Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konin. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Konin. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 9 lutego 2026

Kochowo - Konin - Maślaki - Korwin - Herman Teufel - Der Heimatbote - 4/1962

 

                                                     Zarządca kantora z Konina ✝

W wieku 69 lat, 30 grudnia 1961 r., zmarł Hermann Teufel, dawniej mieszkaniec Kochowo-Parcela, gmina Konin-Maślaki, ostatnio Solingen-Wald. Zmarły urodził się w Korwinie w powiecie konińskim, gdzie spędził dzieciństwo i młodość, a następnie przejął gospodarstwo rolne w Kochowie. W swojej żonie Wilhelmine z domu Tielmann znalazł wierną, rozważną i cichą towarzyszkę życia. Bóg obdarzył tę parę synem, który pomimo wszystkich trudności w starej ojczyźnie pozostał z rodzicami. Po wkroczeniu Rosjan Hermann Teufel wraz z czterema innymi rodakami został zesłany na Syberię. Dzięki Bożej dobroci i miłosierdziu przetrwał tam ciężki i trudny okres ucisku i powrócił do ojczyzny, nie mogąc jednak pozostać na swoim gospodarstwie. Do 1958 roku wraz z rodziną żył w starej ojczyźnie, dzielnie znosząc wszystkie upokorzenia i zniewagi. W Solingen znalazł wraz z bliskimi nowy dom, w którym dzięki pracowitości i ambicji mógł prowadzić skromne życie.

Hermann Teufel był bogobojnym człowiekiem, głęboko związanym z gminą kantoralną Brzozogaj, który wiernie i sumiennie wypełniał swoje obowiązki jako członek zarządu. Niech Pan obdarzy go wiecznym pokojem niebiańskim po wszystkich niepokojach tego świata i pocieszy pozostałych przy życiu słowami z mottem na ten rok: Nie martwcie się, bo radość Pana jest waszą siłą. Na prośbę rodziny pogrzeb przeprowadził diakon parafialny Benoist z Heidelbergu, który opiekował się gminą kantoralną Brzozogaj.

                                Kantoratsvorstand aus Konin 

Das Zeitliche segnete im Alter von 69 Jahren, am 30. 12. 1961 Hermann Te u f e l, früher Kochowo-Parzellen, Gemeinde Konin-Maslaki, zuletzt Solingen-Wald. - Der Verewigte wurde in Korwin, Kr. Konin, geboren, verbrachte dort Kindheit und Jugend und übernahm dann in Kochowo eine Landwirtschaft. In seiner Gattin Wilhelmine, geb. Tielmann, fand er eine treue, umsichtige und stille Lebensgefährtin. Gott schenkte dem Ehepaar einen Sohn, der trotz aller Not in der alten Heimat den Eltern erhalten blieb. Nach dem Einmarsch der Russen wurde Hermann Teufel mit vieren anderen Landsleuten nach Sibirien verbannt. Durch Gottes Güte und Barmherzigkeit überstand er dortselbst die schwere und harte Trübsalszeit und kehrte nach der Heimat wieder zurück, ohne jedoch auf seiner Wirtschaft bleiben zu dürfen. Bis 1958 haute er mit seiner Familie in der alten Heimat aus und ertrug tapfer alle Schmach und Demütigungen, In Solingen fand er mit den Seinen eine neue Heimat, in der er durch Fleiß und Streben ein bescheidenes Leben führen konnte.

Hermann Teufel war ein gottesfürchtiger, mit der Kantoratsgemeinde Brzozogaj innig verbundener Mann, der seine Pflichten, als Vorstand treu und gewissenhaft erfüllte. Der Herr schenke ihm nach aller Unruhe in dieser Welt den ewigen himmlischen Frieden und tröste die Hinterbliebenen mit der Jahreslosung: Bekümmert euch nicht, denn die Freude am Herrn ist eure Stärke. - Die Bestattung hat auf Wunsch der Familie pfarrdiakon Benoist, Heidelberg, vollzogen, der die Kantorats gemeinde Brzozogaj betreut hat.

piątek, 16 stycznia 2026

Hinterberg - Konin - Kościół - Ewangelicki - Der Heimatbote - 11/1954

                    Ponowne otwarcie kościoła w Hinterbergu, powiat Konin

Po 10 latach w kościółku w Zagórowie/Hinterbergu w powiecie Konin (Warta) po raz pierwszy ponownie odbyło się nabożeństwo ewangelickie. W 1945 roku budynek kościoła nie uległ żadnym zniszczeniom zewnętrznym, tylko jego wnętrze zostało dotknięte szkodami. Tłum również tutaj dał upust swojej wściekłości, wybijając okna i niszcząc nowe organy – tak jak we wszystkich innych miastach naszej ojczyzny. Jedyna pozostała w miejscowości rodzina ewangelicka, E. Riedel, usunęła miotłą brud i śmieci, okna zostały oszklone, piękny ołtarz odzyskał swój dawny barokowy wygląd ze złotymi freskami i figurami aniołów, ambona i ławki zostały naprawione – i pastor Karol Świtalski mógł pojawić się na ponownym otwarciu. Zagórów znajduje się 25 km od Konina, w kierunku Wreschen - Wrześni, więc protestanci mieszkający w tej okolicy, którzy są bardzo rozproszeni, z radością powitają nowe miejsce nabożeństw, ponieważ nie będą już musieli pokonywać uciążliwych tras do Konina, aby posłuchać protestanckiego kazania.

Zagórów powstało jako filia w 1833 r., a jako parafia w 1858 r.; kościół został jednak ukończony dopiero na początku tego stulecia przez zmarłego w Grodźcu koło Kalisza ks. Karola Eduarda Erdmanna. W 1913 r. z inicjatywy pastora R. Buse-Grodziec powstał również dom kantora. W kolejnych latach parafią opiekował się ks. Löffler z Konina, aż w 1923 r. przejął ją na stałe ks. Alexander Groß. Jak donosi „Heimatbote” w nr 11/50, ks. Groß zmarł w połowie listopada 1945 r. w Rosji i został pochowany na rosyjskim cmentarzu w Finolno (obwód doniecki).

Nowo wybrana tymczasowa rada gminy otrzymała zadanie naprawy zniszczonego zegara wieżowego, a przede wszystkim organów – na razie nie ma mowy o ponownym zakupie dzwonów.

Hintenberg k. Konina to historyczna niemiecka nazwa miejscowości Konin i okolicy, która funkcjonowała w okresie niemieckiej okupacji (II Wojna Światowa) lub w latach bezpośrednio po niej, kiedy to niemieckie nazwy były w użyciu, szczególnie w kontekście zbrodni i działalności okupanta, często odnosząc się do obszaru współczesnego powiatu konińskiego. - Źródło: Przegląd od AI


                            Wiedereröffnung der Kirche in Hinterberg, Kr. Konin

Seit 10 Jahren konnte im Kirchlein von Zagórow/Hinterberg im Kreise Konin (Warthe) zum erstenmal wieder ein evangelischer Gottesdienst stattfinden. Das Gotteshaus hatte 1945 äußerlich keine Schäden erlitten, nur sein Inneres war in Mitleidenschaft gezogen. Der Mob hatte sich auch hier ausgetobt, die Fenster eingeschlagen, die neue Orgel beschädigt - wie in allen anderen Städten unserer Heimat. Die einzige am Ort zurückgebliebene evangelische Familie, E. Riedel, entfernte mit dem Besen Schmutz und Unrat, die Fenster wurden verglast, der schöne Altar erhielt sein früheres Aussehen im Stil des Barock, mit goldenen Fresken und Engelsfiguren, Kanzel und Bänke wurden instandgesetzt - und Pastor Karol Switalski konnte zur Wiedereröffnung erscheinen. Zagórow ist 25 km von Konin entfernt und liegt in Richtung Wreschen, somit werden die gerade hier in weiter Zerstreuung lebenden Evangelischen die neue Predigtstätte sehr begrüßen, brauchen sie doch nun nicht mehr die beschwerlichen Wege nach Konin zu machen, um einmal eine evangelische Predigt zu hören.

Zagórow entstand als Filiale 1833 und als Gemeinde 1858; die Kirche wurde jedoch erst Anfang dieses Jahrhunderts von dein in Grodziec bei Kalisch verstorbenen P. Karl Eduard Erdmann fertiggestellt. 1913 entstand auf Initiative von Pastor R. Buse-Grodziec auch das Kantorhaus. In den nächsten Jahren betreute die Gemeinde P. Löffler von Konin, bis sie 1923 P. Alexander Groß für ständig übernahm. P. Groß ist, wie der "Heimatbote" in Nr. 11/50 berichtet hat, Mitte November 1945 in Rußland gestorben und liegt auf dem russischen Friedhof von Finolno (Donezgebiet) begraben.

Dem neu gewählten vorläufigen Gemeinderat wurde aufgegeben, die verwüstete Turmuhr und vor allem auch die Orgel wieder in Ordnung bringen zu lassen - an die Wiederbeschaffung von Glocken ist vorläufig nicht zu denken.

Hintenberg bei Konin ist der historische deutsche Name für die Stadt Konin und ihre Umgebung, der während der deutschen Besatzung (Zweiter Weltkrieg) oder in den Jahren unmittelbar danach verwendet wurde, als deutsche Namen gebräuchlich waren, insbesondere im Zusammenhang mit Verbrechen und Aktivitäten der Besatzer, wobei er sich häufig auf das Gebiet des heutigen Landkreises Konin bezog. - Quelle: Übersicht von AI

sobota, 27 grudnia 2025

Niemieckie osadnictwo - Konin - Der Heimatbote - 5/1971

 Typowe gospodarstwo rolne niemieckich osadników w rejonie Warthebruch koło Konina. Ponieważ powodzie na Warcie nie miały tak niszczycielskich skutków jak na nizinie wiślanej, domy w rejonie Bruch nie były budowane na palach. Ograniczono się raczej do wyboru miejsc budowy na pojedynczych wzniesieniach terenu. Według polskiego spisu ludności z 9 grudnia 1931 r. w powiecie konińsko-słupskim mieszkało 16 787 Niemców, natomiast w powiecie kolskim odnotowano 7771 Niemców.



Typisches Bauernhaus der deutschen Siedler im Warthebruch bei Konin. - Da die Überschwemmungen der Warthe sich nicht derart verheerend auswirkten, wie dies in der Weichselniederung der Fall war, wurden im Bruch die Häuser nicht auf Wurten erbaut. Vielmehr beschränkte man sich darauf, die Bauplätze auf einzelnen Bodenerhebungen auszuwählen - Nach der polnischen Volkszählung vom 9.12.1931 lebten im Kreise Konin-Slupca 16 787 Deutsche, während im Kreise Kola 7771 Deutsche gezählt wurden.

sobota, 20 grudnia 2025

Półwiosek - Ślesin - Konin - Konfirmacja - Niemieckie osadnictwo - Der Heimatbote - 7/1966

 

A oto wspomnienie z dawnych czasów – na wsi

                                                   Letni festyn w powiecie konińskim

Święta katolickie były w Polsce do 1939 r. świętami państwowymi, więc również ewangelicy mieli w te dni wolne od pracy. Mogli oni spędzać te dodatkowe dni wolne na swój sposób, co miało miejsce zwłaszcza w przypadku święta św. Piotra i Pawła, obchodzonego 29 czerwca. W tym dniu wiele gmin ewangelickich organizowało swoje letnie festyny lub festyny misyjne. Przypomnieliśmy już o tym w naszym numerze 6/63, kiedy opublikowaliśmy zdjęcie z takiego festynu misyjnego w Sompolnie.

Dzisiaj przedstawiamy zdjęcie z Półwioska Starego koło Ślesina, powiat koniński. Jest to zdjęcie z obchodów Dnia Matki 29 czerwca 1935 r., kiedy to po raz pierwszy obchodzono Dzień Matki w dniu św. Piotra i Pawła. Zdjęcie przesłała nam nasza rodaczka Alma Simms, 3509 Spangenberg, Gemeindeberg 497. Pisze ona:

„Było to piękne święto, niezapomniane dla wszystkich, którzy w nim uczestniczyli. Rodzina Juliusa Prietza z Półwioska Nowego i Heinrich Prietz w znacznym stopniu przyczynili się do organizacji uroczystości. Zaproszono chóry z Szyszyner Holland i Półwioska oraz pastora Philippa Kreutza z małżonką. Pastor Kreutz chętnie przyjeżdżał do Półwiosek. Był bardzo lubiany wszędzie, również przez Polaków, którzy chętnie słuchali jego kazań w języku polskim”.

Niektórzy z osób widocznych na zdjęciu: w pierwszym rzędzie u góry kantor E. Schmidt z Janowa, powiat Konin; w drugim rzędzie po prawej stronie kantor i dyrygent chóru J. Rothenbusch; w trzecim rzędzie po lewej stronie w białym ubraniu panna G. Rothenbusch oraz państwo P. Kreutz. Najstarszą uczestniczką była 80-letnia pani Prietz z wnukiem na kolanach (po prawej stronie).

Do chóru z Szyszyner Holland należeli: panna Steinbring, dwaj bracia Steinbring, pan Marcinkowski i panna Marcinkowski, dwie siostry Schönrok, panna Alma Lück, dwie siostry Littwitz, dwie siostry Stewin, pan Steinbring, pan Pubantz, pan Steinbarth.

Chór z Półwioska Starego: panna R. Simms, Alma Simms i jej brat R. Simms, L. Hartwig i Sg. Hartwig, dwie siostry Ott. i M. Hortwig, H. Prietz, E. Prietz, dwie siostry Meier i Klawitter.

Alma S. pisze na końcu: „Mieszkam w pięknej Hesji z jej górami, które są cudowne, ale jeszcze piękniejsze było Półwiosek nad jeziorem! 

                                       Och, niezapomniana ojczyzno! 

                                       Pozostaniesz nam na zawsze bliska!

                                       Jesteśmy związani z twoimi polami,

                                       gdzie las i jezioro śpiewają nam pieśń.

                                       Choć czas zadał nam ciężkie rany –

                                       nasze serca słuchają dźwięków ojczyzny!


Półwiosek Stary – wieś w Polsce położona we wschodniej części województwa wielkopolskiego, w powiecie konińskim, w gminie Ślesin nad wschodnim brzegiem Jeziora Mikorzyńskiego. Wieś jest siedzibą sołectwa Półwiosek Stary. Wikipedia

Półwiosek Nowy – wieś w Polsce położona w województwie wielkopolskim, w powiecie konińskim, w gminie Ślesin. W latach 1975–1998 miejscowość należała administracyjnie do województwa konińskiego. W 2012 r. zmieniono urzędowo nazwę miejscowości z Nowy Półwiosek na Półwiosek Nowy. Wikipedia




Und hier eine Erinnerung an früher - auf dem Lande

                                   Ein Sommerfest im Kreise Konin

Die katholischen Feiertage waren in Polen bis 1939 Staatsfeiertage und so ruhte auch bei den Evangelischen on solchen Tagen die Arbeit. Sie konnten diese zusätzlichen Ruhetage auf ihre Weise gestalten, was insbesondere mit dem Peter-Pauls-Tag, dem 29. Juni, geschah. An diesem Tag veranstalteten viele evangelische Gemeinden ihre Sommerfeste bzw. Missionsfeste. Wir erinnerten bereits in unserer Nr. 6/63 daren, als wir die Aufnahme eines solchen Missionsfestes in Sompolno veröffentlichten.

Heute bringen wir ein Bild aus Półwiósek Stary bei Slesin, Kreis Konin. Es ist die Aufnahme der Muttertagsfeier am 29. Juni 1935, da wurde also einmal der Muttertag am Peter-Pauls-Tage gefeiert. Unsere Landsmännin Alma Simms, 3509 Spangenberg, Gemeindeberg 497, sandte uns dos Bild. Sie schreibt:

"Es war ein schönes Fest, unvergeßlich für die, welche da anwesend waren. Familie Julius Prietz in Półwiósek Nowy und Heinrich Prietz haben viel zur Gestaltung beigetragen. Die Chöre aus Szyszyner Holland und Półwiósek waren geladen und Pastor Philipp Kreutz mit seiner Gattin. Pastor Kreutz kom gerne nach Półwiósek. Er war sehr beliebt überall, auch bei den Polen, die gern seine Predigten in polnischer Sprache hörten."

Einige der auf dem Bilde Dargestellten: In der 1. Reihe oben Kantor E. Schmidt aus Janowo, Kr. Konin; in der 2. Reihe ganz rechts Kantor und Chorleiter J. Rothenbusch; in der dritten Reihe nach links in weiß Frl. G. Rothenbusch und Frau und Herr P. Kreutz. Als älteste Teilnehmerin die 80 jährige Frau Prietz mit ihrem Enkelchen auf dem Schoß (ganz rechts).

Zu dem Chor aus Szyszyner Holland gehörten: Frl. Steinbring, 2 Brüder Steinbring, Herr Marcinkowski und Frl. Marcinkowski, 2 Schwestern Schönrok, Frl. Alma Lück, 2 Schwestern Littwitz, 2 Schwestern Stewin, Herr Steinbring, Herr Pubantz, Herr Steinbarth.

Der Chor aus Półwiosek Stary: Frl. R. Simms, Alma Simms und ihr Bruder R. Simms, L. Hartwig und Sg. Hartwig, 2 Schwestern Ott. und M. Hortwig, H. Prietz, E. Prietz, 2 Schwestern Meier und Klawitter. 

Alma S. schreibt: am Schluß: "lch wohne im schönen Hessenland mit seinen Bergen, sie sind wunderbar, doch schöner noch war Półwiósek am See! O, unvergessenes Heimatland! Es bleibt

uns ewig nah!

Mit deinen Fluren sind wir verbunden,

wo Wald und See ein Lied uns rauschen.

Schlug uns die Zeit auch schwere Wunden -

dem Heimatklang die Herzen lauschen!


Półwiosek Stary – ein Dorf in Polen, gelegen im östlichen Teil der Woiwodschaft Großpolen, im Landkreis Konin, in der Gemeinde Ślesin am östlichen Ufer des Mikorzyński-Sees. Das Dorf ist Sitz der Gemeinde Półwiosek Stary. Wikipedia

Półwiosek Nowy – ein Dorf in Polen, gelegen in der Woiwodschaft Großpolen, im Landkreis Konin, in der Gemeinde Ślesin. In den Jahren 1975–1998 gehörte der Ort administrativ zur Woiwodschaft Konin. Im Jahr 2012 wurde der Name des Ortes offiziell von Nowy Półwiosek in Półwiosek Nowy geändert. Wikipedia

                                                              

wtorek, 9 grudnia 2025

Pastor Robert Badke - Wspomnienia - Konin i okolice - Kanada - Der Heimatbote - 4/1972 - cz.16

W dzisiejszym ostatnim odcinku autor wypowiada się na temat tego, jak należy oceniać emigrację Niemców z ojczyzny. W latach wielkiej niedoli po wysiedleniu wielu z nas chciało wyemigrować, a znaczna część Niemców z Polski odważyła się na ten krok, zamieniając ubogie życie w obozach dla uchodźców na nowe możliwości za oceanem. Większość z nich zdała trudny egzamin związany z nowym początkiem za granicą.

Oczywiście: „Widzi się tylko tych, którzy są w świetle, tych w ciemności nie widać” (według Brechta). Dzisiaj kwestia, czy należy emigrować z Republiki Federalnej Niemiec, aby szukać szczęścia i sukcesu gdzie indziej, jest postrzegana znacznie bardziej krytycznie niż w czasach niedostatku i braku pracy dwadzieścia i więcej lat temu. Tak, rozpoczęła się repatriacja z niektórych krajów przyjmujących. Oto tylko jedna z ostatnich informacji prasowych (z 14.8.72), która odnosi się do odległej Australii. Czytamy tam:

„Nigdy wcześniej tak wielu imigrantów nie opuściło Australii, jak w okresie od czerwca 1971 r. do lipca 1972 r. Według opublikowanych obecnie statystyk 32 280 imigrantów powróciło do swoich krajów ojczystych. Według urzędu imigracyjnego przyczyną tego stanu rzeczy jest niezadowolenie z zastoju gospodarczego w Australii oraz trudności w znalezieniu pracy”. – Ale teraz oddajmy głos P. Badke.

                                                  Wartość i bezwartość emigracji

Czasami dręczy nas pytanie, czy dobrze zrobiliśmy, emigrując. Pojawia się też pytanie, co w ogóle należy sądzić o emigracji.

Na pierwsze pytanie odpowiadamy: zostaliśmy tu wezwani, byliśmy potrzebni. Tak chciał Bóg. W ten sposób rozwiązujemy tę kwestię. Odpowiedź na drugie pytanie jest bardziej skomplikowana.

Z narodowego punktu widzenia emigracja jest czystą stratą. Dzieci często już w pierwszym pokoleniu tracą język ojczysty i nie wiedzą nic o Niemczech, „kraju przodków”, nic o narodzie poetów i filozofów, z którego się wywodzą. Tutaj, w Kanadzie, czasami słyszą lub widzą na zdjęciach Niemcy, które stworzyły Dachau i inne straszne obozy koncentracyjne – i oczywiście lepiej jest nie identyfikować się z takimi Niemcami, które nadal kojarzą się z takimi okropnościami. Kiedy się to widzi, boli.

Lepiej jest spojrzeć na ten problem z punktu widzenia ekonomicznego. Pod tym względem emigracja nie jest bynajmniej stratą. Prawdopodobnie każdy imigrant, przynajmniej tutaj, w Kanadzie, ma swój własny dom, a wielu ma dwa lub trzy. Inni założyli sklepy i firmy. Możliwości zarobkowe są dobre, a stawki wynagrodzenia wysokie. Niedawno można było usłyszeć, że murarze w Vancouver żądają już 9 dolarów za godzinę (czyli około 27 marek), podczas gdy normalna stawka wynosi trzy do czterech dolarów za godzinę. Dzieci uczęszczają do szkół, liceów i uniwersytetów, praktycznie każdy, kto chce, może ukończyć studia wyższe. Wielu już to zrobiło. Znam dzieci naszych imigrantów, które są nauczycielami, lekarzami, inżynierami i tym podobnymi. Można było przeczytać, że średnie zarobki lekarza wynoszą 38 000 dolarów rocznie. Inni akademicy nie zarabiają aż tyle. Ale wszyscy zarabiają wystarczająco i więcej niż wystarczająco. A więc jeszcze raz z ekonomicznego punktu widzenia: absolutnie żadna strata, raczej zysk.

Pozostaje jeszcze punkt widzenia kościoła. Dla wielu osób nie ma on dziś większego znaczenia. Dla mnie osobiście nadal jest najważniejszy. Kiedy patrzę z tego punktu widzenia na emigrację naszych niemieckich współwyznawców, dochodzę do wniosku, że wyjazd za ocean niekoniecznie miał i ma negatywny wpływ na postawy religijne. Pomijając przypadki, w których ludzie nie interesują się kościołem lub nie chcą nigdzie należeć do wspólnoty z powodu składek, każdy może tu znaleźć swoje miejsce w kościele i bez przeszkód pielęgnować swoją wiarę chrześcijańską. Istnieją tu małe, ale aktywne wspólnoty, w których każdy członek może znaleźć zajęcie zgodnie ze swoimi umiejętnościami i w ten sposób nie tylko zachować swoją wiarę, ale nawet ją pogłębić i wzbogacić. A kiedy się o tym wie, to jako chrześcijanin ostatecznie potrafi się przezwyciężyć wszystkie negatywne skutki emigracji. Ja też tak zrobiłem. Ale nie każdemu to odpowiada.

                                                                                                                     P. Robert Badke

                                                              - Koniec - 

Grupa niemieckich dzieci z gminy imigrantów w Edmonton. Czy kiedy dorosną, będą pielęgnować dziedzictwo swoich ojców, czyli język niemiecki, zwyczaje i tradycje? W krajach anglosaskich (Kanada, USA, Australia) nie wygląda to zbyt dobrze. (W tle pastor Badke i nauczyciel Kitlitz, dawniej Cycow pod Lublinem).

Eine Gruppe deutscher Kinder der Einwanderergemeinde in Edmonton. Werden sie das Vätererbe der deutschen Sprache, Sitte und Tradition hochhalten, wenn sie einmal erwachsen sind? Es steht in den angelsächsischen Ländern (Kanada, USA, Australien) damit nicht sonderlich gut. (Im Hintergrund Pastor Badke und Lehrer Kitlitz, früher Cycow bei Lublin).

In der heutigen letzten Folge nimmt der Verfasser zu der Frage Stellung, wie man die Auswanderung deutscher Menschen aus dem Mutterland beurteilen soll. In..den großen Not jahren nach der Vertreibung wollten wie erinnerlich sehr viele von uns auswandern und eine größere Anzahl gerade von den Deutschen aus Polen hat diesen Schritt auch gewagt, hat das damals armselige Leben in den Flüchtlingslagern gegen die neuen Chancen in Übersee eingetauscht und die meisten haben die schwere Prüfung eines neuen Anfangs draußen auch bestanden. 

Freilich: "Man sieht nur die im Lichte, die im Dunkeln sieht man nicht" (nach Brecht). Heute steht man dieser Frage, ob man aus der Bundesrepublik auswandern solle, um anderswo noch mehr Glück und Erfolg zu suchen, weit kritischer gegenüber als in jenen Zeiten der Not und des Arbeitsmangels vor zwanzig und mehr Jahren. Ja, eine Rückwanderung aus manchen Aufnahmeländern hat eingesetzt. Hier nur eine Pressemeldung aus jüngster Zeit (vom 14.8.72). die sich auf das ferne Australien bezieht. Wir lesen da: 

"Noch nie haben so viele Einwanderer Australien wieder verlassen wie in der Zeit zwischen Juni 1971 und Juli 1972. Nach jetzt veröffentlichten Statistiken kehrten 32 280 Einwanderer in ihre Heimatländer zurück. Grund nach der Meinung der Einwanderungsbehörde: Unzufriedenheit mit der stagnierenden australischen Wirtschaft und Schwierigkeiten bei der Arbeitssuche." - Doch nun geben wir P. Badke das Wort.

                                                       Wert und Unwert der Auswanderung

Manchmal macht uns die Frage zu schaffen, ob wir es recht gemacht haben, daß wir ausgewandert sind. Und es kommt die Frage, was man überhaupt von der Auswanderung halten solle.

Nun, auf die erste Frage antworten wir: Wir wurden hierher gerufen, man brauchte uns. Gott wollte es so haben. Damit kommen wir über diese Frage hinweg. Die Beantwortung der zweiten Frage ist komplizierter.

Vom völkischen Standpunkt aus gesehen ist die Auswanderung ein glatter Verlust. Vie Kinder verlieren oft schon in der ersten Generation die Muttersprache und wissen nichts mehr von Deutschland, dem "Lande der Ahnen", nichts mehr von dem Volke der Dichter und Philosophen, dem sie entsprossen. Sie hören hier in Kanada gelegentlich oder sehen in Bildern ein Deutschland, das Dachau und die anderen furchtbaren Konzentrationslager hervorgebracht hat - und da ist es natürlich besser, sich zu einem solchen Deutschland, dem immer noch derartige Greuel anhängen, gar nicht zu bekennen. Wenn man das sieht, tut es einem weh.

Besser ist es schon, wenn man das Problem vom wirtschaftlichen Standpunkt aus betrachtet. In dieser Hinsicht ist die Auswanderung keineswegs ein Verlust. Wohl jeder Einwanderer/jedenfalls hier in Kanada, hat sein eigenes Haus, viele zwei oder drei. Andere haben Geschäfte und Unternehmen gegründet. Die Verdienstmöglichkeiten sind gut, die Lohntarife hoch. Neulich konnte man hier hören, daß Maurer in Vancouver bereits einen Stundenlohn von 9 Dollar verlangen (immerhin rund 27 Mark), drei bis vier Dollar pro Stunde ist das Normale. Die Kinder besuchen Schulen, Oberschulen und Universitäten, praktisch kann jeder, der es will, ein Universitätsstudium absolvieren. Viele haben es auch schon gemacht. Ich kenne Kinder von unseren Einwanderern, die Lehrer, Ärzte, Ingenieure und dergleichen sind. Man konnte lesen, daß der Durchschnittsverdienst eines Arztes 38 000 Dollar im Jahr ausmacht. Die anderen Akademiker verdienen nicht ganz so viel. Aber alle verdienen genug und übergenug. Also noch einmal vom wirtschaftlichen Standpunkt aus gesehen: absolut kein Verlust, eher ein Gewinn.

Nun bleibt noch der kirchliche Standpunkt. Für viele heute ohne größere Bedeutung. Für mich persönlich noch immer der wichtigste. Wenn ich von diesem Standpunkt aus die Auswanderung unserer deutschen Glaubensgenossen betrachte, so komme ich zu dem Schluß, daß das Weggehen nach übersee sich auf die religiöse Einstellung nicht unbedingt negativ ausgewirkt hat und auswirkt. Abgesehen von Fällen, in denen Menschen sich um die Kirche nicht kümmern oder des Obolus wegen nirgendwo Gemeindeglied werden möchten, kann hier jeder seinen kirchlichen Anschluß finden und seinen christlichen Glauben ungehindet pflegen. Es gibt hier kleine, aber aktive Gemeinden, wo jedes Gemeindeglied seinen Fähigkeiten entsprechend eine Betätigung fmden kann und so seinen Glauben nicht nur erhalten, aber sogar vertiefen und bereichern kann. Und wenn man das weiß, dann setzt man sich als Christ letzten Endes auch über alle negativen Erscheinungen der Auswanderung hinweg. Das habe auch ich getan. Das ist aber nicht jedermanns Sache.

                                                                                                                                          P. Robert Badke


Pastor Robert Badke - Wspomnienia - Konin i okolice - Kanada - Der Heimatbote - 8/1972 - cz.15

 

                                                                            VII.

                                                        Okres emerytury i hobby

Jak już wspomniałem, 1 czerwca 1966 r. przeszedłem na emeryturę. Pierwszym przedsięwzięciem jako emeryt była podróż do Niemiec. Minęło ponad 15 lat, odkąd opuściliśmy Niemcy i zawsze pragnęliśmy ponownie zobaczyć „kraj naszych przodków” i naszych bliskich. Podróż do Niemiec była tym razem prawdziwą przyjemnością i cieszyliśmy się nią jak prawdziwymi wakacjami, na które nie mogliśmy sobie pozwolić w Kanadzie. Było to radosne spotkanie z naszymi bliskimi w Heidelbergu, gdzie mieszka moja siostra Alwine Henke wraz z rodziną. W międzyczasie Bóg powołał do wieczności mojego szwagra, nauczyciela Juliusa Henke, dawniej Wygorzele/Lentschütz, z którym łączyła mnie głęboka przyjaźń. Równie wielka była radość ze spotkania z moją starszą siostrą Bertą Janke, jej córką Lidią i zięciem Abelem Schultzem w Bernstadt koło Ulm. Tutaj mogliśmy spędzić kilka tygodni w serdecznej atmosferze, oddając się wspomnieniom z dawnej przeszłości. W międzyczasie moja siostra Berta Janke odeszła już do świata, z którego nie ma powrotu.

Niezapomniana pozostała również wizyta u rodziny Sigmund Janke w Backnang koło Stuttgartu. Wimpfen było również przystankiem na naszej podróży, gdzie odwiedziliśmy siostrę mojej żony, L. Baumann. Pozwoliliśmy sobie również na kilka orzeźwiających kąpieli solnych. Po powrocie do Heidelbergu skorzystaliśmy z okazji, aby zapoznać się z historią miasta i jej okolic, zwiedzając dokładnie tutejszy uniwersytet, oglądając ruiny zamku elektorskiego i ponownie podziwiając najpiękniejszy ogród pałacowy w Niemczech w Schwetzingen. Obejrzeliśmy tam przedstawienie w bajecznym teatrze rokokowym, próbując w ten sposób przyswoić sobie dawną chwalebną przeszłość.

Byliśmy w Wormacji i staliśmy w miejscu, gdzie Luther wypowiedział swoje niezapomniane słowa: „Oto stoję, nie mogę inaczej. Niech Bóg mi pomoże! Amen!”. Byliśmy w Speyer, gdzie w okresie reformacji książęta luterańscy protestowali przeciwko interwencjom cesarza (1529) i od tego czasu nazywani byli protestantami. Staliśmy w Ulm na najwyższej wieży kościelnej świata, zwiedziliśmy Monachium, odwiedziliśmy miejsca horroru w Dachau, pojechaliśmy nad Jezioro Bodeńskie, staliśmy na wyspie Mainau, gdzie rosną banany i pomarańcze, zrobiliśmy wycieczkę do Strasburga, stolicy ruchu europejskiego, i odwiedziliśmy tam również kościół św. Tomasza, gdzie dr Schweitzer dawał swoje koncerty organowe.

Zatrzymaliśmy się w Alfeld, gdzie powiedzieliśmy „dzień dobry” rodzinie Lindnerów i odwiedziliśmy rodzinę Georga Schmidta w Freden. W tym miejscu pozdrawiamy również pana inżyniera Bruno Lindnera z Delmenhorst, który w swoim komentarzu w nr 5/72 „H” docenił moją działalność w Alfeld/Elze. Odwiedziliśmy urząd kościelny w Hanowerze, pojechaliśmy do Hamburga-Harburga, gdzie studiowaliśmy duszpasterstwo szpitalne, odwiedziliśmy w Hamburgu dr. dr. Przetaka i diakona Borowskiego, który podczas swojej wizyty w Kanadzie głosił kazania w naszym kościele. Oczywiście nie omieszkaliśmy również odwiedzić pastora Richtera i jego rodziny w Kilonii, z którymi łączy nas wieloletnia przyjaźń, umocniona współpracą przy gazecie „Heimatbote”. Mieliśmy również okazję osobiście poznać redaktora H. Stechbartha, który sprawia, że nasza ukochana gazeta „Heimatbote” jest tak interesująca i „rodzima”.

Otrzymaliśmy jeszcze wiele innych zaproszeń od drogich przyjaciół, braci w służbie i byłych członków naszej wspólnoty, aby ich odwiedzić, ale niestety było to ponad nasze siły. W końcu byliśmy zmęczeni i wyczerpani i pomyśleliśmy: teraz jest czas, aby wrócić i odpocząć! Odwiedziliśmy jeszcze rodzinę Paula Neyki w Bochum, rodziców naszego zięcia, i po półrocznym pobycie w Niemczech wróciliśmy do Kanady, z pragnieniem częstych podróży do Niemiec, aby cieszyć się ich pięknem i podziwiać osiągnięcia.

Cztery lata później (1970) ponownie przebywaliśmy w Niemczech. Mieliśmy okazję uczestniczyć w ślubie naszej prawnuczki Sophie Janke z H. Koserem w domu rodziny Siegmund Janke. Backnang, przyjęliśmy zaproszenie pani Irmgard Kohlmann z domu Fischer (wcześniej Łódź) w Dortmundzie i wygłosiliśmy wykład na temat losów niemieckich imigrantów w Kanadzie w okręgowej grupie Dortmund stowarzyszenia Landsmannschaft Weichsel-Warthe, na czele której stoją pan Hugo i pani Lilli Zerbian, otrzymując honorowy certyfikat członkostwa. Niezapomnianym wydarzeniem tej podróży była również konferencja pracowników Heimatboten w Lüneburger Heide, gdzie oprócz pastora Richtera, inicjatora konferencji, i redaktora Stechbartha, po wielu latach ponownie spotkałem wdowę po naszym czcigodnym pastorze-poecie Philippie Kreutzu, Irene, a także pana P. Welke i jego małżonkę, dyrektora szkoły Philippa, Ldm. Grenda i Ldm. Lange.

Od 1970 roku minęły kolejne dwa lata, w tym roku nie możemy ponownie odwiedzić Niemiec, ale jeśli Bóg pozwoli, to w 1973 roku. Mieszkamy we własnym domu i cieszymy się z rozwoju społeczności imigrantów, która jest bliska naszym sercom, od czasu do czasu głosimy kazania, aby nie stracić wprawy, latem pielęgnujemy nasze róże w ogrodzie, cieszymy się z wizyt dzieci i wnuków i wspominamy naszą dawną, ukochaną ojczyznę w Polsce, której nigdy nie zapomnimy. Wciąż zadziwia nas, jak szybko wszystko przemija i jak bardzo świat zmienia się z dnia na dzień. Jednak ponad wszystkim wiemy, że nasz Bóg żyje i panuje z pokolenia na pokolenie i staramy się Mu służyć i być Mu posłuszni na wzór naszych ojców. Jemu samemu chwała i cześć!

Staramy się również być użyteczni innym ludziom. Dlatego nie odrzuciłem propozycji współpracy z „Nordwesten”, dużym niemiecko-kanadyjskim tygodnikiem, który oczywiście połączył się w międzyczasie ze swoim konkurentem, „Courier”. Dlatego przejąłem obsługę doradczą dla naszych imigrantów i wysiedleńców, aby pomóc im w dochodzeniu roszczeń odszkodowawczych zgodnie z ustawą o wyrównaniu obciążeń (LAG) i obecnie ustawą o odszkodowaniach wojennych (Repq), dla której termin zgłoszenia upływa dopiero 31 grudnia 1979 r. Ustawą o wyrównaniu obciążeń (LAG), a obecnie Ustawą o odszkodowaniach (Repq), dla której termin zgłoszenia upływa dopiero 31 grudnia 1974 r. W ten sposób mogłem pomóc wielu rodakom w wypełnieniu wniosków, uzyskaniu dokumentów itp. W tej pracy wspiera mnie lokalny konsulat niemiecki w Edmonton. (Koniec w następnym numerze. P. Badke odpowiada na pytanie, co w ogóle należy sądzić o emigracji).

Domagać się niezakłóconego szczęścia,

to znaczy łapać światło księżyca w sieci,

wiązać promienie słońca łańcuchami

i żądać róż od pokrzyw.

                                                                  VII.

                                   Die Zeit als Pensionär und Hobbyist

Wie bereits erwähnt, bin ich am 1. Juni 1966 in den Ruhestand getreten. Mein erstes Unternehmen. als Pensionär war eine Besuchsreise nach Deutschland. Es waren mehr als 15 Jahre vergangen, seit wir Deutschland verlassen hatten und·es war schon immer unser sehnsüchtiger Wunsch, "das Land der Ahnen" und unsere Lieben wiederzusehen. Die Reise nach Deutschland war diesmal wirklich ein Vergnügen und wir genossen sie als einen richtigen Urlaub, den wir uns in Kanada gar nicht haben gönnen können. Es war ein freudiges Wiedersehen mit unseren Lieben in Heidelberg,wo meine Schwester Alwine Henke mit ihrer Familie wohnt. Inzwischen hat Gott meinen Schwager, den Oberlehrer Julius Henke, früher Wygorzele/Lentschütz, mit dem mich tiefe Freundschaft verband, in die Ewigkeit abberufen. Ebenso groß war die Freude beim Wiedersehen meiner älteren Schwester Bertha Janke mit ihrer Tochter Lydia und Schwiegersohn Abel Schultz in Bernstadt bei Ulm. Hier durften wir mehrere Wochen in innigem Beisammensein uns den Erinnerungen aus alter Vergangenheit widmen. Inzwischen ist meine Schwester Bertha Janke schon in einer Welt, aus der es keine Wiederkehr mehr gibt.

Der Besuch bei Familie Sigmund Janke in Backnang bei Stuttgart ist auch unvergeßlich geblieben. Wimpfen war ebenfalls eine Raststation auf unserer Reise, wo wir die Schwester meiner Frau, L. Baumann, besucht haben. Auch gönnten wir uns einige erfrischende Solbäder. Nach Heidelberg zurückgekehrt nahmen wir die Gelegenheit wahr, uns mit der Geschichte de; Stadt und ihrer Umgebung vertraut zu machen, indem wir die hier beheimatete Universität eingehend besichtigt haben, die Burgruinen des kurfürstlichen Schlosses in Augenschein genommen und in Schwetzingen wiederholt den schönsten Schloßgarten Deutschlands bewundert haben. Wir wohnten dort einer Aufführung im verträumten Rokoko -Theater bei und versuchten so, die einstige ruhmvolle Vergangenheit in uns aufzunehmen.

Wir waren in Worms und standen an der Stelle, wo Luther seine unvergeßlichen Worte gesprochen hat: „Hier stehe ich, ich kann nicht anders. Gott helfe mir! Amen!” Wir waren in Speyer, wo während der Reformationszeit die lutherischen Fürsten gegen die Eingriffe des Kaisers protestiert haben (1529) und seitdem Protestanten genannt wurden. Wir standen in Ulm auf dem höchsten Kirchturm der Welt, streiften München besuchten die Stätten des Grauens in Dachau, fuhren zum Bodensee, standen auf der Insel Mainau, wo Bananen und Apfelsinen wachsen, machten einen Abstecher nach Straßburg, der Hauptstadt der Europabewegung.und besuchten dort auch die Thomaskirche, wo Dr. Schweitzer seine Orgelkonzerte gab.

Wir weilten in Alfeld, wo wir der Familie Lindner "Guten Tag" sagten und Familie Georg Schmidt in Freden besuchten. Und wir grüßen auch an dieser Stelle Herrn Ing. Bruno Lindner in Delmenhorst der in seinem Kommentar in der Nr. 5/72 des "H" meine Tätigkeit in Alfeld/Elze würdigte. Wir sprachen im Landeskirchenamt von Hannover vor, fuhren nach Hamburg-Harburg, studierten hier die Krankenseelsorge, besuchten in Hamburg Dr. Dr. Przetak und Diakon Borowski, der bei seinem Besuch in Kanada in unserer Kirche predigte. Natürlich haben wir nicht versäumt, auch bei Pastor Richter und seiner Familie in Kiel einzukehren, mit der uns jahrzehntelange Freundschaft verbindet, die durch die Mitarbeit am Heimatboten nur noch bekräftigt worden ist. Auch den Redakteur H. Stechbarth, der unseren lieben Heimatboten so interessant und "heimatlich" gestaltet, durften wir persönlich kennenlernen.

Wir erhielten noch viele weitere Einladungen von lieben Freunden, Amtsbrüdern und früheren Gemeindegliedern, sieja zu besuchen, aber leider war das .alles über unser Vermögen.. Wir waren zuletzt müde und erschöpft und dachten uns: Jetzt ist es aber Zeit zurückzufahren und auszuruhen! Wir besuchten noch Familie Paul Neyka in Bochum, die Eltern unseres Schwiegersohnes, und begaben uns nach einem halben Jahr Deutschland-Aufenthalt nach Kanada zurück, von dem Wunsche getragen, recht oft wieder nach Deutschland zu reisen und dessen Schönheiten zu genießen und die Errungenschaften zu bewundern.

Vier Jahre später (1970) weilten wir wieder in Deutschland. Wir durften an der Hochzeit unserer Großnichte Sophie Janke mit H. Koser im Hause der Fam. Siegmund Janke. Backnang, teilnehmen, einer Einladung von Frau Irmgard Kohlmann geb. Fischer (früher Lodz) in Dortmund folgen und in der Kreisgruppe Dortmund der Landsmannschaft Weichsel-Warthe mit Herrn Hugo und Frau Lilli Zerbian an der Spitze einen Vortrag über das Ergehen der deutschen Einwanderer in Kanada halten, wobei uns die Ehrenurkunde der Mitgliedschaft zuerkannt wurde. Unvergeßlich auf dieser Reise war auch die Konferenz der Mitarbeiter des Heimatboten in der Lüneburger Heide, wo ich außer Pastor Richter, dem Initiator der ,Tagung, und Redakteur Stechbarth die Witwe unseres als Dichterpastor hochverehrten Philipp Kreutz, Irene, nach vielen Jahren.wiedersah sowie mit Herrn P. Welke und Gemahlin, Schulleiter Philipp, ,Ldm. Grenda und Ldm. Lange zusammen war.

Seit 1970 sind wieder zwei Jahre vergangen, ein neuer Deutschlandbesuch ist uns in diesem Jalu nicht möglich, so Gott will, aber 1973. Wir wohnen im eigenen Hause und freuen uns über das Gedeihen der Einwanderergemeinde, der unser Herz gehört, predigen von Zeit zu Zeit, damit man nicht ganz aus der Übung kommt, pflegen im Sommer unsere Rosen im Garten, freuen uns auf den Besuch der Kinder und Kindeskinder und hängen den Erinnerungen an die alte liebe Heimat im Polenlande nach, die wir nie vergessen werden. Immer wieder staunen wir, wie schnell doch alles vergeht und wie doch so ganz anders die Welt von Tag zu Tag wird. Über allem aber wissen wir unseren Gott, der von Generation zu Generation lebet und regieret und dem wir nach väterlicher Weise zu dienen und untertan zu sein bestrebt sind. Ihm allein Ehre und Preis!

Wir versuchen es auch, noch anderen Menschen nützlich zu sein. Darum habe ich die angebotene Mitarbeit am "Nordwesten" nicht abgelehnt, dem großen deutsch-kanadischen Wochenblatt, das freilich inzwischen' mit seiner Konkurrenz, dem "Courier", verschmolzen wurde. Darum ' habe ich den Beratungsdienst für unsere eingewanderten Landsleute und Vertriebenen übernommen, um ihnen zur Durchsetzung ihrer Entschädigungsansprüche nach dem. Lastenausgleichsgesetz (LAG) und jetzt Reparationsschädengesetz (Repq) zu " verhelfen, für welch letzteres die Anmeldefrist erst zum 31.12.1974 abläuft. So konnte ich vielen Landsleuten bei der Ausfüllung der Anträge, Beschaffung von Urkunden udgl. helfen. Bei dieser Arbeit wurde und werde ich vom hiesigen Deutschen Konsulat in Edmonton unterstützt. (Schluß in der nächsten Nummer. P. Badke beantwortet die Frage, was man überhaupt von der Auswanderung:halten solle.) 

Ein ungestörtes Glück verlangen, 

heißt Mondeslicht mit Netzen fangen, 

den Sonnenstrahl mit Ketten fesseln 

und Rosen fordern von den 'Nesseln

 


poniedziałek, 8 grudnia 2025

Pastor Robert Badke - Wspomnienia - Konin i okolice - Kanada - Der Heimatbote - 5/1972 - cz.14

 

                                                           Pomnik wdzięczności

Potrzebowaliśmy jeszcze dużo pieniędzy na nasz kościół. Aby uzupełnić fundusz budowlany, organizowano zbiórki, loterie zastawowe, przedstawienia amatorskie i koncerty kościelne. A potem budowa była kontynuowana, powoli, ale nieprzerwanie. W końcu wyrosła wieża i pojawił się dzwon. Można było wyznaczyć datę poświęcenia kościoła. Odbyło się to 6 listopada 1955 r., a broszura napisana specjalnie na tę okazję utrwaliła to wydarzenie dla przyszłych pokoleń. Duża społeczność imigrantów, licząca wiele setek ludzi dotkniętych losem z różnych części Europy, zebrała się, aby oddawać cześć i dziękować. Stracili wszystko, ale nie swojego Boga. Tak, zbudowali Mu pomnik wdzięczności za cudowne wybawienie z nędzy i udręki. Przysięgli Mu wierność i oddali się Jego łasce w nowej, wciąż obcej ojczyźnie.

                                                            Do dziś w języku niemieckim

Wszystkie nabożeństwa i czynności urzędowe nadal odbywają się w języku niemieckim, chociaż nie da się ukryć, że młode pokolenie jest coraz bardziej narażone na wpływ obcojęzycznego otoczenia. W przyszłości konieczne będzie wprowadzenie nabożeństw i nauczania w języku angielskim, aby dotrzeć do tych, którzy nie znają już swojego języka ojczystego. W przeciwnym razie utracą oni swoją wspólnotę.

Od samego początku społeczność imigrantów cieszyła się wsparciem niemieckiego konsulatu w Edmonton, który przyznawał i nadal przyznaje dotacje dla nauczycieli niemieckiej szkoły sobotniej. Konsul niemiecki uważa za swój obowiązek bycie członkiem naszej społeczności. Już pierwszy niemiecki konsul Max Peinert zapisał się na listę członków naszej gminy, podobnie jak drugi niemiecki konsul dr Denzer i jego następca dr Thoennes. Konsulowi Peinertowi miałem również zaszczyt udzielić ślubu, a potem przypadło mi smutne zadanie odprawienia pogrzebu, gdy nagle odszedł z tego świata. Miałem zaszczyt udzielić bierzmowania córce dr. Denzera, a także córce dr. Thoennesa. Ostatnie bierzmowanie przeprowadził już mój następca, który rozpoczął swoją posługę w naszej parafii w 1966 roku. W międzyczasie zadłużenie budowlane udało się zmniejszyć do mniej niż 8000 dolarów i za dwa lata powinno zostać całkowicie spłacone. Również plebania wkrótce będzie wolna od obciążeń.

Nie wszystko jednak przebiegało tak gładko, jak się tutaj wydaje. Nasza praca napotykała również na przeszkody, a parafia poniosła straty. Tak jak to często bywa w tym kraju, gdzie panuje absolutna wolność i swoboda wyrażania opinii – o czym świadczy wielość kościołów i synodów, sekt i ugrupowań – tak i w naszej parafii różnica zdań skłoniła grupę parafian do odłączenia się od naszej parafii i założenia własnej „lepszej luterańskiej” (ortodoksyjną) wspólnotę, której partnerem została Wisconsin - Synode. Miało to miejsce w 1962 roku i od tego czasu rana już się zagoiła. Obecnie wspólnota osiągnęła już dojrzałość materialną i nie tylko utrzymuje się sama i spłaca swoje długi, ale także uczestniczy w wielkiej działalności misyjnej naszego kościoła poprzez znaczne darowizny.

                                                       Osiągnięcie wieku emerytalnego

W czerwcu 1966 roku przeszedłem na emeryturę. Wypadek samochodowy, w którym doznałem złamania żeber, a moja żona złamania ręki, ułatwił nam podjęcie tej decyzji.

Osiągnąłem również wiek emerytalny. Przez 40 lat miałem zaszczyt służyć Kościołowi luterańskiemu – z wyjątkiem okresu wojny – i starałem się służyć mu oraz mojemu Panu i Zbawicielowi najlepiej, jak potrafiłem. Jak w każdym życiu, były radości i smutki. Wiem, że niektóre rzeczy można było zrobić lepiej, ale wiem też, że Pan Kościoła okaże swoim sługom wyrozumiałość i zrozumienie. Jemu niech będzie chwała!

Zanim zamknę ten rozdział, chciałbym wymienić jeszcze kilka osób, które zasłużyły się dla naszej wspólnoty w Edmonton. Są to panowie z kolegium kościelnego: Otto Mielke, Karl Badke (syn), W. Mentz, G. Ryll, U. Putnins, Theo Nerenberg, Arnold Borowski, Fr. Johannsen, G. Mentz, Paul Neyka, E. Neitsch, Ed Stein. Śpiewacy z panią Carlą Wissinger, puzoniści z Heinrichem Ruppelem, stowarzyszenie kobiet z panią Irminą Seifert, grupa młodzieżowa z panią Mentz na czele.

Wszystkim serdecznie dziękuję za bezinteresowne zaangażowanie. Oto jeszcze kilka innych zasłużonych osób: kantor L. Brenner, wieloletni kierownik szkółki niedzielnej, Theodor Frank, wieloletni muzyk kościelny, hrabia von Berg, biznesmen, Georg Schmidt, który w międzyczasie powrócił do Niemiec i zmarł, dr dr Przetak, o którym już wspomniano w innym miejscu, Reinhard von Berg i oczywiście moja żona Klothilde oraz dzieci, które zawsze wspierały mnie w mojej służbie.

Ze strony władz kościelnych należy wyróżnić pastora dr Eiferta, który zawsze miał dla nas otwarte ucho i ciepłe serce.

                                                                          (ciąg dalszy nastąpi)


                 Kościół św. Pawła w Edmonton (kościół imigrantów) poświęcony w 1955 r.  
                 St. Pauluskirche in Edmonton (Einwandererkirche) eingeweiht 1955


Rada kościelna w Edmonton. Od lewej do prawej: Borowski, G. Mentz, Ed. Neitsch, Johannsen, kantor Brenner, P. Badke, H. Ruppel, G. Schmidt, E. Ehlert, W. Mentz, G. Ryll, Putnins, Pohl, Neyke, K. Badke (syn)
Kirchenvorstand in Edmonton. Von links nach rechts: Borowski, G. Mentz, Ed. Neitsch, Johannsen, Kantor Brenner, P. Badke, H. Ruppel, G. Schmidt, E. Ehlert, W. Mentz, G. Ryll, Putnins, Pohl, Neyke, K. Badke (Sohn)




                                                      Denkmal des Dankes

Wir brauchten noch viel Geld für unsere Kirche. Um die Baukasse zu füllen, wurden Sammlungen durchgeführt, pfandlotterien veranstaltet, Laienspiele und Kirchenkonzerte dargeboten. Und dann weitergebaut, langsam aber ununterbrochen. Zuletzt wuchs der Turm hoch und eine Glocke kam. Kirchweih konnte angesetzt werden. Sie fand am 6. November 1955 statt und eine für diesen Zweck verfasste Broschüre hält sie für kommende Generationen fest. Eine große Einwanderergemeinde mit vielen Hunderten, vom Schicksal geschlagenen Leuten aus allen Teilen Europas fand sich zu Lob und Dank zusammen. Sie haben alles verloren, aber nicht ihren Gott. Ja, sie bauten Ihm ein Denkmal des Dankes für wunderbare Errettung aus Not und Bedrängnis. Sie gelobten Ihm Treue und befahlen sich Seiner Gnade in einer neuen, noch fremden Heimat.

                                               Noch heute in deutscher Sprache

Alle Gottesdienste und Amtshandlungen werden noch immer in deutscher Sprache gehalten, obwohl es nicht verborgen bleiben kann, daß die junge Generation mehr und mehr dem Einfluß der fremdsprachigen Umgebung ausgesetzt ist. Es wird nicht ausbleiben naß in Zukunft auch Gottesdienste und Unterweisung in englischer Sprache .eingeführt werden müssen, um diejenigen aufzufangen, denen die Muttersprache nicht mehr geläufig ist. Anderenfalls werden Sie der Gemeinde verlorengehen.

Die Einwanderergemeinde erfreute sich von Anfang an der Unterstützung des Deutschen Konsulats in Edmonton, welches auch Zuwendungen für die Lehrer der Deutschen Sonnabendschule gewährt hat und gewährt. Der deutsche Konsul hält es für seine pflicht unser Gemeindeglied zu sein. Schon der erste deutsche Konsul Max Peinert hatte. sich in die Mitgliedsliste unserer Gemeinde eintragen lassen, das haben auch der zweite deutsche Konsul Dr. Denzer und sein Nachfolger Dr. Thoennes getan. Den Konsul Peinert durfte ich auch trauen, und dann fiel mir die traurige Aufgabe zu, ihm auch die Trauerfeier zu halten, als er plötzlich aus diesem Leben schied. Die Tochter von Dr. Denzer durfte ich konfIrmieren und auch die Tochter von Dr. Thoennes wurde in unserer Gemeinde konfirmiert. Die letzte KonfIrmation hat schon mein Nachfolger übernommen, der seinen Dienst an unserer Gemeinde im Jahre 1966 angetreten hat. Inzwischen konnte die Bauschuld auf weniger als 8000 Dollar herabgedrückt werden und sie durfte in zwei Jahren ganz abgetragen sein. Auch das pfarrhaus WIrd in kurzer Zeit lastenfrei sein.

Nun ist nicht alles so glatt vonstatten gegangen, wie es sich hier anhört. Unsere Arbeit hat auch Rückschläge hinnehmen müssen und die Gemeinde hat auch Verluste erlitten. Wie es so bft in diesem Lande mit der absoluten Freiheit und Meinungsbildung geschah - eine Vielzahl von Kirchen und Synoden, von Sekten und Splittergruppen ist ein beredtes Zeugnis so hat auch in unserer Gemeinde eine Meinungsverschiedenheit eine Gruppe von Gemeindegliedern dazu bewogen, sich von unserer Gemeinde zu trennen und eine eigene „besserlutherische" (orthodoxe) Gemeinde zu gründen, deren Partnerschaft die Wisconsin-Synode übernahm. Dies geschah im Jahre 1962 und seitdem ist die Wunde bereits zugeheilt. Zur Zeit hat die Gemeinde bereits die materielle Reife erreicht und trägt sich nicht nur selbst und zahlt ihre Schulden ab, sondern nimmt auch durch namhafte Spenden an dem großen Missionswerk unserer Kirche teil.

                                                            Das Pensionsalter erreicht

 Im Juni 1966. bin ich in den Ruhestand getreten. Ein Autounfall, bei dem ich mIr Rippenbruche und meie Frau einen Armbruch zugezogen hat, hat uns die Entscheidung erleichtert.

Auch habe ich mein Pensionsalter erreicht. 40 Jahre war es mir gegeben, im Dienste der lutherischen Kirche zu stehen -mit Ausnahme der Kriegszeit - und ich habe versucht, nach bestem Wissen und Gewissen ihr und meinem Herrn und Heiland zu dienen. Es gab wie in jedem Leben Freude und Leid. Ich weiß, daß manches hätte besser gemacht werden können, aber ich weiß auch, daß der Herr der Kirche Langmut und Einsicht für seinen Diener haben wird. Ihm allein sei Ehre!

Bevor ich dieses Kapitel schließe, möchte ich noch eine Anzahl von Personen aufzählen, die sich um unsere Gemeinde in Edmonton verdient gemacht haben. Es sind das die Herren des Kirchenkollegiums mit Otto Mielke, Karl Badke (Sohn), W. Mentz, G. Ryll, U. Putnins, Theo Nerenberg, Arnold Borowski, Fr.Johannsen, G.Mentz,PaulNeyka,E. Neitsch, Ed,Stein. Die Sänger mit Frau Carla Wissinger, die Posaunisten mit Heinrich Ruppel, der Frauenverein mit Frau Irma Seifert, die Jugendgruppe mit Frl. Mentz an der Spitze.

Allen einen herzlichen Dank rur selbstlosen Einsatz. Hier noch einige andere verdiente Glieder: Kantor L. Brenner, langjähriger Leiter der Sonntagsschule, Theodor Frank, Kirchenmusiker für viele Jahre, Graf von Berg, Geschäftsmann, Georg Schmidt, inzwischen nach Deutschland zurückgekehrt und verstorben, Dr. Dr. Przetak, der schon an anderer Stelle erwähnt wurde, Reinhard von Berg, und natürlich meine Frau Klothilde und Kinder, die mir in meinem Dienst stets zur Seite standen.

Von der Kirchenbehörde ist Pastor Dr. Eifert hervorzuheben, der stets ein williges Ohr und ein warmes Herz für uns hatte,

                                                                     (Fortzetzung folgt)


Pastor Robert Badke - Wspomnienia - Konin i okolice - Kanada - Der Heimatbote - 4/1972 - cz.13

 

                                            Założenie parafii i budowa kościoła

1 września 1951 roku mogłem rozpocząć samodzielną pracę. Jako miejsce nabożeństw przydzielono nam stary kościółek, który nie dorównywał przeciętnym domom modlitwy w naszej dawnej ojczyźnie. W każdą niedzielę odprawiałem nabożeństwa. Napływ niemieckich imigrantów był coraz większy. Wybrano radę kościelną, która nadzorowała porządek nabożeństw i zarządzała finansami. Powstał chór kościelny, którego kierownictwo przejął kantor Weber, człowiek z okolic Łodzi, który już wcześniej był moim współpracownikiem w Elze koło Hanoweru. Niemiecka młodzież zgłosiła się do współpracy. W dużej sali lokalnego klubu Edelweiß zorganizowano uroczystość upamiętniającą pierwszych niemieckich imigrantów sprzed 200 lat. Powstał chór puzonowy, którego kierownictwo przejął muzyk Theodor Frank, brat pastora Adolfa Franka z naszej ojczyzny.

Wkrótce potrzebowaliśmy większej przestrzeni do odprawiania nabożeństw, więcej miejsca dla naszego życia towarzyskiego, dla naszej grupy młodzieżowej, naszego chóru, chóru trąbkowego, stowarzyszenia kobiet, a także dla naszej niemieckiej szkoły sobotniej i niedzielnej. Zwołano zebranie gminne i omówiono plany na przyszłość. Podjęto decyzję o budowie własnego kościoła. Na czele komitetu budowlanego stanął dr dr Przetak, rodak z Wehlau w Prusach Wschodnich, kierownictwo przejął Paul Neyka z Bochum, a członkiem komitetu był m.in. kantor Ludwig Brenner, dawniej mieszkający na Wołyniu. Nawiązano kontakt z władzami miasta w sprawie działki budowlanej, przeprowadzono rozmowy z kierownictwem kościoła w sprawie pożyczki i udało się pokonać jedną przeszkodę po drugiej.

Aby uzupełnić fundusz budowlany, zorganizowano zbiórki, loterie zastawowe, przedstawienia amatorskie i koncerty kościelne. A potem budowa trwała dalej, powoli, ale nieprzerwanie! W końcu wyrosła wieża i zamontowano dzwon. Można było wyznaczyć datę poświęcenia kościoła! Odbyło się to 6 listopada 1955 r., a specjalna broszura utrwaliła to wydarzenie dla przyszłych pokoleń. Duża społeczność imigrantów, licząca setki ludzi dotkniętych losem z różnych części Europy, zebrała się, aby oddawać cześć i dziękować. Stracili wszystko, ale nie swojego Boga. Tak, zbudowali Mu pomnik wdzięczności za cudowne wybawienie z nędzy i udręki. Przysięgli Mu wierność i oddali się Jego łasce w nowej, wciąż obcej ojczyźnie.

Nadszedł wielki dzień, na który wszyscy z niecierpliwością czekali: 13 sierpnia 1953 r. po pierwszym uderzeniu łopaty rozpoczęła się budowa kościoła, po tym jak wspólnota została zgodnie z przepisami zarejestrowana w rejestrze państwowym, a plany budowy zostały zatwierdzone. Wrażenie robił fakt, że niemieccy imigranci, którzy wciąż cierpieli z powodu skutków wrogiej propagandy z czasów II wojny światowej, rozpoczęli swoją odbudowę w Kanadzie od budowy kościoła. Nie pasowało to wcale do obrazu złych Niemców, jaki przeciętny Kanadyjczyk zapamiętał z czasów wojny. Całe miasto o tym mówiło!

W międzyczasie uderzenia młotków niemieckich pionierów-imigrantów, którzy po całym dniu pracy zgłaszali się dziesiątkami do dobrowolnej pomocy, rozbrzmiewały głęboko w nocy, tak że w Boże Narodzenie 1953 r. nabożeństwo bożonarodzeniowe mogło już odbyć się w piwnicach własnego kościoła. Tym samym zakończono pierwszy etap budowy.

                                                                   (Ciąg dalszy nastąpi)



                                                 Gemeindegriindung und Kirchbau

Am 1. September 1951 konnte ich meine selbständige Arbeit beginnen. Als Gottesdienststätte wurde uns ein altes Kirchlein zugewiesen. das kaum einem der Durchschnittsbethäuser in unserer alten Heimat gleichkam. Sonntag für Sonntag habe ich Gottesdienste gehalten. Der Zustrom der deutschen Einwanderer wurde immer größer. Ein Kirchenvorstand wurde gewählt, der die Ordnung der Gottesdienste überwachte und die Finanzen verwaltete. Ein Kirchenchor konnte ins Leben gerufen werden, dessen Leitung Kantor Weber übernommen hat, ein Mann aus der Umgebung von Lodz, der bereits zu meinen Mitarbeitern in Elze bei Hannover zählte. Die deutsche Jugend meldete sich zur Mitarbeit. Eine Gedenkfeier zur Ehrung der ersten deutschen Einwanderer vor 200 Jahren konnte veranstaltet und im großen Saal des hiesigen deutschen Edel-weiß-Klubs durchgeführt werden. Ein Posaunenchor ist ins Leben gerufen worden und der Musiker Theodor Frank, Bruder von Pastor Adolf Frank aus unserer Heimat, übernahm die Leitung.

Bald brauchten wir einen größeren Raum für Gottesdienste, mehr Platz für unser Vereinsleben, für unsere Jugendgruppe, unseren Gesangchor, Posaunenchor, Frauenverein, auch für unsere deutsche Sonnabendschule und unsere Sonntagsschule. Eine Gemeindeversammlung wurde einberufen und Zukunftspläne wurden erörtert. Der Beschluß ist gefaßt worden, eine eigene Kirche zu bauen. An die Spitze des Baukomitees ist Dr. Dr. Przetak getreten, ein Landsmann aus Wehlau in Ostpreußen, die Federführung hat Paul Neyka aus Bochum über- nommen, und als Mitglied gehörte dem Komitee u.a. Kantor Ludwig Brenner an, früher einmal in Wolhynien. Fühlung mit der Stadtverwaltung wegen eines Bauplatzes wurde aufgenommen, Gespräche mit der Kirchenleitung wegen einer Anleihe wurden geführt und eine Hürde nach der anderen konnte genommen werden.

Um die Baukasse aufzufüllen, wurden Sammlungen durchgeführt, Pfandlotterien aufgelegt, Laienspiele und Kirchenkonzerte veranstaltet. Und dann weitergebaut, langsam – aber ununterbrochen! Zuletzt wuchs der Turm hoch und eine Glocke wurde angebracht. Kirchweih konnte angesetzt werden! Sie fand am 6. November 1955 statt und eine spezielle Broschüre hält sie für kommende Generationen fest. Eine große Einwanderergemeinde mit vielen Hunderten vom Schicksal geschlagenen Menschen aus allen Teilen Europas fanden sich zu Lob und Dank zusammen. Sie haben alles verloren, aber nicht ihren Gott. Ja, sie bauten Ihm ein Denkmal des Dankes für wunderbare Errettung aus Not und Bedrängnis. Sie gelobten ihm Treue und befahlen sich seiner Gnade in einer neuen, noch fremden Heimat.

Nun kam der große Tag, auf den alle mit Spannung gewartet haben: Am 13. August 1953 konnte mit dem ersten Spaten stich der Bau der Kirche beginnen, nachdem zuvor die Gemeinde sich vorschriftsmäßig konstituiert hat, in das Staatsregister eingetragen worden ist und die Baupläne bestätigt worden smd. Es hat Eindruck gemacht, daß deutsche Einwanderer, die noch immer unter den Auswirkungen der Feindpropaganda des 2. Weltkrieges zu leiden hatten, ihren Aufbau in Kanada mit dem Bau einer Kirche beginnen. Das paßte gar nicht zu dem Bild der bösen Germans, wie es der Durchschnittskanadier vom Kriege her in Erinnerung hatte. Die ganze Stadt sprach davon!!

Inzwischen hallten die Hammerschläge der deutschen Einwandererpioniere, die sich zu Dutzenden nach der Tageslast zur freiwilligen Mitarbeit meldeten, bis tief in die Nacht hinein, so daß zu Weihnachten 1953 der Weihnachtsgottesdienst bereits in den Kellerräumen der eigenen Kirche abgehalten werden konnte. Damit war die erste Phase des Baues erreicht.

                                                                (Fortsetzung folgt)

 


niedziela, 7 grudnia 2025

Pastor Robert Badke - Wspomnienia - Konin i okolice - Kanada - Der Heimatbote - 3/1972 - cz.12


                                                  Najchętniej od razu z powrotem

Położenie Edmonton, miasta liczącego prawie pół miliona mieszkańców, położonego na obu brzegach rzeki North Saskatchewan, jest naprawdę piękne. Samo miasto nie wywarło na nas wszystkich wielkiego wrażenia. Dzisiaj jest oczywiście znacznie bardziej imponujące i „amerykańskie”, z wieloma drapaczami chmur. W tamtych czasach było to jeszcze prawdziwe miasto preriowe o wiejskim charakterze. Ale cieszyliśmy się, że dotarliśmy do celu. Kochani krewni i znajomi objęli nas ramionami i wkrótce wszystko zostało zapomniane. Zamieszkaliśmy u mojego brata, który przybył tu kilka lat wcześniej. Jedyną rzeczą, która nas smuciła, była jego choroba. W ciągu miesiąca przyszło nam wykonać smutny obowiązek pochowania go. Jego śmierć była dla nas ciężkim ciosem, ponieważ jego obecność była jednym z czynników, które wpłynęły na naszą decyzję o emigracji do Kanady. Najchętniej wrócilibyśmy od razu – zresztą większość imigrantów ma takie doświadczenia. Ale jak mogliśmy wrócić? Najpierw trzeba było spłacić podróż do Kanady – w Kanadzie nic nie jest za darmo – a potem zarobić pieniądze na powrót. Było z nami tak jak z wieloma innymi: zanim nadszedł ten moment, straciliśmy ochotę i odwagę, aby ponownie podjąć wszystkie trudy. Zostaliśmy...

Dzięki znajomym znalazłem najpierw pracę jako stażysta w wielojęzycznym kościele św. Trójcy w Edmonton. Moje miesięczne wynagrodzenie wynosiło całe 150 dolarów, z czego musiałem jeszcze opłacić mieszkanie i zacząć spłacać koszty podróży. Na utrzymanie nie pozostało wiele. Moja córka musiała od razu podjąć pracę i dorabiać. Zabrałem syna do szkoły i od razu się tam odnalazł. Głosiłem kazania w języku niemieckim podczas nabożeństw i poświęciłem się niemieckojęzycznej młodzieży z licznych rodzin imigrantów, która chętnie się wokół mnie gromadziła. Przygotowałem pierwszy deklamator i ogłosiłem pierwsze po wojnie duże wydarzenie w języku niemieckim w Edmonton. Napływ gości był ogromny. Przybywali z całego miasta, co niepokoiło moich „drogich” kolegów po fachu. „Precz z Badke, niech idzie do buszu! Musi zacząć od zera, tak jak my”.

Takie i podobne komentarze wygłaszali „bracia”. Być może z ich punktu widzenia mieli nawet rację. Ale nie z mojego punktu widzenia, nie z punktu widzenia nowych niemieckich imigrantów. Chciałem służyć moim wygnanym współwyznawcom, a oni potrzebowali mnie w Edmonton. Zwróciłem się do władz Kościoła Luterańskiego Synodu Missouri, który, jak już wspomniałem, wspierał naszą pracę z uchodźcami w Niemczech. Zostałem natychmiast przyjęty i mianowany misjonarzem dla niemieckich imigrantów w Edmonton, z zadaniem założenia własnej parafii, jeśli zajdzie taka potrzeba.

                                                                      (ciąg dalszy nastąpi)


                                                                (11. Fortsetzung)

                                                      Am liebsten gleich wieder zuriick

Die Lage von Edmonton, einer fast Halbmillionenstadt an beiden Ufern des North Saskatchewan-Flusses, ist tatsächlich schön. Die Stadt selbst machte keinen gewaltigen Eindruck auf uns alle. Heute ist sie natürlich viel, viel imposanter und "amerikanischer" mit vielen Wolkenkratzern. Damals war sie noch eine echte Prärie-Stadt mit ländlichem Gepräge. Aber wir waren froh, am Ziele zu sein. Liebe Verwandte und Bekannte schlossen uns in die Arme und alles war bald vergessen. Wir zogen bei meinem Bruder ein, der hier vor einigen Jahren eingetroffen war. Das eine, was uns betrübte, war seine Krankheit. In einem Monat fiel uns die traurige Aufgabe zu, ihn zu Grabe zu geleiten. Seinen Tod empfanden wir als einen schweren Schlag, denn seine Anwesenheit war ja mit ein Faktor zu unserem Entschluß, nach Kanada auszuwandern. Am liebsten wären wir gleich wieder zurückgefahren – eine Erfahrung übrigens, welche die meisten Einwanderer machen. Aber wie konnten wir zurückfahren? Die Hinreise mußte erst abgezahlt werden - es wird in Kanada nichts geschenkt - und die Dollars für die Rückreise mußten erst verdient werden. Es ging uns wie vielen: Bis es so weit ist, verliert man die Lust und den Mut, von neuem alle Strapazen auf sich zu nehmen. Man bleibt ...

Durch Vermittlung von Bekannten kam ich zunächst an der Edmontoner gemischtsprachigen St. Trinitatiskirche als Praktikant unter. Ganze 150 Dollar waren mein Gehalt pro Monat und davon mußte ich auch noch meine Wohnung bezahlen und gleich mit der Abzahlung der Reisekosten beginnen. Zum Unterhalt blieb nicht viel. Meine Tochter mußte gleich in Stellung gehen und mitverdienen. Meinen Sohn brachte ich zur Schule und er fand sich da gleich zurecht. Ich predigte in den Gottesdiensten deutsch und widmete mich der deutschsprachigen Jugend aus den zahlreich einströmenden Einwandererfamilien, die sich willig um mich sammelte. Ich übte ein erstes Deklamatorium ein und rief zu der ersten großen deutschsprachigen Veranstaltung nach dem Kriege in Edmonton auf. Der Zustrom von Besuchern war überwältigend. Sie kamen aus der ganzen Stadt und dies beunruhigte meine "lieben" Amtskollegen. "Weg mit Badke, in den Busch mit ihm! Klein muß er anfangen, wie wir es getan haben."

Solche und ähnliche Kommentare verlautbarten die "Brüder". Vielleicht haben sie von ihrem Standpunkt sogar recht gehabt. Aber nicht von meinem, nicht vom Standpunkt der deutschen Neueinwanderer. Ich wollte meinen vertriebenen Glaubensgenossen dienen und sie brauchten mich in Edmonton. Ich wandte mich an die Behörden der Lutherischen Kirche der Missouri-Synode, die wie schon erwähnt, unsere Flüchtlingsarbeit in Deutschland unterstützt hat. Ich wurde sofort aufgenommen und zum Missionar für deutsche Einwanderer in Edmonton bestellt, mit dem Auftrag, gegebenenfalls eine eigene Gemeinde zu gründen.

                                                                       (Fortsetzung folgt)

 


Pastor Robert Badke - Wspomnienia - Konin i okolice - Kanada - Der Heimatbote - 2/1972 - cz.11

                                                                          VI.

                                                           Emigracja do Kanady

Pod koniec stycznia 1951 roku wraz z żoną Klothilde z domu Glabisch, córką Sophie urodzoną w 1932 roku i synem Karlem urodzonym w 1935 roku wyruszyliśmy w podróż do Kanady, po tym jak w Alfeld świętowałem swoje 50. urodziny. Podróż nie należała do przyjemnych.

Stary transportowiec wojskowy „Beverbrae”, już wycofany z eksploatacji jako niezdatny do użytku, był wystarczająco dobry, aby przewieźć za ocean osoby, które utknęły tam po II wojnie światowej. Statek nie posiadał pojedynczych kabin, a podróżni byli zakwaterowani jak w koszarach, mężczyźni po jednej stronie statku, kobiety po drugiej. Przy wysokich falach nie było się czego trzymać i nie było pewności co do życia. Walizki i skrzynie z ubraniami były rzucane w tę i z powrotem i minęło kilka dni, zanim udało się zebrać swoje rzeczy.

Posiłki na statku spożywano na stojąco i przeniesienie ich w jednym kawałku z miejsca wydawania do łóżka było nie lada wyczynem. Poza tym większość ludzi cierpiała na chorobę morską. Nie pomagało im nawet najlepsze jedzenie. Niektórzy próbowali sobie pomóc alkoholem, ale byli też tacy, którzy naprawdę mogli jeść i się śmiać. Nie należałem do tych szczęśliwców. Dwukrotnie ogłaszałem nabożeństwo w obie niedziele, które spędziliśmy podczas 13-dniowej podróży morskiej, ale za każdym razem musiałem je odwołać, ponieważ cierpiałem na chorobę morską. Podobnie było w przypadku mojego katolickiego kolegi. On również musiał odwołać swoje nabożeństwo.

Kiedy statek w końcu wpłynął do portu, wszyscy byli szczęśliwi. Radość tłumił jedynie lodowaty wiatr, który powitał nas podczas wysiadania w porcie St. John. Tutaj po raz pierwszy zetknęliśmy się z surową kanadyjską zimą, która nie ustępuje syberyjskiej. Podczas pierwszego ataku zimna moja żona prawie zemdlała, a ja musiałem nieść nie tylko walizki, ale także moją żonę na rękach do hali odpraw. Moje dwoje dzieci, Sophie i Karl, nie były pod ręką, ponieważ były potrzebne przy odprawie celnej jako pomocnicy i tłumacze. Na szczęście na miejscu była siostra z Czerwonego Krzyża i wszystko się dobrze skończyło. Odprawa celna była męcząca i nudna, ale trzeba to znosić, gdy się podróżuje. Teraz jest już inaczej i podróż morska jest naprawdę przyjemnością. Przekonaliśmy się o tym, gdy w 1966 roku po 16 latach nieobecności odwiedziliśmy Niemcy Zachodnie. Podczas podróży czuliśmy się tak dobrze, jak w dobrym hotelu, i nie odczuliśmy żadnej choroby morskiej.

Po załatwieniu wszystkich formalności, co przy tysiącu pasażerów „Beverbrae” zajęło ogromną ilość czasu, mogliśmy w końcu wyruszyć do Edmonton. Droga prowadziła na drugi koniec Kanady i to dobrze. Nie jest to tak daleko, jak z Europy do Ameryki. Przez 3 dni i 3 noce niezbyt luksusowy pociąg jechał przez bezkresne tereny pokryte śniegiem. Czasami mijaliśmy duże miasta, ale przeważnie były to małe miejscowości. W duchu myśleliśmy: „W Syberii też nie może być piękniej”.

W Winnipeg pociąg zatrzymał się na kilka godzin. Pomyśleliśmy, że to dobra okazja, aby poznać kanadyjskie miasto. Jednak zimny, lodowaty wiatr zmiatał nas z ulicy i szybko szukaliśmy schronienia w naszym przedziale kolejowym. Tysiąc mil dalej, 1 mila = 1,6 km, zatrzymaliśmy się ponownie w Calgary. Zrobiliśmy krótki spacer po mieście, ale zbytnio zajmowało nas zbliżanie się do celu naszej podróży, Edmonton, abyśmy mogli zainteresować się Calgary. Należy jednak dodać, że Calgary jest pięknym miastem położonym u podnóża kanadyjskich gór, Gór Skalistych. W końcu dotarliśmy do Edmonton. Po drodze nasz energiczny przewodnik, pan Keil, opowiedział nam, że Edmonton jest położone podobnie jak Stuttgart. Znałem Stuttgart i poczułem się pocieszony.

                                                                    (ciąg dalszy nastąpi)




                                                            VI.

                                     Die Auswanderung nach Kanada

Ende Januar 1951 trat ich mit meiner Frau Klothilde geb. Glabisch, Tochter Sophie, geb. 1932 und Sohn Karl, geb. 1935, die Reise nach Kanada an, nachdem ich in Alfeld noch meinen 50. Geburtstag gefeiert hatte. Die Reise damals war kein Vergnügen. Der alte Truppentransporter "Beverbrae", bereits als untauglich außer Dienst gestellt, war gut genug, dIe Gestrandeten aes 2. Weltkrieges nach Übersee zu bringen. Das Schiff besaß keine Einzelkabinen und die Reisenden wurden wie in einer Kaserne untergebracht, die Männer auf der einen, die Frauen auf der anderen Seite des Schiffes. Bei hohem Seegang hat man keinen Halt gehabt und war sich des Lebens nicht sicher. Koffer und Kleiderkisten wurden hin und her geschleudert und es hat tagelang gedauert, bis man seine Habseligkeiten zusammengefunden hat.

Die Mahlzeiten auf dem Schiff wurden stehend eingenommen und es war ein Kunststück, sie von der Ausgabestelle wohlbehalten zum Bettgestell zu bringen. Im übrigen lagen die meisten Menschen seekrank danieder. Ihnen half das beste Essen nicht. Manche versuchten, sich mit Alkohol zu helfen, doch gab es auch solche, die wirklich essen und auch lachen konnten. Ich gehörte nicht zu den Glücklichen. Zweimal habe ich Gottesdienst an beiden Sonntagen, die wir während der 13 tägigen Reise auf See zugebracht haben, ankündigen lassen, beide Male mußte ich absagen, weil ich seekrank war. Ähnlich ging es meinem katholischen Kollegen. Auch er mußte seinen Gottesdienst widerrufen.

Als das Schiff endlich den Hafen anlief, waren alle froh, Die Freude wurde nur durch den eisigen Wind gedämpft, der uns beim Aussteigen im Hafen von St. John entgegenblies. Hier machten wir die erste Bekanntschaft mit dem harten kanadischen Winter, der dem sibirischen nicht viel nachsteht. Beim ersten Ansturm der Kälte ist meine Frau fast ohnmächtig umgefallen und mir fiel die Aufgabe zu, außer den Koffern auch noch meine Frau auf den Armen in den Abfertigungsraum zu tragen. Meine beiden Kinder Sophie und Karl waren nicht zur Hand, denn sie wurden bei der Zollabfertigung als Helfer und Dolmetscher gebraucht. Eine Rotkreuzschwester war aber dann zur Stelle und es wurde alles wieder gut. Die Zollabfertigung war ermüdend und langweilig, aber das muß man sich gefallen lassen, wenn man auf Reisen geht. Jetzt ist auch das anders geworden und eine Seefahrt heute ist wirklich ein Vergnügen. Das durften wir erfahren, als wir im Jahre 1966 nach 16 jähriger Abwesenheit einen Besuch in Westdeutschland machten. Wir fühlten uns auf der Reise so gut wie in einem guten Hotel und von Seekrankheit haben wir nichts gemerkt.

Nachdem alle Formalitäten erledigt waren, was bei den tausend Passagieren der "Beverbrae" eine enorme Zeit in Anspruch nahm, durften wir endlich nach Edmonton losfahren. Der Weg führte an das andere Ende Kanadas und das ist gut. noch wieder so weit wie von Europa nach Amerika. 3 Tage und 3 Nächte rollte der nicht gerade luxuriöse Zug über unendliche Flächen, die von Schnee bedeckt waren. Manchmal passierten wir eine große Stadt, meistens aber kleine Flecken. Wir dachten uns im stillen, "schöner kann es ja in Sibirien auch nicht sein."

In Winnipeg hielt der Zug einige Stunden. Da dachten wir, es sei gute Gelegenheit, eine kanadische Großstadt kennenzulernen. Doch der kalte, eisige Wind fegte uns von der Straße weg und wir suchten schleunigst Schutz in unserem Bahnabteil. Tausend Meilen weiter, 1 Meile = 1,6 km, hielten wir wieder in Calgary. Machten einen kurzen Gang durch die Stadt, aber die Nähe unseres Reisezieles Edmonton beschäftigte uns schon zu sehr, als daß wir großes Interesse für Calgary finden konnten. Im übrigen muß man sagen, daß Calgary eine schöne Stadt ist und am Fuße der kanadischen Berge, der Rockie Mountains liegt. Endlich kamen wir in Edmonton an. Unterwegs erzählte uns der rührige Reisebegleiter Mr. Keil, daß Edmonton so ähnlich liege wie Stuttgart. Ich kannte Stuttgart und war nun getröstet.

                                                                  (Fortsetzung folgt)


Pastor Robert Badke - Wspomnienia - Konin i okolice - Der Heimatbote - 12/1971 - cz.10

                                           Gmina uchodźców Alfeld-Elze

Gmina lokalna w Alfeld z superintendentem Witte, a także gmina w Elze były na tyle wyrozumiałe, że nie sprawiały mi żadnych trudności. Wręcz przeciwnie, nowo utworzona gmina uchodźców cieszyła się ich wsparciem. Zostałem również zaproszony na konferencję pastorów okręgu kościelnego Alfeld, a nabożeństwa odbywały się w kościołach lokalnych gmin w Alfeld, Elze, Freden, Nordstemmen i innych miejscach. Rodacy z Łodzi i okolic spotykali się na nabożeństwach ojczyźnianych i tworzyli wspólnotę ojczyźnianą. Liczne uroczystości, imprezy, przedstawienia amatorskie, koncerty i tym podobne wydarzenia przyczyniły się do tego, że więź wspólnoty stawała się coraz silniejsza.

Chór uchodźczej wspólnoty pod znakomitym kierownictwem pana Thiele z Langenholzen znacznie przyczynił się do uatrakcyjnienia uroczystości. Bardzo aktywną grupą młodzieżową kierowała Irma Buchholz, wspomagana przez członków grupy młodzieżowej: W. Buchholz, Alberta Ratha, Elisabeth Mees, Rudolfa Sperlinga, Else Jeske, Grete Binder, Edith Kühn, Friedę Kühn, Maxa Kiefra, Karla Ruttera, E. Gramsa i H. Gramsa. W rzeczywistości wszyscy członkowie gminy robili wszystko, co było możliwe, aby rozwijać życie gminne i stworzyć domową atmosferę, która pomagała łatwiej znosić ciężar czasu.

Nie mogę tutaj wymienić wszystkich, choć bardzo bym tego chciał, ale chciałbym wspomnieć o kilku szczególnie zasłużonych osobach i rodzinach. Należą do nich: Rodz. Kühn, dawniej Pabianice, pani Marie Buchholz i dzieci, rodz. Georg Schmidt - Freden, rodzina Thiele - Langenholzen, rodzina Hauff, Farn. Lindner, rodzina Balzer, dawniej Tomaschow, rodzina Laube w Elze, rodzina Riedel, panna Irmgard Fischer, obecnie Kohlmann, która jako nauczycielka szkółki niedzielnej w Łodzi wniosła szczególnie cenne doświadczenie w pracy z dziećmi. nauczycielka szkółki niedzielnej w Łodzi, wniosła ze sobą szczególnie dobre doświadczenia w pracy z dziećmi. Praca z uchodźcami prowadzona przez Kościół staroluterański była wspierana materialnie przez Kościół luterański synodu Missouri. Fakt ten skierował naszą uwagę na możliwości emigracji do Ameryki, tym bardziej, że amerykański Kościół luterański był gotów wspierać akcję emigracyjną, a nawet ją umożliwić. W ten sposób wielu osobom umożliwiono emigrację, a co nie mniej ważne, wzrosło zainteresowanie tą kwestią również u mnie. Listy z Kanady, zwłaszcza z Edmonton, donosiły o tysiącach niemieckojęzycznych imigrantów, którzy przybywali tam i nie znajdowali zadowalającej opieki. To skłoniło mnie do emigracji, ale o tym w następnym rozdziale.

Chciałem tylko podkreślić, że przekazałem społeczność uchodźców z Alfeld-Elze pod opiekę naszego pastora Jakoba Gerhardta (w latach 1924–1941 w Bełchatowie, zmarłego w 1966 r.), który początkowo się nią zajmował. Kiedy wraz z żoną przebywałem w Niemczech latem 1966 roku, mogłem stwierdzić, że społeczność wprawdzie się skurczyła, ale nadal istnieje, co napełniło mnie wielką radością. Opiekuje się nią pastor staroluterański z Brunszwiku. Również w tym miejscu serdecznie pozdrawiam wszystkich moich dawnych członków społeczności w Alfeld, Elze oraz w bliższej i dalszej okolicy.

                                                                     (Ciąg dalszy nastąpi)

Na górze P. Badke, obok niego pani Kohlmann z domu Fischer z dziećmi z przedszkola parafii uchodźców Alfeld-Elze. Zdjęcie wykonane 1 grudnia 1949 r. Pani Kohlmann wyemigrowała następnie do Argentyny. P. Badke wyemigrował w 1951 r. do Kanady.

Oben P. Badke, neben ihm Frau Kohlmann geb: Fischer mit den Kindern des Kindergottesdienstes der Flüchtlingsgemeinde Alfeld-Elze. Aufnahme am 1.12.1949. Frau Kohlmann wanderte dann nach Argentinien aus. P. Badke 1951 nach Kanada

                                 Die Flüchtlingsgemeinde Alfeld-Elze

Die Ortsgemeinde in Alfeld mit Superintendent Witte und auch die in Elte waren verständnisvoll genug, mir keine Schwierigkeiten.zu bereiten. Im Gegenteil, die neugegründete Fluchtlgsgememde erfreute Sich ihrer Unterstützung. Auch wurde ich zu den Pastorenkonferenzen des Kirchenkreises Alfeld eingeladen und die Gottesdienste wurden in den Kirchen der Ortsgemeinden in Alfeld, Elze, Freden, Nordstemmen und anderen Orten gehalten. Landsleute aus Lodz und Umgebung trafen sich zu den Heimatgottesdiensten und wuchsen zu einer Heimatgemeinde zusammen. Zahlreiche Feste, Feiern, Laienspiele, Gesangveranstaltungen u.dgl. trugen dazu bei, daß das Band der Zusammengehörigkeit immer fester geknüpft werden konnte. 

Der Gesangchor der Flüchtlingsgemeinde stand unter der ausgezeichneten Leitung von Herrn Thiele aus Langenholzen und hat wesentlich zur Verschönerung der Feste beigetragen. Die sehr aktive Jugendgruppe leitete Irma Buchholz, assistiert von den Angehörigen der Jugendgruppe: W. Buchholz, Albert Rath, Elisabeth Mees, Rudolf Sperling, Else Jeske, Grete Binder, Edith Kühn, Frieda Kühn, Max Kiefer, Karl Rutter, E. Grams und H. Grams. Tatsächlich haben alle Gemeindeglieder getan, was möglich war, um das Gemeindeleben zu entwickeln und eine heimatliche Atmosphäre zu schaffen, die mithalf, die Bürde der Zeit leichter zu ertragen. 

Ich kann hier nicht alle aufzählen, so gern ich es wollte, aber einige besonders verdiente Personen und Familien möchte ich hier doch erwähnen. Dazu gehören: Farn. Kühn, früher Pabianice, Frau Marie Buchholz und Kinder, Farn. Georg Schmidt - Freden, Fam. Thiele - Langenholzen, Fam. Hauff, Farn. Lindner, Fam. Balzer, früher Tomaschow, Fam. Laube in Elze, Fam. Riedei, Frl. Irmgard Fischer, jetzt Kohlmann, die als ehern. Lehrerin der Sonntagsschule in Lodz besonders gute Erfahrungen für die Arbeit im Kindergottesdienst mitgebracht hatte. Die Flüchtlingsarbeit der Altlutherischen Kirche wurde materiell von der Luth. Kirche der Missouri-Synode getragen. Diese Tatsache lenkte unsere Aufmerksamkeit auf Auswanderungsmöglichkeiten nach Amerika, umsomehr, da die amerikanische lutherische Kirche bereit war, die Auswanderungsaktion zu fördern, ja überhaupt zu ermöglichen. So konnte vielen die Auswanderung ermöglicht werden und nicht zuletzt wuchs bei mir selbst das Interesse. Briefe aus Kanada, vor allem aus Edmonton, berichteten von Tausenden deutschsprachiger Einwanderer, die da eintreffen und keine zufriedenstellende Betreuung fmden. Dies bewog mich, selber auszuwandern, doch darüber im nächsten Kapitel. 

Hier wollte ich nur noch betonen, daß ich die Flüchtlingsgemeinde Alfeld-Elze unserem Heimatpastor Jakob Gerhardt (von 1924 - 41 in Belchatow, 1966 verst.) zur Verwaltung übergeben habe, der sie auch zunächst· betreute. Als ich mit meiner Frau im Sommer des Jahres 1966 in Deutschland weilte, konnte ich feststellen, daß die Gemeinde zwar zusammengeschrumpft ist, daß sie aber noch immer besteht, was mich mit großer Freude erfüllt hat. Sie wird von dem alt- lutherischen Pastor aus Braunschweig betreut. Auch an dieser Stelle grüße ich herzlichst alle meine früheren Gemeindeglieder in Alfeld, Elze und in der näheren und weiteren Umgebung.

                                                                        (Fortsetzung folgt)