka opowiada, jak w 1945 roku, w swojej ciężkiej sytuacji, znalazła prawdziwą pociechę wyłącznie w Bogu, który ostatecznie wyprowadził ją wraz z tysiącami innych ludzi z nocy nędzy i cierpienia w Polsce, z dala od kraju, który niegdyś ugorowali ich ojcowie, do ratującego ich Zachodu.

W niedziele, kiedy czasami miałam wolne popołudnia, zawsze czułam potrzebę wycofania się, aby zebrać myśli i nabrać sił.

                                                                             Niedzielny spokój

Niedzielny spokój! Bliskość Boga

czuję dziś szczególnie mocno,

unosi mnie ona na wyżyny

ponad troski i cierpienia dnia codziennego.

Tam zabieram moich bliskich,

których tutaj straciłem – których mi brakuje –

tam jestem z nimi w duchu

i pokój Boży jest z nami,

takie niedzielne godziny są pocieszające,

będą one kiedyś błogie,

gdy wszyscy uwolnieni od cierpienia

staniemy zjednoczeni w blasku chwały,

tam nie będzie już wroga, który nas rozdzieli,

nie będzie już nawet śmierci!

Bóg uzna nas za błogosławionych,

wtedy nadejdzie prawdziwa niedziela.

                                                                     Pierwsza poczta

Dopiero jesienią 1946 roku otrzymałam zupełnie nieoczekiwanie list z obozu pracy Nowa-Wies od mojego szwagra, którego już dawno uważałam za zmarłego. List ten przyniósł mi również wiadomość o miejscu pobytu mojego męża, a niestety także o śmierci mojego ojca, który zmarł w Berlinie. Mój ojciec był, co z pewnością wiedziało wielu jego towarzyszy niedoli, wieloletnim organistą i kantorem parafii Kamień (Cholm) Edmundem Birkholzem. Po powrocie z deportacji z Rosji w latach 1914/18 przez prawie 14 lat pełnił funkcję sekretarza parafii w Lublinie.

Ta zupełnie nieoczekiwana wiadomość od szwagra uświadomiła mi ponownie, jak cudowne i wzniosłe są drogi i prowadzenie naszego Boga w stosunku do nas, małych i nieśmiałych dzieci ludzkich. Otóż tak się złożyło, że pewnej Niemce z Nowej-Wsi udało się uciec na Zachód. Kobieta ta odwiedziła swoją siostrzenicę, która mieszkała bardzo blisko mojego męża. Zbieżność nazwisk nasunęła mi pierwszą myśl o ewentualnym pokrewieństwie, a mój przywołany mąż mógł to tylko potwierdzić. W tym czasie ogólne połączenie pocztowe z Polską zostało już nawiązane, więc mój mąż mógł napisać do swojego brata w Nowej-Wsi.

                                                          Jak dostać się na Zachód?

Od tej pory moim jedynym celem było dotarcie na Zachód do mojego męża. Niestety nie było możliwości dołączenia do jednej z nielicznych transportów, które od czasu do czasu wyjeżdżały. Postanowiłam więc wyruszyć na własną rękę. Potrzebowałam do tego pieniędzy, które najpierw musiałam zarobić. Nadzieja dodała mi sił. Próbowałam zarobić pieniądze, zamiatając ulice i wykonując wszelkie inne prace dorywcze u najemców. Oszczędzałam każdy grosz. Suszyłam chleb przeznaczony dla kur i zbierałam go na drogę. Od czasu do czasu otrzymywałam kilka słów od męża, który zawsze dodawał mi otuchy i zachęcał do przyjazdu. To samo robił mój szwagier w Nowej-Wsi.

Tak minął kolejny rok ciężkiej pracy, wyrzeczeń i braku jakichkolwiek praw. Ciągle przypominałam sobie 23. psalm: „Pan jest moim pasterzem”. Czułam, że Bóg jest blisko mnie, a to dodawało mi sił. We wrześniu 1947 roku szwagier namawiał mnie do ucieczki, sam chciał uciec z Nowej-Wsi. W Szczecinie mieliśmy spotkać się w określonym miejscu i czasie, aby wspólnie kontynuować ucieczkę. Zaryzykowałem więc i wyruszyłem w drogę z niewielkimi środkami. Niestety, do Szczecina dotarłam w nocy. Ponieważ nie miałam dokumentów, musiałam uniknąć kontroli policji kolejowej. Kiedy ją zobaczyłam, ustawiłam się w kolejce do kasy biletowej, aby później pod jakimś pretekstem z niej wyjść. Udało mi się to dwukrotnie, innym razem udało mi się ukryć w ciemnym korytarzu. W końcu ta długa noc dobiegła końca. Następnego ranka, w słoneczną niedzielę, z pomocą miłego konduktora tramwajowego szczęśliwie dotarłam do umówionego miejsca spotkania.

                                                                   W ruinach Szczecina

W głębokiej dolinie, nad którą znajdował się wówczas jeszcze nieprzejezdny most, znajdował się ogrodzony drutem obóz transportowy dla Niemców. Przed obozem znajdował się przestronny plac otoczony kilkoma dużymi ruinami. Znalazłem tam wielu uchodźców, którzy częściowo czekali już od tygodni na wpuszczenie do obozu. Dołączyłam do nich i cieszyłam się, że znów jestem wśród Niemców. Szwagier nie przyjechał! Znalazłam schronienie w dużej ruinie, która nie miała już drzwi ani okien i była całkowicie wystawiona na działanie wiatru.

                                                                           Jak Cyganie

Wiedliśmy tu skromne życie, mając nadzieję, że w końcu uda nam się ruszyć dalej. Trudna sytuacja sprawiła, że staliśmy się pomysłowi. Duże dziury zostały prowizorycznie uszczelnione blachą, kartonowymi pudełkami i starymi workami. Stare wiadra po dżemie i podobne przedmioty służyły nam za siedziska. Ci, którzy nadal mieli łóżka, należeli do bogatych. Ja sama zbierałam trawę, suszyłem ją i przygotowywałam z niej podkład pod łóżko. Jako kołdrę służył mi stary płaszcz, który chronił mnie przed nocnym chłodem. Nasze możliwości gotowania były różne, najczęściej układaliśmy na zewnątrz stare cegły, kładliśmy na nich starą blachę jako płytę grzejną i gotowe było palenisko. Ponieważ nie mieliśmy żadnych naczyń, szukaliśmy ich w starej hałdzie w pobliżu. Otwory w znalezionych garnkach były zatykane korkami, zatyczkami lub kawałkami materiału. W takich dobrze wyczyszczonych garnkach powstawały najlepsze potrawy. Nawet jeśli czasami były one doprawione dymem lub kroplami deszczu, nie miało to znaczenia, ponieważ głód nadal jest najlepszym kucharzem. Jako drewno opałowe służył nam rozbity samolot, który leżał w pobliżu. Przez wiele godzin rąbaliśmy go starą znalezioną siekierą, aby uzyskać kilka wiórów. Złożone drewno było niezwykle twarde. Wokół leżały również inne połamane kawałki drewna.

Wszystkie produkty spożywcze musieliśmy kupować za nasze skromne pieniądze bez kart. Czasami mogliśmy zarobić trochę w okolicznych ogrodach, wykonując jesienne prace. Tam zazwyczaj dostawaliśmy też trochę owoców lub warzyw. Było to dla nas wielką pomocą, ponieważ żywność była bardzo droga. Potrzebowały tego przede wszystkim liczne dzieci, które mieszkały z nami. Wszystkie były bardzo zaniedbane, miały również duże opóźnienia w rozwoju umysłowym, zwłaszcza że musiały dorastać bez nauki w szkole. Wśród nas mieszkał stary, przyjazny mężczyzna, który postawił sobie za zadanie zgromadzić dzieci w jednym pomieszczeniu. Opowiadał im wtedy historie biblijne, uczył je piosenek dla dzieci i pokazywał różne gry. Dzieci były tym bardzo podekscytowane i bawiły się razem, a obserwowanie ich sprawiało ogromną radość. Wiele z tych dzieci było bardzo nieśmiałych, ponieważ nie rozumiały już dobrze języka niemieckiego. Szczególnie najmłodsze z nich po 1945 roku nie mogły już uczyć się niemieckiego.

Tak więc żyliśmy w ruinach Szczecina, prowadząc skromne życie.

Byliśmy pozbawieni praw, wyrzuceni ze społeczeństwa, a każdy mógł dysponować nami według własnego uznania. Często zdarzało się, że polscy lub rosyjscy żołnierze zabierali ludzi z naszego grona na nieokreślony czas do pracy w polu. Kto się sprzeciwiał, był bity. Szczególnie polowali na młode dziewczyny. One jednak wyczuwały związane z tym niebezpieczeństwo i starały się ukryć, jak tylko było to możliwe. Zdarzało się też, że do nich strzelano. A jeśli nie udało się ich złapać w ciągu dnia, żołnierze przychodzili wieczorem lub w nocy z latarkami. Czasami dodatkowo nas okradali. Na przykład w nocy przywiązywaliśmy buty do rąk, aby od razu zauważyć złodzieja. W naszej małej grupie, która się zebrała, była też taka młoda, prześladowana dziewczyna z matką. Dziewczyna ta była zazwyczaj ukrywana w nocy wzdłuż ściany, a my inni służyliśmy jej za poduszki. Tak więc noce były dla tej dziewczyny tylko męką. Czasami kilka dziewcząt zbierało się razem i spędzało noce w innych ruinach lub nawet pod gołym niebem.

                                                                          (ciąg dalszy nastąpi)


Unsere Landsmännin erzählt, wie sie in ihrer schweren Not damals 1945 einzig und allein in Gott wahren Trost gefunden hat, der sie schließlich mit Tausenden anderen endlich auch herausgeführt hat aus der Nacht des Elends und Leids in Polen, fort vom Lande, das einst die Väter urbar gemacht, hin in den rettenden Westen.

An Sonntagen, an denen ich bisweilen nachmittags frei hatte, war es mir stets ein Bedürfnis, mich zurückzuziehen um mich zu meiner Erbauung sammeln und erquicken zu können.

                                                          Sonntagsfriede

Sonntagsfriede ! Gottes Nähe

fühl' ich ganz besonders heut',

die entrückt mich zu den Höhen

aus des Alltags Sorg und Leid,

Dort entführ ich meine Lieben,

die ich hier verloren - vermißt -

dort bin ich im Geist mit ihnen

und der Friede Gottes mit uns ist,

Tröstlich sind solch' Sonntagsstunden,

selig werd'n sie einst noch sein,

wenn wir all' dem Leid entbunden

steh'n vereint im Glorienschein,

Dort wird uns kein Feind mehr trennen,

auch der Tod wird nicht mehr sein!

Selig wird uns Gott erkennen,

dann wird wahrer Sonntag sein

                                                      Erste Postverbindung

Erst im Herbst 1946 bekam ich ganz unerwartet einen Brief aus dem Arbeitslager Nowa-Wies von meinem Schwager, den ich schon längst gestorben wähnte. Dieser Brief brachte mir auch Nachricht vom Verbleib meines Mannes und leider auch vom Tode meines Vaters. der in Berlin gestorben war. Mein Vater war, der gewiß noch vielen Leidensgefährten bekannte langjährige Organist und Kantor der Pfarrgemeinde Kamien (Cholm) Edmund Birkholz. Er war, aus der Verschleppung aus Rußland 1914/18 heimgekehrt, noch fast 14 Jahre lang in der Pfarrgemeinde Lublin als Schriftführer tätig gewesen,

Diese nun so ganz unerwartet eingetroffene Nachricht des Schwagers hat mich wiederum erkennen lassen, wie wunderbar und erhaben unseres Gottes Wege und Führungen in bezug auf uns kleinmütige Menschenkinder sind. Es verhielt sich nämlich so, daß es einer deutschen Frau aus Nowa-Wies gelungen war, nach dem Westen zu fliehen, Diese Frau besuchte nun ihre Nichte, die ganz in der Nähe meines Mannes wohnte, Die Namensgleichheit brachte den ersten Gedanken an eine evtl. Verwandtschaft und mein herbeigeholter Mann konnte dies nur bestätigen, Um diese Zeit war die allgemeine Postverbindung mit Polen schon hergestellt, so daß mein Mann seinem Bruder in Nowa- Wies schreiben konnte.

                                              Wie komme ich nach dem Westen?

Von nun an war es mein einzigstes Bestreben, zu meinem Manne nach Westen zu gelangen, Mich einem der wenigen Transporte, die ab und zu einmal gingen, anzuschließen war leider nicht möglich, So beschloß ich, auf eigene Faust fortzukommen. Dazu brauchte ich Geld welches ich mir zunächst verdienen mußte, Die Hoffnung machte mich wieder stark. Mit Straßenkehren und allen sonstigen Aushilfen bei Mietern suchte ich Geld zu verdienen, Jeder Groschen wurde gespart, Alles für die Hühner bestimmte Brot trocknete ich und sammelte es für den Weg, Ich bekam auch gelegentlich ein paar Zeilen von meinem Manne, der mir immer wieder Mut zusprach und zum Kommen anspornte. Dasselbe tat auch mein Schwager in Nowa-Wies,

So verging wieder ein Jahr unter vieler schwerer Arbeit. Entbehrungen und ohne jeglichen Rechtsanspruch, Immer wieder erinnerte ich mich an den 23. Psalm: "Der Hen ist mein Hirte". Ich fühlte, daß Gott mir nahe war und das gab mir Kraft. Im September 1947 forderte mich der Schwager zur Flucht auf, er selbst wolle von Nowa-Wies aus fliehen. In Stettin sollten wir uns an einem bestimmten Platz und Zeitpunkt treffen, um dann gemeinsam weiter zu fliehen, So wagte ich es, mit wenigen Mitteln mich auf den Weg zu machen. In Stettin kam ich unglücklicherweise zur Nachtzeit an, Da ich keinen Ausweis hatte, mußte ich mich der Kontrolle der Bahnpolizei entziehen. Wenn ich ihrer ansichtig wurde, reihte ich mich der Schlange am Fahrkartenschalter an, um nachher wieder unter einem Vorwand auszutreten. Dieses gelang mir zweimal, ein andermal konnte ich mich im dunklen Flur verbergen. Endlich ging auch diese lange Nacht zu Ende. Am nächsten Morgen, es war ein sonnenklarer Sonntag, kam ich mit Hilfe eines guten Straßenbahnschaffners glücklich an den verabredeten Treffpunkt.

                                                In den Trümmern von Stettin


In einem tiefen Tale, darüber eine damals noch unbefahrbare Brücke, befand sich ein drahtumzäuntes Transportlager für Deutsche. Vor dem Lager war ein geräumiger Platz, mit mehreren großen Ruinen umgeben. Hier fand ich viele Flüchtlinge vor, die teils schon wochenlang auf Einlaß ins Lager warteten. Zu ihnen gesellte ich mich und war froh, wieder mit Deutschen zusammen zu sein. Der Schwager war nicht gekommen! Ich fand Unterkunft in einer großen Ruine, die keine Türen und Fenster mehr hatte und dem Winde freien Durchzug bot, 

                                                           Wie die Zigeune

Wir fristeten hier draußen ein kümmerliches Dasein in der Hoffnung, doch gelegentlich weiter zu kommen, Die Not machte uns erfinderisch. Die großen Löcher wurden mit Blech, Pappschachteln und alten Säcken notdürftig abgedichtet. Alte Marmeladeneimer und ähnliches diente uns als Sitzgelegenheit. Wer noch Betten besaß, gehörte zu den Reichen. Ich selbst pflückte mir Gras, ließ es trocknen und bereitete mir ein Unterbett daraus, Als Zudecke diente mir mein alter Mantel, der mich vor der Nachtkälte schützte. Unsere Kochgelegenheit war unterschiedlich, zumeist wurden draußen alte Ziegelsteine zusammengestellt, altes Blech als Kochplatte daraufgelegt und der Herd war fertig. Da wir ja auch keinerlei Geschirr hatten, suchten wir in einer alten Schuttkuhle in der Nähe danach. Die Löcher in den gefundenen Töpfen wurden mit Stöpseln, Pfropfen oder Läppchen zugestopft. In solchen, gut gereinigten Töpfen gerieten die besten Speisen. Und auch dann, wenn sie gelegentlich einmal mit Rauch oder Regentropfen gewürzt waren, schadete es nichts, denn der Hunger ist immer noch der beste Koch. Als Brennholz lag ein abgestürztes Flugzeug in der Nähe, daran wir stundenlang mit einer alten aufgefundenen Axt herumhackten, um einige Späne loszubekommen. Das zusammengefügte Holz war ungemein zähe. Auch andere zertrümmerte Holzstücke lagen herum.

Alle Lebensmittel mußten wir für unser weniges Geld kartenfrei kaufen. Gelegentlich konnten wir uns etwas in den umliegenden Gärten mit Herbstarbeit verdienen, Dort erhielten wir dann meistens auch etwas Obst oder Gemüse mit. Das war für uns eine große Hilfe, denn die Lebensmittel waren sehr teuer. Vor allem benötigten dieses die zahlreichen Kinder, die hier bei uns lebten, Diese waren alle sehr elend heruntergekommen, auch geistig standen sie weit zurück, zumal sie ja ohne Schulunterricht aufwachsen mußten. Unter uns lebte ein alter freundlicher Mann, der es sich zur Aufgabe machte, die Kinder in einem Raum zu versammeln. Hier erzählte er ihnen dann biblische Geschichten, übte mit ihnen Kinderlieder und zeigte ihnen verschiedene Spiele. Auch die Kinder freuten sich sehr darüber und sie spielten zusammen, daß es eine Freude war, ihnen zuzuschauen. Viele der Kinder waren auch sehr schüchtern, denn sie verstanden die deutsche Sprache nicht mehr recht. Besonders die Kleinsten unter ihnen hatten nach 1945 gar nicht mehr deutsch lernen dürfen.

So lebten wir in den Trümmern von Stettin ein kümmerliches Leben. Wir waren ja die Entrechteten, die aus der menschlichen Gesellschaft Ausgestoßenen, darüber jeder nach seiner Willkür verfügen konnte. So geschah es oftmals, daß polnische oder russische Soldaten Leute aus unserer Mitte auf ungewisse Zeit für Feldarbeiten wegholten. Wer sich weigerte, wurde verprügelt. Ganz besonders aber hatten sie es auf junge Mädchen abgesehen. Diese allerdings witterten die Gefahr, die hiermit verbunden war und suchten sich nach, Möglichkeit zu verbergen. Es kam auch vor, daß ihnen nach geschossen wurde. Und wenn man sie am Tage nicht erwischen konnte, kamen die Soldaten am Abend oder in der Nacht mit Taschenlampen. Gelegentlich bestahlen sie uns dann noch obendrein. Wir banden so zum Beispiel unsere Schuhe nachts an der Hand fest, um den Dieb gleich zu merken. In unserer kleinen Gruppe, die sich zusammengetan hatte. war auch so ein junges gehetztes Mädchen mit ihrer Mutter. Dieses Mädchen wurde meistens zur Nacht längs der Wand versteckt, diese Tarnung diente uns anderen als Kopfkissen. So waren die Nächte für dieses Mädchen nur eine Qual. Zum Teil taten sich auch mehrere Mädchen zusammen und verbrachten die Nächte in anderen Ruinen oder gar unter freiem Himmel. 

                                                                        (Schluß folgt)

ßÄäÖöÜü

wtorek, 27 kwietnia 2021

Szczecin - Stettin - Podejuch - Stare Podjuchy - Pomnik wojenny - Stettiner Nachrichten - 1956

 



   Historia stara jak świat... Niszczenie, poprawię się, "zagospodarowywanie" nie swoich pomników, cmentarzy itp.... Ten piękny pomnik projektu Waltera Lobesa, którego budowę ukończono w 1931 roku, przetrwał działania 2 wojny światowej.

Nie przetrwał jednak głupoty i nienawiści, także z braku materiałów budowlanych. Tak, tak, może się teraz wydać śmiesznym, ale cegła była po wojnie materiałem bardzo poszukiwanym, tak znikały mury cmentarne cmentarzy ewangelickich i pomniki. Ten był zbudowany z tysięcy dobrej jakości klinkieru, posłużył do budowy domów, obór...Do naszych czasów prawie nic nie pozostało, szukając w krzakach można jego szczątki odnaleźć w okolicach ul. Miechowskiej...




Króciutki materiał zamieszczony wraz ze zdjęciem w Stettiner Nachrichten:

     Szczecińskie przedmieście Stare Podejuchy stworzyło jeden z najdziwniejszych i najpiękniejszych pomników poległych w I wojnie światowej na Müllenbergu, z którego rozpościerał się szeroki widok na Szczecin i dolinę Odry. 

   

                                  „Ginęli na całym świecie mając w ustach słowo Niemcy "

tak brzmi napis. Kula ziemska z brązowej cegły klinkierowej stała na 12-metrowej płycie w kształcie kwadratu. Kule miały średnicę ośmiu metrów. Miejsca ważnych bitew zostały oznaczone specjalnymi kamieniami. - Na razie nie udało się ustalić, czy ten zabytek się zachował ?.



Podjuchy – część miasta i osiedle administracyjne Szczecina, będące jednostką pomocniczą miasta. Przejściowo, w latach 1945–1948, samodzielne miasto. Wikipedia

Szczecin - Stettin - Pomnik cesarza Wilhelma - Pomnik żołnierzy Armii Czerwonej - Stettiner Nachrichten - 1956

 

     Ciekawy artykuł znalazłem w Stettiner Nachrichtem z grudnia 1956  roku w numerze 9, tłumaczenie własne. Jestm w posiadaniu prawie 80 egzemplarzy tego czasopisma.

    Zakręty historii.., był pomnik, już go nie ma. Tragiczna historia dwóch pomników, pierwszy z nich,  pomnuik ceszrza Wilhelma, dłuta niemieckiego rzeźbiarza Karla Hilgera przetrwał 38 lat (1912-1950), drugi z nich, pomnik poległych żołnierzy Armii Czerwonej przetrwał 67 lat  (1950-2017)...

     Jak ciekawy i piękny był ten pierwszy pomnik, niech świadczy pocztówka poniżej.

    

     


             

                                        

        W miejscu starego pomnika cesarza Wilhelma w Szczecinie, którego podstawowa figura przedstawia nasze górne zdjęcie, znajduje się pomnik poległych żołnierzy Armii Czerwonej. Radziecka gwiazda jest widoczna z daleka na smukłej kanciastej kolumnie. W porównaniu z wieloma innymi, głównie pompatycznymi i bombastycznymi zabytkami w innych miastach strefy radzieckiej, ten szczeciński zabytek stanowi niezwykły architektoniczny wyjątek.



Wikipedia:

Monument został odsłonięty w dniu 26 kwietnia 1950 (w piątą rocznicę wkroczenia wojsk radzieckich do Szczecina). Jego projektantem był Stanisław Rudzik, natomiast dekorację rzeźbiarską wykonał Józef Starzyński. Był to pierwszy polski pomnik w Szczecinie.

Pomnik miał formę wykonanego z żelbetu i obłożonego płytami z piaskowca obelisku (wysokości ok. 17 m), na którym umocowano nadnaturalnej wielkości rzeźby trzymających się za ręce robotnika i żołnierza. Obelisk do lipca 1992 zwieńczony był betonową, pięcioramienną gwiazdą. Ponieważ górująca nad miastem gwiazda była traktowana przez niektóre siły polityczne jako symbol radzieckiej dominacji została ona, na wniosek radnych miasta, usunięta i obecnie jest eksponowana w Centrum Dialogu „Przełomy”. Boki obelisku zdobiły herby miast pomorskich (ElblągaGdańskaGdyniKołobrzegu, Szczecina, TolkmickaUstki) z datami ich zdobycia przez Armię Czerwoną z udziałem jednostek ludowego Wojska Polskiego.

Usytuowanie pomnika i fragment jego nazwy mówiący o wdzięczności budził wiele kontrowersji, co pewien czas pojawiały się propozycje jego demontażu bądź przebudowy. Postulowano m.in. przeniesienie pomnika na Cmentarz Centralny lub na nowy cmentarz przy ul. Bronowickiej, umieszczenie na szczycie obelisku piastowskiego orła, przekształcenie pomnika w Pomnik Przełomów, ustawienie gwiazdy (która kiedyś wieńczyła pomnik) u jego podstawy, co symbolizować by miało upadek idei komunizmu, remont pomnika, przywrócenie gwiazdy na szczyt i odtworzenie pierwotnego wyglądu

Pod pomnikiem okresowo pojawiały się kwiaty i znicze od osób prywatnych, co było także widoczne na zdjęciach w przekazach prasowych. Kwiaty i znicze pojawiły się także na pustym miejscu tuż po rozebraniu pomnika.

Decyzją Rady Miasta Szczecin dnia 15 listopada 2017 roku rozpoczęła się rozbiórka pomnika. Część zasadnicza pomnika została usunięta 18 listopada 2017. Płaskorzeźba zostanie zabezpieczona a następnie przeniesiona na Cmentarz Centralny w Szczecinie, na co zgodę wydał wojewódzki konserwator zabytków.

poniedziałek, 26 kwietnia 2021

Szczecin - Stettin - Cmentarz urnowy - Urnenfriedhof - Stettiner Nachrichten - 1958

 

Ciekawy artykuł znalazłem w Stettiner Nachrichtem z grudnia 1958  roku w numerze 12, tłumaczenie własne. Jestm w posiadaniu prawie 80 egzemplarzy tego czasopisma.Wycieczka do Szczecina przez byłych mieszkańców tego miasta. Ciekawe opisy, oceny i analizy tamtych lat. W szczególności interesuje mnie opis cmentarza, jednego z największych w Europie...




Wikipedia:

Cmentarz Centralny w Szczecinie (do 1945 niem. Hauptfriedhof – Cmentarz Główny) – największy cmentarz w Polsce, trzeci co do wielkości w Europie i jeden z największych na świecie. Został założony w latach 1899-1900, we wschodniej części Gumieniec, według projektu Wilhelma Meyera-Schwartaua, a ostateczny kształt nadał mu Georg Hannig w 1918 r. Od jego otwarcia pochowano na nim ponad 300 tysięcy zmarłych, a jego dzisiejsza powierzchnia wynosi 172,33 ha

               Cmentarz urnowy całkowicie zarośnięty


     Cmentarz urnowy w pobliżu krematorium jest całkowicie zarośnięty, prawie wszystkie urny zostały strącone z podstaw i leżą w wysokiej trawie, wszystkie napisy są nadal rozpoznawalne. Nagrobek kapitana Hansa Schmidta, 1852-1924, ozdobiony reliefem cesarskiego orła, który służył jako tarcza strzelnicza, co jest widoczne po śladach kul. Na wielkich nagrobkach, z których część została zniszczona, odnotowaliśmy następujące nazwiska: Rolffs-Tiemann, Pagel, Adolf Gronau, Prezes Dyrekcji Celnej Richard Müller, Friedrich Zwech, Max Kaufmann, Julius Gaulke, Kökept, Helene Hahn, Leonhardt, Theodor Walter, rodzina Achenbach, Bernhard Bartelt, Gertrud Ziegen-Rücker, Dr. med. E. Harder, rodzina Paul Müller, Arthur Zwergel, Randolf (granit z imponującą płaskorzeźbą rolnika jest całkowicie nienaruszony), dyrektor browaru Arthur Troike, Karl Jäckel, Reichsbahnoberlandmesser Ludwig Müller, Knuth, rodzina Birkenstaedt, Hermann Waterstraat-Zumbusch, Radny Rządu Scheunemann, Schulze_Gocht, Gustav Rakow, Woelfert, Teopfer, Lüth, Gertrud Braun, Hans Knust, August Ahrens (1839-1912), Dr. Dyrektor gimnazjum Hugo Lemcke (1855-1935), duża płyta kamienna jest omszona, ale nietknięta, von Dewitz, Hoerder, Weiß, Nitsche (napis znikł)), Heinrich Wiegand. - Można określić więcej nazwisk, ale wyczerpanie psychiczne po pierwszym spotkaniu jest zdecydowanie zbyt duże, by móc postępować systematycznie. Główny cmentarz, do którego szczecinianie wyrażali swoją miłość i osobiste więzi, stał się upiornym cieniem samego siebie. Jego opuszczenie wpływa na serce bardziej niż jakiekolwiek inne cierpienie. Wysokie, ciemne drzewa, martwa cisza - żaden śpiew ptaków nie rozbrzmiewał w te parne letnie popołudnia - przemawiają mocniej niż najgłośniejszy okrzyk protestu z domu, którego nie można zapomnieć.


    Ale te myśli szybko znikają z hałaśliwej rzeczywistości. Po wojnie w Szczecinie urodziło się około 100 000 dzieci, a ich żywe życie stawia wymagania. W żadnym innym kraju w Europie nie widać tylu ciężarnych kobiet co w Polsce - w Szczecinie nadwyżka urodzeń jest najwyższa ze wszystkich miast nowego państwa polskiego, które jest mocno zakotwiczone na mapach Polski z obecnymi granicami w świadomości - nie tylko w przypadku Polaków. W samym Szczecinie działa 15 liceów ogólnokształcących oraz cztery placówki oświatowe o charakterze uniwersyteckim: politechnika w budynku zawodu budowlanego, rolnicza w sejmiku wojewódzkim (mieści się tu również Filharmonia), lekarska. - sale wykładowe znajdują się w poszczególnych szpitalach - i jeden wydział ekonomiczny w niedokończonej wcześniej szkole pedagogicznej w Westend-See.

    Pożegnanie ze Szczecinem było dla nas łatwe: taksówkarz siedział cicho i czytał gazetę, jako robotnik miejski dostaje za to tyle samo pieniędzy, jakby wysiadał i zajmował się bagażami podróżnych. Restauracje na dworcu są niemiłe i brudne, żadna kelnerka nie dba o gościa, który musi przynosić sam duże suche bułeczki z jedną z dwóch właśnie przygotowanych kiełbasek. Ten brak miłości w największym kontraście z tym, czego doświadczają polskie rodziny. Wszystko jest robione dla gościa, ciepła, ludzka atmosfera na chwilę pozwala zapomnieć o wszystkich sprawach losu, które tak nieszczęśliwie splotły oba narody. Nie da się uogólniać wydarzeń, które miały miejsce w 1939 roku - ale wszystkie prywatne opinie są przydatne, gdy czas działa, rzeczywistość i przyzwyczajenie ...
Odpowiedź w języku niemieckim na pytanie niemieckie w Szczecinie to kwestia szczęścia - zbyt wielu nowych mieszkańców osiedliło się z terenów wchodnich. Kasierka w kasie jednak na prośbę „Dwie pierwsze klasy do Gdańska!” wydaje odpowiednie karty. A potem pociąg zawiózł nas przez Stargard (Starogard), Belgard (Białogard), Köslin (Koszalin), Stolp (Słupsk) i Lauenburg, po nowe wrażenia ...


wtorek, 4 kwietnia 2017

Szczecin - Cmentarz ewangelicki - Lapidarium - Dewastacja

Do przewidzenia były moje obawy, że znajdą się idioci, którzy będą niszczyć odbudowane  cmentarze ewangelickie w Polsce. W ubiegłym tygodniu przeczytałem wiadomość o przewróceniu i zniszczeniu ponad 100 nagrobków na cmentarzu ewangelickim w Szczecinie.....
Obecnie na terenie całego kraju trwają prace na podobnych cmentarzach, robią to w 99,00 % grobersi, społecznicy. Tylko niewielki jest procent  Stowarzyszeń takich jak "FRYDHOF lub ANNA z Gostokowa, gdzie można ubiegać się o dotacje pozarządowe. Grobersi robią to za swoje pieniądze, poświęcają swój czas. Ostatnio głośno jest o dwóch Kolegach, którzy pracują na cmentarzu ewangelickim w Strykowie koło Łodzi. Są to Marcin Brzózka i Adrian Wielec, oni również poświęcają swój czas i pieniądze, aby totalnie zdewastowany cmentarz przywrócić w miarę możliwości do jak najlepszego stanu. Nie wyobrażam sobie, że któregoś dnia przyjdą do pracy i zobaczą podobny obrazek jak w Szczecinie.....Skąd w ludziach jest tyle nienawiści, głupoty i zacietrzewienia. Ile lat jest potrzebnych aby zrozumiano, że CI, którzy spoczywają na tych cmentarzach, tam żyli, pracowali, tworzyli historię, mogli spoczywać w godności i spokoju.

Dawny cmentarz przy ul. Ostrowskiej w Szczecinie zamieniają w park ...

www.gs24.pl › Wiadomości › Szczecin
11 paź 2016 - Wreszcie remontowany jest zapomniany cmentarz przy ul. Ostrowskiej. Zakończenie prac planowane w listopadzie.
Zdjęcia pochodzą z tego artykułu.



Żelechowa. Dzielnica mało znana, choć w historii miasta w XIX w. zyskała miano szczecińskiego Parnasu za sprawą mecenasów sztuki, Sophie Auguste Tilebein i jej męża Carla Gotthilfa. To tu, przy ul. Ostrowskiej, utworzono w XIX w. cmentarz na wzgórzu. Rozbudowany w 1905 r., funkcjonował do 1939 r. Nekropolia porównywana była do cmentarza Centralnego. Charakteryzowała się tarasową zabudową. We wschodniej części była kaplica pogrzebowa, która już nie istnieje. W latach siedemdziesiątych planowano utworzenie tu cmentarza komunalnego dla północnych dzielnic lub parku po cmentarnego, ale plany pozostały na papierze. W 2006 r. powstał projekt renowacji autorstwa Studia Architektury Krajobrazu „Ha-art”. Prace miały ruszyć w 2009 r., ale miasto nie przeznaczyło na nie pieniędzy. Nie pierwszy raz. Po wielu naszych artykułach, w 2008 r. Zakład Usług Komunalnych zrobił projekt renowacji całości, wyliczył koszty na 700 tys. zł, ale prezydent dał tylko 120 tys. zł, które w końcu przeznaczono na inne cele. Obecne prace mają kosztować 596 tys. zł, a wykonawcą jest firma Rosiek i Sobczyński. Renowacja wykonywana jest pod nadzorem Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków. Spod ziemi i warstwy zieleni wydobyto około 200 płyt nagrobnych. Odkopano schody, które wiodły w kierunku górnego tarasu zwieńczonego pomnikiem mieszkańców Żelechowej poległych w czasie I wojny światowej. Częściowo uporządkowano zieleń, wycinając samosiejki. Wytyczono też nowe alejki, wysypując je żwirem. Płyty nagrobne zostały posegregowane oraz ponownie zamontowane. Zakończenie całości prac przewidywane jest na listopad.

Czytaj więcej: http://www.gs24.pl/wiadomosci/szczecin/a/dawny-cmentarz-przy-ul-ostrowskiej-w-szczecinie-zamieniaja-w-park-zdjecia,10724640/


Wandale zdewastowali dawny cmentarz. Straty są ... - Radio Szczecin

radioszczecin.pl/1,352041,wandale-zdewastowali-dawny-cmentarz-straty-sa-og
1 dzień temu - Dawny cmentarz przy ulicy Ostrowskiej kilka miesięcy temu został odnowiony za blisko 600 tysięcy złotych. Poukładano i odnowiono ponad ...

Szczecin: zdewastowane groby na Cmentarzu Centralnym - Szczecin

wiadomosci.onet.pl/szczecin/szczecin-zdewastowane-groby-na-cmentarzu.../h895yr
22 cze 2015 - W Szczecinie zostały zdewastowane groby na Cmentarzu Centralnym. Nieznani sprawcy zniszczyli ponad 40 grobów, głównie granitowych.
Zdjęcia pochodzą z tego artykułu.

Nieznani sprawcy po raz kolejny zniszczyli lapidarium przy ulicy Ostrowskiej w Szczecinie. Tym razem zdewastowanych zostało 130 nagrobków.
Dawny cmentarz przy ulicy Ostrowskiej kilka miesięcy temu został odnowiony za blisko 600 tysięcy złotych. Poukładano i odnowiono ponad 300 zabytkowych poniemieckich nagrobków z XIX wieku.

- Rozmawialiśmy z policją, która wzmogła patrole, również straż miejska. Policjanci byli w okolicznych szkołach, rozmawiali z pedagogami na temat zachowania ich uczniów, ponieważ są pewne podejrzenia. Jeśli złapiemy sprawców, sprawa zostanie skierowana do sądu a koszty naprawy będą astronomiczne - mówi Andrzej Kus, rzecznik prasowy zakładu Usług Komunalnych w Szczecinie.

To już trzecia dewastacja szczecińskiego lapidarium. Poprzednim razem zniszczono 30 nagrobków. Zakład Usług Komunalnych obecnie czeka na wycenę strat i najprawdopodobniej podejmie się naprawy. Pieniądze będą pochodziły z puli przeznaczonej na bieżące utrzymanie parków.

czwartek, 1 grudnia 2016

Leśniowski Józef - Tarnopol - Legiony - Policja - Ludobójstwo - Stalin - Twer - Miednoje - Katyń !!!

Materiał zdjęciowy, który kupiłem w Hali Sportowej w Łodzi, podczas Ogólnopolskiej Giełdy Rzeczy Dawnych i Osobliwości, przed 8-10 laty. Sprzedający przekonywał mnie, że są to zdjęcia zamordowanego Policjanta, przez sowieckich morderców w Katyniu. Kupiłem za niemałą kwotę, dając mu wiarę... Byłem mocno rozczarowany, gdyż nie znalazłem wątku katyńskiego, odłożyłem te zdjęcia na półkę. Obecnie, przypadkowo wróciłem do tematu, znalazłem miejsce kaźni Aspiranta Policji Wojskowej w Tarnopolu. Od początku:
Jak podaje Polski Czerwony Krzyż, w piśmie z 1960 roku, że poszukiwany przez rodzinę, Józef Lesniowski, urodzony 20.III.1899, w Płotyczy, syn Floriana i Marii, nie został odnaleziony na terenie Związku Radzieckiego....,* kłamstwo!
Rodzina Leśniowskiego, po wysiedleniu z rodzinnego Tarnopola,wywieziona do łagrów sowieckich, dotarła do Polski i osiedliła się w Wołczakowie, gm.Dobra, woj. szczecińskie.. 
Według Wikipedii, posterunkowy Józef Leśniowski był ofiarą zbrodni katyńskiej, jeńcem obozu w Ostaszkowie, zamordowany w 1940 roku w Twerze, dawniejsza nazwa tej miejscowości Kalinin. Został pochowany w Miednoje..., był jednym z 5.500 policjantów rozstrzelanych przez sowieckich siepaczy !
Znaczki na zdjęciach są zabezpieczeniem, przez kopiowaniem, wszystkie z nich są moją własnością. Zainteresowanych tym tematem, proszę o kontakt.



Aspirant Policji Państwowej, Józef Leśniowski, w mundurze policyjnym. Oryginalne zdjęcie (zbiory własne).


Józef Leśniowski w mundurze legionisty, uczestnik wojny polsko-bolszewickiej, z tyłu zdjęcia ręczny zapis: "Pamiątka z 7/5.1920 roku Leśniowski Józef".



Najprawdopodobniej, zdjęcie ślubne Józefa Leśniowskiego z Marią. Ręczny zapis: " Pamiątka z 4/4.1920 z Tarnopola".



                                                         Rodzinne zdjęcie, bez podpisu.



                   Najprawdopodobniej Posterunek Policji w Tarnopolu, bez opisu.



                        

                           Zdjęcie na kartonie, duży rozmiar 10,5x17,5 cm, rodzinne, bez opisu. 



Zdjęcie na kartonie, duży rozmiar 10,5x17,5 cm, rodzinne, ręczny zapis:" Pamiątka 3/5 1918 rok -Tarnopol.


*St.przod. Szczepan Morawski - Tarnopol - Policja Panstwowa

policjapanstwowa.pl › ... › Albumy