Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sikorski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sikorski. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 24 kwietnia 2022

Feliks Bernas Lubecki - Armia Krajowa - Warszawa - Podziemie - Dwór Platerów - Ród Plater - Rękopis - 1939-45 - cz.17

 Okazało się, że pociąg dalej nie jedzie i że do majątku Platerów jest od stacji 5-6 km. Zrobiło się ciemno i raczej mało przyjemnie, bo na stacji nie było zywego ducha, poza kilkoma zajętymi pracą kolejarzami. Z niejakimi trudami dowiedziałem się o drogę i zacząłem brnąc przez jakiś las przy siępiącym coraz gęściej deszczu. Dobrnąłem jakoś szczęśliwie ok. 20 na miejsce, odnalazłem dom administratora i od jego zony i córki dowiedziałem się, że..... pan administrator w tym czasie wyjechał do Warszawy. Zakląłem brzydko pod nosem. Ze zmęczenia waliłem się z nóg, ale czekała mnie jeszcze kolacja z panią hrabiną, która dowiedziawszy się o przyjeździe kogoś z Warszawy, żądna była wieści ze Stolicy. Była to bardzo miła starsza pani. Musiałem opowiadać o wszystkim co dzieje się w Warszawie, o nastrojach, o ocenach jak długo jeszcze, o niemieckim krwawym szaleństwie. 


                                                            Plater – herb szlachecki.

Około godziny 23 czy 24 dano mi się położyć obiecawszy, że córka administratora obudzi mnie o 6, bo chciałem jak najszybciej znaleźć się w powrotnej drodze. Front słychać było potężnie, co poganiało mnie tym bardziej. Nie dane mi było dospać do 6. Około 4 walenie do drzwi. Zerwałem się na równe nogi myśląc, że to Niemcy, ale z za drzwi słychać było nerwowy krzyk córki administratora: "proszę pana, proszę się szybko ubierać, ludzie mówią że Rosjanie przerwali front i niedługo będziemy w kotle sowieckim!". Nie było mi to na rękę. Musiałem wracać do Warszawy. Ubrałem się błyskawicznie, podziękowałem sympatycznym paniom, które wcisnęły mi coś do jedzenia na drogę i pognałem w kierunku stacyjki. Mimo wczesnego ranka, po drodze spotkałem kilka osób, zmierzających w tym samym kierunku.

                                                           Platerów.

Źródło: 

www.wieze.geotor.pl


 Słychać było znacznie bliższą i głośniejszą kanonadę artyleryjską, co znakomicie wpływało na szybkość mojego poruszania się. Dotarłem do stacyjki w momencie, kiedy Niemcy zataczali i ustawiali niedaleko dworca ciężkie działa. Na stacji, w kierunku z którego przyjechałęm stały 2 pociągi towarowe. Lokomotywy pod parą, gotowe do odjazdu. Spotkałem polskiego kolejarza. Na moje pytanie wskazał mi pociąg który ma odjechać pierwszy. Doskoczyłem do niego. W wagonach, na słomie leżeli, bądź siedzieli żołnierze wehrmachtu. Podszedłem do jednego z wagonów, wyciągnąłem moje "żelazne papiery" i wyklinając w żywy kamień idiotów, którzy kazali mi w taki czas jechać tu po drzewo, prosiłem by pozwolili mi wejść, byle zaszyć się w słomę gdzieś w kącie. Nagle pociągiem wstrząsnęło. Zaczęła strzelać niemiecka artyleria, którą przed chwilą widziałem. Żołnierze zasunęłi drzwi, które po jakimś czasie ktoś z trzaskiem otworzył. Był to ów podoficer z mojego wagonu. Dojrzał mnie oczywiście i rozwarł gębę prawie zagłuszając własną artylerję. Oczywiście na mój temat. Tym razem, jak już to kiedyś przeżyłem wybronili mnie żołnierze. Pokazałem swoje dokumenty. Pluder jeszcze trochę posobaczył i pozwolił mi zostać. Po paru minutach pociąg ruszył. Ujechaliśmy może kilometr, kiedy rozległ się potężny huk. Wychyleni przez drzwi żołnierze powiedzieli, że to wysadzona została w powitrze stacja kolejowa. Widać było wyraźnie, że zdążyłem w ostatniej chwili. Zdążyłem wyjechać, teraz najważniejsze było, by wydostać z zaciskającej się wyraźnie pętli. Widać to było po śłupach dymu z lewej i prawej strony daleko przed nami i coraz głośniejszej kanonadzie. Pociąg wlókł się niemiłosiernie. Stawał czasem na parę godzin. W rozmowie z mymi towarzyszami podróży dowiedziałem się, że należą do tzw. Landesschützenbataillon (czyli batalion do obrony terytorialnej) i poruszają się w terenie na rowerach. Rzeczywiście rowery stały w wagonie. Nie był to zatem już kwiat armii, a stare kościane dziadki. Pisałem poprzednio, że z Siedlec do miejsca  mego przeznaczenia było ok.70 km., z tego drogi koleją nawet mniej Odcinek ten jechaliśmy w sumie w takim tempie, ze po całym dniu i całej nocy byliśmy ok.15 km od Siedlec. TEraz pociąg utknął na dobre, a moi "landwehrczycy" zabrali swoje rowey, wysiedli i pojechali wzdłuż toru w kierunku Siedlec. Czekanie w pociągu nie miało żadnego sensu. Poszedłem w ich ślady z tą tylko różnicą, ze per pedes apostolorum. Ranek był bardzo piękny, maszerowałem szybko tak, że ok.7 rano dochodziłem do miasta. Doszedłem do przejazdu kolejowego. Był zamknięty. Tuż za nim w kierunku dworca kolejowego stał pociąśg towarowy wyładowany działami i czołgami. Nie wiem, czy byłem bardziej bezczelny, czy zdesperowany - ominąłem zapory przejazdu i poszedłem do wagonu towarowego, otwartego, w drzwiach którego zwiesiwszy nogi, siedzieli młodzi żołnierze..."SS"....


Ród:Broel-Platerowie:

Podobno założycielem rodu był Herebold de Bröel zwany Plater, żyjący około 1160 roku w Unna w Hrabstwie Mark/Westfalii. Jego wnuk Jan rycerz Albrechta de Buxhoff, biskupa inflanckiego, otrzymał w nagrodę za dzielność lenno w Inflantach. Taki podobno był powód przesiedlenia się Platerów do Inflant i późniejszego spolszczenia rodu.

Według niektórych źródeł Platerowie pochodzą od westfalskiej rodziny von der Broel, której jeden członek w XIV, ożeniwszy się z ostatnią z rodu Platerów, przyjął podwójne nazwisko. Gałąź wygasłego w swej ojczyźnie w XVII w. rodu osiedliła się w XIV w. w Kurlandii, skąd rozprzestrzeniła się w Inflantach, na Żmudzi i Litwie. Pierwszym wzmiankowanym z tej gałęzi był w 1306, Albert, komtur wendeński. Inne źródła podają, że założycielem rodziny był występujący w Westfalii w 1210 roku Humpertus von dem Broele gennant Plater.

Platerowie tak jak większa część szlachty w Inflantach Polskich (Grotus, Hilzen, Wildenau, Manteuffel, Mohl, Reytan, Tyzenhaus, Weissenhof czy Zyberk) pochodziła z rodów niemieckiego rycerstwa mieczowców zwanych też kawalerami mieczowymi.

Platerowie szczycili się w rodzinie senatorami: Janem Andrzejem – wojewodą inflanckim w 1696, Fabianem – wojewodą inflanckim w 1705, Janem Ludwikiem – kasztelanem inflanckim w 1735, Ferdynandem Wilhelmem – marszałkiem litewskim 1739, Konstanty Ludwikiem – kasztelanem połockim 1754, wojewodą mścisławskim, i kasztelanem trockim, Kazimierzem Konstantym – kasztelanem trockim 1790 i podkanclerzym litewskim, oraz Ludwikiem kasztelanem Królestwa Polskiego 1829–1831. Godfrey Livo Miller zu Aichholz wziął ślub 30 października 1964 z Marią Antoniną Plater-Zyberk z Broelu hrabianką Plater (Mają), z tego związku urodził się w 1965 syn Aleksander Oskar, córka Maria Helena – 1968 i syn Joseph – 1970. Z rodziny Platerów wywodzi się polityk Róża Thun, której matka to Maria Woźniakowska z domu Plater-Zyberk. W okresie międzywojennym Platerowie zainteresowali się filmem i fotografią, m. in. Ludwik Plater-Zyberk i Ireneusz Plater-Zyberk byli reżyserami i producentami filmowymi, natomiast Stefan Plater-Zyberk był cenionym fotografem i prowadził agencję fotograficzną Foto-Plat. - Źródło Wikipedia.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------


Es stellte sich heraus, dass der Zug nicht mehr weiterfuhr und dass es vom Bahnhof bis zur Siedlung Platerów noch 5-6 km waren. Es wurde dunkel und ziemlich unangenehm, denn außer ein paar Eisenbahnern, die mit ihrer Arbeit beschäftigt waren, war keine Menschenseele auf dem Bahnhof zu sehen. Mit einiger Mühe fand ich den Weg und begann, im immer dichter werdenden Regen durch einen Wald zu waten. Irgendwie erreichte ich den Ort gegen 20 Uhr, fand das Haus des Verwalters und erfuhr von seiner Frau und seiner Tochter, dass der Verwalter zu dieser Zeit nach Warschau gefahren war. Ich fluchte leise vor mich hin. Ich war erschöpft, aber ich hatte noch ein Abendessen mit der Gräfin, die, nachdem sie von der Ankunft eines Mannes aus Warschau erfahren hatte, begierig auf Neuigkeiten aus der Hauptstadt war. Sie war eine sehr nette ältere Dame. Ich musste über alles reden, was in Warschau passierte, über die Stimmungen, über Einschätzungen, wie lange noch, über den deutschen blutigen Wahnsinn. 

    Gegen 23 oder 24 Uhr durfte ich mich hinlegen, nachdem man mir versprochen hatte, dass die Tochter des Verwalters mich um 6 Uhr morgens wecken würde, denn ich wollte so schnell wie möglich wieder auf dem Rückweg sein. Die Front war kräftig zu hören, was mich umso mehr anspornte. Ich konnte bis 6 Uhr nicht schlafen. Gegen 4 Uhr klopfte es an der Tür. Ich sprang auf und dachte, es seien Deutsche, doch hinter der Tür hörte ich den nervösen Schrei der Tochter des Verwalters: "Sir, bitte ziehen Sie sich schnell an, es heißt, dass die Russen die Front durchbrochen haben und wir uns bald im sowjetischen Kessel befinden werden". Das war nicht nach meinem Geschmack. Ich musste zurück nach Warschau. Ich zog mich schnell an, bedankte mich bei den netten Damen, die mir unterwegs etwas zu essen gegeben hatten, und eilte zum Bahnhof. Trotz des frühen Morgens traf ich auf dem Weg einige Leute, die in die gleiche Richtung gingen.

      Die Artilleriekanonade war viel näher und lauter zu hören, was sich sehr auf die Geschwindigkeit meiner Bewegung auswirkte. Ich erreichte den Bahnhof, als die Deutschen gerade anrollten und schwere Geschütze in der Nähe des Bahnhofs aufstellten. Auf dem Bahnhof, in der Richtung, aus der ich kam, standen zwei Güterzüge. Lokomotiven unter Dampf, bereit zum Abfahren. Ich habe einen polnischen Eisenbahner getroffen. Auf meine Frage hin wies er mich auf den Zug hin, der zuerst abfahren sollte. Ich bin darauf angesprungen. In den Waggons lagen oder saßen Wehrmachtssoldaten auf dem Stroh. Ich näherte mich einem der Wagen, holte meine "eisernen Papiere" heraus und verfluchte die Idioten, die mir befohlen hatten, zu einem solchen Zeitpunkt hier Holz zu holen, und bat sie, mich einsteigen zu lassen, um mich irgendwo in der Ecke im Stroh zu verstecken. Plötzlich rüttelte der Zug. Die deutsche Artillerie, die ich gerade gesehen hatte, begann zu schießen. Die Soldaten verriegelten die Tür, die nach einer Weile jemand mit einem Knall öffnete. Es war der Unteroffizier aus meinem Waggon. Er sah mich natürlich, öffnete den Mund und übertönte damit fast seine eigene Artillerie. Über mich, natürlich. Wie ich bereits erlebt hatte, verteidigten mich die Soldaten auch diesmal. Ich habe meine Unterlagen vorgelegt. Pluder schaute mich noch ein wenig an und ließ mich bleiben. Nach ein paar Minuten setzte sich der Zug in Bewegung. Wir hatten vielleicht einen Kilometer zurückgelegt, als ein gewaltiger Knall ertönte. Die Soldaten, die sich aus der Tür lehnten, sagten, es sei ein Bahnhof, der gesprengt worden sei. Es war klar, dass ich es im letzten Moment geschafft hatte. Ich schaffte es zu gehen, jetzt war es das Wichtigste, aus der sich deutlich verengenden Schlinge zu entkommen. Dies war an den Rauchschwaden links und rechts weit vor uns und dem immer lauter werdenden Kanonendonner zu erkennen. Der Zug schleppte sich unerbittlich. Manchmal blieb er für ein paar Stunden stehen. In einem Gespräch mit meinen Reisebegleitern erfuhr ich, dass sie zum so genannten Landesschützenbataillon gehörten und sich mit Fahrrädern im Gelände bewegten. In der Tat standen die Fahrräder im Wagen. Es war also nicht mehr die Blüte der Armee, sondern alte knochige Großväter. Ich habe schon einmal geschrieben, dass es von Siedlce bis zu meinem Ziel etwa 70 Kilometer waren, mit der Bahn sogar noch weniger. Diese Strecke legten wir in einem solchen Tempo zurück, dass wir nach einem ganzen Tag und einer ganzen Nacht etwa 15 Kilometer von Siedlce entfernt waren. Dann blieb der Zug endgültig stecken, und meine "Landwehrmänner" nahmen ihre Fahrräder, stiegen aus und fuhren die Gleise entlang in Richtung Siedlce. Im Zug zu warten, hatte keinen Sinn. Ich bin in ihre Fußstapfen getreten, mit dem einzigen Unterschied, dass ich per pedes apostolorum bin. Der Morgen war sehr schön, ich marschierte schnell, so dass ich gegen 7 Uhr morgens die Stadt erreichte. Ich erreichte den Bahnübergang. Sie wurde geschlossen. Gleich dahinter, in Richtung Bahnhof, befand sich ein mit Kanonen und Panzern beladener Güterzug. Ich weiß nicht, ob ich frecher oder verzweifelter war - ich umging die Schranken des Bahnübergangs und ging zu dem offenen Güterwaggon, in dessen Tür junge Soldaten mit hängenden Beinen saßen... "SS"....

Familie:Broel-Plater:

Der Gründer der Familie soll Herebold de Bröel, genannt Plater, gewesen sein, der um 1160 in Unna in der Grafschaft Mark/Westfalen lebte. Sein Enkel Johannes schlug Albrecht de Buxhoff, Bischof von Livland, zum Ritter und erhielt als Belohnung für seine Tapferkeit ein Lehen in Livland. Dies soll der Grund dafür gewesen sein, dass die Familie Plater nach Inflants zog und die Familie später polonisierte.

     Einigen Quellen zufolge stammt die Familie Plater von der westfälischen Familie von der Broel ab, von der ein Mitglied im 14. Jahrhundert durch Heirat mit dem letzten Mitglied der Familie Plater einen Doppelnamen annahm. Ein Zweig der Familie, der in seiner Heimat im 17. Jahrhundert ausstarb, ließ sich im 14. Jahrhundert in Kurland nieder, von wo aus er sich nach Livland, Samogitien und Litauen ausbreitete. Die erste Erwähnung dieses Zweigs stammt aus dem Jahr 1306: Albert, Kommandant der Vendee. Andere Quellen geben an, dass der Gründer der Familie Humpertus von dem Broele gennant Plater war, der 1210 in Westfalen auftauchte.

    Die Platters stammten, wie die meisten Adligen in den polnischen Inflants (Grotus, Hilzen, Wildenau, Manteuffel, Mohl, Reytan, Tyzenhaus, Weissenhof oder Zyberk), aus den Familien der deutschen Schwertritter, auch Schwertritter genannt.

    Die Platers hatten Senatoren in ihrer Familie: Jan Andrzej - Gouverneur von Livland im Jahr 1696, Fabian - Gouverneur von Livland im Jahr 1705, Jan Ludwik - Kastellan von Livland im Jahr 1735, Ferdinand Wilhelm - Marschall von Litauen im Jahr 1739, Konstanty Ludwik - Kastellan von Polotsk im Jahr 1754, Woiwode von Mstislawl und Kastellan von Troki, Casimir Konstanty - Kastellan von Troki im Jahr 1790 und Unterkanzler von Litauen, und Ludwik Kastellan des Königreichs Polen in den Jahren 1829-1831. Godfrey Livo Miller zu Aichholz heiratete am 30. Oktober 1964 Marie Antoinette Plater-Zyberk, geborene Broel, Gräfin Plater (Maja). Aus dieser Ehe gingen 1965 ein Sohn, Alexander Oskar, 1968 eine Tochter, Maria Helena, und 1970 ein Sohn, Joseph, hervor. Die Familie Plater brachte die Politikerin Róża Thun hervor, deren Mutter Maria Woźniakowska, geborene Plater-Zyberk, war. In der Zwischenkriegszeit interessierte sich die Familie Plater für Film und Fotografie, unter anderem waren Ludwik Plater-Zyberk und Ireneusz Plater-Zyberk Filmregisseure und -produzenten, während Stefan Plater-Zyberk ein geschätzter Fotograf war und eine Fotoagentur Foto-Plat betrieb. - Quelle Wikipedia.


---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

It turned out that the train was not going any further and that it was 5-6 km from the station to the Platerów estate. It became dark and rather unpleasant, as there was not a living soul at the station, except for a few railwaymen busy with their work. With some difficulty I found the way and started wading through some forest in the rain, which was getting thicker and thicker. Somehow, I reached the place around 8 p.m., I found the administrator's house and learned from his wife and daughter that the administrator had left for Warsaw at that time. I cursed under my breath. I was exhausted, but I still had dinner waiting for me with the countess, who, having learned of the arrival of someone from Warsaw, was eager for news from the capital. She was a very nice older lady. I had to talk about everything that was happening in Warsaw, about the moods, about assessments as to how much longer, about the German bloody madness. 

    Around 11 or 24 p.m. I was allowed to lie down having been promised that the administrator's daughter would wake me up at 6 a.m., because I wanted to be on my way back as soon as possible. The front could be heard powerfully, which drove me on all the more. I could not sleep till 6. About 4 there was a banging on the door. I jumped to my feet thinking it was Germans, but from behind the door I heard a nervous scream of the administrator's daughter: "sir, please get dressed quickly, people are saying that the Russians have broken the front and soon we will be in the Soviet cauldron!". This was not to my liking. I had to go back to Warsaw. I dressed quickly, thanked the nice ladies who had given me something to eat on the way and rushed towards the station. In spite of early morning, on the way I met some people going in the same direction.

     The artillery cannonade could be heard much closer and louder, which had a great influence on the speed of my movement. I reached the station just as the Germans were rolling up and setting up heavy guns near the station. On the station, in the direction from which I came, there were two goods trains standing. Locomotives under steam, ready to depart. I met a Polish railwayman. For my question he pointed out to me the train that was to leave first. I jumped on it. In the wagons, wehrmacht soldiers were lying or sitting on the straw. I approached one of the wagons, took out my "iron papers" and, cursing the idiots who ordered me to go here for wood at such a time, I asked them to let me enter, just to hide in the straw somewhere in the corner. Suddenly the train shook. German artillery, which I had just seen, started to shoot. The soldiers bolted the door, which after a while someone opened with a slam. It was the non-commissioned officer from my wagon. He saw me, of course, and opened his mouth, almost drowning out his own artillery. About me, of course. This time, as I had already experienced, the soldiers defended me. I showed my documents. Pluder looked at me a bit more and let me stay. After a few minutes the train moved. We had travelled maybe one kilometre when a powerful bang sounded. The soldiers leaning out of the door said that it was a railway station that had been blown up. It was clear that I had made it at the last moment. I managed to leave, now the most important thing was to get out of the clearly tightening noose. This was evident from the plumes of smoke from the left and right side far ahead of us and the increasingly loud cannonade. The train was dragging mercilessly. It sometimes stopped for a couple of hours. In a conversation with my travelling companions I learnt that they belonged to the so-called Landesschützenbataillon (that is a battalion for territorial defence) and they moved in the terrain on bicycles. Indeed, the bicycles were standing in the carriage. So it was no longer the flower of the army, but old bony grandfathers. I have written before that it was about 70 kilometres from Siedlce to my destination, even less by rail. We travelled this distance at such a pace that after the whole day and night we were about 15 kilometres from Siedlce. Then the train got stuck for good and my "landwehrers" took their bikes, got off and rode along the track towards Siedlce. Waiting in the train did not make any sense. I followed in their footsteps with the only difference being per pedes apostolorum. The morning was very beautiful, I marched quickly so that around 7 a.m. I reached the city. I reached the railway crossing. It was closed. Just behind it, towards the railway station, there was a freight train loaded with cannons and tanks. I don't know if I was more insolent or desperate - I bypassed the barriers of the crossing and went to the open freight car, in the door of which, dangling their legs, sat young soldiers... "SS"....

Family:Broel-Plater:

The founder of the family is said to have been Herebold de Bröel called Plater, who lived around 1160 in Unna in County Mark/Westphalia. His grandson John knighted Albrecht de Buxhoff, Bishop of Livonia, and received a fief in Livonia as a reward for his bravery. This was supposedly the reason why the Plater family moved to Inflants and later polonised the family.


According to some sources, the Plater family descended from the Westphalian von der Broel family, one member of which took a double surname in the 14th century when he married the last of the Plater family. A branch of the family, which died out in its homeland in the 17th century, settled in Courland in the 14th century, from where it spread to Livonia, Samogitia and Lithuania. The first person mentioned from this branch was in 1306, Albert, commandant of Vendee. Other sources state that the founder of the family was Humpertus von dem Broele gennant Plater who appeared in Westphalia in 1210.


The Plater family, like most of the nobility in the Polish Inflants (Grotus, Hilzen, Wildenau, Manteuffel, Mohl, Reytan, Tyzenhaus, Weissenhof or Zyberk) came from the families of German knights of the sword, also called sword knights.


The Platers boasted senators in their family: Jan Andrzej - Governor of Livonia in 1696, Fabian - Governor of Livonia in 1705, Jan Ludwik - Castellan of Livonia in 1735, Ferdinand Wilhelm - Marshal of Lithuania 1739, Konstanty Ludwik - Castellan of Polotsk in 1754, Voivode of Mstislavl and Castellan of Troki, Casimir Konstanty - Castellan of Troki in 1790 and Sub-Chancellor of Lithuania, and Ludwik Castellan of the Kingdom of Poland in 1829-1831. Godfrey Livo Miller zu Aichholz married Marie Antoinette Plater-Zyberk, née Broel, Countess Plater (Maja), on 30 October 1964, and from this union they had a son, Alexander Oskar, in 1965, a daughter, Maria Helena, in 1968, and a son, Joseph, in 1970. The Plater family produced the politician Róża Thun, whose mother was Maria Woźniakowska, née Plater-Zyberk. In the interwar period, the Plater family became interested in film and photography, among others Ludwik Plater-Zyberk and Ireneusz Plater-Zyberk were film directors and producers, while Stefan Plater-Zyberk was a valued photographer and ran a photo agency Foto-Plat. - Source Wikipedia.





niedziela, 10 kwietnia 2022

Feliks Bernas Lubecki - Armia Krajowa - Warszawa - Podziemie - Sokołów Podlaski - Rękopis - 1939-45 - cz.16

 

Tych Sarnak wsławionych osiągnięciami wywiadu A.K. , a dotyczącymi niemieckiej broni V1. Pociski tam właśnie padały, gdzieś w nadburzańskich bagnach, wystrzeliwane zdaje się z okolic Dębicy. Stamtąd dostałem się do wspomnianego majątku trochę piechotą, trochę jakimiś przygodnymi furmankami.. Gdzie po drodze nocowałem – nie pamiętam. Odszukałem administratora. Był, jak pamiętam, nieco wystraszony moją wizytą. Nocowałem w jakichś zabudowaniach gospodarskich tak, by mnie nikt nie widział. Woził mnie linijką gdzieś w pola. Spotykaliśmy jakichś ludzi. Przesuwa mi się to przed oczyma, jak bardzo zamglony obraz. Wróciłem do Warszawy po tygodniu. Ogłoszenie o „BIUrku” na Królewskiej. Spotkania z majorem Okoniem w Ogrodzie Saskim i tak płynął czas, aż do następnej podróży. Ta była znamienna dlatego, że epopeja warszawska jakby wisiała już w powietrzu i dlatego, że przeżyłem w tej podróży chyba najwięcej wrażeń. Miałem się dostać do administratora majątku hr. Platerów w Platerowie nad Bugiem. Rosjanie dochodzili już do Bugu, wobec czego podróżowanie dla cywila sprawiało nie lada trudności. Wyjechałem w kierunku Mińsk Mazowiecki – Siedlce. Trochę pociągiem osobowym, trochę towarowym, w każdym razie wczesnym popołudniem byłem już w Siedlcach. Tam wyraźna panika. Siedlce tej nocy było bombardowane. Czuło się front tuż, tuż. O dalszej jeździe w jakichś względnie normalnych warunkach nie było mowy. Ruch na stacji – to tylko transporty wojskowe. Rozglądam się zupełnie bezradny, bo do celu mojej podróży z Siedlec było ok. 70 kilometrów. Co robić? Nagle widzę znajomą twarz pięknej dziewczyny. Aż przetarłem oczy ze zdumienia. Zobaczyła mnie również i oboje w tym straszliwym bałaganie byliśmy ze spotkania bardzo szczęśliwi. Była to bratnia dusza, ale by tego dowieść muszę się nieco cofnąć z mym opowiadaniem. Nie pamiętam już z jakiego to z kolei zagrożenia, musiałem czasowo zmienić mieszkanie i znalazłem się, dzięki Stefanowi, u Irki Adamskiej – wtedy już Irki Witkowskiej, na ul. Terespolskiej na Grochowie. Tam, któregoś dnia na uroczystej kolacji (nie pamiętam powodu) poznałem właśnie tę bardzo przystojną panią, trochę chyba starszą ode mnie. Była duszą towarzystwa i z opowiadań przy stole wynikało, że praca konspiracyjna nie była jej obca. I to jakaś specjalna praca. Okazało się, że dziewczyna władała perfekt niemieckim i francuskim, że z jakimiś poleceniami często przemierzała trasę Berlin-Paryż. Było to bardzo intrygujące, ale były to czasy, w których nie zadawało się zbyt wielu pytań. Widziałem ją tam chyba raz, ale dzięki nieprzeciętnej urodzie, rozpoznałem bez trudu. Zapytana czy wraca do warszawy, czy jedzie gdzieś dalej – odpowiedziała, że dalej, tylko nie bardzo widzi możliwości. Po dalszej rozmowie okazało się, że jedziemy w tym samym kierunku (ona o jedną stację bliżej). Na jednym z peronów podstawiono jakiś trochę dziwny towarowo-osobowy pociąg niemiecki. Lokomotywa była pod parą. Obok kręcili się niemieccy żołnierze i jakiś oficer. Od kolejarzy polskich dowiedzieliśmy się, ze pociąg ten jechać ma zaraz w dogodnym dla nas kierunku. Nim się zorientowałem, dziewczyna już była przy oficerze niemieckim prosząc, by pozwolił nam jechać tym pociągiem. Podszedłem i ja, zaczęliśmy go maglować we dwoje, argumentując, że musimy jakoś wywiązać się z polecenia służbowego (ja oczywiście „nieśmiertelne” deski, ona – nie pamiętam już co). Oficer, nie mam żadnej wątpliwości, ze ujęty urokiem dziewczyny, machnął ręką na znak zgody, ale pod warunkiem, że pojedziemy na platformie z piaskiem przed lokomotywą. Kto przeżył okupację, ten pamięta, że Niemcy, aby chronić lokomotywę i resztę pociągu przed coraz częstszymi zamachami Ruchu Oporu – umieszczali przed lokomotywą platformę załadowaną piachem, aby w razie wybuchu na torach – ona wylatywała przed wszystkim w powietrze. Było nam oczywiście wszystko jedno, byle jechać. Wgramoliliśmy się na platformę i pociąg wkrótce ruszył. Jechał nawet dość szybko, ale zwalniał i zatrzymywał się przy każdym, najmniejszym nawet mostku kolejowym. Niemcy wyskakiwali z jakimiś paczkami, coś majstrowali i pociąg po jakimś czasie ruszał znowu. Zaczęliśmy te zabiegi ukradkiem obserwować i okazało się, ze Niemcy po prostu minują każdy most. Był to pociąg saperski. Wiedzieliśmy, że Rosjanie dochodzą podobno do Bugu, ale nie wiedzieliśmy, ze sytuacja jest tak poważna. Wobec częstych i dość długich postojów jazda przeciągała się. Dziewczyna wysiadła na jednej stacyjce przed moją – nie pamiętam dziś nazwy ani jednej, ani drugiej. Umówiliśmy się, raczej teoretycznie, że będziemy próbowali się spotkać na tej trasie jutro przed południem i wrócimy do warszawy razem, ale oboje wiedzieliśmy, ze szans na spotkanie nie ma. Dojechałem do mojej stacji już sam.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

These Sarnaks are famous for the achievements of A.K. intelligence. and concerning German V1 weapons. The missiles fell there, somewhere in the marshes by the river Bug river, fired I think from the vicinity of Debica. From there I got to the mentioned estate a bit on foot, a bit in some casual carts. Where I spent the night on the way - I don't remember. I found the administrator. He was, as I remember, a bit frightened by my visit. I spent the night in some farm buildings so that no one would see me. He drove me with a ruler somewhere in the fields. We met some people. It flashes before my eyes like a very hazy picture. I returned to Warsaw after a week. An announcement about "BIUrk" on Krolewska street. Meetings with Major Okon in the Saxon Garden and so time passed until the next journey. This one was significant because the Warsaw epic seemed to be already hanging in the air and because I probably experienced the most impressions on this trip. I was to get to the administrator of the estate of Count Plater in Platerowo on the Bug River. The Russians had already reached the Bug river, so travelling for a civilian was very difficult. I left in the direction of Minsk Mazowiecki - Siedlce. I took a little bit of a passenger train, a little bit of a goods train, and in any case, in the early afternoon I was already in Siedlce. There was a clear panic. Siedlce was bombarded that night. It felt like the front was just around the corner. There was no way I could continue my journey in relatively normal conditions. The traffic at the station - only military transports. I look around completely helpless as it was about 70 kilometres from Siedlce to my destination. What to do? Suddenly, I see a familiar face of a beautiful girl. I rubbed my eyes in astonishment. She saw me too and in this terrible mess we were both very happy to meet. She was my soul mate, but to prove it I have to go a bit back with my story. I don't remember anymore from what danger I had to temporarily change my flat and I found myself, thanks to Stefan, at the house of Irka Adamska - then already Irka Witkowska, in Terespolska Street in Grochów district. There, one day during a ceremonial dinner (I don't remember the reason) I met this very handsome lady, probably a bit older than me. She was the soul of the company and from the stories told at the table it seemed that underground work was not alien to her. And it was some kind of special work. It turned out that the girl had a perfect command of German and French, that she often travelled between Berlin and Paris with some orders. It was very intriguing, but those were times when one didn't ask too many questions. I think I saw her there once, but thanks to her unusual beauty, I recognized her without difficulty. When asked whether she was going back to Warsaw or going somewhere else, she replied that she was going further, but she did not really see the possibilities. After further conversation it turned out that we were going in the same direction (she was one station closer). On one of the platforms there was some kind of a strange German freight train. The locomotive was under steam. German soldiers and an officer were hanging around. From the Polish railwaymen we learned that this train was to go in a direction convenient for us. Before I knew it, the girl was already with the German officer, asking him to let us take the train. The two of us started to mangle him, arguing that we must somehow fulfil the official order (I, of course, "immortal" boards, she - I do not remember what). The officer, I have no doubt, taken by the girl's charm, waved his hand as a sign of consent, but on condition that we ride on a platform with sand in front of the locomotive. Those who survived the occupation will remember that the Germans, in order to protect the locomotive and the rest of the train from more and more frequent attacks of the Resistance Movement, placed a platform loaded with sand in front of the locomotive so that in case of an explosion on the tracks - it would fly out in front of everything. Of course, we didn't care, just go. We climbed onto the platform and the train soon set off. It was even going quite fast, but it slowed down and stopped at every railway bridge, even the smallest one. The Germans would jump out with some parcels, tinker with something and after a while the train would move again. We began to observe these operations surreptitiously and it turned out that the Germans were simply passing each bridge. It was a sapper train. We knew that the Russians were supposedly reaching the Bug River, but we did not know that the situation was so serious. Because of the frequent and quite long stops, the journey dragged on. The girl got off at one station before mine - I don't remember the name of either one or the other today. We agreed, rather theoretically, that we would try to meet on this route tomorrow before noon and return to Warsaw together, but we both knew that there was no chance of meeting. I arrived to my station already alone.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Diese Sarnaks sind berühmt für die Leistungen der A.K.-Intelligenz. und über deutsche V1-Waffen. Die Raketen fielen dort, irgendwo in den Sümpfen am Fluss Bug, abgefeuert, glaube ich, aus der Nähe von Debica. Von dort aus erreichte ich das besagte Anwesen ein wenig zu Fuß, ein wenig mit einigen lässigen Karren. Wo ich unterwegs übernachtet habe, weiß ich nicht mehr. Ich habe den Administrator gefunden. Er war, wie ich mich erinnere, ein wenig erschrocken über meinen Besuch. Ich verbrachte die Nacht in einigen landwirtschaftlichen Gebäuden, damit mich niemand sehen konnte. Er hat mich mit einem Lineal irgendwo in die Felder gefahren. Wir haben einige Leute getroffen. Wie ein verschwommenes Bild taucht es vor meinen Augen auf. Nach einer Woche kehrte ich nach Warschau zurück. Eine Ankündigung über "BIUrk" in der Krolewska Straße. Treffen mit Major Okon im Sächsischen Garten und so verging die Zeit bis zur nächsten Reise. Dies war wichtig, weil das Warschauer Epos bereits in der Luft zu hängen schien und weil ich auf dieser Reise wahrscheinlich die meisten Eindrücke erlebt habe. Ich sollte zum Verwalter des Anwesens des Grafen Plater in Platerowo am Fluss Bug gehen. Die Russen hatten bereits den Bug erreicht, so dass das Reisen für Zivilisten sehr schwierig war. Ich fuhr in Richtung Minsk Mazowiecki - Siedlce. Ich bin ein bisschen mit dem Personenzug gefahren, ein bisschen mit dem Güterzug, und auf jeden Fall war ich am frühen Nachmittag schon in Siedlce. Es herrschte eine deutliche Panik. Siedlce wurde in dieser Nacht bombardiert. Es fühlte sich an, als stünde die Front gleich um die Ecke. Es gab keine Möglichkeit, meine Reise unter relativ normalen Bedingungen fortzusetzen. Der Verkehr am Bahnhof - nur Militärtransporte. Völlig ratlos schaue ich mich um, denn von Siedlce bis zu meinem Ziel sind es etwa 70 Kilometer. Was ist zu tun? Plötzlich sehe ich das bekannte Gesicht eines schönen Mädchens. Ich rieb mir erstaunt die Augen. Sie sah mich auch, und in diesem schrecklichen Durcheinander waren wir beide sehr froh, uns zu treffen. Sie war meine Seelenverwandte, aber um das zu beweisen, muss ich in meiner Geschichte ein wenig zurückgehen. Ich weiß nicht mehr, aus welcher Gefahr heraus ich vorübergehend die Wohnung wechseln musste, und dank Stefan fand ich mich im Haus von Irka Adamska - damals schon Irka Witkowska - in der Terespolska-Straße im Stadtteil Grochów wieder. Dort traf ich eines Tages während eines feierlichen Abendessens (ich erinnere mich nicht mehr an den Grund) diese sehr hübsche Dame, die wahrscheinlich etwas älter war als ich. Sie war die Seele des Unternehmens, und aus den Geschichten, die am Tisch erzählt wurden, ging hervor, dass ihr die Arbeit unter Tage nicht fremd war. Und es war eine ganz besondere Arbeit. Es stellte sich heraus, dass das Mädchen die deutsche und französische Sprache perfekt beherrschte und oft mit Aufträgen zwischen Berlin und Paris unterwegs war. Es war sehr faszinierend, aber das waren noch Zeiten, in denen man nicht zu viele Fragen stellte. Ich glaube, ich habe sie dort einmal gesehen, aber dank ihrer außergewöhnlichen Schönheit habe ich sie ohne Schwierigkeiten wiedererkannt. Auf die Frage, ob sie nach Warschau zurückkehre oder woanders hingehen wolle, antwortete sie, sie wolle weitergehen, aber sie sehe die Möglichkeiten nicht wirklich. Nach einem weiteren Gespräch stellte sich heraus, dass wir in dieselbe Richtung fuhren (sie war eine Station näher). Auf einem der Bahnsteige stand eine Art seltsamer deutscher Güterzug. Die Lokomotive stand unter Dampf. Deutsche Soldaten und ein Offizier trieben sich dort herum. Von den polnischen Eisenbahnern erfuhren wir, dass dieser Zug in eine für uns günstige Richtung fahren sollte. Ehe ich mich versah, war das Mädchen schon bei dem deutschen Offizier und bat ihn, uns den Zug nehmen zu lassen. Wir beide fingen an, ihn zu zerfleischen, mit dem Argument, dass wir irgendwie den offiziellen Auftrag erfüllen müssen (ich natürlich, "unsterbliche" Bretter, sie - ich weiß nicht mehr was). Der Offizier, der zweifellos vom Charme des Mädchens angetan war, winkte mit der Hand als Zeichen der Zustimmung, allerdings unter der Bedingung, dass wir auf einem Bahnsteig mit Sand vor der Lokomotive fahren. Diejenigen, die die Besatzung überlebt haben, werden sich daran erinnern, dass die Deutschen, um die Lokomotive und den Rest des Zuges vor den immer häufigeren Angriffen der Widerstandsbewegung zu schützen, eine mit Sand beladene Plattform vor die Lokomotive legten, so dass diese im Falle einer Explosion auf den Gleisen vor allem wegfliegen würde. Natürlich war es uns egal, wir wollten einfach nur gehen. Wir kletterten auf den Bahnsteig, und der Zug fuhr bald los. Er fuhr sogar ziemlich schnell, wurde aber langsamer und hielt an jeder noch so kleinen Eisenbahnbrücke an. Die Deutschen sprangen mit einigen Paketen heraus, bastelten an etwas herum und nach einer Weile fuhr der Zug wieder. Wir begannen, diese Vorgänge heimlich zu beobachten, und es stellte sich heraus, dass die Deutschen einfach jede Brücke passierten. Es war ein Pionierzug. Wir wussten, dass die Russen angeblich den Fluss Bug erreicht hatten, aber wir wussten nicht, dass die Lage so ernst war. Wegen der häufigen und recht langen Stopps zog sich die Reise in die Länge. Das Mädchen stieg an einer Station vor meiner aus - ich weiß heute weder den Namen der einen noch der anderen Station. Wir vereinbarten, eher theoretisch, dass wir versuchen würden, uns morgen vor Mittag auf dieser Strecke zu treffen und gemeinsam nach Warschau zurückzukehren, aber wir wussten beide, dass es keine Chance auf ein Treffen gab. Ich kam bereits allein an meinem Arbeitsplatz an.



sobota, 9 kwietnia 2022

Feliks Bernas Lubecki - Armia Krajowa - Warszawa - Podziemie - Sokołów Podlaski - Rękopis - 1939-45 - cz.15

 

Jak w tej chwili sięgam pamięcią, okres mniej więcej do wybuchu Powstania, był to okres, w którym byłem w ciągłej gotowości. Kontakt do mnie miały łączniczki do mieszkania na Mokotowskiej – na hasło. Po takim kontakcie na ogół jechałem do skrzynki kontaktowej na Kolonię Grottgera na Mokotowie i tam dostawałem jakieś dokumenty. Pamiętam, że w domu, w którym była skrzynka, mieszkał również (w każdym miał mieszkanie) Kornel Makuszyński. Mijałem to mieszkanie, wchodząc po schodach. Miałem możliwość innego kontaktu. Tyczyło to na ogół kontaktu po przyjeździe z podróży konspiracyjnej. Był na ul. Królewskiej, blisko Marszałkowskiej dom (może uszkodzony, nie pamiętam), wsparty na chyba 2 potężnych kolumnach. Na jednej z nich naklejałem ogłoszenie, którego treść dokładnie pamiętam: „ biurko amerykańskie do sprzedania wiadomość...” Po krótkim czasie zgłaszała się do mnie na Mokotowską łączniczka.

    Pierwszy dalszy wyjazd – to podróż w okolice Białegostoku do księdza, który był znajomym Matki mojej przyszłej bratowej. Pojechałem tam z jej Matką. O ile pamiętam podróż ta przeszła bez żadnych zakłóceń. Miałem od „swojego” volksdeutscha papiery uprawniające mnie do zakupu drzewa w tamtych okolicach. Z takimi właśnie papierami wyjeżdżałem kilka razy.

    Drugą podróż odbyłem już samodzielnie. Mógł to być przełom czerwca i lipca 1944 roku. Podróżowanie nie było wtedy łatwe. Rosjanie byli już na naszych ziemiach, wobec czego tzw. Generalne Gubernatorstwo stało się (w każdym razie tereny bezpośrednio na zachód od Bugu) strefą przyfrontową. Już znacznie wcześniej podróżowanie koleją było bardzo utrudnione. Teraz trudności te były zwielokrotnione. Wierzyłem w swoje papiery, a przede wszystkim w swoje 21 lat. Pojechałem na dworzec Zachodni i tam wsiadłem do pociągu pospiesznego tylko dla Niemców (wracających na front z urlopu). Wagony były pulmanowskie. W jednym z przedziałów zobaczyłem wolne miejsce przy drzwiach. Wszedłem i wyjawiwszy cel podróży (jak zwykle po drzewo), zapytałem czy można tu zostać. Nikt nie miał nic naprzeciwko. Pociąg był już w ruchu, minął dworzec Główny, byliśmy na moście kolejowym, kiedy na korytarzu zobaczyłem patrol żandarmerii wojskowej, idący z biegiem pociągu. JA też tak siedziałem (z biegiem pociągu). Wtuliłem się w kąt wagonu i usiłowałem zasłonić się firaneczką. Już przechodzili dalej, kiedy ostatni odwrócił się i coś tam musiał dojrzeć świdrującymi ślepiami, bo zaszczekał do pozostałych, wrócili i otworzyli mój przedział. Rozwarcie niemieckiej mordy na cały regulator zna każdy, kto przeżywał okupację w kraju. „Was machst du hier? Das ist Urlauberzug nur für Soldaten! Papiere!” Kiedy zorientowali się, ze jestem Polakiem, ryk jeszcze się wzmógł. Teraz z pomocą przyszli mi „towarzysze” z przedziału. „Dajcie mu spokój, jedzie służbowo, przecież jest miejsce”. Mówili początkowo spokojnie, potem podniesionymi głosami (Byli to wermachtowcy, którzy jak wszyscy żołnierze na świecie mają swoisty stosunek do żandarmów i policji). Poza tym trzeba pamiętać, ze był to już rok 1944. Żandarmi w końcu machnęli ręką na zafajdanego cywila i poszli dalej. Odetchnąłem. W przedziale nastąpiło również odprężenie. Zaczęły się rozmowy. Tak dojechaliśmy do Małkini. Pociąg jechał w kierunku Białegostoku i dalej. Niestety musiałem wysiąść, bo to już o dla mnie nie po drodze. Pożegnałem moich „Obrońców” i znalazłem się na peronie stacji. Ruch dla cywili w ogóle tutaj się skończył. Co robić dalej? Musiałem na razie dostać się do Sokołowa Podlaskiego. Również do księdza, do którego jechałem, czego jeszcze nie zdążyłem napisać, z wielkim obrazem pod pachą. Obraz miał stanowić znak rozpoznawczy. Pomogli mi polscy kolejarze, którzy wskazali jakiś towarowy pociąg jadący w kierunku Siedlec. Wlókł się niemiłosiernie, w końcu dotarłem na miejsce. Z odszukaniem „mojego” księdza (Trzeba było jednak dyskretnie) nie miałem większych kłopotów, za to ksiądz okazał się dość mrukliwy. Próbował na mnie wrzeszczeć, dlaczego tak późno się zjawiłem i co te władze w Warszawie sobie myślą, ale wyjaśniłem spokojnie, ze spełniam tylko dany mi rozkaz i o niczym więcej nie wiem. Ksiądz, o ile sobie przypominam, nakarmił mnie i przenocował. Przychodzili w międzyczasie jacyś ludzie ciekawi wieści ze Stolicy. Następnego dnia musiałem jechać dalej. Jechałem do jakiegoś majątku pod Janowem Podlaskim, do administratora tego majątku. Dostać się tam nie było łatwo. Musiałem z Sokołowa Podlaskiego dojechać koleją do Siedlec, a stamtąd…. , stamtąd prawdopodobnie, gdzieś w okolice Sarnak.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

As far as I can remember at the moment, more or less until the outbreak of the Uprising, it was a period when I was on constant alert. I was contacted by women liaison officers in the Mokotowska street flat - on password. After such a contact I usually went to the contact box in Kolonia Grottgera in Mokotów and there I received some documents. I remember that Kornel Makuszyński also lived in the house where the box was located (he had a flat in each house). I passed that flat, climbing the stairs. I had the opportunity for other contact. It was usually contact after arriving from an underground trip. There was a house (maybe damaged, I don't remember) on Królewska Street, near Marszałkowska Street, supported by probably two huge columns. On one of them I pasted an advertisement whose content I remember exactly: " American desk for sale message...". After a short time a woman liaison officer reported to me in Mokotowska Street.

    My first trip was to Białystok to a priest who was a friend of my future sister-in-law's mother. I went there with her Mother. As far as I remember this journey passed without any disturbances. I had papers from "my" volksdeutsch, authorising me to buy wood in that area. I left several times with such papers.

    The second trip I made was already on my own. It might have been the turn of June or July 1944. Travelling was not easy then. The Russians were already on our lands, so the so-called General Government became a front zone (in any case, the areas directly west of the Bug River). Already much earlier, travelling by rail was very difficult. Now the difficulties were multiplied. I believed in my papers, and above all in my 21 years. I went to the West railway station and there I boarded an express train only for Germans (returning to the front from leave). The carriages were Pulman's. In one of the compartments I saw an empty seat by the door. I entered and, having revealed the purpose of my journey (as usual to get wood), I asked if I could stay there. Nobody had anything against it. The train was already moving, it had passed the Main Station, we were on the railway bridge, when I saw a military police patrol in the corridor, going with the flow of the train. I was also sitting like that (with the train running). I huddled in a corner of the carriage and tried to cover myself with a curtain. They were already passing on, when the last one turned around and must have seen something with his blind eyes, because he barked at the others, they came back and opened my compartment. The opening of the German murder to the full volume is known to anyone who has lived through the occupation in the country. "Was machst du hier? Das ist Urlauberzug nur für Soldaten! Papiere!" When they realised that I was Polish, the roar increased even more. Now my "comrades" in the compartment came to my aid. "Leave him alone, he's on business, there is room after all". At first they spoke calmly, then with raised voices (they were Wermacht soldiers who, like all the soldiers in the world, have a peculiar attitude to the gendarmes and the police). Besides, one must remember that it was already 1944. Finally, the gendarmes waved their hands at the civilian and went on. I took a breath. The compartment also relaxed. Conversations began. This is how we reached Malkinia. The train was going in the direction of Białystok and further. Unfortunately, I had to get off, because it was out of my way. I said goodbye to my "Defenders" and found myself on the station platform. The traffic for civilians stopped here altogether. What to do next? For the time being I had to get to Sokołów Podlaski. Also to the priest, to whom I was going, which I have not yet had time to write, with a large painting under my arm. The painting was to be a sign of recognition. I was helped by Polish railway workers who pointed out a freight train heading in the direction of Siedlce. It dragged mercilessly, but finally I arrived. I did not have much trouble finding "my" priest (it had to be discreet, though), but the priest turned out to be rather rude. He tried to yell at me about why I had come so late and what the authorities in Warsaw were thinking, but I explained calmly that I was only following an order and knew nothing more. The priest, as far as I remember, fed me and put me up for the night.  In the meantime some people came in, curious about the news from the capital. The next day I had to travel further. I was going to some estate near Janów Podlaski, to the administrator of this estate. Getting there was not easy. I had to get from Sokołów Podlaski by rail to Siedlce, and from there.... and from there probably somewhere in the vicinity of Sarnaki.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Soweit ich mich im Moment erinnern kann, war ich mehr oder weniger bis zum Ausbruch des Aufstandes in ständiger Alarmbereitschaft. Ich wurde von weiblichen Verbindungsbeamten in der Wohnung in der Mokotowskastraße kontaktiert - per Passwort. Nach einem solchen Kontakt ging ich in der Regel zur Kontaktbox in Kolonia Grottgera in Mokotów und erhielt dort einige Dokumente. Ich erinnere mich, dass Kornel Makuszyński auch in dem Haus wohnte, in dem sich der Kasten befand (er hatte in jedem Haus eine Wohnung). Ich ging an dieser Wohnung vorbei und stieg die Treppe hinauf. Ich hatte die Möglichkeit zu weiteren Kontakten. In der Regel handelte es sich um einen Kontakt nach der Ankunft von einer unterirdischen Fahrt. In der Królewska-Straße, in der Nähe der Marszałkowska-Straße, stand ein Haus (vielleicht beschädigt, ich weiß es nicht mehr), das wahrscheinlich von zwei riesigen Säulen getragen wurde. Auf einem von ihnen habe ich eine Anzeige aufgeklebt, an deren Inhalt ich mich genau erinnere: Nachricht "Amerikanischer Schreibtisch zu verkaufen...". Nach kurzer Zeit meldete sich eine Verbindungsbeamtin bei mir in der Mokotowska-Straße.

    Meine erste Reise ging nach Białystok zu einem Priester, der mit der Mutter meiner zukünftigen Schwägerin befreundet war. Ich war mit ihrer Mutter dort. Soweit ich mich erinnere, verlief diese Reise ohne jegliche Störungen. Ich hatte Papiere von "meinem" Volksdeutschen, die mich berechtigten, in diesem Gebiet Holz zu kaufen. Ich bin mehrere Male mit solchen Papieren weggegangen.

    Die zweite Reise unternahm ich bereits auf eigene Faust. Es könnte die Wende im Juni oder Juli 1944 gewesen sein. Das Reisen war damals nicht einfach. Die Russen waren bereits auf unserem Gebiet, so dass das so genannte Generalgouvernement zum Frontgebiet wurde (auf jeden Fall die Gebiete direkt westlich des Flusses Bug). Schon viel früher war das Reisen mit der Bahn sehr schwierig. Nun wurden die Schwierigkeiten vervielfacht. Ich habe an meine Papiere geglaubt, und vor allem an meine 21 Jahre. Ich ging zum Westbahnhof und stieg dort in einen Schnellzug nur für Deutsche (die aus dem Urlaub an die Front zurückkehrten). Die Kutschen gehörten Pulman. In einem der Abteile sah ich einen leeren Sitz neben der Tür. Ich trat ein und fragte nach dem Grund meiner Reise (wie üblich, um Holz zu holen), ob ich dort bleiben könne. Niemand hatte etwas dagegen. Der Zug war bereits in Bewegung, er hatte den Hauptbahnhof passiert, wir befanden uns auf der Eisenbahnbrücke, als ich eine Militärpolizeistreife im Korridor sah, die mit dem Zug mitfuhr. Ich habe auch so gesessen (bei laufendem Zug). Ich kauerte in einer Ecke des Wagens und versuchte, mich mit einem Vorhang zu bedecken. Sie fuhren schon weiter, als der letzte sich umdrehte und mit seinen blinden Augen etwas gesehen haben muss, denn er bellte die anderen an, sie kamen zurück und öffneten mein Abteil. Die Eröffnung des deutschen Mordes in vollem Umfang ist jedem bekannt, der die Besatzungszeit im Lande miterlebt hat. "Was machst du hier? Das ist ein Urlauberzug nur für Soldaten! Papiere!" Als sie merkten, dass ich Pole war, wurde das Gebrüll noch lauter. Nun kamen mir meine "Kameraden" im Abteil zu Hilfe. "Lassen Sie ihn in Ruhe, er ist geschäftlich unterwegs, es ist doch noch Platz". Zuerst sprachen sie ruhig, dann mit erhobener Stimme (es handelte sich um Soldaten der Wehrmacht, die wie alle Soldaten der Welt eine besondere Einstellung zu Gendarmen und Polizisten haben). Außerdem muss man bedenken, dass es bereits 1944 war. Schließlich winkten die Gendarmen dem Zivilisten zu und gingen weiter. Ich holte tief Luft. Auch das Abteil entspannte sich. Die Gespräche begannen. Auf diese Weise haben wir Malkinia erreicht. Der Zug fuhr in Richtung Białystok und weiter. Leider musste ich aussteigen, weil ich nicht mehr weiterkam. Ich verabschiedete mich von meinen "Defenders" und fand mich auf dem Bahnsteig wieder. Der Verkehr für Zivilisten kam hier ganz zum Erliegen. Was ist als nächstes zu tun? Ich musste erst einmal nach Sokołów Podlaski kommen. Auch an den Pfarrer, zu dem ich ging, was ich noch nicht schreiben konnte, mit einem großen Gemälde unter dem Arm. Das Gemälde sollte ein Zeichen der Anerkennung sein. Polnische Eisenbahner halfen mir und wiesen mich auf einen Güterzug hin, der in Richtung Siedlce fuhr. Es zog sich erbarmungslos hin, aber schließlich kam ich an. Ich hatte keine großen Schwierigkeiten, "meinen" Priester zu finden (er musste allerdings diskret sein), aber der Priester erwies sich als ziemlich unhöflich. Er versuchte mich anzuschreien, warum ich so spät gekommen sei und was die Behörden in Warschau denken würden, aber ich erklärte ruhig, dass ich nur einen Befehl befolgt habe und nichts weiter wisse. Soweit ich mich erinnere, gab mir der Priester zu essen und brachte mich für die Nacht unter.  In der Zwischenzeit kamen einige Leute herein, die sich über die Neuigkeiten aus der Hauptstadt informierten. Am nächsten Tag musste ich weiterreisen. Ich war auf dem Weg zu einem Gut in der Nähe von Janów Podlaski, zu dem Verwalter dieses Gutes. Der Weg dorthin war nicht einfach. Ich musste von Sokołów Podlaski mit der Bahn nach Siedlce fahren, und von dort.... und von dort wahrscheinlich irgendwo in der Nähe von Sarnaki.



piątek, 8 kwietnia 2022

Feliks Bernas Lubecki - Armia Krajowa - Warszawa - A. Kotowski "Okoń" - Podziemie - Rękopis - 1939-45 - cz.15

 

     Podobnie było z moją przyszłą bratową, z która po przyjęciu świątecznym, na ul. Ludwiki jechałem do jej rodziny do Ursusa, na resztę świąt Wielkanocnych. Dworzec Zachodni pełen żandarmów, legitymujących ludzi. Nie było wyjścia. Przytuleni do siebie, udając parę zakochanych, przeszliśmy szturmem, nie zaczepieni. Trzeci podobny przypadek miałem przy przenoszeniu się na nowe mieszkanie. Również do kuzynów Matki – pp. Malewskich, mieszkających na ul. Mokotowskiej, tuż przy Placu Trzech Krzyży. Jechałem tramwajem z Jurkiem Malewskim tuż przed godziną policyjną. Twierdził, że tak będzie bezpieczniej. Na rogu Żelaznej i Al. Jerozolimskich, gdzie musieliśmy się przesiadać, wpadliśmy w jakiś kocioł niemiecki. Udając podchmielonych, poszliśmy prosto na nich. Nie zaczepili. W ramach deprawacji Polaków – do pijaków mieli zgoła łagodniejsze podejście.

     Wracam do „Wydry”. Skontaktował mnie z bardzo przystojnym, szczupłym, wysokim, szpakowatym panem. Spotkaliśmy się w Ogrodzie Saskim na wyznaczonej ławeczce. W tymże Ogrodzie spotykaliśmy się później wielokrotnie. Chodziło o wywiad wojskowy, a ów pan, jak się później okazało, to major „Okoń”.

Batalion „Pięść”: Pluton „AgatonP” (zwany także oddziałem legalizacji „WD-68”) na cmentarzu Ewangelickim na Woli 1 sierpnia 1944 przed godziną „W”. Z niemiecką flagą pozuje major Alfons Kotowski „Okoń”, dowódca Batalionu „Pięść”

Alfons Kotowski ps. „Okoń” (ur. 14 sierpnia 1899, zm. 29 września 1944) – major piechoty Wojska Polskiego.

24 października 1922, po ukończeniu I Kursu Centralnej Szkoły Podoficerów Piechoty Nr 2 w Grudziądzu został mianowany podporucznikiem ze starszeństwem z dniem 1 sierpnia 1922 i 4. lokatą w korpusie oficerów piechoty z równoczesnym wcieleniem do 28 pułku Strzelców Kaniowskich w Łodzi. 30 września 1924 awansował na porucznika ze starszeństwem z dniem 1 sierpnia 1924 i 4. lokatą w korpusie oficerów piechoty. Był odznaczony Krzyżem Walecznych. W 1932 pełnił służbę w 44 pułku piechoty Strzelców Kresowych w Równem. 22 lutego 1934 awansował na kapitana ze starszeństwem z dniem 1 stycznia 1934 i 78. lokatą w korpusie oficerów piechoty. Walczył w kampanii wrześniowej. Od początku okupacji działał w polskiej konspiracji – najpierw w Związku Walki Zbrojnej, następnie w Armii Krajowej.

Od lipca 1944 był dowódcą batalionu „Pięść”, na czele którego walczył w powstaniu warszawskim. 16 sierpnia został dowódcą Grupy „Kampinos”, a 13 września 1944 dowódcą 13 pułku piechoty Armii Krajowej. Pod koniec września podjął na czele swego oddziału próbę przebicia się w rejon Gór Świętokrzyskich. Na skutek błędnych decyzji zakończyła się ona klęską. Grupa „Kampinos” została otoczona i rozbita przez Niemców 29 września 1944 w bitwie pod Jaktorowem. Kotowski zginął podczas tego boju w niewyjaśnionych okolicznościach. Został pochowany na cmentarzu wojennym w Budach Zosinych.

Został odznaczony Orderem Wojennym Virtuti Militari rozkazem dowódcy AK nr 507 z 11 VIII 1944. Uzasadnienie nadania mu krzyża Virtuti Militari brzmiało: „odznaczył się w walkach na terenie Grupy «Północ»”. Order został zweryfikowany pozytywnie uchwałą Kapituły Orderu Wojennego Virtuti Militari z dnia 13 października 2011

Zdjęcie i tekst pochodzi z Wikipedia.

Feliks Bernas Lubecki - Armia Krajowa - Warszawa - SKARŻYSKO - SZYDŁOWIEC - Podziemie - Rękopis - 1939-45 - cz.15

 

    Po wpadce w Skarżysku, nasz bohater musiał zniknąć, stąd wyjazd do Warszawy. Dalsza akcja dzieje się właśnie tam. Jego perypetie i udział w Powstaniu Warszawskim zajmują następne 75 stron! 

W Warszawie zainstalowałem się na Woli, na ul. Ludwiki, u kuzynów mojej Matki. Przyjęto mnie serdecznie i nie dano nigdy odczuć, ze przecież narażam ich swoją osobą (byli to pp. S i I. Wiecińscy z córkami Danusią i Aliną). Tam właśnie odnalazł mnie po 3 dniach od mego wyjazdu Staszek Michnowski, skierowany najpewniej przez mego brata Stefana i powiadomił o „wizycie” żandarmów i gestapo po mnie. Zostałem bez żadnych dokumentów, było bowiem rzeczą oczywistą, że oryginalnych używać nie mogę. Byłem poza tym „uwięziony” w mieszkaniu, nie chcąc pokazywać się i dodatkowo narażać wujostwa. Nadszedł 1.II.1944 i w Warszawie bomba! Zamach (udany) na generała SS i policji Kutscherę, ober kata Stolicy. To on tylko z funkcji wymieniany był na wszystkich czerwonych plakatach z nazwiskami rozstrzelanych Polaków. Oczywiście były represje, ale były one i bez takich powodów. O zamachu donosiło radio BBC z Londynu, jako o brawurowej akcji warszawskiego Kedywu, wykonanej w biały dzień w niemieckiej dzielnicy Warszawy. W ramach represji nałożono na miasto kontrybucję w wysokości 100 mln. Złotych, zaostrzono godzinę policyjną od 19 do 5 rano itd. Na temat kontrybucji ukazały się w mieście natychmiast napisy: „100 mln. Za Kutscherę, 200 damu za Himmlera, zapłacimy każdą sumę, lecz dostarczcie nam Hitlera” (cytuję z pamięci, w każdym razie sens był właśnie taki). Już 4-ego lutego zelektryzowała ludzi nowa wieść. Rano, na Nowym Świecie, Krakowskim Przedmieściu, Powiślu, Starym Mieście, Senatorskiej, Królewskiej, Kredytowej itd., chodzili policjanci i nakazali całej ludności tej części miasta do godziny 10 opuścić mieszkania, zabrać podręczne rzeczy i klucze zostawić u dozorców (mieszkania otwarte). Wyglądało to na wysiedlanie całych dzielnic. Jakie rozmiary miała przybrać ta akcja dalej – można się było tylko domyślać. Nie wiedziałem co robić, nie miałem przecież żadnych dokumentów. Dopiero w ciągu dnia rozeszła się wieść, że to „oczyszczano” trasę pogrzebu Kutschery, trasę przejazdu zwłok podobno na dworzec Gdański. W kondukcie miał brać udział Himmler, który – jak mówiono – był teściem Kutschery. Wiem, że nie piszę tu nic odkrywczego, są tona ogół znane fakty, ale emocji, w związku z brakiem dokumentów miałem rzeczywiście sporo. Dokumentów tych nie miałem jeszcze dość długo, bowiem dostarczona mi przez Organizację fałszywa Kennkarta okazał się marnie wykonana, że nie mogłem się zdecydować na jej używanie. Dopiero chyba w marcu, dzięki dojściom wyrobionym mi przez przyjaciół wujowstwa (między innymi bardzo pomogła mi pani o nazwisku Wężykowa) załatwiłem dokumenty, za które musiałem zapłacić. Za to kennkarta była oryginalna, był i duplikat z moim zdjęciem i odciskami palców, który wrócił do odpowiedniego urzędu, a wszystko to przyniesiono mi do domu. Nazywałem się odtąd Feliks Lubecki, ur. 4.III.1921 w Pińsku. Dodałem sobie 2 lata, dzień i miesiąc – to imieniny mej Matki, żeby łatwiej było zapamiętać. Ta sama pani Wężykowa załatwiła mi fikcyjną pracę w firmie drzewnej jakiegoś volksdeutscha na pobliskiej ul. Skierniewickiej. Sympatyzował on w tym czasie (może cały czas, tego nie wiem) z Ruchem Oporu, jak słyszałem dawał na ten cel jakieś składki. Praca ograniczała się do tego, że raz w miesiącu chodziłem do firmy i płaciłem za siebie składkę ubezpieczeniową, żeby właściciel nie musiał dopłacać.

    Przez „Wydrę”, który również oczywiście musiał opuścić teren Skarżyska, dostaję kontakt na Organizację w Warszawie. Byłem już według mnie i chyba ludzi z A.K. nieźle „zalegalizowany” w Stolicy, by można było rozpocząć dalszą pracę.Przed tym jeszcze o jednym zdarzeniu, które wiążę się pośrednio ze Skarżyskiem i epilog znajdzie już w Powstaniu. Miałem już pewną kennkartę, ale nie miałem załatwionej pracy, kiedy ze Stefanem wybrałem się na brydża do przyjaciela braci moich Staszka Łuczyńskiego. Mieszkał on z bardzo sympatyczną żoną i maleńkim dzieckiem na rogu ul. Franciszkańskiej i a. Oczywiście brydż był z kolacją i nocowaniem, bo godzina policyjna. Było bardzo przyjemnie, skończyło się tylko nie bardzo wesoło. Około godziny 5 rano gospodarze obudzili nas przerażeni. Obstawiony kompleks ulic (w każdy razie Mławska i Franciszkańska), stoją budy, żandarmi chodzą po domach, legitymują i wyciągają ludzi. Była to niedziela. Zdecydowałem się ze Stefanem szybko. Stefan miał „mocne” dokumenty, bo pracował w Ursusie w P.Z. Inż. (byłym) – wspominałem już o tym – ja – żadnych. Nie można było narażać gospodarzy. Ubraliśmy się błyskawicznie i wyszliśmy obaj. Brama naszego domu nie była jeszcze obsadzona, ale musieliśmy iść pewnie na Niemców, żeby wydostać się z tego kotła. Czy trafiliśmy na bardziej naiwnych, którym kazano tylko stać, czy …. właściwie nie wiem co. Przeszliśmy nie zaczepieni przez nikogo, głośno rozmawiając.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

In Warsaw I installed myself in Wola, on Ludwiki Street, with my mother's cousins. They welcomed me warmly and never let me feel that I was endangering them with my own person (they were Mr. and Mrs. S and I. Wieciński with their daughters Danusia and Alina). It was there that I was found 3 days after my departure by Staszek Michnowski, who was most probably directed by my brother Stefan, and who informed me about the "visit" of the gendarmes and Gestapo after me. I was left without any documents, as it was obvious that I could not use the original ones. Moreover, I was "imprisoned" in the flat, not wanting to show myself and further endanger my uncle. The 1st of February 1944 came and there was a bomb in Warsaw! The (successful) assassination of SS and police general Kutschera, the capital's executioner. It was him only by function that was mentioned on all red posters with the names of executed Poles. Of course there was repression, but there was repression even without such reasons. The assassination was reported on BBC radio from London, as a daring action of Warsaw Kedyw, executed in broad daylight in a German district of Warsaw. In repression, a contribution of 100 million zlotys was imposed on the city. As part of the repressions, a contribution of 100 million zlotys was imposed on the city, and a curfew from 7 to 5 a.m. was tightened. On the subject of the contribution, inscriptions immediately appeared in the city: "100 mil. For Kutschera, 200 damu for Himmler, we will pay any sum, but deliver us Hitler". (I quote from memory, in any case, the meaning was exactly that). Already on 4 February, people were electrified by the new news. In the morning, on Nowy Swiat, Krakowskie Przedmieście, Powiśle, Stare Miasto, Senatorska, Krolewska, Kredytowa etc. policemen were walking around and ordered the whole population of this part of the city to leave their flats by 10 a.m., to take handy things and leave the keys with the caretakers (flats were open). It looked like the eviction of entire districts. One could only guess what scale this action was to take on. I did not know what to do, after all I had no documents. It was only during the day that the news was spread that the route of Kutschera's funeral was being "cleared", the route of the corpse's transfer to the Gdañski railway station. Himmler, who was said to have been Kutschera's father-in-law, was to take part in the procession. I know that I am not writing anything revelatory here, there are tons of generally known facts, but emotions, due to the lack of documents, were really high. I didn't have the documents for quite a long time, because the fake Kennkarte provided to me by the Organization turned out to be poorly made, so I couldn't decide to use it. It was only in March, thanks to connections made for me by friends of my uncle's (among others a lady called Wężykowa helped me a lot), that I managed to get the documents, for which I had to pay. But the kennkarte was original, and there was also a duplicate with my photo and fingerprints, which went back to the appropriate office, and all this was brought home to me. From now on my name was Feliks Lubecki, born on 4.III.1921 in Pinsk. I added two years, a day and a month - these were my mother's name days, to make it easier to remember. The same Mrs. Wężykowa arranged a fictitious job for me in a timber company of a Volksdeutsche in the nearby Skierniewicka Street. At the time, he sympathized (maybe all the time, I don't know) with the Resistance Movement, and as I heard, he gave some contributions for this purpose. My work was limited to going to the company once a month and paying the insurance premium for myself, so that the owner did not have to pay extra.

     Through "Wydra", who also had to leave Skarżysko of course, I got a contact to the organisation in Warsaw. Before that, there was one more incident which was indirectly connected with Skarżysko and its epilogue would be found in the Uprising. I already had a certain kennkarte, but I did not have a job arranged, when Stefan and I went for a bridge game to a friend of my brothers, Staszek Łuczyński. He lived with his very nice wife and little child on the corner of Franciszkańska and A Street. Of course, the bridge was with supper and sleepover, because of the curfew. It was very pleasant, it only ended not very merrily. At about 5 a.m. the hosts woke us up terrified. A complex of streets was surrounded (in any case, Mławska and Franciszkańska streets), kennels were standing, gendarmes were going around the houses, checking IDs and dragging people out. It was Sunday. I decided with Stefan quickly. Stefan had "strong" documents, as he worked in Ursus in P.Z. Inż. (former) - I have already mentioned it - none. We could not endanger our hosts. We dressed in a flash and both of us went out. The gate of our house was not manned yet, but we had to go confidently at the Germans to get out of this cauldron. Whether we ended up with more naive people who were told to just stand there, or .... actually I don't know what. We passed without being accosted by anyone, talking loudly.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

In Warschau ließ ich mich in Wola, in der Ludwiki-Straße, bei den Cousinen meiner Mutter nieder. Sie nahmen mich herzlich auf und ließen mich nie spüren, dass ich sie mit meiner Person gefährde (es waren Herr und Frau S. und I. Wieciński mit ihren Töchtern Danusia und Alina). Dort wurde ich drei Tage nach meiner Abreise von Staszek Michnowski gefunden, der wahrscheinlich von meinem Bruder Stefan geleitet wurde und mich über den "Besuch" der Gendarmen und der Gestapo bei mir informierte. Ich wurde ohne Dokumente zurückgelassen, da es offensichtlich war, dass ich die Originaldokumente nicht verwenden konnte. Außerdem war ich in der Wohnung "eingesperrt", weil ich mich nicht zeigen und meinen Onkel nicht weiter gefährden wollte. Dann kam der 1.II.1944 und es gab eine Bombe in Warschau! Das (erfolgreiche) Attentat auf den SS- und Polizeigeneral Kutschera, den Henker der Hauptstadt. Er war die einzige Person, die auf allen roten Plakaten mit den Namen der hingerichteten Polen erwähnt wurde. Natürlich gab es Repressionen, aber es gab auch ohne solche Gründe Repressionen. Das Attentat wurde im BBC-Radio aus London als eine kühne Aktion der Warschauer Kedyw dargestellt, die am helllichten Tag in einem deutschen Stadtteil von Warschau ausgeführt wurde. Als Repressionsmaßnahme wurde der Stadt eine Abgabe von 100 Millionen Zloty auferlegt. Im Rahmen der Repressionen wurde der Stadt eine Abgabe von 100 Millionen Zloty auferlegt und eine Ausgangssperre von 7 bis 5 Uhr morgens verhängt. Zum Thema der Spende erschienen sofort Inschriften in der Stadt: "100 Millionen. Für Kutschera, 200 Damu für Himmler, wir zahlen jede Summe, aber liefert uns Hitler". (Ich zitiere aus dem Gedächtnis, auf jeden Fall war das genau so gemeint). Bereits am 4. Februar waren die Menschen von der neuen Nachricht elektrisiert. Am Morgen gingen in Nowy Swiat, Krakowskie Przedmieście, Powiśle, Stare Miasto, Senatorska, Krolewska, Kredytowa usw. Polizisten umher und forderten die gesamte Bevölkerung dieses Teils der Stadt auf, ihre Wohnungen bis 10 Uhr zu verlassen, handliche Sachen mitzunehmen und die Schlüssel bei den Hausmeistern zu lassen (die Wohnungen waren offen). Es sah aus wie die Vertreibung ganzer Stadtteile. Man konnte nur erahnen, welches Ausmaß diese Aktion annehmen würde. Ich wusste nicht, was ich tun sollte, denn ich hatte ja keine Dokumente. Erst im Laufe des Tages verbreitete sich die Nachricht, dass die Strecke der Beerdigung Kutscheras "geräumt" wurde, die Strecke der Überführung des Leichnams zum Danziger Bahnhof. Himmler, der angeblich Kutscheras Schwiegervater war, sollte an der Prozession teilnehmen. Ich weiß, dass ich hier nichts Enthüllendes schreibe, es gibt eine Menge allgemein bekannter Fakten, aber die Emotionen waren aufgrund des Mangels an Dokumenten wirklich hoch. Ich hatte die Dokumente lange Zeit nicht, denn die gefälschte Kennkarte, die mir von der Organisation zur Verfügung gestellt wurde, erwies sich als schlecht gemacht, so dass ich mich nicht dazu entschließen konnte, sie zu benutzen. Erst im März gelang es mir dank der Kontakte, die Freunde meines Onkels für mich geknüpft hatten (unter anderem half mir eine Frau namens Wężykowa sehr), die Dokumente zu bekommen, für die ich bezahlen musste. Aber die Kennkarte war das Original, und es gab auch ein Duplikat mit meinem Foto und meinen Fingerabdrücken, das an das zuständige Amt zurückging, und all das wurde mir nach Hause gebracht. Von nun an war mein Name Feliks Lubecki, geboren am 4.III.1921 in Pinsk. Ich habe zwei Jahre, einen Tag und einen Monat hinzugefügt - das waren die Namenstage meiner Mutter, damit ich sie mir besser merken kann. Dieselbe Frau Wężykowa vermittelte mir eine Scheinbeschäftigung in einem Holzbetrieb eines Volksdeutschen in der nahe gelegenen Skierniewicka-Straße. Damals sympathisierte er (vielleicht die ganze Zeit, ich weiß es nicht) mit der Widerstandsbewegung, und wie ich hörte, gab er einige Spenden für diesen Zweck. Meine Arbeit beschränkte sich darauf, einmal im Monat zum Unternehmen zu gehen und die Versicherungsprämie für mich selbst zu bezahlen, damit der Eigentümer nicht extra zahlen musste.

    Durch "Wydra", der natürlich auch Skarżysko verlassen musste, bekam ich einen Kontakt zu der Organisation in Warschau. Davor gab es noch einen weiteren Vorfall, der indirekt mit Skarżysko zusammenhing und dessen Nachspiel im Aufstand zu finden sein wird. Ich hatte schon eine gewisse Kennkarte, aber ich hatte keinen Job vermittelt bekommen, als Stefan und ich zu einem Bridge-Spiel zu einem Freund meiner Brüder, Staszek Łuczyński, gingen. Er wohnte mit seiner sehr netten Frau und seinem kleinen Kind an der Ecke Franciszkańska und A Street. Natürlich war die Brücke mit Abendessen und Übernachtung, wegen der Ausgangssperre. Es war sehr angenehm, es endete nur nicht sehr fröhlich. Gegen 5 Uhr morgens weckten uns unsere Gastgeber mit einem großen Schrecken. Ein Straßenzug wurde umstellt (auf jeden Fall die Mławska- und die Franciszkańska-Straße), Zwinger standen, Gendarmen gingen um die Häuser, kontrollierten die Ausweise und zerrten die Menschen hinaus. Es war Sonntag. Ich habe mich mit Stefan schnell entschieden. Stefan hatte "starke" Dokumente, da er in Ursus in P.Z. Inż. (früher) - ich habe dies bereits erwähnt - keine. Wir konnten unsere Gastgeber nicht gefährden. Wir zogen uns blitzschnell an und gingen beide hinaus. Das Tor unseres Hauses war noch nicht bemannt, aber wir mussten getrost auf die Deutschen zugehen, um aus diesem Kessel herauszukommen. Ob wir am Ende mehr naive Leute hatten, denen gesagt wurde, sie sollen einfach nur dastehen, oder ob wir .... hatten, weiß ich nicht. Wir gingen vorbei, ohne von jemandem angesprochen zu werden und unterhielten uns lautstark.