Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Obóz pracy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Obóz pracy. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 stycznia 2026

Z dni 1945 roku - Margarete Riske - Sikawa - Łódź - Der Heimatbote - 9/1953 - cz.8

                                                     WYJEŻDŻAMY DO NIEMIEC!

Wracamy do obozu koncentracyjnego Sikawa. Krążą tu plotki, że duża grupa osób starszych i chorych ma zostać wywieziona do Niemiec. Rzeczywiście pojawiła się komisja i przeszukiwała wszystkie pomieszczenia w poszukiwaniu odpowiednich osób. Miałam szczęście i znalazłam się wśród nich. Początkowo sytuacja nas, wyselekcjonowanych, pogorszyła się: trafiliśmy do specjalnych baraków, nie mieliśmy już miejsca na składowanie rzeczy, a wyżywienie też nie było już takie samo. Ale co to znaczyło w porównaniu z nadzieją na szybkie wyzwolenie? Mniej więcej 6 stycznia 1946 r. musieliśmy wszyscy ustawić się na dziedzińcu obozowym zaraz po otrzymaniu chleba i uważnie słuchać, kiedy zostaną odczytane nasze nazwiska. Było strasznie ślisko i mogliśmy chodzić tylko z wielką ostrożnością. Musieliśmy tak wytrzymać do godziny 14:00, aż wszystkie nazwiska zostały wywołane. Nie było żadnego jedzenia! W pośpiechu zabraliśmy wszystkie nasze bagaże i musieliśmy zgłosić się w określonym miejscu. Każdy dostał dwa kilogramy chleba i odrobinę tłuszczu, to było prowiant na drogę. Większość od razu włożyła tłuszcz do ust.

Chorzy i słabi zostali przewiezieni samochodami na stację kolejową; reszta z nas około godziny 3 rano podążała za nimi pieszo. Była to nieskończenie męcząca wędrówka. Cierpiałam nieludzkie męki i często miałam ochotę wyrzucić swój bagaż. Przepędzono nas przez całą Łódź, a nasza wędrówka zakończyła się gdzieś na dworcu towarowym. Przez pierwsze godziny byłam w pierwszych rzędach, a pod koniec szłam jako ostatnia, ciągle uderzana kolbą karabinu, ale biegłam jak ślimak. Pozostali już dawno znaleźli się w pierwszych wagonach, wepchnęli mój worek do środka, w końcu sama też tam dotarłam i wyczerpana opadłam na swój worek. Nie wiem, kiedy, czy i jak wszystko potoczyło się dalej...

Ocknęłam się dopiero, gdy pociąg ruszył. Świtał dzień i zauważyłam, że wokół mnie byli sami obcy ludzie. Nad głową miałam strzelnicę w wagonie, przez którą wytężyłam wzrok, aby rozpoznać okolicę. Wciąż obawialiśmy się, że zostaniemy przewiezieni do Rosji. Jednak kiedy dotarliśmy do okolic Poznania, wszystkie obawy zniknęły; zmierzaliśmy w kierunku ojczyzny, kraju, z którego kiedyś wyruszyli nasi przodkowie! Jechaliśmy od poniedziałku do czwartku. Po drodze czasami otwierano drzwi i pytano, czy są w wagonie zmarli i czy ktoś musi wyjść. Trzeba było się spieszyć, ale potem wagony często stały godzinami, zwłaszcza w nocy, na stacjach kolejowych. Przez całą podróż nie podano nam ani wody, ani żadnego innego płynu. Nie zjedliśmy naszych dwóch kilogramów chleba w ciągu trzech dni, nie mieliśmy już śliny, aby przełknąć chleb. Podróż trwała dalej, a w środę rano pociąg powoli przejechał przez zniszczony most na Odrze koło Frankfurtu. Po drodze wielokrotnie widzieliśmy zniszczenia i spustoszone krajobrazy, wojna przetoczyła się nad nimi! Ojczyzno! Gdzie podziała się twoja uroda i piękno? Została zniszczona przez wściekłą furię wojny, przez walce parowe armii! Tak, grzech jest zgubą ludzi, a kto chwyta za miecz, ten przez miecz zginie! Straszne jest, gdy Bóg cofa swoje błogosławione ręce! -

Wjechaliśmy na stację we Frankfurcie i usłyszeliśmy: wszyscy wysiadać! Najpierw odszukałam moich znajomych, a potem poszłam z nimi do kranu, żeby się umyć. Ach, to była nieopisana przyjemność!!! – Trudno nam było oswoić się z uczuciem, że możemy poruszać się samodzielnie, bez polskiego nadzoru. Wróciliśmy na peron i znaleźliśmy tam siostrę Anneliese, której właśnie nadzorca powierzył kierowanie transportem. Właśnie ogłoszono: wsiadać do pociągu do Berlina! Były to otwarte wagony towarowe, w których w pośpiechu szukaliśmy miejsca. Chorzy musieli zostać i mieli być przewiezieni dalej pociągiem sanitarnym. Siostra Anneliese była ciężko chora, ale zmusiła się z całych sił i wsiadła do naszego pociągu. Ogrzewaliśmy ją naszymi kocami i tak następnego ranka dotarła do Berlina, siedząc, ale z gorączką. Najpierw pogoda się zmieniła i zaczęło padać. Siedzieliśmy więc zmarznięci, głodni i zmęczeni w deszczu na naszych tobołkach, gdy pociąg zatrzymał się w półmroku. Personel odjechał, a my siedzieliśmy i czekaliśmy do jasnego poranka. 

Poranek minął, była chyba godzina 10. Podszedł do nas pracownik kolei i powiedział, że powinniśmy wsiąść do pociągu, do zamkniętego wagonu bydlęcego, abyśmy mogli schronić się przed ulewnym deszczem. Na stacji nie wiedzieli, co mają z nami zrobić. „Być może będziecie musieli wrócić do Polski!” – Cóż za wspaniała perspektywa! Z trudem udało się przesiąść i każdy szukał sobie suchego miejsca w wagonie. Starszy mężczyzna, który upadł podczas wysiadania, leżał w kałuży i nikt nie pospieszył mu z pomocą, ja również! – Teraz widzimy, że ktoś przyniósł gorącą wodę z lokomotywy, idziemy za nim jak stado i jaka to ulga, pozwolić, by gorąca woda spływała po nas, tchnęła nowe życie i dodała odwagi! Obserwujemy, jak kilku żołnierzy odłącza się od naszego transportu, mają bagaż na plecach i opuszczają nas. „Dokąd idziecie?” „Do mam”, i radośnie machają czapkami. – „Siostro Anneliese, masz tu swój dom rodzinny, chodź, my też wysiadamy”. I szybko, jakby ktoś mógł nas zatrzymać, spakowaliśmy nasze tobołki i czwórką ruszyliśmy w drogę. Kawałek wzdłuż nasypu kolejowego, a potem w dół do miasta, mijając niezliczone ruiny i gruzowiska. Co kilka kroków musieliśmy się zatrzymywać. Pani Süßmilch ciągle wymiotowała, a Anneliese nie mogła już chodzić. Miała silne bóle stawów. A my dwie pozostałe, oprócz naszego bagażu, niosłyśmy jeszcze rzeczy pozostałych dwóch. Zatrzymaliśmy przechodnia, pytając, czy nie moglibyśmy gdzieś dostać wózka. Roześmiał się: „Nie macie pojęcia o Berlinie”. Spotkaliśmy kilka młodszych kobiet z wózkiem ręcznym. Zwróciłem się do nich i zapytałem, dokąd zmierzają. Kiedy usłyszały, że chcemy dotrzeć do domu macierzystego diakonis w Dahlem, zgodziły się zabrać nasz bagaż. Nasza czwarta towarzyszka niedoli, pani Tutscheck, miała jeszcze tyle siły, że mogła iść z kobietami, a my trzy powoli podążaliśmy za nimi. Po południu dotarliśmy do domu diakonis, a siostra Anneliese przeżyła wzruszający „powrót do domu”: przełożona, siostry i lekarze powitali kobietę, którą uważano za zmarłą. Wszyscy zostaliśmy otoczeni wielką miłością, wykąpani, położeni do łóżek, zostaliśmy tam kilka dni i odpoczęliśmy od Sikawy i wszystkiego innego. Z nową energią kontynuowaliśmy podróż, najpierw do moich krewnych w Hohenleipisch, potem Anna Süßmilch udała się do Lipska, a ja do mojego syna w Tann koło Hersfeld. W jak wielkiej potrzebie łaskawy Bóg rozpostarł nade mną swoje skrzydła.

Księga Izajasza 38,17: Oto bardzo się bałem o pocieszenie. Ale Ty serdecznie przyjełeś moją duszę.

                                                                                                              Margarete Riske.


                                              ES GEHT NACH DEUTSCHLAND!

Wir kehren in das KZ Sikawa zurück. Hier wurde mittlerweile das Gerücht laut, daß ein großer Transport Alter und Kranker nach Deutschland fortgeschafft werden sollte. Tatsächlich erschien, eine Kommission und suchte in allen Räumen die Betreffenden heraus. Ich hatte Glück und geriet auch darunter. Zunächst änderte es sich mit uns Aussortierten zum Schlechten: wir kamen in besondere Baracken, hatten keinen Lagerplatz mehr und die Verpflegung funkte auch nicht mehr recht. Aber was bedeutete das gegenüber der Hoffnung, bald erlöst zu werden? Etwa am 6. Januar 1946 mußten wir uns gleich früh nach dem Brotempfang alle auf dem Lagerhof aufstellen und scharf aufpassen, wann unsere Namen verlesen würden. Es war furchtbares Glattes und wir konnten nur mit großer Vorsicht laufen. So mußten wir bis nachmittags 2 Uhr aushalten - bis alle Namen aufgerufen waren. Essen gab es keins! In Hast holten wir alle unser Gepäck und hatten uns an einer bestimmten Stelle einzufinden. Jeder bekam zwei kg Brot und einen Klecks Fett, das war die Wegzehrung. Das Fett steckten die meisten gleich in der Mund.

Die Kranken und Schwachen wurden mit Autos zur Bahn gefahren; wir übrigen trotteten gegen 3 Uhr auf Schusters Rappen hinterher. Es war ein unendlich saurer Gang. Ich habe mich unmenschlich gequält und hatte öfter Lust, mein Gepäck wegzuwerfen. Wir wurden durch ganz Lodz getrieben, draußen irgendwo auf einem Güterbahnhof endete unser Lauf. In den ersten Stunden war ich in den vorderen Reihen und in den letzten schleppte ich mich als allerletzte mit immer wieder mit seinem Gewehrkolben, doch ich lief wie eine Schnecke. Die anderen waren schon längst in die vorderen Wagen, würgte meinen Sack zur Tür hinein, kam schließlich selbst auch noch hinterher und sank erschöpft auf meinen Sack. - Wann, ob und wie alles weiter ging, weiß ich nicht...

Ich kam erst wieder zu mir, als der Zug fuhr. Der Tag graute und ich bemerkte, daß alles fremde Menschen um mich waren. Über mir eine Schießscharte im Wagen, dahinaus schaute ich angestrengt, ob ich die Gegend wohl erkennen würde. Wir befürchteten immer noch, nach Rußland transportiert zu werden. Doch als wir in die Gegend von Posen kamen, waren alle Befürchtungen verscheucht; es ging der Heimat entgegen, dem Lande, aus dem die Urväter einst ausgezogen waren! Wir fuhren von Montag bis Donnerstag. Unterwegs wurden manchmal die Türen geöffnet, gefragt, ob Tote drin seien und ob jemand austreten müßte. Das mußte ganz eilig gehen; hinterher aber standen die Wagen oft stundenlang, besonders in der Nacht, auf den Bahnhöfen still. Uns wurde auf der ganzen Fahrt weder Wasser noch sonst welche Flüssigkeit gereicht. Unsere zwei Kilo Brot haben wir in der drei Tagen nicht aufgegessen, wir hatten keinen Speichel mehr, um das Brot schlucken zu können. Es ging weiter, und am Mittwoch früh überquerte der Zug langsam die zertrümmerte Oderbrücke bei Frankfurt. Unterwegs hatten wir immer wieder Zerstörungen und verwüstete Landschaften gesehen, der Krieg war darüber hingebraust! Heimatland! Wo blieb deine Lieblichkeit und Schönheit? Zerfetzt war sie von der wütenden Kriegsfurie, von den Dampfwalzen der Heere! Ja, die Sünde ist der Leute Verderben und wer das Schwert nimmt, soll durch das Schwert umkommen! Furchtbar ist es, wenn Gott seine segnenden Hände zurückzieht! - 

Nun fuhren wir in den Bahnhof von Frankfurt ein und es hieß: alles aussteigen! Zuerst suchte ich meine Bekannten wieder und ging dann mit diesen zum Waschen an die Wasserleitung. Ach, das war ein unbeschreiblicher Genuß!!! - Das Gefühl, sich selbständig, ohne polnische Aufsicht bewegen zu dürfen, wollte uns nur schwer kommen. Wir gingen zum Bahnsteig zurück und fanden dort auch Schwester Anneliese wieder, die soeben vom Aufsichtsbeamten mit der Führung des Transportes beauftragt worden war. Soeben wurde ausgerufen: Einsteigen in den Zug nach Berlin! - Es waren offene Güterwagen, in denen wir uns in aller Hast einen Platz suchten. Die Kranken mußten zurückbleiben und sollten mit einem Sanitätszug weiterbefördert werden. Schwester Anneliese war schwerkrank, aber sie zwang sich mit aller Gewalt und stieg mit in unseren Zug ein. Wir verwahrten sie mit unseren Decken und so kam sie sitzend am anderen Morgen, jedoch fieberkrank, in Berlin an. Zuerst war Wetter um und es fing an zu regnen. So saßen wir frierend, hungrig und müde im Regen auf unserem Bündel, als der Zug im Dämmerlicht hielt. Das Fahrpersonal ging fort und wir saßen und warteten weiter, bis in den hellen Morgen hinein. - 

Der Morgen verging, es war wohl 10 Uhr. da kommt ein Bahnarbeiter und sagt uns, wir sollten in den Zug einsteigen, der geschlossene Viehwagen hätte, damit wir doch Schutz fänden vor dem strömenden Regen. Sie wüßten hier auf dem Bahnhof nicht, was sie mit uns anfangen sollten. "Vielleicht müßt ihr wieder nach Polen zurück!" - Das waren ja reizende Aussichten! Mit Mühe wurde das Umsteigen bewerkstelligt und jeder suchte sich im Wagen ein trockenes Plätzchen. Ein alter Mann, der beim Aussteigen gefallen war, blieb in der Pfütze liegen und keiner sprang ihm zu Hilfe, auch ich nicht! - Jetzt sehen wir, daß einer sich von der Lokomotive heißes Wasser holte, wir gleich wie die Herde hinterher und was für ein Labsal, das brühheiße Wasser sich  hinunterrinnen zu lassen, neues Leben einflößend und neuen Mut! Wir beobachten, wie einige Landser sich von unserem Transport lösen, sie haben ihr Gepäck auf dem Rücken und verlassen uns. "Wo wollt ihr denn hin?" "Zu Muttern", und freudig schwenken sie ihre Mützen. - "Schwester Anneliese, du hast dein Mutterhaus hier, komm, wir steigen auch aus". Und eilig, als könnte uns jemand halten, packten wir unser Bündel zusammen und machten uns zu viert auf den Weg. Ein Stück den Bahndamm entlang und dann hinunter in die Stadt, an zahlllosen Ruinen und Trümmerstätten vorbei. Alle paar Schritt mußten wir haltmachen. Frau Süßmilch übergab sich andauernd und Anneliese wollten die Beine nicht mehr tragen. Sie hatte heftige Gelenkschmerzen. Und wir zwei übrigen trugen doch außer unserem Gepäck noch die Habseligkeiten der beiden anderen. Wir hielten einen Vorübergehenden an, ob wir nicht irgendwo einen Wagen bekommen könnten. Der lachte: "Ihr habt ne Ahnung von Berlin." Ein paar jüngere Frauen begegneten uns mit einem Handwagen. Auch die sprach ich an und sie fragten, wo wir denn hin wollten. Als sie hörten, daß wir nach dem Diakonissenmutterhaus Dahlem wollten, erwiesen sie sich willig, unser Gepäck mitzunehmen. Unsere vierte Leidensgenossin, Frau Tutscheck, hatte noch so viel Kraft, mit den Frauen mitzugehen und wir drei schlichen im Schneckentempo hinterher. - Nachmittags langten auch wir im Diakonissenhaus an und Schwester Anneliese erlebte ein rührendes "Heimkommen": Oberin, Schwestern und Aerzte begrüßten die Totgeglaubte. Wir alle wurden in großer Liebe verpflegt, gebadet, in Betten gepackt, wir blieben einige Tage und erholten uns von Sikawa und allem anderen. Neugestärkt setzten wir die Reise fort, zunächst zu meinen Verwandten nach Hohenleipisch, dann ging Anna Süßmilch nach Leipzig und ich zu meinem Sohn nach Tann bei Hersfeld. In wie viel Not hat nicht der gnädige Gott über mich Flügel gebreitet.

Jesaja 38,17: Siehe, um Trost war mir sehr bange. Du aber hast dich meiner Seele herzlich angenommen.

                                                                                                             Margarete Riske. 




czwartek, 15 stycznia 2026

Z dni 1945 roku - Margarete Riske - Der Heimatbote - Obóz pracy - Ozorków - Sikawa - 3/1953 - cz.2

Chciałbym przeprosić czytelników, opuściłem numer 3/1953 Der Heimatbote, dlatego wstawiam ten materiał jako cz.2.

Kontynuujemy rozpoczętą w nr 2/53 relację z tamtych strasznych czasów. Zwracamy uwagę, że ważne jest, aby spisywać swoje przeżycia. Ludzka pamięć jest bowiem krótka, a z upływem lat wspomnienia blakną – już choćby z tego powodu warto poświęcić trochę czasu po pracy i spisać to, co się przeżyło!

                                                                                                                   D. Schr.

Przeszukiwanie i plądrowanie trwało nieprzerwanie, nie mieliśmy spokoju ani czasu, ani apetytu na jedzenie. Nasze sprzedawczynie były zajęte Polakami. Nadszedł wieczór i przerażała nas perspektywa nocy. Przekazaliśmy więc sklep naszej pierwszej sprzedawczyni i poprosiliśmy, aby zabrano nas wraz z najcenniejszymi rzeczami do posiadłości ojca, położonej nieco wyżej. Tutaj mieliśmy znaleźć spokój – ale ledwie rozłożyliśmy obóz, pojawiła się kolejna grupa Rosjan. Niektórzy z nich od razu skierowali się do sąsiedniego pokoju, gdzie siedzieli nasi dwaj mężczyźni. Usłyszeliśmy strzał i czekaliśmy w śmiertelnym strachu. W końcu „wyzwoliciele” wyszli. Pełni strachu weszliśmy do pokoju i oto nasi mężczyźni siedzieli cali i zdrowi przy stole. Oficer zajrzał do sąsiedniego pokoju, gdzie przy łóżku leżał duży pies myśliwski, który rycząc rzucił się na nieznajomego, a ten wystraszony strzelił, nie trafiając psa.

Teraz mogliśmy się położyć do łóżek. Jednak ponownie mieliśmy gości: nasz 79-letni ojciec miał pełnić rolę woźnicy i wskazać Rosjanom drogę. Przejechaliśmy spory kawałek i zatrzymaliśmy się przed knajpą. Ojciec pozostał w wozie i skorzystał z okazji, aby zniknąć w ciemności. Po długim marszu w końcu wrócił, a my poczuliśmy ulgę, widząc go ponownie.

Zrozumieliśmy, że nasza obecność w domu rodziców spowodowała tylko niepokój i niepewność, więc postanowiliśmy rano wrócić na naszą posesję. Tam panował ożywiony ruch! Polacy i Rosjanie, Rosjanie i Polacy, którzy „kupowali tanio”. Znani nam Polacy wydawali się zawstydzeni, gdy nas zobaczyli, ale nie broniliśmy się przed nimi i wszystko potoczyło się swoim biegiem. Około południa mój mąż został zabrany samochodem do „sądu” i pozostałam sama, sama wśród uwolnionych z łańcuchów, oszalałych Polaków, jako jedyna Niemka! Wtedy moje serce pełne niepokoju szukało oblicza Boga, ale nie znalazło odpowiedzi! Dlaczego zostałam, dlaczego nie pojechałam z córkami i wnukami? Czy była to wola Boża, czy moja własna droga? – Odetchnęłam z ulgą, gdy w końcu pod wieczór wrócił mój mąż. Nie można było mu bezpośrednio zarzucić winy, nie znaleziono też oskarżycieli i po wielu wahaniach ostatecznie uznano go za „niewinnego”.

Przed nami była kolejna noc i naprawdę śmiertelnie zmęczeni padliśmy na łóżka. Ach, w naszym domu nie było już żadnych zamykanych drzwi, żadnej klamki! I rzeczywiście! Znów pojawili się „goście”, wywołali mojego męża, ja pozostałam w łóżku, ogarnął mnie straszny strach i nagle cały pokój wypełnił się żołnierzami. Moja dusza woła do Boga: Panie Boże, wybaw mnie od tej hańby – i niezauważona wyjmuję protezę zębową z ust, aby wyglądać na starszą.

W tym momencie do mojego łóżka podchodzi otyły kapitan, odchyla je, chwyta mnie za klatkę piersiową i wykonuje ruch, jakbym miała się przesunąć na bok – patrzę na niego z uśmiechem, pokazując bezzębną szczękę, i potrząsam głową. Kapitan waha się przez chwilę, puszcza moje łóżko i daje żołnierzom znak, aby opuścili pokój. W ciągu kilku sekund pokój był pusty, a ja odczułem zbawczą łaskę mojego niebiańskiego Pana! Tymczasem strażnik z naładowanym pistoletem maszynowym prowadził mojego męża przed domem tam i z powrotem, trzymając go w szachu. Ubrałam się całkowicie, postanawiając, że nigdy więcej nie rozbiorę się do naga, co musiałem robić przez cały rok, ponieważ zawsze leżeliśmy tylko na pustych deskach.

Było jeszcze bardzo wcześnie, kiedy przyszli Polacy (wierni sąsiedzi), którzy prawdopodobnie spodziewali się, że zostaliśmy zabici, i chcieli teraz plądrować. Ponieważ jednak nadal żyliśmy, wycofali się nieco zawstydzeni. - Znów rozpoczął się dzień pełen niepokoju. - Bardzo potrzebowaliśmy snu, ale nie było żadnego spokojnego kącika, z wyjątkiem ogrodu za wielką stertą gałęzi, gdzie na śniegu mogliśmy spędzić kilka godzin w spokoju. Tylko pies Schmidta nas tu znalazł i patrzył na mnie wielkimi, pytającymi oczami, merdając ogonem! On też błąkał się bez domu i bez pana, ten czworonóg. Ponieważ nie ruszyliśmy się z miejsca, odszedł. - Nagle przed nami stanął dziadek Riske. „Ależ dzieci, chyba nie chcecie odebrać sobie życia, nie wolno tego robić”. Zapewniliśmy go, że jeszcze nie doszło do tego; wstaliśmy i postanowiliśmy przygotować sobie miejsce do spania na następną noc w koziarni. Zwykłych mieszkańców koziej zagrody, kozy, kurczaki i króliki, oddałem już pierwszego dnia dziadkowi naszej najmłodszej sprzedawczyni. Musieliśmy więc tylko rozrzucić słomę na oborniku i nowe „mieszkanie” było gotowe. Gdy zapadł zmrok, położyliśmy się spać. Nasz dom był miejscem spotkań dla wszystkich, przez otwarte drzwi wchodzili i wychodzili – a wciąż było wiele do zabrania. „Wszystko należy do wszystkich” – mówili „wyzwoliciele”, mając na myśli niemieckie mienie... Tutaj, w oborze, panowała natomiast niebiańska cisza, zakłócana jedynie przez myszy i szczury, które przemykały nad naszymi głowami. - Ta noc również minęła, a rano wkradliśmy się do domu, aby zobaczyć, jak będzie dalej. Mieszkanie, sklep, magazyny i podłoga wyglądały okropnie. W kuchni leżał zastrzelony nasz śliczny kotek, który był takim grzecznym zwierzątkiem, zawsze zostawiał mi myszki przed drzwiami i mruczał z zadowoleniem, kiedy go chwaliłam. - Z podłogi zabraliśmy stare łóżko ze słomianym materacem, a z kuchni dużą ławkę. Stół, krzesło i piec wraz z pierzyną i poduszką przenieśliśmy do stodoły, aby uczynić ją przytulną. Węgiel i ziemniaki również przeniosłem na tyły, dzięki czemu mogliśmy wytrzymać przez jakiś czas! Zburzyłam klatki dla królików przy ścianach i przybiłam do ścian duże arkusze papieru, które znalazłam jeszcze w sklepie. - Przez pierwsze dwa dni nasza najmłodsza sprzedawczyni przynosiła nam wieczorem, w półmroku, coś ugotowanego do jedzenia; potem sama jej poradziłem, żeby tego nie robiła, ponieważ wszystkim Polakom groziła kara śmierci za udzielanie Niemcom jakiejkolwiek pomocy. Wkrótce głód stał się naszym kucharzem, ponieważ nie mieliśmy już nic do kupienia. Kiedy skończyło się pieczywo, mieliśmy jeszcze ziemniaki i kiszoną kapustę, groszek i zapasy zebrane w magazynach. Szczury oczywiście nadal dokuczały nam przez kilka nocy, więc mój mąż przyniósł z poddasza pułapkę, która stała się zgubą dla potwora szczura – od tego czasu mieliśmy spokój.

Kilka razy siostra mojego męża przychodziła do nas do stodoły o zmierzchu, ukradkiem, i opowiadała o swoich trudnościach. Jej sklep również został okradziony i każdej nocy w mieszkaniu panowało ogromne podekscytowanie, ponieważ w domu były dwie córki w wieku od 15 do 18 lat. Podobnie wyglądała sytuacja innych Niemców w tamtym czasie. Mój mąż musiał codziennie zgłaszać się do urzędu pracy, gdzie przydzielano mu prace miejskie, kopał groby i grzebał zmarłych. Wkrótce ogłoszono, że kobiety również powinny się zgłaszać, ale ja nadal się wahałam. Z worka cukru uszyłam sobie spódnicę, która później bardzo mi się przydała. W tym czasie nadal ożywiały nas odgłosy armat, które raz były bliżej, raz dalej. Nie chcieliśmy wierzyć, że wszystko skończy się tak żałośnie. Nawet później, gdy słyszeliśmy szum samolotów lub widzieliśmy tylko maleńkie „słomki”, nasze nieśmiałe serca kurczyły się w strachu, aż wszystko znów pękało jak bańka mydlana.

                                                   (Ciąg dalszy nastąpi.)

Ich möchte mich bei den Lesern entschuldigen, dass ich die Ausgabe 3/1953 von Der Heimatbote ausgelassen habe, deshalb füge ich dieses Material als Teil 2 ein.

Wir setzen den in Nr. 2/53 begonnenen Erlebnisbericht aus jener Zeit des Schreckens fort. Wir weisen darauf hin, daß es wichtig ist, seine Erlebnisse zu Papier zu bringen. Denn - das menschliche Gedächtnis ist kurz und die Dinge verblassen im Laufe der Jahre - schon darum sollte man sich man Feierabend die Zeit nehmen und niederschreiben, was man durchgemacht hat! 

                                                                                                         D. Schr.

Das Durchsuchen und Plündern ging ununterbrochen weiter, wir hatten nicht Ruhe und Zeit noch Appetit zum essen. Unsere Verkäuferinnen waren mit den Polen beschäftigt. Nun kam der Abend und uns graute vor der Nacht. So übergaben wir das Geschäft unserer ersten Verkäuferin und ließen uns mit den wertvollsten Sachen zu Vaters Grundstück bringen, das etwas auf der Höhe lag. Hier sollten wir unsere Ruhe finden - kaum aber war das Lager hergerichtet, erschien schon wieder eine ganze Menge Russen. Einige wandten sich gleich ins Nebenzimmer, wo unsere beiden Männer saßen, wir vernahmen einen Schuß und harrten in tödlichen Bangen. Endlich gingen die "Befreier" hinaus. Voller Angst betraten wir den Raum, und siehe - unsere Männer befanden sich unversehrt am Tisch. Der Offizier hatte in Nebenzimmer geschaut, wo der große Jagdhund am Bett angelegt war, der war bellend auf den Fremden zugefahren und dieser hatte im Schreck geschossen, ohne den Hund zu treffen.

Nun legten wir uns zur Ruhe. Doch noch einmal kam Besuch:Unser alter,79 jähriger Vater sollte Fuhrmann spielen und den Russen den Weg zeigen,- Man fuhr dann ein gutes Stück: und machte vor einer Kneipe Halt. Vater war im Wagen sitzen geblieben und benutzte Gelegenheit, um im Dunkeln zu verschwinden. - Nach einem langen Marsch kam er dann endlich wieder an, und wir waren wie erlöst, ihn endlich wiederzusehen.

Uns war klar geworden, daß wir den Eltern durch unser Dortsein nur Unruhe und Unsicherheit ins Haus gebracht hatten, und so entschlossen wir uns, am Morgen wieder in unserer Grundstück zu gehen. Dort herrschte ein reger Betrieb! Polen und Russen, Russen und Polen, die "billig einkauften". Die bekannten Polen schienen ja verlegen, als sie unser ansicht wurden, doch wir wehrten ihnen nicht und es ging alles seinen Lauf. Gegen Mittag wurde mein Mann per Auto zum "Gericht" abgeholt und blieb allein zurück, allein unter den von Ketten gelassen, wildwordenen Polen, als einzige Deutsche! Da schaute das Herz voll Bangigkeit nach dem Angesichte Gottes und fand doch keine Antwort! Weshalb war ich geblieben, weshalb nicht mit meinen Töchtern und den Enkelkindern fortgefahren? War das wohl Gottes Wille oder war das ein eigener Weg? - Ich atmete erleichtert auf, als endlich gegen Abend mein Mann zurückkehrte. Man hatte ihm keine direkte Schuld nachsagen können, es hatten sich auch keine Verkläger gefunden, und nach vielem Hin und Her wurde endlich "Frei" gesprochen.

Wieder lag eine Nacht vor uns, und wahrhaft todmüde fielen wir ins Bett. Ach, in unserem Hause war keine Tür mehr verschließbar, keine Klinke mehr ganz! Und richtig! Wieder sind die "Besucher" da, rufen meinen Mann heraus, ich blieb liegen, es packt mich furchtbare Angst, und plötzlich steht die ganze Stube voll Soldaten. Meine Seele schreit zu Gott: Herr Gott, errette mich vor dieser Schande - und unbemerkt nehme ich meinen Zahnersatz aus dem Munde, um recht alt zu wirken.

Nun tritt ein feister Kapitän an mein bett, schlägt es zurück, greif nach meiner Brust und macht eine Bewegung, als sollte ich zur Seite rücken - ich schaute ihn mit meinem zahnlosen Munde gringsend an und schüttle den Kopf, er zögert einen Augenblick, läßt mein Bett los und gibt den Soldaten das Zeichen, das Zimmer zu verlassen. - In einigen Sekunden war das Zimmer leer und ich hatte fühlbar die rettende Gnade meines himmlischen Herrn erfahren! Ein Posten mit geladener Maschinenpistole hatte unterdes meinen Mann vor dem Hause hin und her geführt und ihn in Schach gehalten. Ich zog mich vollständig an, mit dem Vorsatz, mich nie wieder ganz auszuziehen, was ich dann auch das ganze Jahr durchführen mußte, da wir immer nur auf leeren Brettern zu liegen hatten.

Es war noch ganz früh, da kamen die Polen (getreue Nachbarn), sie hatten wohl erwartet, daß wir niedergemacht waren, und wollten nun plündern. Da wir aber noch lebten, zogen sie sich etwas beschämt zurück. - Wieder begann ein Tag voll Unruhe. - Wir hatten so sehr das Bedürfnis zu schlafen, doch da war kein ruhiges Eckchen, außer draußen im Garten hinter dem großen Reisighaufen, wo uns denn auf Schnee einige Stunden der Ruhe beschert waren. Nur Schmidts Waldmann stöberte uns hier auf und schaute mich mit großen, fragenden Augen schwanzwedelnd an! Er irrte ja auch heimat- und herrenlos umher, der Vierbeiner. Da wir uns nicht rührten, machte er sich wieder davon. - Plötzlich stand Opa Riske vor uns. "Aber Kinder, ihr wollt euch wohl das Leben nehmen, so etwas tut man doch nicht." Wir versicherten ihm, daß es soweit noch nicht wäre; wir standen auf und faßten den Entschluß, uns im Ziegenstall ein lager für die nächste Nacht herzurichten. Die gewöhnlichen Bewohner des Ziegenstalls, Ziege, Hühner und Kaninchen, hatte ich gleich am ersten Tage dem Großvater unserer jüngsten Verkäuferin gegeben. So brauchten wir uns nur Stroh auf den Dünger zu streuen und die neue "Wohnung" war fertig. Als es dämmerig geworden war, legten wir uns nieder. Unser Haus war eine Tummelstatt für jedermann, durch offene Türen ging es ein und aus - und es gab immer noch viel zu holen. "Alles gehört allen", sagten ja die "Befreier", sie meinten deutsches Hab und Gut... Hier im Stall dagegen himmlische Ruhe, nur Mäuse und Ratten unangenehm berührt, die über unseren Kopf hinweghuschten. - Auch diese Nacht ging vorüber und am Morgen schlichen wir uns ins Haus, um zu sehen, wie es weitergehen soll. Wohnung, Laden, Lagerräume und der Boden sahen ganz fürchterlich aus. In der Küche lag unser hübsches Kätzchen erschossen, das war solch ein braves Tierchen gewesen, es hatte mir immer seine Mäuschen vor die Tür gelegt und schnurrte behaglich, wenn ich es lobte. - Wir holten uns vom Boden ein altes Bettgestell mit Strosack aun aus der Küche die große Liegenbank. Tisch, Stuhl und Herd nebst einem Federbett und Kopfkissen trugen wir alles in den Stall, um ihn wohnlich zu machen. Kohle und Kartoffeln besorgte ich auch nach hinten, so konnten wir es schon ein Weilchen aushalten! Die Kaninchenställe an den Wänden riß ich ab und benagelte die Wände mit großen Papierbogen, die ich noch im Geschäft fand. - An den ersten beiden Tagen brachte uns unsere jüngste Verkäuferin abends im Dämmerlicht etwas Gekochtes zu essen; dann habe ich ihr selbst geraten, dies nicht mehr zu tun, da für alle die Polen Todesstrafe angedroht war, die den Deutschen irgendwie Hilfe leisteten. Bald war Schmalhans bei uns Küchenmeister, denn wir bekammen nichts mehr zu kaufen. Als das Brot alle war, hatten wir noch Kartoffeln und Sauerkraut, Erbsen und Lagerräumen aufgesammelt hatte. Die Ratten freilich ärgerten uns auch noch ein paar Nächte; da hat mein Mann vom Boden eine Falle geholt, und die ist gleich einem Biest von Ratte zum  Verhängnis geworden - seitdem hatten wir Ruhe.

Auf Schleichwegen kam einige Male meines Mannes Schwester im Dämmerlicht zu uns in den Stall und erzählte von ihren Nöten. Auch ihr Geschäft war ausgeraubt und jede Nacht gab es in der Wohnung unglaubliche Aufregungen, weil zwei Töchter von 15 bis 18 Jahren im Hause waren. Aehnlich erging es damals den anderen Deutschen. Mein Mann mußte sich im übrigen schon täglich beim Arbeitsamt melden, man zog ihn zu städtischen Arbeiten heran, er hatte Gräber zu schaufeln und Tote zu beerdigen. Bald hieß es, auch die Frauen sollten sich melden, doch ich hab immer noch gezögert. Aus einem Zuckersack nähte ich mir einen Rock, der mir später gute Dienste geleistet hat. - In jener Zeit belebte uns immer noch der Geschützdonner, der bald näher, bald in der Ferne zu hören war. Wir wollten nicht glauben, daß alles ein so klägliches Ende nehmen sollte. Auch später noch, wenn Flugzeuge surrten oder nur ganz winzige "Strohhalme" sich zeigten, dann griff unser zagendes Herz krampfhaft zu, bis alles wieder wie eine Seifenblase zerplatzte.

                                                   (Wird fortgesetzt.)

ßÄäÖöÜü



poniedziałek, 5 stycznia 2026

Z dni 1945 roku - Margarete Riske - Sikawa - Łódź - Der Heimatbote - 8/1953 - cz.7

                                               

                                                    „Pokój śmierci” Sikawy

Moim głównym zadaniem była opieka nad tak zwanym „pokojem śmierci”, który był najstraszniejszym miejscem w całym bloku. Było to wilgotne, zimne pomieszczenie, w którym biedni „skazani” cierpieli swoje ostatnie dni i noce na tej przeklętej ziemi... Trafiały tam również kobiety, które nie miały już siły kontrolować swojego ciała i się brudziły. Dopóki mieliśmy dostęp do szmat i wody, staraliśmy się utrzymać porządek. Wyprane rzeczy często wisiały nad głowami chorych przez 8 do 14 dni i nie wysychały, tak że pomoc okazywała się ostatecznie niemożliwa. Wtedy musieliśmy je zostawić i podawać im tylko jedzenie lub picie, aż w końcu umierali. Czasami odchody sięgały im czasami aż do szyi. Pojawił się sanitariusz ze swoją ekipą, załadował ich na nosze i kazał przenieść do schronu przeciwlotniczego. Matka pięciorga małych dzieci leżała tam kilka dni i gorzko opłakiwała swoje maleństwa, które musiała zostawić same w Łodzi u starej, niewidomej babci. W swoim wielkim smutku wciąż miała nadzieję na wyzdrowienie, ale bezlitosna śmierć i tutaj zebrała swoje żniwo. Większość krewnych nigdy nie dowie się, gdzie spoczywają ich bliscy, ponieważ nie prowadzono żadnych list...

Pewnego wieczoru stoję przy oknie i patrzę na zewnątrz. Widzę tam duży, długi wagon towarowy, który jest wypełniony po brzegi. „O rany”, pomyślałem, „co oni jeszcze dzisiaj wywożą?” i przyjrzałem się bliżej. Z przerażeniem zdałam sobie sprawę, że to wszystko są zwłoki, ciała, które załadowano, aby je wywieźć. Wywożono je przez bramę na samym końcu obozu i wrzucano do głębokich dołów, które wykopano dzień wcześniej. – Tak zakończyło się wiele ludzkich losów! Kto w życiu może przewidzieć, jak umrze! Czy zostanie pochowany jak pies, czy też złożony w chłodnej ziemi przy uroczystych pieśniach pogrzebowych! To mądre zrządzenie losu, że nie wiemy tego wcześniej i nie możemy się tego dowiedzieć – – –.

Nadszedł dzień, w którym wprowadzono polską obsługę pielęgniarską i mogliśmy zostać z dala. Było nam wtedy znacznie łatwiej, ale żal nam było naszych biednych chorych. W tym czasie często musieliśmy też chodzić na „odwszenie”, nie pytano, czy ktoś jest chory, czy nie, po prostu trzeba było go nieść. A w czasie, gdy rzeczy, które miały być odwszczeszane, znajdowały się w kotle, musieliśmy czekać na nie zupełnie nago. Najpiękniejsze było to, że kocioł czasem się psuł i czekanie trwało godzinami, a my nie wiedzieliśmy, jak się chronić przed mrozem. Na szczęście całe to czekanie, nadzieja i oczekiwanie, stanie w kolejkach w końcu się skończyło. - Również w naszym obozie kobietom obcinano włosy. Sama siedziałam już gotowa do strzyżenia, kiedy przyszło mi do głowy, żeby zapytać: „Myślę, że personelowi pielęgniarskiemu nie obcina się włosów?”. Na co fryzjer odpowiedział: „Należy pani do sióstr?”. No i jaki był wynik? Pozostawił mnie bez strzyżenia! Po raz kolejny miałam powód, aby szczególnie dziękować Bogu!

                                                                   Przełom roku

Zbliżały się Boże Narodzenie i Nowy Rok, a w tych dniach podwójnie odczuwaliśmy nienawiść pijanych strażników. W tym czasie różne grupy prosiły mnie o modlitwę, ale ledwo miałam na to czas i siły. W noc sylwestrową około godziny 23 wszyscy zostaliśmy wyprowadzeni z baraków i musieliśmy ustawić się na zewnątrz. W ciągu dnia kilku z nas się wymknęło i teraz trzeba było przez wiele godzin przeprowadzać liczenie. Taka była nasza „zabawa” w noc sylwestrową. Niektóre baraki musiały biegać i robić „kapelusze”, a my byliśmy wielokrotnie liczeni i besztani. W końcu musieliśmy wejść do baraków po kolei, jeden za drugim, a przy drzwiach ponownie nas policzono. Około godziny 2 w nocy pozwolono nam w końcu położyć się na naszych łóżkach. Tak dla nas wyglądał początek roku 1946. Co on nam przyniesie?! Kiedy tak staliśmy na dziedzińcu obozu i patrzyliśmy w cudowne nocne niebo z blaskiem gwiazd, z miriadami świecących punktów w nieskończonej przestrzeni, bardzo chcielibyśmy spojrzeć w przyszłość i, podobnie jak niegdyś astrologowie, wyczytać coś dla siebie z orbit gwiazd. Ale Pan mądrze postanowił, że nie możemy tego zrobić!

Nie wiemy, co nas czeka: głód i nędza, niewolnictwo i tyrania, zaraza i drogie czasy lub śmierć, a może też ucieczka od złych warunków do dobrych, powrót lepszych dni, wolność i prawo – dobrze, że przyszłość pozostaje tajemnicą, że nie możemy jej zasłony podnieść. Wszystko jest w rękach Boga; to, co On czyni, jest dobrze; Jego wola pozostaje sprawiedliwa. Jak mówi ta pieśń, człowiek powinien kroczyć po ziemi ze złotą laską wiary, zwracać się do bliźniego z aniołem miłości w duszy i patrzeć w górę na gwiazdkę nadziei, która wypełnia nasze serca radością i z daleka otwiera nam niebo, wieczną ojczyznę, do której wszyscy kiedyś dążymy.

                                                                   (ciąg dalszy nastąpi)

                                                       Aus den Tagen von 1945.

                                                Das "Sterbezimmer" von Sikawa

Meine Hauptaufgabe bestand in der Betreuung des sogenannten "Sterbezimmers", das war das Grauenhafteste im ganzen Block. Ein feuchtes, kaltes Zimmer, wo die armen "Ausgefertigten" ihre letzten Tage und Nächte auf dieser fluchwürdigen Erde durchlitten . . . Auch die Frauen, die keine Kraft mehr über ihren Körper hatten und Sich verunreinigten, kamen dort hinein. Solange uns noch Lumpen und Wasser zur Verfügung, standen, versuchten wir Ordnung zu schaffen. Die gewaschenen Sachen hingen aber oft 8 bis 14 Tage über den Köpfen der Kranken und wurden nicht trocken, so daß, sich ein Helfen schließlich als unmöglich herausstellte. Dann mußten wir sie liegen lassen und reichten innen nur mal Essen oder Trinken, bis sie früh als Tote ausgelitten hatten. Dann reichte ihnen der Kot manchmal bis zum Hals hinauf. Der Sanitäter erschien mit seiner Mannschaft, lud sie auf die Tragbahre und ließ sie in den Luftschutzkeller befördern. - Eine Mutter von fünf kleinen Kindern lag einige Tage da und klagte bitterlich um ihre Kleinen, die sie in Lodz' bei der alten blinden Großmutter allein hatte zurücklassen müssen. Im großen tiefen Weh hoffte sie immer noch auf Genesung, aber der gnadenlose Tod hielt auch hier seine Ernte. Die meisten Angehörigen hören wohl nie, wo ihre Lieben geblieben sind; denn es wurden keine Listen geführt . . .

Eines Abends stehe ich gerade am Fenster und schaue ein bißchen hinaus. Da sehe ich draußen einen großen, langen Tafelwagen, der hoch vollgeladen ist. "Nanu", denke ich, "was fahren denn die heute abend noch?" und schaue genauer hin. Da erkenne ich mit Grauen, daß das alles ausgezogene Tote sind, alles Leichen, die man zum Fortfahren aufgeladen hat. Sie werden zum Tor hinausgefahren, ganz am Ende des Lagers, und dort in tiefe Gruben geworfen, die man tags zuvor hat ausgraben lassen. - So endete dort menches, manches Menschenschicksal!! Wer ahnt auch im Leben, wie er einst sterben wird! Ob man ihn wie einen Hund verscharrt oder ob man ihn unter feierlichen Grabgesängen in die kühle Erde bettet! Es ist eine weise Fügung Gottes, daß wir es vorher nicht wissen und nicht erfahren können - - -.

Es kam der Tag., an dem polnisches Pflegepersonal eingeführt wurde und wir wegbleiben konnten. Wir hatten es dann viel leichter, aber unsere armen Kranken taten uns doch leid. Zu jener Zeit mußten wir auch oft in die "Entlausung", da wurde nicht gefragt, ob einer krank war oder nicht, der mußte eben getragen werden. Und in der Zeit, wo die Sachen, die entlaust werden sollten, sich im Kessel befanden, mußten wir splitternackt darauf warten. Das Schönste: der Kessel ging auch mal kaputt und da dauerte es Stunden, diese Warterei, und wir wußten uns vor Frost nicht zu lassen. Ein Glück, daß alles Warten, Hoffen und Harren, Schlangestehen doch einmal ein Ende hat. - Auch in unserem Lager wurden den Frauen die Haare geschnitten. Ich selbst saß schon zum Schneiden bereit, da fiel mir ein zu sagen: "Ich denke, dem Pflegepersonal werden die Haare nicht abgeschnitten?" Darauf der Haarscherer: "Gehören Sie denn mit zu den Schwestern?" Na - und das Ergebnis? Er ließ mich ungeschoren laufen! Wieder einmal hatte ich Grund, meinem Gott besonders zu danken! 

                                                    Jahreswende 

Weihnachten und Neujahr rückten heran, und in diesen Tagen bekamen wir von dem betrunkenen Aufsichtspersonal den Haß doppelt zu spüren. Damals wurde ich von verschiedenen Stuben zum Andachthalten aufgefordert, kaum reichten mir Zeit und Kräfte dazu. - In der Neujahrsnacht wurden wir alle gegen 23 Uhr von den Lagern geholt und müßten draußen Aufstellung nehmen. Es waren tagsüber einige ausgekniffen, und nun mußte stundenlang gezählt werden. Das war unser "Vergnügen" in der Silvesternacht. Einige Baracken mußten Dauerlauf und "Schapkes" machen und es wurde wieder und wieder gezählt und geschimpft. Schließlich mußten wir zimmerweise, im Gänsemarsch einer nach dem anderen, reingehen und an den Türen wurde nochmals gezählt. So gegen 2 Uhr durften wir uns endlich auf unseren Lagern niederstrecken. Das war für uns der Beginn des Jahres 1946. Was würde es alles bringen?! - Wenn wir so auf dem Lagerhof stunden und zu dem wunderbaren nächtlichen Himmel mit seinem Sternen glanz hinaufschauten, mit den Myriaden leuchtender Punkte in einem unendlichen All, dann hätte man gar zu gern einen Blick in die Zukunft getan und wie einst die Astrologen aus den Bahnen der Gestirne etwas für sich selbst herausgelesen. Aber der Herr hat es weise eingerichtet, daß wir das nicht können! Daß wir nicht wissen, was uns beschieden ist: Hunger und Elend, Sklaverei und Tyrannis, Pestilenz und teure Zeit oder der Tod oder vielleicht auch ein Entrinnen aus bösen in gute Verhältnisse, wieder bessere Tage, Freiheit und Recht - es ist gut, daß das Zukünftige ein Geheimnis bleibt, daß wir den Schleier von ihm nicht heben können. - Alles steht in Gottes Händen; was Er tut, das ist wohlgetan; es bleibt gerecht Sein Wille. Wie es in jenem Liede heißt, soll der Mensch am goldenen -Wanderstabe des Glaubens über die Erde schreiten, mit dem Engel der Liebe in seiner Seele sich zu seinem Nächsten kehren und aufwärts schauen zu dem  Sternlein des Hoffens, das uns die Brust mit Wonne füllt und uns von fern den Himmel offen hält, die ewige Heimat, der wir einst alle zustreben. 

                                                                   (Schluß folgt)

Z dni 1945 roku - Margarete Riske - Sikawa - Łódź - Der Heimatbote - 7/1953 - cz.6

 

Byliśmy już od jakiegoś czasu w Sikawie. Stopniowo do obozu wracały również inne grupy, które nadal pracowały na wsi. Od czasu do czasu mieliśmy szczęście spotkać starych znajomych. Niemal codziennie raz lub dwa razy w naszych barakach pojawiali się nadzorcy, mężczyźni lub kobiety. Te ostatnie były jednak znacznie bardziej złośliwe; strażnicy mieli po prostu nieco więcej rozsądku niż strażniczki. Gdy strażnik pojawiał się w drzwiach, musieliśmy wyskakiwać z naszych łóżek i ustawiać się obok siebie w szeregu – z rękami przy szwach spodni! Jeśli w ciągu dnia nie mieliśmy pracy, nie wolno nam było się kłaść. Pomieszczenie było dobrze wypełnione: „mieszkaliśmy” na trzech piętrach, jeden nad drugim! Pewnego dnia nagle pojawił się strażnik. Stara, mocno opuchnięta kobieta nie podniosła się tak szybko, jak trzeba, co w jej stanie było całkowicie niemożliwe, więc ten brutal uderzył ją batem, wypchnął nogami za drzwi, a my nadal słyszeliśmy uderzenia i przekleństwa! Wszyscy staliśmy jak sparaliżowani, nikt nie śmiał oddychać, głęboko wstrząśnięci, każdy wrócił na swoje miejsce; czyż nie mogliśmy wszyscy spodziewać się, że następnym razem doświadczymy czegoś podobnego, że na własnej skórze poczujemy takie barbarzyńskie, niesprawiedliwe uderzenia batem? Nigdy więcej nie widzieliśmy tej kobiety, na pewno została pobita na śmierć!

Tak właśnie w Sikawie tak często przeżywaliśmy niezapomniane chwile. Pewnego dnia idę do łazienki i widzę na dole stojącą grupę ludzi; było to zabronione, ale z ciekawości schodzę na dół. W środku grupy stoi wysoki mężczyzna pokryty krwią, a żołnierz trzyma miskę z szmatką i zmywa z niego krew. Mężczyzna był słaby umysłowo i próbował uciec przez bramę w biały dzień, kiedy strażnik stał z karabinem, i za to został okrutnie pobity...

Nie mogę też zapomnieć o młodej dziewczynie w wieku około dwudziestu lat, która przez cały czas odgrywała swoje gościnne role. Była to studentka teologii, która oszalała. Biegała swobodnie, wchodziła do baraków i głosiła tam kazania, a czasami brała kamienie i wybiła szyby w oknach. Na środku dziedzińca zaczęła się rozbierać i zawsze zwracała na siebie uwagę wszystkich. Czasami zamykano ją w celi, a wtedy krzyczała, stukała lub śpiewała, aż ponownie ją wypuszczano. Była też starsza panna, która również oszalała, ale zawsze stała nieruchomo i milczała i trzeba było ją przenosić jak trupa. - Czasami całe pokoje były karane, musieli biegać po podwórzu, robić okrążenia, kłaść się na plecach lub na brzuchu, a potem czołgać się, skakać w kucki w galopie i robić inne tego typu figle. Jednak w naszym opłakanym stanie i głodzie wszystko to stanowiło straszny wysiłek. - Wielką cichą radość sprawiło mi znalezienie zegarka. Stało się to na początku, kiedy często chodziliśmy do magazynu drewna, aby się odwszyć. Czasami czołgałem się za stosem drewna, raz podniosłam deskę – a pod nią leżał piękny zegarek na rękę. Zgodnie z zasadami zgłosiłam znalezisko naszemu starszemu, ale nikt nie zgłosił się po zegarek do magazynu i służył nam wszystkim przez długi czas. Pomimo wszystkich rewizji i kontroli zachowałem go do dziś i mogłem nawet podarować go mojej córce, która wraz z pięciorgiem dzieci i bez męża również straciła wszystko.

Pewnego dnia do Sikawy przybył duży transport z Warszawy, czyli powracający tam ludzie, których wcześniej wywieziono z Sikawy.

Kiedy przybywały takie transporty, z gniewem i krzykami przepędzano nas z powrotem do baraków, a wyżywienie w takie dni było zupełnie gorszej jakości, aż sytuacja znów się unormowała.

Wracający z Warszawy towarzysze niedoli wyglądali żałośnie. Mieli całkowicie ogolone głowy, ubrani byli w stare mundury żołnierskie i byli całkowicie wygłodzeni. Serce się krajało, gdy trzeba było bezradnie patrzeć na to wszystko. „Nowi” musieli nocować na korytarzach baraków, zanim ponownie zakwaterowano ich w pokojach.

                                                              W szpitalu śmierci

W tym czasie duży, długi barak został przekształcony w szpital i natychmiast przyjęto do niego chorych na tyfus. Wszyscy, co byli starzy i chorzy, trafiali do tych pomieszczeń. Byłam zatrudniona w pracowni rękodzieła; teraz połączono krawiectwo i rękodzieło, znacznie zmniejszając liczbę pracowników. Pewnego dnia zwróciłam się do diakonisy, siostry Annemarie Wohlmacher, i zaproponowałam, że będę opiekować się chorymi. Skonsultowała się z lekarzem i za jego zgodą rozpoczęłam pracę jako pomoc siostry A. Zostaliśmy odizolowani od pozostałych, więc musiałam spać razem z personelem pielęgniarskim. Niemal na końcu baraku dyżurował sanitariusz, a niemiecki lekarz i lekarka sprawowali formalny nadzór nad chorymi. Nie było dostępnych lekarstw ani środków pomocniczych. Nie było herbaty, często nie było nawet wody, której tak bardzo pragnęli chorzy na gorączkę i umierający. Większość sióstr również zachorowała i do dziś pamiętam duży otwarty samochód, który był wypełniony ubogo ubranymi chorymi i wysłany do szpitala w Łodzi. Rzeczywiście, niektórzy chorzy wrócili jako wyleczeni.

My, którzy przeżyliśmy, nigdy nie zapomnimy tych tygodni spędzonych w bloku 5. Szczególnie zapadły mi w pamięć duże pomieszczenia, w których 60–70 kobiet leżało bezradnie na podłodze, bez słomy, często nawet bez płaszcza lub koca do przykrycia. Wchodziło się do tych pomieszczeń tylko z westchnieniem do nieba i biorąc głęboki oddech. Gorączkowa atmosfera zapierała dech w piersiach, a dziesięć do dwudziestu rąk wyciągało się w prośbie i błaganiu o pomoc. „Proszę, siostro, łyk wody”, albo „proszę, siostro, wiadro”, albo „proszę, siostro, przesuń mnie trochę! Siostro, kobieta obok mnie się posikała” – i tak pojawiały się prośby, wszystkie zapewne uzasadnione, a jednak często nie mogliśmy ich spełnić, ponieważ po prostu brakowało wody, szmat i czasu. Oczywiście staraliśmy się pomóc, jak tylko mogliśmy, bo potrzeba jest matką wynalazków. Wszyscy z ropiejącymi ranami, świerzbem i obrzękami wodnymi udawali się do felczera. Widzieliśmy też wielu biednych żołnierzy, wciąż osłabionych przez odniesione rany, leżących na surowych drewnianych łóżkach. - W porze obiadu chorzy, którzy byli w stanie chodzić, byli prowadzeni przez sanitariusza do kuchni. Rozdzielaniem posiłków zajmowała się siostra Anneliese; stali tam głodni i błagali, a porcje były zazwyczaj tak skromne, że nie wystarczały dla wszystkich. Jednak dzięki przydziałom dla chorych czasami można było podarować kawałek chleba tak głodnej duszy. - Ach, tak dobrze to rozumieliśmy, ponieważ my również, którzy od rana do nocy musieliśmy intensywnie biegać, często odczuwaliśmy bolesny głód. Zazwyczaj jako personel pielęgniarski mieliśmy prawo do 100 gramów chleba dziennie więcej. Sanitariusz nienawidził mnie jednak jak diabeł wierzącą dziewczynę i zatrzymywał moją porcję. Nienawiść ta wynikała z tego, że czuł, iż traktowaliśmy chorych z chrześcijańską miłością, a w przypadku zgonów zawsze staraliśmy się przekazać bliskim zmarłych to, co najlepsze. Dla niego była to strata, ponieważ wszędzie szukał korzyści i wzbogacał się na spadkach najbiedniejszych, a do punktu zbiórki oddawał tylko łachmany. Typowy padlinożerca! Kto potrafił dobrze przekupić sanitariusza, ten czasem dostawał dobre rzeczy. Tak wyglądała codzienność, która charakteryzowała upadek naszego narodu pod względem obyczajów i poglądów.

                                                                 (Ciąg dalszy nastąpi)



ßÄäÖöÜü

Wir waren nun schon wieder einige Zeit hier im Sikawa. Nach und nach kamen auch die anderen Trupps, die noch auf dem Lande gearbeitet hatten, ins Lager zurück. Ab und zu hatte man auch das Glück, alte Bekannte wiederzusehen. Beinahe täglich ein- bis zweimal erschien in unseren Barackenräumen die Aufsicht, männliche oder auch weibliche. Letztere war jedoch bedeutend gehässiger; die Aufseher hatten eben einen Deut mehr Vernunft als die Aufseherinnen. Sofern die Aufsicht in der Tür erschien, mußten wir von unseren Lagern aufspringen und. uns nebeneinander stramm hinstellen - mit "Hände an die Hosennaht!" Wenn wir nun tagsüber mal keine Arbeit hatten, war es nicht erlaubt, sich hinzulegen. Den Raum hatte man gut ausgefüllt: in drei Etagen "wohnte" man übereinander! - Eines Tages kam plötzlich die Aufsicht. Eine alte, stark geschwollene Frau erhob sich nicht so schnell, es war ihr in ihrem Zustand ganz unmöglich, da schlägt der Rohling mit der Peitsche auf diese Frau ein, stößt sie mit den Füßen zu Tür hinaus, und weiter hören wir die Schläge und Schimpfereien! Wir alle standen wie erstarrt, keiner wagte zu atmen, auf tiefste erschüttert ging ein jeder auf seinen Platz zurück; denn konnten wir nicht alle damit rechnen, das nächste Mal ähnliches zu erleben, am eigenen Leibe solch barbarische, ungerechte Peitschenhiebe zu fühlen? Jene Frau ist uns nie mehr zu Gesicht gekommen, sicher war sie totgeschlagen!

So haben wir, gerade in Sikawa, ach so oft unauslöschliche Momente erlebt. Eines Tages gehe ich zum Waschraum, da sehe ich unten eine Anzahl Menschen stehen; es war ja verboten, umd doch gehe ich neugierig hinunter. Da befindet sich mitten in der Gruppe ein langer Mann, blutüberstömt, und ein Soldat hat ein Schüsselchen mit einem Lappen und wäscht ihm das Blut ab. Der Mann war schwächsinnig und hatte einen Fluchtversuch übers Tors gemacht, am hellen, lichten Tage, wo der Posten mit dem Gewehr stand, und dafür hatte man den Mann entsetzlich geschlagen----

Aus dem Sinn geht mir auch nicht ein junges Mädchen von einigen zwanzig Jahren, die während der ganzen Zeit ihre Gastrollen spielte. Es war eine Theologie-Studentin, die irre geworden war. Sie lief frei herum, ging in die Baracken und predigte dort und nahm gelegentlich auch keine Steine und warf die Fensterscheiben ein. Mitten auf dem Hof fing sie an, sich auszuziehen und gab immer Veranlassung, die allgemeine Aufmerksamkeit auf sich zu lenken. Manchmal wurde sie in eine  Zelle gesperrt, dann hat sie geschrien oder geklopt oder gesungen, bis man sie wieder frei ließ. - Dann gab es ein älteres Fräulein, das auch irre war, es stand nur immer still und schweig und mußte fortbewegt werden wie eine Tote. - Mitunter bekamen ganze Stuben Strafe, da mußten sie auf den Hofe rennen, eine Runde um die andere sich lang auf den Rücken legen oder glatt auf den Bauch und dann robben, auch im Galopp in die Hocke springen und was dergleichen Scherze mehr waren. Bei unserer jämmerlichen Verfassung und dem Hunger steilte all dies jedoch eine entsetzliche Anstrengung dar. - Eine große stille Freude hat mir der Fund einer Uhr bereitet. Es ereignete sich dies in der ersten Zeit, da wir zum Entlausen öfter in einen Holzlagerraum gingen. Gelegentlich krieche ich hinter einen Holzstapel, hebe ein Brett hoch - da liegt eine schöne Armbanduhr darunter. Ich habe, wie es sich gehört, den Fund unserer Stubenältesten angezeigt, es hat sich aber niemand danach Uhr im Lager und hat uns allen oft gedient. Trotz all der Filzungen und Kontrollen ist sie mir bis heutigentags erhalten geblieben und ich konnte sie sogar noch meiner Tochter, die mit ihren fünf Kindern und ohne Gatten auch alles verloren hat, schenken.

Eines Tages langte in Sikawa ein großer Transport aus Warschau an, das heißt, es handelte sich um Rückkehrer, die man früher von Sikawa dort hingeschafft hatte.

ßÄäÖöÜü

Wenn solche Transporte eintrafen, wurden wir jeweils mit Wut und Geschrei in unsere Barackenräume zurückgejagt, und die Verpflegung war an solchen Tagen völlig minderwertig, bis sich die Dinge wieder eingespielt hatten.

Die aus Warschau wiedergekehrten Leidensgefährten sahen zum Erbarmen aus. Die Haare sämtlich abgeschoren, als Kleidung alte Soldatenuniformen und körperlich vollkommen heruntergehungert. Das Herz drehte sich einem im Leibe herum, wenn man in seiner Ohnmacht dies alles mit ansehen mußte. Nächtelang mußten die "Neuen" in den Barackenfluren liegen, ehe sie wieder in Zimmern untergebracht wurden.

                                                           In Lazarett des Todes

Zu jener Zeit wurde eine große lange Baracke als Lazarett eingerichtet und sofort mit Typhuskranken belegt. Auch alles, was sonst alt und krank war, kam in diese Räume. Ich war in der Handarbeitsstube beschäftig gewesen; nun hatte man Schneiderei und Handarbeit zusammengelegt und die Kräfte sehr reduziert. Eines Tages redete ich eine Diakonissin, Schwester Annemarie Wohlmacher, an und erbot mich Kranke zu pflegen. Sie nahm mit der Ärztin Rücksprache , und mit deren Zustimmung ging ich in die Krankenpflege als Hilfe für Schwester A. Wir wurden von den anderen isoliert, und so mußte ich auch beim Pflegepersonal schlafen. Fast am Ende der Baracke hielt ein Feldscher (Sanitäter) Sprechstunden, und ein deutscher Arzt sowie eine Ärztin führten pro forma die Aufsicht über die Kranken. Arznei und Hilfsmittel standen nicht zur Verfügung. Kein Tee, oft kein Schuck Wasser, wonach die Fieberkranken und Sterbenden sehnsüchtig verlangten. Auch die meisten der Schwestern wurden krank, und ich sehe noch heute ein großes offenes Auto, welches voll dürftig gekleideter Kranker geladen und nach Lodz ins Krankenhaus abgeschickt wurde. Tatsächlich sich einige der Kranken als geheilt zurückgekehrt.

Diese Wochen im Block 5 werden wir Lebenden wohl nie vergessen Einige große Räume, wo 60 bis 70 Frauen auf den Fußböden lang und hilflos hingestreckt lagen, ohne Stroh, oft nicht einmal mit Mantel oder Decke zum Zudecken, sind mir besonders in Erinnerung. Man trat in diese Räume nur mit einem Stoßseufzer zum Himmel und indem man nochmal tief Luft holte. Eine fiebergeschwängerte Atmosphäre versetzte einem den Atem und zehn bis zwanzig Arme strecken sich einem bittend und hilfeflehend entgegen. "Bitte, Schwester, einen Schluck Wasser", oder "bitte, Schwester einen Eimer", oder "bitte, Schwester, rücken. Sie mich doch mal ein wenig herum! Schwester, die Frau neben mir hat sich voll gemacht" --- und so gab es Wünsche, sämtlich wohl berechtigt, und doch konnten wir sie oft  nicht erfüllen, weil es einfach an Wasser, Lappen und Zeit mangelte. So gut es immer ging, schafften wir freilich Abhilfe, die Not macht erfinderisch. Alle die mit eitrigen Wunden, Krätze und Wassergeschwulst begaben sich zum Feldscher. Wir sahen auch viele arme Landser, noch geschwächt von ihren Verletzungen, auf den rohen Holzlagern. - Zum Mittagholen wurden die Kranken, die noch laufen konnten, vom Sani in die Küche geführt. Das Austeilen besorgte Schwester Anneliese; da standen sie dann hungerend und bittend herum und meist so knapp bemessen, daß wir nicht hinreichten. Immerhin, die Zuteilung für die Kranken ermöglichte es manchmal, ein Stück Brot solch hungriger Seele zuzustecken. - Ach und wir konnten das so gut nachfühlen, denn auch wir, die wir nun von morgens früh bis zur Nacht tüchtig zu laufen hatten, verspürten oft schmerzhaften Hunger. Normalerweise standen uns als Pflegepersonal täglich 100 Gramm Brot mehr zu. Der Sani haßte mich aber wie der Teufel eine gläubige Seefe und behielt meinen Anteil. Der Haß entspann sich, weil er fühlte, daß wir den Kranken in christlicher Liebe entgegen kamen und bei Sterbefällen ständig bestrebt waren, den Angehörigen die guten Sachen zukommen zu lassen. Das war für ihn der Verlust, suchte er doch überall seinen Vorteil und bereicherte sich an dem Nachlaß der Ärmsten und gab nur die Lumpen an die Sammelstelle ab. Typischer Leichenfledderer! Wer nun den Sani gut bestechen konnte, bekam auch mal gute Sachen. Das war das noch heute übliche Bild; das den Niedergang unseres Volkes in Gesittung wie. Gesinnung kennzeichnet. 

                                                                (Wird fortgesetzt)







niedziela, 4 stycznia 2026

Z dni 1945 roku - Margarete Riske - Ozorków - Osiny - Der Heimatbote - 6/1953 - cz.5

 Pewnego razu wraz z koleżanką z majątku Osiny podjęliśmy próbę ucieczki. W drodze do autobusu natknęliśmy się jednak na powóz z majątku i od razu stało się dla mnie jasne, że przegraliśmy. Nadal mieliśmy jednak nadzieję, że autobus odjedzie szybciej, ale ktoś już zadzwonił, więc przyjechał samochód i zabrał nas z powrotem do majątku. Nasi współtowarzysze niedoli właśnie jedli kolację, więc musiałyśmy czekać, aż pójdą spać. Zaprowadzono nas do starej ruiny i kolejno zadawano nam tak silne ciosy w twarz, że przez kilka tygodni byłyśmy całkowicie oszpecone. Potem otworzyły się drzwi do piwnicy i jednym pchnięciem zrzucono nas ze schodów. Drzwi się zamknęły i otoczyła nas całkowita ciemność. Kiedy już jakoś się ogarnęliśmy, znaleźliśmy się obok siebie na  schodach. Nie mogłem powstrzymać śmiechu: „To ma być nasza kara”. – Tak spędziliśmy tam noc, nawet zasnęliśmy, i nie było to wcale nieprzyjemne, ponieważ nie było pcheł, które zawsze nas dręczyły na naszym słomianym posłaniu na górze. Kiedy nastał świt, okazało się, że siedzieliśmy w całkiem porządnej piwnicy, składającej się z kilku pomieszczeń, a w jednym z nich stała nawet skrzynia z najpiękniejszymi jabłkami. Byłyśmy głodne jak wilki. Wzięłam jedno z najładniejszych, potrząsnąłem skrzynką, a szczelina znów się zamknęła. Instynkt samozachowawczy był silniejszy niż strach, więc podzieliliśmy się jabłkiem jako darem od Boga! Kiedy nadeszła pora pracy, wypuszczono nas i przydzielono do naszej grupy. Miłość i współczucie naszych towarzyszy niedoli były dla nas pocieszeniem i otuchą; potajemnie podawano nam chleb, dawano nam pić, podawano nam kilka ukradzionych jabłek i pomidorów, tak że mieliśmy więcej, niż mogliśmy zjeść. Niektórzy nie mogli spać z troski o los tych, którzy zostali złapani, więc teraz starali się okazać nam wszelką miłość. Jednak ogólnie rzecz biorąc, reżim panów stał się nieco surowszy i bardziej rygorystyczny, przynajmniej na kilka dni. Wieczorem nas, przestępców, ponownie zamknięto w piwnicy bez jedzenia. A następnego ranka ponownie trafiliśmy na swoje miejsce. „Z całego serca cieszylibyśmy się, gdyby ucieczka się powiodła, ale cieszymy się też, że znów tu jesteście. Kto inny miałby nam czytać i modlić się z nami? – tak skomentowano naszą nieudaną  wyprawę. Tak, każdego wieczoru, gdy nastawała godzina ciszy, mówiono: „A teraz zaśpiewajmy, a potem pomódlmy się, pani Riske!”. Cicho rozbrzmiewał śpiew pieśni religijnej, zazwyczaj z Reichsliederbuch (książki pieśni Rzeszy), po czym z gorącą modlitwą przedstawiałam Panu nasze prośby, a na zakończenie zazwyczaj śpiewaliśmy wersety „Müde bin ich, geh zur Ruh” (Jestem zmęczony, idę odpocząć) . Zawsze było tak, jakby pokój Boży rozprzestrzeniał się nad nami, a zmęczeni, udręczeni ludzie znajdowali na kilka godzin błogie zapomnienie w śnie.  

Muszę jeszcze wspomnieć o jednym wydarzeniu, które miało miejsce w tym czasie. W niedzielne popołudnie jestem wraz z 5–6 kobietami na trawniku, gdzie odprawiamy nabożeństwo, gdy nagle przeraża nas zmiana powietrza i zmusza do powrotu do magazynów. Pędzę do swojego miejsca na końcu pomieszczenia, podchodzę do dużego okna i widzę, jak wszystko się trzęsie i drży, a w głowie słyszę głos: „odsuń się na bok”. Instynktownie wspięłam się na swoje łóżko, blisko ściany – i w tej samej chwili półtorametrowe okno zostało rozbite przez spadające drzewo, a jego gałęzie sięgały daleko do naszej sypialni! Wielka brama otwiera się z hukiem, a na zewnątrz, w parku majątku, przewraca się wiele starych pni, wystarczająco wydrążonych i spróchniałych przez upływ czasu. Okna wraz z ramami wypadają z innych domów, a z ogromnej (64-metrowej) stodoły majątku cały dach zostaje podniesiony jak zabawka i wyrzucony kawałek dalej na pole! Zjawisko naturalne, jakiego jeszcze nie doświadczyliśmy. Wszystko zostało głęboko wstrząśnięte, a szkody, również w uprawach owoców, były nie do opisania. Mogłem upaść na kolana, po raz kolejny doświadczyłem ochronnej łaski mojego Boga i mogłem Mu za to z całego serca podziękować. Polacy na chwilę poczuli wyrzuty sumienia. Czyżby posunęli się za daleko w stosunku do Niemców...

Większość naszych współwięźniów była otwarta na słowo Boże. Często proszono mnie, abym w niedzielę poprowadziła nabożeństwo. Kiedy pojawiałam się o wyznaczonej porze na strychu, wszyscy siedzieli już z śpiewnikami i w głębokiej powadze i świętej ciszy oczekiwali błogosławieństwa. I mogę śmiało powiedzieć, że mam nadzieję odnaleźć te godziny w wieczności. Była to zapewne służba, której oczekiwał ode mnie Pan Bóg i dlatego doprowadził mnie do niewoli. Takie godziny wspólnego śpiewania i modlitwy pozwalały zapomnieć o ponurej teraźniejszości!

Również w innych przypadkach słońce radości często przebijało się przez deszczową szarość dni. Niemcom w Osinach pozwalano nawet od czasu do czasu wyjeżdżać na weekend do swoich rodzinnych miejscowości. Kobieta z Ozorkowa uzyskała od zarządcy pozwolenie również dla siebie i dla mnie. Późną nocą dotarliśmy do Ozorkowa i nocowaliśmy u krewnych tej kobiety w małym pokoju na ziemi. Myślę, że było nas siedem osób. Wczesnym rankiem poszedłem do teściów – radość była ogromna! Poprosiłem ludzi mieszkających w naszym domu o kołdrę, a innych o mój letni płaszcz. Ojca naszej najmłodszej sprzedawczyni, który był Polakiem, poprosiłem serdecznie, aby wyrobił mi w policji pozwolenie na wyjazd do Rzeszy, co obiecał zrobić następnego dnia. Pozwoliłem więc mojej towarzyszce podróży wrócić sama do majątku, a sama zostałem u teściów. ... – Koniec? Nie otrzymałem pozwolenia na wyjazd i musiałem wrócić do majątku, czując się jak żołnierz, który uderza w kołek. Poza tym nie znałam języka polskiego, a moja towarzyszka podróży, która rozmawiała za mnie na dworcach, nie była obecna, więc pozostało mi tylko udawać głuchoniemą. Poprosiłam teściową, aby wszystko zapisała mi na kartce, a ja udawałam głuchoniemą. Udało mi się to tak dobrze, że bez żadnych trudności dotarłam do Osin. Tam oczywiście już dawno zauważono przekroczenie urlopu, zadzwoniono w sprawie „tej osoby” i uznano ją za zbiegłą. Po moim powrocie nie potraktowano mnie jednak źle – najwyraźniej łaska zwyciężyła nad prawem – i sprawa została zamknięta. W sumie pracowaliśmy w Osinach przez cztery miesiące, a potem, prawdopodobnie w październiku 1945 roku, ponownie przewieziono nas do Sikawy.

                                                 


                                                            Ponownie Sikawa

Obóz był nam już dobrze znany, więc szybko poczuliśmy się jak w domu. Trafiłem do baraku nr 2, w którym mieszkało około 64 osób. Ponownie rozpoczęła się codzienna rutyna obozowa. O 5 rano pobudka, przygotowanie się i udanie się do łazienek. Następnie ustawialiśmy się przed barakami i maszerowaliśmy na plac główny. Tam wszyscy mieszkańcy baraków ustawiali się w kształcie podkowy. Była to prawdziwa „parada”, a wyglądało to tak: przed tą podkową stał tak zwany „komendant”, Niemiec, który musiał przekazywać nam rozkazy Polaków. Dbał o porządek i przyjmował zgłoszenia od starszych baraków. Następnie musieliśmy czekać, aż pojawił się właściwy polski komendant obozu wraz z kilkoma strażnikami, otrzymał raport, przeglądał „paradę” i wracał do budynku administracyjnego. Ponownie rozległo się komando „Uwaga”, mężczyźni musieli zdjąć czapki, a my zostaliśmy poproszeni o śpiewanie. Było to tak zwane błogosławieństwo wieczorne i poranne. Osoby mówiące po polsku wyjaśniły mi, że jest to podziękowanie Bogu i prośba o ochronę. Śpiewanie to było jednak osiągnięciem ostatnich miesięcy, po zmianach w administracji. Ogólna surowość nieco się zmniejszyła.

Po porannym błogosławieństwie szliśmy „w prawo” (oczywiście po polsku) na posiłek. Czasami nie było nic do jedzenia, były to straszne dni głodu. Następnie ustawialiśmy się w kolejce po kawę lub kaszę, około pół litra. Musieliśmy to spożywać na naszych łóżkach. O godz. 7.30 ustawialiśmy się w szeregu, aby „handlarze niewolników” mogli dokonać wyboru. Ci, których los wybrał lub którzy zgłosili się na ochotnika, byli zabierani do pracy. Niektórych zabierano na 8 do 14 dni lub nawet na dłużej. Ponieważ nie rozumiałem, jakich pracowników szukano, zazwyczaj pozostawałem w obozie. - Raz dałem się włączyć do grupy zajmującej się pracami ręcznymi – była to miła odmiana. Jednak wkrótce zostałem ponownie zwolniony. Obiadowy gulasz podawano około godziny 12. Składał się on średnio z kaszy jęczmiennej z ziemniakami, gotowanej w wodzie, bez soli. Porcja wynosiła około trzech czwartych litra. Wieczorem podawano trochę kawy.

.                                                                 (Ciąg dalszy nastąpi)




Einmal machte ich mit einer Leidensgefährtin vom Gut Osiny einen Ausbruchsversuch. Auf dem Wege zum Omnibus begegnete uns aber ein Gespann vom Gut, und da war mir schon klar, daß wir Verspielt hatten. Wir hofften aber immer noch, daß der Omnibus schneller abfahren werde, doch man hatte bereits dorthin telefoniert, und so kam ein Wagen und holte uns auf Gut zurück. Unsere Leidensgenossen waren gerade beim Abendessen, und so mußten wir warten, bis die sich zur Ruhe begeben hatten. Wir wurden zur alten Ruine geführt und erhielten nacheinander so heftige Schläge ins Gesicht, daß wir wochenlang ganz entstellt waren. Dann öffnete sich eine Kellertür, und wir flogen mit einem Stoß die Treppe hinunter. Die Tür schloß sich, und totale Finsternis umgab uns. Als wir uns einigermaßen zurechtgestatet hatten, fanden wir uns nebeneinander auf den  Treppenstufen wieder. Ich mußte unwillkürlich lachen: "Das soll nun unsere Strafe sein". - So haben wir dort die Nacht verbracht, sind sogar eingenickty, und es war gar nicht ungemütlich, denn es gab nicht die Flöhe, die uns oben auf unserem Strohlager immer geärgert hatten. Als der Morgen dämmerte, stellte es sich heraus, daß wir in einem ganz ordentlichen Keller saßen, bestehend aus mehreren Räumen, und in einem Raum stand sogar eine Kiste mit den schönsten Äpfel. Hunger hatten wir wie die Wölfe. Ich nahm einen der schönsten, rüttelte an der Kiste, und da ging die  Lücke wieder zu. Der Selbsterhaltungstrieb war größer als die Angst, und so teilten wir uns den Apfel als eine Gabe Gottes! Als die Stunde zur Arbeit schlug, ließ man uns heraus, und wir wurden unserer Gruppe zugeteilt. - Die Liebe und das Mitgefühl unserer Leidensgefährten waren Trost und Aufmunterung; heimlich steckte man uns Brot zu, gab uns zu trinken, reichte uns einige geklaute Äpfel und Tomaten, so daß wir mehr hatten, als wir essen konnten. Verschiedene hatten vor Sorge um das Geschick der Ertappten nicht schlafen können, und so versuchte man uns jetzt jegliche Liebe zu erweisen. Doch war im allgemeinen das gutsherrliche Regiment etwas straffer und härter geworden, man zog die Zügel an, wenigstens für einige Tage. Des Abends wurden wir Übeltäter wieder ohne Essen in den Keller gesteckt. Und am nächsten Morgen dunften wir wieder auf unseren Platz. "Wir hätten Euch ja von Herzen gegönnt, daß die Flucht geglückt wäre, aber wir sind auch froh, daß Ihr wieder hier seid. Wer sonst sollte uns etwas vorlesen und mit uns beten? - das war ein Kommentar zu unserem mißglückten  Unternehmen. Ja, jeden Abend, wenn die Stunde der Ruhe eingekehrt war, dann hieß es:"und nun wollen wir singen und dann beten Sie, Frau Riske!" Leise hub der Gesang eines geistlichen Liedes an, meist aus dem Reichsliederbuch, hernach habe ich in heißem Flehen unsere Anliegen vor den Herrn gebracht, und den Schluß bildeten meist, die Verse von "Müde bin ich, geh zur Ruh". Es war allemal, als ob der Friede Gottes sich über uns ausbreitete, und die müden gequälten Menschen fanden für einige Stunden wohltätiges Vergessen im Schlaf.

Eines Erlebnisses, welches in diese Zeit hineinfällt, muß ich gleich noch gedenken. Bin einen Sonntagnachmittag gerade mit 5 bis 6 Frauen auf einem Rasenplatz, wo wir Andacht halten, da schreckt uns urplötzlich eine Luftveränderung auf und treibt uns in die Lagerräume zurück. Ich eile an meinen Platz am Ende des Raumes, trete ans große Fenster und sehe, wie, ein Ächzen und Beben und ich vernehme eine Stimme in mir:"tritt zur Seite". Instinktiv bin ich auf mein Lager gestiegen, dicht an der Wand - und ich demselben Moment wird das anderthalb Meter hohe Fenster von einem herabfallenden Baum zerschlagen und mit Ästen greift er weit in unseren Schlafraum hinein! Das große Tor fliegt auf und draußen im Gutspark fällt manch alter Stamm, vom Zahn der Zeit genugsam ausgehöhlt und morsch, Fenster mitsamt dem Rahmen fallen aus anderen Häusern heraus und von der riesig langen (64 Meter) Gutsscheune wird das ganze Dach wie ein Spielzeug abgehoben und ein Stück in das Feld hineingeworfen! Ein Naturereignis, wie wir es noch nicht erlebt hatten. Alles war zutiefst erschüttert, und der Schaden, auch an der Obsternte, unbeschreiblich. Ich durfte auf die Knie fallen, ich hatte wieder einmal die bewahrende Gnade meines Gottes erlebt und konnte ihm von Herzen dafür danken. Den Polen schlug für einen Augenblick das Gewissen. Ob man es mit den Deutschen nicht doch zu weit getrieben hatte...

Unsere Leidensgenossen waren zum großen Teil für das Wort Gottes aufgeschlossen. Oft wurde ich gebeten, des Sonntags eine Andacht zu halten. Erschien ich dann zur festgesetzten Zeit auf dem Heuboden, saßen sie bereits alle mit ihren Gesangbüchern und erwarteten in tiefen Ernst und heiliger Stille einen Segen. Und ich kann wohl sagen, ich hoffe diese Stunden in der Ewigkeit wiederzufinden. Das war wohl der Dienst, den der Herrgott von mir erwartete und weshalb Er mich in die Gefangenschaft geführt hat. Solche Stunden der Sing- und Betgemeinschaft machten die düstere Gegenwart vergessen!

Auch sonst durchbrach die Sonne der Freude öfter mal das Regengrau der Tage. So wurde den Deutschen in Osiny hin und wieder sogar erlaubt, zum Wochenende kurz in ihren Heimatort zu gehen. Eine Frau aus Ozorkow erwirkte beim Verwalter auch für sich und mich die Erlaubnis dazu. Zu später Nachtstunde langten wir denn in Ozorkow an und übernachteten bei Verwandten dieser Frau in einem kleinen Raum an der Erde. Ich glaube, wir waren sieben Menschen. Am frühen Morgen ging ich zu meinen Schwiegereltern - die Freunde war groß! Ein Federbett holte ich mir noch von den Leuten, die in unserem Hause wohnten und von anderen meinen Sommermantel. Den Vater unserer jüngsten Verkäuferin, der ja Pole war, bat ich herzlich, er möchte mir bei der Polizei doch die Reiseerlaubnis ins Reich erwirken, was er auch für den nächsten Tag zusage. So ließ ich meine Reisebegleiterin allein nach dem Gut zurückfahren und blieb einfach bei den Schwiegereltern... - Das Ende? Eine Reiserlaubnis bekam ich nicht und wohl oder übel mußte auch ich wieder nach dem Gut zurück, mit dem Gefühl, das der Soldat hat, der über den Zapfen haut. Außerdem - ich beherrschte nicht das Polnische und meine Reisebegleiterin, die für mich auf den Bahnhöfen redete, nicht da war, blieb nur der Ausweg, die Taubstumme zu markieren. Ich ließ mir von meiner Schwiegermutter alles auf einen Zettel schreiben und war denn taub und stumm. Das ist mir so ausgezeichnet geglückt, daß ich ohne jede Schwierigkeit in Osiny ankam. Dort hatte man die Urlaubsüberschreitung natürlich längst gemerkt, wegen "dieser Person" telefoniert und sie als Ausreißer gezeichnet. Nach meiner Rückkunft jedoch war, man gar nicht häßlich zu mir - man ließ anscheinend Gnade vor Recht ergehen - und der Fall war erledigt. Insgesamt vier Monate haben wir in Osiny gearbeitet und wurden dann, es mochte im Oktober 1945 sein, wieder nach Sikawa verfrachtet.

ßÄäÖöÜü

                                                           Erneut in Sikawa

Das Lager war uns bereits "vorzüglich" bekannt und so wurden wir rasch wieder "heimisch". Ich kam in Baracke 2, wir waren etwa 64 Personen in einem Raum. Es begann wieder der Lagerbetrieb. Früh 5 Uhr wecken, alles fertig machen und in die Waschräume gehen. Dann vor den Baracken antreten und Abmarsch auf den Hauptplatz. Dort Aufstellung aller Barackenbewohner in Hufeisenform. Das war eine richtige "Parade", nämlich so: Vor diesem Hufeisen stand der sogenannte "Kommandant", ein Deutscher, der die Befehle der Polen an uniS weitergeben mußte. Er sorgte für Ordnung und empfing die Meldungen der Baracken-Ältesten. Dann hatten wir. zu warten, bis der eigentliche polnische Lagerkommandant mit einigen Aufsehern auf der Bildfläche erschien, ihm wurde gemeldet, er nahm die "Parade" ab und ging in das Verwaltungsgebäude zurück.- Wieder erscholl das Kommando "Achtung", die Männer mußten ihren Hut abnehmen und wir wurden zum Singen aufgefordert.Da gabes einen sogenannten Abend- und Morgensegen. Ich ließ mir von Polnischsprechenden erklären, es sei ein Dank gegen Gott und Bitte um Schutz. Dieses Singen war aber freilich erst eine Errungenschaft der letzten Monate,nachdem sich in der Verwaltung ein Wechsel vollzogen hatte. Überhaupt ließ nachher die. allgemeine Härte etwas nach. 

Nach dem Morgensegen gings "rechtsum" / natürlich polnisch / zum Brotempfang. Manchmal gab es keines, das waren furchtbare Hungertage. Danach Antreten zum Kaffee- oder Grützeempfang, ca. einen halben Liter. Das mußten wir auf unseren Lagern einnehmen. Geigen 7,30 Uhr Antreten zum Aussuchen für die "Sklavenhändler". Wen das Los traf oder wer sich freiwillig_meldete, wurde zm Arbeit abgeführt. Manche holte man für 8 bis 14 Tage bzw. für noch länger. Da ich nicht verstand, was für Kräfte gesucht wurden, blieb ich meist im Lager. - Einmal ließ ich mich in die Handarbeitsstube mit einreihen - das war eine nette Abwechslung. Doch bald wurde ich wieder entlassen. Den mittäglichen Lagereintopf gab es gegen 12 Uhr, er bestand durchschnittlich aus Graupen mit Kartoffeln, in Wasser gekocht, ohne· Salz. Menge ca. dreiviertel Liter. Abends etwas Kaffee.

.                                                                (Wird  fortgesetzt)


Z dni 1945 roku - Margarete Riske - Sikawa - Ozorków - Der Heimatbote - 5/1953 - cz.4

 

Byliśmy więc w Sikawie! Od wielu dni nie jedliśmy nic i teraz musieliśmy stać godzinami na placu obozowym. Milicjant, który nas prowadził, wygłosił długą przemowę, w której między innymi powiedział, że otrzymujemy jedynie zadośćuczynienie za to, co Niemcy zrobili Polakom podczas sześcioletniej okupacji. Zapadał wieczór, robiło się już prawie ciemno, kiedy w końcu zapędzono nas jak stado bydła do kilku dużych baraków. Leżeliśmy zdezorientowani, ściśnięci jeden obok drugiego, a następnie po ośmiu lub dziewięciu zaprowadzono nas do budynku gospodarczego. Tam ponownie nas przeszukano i wielu z nas ponownie straciło swoje rzeczy, często te najbardziej niezbędne. Tak, kiedy zamknęliśmy za sobą bramy obozu dla więźniów, nie mieliśmy jeszcze pojęcia, jakie cierpienia nas czekają! Wszyscy, którzy wyszliśmy stamtąd żywi, będziemy musieli, dopóki chodzimy po tej ziemi, z głębokim przerażeniem wspominać tamten czas!

Po tym, jak wszyscy zostaliśmy przeszukani i okradzeni, wróciliśmy do baraku. Wyczerpani próbowaliśmy zasnąć, leżąc lub półsiedząc. W środku nocy kilku strażników wtargnęło do środka i zapytało tych, którzy byli pod ręką, gdzie byli wcześniej. „Na dole, w budynku gospodarczym, na rewizji”. - Natychmiast zostali dotkliwie pobici, więc faceci pytali dalej, a oni znów byli bici. Wszyscy byliśmy przerażeni i nie rozumieliśmy, co to oznacza. Wtedy ktoś zorientował się: on nie powiedział prawdy, a właśnie to było celem tych mężczyzn. Nikt z nas nie miał zdradzić, że nas okradli.

Następnego dnia rozdzielono nas do innych baraków. Co chwilę wyganiano nas na dziedziniec, gdzie musieliśmy stać w szeregu, aż wybrano poszczególnych do pracy. W porze obiadowej podawano nam 3/4 litra zupy wodnistej z niewielką ilością kaszy jęczmiennej, to znaczy, że kasza leżała na dnie miski grubą warstwą, a reszta to była woda bez soli. Chleb nie był podawany codziennie, a jeśli już, to tylko około 160 g. Ci, którzy mieli jeszcze jakieś zapasy z Ozorkowa, rozdzielali je rozważnie; ci, którzy nie mieli już nic, musieli strasznie głodować. Ci, którzy zostali wywiezieni do Łodzi do pracy, mieli okazję coś kupić; ci jednak, którzy nie znali języka polskiego, musieli być bardzo ostrożni, bo inaczej czekało ich solidne lanie. W całej tej niedoli Pan Bóg zawsze dbał o to, abym znalazł współwyznawców. W kościele w Ozorkowie podeszła do mnie kobieta i powiedziała, że tak mi ufa, że może powinnyśmy trzymać się razem. Okazało się, że jesteśmy siostrami w Panu; była to wdowa po kaznodziei, z którą dzieliłam los niewoli. W Sikawie spotkałam w pierwszych dniach moją drogą siostrę Süßmilch  z Łodzi, od razu poczułyśmy do siebie sympatię, a kiedy jej krewni przynosili jej coś do obozu, wiernie dzieliła się tym ze mną. Pracowała w kuchni, obierając ziemniaki, i kiedy tylko mogła, podsuwała mi potajemnie kilka ziemniaków w mundurkach, żeby nikt tego nie zauważył. Była to prawdziwa uczta dla mojego głodnego żołądka. Dopiero w czasach głodu docenia się wartość zwykłego ziemniaka i suchego chleba...

W baraku prawie każdego wieczoru odprawiałam nabożeństwo. Kiedy wszystko się uspokajało i wszystko było gotowe na noc, czytałem na głos z mojej modlitewnika, Biblii i kalendarza i modliłam się głośno. Gdy raz tego nie zrobiłem, ponieważ w pomieszczeniu długo nie zapadała cisza, następnego dnia poproszono mnie o to. Na koniec śpiewaliśmy razem cicho. I wtedy było tak, jakby pokój Boży spoczął nad pomieszczeniem, w którym 64 osoby na kilka krótkich godzin nocnych zapomniały o ziemskiej dolinie łez.

Minęły trzy tygodnie najcięższych wyrzeczeń i wysiłków spowodowanych długim staniem w palącym słońcu. Potem były różne prace: na budowie w Łodzi, gdzie przynajmniej czekała na nas miska dobrej zupy, w drukarni, gdzie sortowaliśmy litery, i wreszcie przy transporcie węgla. W międzyczasie przygotowywano duże transporty do Warszawy; łaskawy Bóg uchronił mnie przed nimi, ponieważ w Warszawie zginęło nieskończenie wiele osób, a ci, którzy później powrócili, przeżyli straszne rzeczy. Ja sama trafiłam wraz ze 120 osobami na wieś, a konkretnie do szkółki ogrodniczej. Zabrano nas dwoma dużymi wozami, na których jednak zmieściły się tylko bagaże i kilka osób. Większość musiała iść obok w tempie marszu. Polscy woźnicy i milicjant delektowali się wódką w przydrożnych gospodach, aż milicjant był całkowicie pijany. Byliśmy w drodze przez pięć godzin i musieliśmy maszerować pięciu obok siebie. Mężczyzna wydawał polecenia „w prawo”, „w lewo” po polsku, ale większość starszych kobiet nie miała o tym pojęcia, więc facet wpadł w gniew i zaczął je bić kolbą karabinu – trwało to godzinami, aż z ust i nosów kobiet zaczęła płynąć krew. To jednak sprawiało, że chłopak z przodu stawał się coraz bardziej wściekły! To był marsz, podczas którego doświadczyliśmy męki wysokości. Kiedy w końcu dotarliśmy do miejsca docelowego, na końcu którego znajdowało się gospodarstwo, odważne młode Polki rzuciły się na brutalnego „kierownika transportu”, aby skłonić go do odrobiny człowieczeństwa, ale on również na nie nakrzyczał i zagroził, że one też dostaną! - Całkowicie wyczerpani dotarliśmy do majątku i padliśmy z wyczerpania na nasze słomiane łóżka nad oborą. - Jeszcze przez wiele miesięcy starsza współwięźniarka, żona profesora z krajów bałtyckich, skarżyła się na bóle karku spowodowane uderzeniami, które otrzymała. Ta pani profesor Blessig szczególnie źle znosiła prace rolnicze, ponieważ pomimo całej swojej sumienności miała do nich niewielkie zdolności, a strażnicy mieli na nią oko. Później Sikawa, natychmiast wysłał ją z powrotem na wieś do kopania ziemniaków, po 14 dniach wróciła bardzo zmęczona, ale po dwóch dniach musiała ponownie wyjść. Jej rzeczy, które właśnie wyprała, wisiały jeszcze mokre na drucie. Szybko dałam jej moje majtki i spódnicę, spakowałam jej mokre rzeczy i tak musiała pośpiesznie opuścić obóz. Nigdy do niego nie wróciła i prawdopodobnie gdzieś na wsi znalazła swój koniec.

W tej wspomnianej szkółce drzew pracowaliśmy cztery miesiące; miejsce to nazywało się Osiny. Cała załoga liczyła 164 osoby, prawie same kobiety, kilka dzieci i prawdopodobnie dwóch lub trzech mężczyzn. Dwie podłogi i dwie remizy służyły nam za miejsce do mieszkania i spania. Na szczęście dostaliśmy słomę do spania. Jedzenie, które dwie nasze kobiety musiały gotować w polowym kotle, też nie było takie złe.

Każdego ranka o godz. 7 musieliśmy stawić się na podwórzu, aby otrzymać przydział pracy. Naszym zadaniem było wyrywanie rabarbaru oraz uprawa ogromnych pól i szkółek drzew. Codziennie otrzymywaliśmy 200 g chleba, wieczorem zupę ziemniaczaną, a rano kawę. Również w niedziele pracowaliśmy zazwyczaj do południa, a czasami nawet do wieczora. W deszczowe dni pracowaliśmy bez przerwy; musieliśmy spać w mokrych ubraniach i następnego dnia znów w nich pracować. Ale i tak było znacznie lepiej niż w Sikawie. Po pracy mogliśmy chodzić do wsi i robić zakupy – ci, którzy mieli potrzebne złote. Zostawiłem tam swoje buty u szewca, aby je podzelował, a jako zapłatę dałem mu moją dużą kołdrę, za którą otrzymałem jeszcze 300 złotych. Dzięki temu mogłem dodatkowo kupić trochę chleba i masła. Również tutaj, w Osinach, zdarzały się czasem zamieszki, a od czasu do czasu dochodziło do bójki, której przyczyny często nie były dla nas jasne. Sama również kilka razy dostałam swoje. Na przykład pewnego razu wyszliśmy na pole podczas ulewnego deszczu. Jednak na gliniastym, rozmokłym gruncie praca wkrótce okazała się niemożliwa. Więc schroniliśmy się w najbliższej stodole, a ponieważ byłam boso, dostałem bólu reumatycznego. Deszcz ustąpił i niektórzy wrócili na pole. Niedługo potem znów zaczęło mocniej kropić i szukałem schronienia w innym gospodarstwie. Siedział tam Polak z kobietą i groźnym gestem wskazał mi moje miejsce pracy. Powiedziałem mu, żeby okazał mi trochę współczucia i wskazałem ręką na moją mokrą chustkę, ale on jeszcze bardziej się rozgniewał, więc postanowiłem wrócić. Kiedy wieczorem przechodziliśmy obok tego miejsca, nadzorca wywołał mnie z szeregu i kazał mi czekać, aż przejdzie cały pociąg. „Co odpowiedziałeś temu człowiekowi?” – zapytano mnie. Opowiedziałam prawdę, a wtedy mężczyzna stwierdził, że powiedziałem: „Polak zasługuje na kulkę w głowę” – i z prawej i lewej strony otrzymałam kilka ciosów w twarz, a następnie pchnięcie w plecy, tak że prawie poleciałam nosem do przodu – i szybko pobiegłam za innymi.

                                                                      (Ciąg dalszy nastąpi)


Wir waren also in Sikawa! Tagelang befanden wir uns nun schon ohne Essen und mußten jetzt auf dem Lagerhof stundenlang stehen. Auch hielt der Milizmann, der uns geführt hatte, eine lange Ansprache, in der es unter anderem hieß, daß wir nur in etwa das vergolten bekämen, was die Deutschen den Polen während der sechs Jahrelangen Okkupation angetan hätten. Der Abend dämmerte herauf, es wurde fast dunkel, als man. uns endlich, wie eine Viehherde, in einige große Barackenräume trieb. Verstört lagen wir, dicht gedrängt, nebeneinander und wurden dann zu acht und neun hinuntergeführt in das Wirtschaftshaus. Dort wurden wir noch einmal visitiert und so mancher mußte wiederum Federn lassen, dabei oft die allernotwendigsten Sachen. Ja, als ~ich die Tore des Strafgefangenenlagers hinter uns geschlossen hatten, da ahnten wir noch nicht, welch Maß von Leiden unserer harrte! Und alle, die wir lebend herausgekammen sind, werden, solange unser Fuß über diese Erde geht; mit tiefem Grauen an jene Zeit denken müssen! -

Nachdem Wir alle durchsucht und beraubt worden. waren, ging es in die Baracke zurück. Todmüde versuchte dann ein jeder hab liegend, halb sitzend etwas zu schlafen. Mitten in der Nacht kamen einige Aufseher, hereingepoltert und fragten die Schlaftrunkenen, die ihnen gerade zur Hand waren, wo sie vorhin gewesen wären. "Unten im Wirtschaftsgebäude zur Visitation." - Sofort erhielten sie heftige Schläge, und so fragten die Kerle immer weiter und stets wieder gab es Schläge. Wir waren alie voll Angst und erfaßten nicht, was das bedeuten sollte. Da ging einem ein Licht auf: er sagte nicht die Wahrheit und gerade das bezweckten diese Männer mit ihrer Aktion. Es' sollte niemand von uns verraten, daß sie uns beraubt hatte.

Am nächsten Tag wurden wir auf andere Baracken verteilt. Alle Augenblicke trieb man uns auf den Hof und dort hatten wir barackenweise in Reih und Glied zu stehen, bis einzelne zu Arbeiten herausgesucht waren. Essen gab es mittags 3/4 Liter Wassersuppe mit ganz wenig Graupen, das heißt, die Graupen lagen unten in der Schüssel einen Finger dick und alles andere war Wasser ohne salz. Brot erhielten wir nicht jeden Tag und dann nur zirka 160 g. Wer nun von Ozorkaw her noch etwas Vorrat hatte, der teilte es sich wohlweislich ein; wer nichts mehr besaß, der mußte entsetzlich hungern. Denjenigen, die zur Arbeit nach Lodz herausgeführt wurden, bot sich hin und her Gelegenheit, etwas zu kaufen; wer freilich der polnischen Sprache nicht mächtig war, mußte sehr vorsichtig sein, sonst setzte es eine ordentliche Tracht Prügel. In aller Not sorgte Gott der Herr immer wieder, daß ich Glaubensgenossen fand. In der Kirche zu Ozorkow trat eine Frau auf mich zu und sagte, sie habe solch Vertrauen zu mir, ob wir nicht zusammenhalten wollten. Es. stellte mich heraus, daß wir Geschwister im Herrn waren; es war eine Predigerwitwe, mit der ich dann da,s Los der Gefangenschaft geteilt habe. In Sikawa traf ich in den ersten Tagen mit meiner lieben Schwester Süßmilch aus Lodz zusammen, wir fühlten uns gleich zueinander hingezogen, und wenn sie von ihren Verwandten mall etwas ins Lager gebracht bekam, teilte sie es treulich mit mir. Sie war in der Küche beim Kartoffelschälen und wenn sie konnte, steckte sie mir einige Pellkartoffeln heimlich zu, daß es niemand merkte. Das war für meinen hungrigen Magen ein Leckerbissen. In Hungerzeiten erst lernt man den Wert der einfachen Kartoffel und des trockenen Brotes schätzen...

In der Baracke habe ich fast jeden Abend Andacht gehalten. Wenn sich alles beruhigt und zur Nacht zurecht gelegt hatte, dann pflegte ich aus meiner Andachtbuch, Bibel und Kalender vorzulesen und laut zu beten. Unterließ ich dies einmal.. weil in dem Raum lange keine Ruhe einkehren wollte, so bat man mich bestimmt nächsten Tag darum. Zum Schluß haben wir gemeinsam leise gesungen. Und dann war es, als ob der Friede Gottes über dem Raum lag, in dem 64 Menschenwesen für ein paar kurze Nachtstunden das irdische Jammertal vergaßen.

Drei Wochen schwerster Entbehrungen und Anstrengungen durch das lange Stehen in der Sonnenglut vergingen. Dann gab es Arbeiten verschiedenerlei Art: auf dem Bau in Lodz, wo wenigstem ein Teller gute Suppe winkte, in einer Druckerei, wo wir Buchstaben sortierten, und schließlich beim Kohlentransport. Inzwischen wurden große Transporte nach Warschau zusammengestellt; der gnädige Gott bewahrte mich vor diesen, denn dort in W. sind unendlich viele gestorben und die später Zurückkehrenden hatten Furchtbares hinter sich. Ich selbst kam mit 120 Mann auf's Land, nämlich in eine Gartenbau-Baumschule. Man holte uns mit zwei großen Leiterwagen ab, auf denen aber nur mehr das Gepäck und einige wenige Platz hatten. Die meisten mußten im Marschtempo nebenher laufen. Die polnischen Fuhrleute und der Miliz-Mann ließen sich in den jeweiligen Gasthäusern am Straßenrand den Wodka munden, bis. der Miliiz-Mann total betrunken war. Wir waren fünf Stunden unterwegs und mußten zu fünf nebeneinander hermarschieren. Der Mann kommandierte "rechts", "links" auf polnisch, doch die meisten alten Frauen hatten keine Ahnung davon, den Kerl packte die Wut und er schlug mit dem Gewehrkolben darauf los - stundenlang ging das, bis den Frauen das Blut aus Mund und Nase floß. Das aber machte den Burschen vorne schier immer rasender! Ein Marsch war das. bestimmt, auf dem uns die Qualen der HöHe geboten wurden. Als wir endlich durch den Zielort marschierten, an dessen Ende das Gut lag, sprangen beherzte junge Polinnen auf den rabiaten "Transportleiter" zu, um ihn ein bissel zur Menschlichkeit zu bringen, der aber schnauzte auch ,sie an und drohte, daß sie ebenso etwas abbekommen würden! - Furchtbar kaputt langten wir denn auf dem Gutshof an und sanken erschöpftauf unser Strohlager über dem Kuhstall. - Monate noch klagte eine ältere Mitgefangene, die Frau eines Professors aus dem Baltikum, über Genickschmerzen infolge der Schläge, die sie erhalten hatte. Dieser Frau Professor Blessig ist es bei: den landwirtschaftlichen Arbeiten besonders schlecht ergangen, da sie trotz aller Gewissenhaftigkeit wenig Geschick dazu besaß und die Aufseher gerade auf sie ein Auge hatten. Sie wurde später von Sikawa sofort wieder aufs Land zum Kartoffelhacken geschickt, kam nach 14 Tagen äußerst abgearbeitet zurück, mußte aber nach zwei Tagen erneut hinaus. Ihre Sachen, die sie gerade gewaschen hatte, hingen noch naß auf dem Draht. Da habe ich ihr schnell von mir Schlüpfer und Rock gegeben, ihr nasses Zeug zusammengepackt und so mußte sie eilig wieder das Lager verlassen. Sie ist in dieses nie mehr zurückgekehrt und hat wohl irgendwo auf dem Lande ihr Ende gefunden.  

In jener vorerwähnten Baumschule arbeiteten wir vier Monate; der Ort hieß Osiny. Die gesamte Belegschaft bestand aus 164 Mann, fast alles Frauen, einige Kinder und wohl: zwei oder drei Männer. Zwei Böden und zwei Wagenremisen dienten uns als Wohn- und Schlafstätten. Dankenswerterweise wurde Stroh zum Schlafen gegeben. Auch war das Essen, das zwei unserer Frauen im Feldkessel kochen mußten, verhältnismäßig nicht schlecht.

Jeden Morgen hatten wir um 7 Uhr auf dem Hof zur Arbeitseinteilung anzutreten. Unsere Beschäftigung bestand aus dem Reißen des Rhabarbers sowie der Bearbeitung der riesigen Felder und Baumschulen. Brot bekamen wir täglich 200 g, des Abends Kartoffelsuppe und früh Kaffee. Auch sonntags wurde meist bis mittags gearbeitet, mitunter sogar bis zum Abend. An Regentagen ging es stur durch; wir mußten mit den nassen Sachen schlafen und am nächsten Tage wieder darin arbeiten. Aber es war doch viel besser als in Sikawa. Durften wir doch nach der Arbeitszeit ins Dorf gehen und einkaufen - wer die nötigen Zloty hatte. Meine Schuhe ließ ich dart bei einem Schuster besohlen und gab als Bezahlung mein großes Federbett, wobei ich noch 300 Zloty ausbezahlt erhielt. Dafür konnte ich mir denn zusätzlich etwas Brot und Butter kaufen. Aufregungen gab es auch hier in Osiny immer mal, ebenso wurde ab und zu tüchtig geschlagen, die Gründe waren uns oft nicht klar. Ich selbst habe ebenfalls einige Male mein Teil abbekommen. Z. B. betraten wir da in starkem Regen das Feld. Auf dem lehmigen, aufgeweichten Boden aber erwies sich bald ein Arbeiten unmöglich. So stellten wir uns in die· zunächst gelegene Scheune, und da ich barfuß war, bekam ich Rheumaschmerzen. Das Tropfen und Tröpfeln ließ nach und einige begaben sich wieder aufs Feld. Nicht lange, fing es erneut an, stärker zu rieseln und ich suchte Schutz an einem anderen Bauernhause. Dort saß ein Pole mit einer Frau und wies mich mit drohender Gebärde auf meinen Arbeitsplatz zurück. Ich sagte ihm, er solle doch ein wenig Mitleid haben und zeigte mit der Hand auf mein nasses Kopftuch, da schimpfte er noch mehr und ich zog vor zurückzugehen. Als wir am Abend dort vorbei kamen, rief mich der Aufseher aus den Reihen heraus und hieß mich warten, bis der ganze Zug vorbei war. "Was haben Sie dem Mann geantwortet?" wurde ich gefragt. Ich erzählte wahrheitsgemäß, da brachte der Mann auf, ich hätte gesagt, "dem Polen gehöre eine Kugel durch den Kopf" - und rechts und links, sausten mir einige Schläge ins Gesicht, dann ein Stoß in den Rücken, d,aß ich fast auf die Nase flog - und schleunigst hinter den anderen herlief.                                                                               (Wird fortgesetzt)