Wizyta w dawnym gospodarstwie
Polacy, którzy osiedlili się w dawnych niemieckich gospodarstwach rolnych, początkowo czuli się bardzo obco na swojej nowej „posiadłości”. Szczególnie niepewnie czuli się w nocy, bo kto mógł wiedzieć, czy dawny niemiecki właściciel nie powróci i nie nawiedzi gospodarstwa, przynajmniej jako duch... O tym, jak niemiecki właściciel gospodarstwa rzeczywiście przybył w nocy i odwiedził swojego polskiego „następcę”, czytamy nie w jakiejś niemieckiej gazecie, ale bezpośrednio w wydawanym w Warszawie polsko-katolickim czasopiśmie „Dzisiaj i jutro” (które wraz z innymi gazetami udostępniła nam uprzejmie nasza rodaczka):
„Był styczeń 1946 roku. Ciężki, mroźny miesiąc, który oddzielał ludzkie osady od siebie puszystymi przestrzeniami zamarzniętej, gęsto pokrytej śniegiem ziemi. Nie wychodziło się wtedy z domu, bo w domu było bezpieczniej. Trudno było jakoś przyzwyczaić się do obcego miejsca. Trudno było się do tego wszystkiego przyzwyczaić. No i, jak już wspomniałem, zima była ciężka.
Pewnej nocy, kiedy już położyliśmy się spać, na podwórzu rozległ się hałas. Pomyślałem, że to nie wróży nic dobrego, więc wziąłem siekierę i przesuwając się od okna do drzwi, zacząłem nasłuchiwać. I wtedy zaczęło się stukanie. ... Sąsiedzi zazwyczaj nie przychodzili w nocy ...
„Kto tam?
Wołam, ale za drzwiami słychać jakiś szorstki głos mówiący po niemiecku (byłem w Niemczech, więc znam ten język): „Właściciel”. Ja: „Co za diabeł?” (Was für ein Teufe!?). Teraz mówię już po polsku, bo wszystko mi się pomieszało w głowie... I znowu ten szorstki głos, znowu po niemiecku: „No, nie bój się...” Wyrzucił z siebie jakieś imię, Franz czy coś innego. „Otwórz, nie można przecież zamarznąć”.
Otworzyłem. Do pokoju wlókł się wieśniak przypominający kurczaka. Pokryty śniegiem, przemarznięty. Zapaliłem światło. Usiadł za stołem, wyciągnął nogi w kierunku pieca i siedział. W końcu, kiedy już nas wystarczająco obejrzał, powiedział:
„Cóż, jestem tu tylko na chwilę. Przyszedłem obejrzeć gospodarstwo, sprawdzić, czy wszystko jest w porządku”.
Wzięliśmy lampę, narzuciłem futro i z siekierą wyszliśmy na podwórze. Naprawdę obejrzał, jak wszystko tu wygląda, westchnął i wróciliśmy do domu. Żona podgrzała mleko. Zjadł kolację.
„Bardzo dobrze”, mruknął, „że dbacie o tę posiadłość. Muszę jeszcze tej nocy wrócić do granicy, bo inaczej mnie zamkną. Ale dbajcie o to dalej, bo nie można zaniedbywać ziemi i warto dbać o gospodarstwo”.
Wiedziałem o tym. Po północy Niemiec poszedł do lasu, z powrotem do swoich. Trzeba zrozumieć: był to poprzedni właściciel. Tak bardzo przywiązał się do tego miejsca, że nie mógł tego znieść. Wtedy mieliśmy taką wizytę”
W ten sposób polski reporter W. L. Terlecki opowiada w swoim artykule „Na granicy siedzi diabeł” o wizycie Niemca w jego dawnym gospodarstwie.
Besuch auf dem früheren Hof
Die auf den früheren deutschen Bauernhöfen angesiedelten Polen kamen sich anfänglich auf ihrem neuen "Besitz" sehr fremd vor. Besonders unsicher fühlten sie sich nachts, denn wer konnte wissen, ob nicht der ehemalige deutsche Eigentümer wiederkehrte und, zumindest als Geist, auf dem Hofe herumspukte . . . Wie aber ein deutscher Hofeigentümer tatsächlich nachts kam und seinen polnischen "Nachfolger" besuchte, darüber lesen wir - nicht in irgendeiner deutschen Zeitung, sondern direkt in der in Warschau erscheinenden polnisch-katholischen Zeitschrift "Dzis i Jutro" (die uns eine Landsmännin zusammen mit anderen Blättern freundlicherweise zur Verfügung stellte) folgendes:
"Es war im Januar des Jahres 1946. Ein schlimmer, frostiger Monat, der die menschlichen Siedlungen durch flaumige Zwischenräume gefrorener, dicht mit Schnee bedeckter Erde von einander schied. Man ging damals nicht aus dem Hause, denn im Hause war es sicherer. Es war irgendwie schwer, sich an den fremden Ort zu gewöhnen. Schwer, sich in das alles einzuleben. Na, und wie gesagt, der Winter war hart.
Eines Nachts als wir uns schon schlafen gelegt hatten, erhob sich auf dem Hofe ein Geräusch. Nicht gut, denke ich, also nahm ich die Axt, und mich vom Fenster zur Tür vorschiebend, fing ich an zu horchen. Und es begann ein Geklopfe. .. Nachbarn pflegten aber in der Nacht nicht zu kommen ..
"Wer da?
Ich rufe, aber hinter der Tür irgendeine grobe Stimme auf deutsch (ich war in Deutschland, daher kenne ich die Sprache): "Der Eigentümer." Ich: "Was für ein Teufe!?" (Co za diabel ?). Jetzt spreche ich schon polnisch, denn mir hat sich alles im Kopfe umgedreht . . . Und schon wieder die grobe Stimme, wieder auf deutsch: "Na, fürchtet euch nicht ... " Irgendeinen Namen stieß er heraus, Franz oder sonst etwas. "Macht doch auf, man kann doch nicht erfrieren."
Ich öffnete. -Ein hühnenhafter Bauer schleppt sich in den Raum. Mit Schnee bedeckt, durchgefroren. Ich zündete das Licht an. Jener setzte sich hinter den Tisch, die Beine streckt er zum Ofen aus und sitzt. Schließlich, als er uns genug beguckt hat, sagt er:
"Na, ich bin hier mal ganz kurz. Bin gekommen, um die Wirtschaft zu besichtigen, zu sehen, ob alles in Ordnung ist."
Wir nahmen eine Lampe, ich warf mir den Pelz über und mit der Axt marschierten wir auf den Hof hinaus. Wirklich er hat sich angeschaut, wie hier alles gehalten wird, er stöhnte auf und wir kehrten ins Haus zurück. Die Frau machte Milch heiß. Er aß Abendbrot.
"Sehr gut", murmelte er, "daß ihr euch um das Anwesen Mühe gebt. Ich muß noch in der Nacht zur Grenze zurück denn man würde mich sonst einsperren. Aber kümmert euch weiterhin darum, denn den Boden darf man nicht vernachlässigen und es ist wert, um die Wirtschaft Sorge zu tragen."
Das wußte ich. Nach Mitternacht ging der Deutsche in den Wald, zurück zu den Seinen. Man muß verstehen: das war der frühere Eigentümer. So hatte es ihn hierhergezogen, daß er es nicht mehr aushielt. Solch einen Besuch hatten wir damals"
In dieser Weise erzählt der polnische Berichterstatter W. L. Terlecki im Rahmen seines Artikels "An der Grenze sitzt der Teufel", den Besuch eines Deutschen auf seinem früheren Hof.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz