Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rękopis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rękopis. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 kwietnia 2022

Feliks Bernas Lubecki - Armia Krajowa - Warszawa - Podziemie - Sokołów Podlaski - Rękopis - 1939-45 - cz.16

 

Tych Sarnak wsławionych osiągnięciami wywiadu A.K. , a dotyczącymi niemieckiej broni V1. Pociski tam właśnie padały, gdzieś w nadburzańskich bagnach, wystrzeliwane zdaje się z okolic Dębicy. Stamtąd dostałem się do wspomnianego majątku trochę piechotą, trochę jakimiś przygodnymi furmankami.. Gdzie po drodze nocowałem – nie pamiętam. Odszukałem administratora. Był, jak pamiętam, nieco wystraszony moją wizytą. Nocowałem w jakichś zabudowaniach gospodarskich tak, by mnie nikt nie widział. Woził mnie linijką gdzieś w pola. Spotykaliśmy jakichś ludzi. Przesuwa mi się to przed oczyma, jak bardzo zamglony obraz. Wróciłem do Warszawy po tygodniu. Ogłoszenie o „BIUrku” na Królewskiej. Spotkania z majorem Okoniem w Ogrodzie Saskim i tak płynął czas, aż do następnej podróży. Ta była znamienna dlatego, że epopeja warszawska jakby wisiała już w powietrzu i dlatego, że przeżyłem w tej podróży chyba najwięcej wrażeń. Miałem się dostać do administratora majątku hr. Platerów w Platerowie nad Bugiem. Rosjanie dochodzili już do Bugu, wobec czego podróżowanie dla cywila sprawiało nie lada trudności. Wyjechałem w kierunku Mińsk Mazowiecki – Siedlce. Trochę pociągiem osobowym, trochę towarowym, w każdym razie wczesnym popołudniem byłem już w Siedlcach. Tam wyraźna panika. Siedlce tej nocy było bombardowane. Czuło się front tuż, tuż. O dalszej jeździe w jakichś względnie normalnych warunkach nie było mowy. Ruch na stacji – to tylko transporty wojskowe. Rozglądam się zupełnie bezradny, bo do celu mojej podróży z Siedlec było ok. 70 kilometrów. Co robić? Nagle widzę znajomą twarz pięknej dziewczyny. Aż przetarłem oczy ze zdumienia. Zobaczyła mnie również i oboje w tym straszliwym bałaganie byliśmy ze spotkania bardzo szczęśliwi. Była to bratnia dusza, ale by tego dowieść muszę się nieco cofnąć z mym opowiadaniem. Nie pamiętam już z jakiego to z kolei zagrożenia, musiałem czasowo zmienić mieszkanie i znalazłem się, dzięki Stefanowi, u Irki Adamskiej – wtedy już Irki Witkowskiej, na ul. Terespolskiej na Grochowie. Tam, któregoś dnia na uroczystej kolacji (nie pamiętam powodu) poznałem właśnie tę bardzo przystojną panią, trochę chyba starszą ode mnie. Była duszą towarzystwa i z opowiadań przy stole wynikało, że praca konspiracyjna nie była jej obca. I to jakaś specjalna praca. Okazało się, że dziewczyna władała perfekt niemieckim i francuskim, że z jakimiś poleceniami często przemierzała trasę Berlin-Paryż. Było to bardzo intrygujące, ale były to czasy, w których nie zadawało się zbyt wielu pytań. Widziałem ją tam chyba raz, ale dzięki nieprzeciętnej urodzie, rozpoznałem bez trudu. Zapytana czy wraca do warszawy, czy jedzie gdzieś dalej – odpowiedziała, że dalej, tylko nie bardzo widzi możliwości. Po dalszej rozmowie okazało się, że jedziemy w tym samym kierunku (ona o jedną stację bliżej). Na jednym z peronów podstawiono jakiś trochę dziwny towarowo-osobowy pociąg niemiecki. Lokomotywa była pod parą. Obok kręcili się niemieccy żołnierze i jakiś oficer. Od kolejarzy polskich dowiedzieliśmy się, ze pociąg ten jechać ma zaraz w dogodnym dla nas kierunku. Nim się zorientowałem, dziewczyna już była przy oficerze niemieckim prosząc, by pozwolił nam jechać tym pociągiem. Podszedłem i ja, zaczęliśmy go maglować we dwoje, argumentując, że musimy jakoś wywiązać się z polecenia służbowego (ja oczywiście „nieśmiertelne” deski, ona – nie pamiętam już co). Oficer, nie mam żadnej wątpliwości, ze ujęty urokiem dziewczyny, machnął ręką na znak zgody, ale pod warunkiem, że pojedziemy na platformie z piaskiem przed lokomotywą. Kto przeżył okupację, ten pamięta, że Niemcy, aby chronić lokomotywę i resztę pociągu przed coraz częstszymi zamachami Ruchu Oporu – umieszczali przed lokomotywą platformę załadowaną piachem, aby w razie wybuchu na torach – ona wylatywała przed wszystkim w powietrze. Było nam oczywiście wszystko jedno, byle jechać. Wgramoliliśmy się na platformę i pociąg wkrótce ruszył. Jechał nawet dość szybko, ale zwalniał i zatrzymywał się przy każdym, najmniejszym nawet mostku kolejowym. Niemcy wyskakiwali z jakimiś paczkami, coś majstrowali i pociąg po jakimś czasie ruszał znowu. Zaczęliśmy te zabiegi ukradkiem obserwować i okazało się, ze Niemcy po prostu minują każdy most. Był to pociąg saperski. Wiedzieliśmy, że Rosjanie dochodzą podobno do Bugu, ale nie wiedzieliśmy, ze sytuacja jest tak poważna. Wobec częstych i dość długich postojów jazda przeciągała się. Dziewczyna wysiadła na jednej stacyjce przed moją – nie pamiętam dziś nazwy ani jednej, ani drugiej. Umówiliśmy się, raczej teoretycznie, że będziemy próbowali się spotkać na tej trasie jutro przed południem i wrócimy do warszawy razem, ale oboje wiedzieliśmy, ze szans na spotkanie nie ma. Dojechałem do mojej stacji już sam.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

These Sarnaks are famous for the achievements of A.K. intelligence. and concerning German V1 weapons. The missiles fell there, somewhere in the marshes by the river Bug river, fired I think from the vicinity of Debica. From there I got to the mentioned estate a bit on foot, a bit in some casual carts. Where I spent the night on the way - I don't remember. I found the administrator. He was, as I remember, a bit frightened by my visit. I spent the night in some farm buildings so that no one would see me. He drove me with a ruler somewhere in the fields. We met some people. It flashes before my eyes like a very hazy picture. I returned to Warsaw after a week. An announcement about "BIUrk" on Krolewska street. Meetings with Major Okon in the Saxon Garden and so time passed until the next journey. This one was significant because the Warsaw epic seemed to be already hanging in the air and because I probably experienced the most impressions on this trip. I was to get to the administrator of the estate of Count Plater in Platerowo on the Bug River. The Russians had already reached the Bug river, so travelling for a civilian was very difficult. I left in the direction of Minsk Mazowiecki - Siedlce. I took a little bit of a passenger train, a little bit of a goods train, and in any case, in the early afternoon I was already in Siedlce. There was a clear panic. Siedlce was bombarded that night. It felt like the front was just around the corner. There was no way I could continue my journey in relatively normal conditions. The traffic at the station - only military transports. I look around completely helpless as it was about 70 kilometres from Siedlce to my destination. What to do? Suddenly, I see a familiar face of a beautiful girl. I rubbed my eyes in astonishment. She saw me too and in this terrible mess we were both very happy to meet. She was my soul mate, but to prove it I have to go a bit back with my story. I don't remember anymore from what danger I had to temporarily change my flat and I found myself, thanks to Stefan, at the house of Irka Adamska - then already Irka Witkowska, in Terespolska Street in Grochów district. There, one day during a ceremonial dinner (I don't remember the reason) I met this very handsome lady, probably a bit older than me. She was the soul of the company and from the stories told at the table it seemed that underground work was not alien to her. And it was some kind of special work. It turned out that the girl had a perfect command of German and French, that she often travelled between Berlin and Paris with some orders. It was very intriguing, but those were times when one didn't ask too many questions. I think I saw her there once, but thanks to her unusual beauty, I recognized her without difficulty. When asked whether she was going back to Warsaw or going somewhere else, she replied that she was going further, but she did not really see the possibilities. After further conversation it turned out that we were going in the same direction (she was one station closer). On one of the platforms there was some kind of a strange German freight train. The locomotive was under steam. German soldiers and an officer were hanging around. From the Polish railwaymen we learned that this train was to go in a direction convenient for us. Before I knew it, the girl was already with the German officer, asking him to let us take the train. The two of us started to mangle him, arguing that we must somehow fulfil the official order (I, of course, "immortal" boards, she - I do not remember what). The officer, I have no doubt, taken by the girl's charm, waved his hand as a sign of consent, but on condition that we ride on a platform with sand in front of the locomotive. Those who survived the occupation will remember that the Germans, in order to protect the locomotive and the rest of the train from more and more frequent attacks of the Resistance Movement, placed a platform loaded with sand in front of the locomotive so that in case of an explosion on the tracks - it would fly out in front of everything. Of course, we didn't care, just go. We climbed onto the platform and the train soon set off. It was even going quite fast, but it slowed down and stopped at every railway bridge, even the smallest one. The Germans would jump out with some parcels, tinker with something and after a while the train would move again. We began to observe these operations surreptitiously and it turned out that the Germans were simply passing each bridge. It was a sapper train. We knew that the Russians were supposedly reaching the Bug River, but we did not know that the situation was so serious. Because of the frequent and quite long stops, the journey dragged on. The girl got off at one station before mine - I don't remember the name of either one or the other today. We agreed, rather theoretically, that we would try to meet on this route tomorrow before noon and return to Warsaw together, but we both knew that there was no chance of meeting. I arrived to my station already alone.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Diese Sarnaks sind berühmt für die Leistungen der A.K.-Intelligenz. und über deutsche V1-Waffen. Die Raketen fielen dort, irgendwo in den Sümpfen am Fluss Bug, abgefeuert, glaube ich, aus der Nähe von Debica. Von dort aus erreichte ich das besagte Anwesen ein wenig zu Fuß, ein wenig mit einigen lässigen Karren. Wo ich unterwegs übernachtet habe, weiß ich nicht mehr. Ich habe den Administrator gefunden. Er war, wie ich mich erinnere, ein wenig erschrocken über meinen Besuch. Ich verbrachte die Nacht in einigen landwirtschaftlichen Gebäuden, damit mich niemand sehen konnte. Er hat mich mit einem Lineal irgendwo in die Felder gefahren. Wir haben einige Leute getroffen. Wie ein verschwommenes Bild taucht es vor meinen Augen auf. Nach einer Woche kehrte ich nach Warschau zurück. Eine Ankündigung über "BIUrk" in der Krolewska Straße. Treffen mit Major Okon im Sächsischen Garten und so verging die Zeit bis zur nächsten Reise. Dies war wichtig, weil das Warschauer Epos bereits in der Luft zu hängen schien und weil ich auf dieser Reise wahrscheinlich die meisten Eindrücke erlebt habe. Ich sollte zum Verwalter des Anwesens des Grafen Plater in Platerowo am Fluss Bug gehen. Die Russen hatten bereits den Bug erreicht, so dass das Reisen für Zivilisten sehr schwierig war. Ich fuhr in Richtung Minsk Mazowiecki - Siedlce. Ich bin ein bisschen mit dem Personenzug gefahren, ein bisschen mit dem Güterzug, und auf jeden Fall war ich am frühen Nachmittag schon in Siedlce. Es herrschte eine deutliche Panik. Siedlce wurde in dieser Nacht bombardiert. Es fühlte sich an, als stünde die Front gleich um die Ecke. Es gab keine Möglichkeit, meine Reise unter relativ normalen Bedingungen fortzusetzen. Der Verkehr am Bahnhof - nur Militärtransporte. Völlig ratlos schaue ich mich um, denn von Siedlce bis zu meinem Ziel sind es etwa 70 Kilometer. Was ist zu tun? Plötzlich sehe ich das bekannte Gesicht eines schönen Mädchens. Ich rieb mir erstaunt die Augen. Sie sah mich auch, und in diesem schrecklichen Durcheinander waren wir beide sehr froh, uns zu treffen. Sie war meine Seelenverwandte, aber um das zu beweisen, muss ich in meiner Geschichte ein wenig zurückgehen. Ich weiß nicht mehr, aus welcher Gefahr heraus ich vorübergehend die Wohnung wechseln musste, und dank Stefan fand ich mich im Haus von Irka Adamska - damals schon Irka Witkowska - in der Terespolska-Straße im Stadtteil Grochów wieder. Dort traf ich eines Tages während eines feierlichen Abendessens (ich erinnere mich nicht mehr an den Grund) diese sehr hübsche Dame, die wahrscheinlich etwas älter war als ich. Sie war die Seele des Unternehmens, und aus den Geschichten, die am Tisch erzählt wurden, ging hervor, dass ihr die Arbeit unter Tage nicht fremd war. Und es war eine ganz besondere Arbeit. Es stellte sich heraus, dass das Mädchen die deutsche und französische Sprache perfekt beherrschte und oft mit Aufträgen zwischen Berlin und Paris unterwegs war. Es war sehr faszinierend, aber das waren noch Zeiten, in denen man nicht zu viele Fragen stellte. Ich glaube, ich habe sie dort einmal gesehen, aber dank ihrer außergewöhnlichen Schönheit habe ich sie ohne Schwierigkeiten wiedererkannt. Auf die Frage, ob sie nach Warschau zurückkehre oder woanders hingehen wolle, antwortete sie, sie wolle weitergehen, aber sie sehe die Möglichkeiten nicht wirklich. Nach einem weiteren Gespräch stellte sich heraus, dass wir in dieselbe Richtung fuhren (sie war eine Station näher). Auf einem der Bahnsteige stand eine Art seltsamer deutscher Güterzug. Die Lokomotive stand unter Dampf. Deutsche Soldaten und ein Offizier trieben sich dort herum. Von den polnischen Eisenbahnern erfuhren wir, dass dieser Zug in eine für uns günstige Richtung fahren sollte. Ehe ich mich versah, war das Mädchen schon bei dem deutschen Offizier und bat ihn, uns den Zug nehmen zu lassen. Wir beide fingen an, ihn zu zerfleischen, mit dem Argument, dass wir irgendwie den offiziellen Auftrag erfüllen müssen (ich natürlich, "unsterbliche" Bretter, sie - ich weiß nicht mehr was). Der Offizier, der zweifellos vom Charme des Mädchens angetan war, winkte mit der Hand als Zeichen der Zustimmung, allerdings unter der Bedingung, dass wir auf einem Bahnsteig mit Sand vor der Lokomotive fahren. Diejenigen, die die Besatzung überlebt haben, werden sich daran erinnern, dass die Deutschen, um die Lokomotive und den Rest des Zuges vor den immer häufigeren Angriffen der Widerstandsbewegung zu schützen, eine mit Sand beladene Plattform vor die Lokomotive legten, so dass diese im Falle einer Explosion auf den Gleisen vor allem wegfliegen würde. Natürlich war es uns egal, wir wollten einfach nur gehen. Wir kletterten auf den Bahnsteig, und der Zug fuhr bald los. Er fuhr sogar ziemlich schnell, wurde aber langsamer und hielt an jeder noch so kleinen Eisenbahnbrücke an. Die Deutschen sprangen mit einigen Paketen heraus, bastelten an etwas herum und nach einer Weile fuhr der Zug wieder. Wir begannen, diese Vorgänge heimlich zu beobachten, und es stellte sich heraus, dass die Deutschen einfach jede Brücke passierten. Es war ein Pionierzug. Wir wussten, dass die Russen angeblich den Fluss Bug erreicht hatten, aber wir wussten nicht, dass die Lage so ernst war. Wegen der häufigen und recht langen Stopps zog sich die Reise in die Länge. Das Mädchen stieg an einer Station vor meiner aus - ich weiß heute weder den Namen der einen noch der anderen Station. Wir vereinbarten, eher theoretisch, dass wir versuchen würden, uns morgen vor Mittag auf dieser Strecke zu treffen und gemeinsam nach Warschau zurückzukehren, aber wir wussten beide, dass es keine Chance auf ein Treffen gab. Ich kam bereits allein an meinem Arbeitsplatz an.



sobota, 9 kwietnia 2022

Feliks Bernas Lubecki - Armia Krajowa - Warszawa - Podziemie - Sokołów Podlaski - Rękopis - 1939-45 - cz.15

 

Jak w tej chwili sięgam pamięcią, okres mniej więcej do wybuchu Powstania, był to okres, w którym byłem w ciągłej gotowości. Kontakt do mnie miały łączniczki do mieszkania na Mokotowskiej – na hasło. Po takim kontakcie na ogół jechałem do skrzynki kontaktowej na Kolonię Grottgera na Mokotowie i tam dostawałem jakieś dokumenty. Pamiętam, że w domu, w którym była skrzynka, mieszkał również (w każdym miał mieszkanie) Kornel Makuszyński. Mijałem to mieszkanie, wchodząc po schodach. Miałem możliwość innego kontaktu. Tyczyło to na ogół kontaktu po przyjeździe z podróży konspiracyjnej. Był na ul. Królewskiej, blisko Marszałkowskiej dom (może uszkodzony, nie pamiętam), wsparty na chyba 2 potężnych kolumnach. Na jednej z nich naklejałem ogłoszenie, którego treść dokładnie pamiętam: „ biurko amerykańskie do sprzedania wiadomość...” Po krótkim czasie zgłaszała się do mnie na Mokotowską łączniczka.

    Pierwszy dalszy wyjazd – to podróż w okolice Białegostoku do księdza, który był znajomym Matki mojej przyszłej bratowej. Pojechałem tam z jej Matką. O ile pamiętam podróż ta przeszła bez żadnych zakłóceń. Miałem od „swojego” volksdeutscha papiery uprawniające mnie do zakupu drzewa w tamtych okolicach. Z takimi właśnie papierami wyjeżdżałem kilka razy.

    Drugą podróż odbyłem już samodzielnie. Mógł to być przełom czerwca i lipca 1944 roku. Podróżowanie nie było wtedy łatwe. Rosjanie byli już na naszych ziemiach, wobec czego tzw. Generalne Gubernatorstwo stało się (w każdym razie tereny bezpośrednio na zachód od Bugu) strefą przyfrontową. Już znacznie wcześniej podróżowanie koleją było bardzo utrudnione. Teraz trudności te były zwielokrotnione. Wierzyłem w swoje papiery, a przede wszystkim w swoje 21 lat. Pojechałem na dworzec Zachodni i tam wsiadłem do pociągu pospiesznego tylko dla Niemców (wracających na front z urlopu). Wagony były pulmanowskie. W jednym z przedziałów zobaczyłem wolne miejsce przy drzwiach. Wszedłem i wyjawiwszy cel podróży (jak zwykle po drzewo), zapytałem czy można tu zostać. Nikt nie miał nic naprzeciwko. Pociąg był już w ruchu, minął dworzec Główny, byliśmy na moście kolejowym, kiedy na korytarzu zobaczyłem patrol żandarmerii wojskowej, idący z biegiem pociągu. JA też tak siedziałem (z biegiem pociągu). Wtuliłem się w kąt wagonu i usiłowałem zasłonić się firaneczką. Już przechodzili dalej, kiedy ostatni odwrócił się i coś tam musiał dojrzeć świdrującymi ślepiami, bo zaszczekał do pozostałych, wrócili i otworzyli mój przedział. Rozwarcie niemieckiej mordy na cały regulator zna każdy, kto przeżywał okupację w kraju. „Was machst du hier? Das ist Urlauberzug nur für Soldaten! Papiere!” Kiedy zorientowali się, ze jestem Polakiem, ryk jeszcze się wzmógł. Teraz z pomocą przyszli mi „towarzysze” z przedziału. „Dajcie mu spokój, jedzie służbowo, przecież jest miejsce”. Mówili początkowo spokojnie, potem podniesionymi głosami (Byli to wermachtowcy, którzy jak wszyscy żołnierze na świecie mają swoisty stosunek do żandarmów i policji). Poza tym trzeba pamiętać, ze był to już rok 1944. Żandarmi w końcu machnęli ręką na zafajdanego cywila i poszli dalej. Odetchnąłem. W przedziale nastąpiło również odprężenie. Zaczęły się rozmowy. Tak dojechaliśmy do Małkini. Pociąg jechał w kierunku Białegostoku i dalej. Niestety musiałem wysiąść, bo to już o dla mnie nie po drodze. Pożegnałem moich „Obrońców” i znalazłem się na peronie stacji. Ruch dla cywili w ogóle tutaj się skończył. Co robić dalej? Musiałem na razie dostać się do Sokołowa Podlaskiego. Również do księdza, do którego jechałem, czego jeszcze nie zdążyłem napisać, z wielkim obrazem pod pachą. Obraz miał stanowić znak rozpoznawczy. Pomogli mi polscy kolejarze, którzy wskazali jakiś towarowy pociąg jadący w kierunku Siedlec. Wlókł się niemiłosiernie, w końcu dotarłem na miejsce. Z odszukaniem „mojego” księdza (Trzeba było jednak dyskretnie) nie miałem większych kłopotów, za to ksiądz okazał się dość mrukliwy. Próbował na mnie wrzeszczeć, dlaczego tak późno się zjawiłem i co te władze w Warszawie sobie myślą, ale wyjaśniłem spokojnie, ze spełniam tylko dany mi rozkaz i o niczym więcej nie wiem. Ksiądz, o ile sobie przypominam, nakarmił mnie i przenocował. Przychodzili w międzyczasie jacyś ludzie ciekawi wieści ze Stolicy. Następnego dnia musiałem jechać dalej. Jechałem do jakiegoś majątku pod Janowem Podlaskim, do administratora tego majątku. Dostać się tam nie było łatwo. Musiałem z Sokołowa Podlaskiego dojechać koleją do Siedlec, a stamtąd…. , stamtąd prawdopodobnie, gdzieś w okolice Sarnak.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

As far as I can remember at the moment, more or less until the outbreak of the Uprising, it was a period when I was on constant alert. I was contacted by women liaison officers in the Mokotowska street flat - on password. After such a contact I usually went to the contact box in Kolonia Grottgera in Mokotów and there I received some documents. I remember that Kornel Makuszyński also lived in the house where the box was located (he had a flat in each house). I passed that flat, climbing the stairs. I had the opportunity for other contact. It was usually contact after arriving from an underground trip. There was a house (maybe damaged, I don't remember) on Królewska Street, near Marszałkowska Street, supported by probably two huge columns. On one of them I pasted an advertisement whose content I remember exactly: " American desk for sale message...". After a short time a woman liaison officer reported to me in Mokotowska Street.

    My first trip was to Białystok to a priest who was a friend of my future sister-in-law's mother. I went there with her Mother. As far as I remember this journey passed without any disturbances. I had papers from "my" volksdeutsch, authorising me to buy wood in that area. I left several times with such papers.

    The second trip I made was already on my own. It might have been the turn of June or July 1944. Travelling was not easy then. The Russians were already on our lands, so the so-called General Government became a front zone (in any case, the areas directly west of the Bug River). Already much earlier, travelling by rail was very difficult. Now the difficulties were multiplied. I believed in my papers, and above all in my 21 years. I went to the West railway station and there I boarded an express train only for Germans (returning to the front from leave). The carriages were Pulman's. In one of the compartments I saw an empty seat by the door. I entered and, having revealed the purpose of my journey (as usual to get wood), I asked if I could stay there. Nobody had anything against it. The train was already moving, it had passed the Main Station, we were on the railway bridge, when I saw a military police patrol in the corridor, going with the flow of the train. I was also sitting like that (with the train running). I huddled in a corner of the carriage and tried to cover myself with a curtain. They were already passing on, when the last one turned around and must have seen something with his blind eyes, because he barked at the others, they came back and opened my compartment. The opening of the German murder to the full volume is known to anyone who has lived through the occupation in the country. "Was machst du hier? Das ist Urlauberzug nur für Soldaten! Papiere!" When they realised that I was Polish, the roar increased even more. Now my "comrades" in the compartment came to my aid. "Leave him alone, he's on business, there is room after all". At first they spoke calmly, then with raised voices (they were Wermacht soldiers who, like all the soldiers in the world, have a peculiar attitude to the gendarmes and the police). Besides, one must remember that it was already 1944. Finally, the gendarmes waved their hands at the civilian and went on. I took a breath. The compartment also relaxed. Conversations began. This is how we reached Malkinia. The train was going in the direction of Białystok and further. Unfortunately, I had to get off, because it was out of my way. I said goodbye to my "Defenders" and found myself on the station platform. The traffic for civilians stopped here altogether. What to do next? For the time being I had to get to Sokołów Podlaski. Also to the priest, to whom I was going, which I have not yet had time to write, with a large painting under my arm. The painting was to be a sign of recognition. I was helped by Polish railway workers who pointed out a freight train heading in the direction of Siedlce. It dragged mercilessly, but finally I arrived. I did not have much trouble finding "my" priest (it had to be discreet, though), but the priest turned out to be rather rude. He tried to yell at me about why I had come so late and what the authorities in Warsaw were thinking, but I explained calmly that I was only following an order and knew nothing more. The priest, as far as I remember, fed me and put me up for the night.  In the meantime some people came in, curious about the news from the capital. The next day I had to travel further. I was going to some estate near Janów Podlaski, to the administrator of this estate. Getting there was not easy. I had to get from Sokołów Podlaski by rail to Siedlce, and from there.... and from there probably somewhere in the vicinity of Sarnaki.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Soweit ich mich im Moment erinnern kann, war ich mehr oder weniger bis zum Ausbruch des Aufstandes in ständiger Alarmbereitschaft. Ich wurde von weiblichen Verbindungsbeamten in der Wohnung in der Mokotowskastraße kontaktiert - per Passwort. Nach einem solchen Kontakt ging ich in der Regel zur Kontaktbox in Kolonia Grottgera in Mokotów und erhielt dort einige Dokumente. Ich erinnere mich, dass Kornel Makuszyński auch in dem Haus wohnte, in dem sich der Kasten befand (er hatte in jedem Haus eine Wohnung). Ich ging an dieser Wohnung vorbei und stieg die Treppe hinauf. Ich hatte die Möglichkeit zu weiteren Kontakten. In der Regel handelte es sich um einen Kontakt nach der Ankunft von einer unterirdischen Fahrt. In der Królewska-Straße, in der Nähe der Marszałkowska-Straße, stand ein Haus (vielleicht beschädigt, ich weiß es nicht mehr), das wahrscheinlich von zwei riesigen Säulen getragen wurde. Auf einem von ihnen habe ich eine Anzeige aufgeklebt, an deren Inhalt ich mich genau erinnere: Nachricht "Amerikanischer Schreibtisch zu verkaufen...". Nach kurzer Zeit meldete sich eine Verbindungsbeamtin bei mir in der Mokotowska-Straße.

    Meine erste Reise ging nach Białystok zu einem Priester, der mit der Mutter meiner zukünftigen Schwägerin befreundet war. Ich war mit ihrer Mutter dort. Soweit ich mich erinnere, verlief diese Reise ohne jegliche Störungen. Ich hatte Papiere von "meinem" Volksdeutschen, die mich berechtigten, in diesem Gebiet Holz zu kaufen. Ich bin mehrere Male mit solchen Papieren weggegangen.

    Die zweite Reise unternahm ich bereits auf eigene Faust. Es könnte die Wende im Juni oder Juli 1944 gewesen sein. Das Reisen war damals nicht einfach. Die Russen waren bereits auf unserem Gebiet, so dass das so genannte Generalgouvernement zum Frontgebiet wurde (auf jeden Fall die Gebiete direkt westlich des Flusses Bug). Schon viel früher war das Reisen mit der Bahn sehr schwierig. Nun wurden die Schwierigkeiten vervielfacht. Ich habe an meine Papiere geglaubt, und vor allem an meine 21 Jahre. Ich ging zum Westbahnhof und stieg dort in einen Schnellzug nur für Deutsche (die aus dem Urlaub an die Front zurückkehrten). Die Kutschen gehörten Pulman. In einem der Abteile sah ich einen leeren Sitz neben der Tür. Ich trat ein und fragte nach dem Grund meiner Reise (wie üblich, um Holz zu holen), ob ich dort bleiben könne. Niemand hatte etwas dagegen. Der Zug war bereits in Bewegung, er hatte den Hauptbahnhof passiert, wir befanden uns auf der Eisenbahnbrücke, als ich eine Militärpolizeistreife im Korridor sah, die mit dem Zug mitfuhr. Ich habe auch so gesessen (bei laufendem Zug). Ich kauerte in einer Ecke des Wagens und versuchte, mich mit einem Vorhang zu bedecken. Sie fuhren schon weiter, als der letzte sich umdrehte und mit seinen blinden Augen etwas gesehen haben muss, denn er bellte die anderen an, sie kamen zurück und öffneten mein Abteil. Die Eröffnung des deutschen Mordes in vollem Umfang ist jedem bekannt, der die Besatzungszeit im Lande miterlebt hat. "Was machst du hier? Das ist ein Urlauberzug nur für Soldaten! Papiere!" Als sie merkten, dass ich Pole war, wurde das Gebrüll noch lauter. Nun kamen mir meine "Kameraden" im Abteil zu Hilfe. "Lassen Sie ihn in Ruhe, er ist geschäftlich unterwegs, es ist doch noch Platz". Zuerst sprachen sie ruhig, dann mit erhobener Stimme (es handelte sich um Soldaten der Wehrmacht, die wie alle Soldaten der Welt eine besondere Einstellung zu Gendarmen und Polizisten haben). Außerdem muss man bedenken, dass es bereits 1944 war. Schließlich winkten die Gendarmen dem Zivilisten zu und gingen weiter. Ich holte tief Luft. Auch das Abteil entspannte sich. Die Gespräche begannen. Auf diese Weise haben wir Malkinia erreicht. Der Zug fuhr in Richtung Białystok und weiter. Leider musste ich aussteigen, weil ich nicht mehr weiterkam. Ich verabschiedete mich von meinen "Defenders" und fand mich auf dem Bahnsteig wieder. Der Verkehr für Zivilisten kam hier ganz zum Erliegen. Was ist als nächstes zu tun? Ich musste erst einmal nach Sokołów Podlaski kommen. Auch an den Pfarrer, zu dem ich ging, was ich noch nicht schreiben konnte, mit einem großen Gemälde unter dem Arm. Das Gemälde sollte ein Zeichen der Anerkennung sein. Polnische Eisenbahner halfen mir und wiesen mich auf einen Güterzug hin, der in Richtung Siedlce fuhr. Es zog sich erbarmungslos hin, aber schließlich kam ich an. Ich hatte keine großen Schwierigkeiten, "meinen" Priester zu finden (er musste allerdings diskret sein), aber der Priester erwies sich als ziemlich unhöflich. Er versuchte mich anzuschreien, warum ich so spät gekommen sei und was die Behörden in Warschau denken würden, aber ich erklärte ruhig, dass ich nur einen Befehl befolgt habe und nichts weiter wisse. Soweit ich mich erinnere, gab mir der Priester zu essen und brachte mich für die Nacht unter.  In der Zwischenzeit kamen einige Leute herein, die sich über die Neuigkeiten aus der Hauptstadt informierten. Am nächsten Tag musste ich weiterreisen. Ich war auf dem Weg zu einem Gut in der Nähe von Janów Podlaski, zu dem Verwalter dieses Gutes. Der Weg dorthin war nicht einfach. Ich musste von Sokołów Podlaski mit der Bahn nach Siedlce fahren, und von dort.... und von dort wahrscheinlich irgendwo in der Nähe von Sarnaki.



piątek, 8 kwietnia 2022

Feliks Bernas Lubecki - Armia Krajowa - Warszawa - A. Kotowski "Okoń" - Podziemie - Rękopis - 1939-45 - cz.15

 

     Podobnie było z moją przyszłą bratową, z która po przyjęciu świątecznym, na ul. Ludwiki jechałem do jej rodziny do Ursusa, na resztę świąt Wielkanocnych. Dworzec Zachodni pełen żandarmów, legitymujących ludzi. Nie było wyjścia. Przytuleni do siebie, udając parę zakochanych, przeszliśmy szturmem, nie zaczepieni. Trzeci podobny przypadek miałem przy przenoszeniu się na nowe mieszkanie. Również do kuzynów Matki – pp. Malewskich, mieszkających na ul. Mokotowskiej, tuż przy Placu Trzech Krzyży. Jechałem tramwajem z Jurkiem Malewskim tuż przed godziną policyjną. Twierdził, że tak będzie bezpieczniej. Na rogu Żelaznej i Al. Jerozolimskich, gdzie musieliśmy się przesiadać, wpadliśmy w jakiś kocioł niemiecki. Udając podchmielonych, poszliśmy prosto na nich. Nie zaczepili. W ramach deprawacji Polaków – do pijaków mieli zgoła łagodniejsze podejście.

     Wracam do „Wydry”. Skontaktował mnie z bardzo przystojnym, szczupłym, wysokim, szpakowatym panem. Spotkaliśmy się w Ogrodzie Saskim na wyznaczonej ławeczce. W tymże Ogrodzie spotykaliśmy się później wielokrotnie. Chodziło o wywiad wojskowy, a ów pan, jak się później okazało, to major „Okoń”.

Batalion „Pięść”: Pluton „AgatonP” (zwany także oddziałem legalizacji „WD-68”) na cmentarzu Ewangelickim na Woli 1 sierpnia 1944 przed godziną „W”. Z niemiecką flagą pozuje major Alfons Kotowski „Okoń”, dowódca Batalionu „Pięść”

Alfons Kotowski ps. „Okoń” (ur. 14 sierpnia 1899, zm. 29 września 1944) – major piechoty Wojska Polskiego.

24 października 1922, po ukończeniu I Kursu Centralnej Szkoły Podoficerów Piechoty Nr 2 w Grudziądzu został mianowany podporucznikiem ze starszeństwem z dniem 1 sierpnia 1922 i 4. lokatą w korpusie oficerów piechoty z równoczesnym wcieleniem do 28 pułku Strzelców Kaniowskich w Łodzi. 30 września 1924 awansował na porucznika ze starszeństwem z dniem 1 sierpnia 1924 i 4. lokatą w korpusie oficerów piechoty. Był odznaczony Krzyżem Walecznych. W 1932 pełnił służbę w 44 pułku piechoty Strzelców Kresowych w Równem. 22 lutego 1934 awansował na kapitana ze starszeństwem z dniem 1 stycznia 1934 i 78. lokatą w korpusie oficerów piechoty. Walczył w kampanii wrześniowej. Od początku okupacji działał w polskiej konspiracji – najpierw w Związku Walki Zbrojnej, następnie w Armii Krajowej.

Od lipca 1944 był dowódcą batalionu „Pięść”, na czele którego walczył w powstaniu warszawskim. 16 sierpnia został dowódcą Grupy „Kampinos”, a 13 września 1944 dowódcą 13 pułku piechoty Armii Krajowej. Pod koniec września podjął na czele swego oddziału próbę przebicia się w rejon Gór Świętokrzyskich. Na skutek błędnych decyzji zakończyła się ona klęską. Grupa „Kampinos” została otoczona i rozbita przez Niemców 29 września 1944 w bitwie pod Jaktorowem. Kotowski zginął podczas tego boju w niewyjaśnionych okolicznościach. Został pochowany na cmentarzu wojennym w Budach Zosinych.

Został odznaczony Orderem Wojennym Virtuti Militari rozkazem dowódcy AK nr 507 z 11 VIII 1944. Uzasadnienie nadania mu krzyża Virtuti Militari brzmiało: „odznaczył się w walkach na terenie Grupy «Północ»”. Order został zweryfikowany pozytywnie uchwałą Kapituły Orderu Wojennego Virtuti Militari z dnia 13 października 2011

Zdjęcie i tekst pochodzi z Wikipedia.

Feliks Bernas Lubecki - Armia Krajowa - Warszawa - SKARŻYSKO - SZYDŁOWIEC - Podziemie - Rękopis - 1939-45 - cz.15

 

    Po wpadce w Skarżysku, nasz bohater musiał zniknąć, stąd wyjazd do Warszawy. Dalsza akcja dzieje się właśnie tam. Jego perypetie i udział w Powstaniu Warszawskim zajmują następne 75 stron! 

W Warszawie zainstalowałem się na Woli, na ul. Ludwiki, u kuzynów mojej Matki. Przyjęto mnie serdecznie i nie dano nigdy odczuć, ze przecież narażam ich swoją osobą (byli to pp. S i I. Wiecińscy z córkami Danusią i Aliną). Tam właśnie odnalazł mnie po 3 dniach od mego wyjazdu Staszek Michnowski, skierowany najpewniej przez mego brata Stefana i powiadomił o „wizycie” żandarmów i gestapo po mnie. Zostałem bez żadnych dokumentów, było bowiem rzeczą oczywistą, że oryginalnych używać nie mogę. Byłem poza tym „uwięziony” w mieszkaniu, nie chcąc pokazywać się i dodatkowo narażać wujostwa. Nadszedł 1.II.1944 i w Warszawie bomba! Zamach (udany) na generała SS i policji Kutscherę, ober kata Stolicy. To on tylko z funkcji wymieniany był na wszystkich czerwonych plakatach z nazwiskami rozstrzelanych Polaków. Oczywiście były represje, ale były one i bez takich powodów. O zamachu donosiło radio BBC z Londynu, jako o brawurowej akcji warszawskiego Kedywu, wykonanej w biały dzień w niemieckiej dzielnicy Warszawy. W ramach represji nałożono na miasto kontrybucję w wysokości 100 mln. Złotych, zaostrzono godzinę policyjną od 19 do 5 rano itd. Na temat kontrybucji ukazały się w mieście natychmiast napisy: „100 mln. Za Kutscherę, 200 damu za Himmlera, zapłacimy każdą sumę, lecz dostarczcie nam Hitlera” (cytuję z pamięci, w każdym razie sens był właśnie taki). Już 4-ego lutego zelektryzowała ludzi nowa wieść. Rano, na Nowym Świecie, Krakowskim Przedmieściu, Powiślu, Starym Mieście, Senatorskiej, Królewskiej, Kredytowej itd., chodzili policjanci i nakazali całej ludności tej części miasta do godziny 10 opuścić mieszkania, zabrać podręczne rzeczy i klucze zostawić u dozorców (mieszkania otwarte). Wyglądało to na wysiedlanie całych dzielnic. Jakie rozmiary miała przybrać ta akcja dalej – można się było tylko domyślać. Nie wiedziałem co robić, nie miałem przecież żadnych dokumentów. Dopiero w ciągu dnia rozeszła się wieść, że to „oczyszczano” trasę pogrzebu Kutschery, trasę przejazdu zwłok podobno na dworzec Gdański. W kondukcie miał brać udział Himmler, który – jak mówiono – był teściem Kutschery. Wiem, że nie piszę tu nic odkrywczego, są tona ogół znane fakty, ale emocji, w związku z brakiem dokumentów miałem rzeczywiście sporo. Dokumentów tych nie miałem jeszcze dość długo, bowiem dostarczona mi przez Organizację fałszywa Kennkarta okazał się marnie wykonana, że nie mogłem się zdecydować na jej używanie. Dopiero chyba w marcu, dzięki dojściom wyrobionym mi przez przyjaciół wujowstwa (między innymi bardzo pomogła mi pani o nazwisku Wężykowa) załatwiłem dokumenty, za które musiałem zapłacić. Za to kennkarta była oryginalna, był i duplikat z moim zdjęciem i odciskami palców, który wrócił do odpowiedniego urzędu, a wszystko to przyniesiono mi do domu. Nazywałem się odtąd Feliks Lubecki, ur. 4.III.1921 w Pińsku. Dodałem sobie 2 lata, dzień i miesiąc – to imieniny mej Matki, żeby łatwiej było zapamiętać. Ta sama pani Wężykowa załatwiła mi fikcyjną pracę w firmie drzewnej jakiegoś volksdeutscha na pobliskiej ul. Skierniewickiej. Sympatyzował on w tym czasie (może cały czas, tego nie wiem) z Ruchem Oporu, jak słyszałem dawał na ten cel jakieś składki. Praca ograniczała się do tego, że raz w miesiącu chodziłem do firmy i płaciłem za siebie składkę ubezpieczeniową, żeby właściciel nie musiał dopłacać.

    Przez „Wydrę”, który również oczywiście musiał opuścić teren Skarżyska, dostaję kontakt na Organizację w Warszawie. Byłem już według mnie i chyba ludzi z A.K. nieźle „zalegalizowany” w Stolicy, by można było rozpocząć dalszą pracę.Przed tym jeszcze o jednym zdarzeniu, które wiążę się pośrednio ze Skarżyskiem i epilog znajdzie już w Powstaniu. Miałem już pewną kennkartę, ale nie miałem załatwionej pracy, kiedy ze Stefanem wybrałem się na brydża do przyjaciela braci moich Staszka Łuczyńskiego. Mieszkał on z bardzo sympatyczną żoną i maleńkim dzieckiem na rogu ul. Franciszkańskiej i a. Oczywiście brydż był z kolacją i nocowaniem, bo godzina policyjna. Było bardzo przyjemnie, skończyło się tylko nie bardzo wesoło. Około godziny 5 rano gospodarze obudzili nas przerażeni. Obstawiony kompleks ulic (w każdy razie Mławska i Franciszkańska), stoją budy, żandarmi chodzą po domach, legitymują i wyciągają ludzi. Była to niedziela. Zdecydowałem się ze Stefanem szybko. Stefan miał „mocne” dokumenty, bo pracował w Ursusie w P.Z. Inż. (byłym) – wspominałem już o tym – ja – żadnych. Nie można było narażać gospodarzy. Ubraliśmy się błyskawicznie i wyszliśmy obaj. Brama naszego domu nie była jeszcze obsadzona, ale musieliśmy iść pewnie na Niemców, żeby wydostać się z tego kotła. Czy trafiliśmy na bardziej naiwnych, którym kazano tylko stać, czy …. właściwie nie wiem co. Przeszliśmy nie zaczepieni przez nikogo, głośno rozmawiając.

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

In Warsaw I installed myself in Wola, on Ludwiki Street, with my mother's cousins. They welcomed me warmly and never let me feel that I was endangering them with my own person (they were Mr. and Mrs. S and I. Wieciński with their daughters Danusia and Alina). It was there that I was found 3 days after my departure by Staszek Michnowski, who was most probably directed by my brother Stefan, and who informed me about the "visit" of the gendarmes and Gestapo after me. I was left without any documents, as it was obvious that I could not use the original ones. Moreover, I was "imprisoned" in the flat, not wanting to show myself and further endanger my uncle. The 1st of February 1944 came and there was a bomb in Warsaw! The (successful) assassination of SS and police general Kutschera, the capital's executioner. It was him only by function that was mentioned on all red posters with the names of executed Poles. Of course there was repression, but there was repression even without such reasons. The assassination was reported on BBC radio from London, as a daring action of Warsaw Kedyw, executed in broad daylight in a German district of Warsaw. In repression, a contribution of 100 million zlotys was imposed on the city. As part of the repressions, a contribution of 100 million zlotys was imposed on the city, and a curfew from 7 to 5 a.m. was tightened. On the subject of the contribution, inscriptions immediately appeared in the city: "100 mil. For Kutschera, 200 damu for Himmler, we will pay any sum, but deliver us Hitler". (I quote from memory, in any case, the meaning was exactly that). Already on 4 February, people were electrified by the new news. In the morning, on Nowy Swiat, Krakowskie Przedmieście, Powiśle, Stare Miasto, Senatorska, Krolewska, Kredytowa etc. policemen were walking around and ordered the whole population of this part of the city to leave their flats by 10 a.m., to take handy things and leave the keys with the caretakers (flats were open). It looked like the eviction of entire districts. One could only guess what scale this action was to take on. I did not know what to do, after all I had no documents. It was only during the day that the news was spread that the route of Kutschera's funeral was being "cleared", the route of the corpse's transfer to the Gdañski railway station. Himmler, who was said to have been Kutschera's father-in-law, was to take part in the procession. I know that I am not writing anything revelatory here, there are tons of generally known facts, but emotions, due to the lack of documents, were really high. I didn't have the documents for quite a long time, because the fake Kennkarte provided to me by the Organization turned out to be poorly made, so I couldn't decide to use it. It was only in March, thanks to connections made for me by friends of my uncle's (among others a lady called Wężykowa helped me a lot), that I managed to get the documents, for which I had to pay. But the kennkarte was original, and there was also a duplicate with my photo and fingerprints, which went back to the appropriate office, and all this was brought home to me. From now on my name was Feliks Lubecki, born on 4.III.1921 in Pinsk. I added two years, a day and a month - these were my mother's name days, to make it easier to remember. The same Mrs. Wężykowa arranged a fictitious job for me in a timber company of a Volksdeutsche in the nearby Skierniewicka Street. At the time, he sympathized (maybe all the time, I don't know) with the Resistance Movement, and as I heard, he gave some contributions for this purpose. My work was limited to going to the company once a month and paying the insurance premium for myself, so that the owner did not have to pay extra.

     Through "Wydra", who also had to leave Skarżysko of course, I got a contact to the organisation in Warsaw. Before that, there was one more incident which was indirectly connected with Skarżysko and its epilogue would be found in the Uprising. I already had a certain kennkarte, but I did not have a job arranged, when Stefan and I went for a bridge game to a friend of my brothers, Staszek Łuczyński. He lived with his very nice wife and little child on the corner of Franciszkańska and A Street. Of course, the bridge was with supper and sleepover, because of the curfew. It was very pleasant, it only ended not very merrily. At about 5 a.m. the hosts woke us up terrified. A complex of streets was surrounded (in any case, Mławska and Franciszkańska streets), kennels were standing, gendarmes were going around the houses, checking IDs and dragging people out. It was Sunday. I decided with Stefan quickly. Stefan had "strong" documents, as he worked in Ursus in P.Z. Inż. (former) - I have already mentioned it - none. We could not endanger our hosts. We dressed in a flash and both of us went out. The gate of our house was not manned yet, but we had to go confidently at the Germans to get out of this cauldron. Whether we ended up with more naive people who were told to just stand there, or .... actually I don't know what. We passed without being accosted by anyone, talking loudly.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

In Warschau ließ ich mich in Wola, in der Ludwiki-Straße, bei den Cousinen meiner Mutter nieder. Sie nahmen mich herzlich auf und ließen mich nie spüren, dass ich sie mit meiner Person gefährde (es waren Herr und Frau S. und I. Wieciński mit ihren Töchtern Danusia und Alina). Dort wurde ich drei Tage nach meiner Abreise von Staszek Michnowski gefunden, der wahrscheinlich von meinem Bruder Stefan geleitet wurde und mich über den "Besuch" der Gendarmen und der Gestapo bei mir informierte. Ich wurde ohne Dokumente zurückgelassen, da es offensichtlich war, dass ich die Originaldokumente nicht verwenden konnte. Außerdem war ich in der Wohnung "eingesperrt", weil ich mich nicht zeigen und meinen Onkel nicht weiter gefährden wollte. Dann kam der 1.II.1944 und es gab eine Bombe in Warschau! Das (erfolgreiche) Attentat auf den SS- und Polizeigeneral Kutschera, den Henker der Hauptstadt. Er war die einzige Person, die auf allen roten Plakaten mit den Namen der hingerichteten Polen erwähnt wurde. Natürlich gab es Repressionen, aber es gab auch ohne solche Gründe Repressionen. Das Attentat wurde im BBC-Radio aus London als eine kühne Aktion der Warschauer Kedyw dargestellt, die am helllichten Tag in einem deutschen Stadtteil von Warschau ausgeführt wurde. Als Repressionsmaßnahme wurde der Stadt eine Abgabe von 100 Millionen Zloty auferlegt. Im Rahmen der Repressionen wurde der Stadt eine Abgabe von 100 Millionen Zloty auferlegt und eine Ausgangssperre von 7 bis 5 Uhr morgens verhängt. Zum Thema der Spende erschienen sofort Inschriften in der Stadt: "100 Millionen. Für Kutschera, 200 Damu für Himmler, wir zahlen jede Summe, aber liefert uns Hitler". (Ich zitiere aus dem Gedächtnis, auf jeden Fall war das genau so gemeint). Bereits am 4. Februar waren die Menschen von der neuen Nachricht elektrisiert. Am Morgen gingen in Nowy Swiat, Krakowskie Przedmieście, Powiśle, Stare Miasto, Senatorska, Krolewska, Kredytowa usw. Polizisten umher und forderten die gesamte Bevölkerung dieses Teils der Stadt auf, ihre Wohnungen bis 10 Uhr zu verlassen, handliche Sachen mitzunehmen und die Schlüssel bei den Hausmeistern zu lassen (die Wohnungen waren offen). Es sah aus wie die Vertreibung ganzer Stadtteile. Man konnte nur erahnen, welches Ausmaß diese Aktion annehmen würde. Ich wusste nicht, was ich tun sollte, denn ich hatte ja keine Dokumente. Erst im Laufe des Tages verbreitete sich die Nachricht, dass die Strecke der Beerdigung Kutscheras "geräumt" wurde, die Strecke der Überführung des Leichnams zum Danziger Bahnhof. Himmler, der angeblich Kutscheras Schwiegervater war, sollte an der Prozession teilnehmen. Ich weiß, dass ich hier nichts Enthüllendes schreibe, es gibt eine Menge allgemein bekannter Fakten, aber die Emotionen waren aufgrund des Mangels an Dokumenten wirklich hoch. Ich hatte die Dokumente lange Zeit nicht, denn die gefälschte Kennkarte, die mir von der Organisation zur Verfügung gestellt wurde, erwies sich als schlecht gemacht, so dass ich mich nicht dazu entschließen konnte, sie zu benutzen. Erst im März gelang es mir dank der Kontakte, die Freunde meines Onkels für mich geknüpft hatten (unter anderem half mir eine Frau namens Wężykowa sehr), die Dokumente zu bekommen, für die ich bezahlen musste. Aber die Kennkarte war das Original, und es gab auch ein Duplikat mit meinem Foto und meinen Fingerabdrücken, das an das zuständige Amt zurückging, und all das wurde mir nach Hause gebracht. Von nun an war mein Name Feliks Lubecki, geboren am 4.III.1921 in Pinsk. Ich habe zwei Jahre, einen Tag und einen Monat hinzugefügt - das waren die Namenstage meiner Mutter, damit ich sie mir besser merken kann. Dieselbe Frau Wężykowa vermittelte mir eine Scheinbeschäftigung in einem Holzbetrieb eines Volksdeutschen in der nahe gelegenen Skierniewicka-Straße. Damals sympathisierte er (vielleicht die ganze Zeit, ich weiß es nicht) mit der Widerstandsbewegung, und wie ich hörte, gab er einige Spenden für diesen Zweck. Meine Arbeit beschränkte sich darauf, einmal im Monat zum Unternehmen zu gehen und die Versicherungsprämie für mich selbst zu bezahlen, damit der Eigentümer nicht extra zahlen musste.

    Durch "Wydra", der natürlich auch Skarżysko verlassen musste, bekam ich einen Kontakt zu der Organisation in Warschau. Davor gab es noch einen weiteren Vorfall, der indirekt mit Skarżysko zusammenhing und dessen Nachspiel im Aufstand zu finden sein wird. Ich hatte schon eine gewisse Kennkarte, aber ich hatte keinen Job vermittelt bekommen, als Stefan und ich zu einem Bridge-Spiel zu einem Freund meiner Brüder, Staszek Łuczyński, gingen. Er wohnte mit seiner sehr netten Frau und seinem kleinen Kind an der Ecke Franciszkańska und A Street. Natürlich war die Brücke mit Abendessen und Übernachtung, wegen der Ausgangssperre. Es war sehr angenehm, es endete nur nicht sehr fröhlich. Gegen 5 Uhr morgens weckten uns unsere Gastgeber mit einem großen Schrecken. Ein Straßenzug wurde umstellt (auf jeden Fall die Mławska- und die Franciszkańska-Straße), Zwinger standen, Gendarmen gingen um die Häuser, kontrollierten die Ausweise und zerrten die Menschen hinaus. Es war Sonntag. Ich habe mich mit Stefan schnell entschieden. Stefan hatte "starke" Dokumente, da er in Ursus in P.Z. Inż. (früher) - ich habe dies bereits erwähnt - keine. Wir konnten unsere Gastgeber nicht gefährden. Wir zogen uns blitzschnell an und gingen beide hinaus. Das Tor unseres Hauses war noch nicht bemannt, aber wir mussten getrost auf die Deutschen zugehen, um aus diesem Kessel herauszukommen. Ob wir am Ende mehr naive Leute hatten, denen gesagt wurde, sie sollen einfach nur dastehen, oder ob wir .... hatten, weiß ich nicht. Wir gingen vorbei, ohne von jemandem angesprochen zu werden und unterhielten uns lautstark.






Feliks Bernas Lubecki - Armia Krajowa - SKARŻYSKO - SZYDŁOWIEC - Podziemie - Rękopis - 1939-45 - cz.14

 

Wspominałem już, ze po fiasku z aresztowaniem mnie (prawdopodobnie przypisuję tu sobie zbyt dużą rolę, a w istocie rzeczy byłem tylko zwykłym pionkiem w tej grze) – w Skarżysku zapanowała kompletna cisza. Trwała ona tak długo, jak długo zwiedzeni nią koledzy nie zaczęli wracać do Skarżyska. Już w marcu wrócił z Wąchocka, gdzie się ukrywał, Józek Sułek wraz z Tadkiem Gęsińskim. Wersję tego zdarzenia znam od podporucznika „Adzika”, który przeżył wojnę (w tym katownię gestapo w Kielcach i Radomiu oraz obóz koncentracyjny). Pochodzi ona zresztą od Matki Tadka Gęsińskiego. W dniu powrotu obu mych przyjaciół, do sklepu pp. Gęsińskich w ich domu na Kolejowej, po południu przyszedł pan, który p. Gęsińską zapytał o syna Tadeusza. Odpowiedziała, że go nie ma. „To poczekamy na niego” - w między czasie wszedł drugi. Zobaczywszy stojący w korytarzu rower, pierwszy z panów powiedział: „a to rower jego kolegi”. Stał przy oknie i wyglądał przez nie. W pewnym momencie powiedział: „Już idą, proszę opuścić żaluzje w oknach”. Nie przewidujący niczego Tadek i Józek weszli do sklepu i w tym momencie zostali skuci kajdankami – razem – i wyprowadzeni. Z relacji Irmy Sławińskiej wiem, że spotkała ich ona na ulicy (mieszkała obok). Szli obok siebie, palta mieli narzucone na ramiona tak, że nie spostrzegła wcale, że są skuci. Obaj gestapowcy szli za nimi. Nie było w tym widoku nic niezwykłego, chciała się do nich odezwać, nie widzieli się przecież parę miesięcy, a chyba Józek tak na nią spojrzał, że domyśliła się czegoś złego. Na tym przykładzie widać przyczajenie się gestapo i intensywną penetrację agentów, którzy jak widać znali doskonale zarówno swych „podopiecznych”, jak i ich drogi poruszania się. Tadeusz Gęsiński i Józef Sułek, nasi najbliżsi przyjaciele nie żyją. Jak zginęli – nie wiemy. Widziano ich podobno w obozie w Gross-Rosen, a więc pewnie tak, jak ginęli więźniowie tego obozu. Obaj byli wybitnie inteligentni, Tadek – trochę złośliwy kpiarz, z dużym poczuciem humoru, dowcipny. Przysłowiowa wręcz była jego niechęć do Oleńki Tatkowskiej, naszej koleżanki, która pracowała ze mną w jednym biurze (u Bargiela). Ile ten człowiek jej nadokuczał, ile złośliwości doznała od niego, aż przykro było słuchać. Była bardzo przystojna, o wręcz klasycznej, spokojnej urodzie, delikatna i zwiewna. Tadzio nie był adonisem. Piszę o tym dlatego, że z tej prawie nienawiści wykluła się na moich oczach szalona miłość. Obaj zginęli niepotrzebnie, bo niepotrzebnie wrócili, mimo mych zaklinań.

    O jeszcze jednej niepotrzebnej śmierci pragnę wspomnieć. Chodzi o trzeciego naszego przyjaciela – Wacka Mieszalskiego. Ten z kolei nie chciał w styczniu w ogóle opuścić Skarżyska. Niech powody, dla których to zrobił zostaną Jego tajemnicą.

    Jakby nie dość było klęsk, jakie spadły na to miasto w czasie okupacji, jeszcze w czerwcu 1944 Niemcy rozstrzelali naprzeciwko naszego kościoła dużą grupę osób. Wśród nich znalazł się Wacław Mieszalski.

     Staszek Michnowski, o którym już wspomniałem, dziś naukowiec i człowiek absolutnie wiarygodny obliczył, że Skarżysko należy do pierwszych miast w Polsce, które w czasie okupacji złożyło stosunkowo największą daninę krwi. To miasto znane pewnie nie wielu w Kraju, ze swym w okresie międzywojennym jedynym Gimnazjum, a później i Liceum im. Augusta Witkowskiego, wydało również stosunkowo dużą ilość wybitnych, prawych, nieskazitelnych ludzi. Wydało profesorów wyższych uczelni, prawników, lekarzy, konstruktorów, matematyków, fizyków, chemików, którzy dobrze zasłużyli i nadal służą Ojczyźnie.

     Niech nikt w tym miejscu nie pomyśli, że przemawia przeze mnie lokalny patriotyzm. Tak wyglądają najbardziej rzetelne fakty. ŻE to było miasto szczególne, że i ludzie którzy stamtąd wyszli – nie tuzinkowi, silnie uczuciowo ze sobą związani, niech świadczy również fakt, że jeszcze ponad 40 lat od tamtych czasów spotykają sięze soba na gruncie warszawskim, aby wspominać młodość i stare dobre czasy. Inicjatorką tych spotkań i duszą całego towarzystwa, które tam się zbiera, jest nasz niezawodny Przyjaciel – Marysia Wytrzyszczewska. Jej należy się również dużo ciepłych słów, ale o tym później.


---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

I have already mentioned that after the fiasco with my arrest (probably I am attributing too much to myself here, while in fact I was just a pawn in this game) - there was complete silence in Skarżysko. It lasted as long as my colleagues, deceived by it, did not start returning to Skarżysko. As early as in March, Józek Sułek and Tadek Gęsiński returned from Wąchock, where he was hiding. I know the version of this event from second lieutenant "Adzik", who survived the war (including the Gestapo hangings in Kielce and Radom, and the concentration camp). In fact, it comes from Tadek Gêsinski's mother. On the day when both my friends came back, a man came to Mrs. Gesinski's shop in their house on Kolejowa street in the afternoon and asked her about her son Tadeusz. She answered that he was not there. "Then we will wait for him". - in the meantime, another man came in. Seeing a bicycle standing in the corridor, the first man said: "and that's his friend's bike". He stood by the window and looked out. At one point he said: "They are coming, please lower the blinds on the windows". Not anticipating anything, Tadek and Józek entered the shop and at that moment were handcuffed - together - and led out. I know from Irma Sławińska's account that she met them in the street (she lived next door). They were walking side by side, their coats were on their shoulders, so she didn't even notice that they were handcuffed. Both Gestapo men followed them. There was nothing unusual in this sight, she wanted to speak to them, after all they had not seen each other for a couple of months, and probably Józek looked at her in such a way that she guessed something wrong. This example shows the lurking of the Gestapo and the intensive penetration of the agents, who, as one can see, knew perfectly both their "charges" and their routes. Tadeusz G±siñski and Józef Su³ek, our closest friends, are dead. How they died - we do not know. They were supposedly seen in the Gross-Rosen camp, which is probably how the prisoners of that camp died. They were both exceptionally intelligent, Tadek - a bit of a malicious mocker, with a great sense of humour, witty. His dislike for Oleńka Tatkowska, our friend who worked with me in the same office (at Bargiel's), was even proverbial. How much this man teased her, how much malice she suffered from him, it was sad to hear. She was very handsome, with an almost classical, calm beauty, delicate and airy. Tadzio was not an adonis. I am writing this because from this almost hatred a mad love was hatched before my eyes. They both died unnecessarily, because they returned unnecessarily, despite my curses.

    I would like to mention one more unnecessary death. It concerns our third friend Wacek Mieszalski. He, in turn, did not want to leave Skarżysko in January. Let his reasons for doing so remain his secret.

    As if the disasters that befell the town during the occupation were not enough, in June 1944, the Germans shot a large group of people opposite our church. Among them was Wacław Mieszalski.

    Staszek Michnowski, whom I have already mentioned, now a scientist and an absolutely reliable man, calculated that Skarżysko was one of the first cities in Poland to have paid relatively the largest blood sacrifice during the occupation. This town, known to probably not many in Poland, with its one and only August Witkowski Gymnasium and later August Witkowski High School in the inter-war period, also produced a relatively large number of outstanding, righteous and impeccable people. It produced university professors, lawyers, doctors, constructors, mathematicians, physicists, chemists, who have served their country well and are still serving it.

    Let no one here think that I am speaking out of local patriotism. These are the most reliable facts. That this was a special city, and that the people who came out of it were not just a few in number, and that they were strongly attached to one another, can also be seen in the fact that more than 40 years after those times they are still meeting on the grounds of Warsaw to reminisce about their youth and the good old days. The initiator of these meetings and the soul of the whole company that gathers there, is our unfailing Friend - Marysia Wytrzyszczewska. She also deserves many warm words, but more on that later.

     And one last thing about those times. Some time after I left for Warsaw, the Germans arrested Olenka Tatkowska and Marysia Jóźwiakówna, who worked with me in the same office, as I have already mentioned. They arrested them in connection with my case and kept them in Kielce for about two weeks, trying to implicate them in my case. The girls knew of course that I was involved in the conspiracy, but they didn't know any details, not having worked in it themselves. They were released, but I know that there was some resentment against me (mainly from my family), that it was because of me. Of course, in a way, yes, but should I reproach myself for that? "My" German - Max Geicke - said after the "raid" on me that he suspected me of some kind of combination with wood, because I had been seen many times in the sawmill after work. The German didn't know that I had listened to the radio with Władek Brzeziński, which was hidden in the cellar of his mechanical workshop.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ich habe bereits erwähnt, dass nach dem Fiasko mit meiner Verhaftung (wahrscheinlich schreibe ich mir hier zu viel zu, während ich in Wirklichkeit nur ein Bauer in diesem Spiel war) - in Skarżysko völlige Stille herrschte. Sie dauerte so lange, wie meine Kollegen, die sich davon täuschen ließen, nicht nach Skarżysko zurückkehrten. Bereits im März kehrten Józek Sułek und Tadek Gęsiński aus Wąchock zurück, wo er sich versteckt hielt. Ich kenne die Version dieses Ereignisses von Oberleutnant "Adzik", der den Krieg überlebt hat (einschließlich der Erhängungen durch die Gestapo in Kielce und Radom und das Konzentrationslager). Er stammt nämlich von Tadek Gêsinskis Mutter. An dem Tag, an dem meine beiden Freunde zurückkamen, kam am Nachmittag ein Mann in den Laden von Frau Gesinski in ihrem Haus in der Kolejowa-Straße und fragte sie nach ihrem Sohn Tadeusz. Sie antwortete, er sei nicht da. "Dann werden wir auf ihn warten". - In der Zwischenzeit kam ein anderer Mann herein. Der erste Mann sah ein Fahrrad auf dem Gang stehen und sagte: "Das ist ein Fahrrad: "und das ist das Fahrrad seines Freundes". Er stand am Fenster und schaute hinaus. An einer Stelle sagte er: "Sie kommen, bitte lassen Sie die Jalousien an den Fenstern herunter". Ohne irgendetwas zu ahnen, betraten Tadek und Józek das Geschäft und wurden in diesem Moment - gemeinsam - in Handschellen abgeführt. Ich weiß aus dem Bericht von Irma Sławińska, dass sie sie auf der Straße getroffen hat (sie wohnte nebenan). Sie gingen nebeneinander her, die Mäntel lagen auf den Schultern, so dass sie nicht einmal bemerkte, dass sie mit Handschellen gefesselt waren. Beide Gestapo-Männer folgten ihnen. Es war nichts Ungewöhnliches an diesem Anblick, sie wollte mit ihnen sprechen, schließlich hatten sie sich seit ein paar Monaten nicht mehr gesehen, und wahrscheinlich sah Józek sie so an, dass sie etwas Falsches vermutete. Dieses Beispiel zeigt die Lauerstellung der Gestapo und die intensive Durchdringung der Agenten, die, wie man sieht, sowohl ihre "Schützlinge" als auch deren Wege genau kannten. Tadeusz G±siñski und Józef Su³ek, unsere engsten Freunde, sind tot. Wie sie gestorben sind - wir wissen es nicht. Angeblich wurden sie im Lager Groß-Rosen gesehen, wo die Häftlinge wahrscheinlich starben. Sie waren beide außerordentlich intelligent, Tadek - ein bisschen ein bösartiger Spötter, mit einem großen Sinn für Humor, witzig. Seine Abneigung gegen Oleńka Tatkowska, unsere Freundin, die mit mir im selben Büro (bei Bargiel) arbeitete, war sogar sprichwörtlich. Es war traurig zu hören, wie sehr sie von diesem Mann gehänselt wurde, wie sehr sie unter seiner Bosheit litt. Sie war sehr hübsch, mit einer fast klassischen, ruhigen Schönheit, zart und luftig. Tadzio war kein Adonis. Ich schreibe dies, weil aus diesem Beinahe-Hass eine verrückte Liebe vor meinen Augen ausgebrütet wurde. Beide starben unnötigerweise, weil sie unnötigerweise zurückkehrten, trotz meiner Flüche.

    Ich möchte einen weiteren unnötigen Todesfall erwähnen. Es geht um unseren dritten Freund Wacek Mieszalski. Er wiederum wollte Skarżysko im Januar nicht verlassen. Die Gründe für sein Handeln sollen sein Geheimnis bleiben.

    Als ob die Katastrophen, die während der Besatzung über die Stadt hereinbrachen, nicht genug wären, erschossen die Deutschen im Juni 1944 eine große Gruppe von Menschen gegenüber unserer Kirche. Zu ihnen gehörte Wacław Mieszalski.

    Der bereits erwähnte Staszek Michnowski, heute Wissenschaftler und ein absolut zuverlässiger Mann, hat errechnet, dass Skarżysko eine der ersten Städte in Polen war, die während der Okkupation das relativ größte Blutopfer gebracht hat. Diese in Polen wohl nur wenigen bekannte Stadt mit ihrem einzigen August-Witkowski-Gymnasium und der späteren August-Witkowski-Oberschule in der Zwischenkriegszeit brachte auch eine relativ große Zahl hervorragender, rechtschaffener und tadelloser Menschen hervor. Sie hat Universitätsprofessoren, Juristen, Ärzte, Konstrukteure, Mathematiker, Physiker und Chemiker hervorgebracht, die ihrem Land gut gedient haben und immer noch dienen.

    Niemand soll hier denken, dass ich aus Lokalpatriotismus spreche. Dies sind die zuverlässigsten Fakten. Dass es sich um eine besondere Stadt handelte und dass die Menschen, die aus ihr hervorgingen, nicht nur wenige waren und dass sie einander sehr verbunden waren, zeigt sich auch darin, dass sie sich mehr als 40 Jahre nach dieser Zeit immer noch auf dem Gelände von Warschau treffen, um in Erinnerungen an ihre Jugend und die gute alte Zeit zu schwelgen. Die Initiatorin dieser Treffen und die Seele der ganzen Gesellschaft, die dort zusammenkommt, ist unsere treue Freundin Marysia Wytrzyszczewska. Sie hat auch viele warme Worte verdient, aber dazu später mehr.

     Und noch ein letztes Wort zu diesen Zeiten. Einige Zeit nach meiner Abreise nach Warschau verhafteten die Deutschen Olenka Tatkowska und Marysia Jóźwiakówna, die mit mir in demselben Büro arbeiteten, wie ich bereits erwähnt habe. Sie verhafteten sie im Zusammenhang mit meinem Fall und hielten sie etwa zwei Wochen lang in Kielce fest, um sie in meinen Fall hineinzuziehen. Die Mädchen wussten natürlich, dass ich in die Verschwörung verwickelt war, aber sie kannten keine Details, da sie selbst nicht daran beteiligt waren. Sie wurden freigelassen, aber ich weiß, dass es einen gewissen Groll gegen mich gab (vor allem in meiner Familie), dass ich schuld daran war. Natürlich, in gewisser Weise schon, aber sollte ich mir dafür Vorwürfe machen? "Mein" Deutscher - Max Geicke - sagte nach der "Razzia" bei mir, dass er mich in irgendeiner Verbindung mit Holz vermutete, weil ich nach der Arbeit oft im Sägewerk gesehen worden war. Der Deutsche wusste nicht, dass ich das Radio mit Władek Brzeziński abgehört hatte, das im Keller seiner mechanischen Werkstatt versteckt war.

czwartek, 7 kwietnia 2022

Feliks Bernas Lubecki - Armia Krajowa - SKARŻYSKO - SZYDŁOWIEC - Podziemie - Rękopis - 1939-45 - cz.13

 

Od jakiegoś czasu, chyba od października 43 roku miałem nowego „wodza”. Kontakty z nim były luźniejsze aniżeli z „Adzikiem”. Tu mogę się mylić. Ten nowy mógł działać od października w Skarżysku, ale moje z nim zetknięcie było chyba znacznie późniejsze. Nie jestem pewien, ale był to pewnie zastępca Szefa Bezpieczeństwa Okręgu porucznika „Górala” - podchorąży „Stefanowski. Jeszcze 21.1.43 wieczorem poszedłem do niego razem z T. Gęsińskim. Mieszkał na ul. 3-go Maja. Przedstawiłem mu swoje obawy. Usiłował je bagatelizować, co przyznam się bardzo mnie zdziwiło. Przecież ja osobiście nie mogłem w 100 % wiedzieć, jak się zachowam w ewentualnych rękach gestapo, przecież takiej próby nie przechodziłem. To bagatelizowanie mych obaw było tym bardziej dziwne, że dla ludzi obeznanych z konspiracją było oczywiste, że „wsypa” jest totalna i znikać powinni wszyscy, w każdym razie na jakiś czas, by obserwować co będzie dalej. Człowiek ten w końcu wyraził zgodę na mój wyjazd. Po wyjściu czułem się bardzo nieswojo. Z jednej strony jakiś żal (choć pewnie nie uzasadniony, bo ten człowiek mało mnie znał), z drugiej zaś podświadoma obawa, czy to aby nie dezercja, dezercja we własnym sumieniu, bo zgodę przecież otrzymałem. Szedłem z Tadkiem Gęsińskim i rozmawialiśmy o tym. Był absolutnie mojego zdania na temat wyjazdu. Ja z kolei namawiałem go usilnie, by razem z Józkiem Sułkiem i innymi „pryskał” również. Przyrzekł mi to. Z ul.3-go Maja skręciliśmy w Podjazdową. Przechodziłem koło domu Rodziców. Wstąpiłem pożegnać się, zabrałem do walizki jakieś rzeczy osobiste i poszedłem cały czas z Tadkiem na ul. Kolejową, naprzeciw dworca kolejowego, do Irmy Sławińskiej. Tam chciałem przenocować i następnego dnia w południe wyjechać do Warszawy. Tak powiedziałem memu zwierzchnikowi, tak zresztą również Tadkowi. Tam w Warszawie miałem oparcie, bowiem cała rodzina mej Matki mieszkała w Warszawie, a i Stefan był blisko. Czułem się bardzo niespokojny. Niebezpieczeństwo wyczuwało się w powietrzu. To był chyba któryś tam zmysł. Zdecydowałem, że pojadę nie w południe, ale pociągiem ok. 6 rano. Tak zrobiłem. Był to dzień 22.I.1944. To było rozstanie ze Skarżyskiem i najbliższymi na ługie miesiące. Tego wtedy jeszcze nie mogłem wiedzieć. Mój „siódmy” zmysł mnie nie zawiódł. O godz. 10 rano 2 samochody żandarmów i gestapowcy zajechali do mojego biura. Wywołali „mojego” Niemca, który po jakimś czasie wrócił roztrzęsiony i do mych koleżanek powiedział” „Feliks bandytą? To byli po niego”. Przed południem obstawiony był również żandarmami cały dworzec kolejowy. Legitymowano wszystkich podróżnych. Przed południem już bym nie wyjechał. Jest rzeczą ciekawą, że gestapowcy nie byli w ogóle w domu mych Rodziców. Po „nieudanym” nalocie na mnie znikło ze Skarżyska gestapo, nie było widać żandarmów. Zrobiła się śmiertelna cisza, ale my mieliśmy już trochę okupacyjnego doświadczenia. Wiedzieliśmy, że gestapo nasłało wielu agentów, którzy węszyli i …. czekali. Niestety, okazało się, ze nie wszyscy mieli to doświadczenie. Wiadomość o próbie aresztowania mnie przywiózł mi mój bliski „towarzysz” konspiracyjny Stach Michnowski. Od tego dnia musiałem ukryć swoje dokumenty i zostałem bez niczego. Sprawa dokumentów jednak to oddzielny temat. Wrócę do niego, ale już na gruncie warszawskim. Teraz chciałbym jeszcze dokończyć to, co działo się pod moją już nieobecność w Skarzysku, a o czym dowiedziałem się od naocznych świadków, bądź jeszcze w czasie okupacji w Warszawie, bądź już po wojnie.

     Wkrótce już od „Wydry” dowiedziałem się, kto spowodował ciąg tragicznych zdarzeń, zarówno obławy na oddziały „Ponurego”, śmierć porucznika „Robota” w Wielkiej Wsi (wraz z kilkoma ludźmi osłony), aresztowanie porucznika „Czarki” na moście w Białobrzegach, wsypanie produkcji stenów w Suchedniowie, tragedię Michniowa (podwójną), aresztowanie „Korekbi”? (mało czytelne) – konstruktora stenów produkowanych w Suchedniowie i wielu innych. Był to przyjaciel „Ponurego” jeszcze z czasów „Wachlarza”, uczestnik akcji na więzienie w Pińsku, a następnie łącznik Komendy Głównej A.K. z „Ponurym – podporucznik „Motor” - Jerzy Wojnowski. Po ostatniej „akcji” „Motora” w Skarżysku najwyższe władze konspiracyjne w kraju poleciły wszcząć natychmiastowe śledztwo. Dopiero teraz, lekceważąc jako nieprawdopodobne poprzednie poszlaki, powiązano wszystkie nici, wykorzystując również dojścia do współpracujących Niemców. Zapadł wyrok i w dniu 28.I.1944 a więc już w 8 dni po zajściach w Skarżysku „Motora” zastrzelono, po uprzednim badaniu i przyznaniu się do winy, w zgrupowaniu porucznika „Nurta”.

     Słyszałem i inną wersję ostatecznej denuncjacji szpicla tej, którą podaje C. Chlebowski w cytowanej książce. Opowiadano (nie pamiętam dziś, czy wersję tę słyszałem w czasie Powstania, czy po wojnie w Skarżysku, w każdym razie jest ona bardzo prawdopodobna) – że już po wydaniu wyroku na „Motora”, żandarmi zatrzymali jego opla w pobliżu lasu i zażądali wyjaśnień co robi w tej okolicy. Byli tak natarczywi (nie wystarczyły im papiery firmy Hasag, w której „Motor” był zatrudniony, jako kierowca), że w pewnej chwili ten sięgnął pod siedzenie opla i wyciągnął właściwy papier. Teraz nie było już cienia wątpliwości - „żandarmi” nasi żołnierze od porucznika „Nurta”, dostarczyli agenta, gdzie należy.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

For some time, I think it was October '43, I had a new "chief". Contacts with him were looser than with "Adzik".  I may be wrong here. The new one could have been active in Skarżysko since October, but my contact with him was probably much later. I am not sure, but it was probably a deputy of the Chief of Security of the District Lieutenant "Goral" - cadet "Stefanowski. Still on 21.01.43 in the evening I went to him together with T. Gesinski. He lived in the 3rd May Street. I told him about my fears. He tried to downplay them, which I must admit surprised me a lot. After all, I personally could not know 100% how I would behave in the possible hands of the Gestapo, after all I had never been through such a trial. This downplaying of my fears was all the more strange because for people familiar with the conspiracy it was obvious that the "slip-up" was total and everyone should disappear, at least for some time, to observe what would happen next. The man finally gave his consent for me to leave. After I left, I felt very uncomfortable. On the one hand, some regret (though probably not justified, because this man hardly knew me), on the other, a subconscious fear of desertion, desertion in my own conscience, because after all I had received permission. I walked with Tadek Gęsiński and we talked about it. He was absolutely of my opinion about leaving. I, in turn, strongly urged him to "splash out" together with Józek Sułk and others, too. He promised me this. From ul.3-go Maja we turned into Podjazdowa. I passed by my parents' house. I went in to say goodbye, I took some personal things to my suitcase and went with Tadek to Kolejowa Street, opposite the railway station, to Irma Sławińska. There I wanted to spend the night and leave for Warsaw the next day at noon. This is what I told my supervisor, and so did Tadek. I had support there, as all of my mother's family lived in Warsaw, and Stefan was also close by. I felt very anxious. You could feel danger in the air. It was probably some kind of sense. I decided that I would not go at noon, but would take the train at around 6 in the morning. So I did. It was the day 22 January 1944. It was a parting with Skarżysko and my nearest and dearest for months. I could not know that yet. My "seventh" sense did not fail me. At 10 a.m. two military police cars and Gestapo men drove up to my office. They summoned "my" German, who after some time came back shaken and said to my friends" "Felix is a bandit? They were after him". Before noon, the whole railway station was surrounded by gendarmes. All travellers were identified. I would not have left before noon. It is interesting that the Gestapo officers were not in my parents' house at all. After the "unsuccessful" raid on me, the Gestapo disappeared from Skarżysko, the gendarmes were not to be seen. It became deathly quiet, but we already had some occupation experience. We knew that the Gestapo had sent many agents, who were snooping around and waiting ..... Unfortunately, it turned out that not everyone had this experience. The news about the attempt to arrest me was brought to me by my close conspiratorial "comrade" Stach Michnowski. From that day on I had to hide my documents and I was left without anything. However, the matter of documents is a separate topic. I will return to it, but already on the Warsaw ground. Now, I would like to finish what happened in my absence in Skarzysko, and about which I learned from eyewitnesses, either during the occupation in Warsaw, or after the war.

    Soon already from "Wydra" I learnt who had caused a sequence of tragic events, both the manhunts for the units of "Ponury", the death of lieutenant "Robot" in Wielka Wieś (together with some people from the guard), the arrest of lieutenant "Czarka" on the bridge in Białobrzegi, the siphoning off the production of sten guns in Suchedniów, the tragedy of Michniów (double), the arrest of "Korekbi"? (unclear) - the constructor of stenes produced in Suchedniów and many others. It was a friend of "Grim" still from the times of "Wachlarz", a participant of the action on the prison in Pinsk, and then a liaison officer of the A.K. Main Headquarters with "Grim" - Second Lieutenant "Motor" - Jerzy Wojnowski. After the last "action" of "Motor" in Skarżysko, the highest conspiratorial authorities in the country ordered an immediate investigation. Only now, disregarding the previous circumstantial evidence as improbable, were all the threads tied together, including the accesses to the collaborating Germans. The sentence was passed and on 28 January 1944, that is already 8 days after the events in Skarżysko, "Motor" was shot, after an examination and confession, in Lieutenant "Nurt's" grouping.

      I have also heard another version of the final denunciation of the spy that is given by C. Chlebowski in the cited book. The story was told (I do not remember today whether I heard this version during the Uprising or after the war in Skarżysko, but in any case it is very probable) - that already after passing the sentence on "Motor", the gendarmes stopped his Opel near the forest and demanded explanations as to what he was doing in this area. They were so insistent (the papers of the Hasag company, where "Motor" was employed as a driver, were not enough) that at one point "Motor" reached under the seat of the Opel and pulled out the right paper. Now there was no longer any doubt - the "gendarmes", our soldiers from Lieutenant "Nurt", had delivered the agent where he belonged.


---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Eine Zeit lang, ich glaube es war im Oktober '43, hatte ich einen neuen "Chef". Die Kontakte zu ihm waren lockerer als zu "Adzik".  Vielleicht irre ich mich hier. Der Neue könnte seit Oktober in Skarżysko tätig sein, aber mein Kontakt mit ihm war wahrscheinlich viel später. Ich bin mir nicht sicher, aber es war wahrscheinlich ein Stellvertreter des Sicherheitschefs des Bezirks Leutnant "Goral" - Kadett "Stefanowski". Noch am 21.01.43 abends ging ich zusammen mit T. Gesinski zu ihm. Er wohnte in der 3rd May Street. Ich erzählte ihm von meinen Ängsten. Er hat versucht, sie herunterzuspielen, was mich zugegebenermaßen sehr überrascht hat. Schließlich konnte ich persönlich nicht hundertprozentig wissen, wie ich mich in den möglichen Händen der Gestapo verhalten würde, schließlich hatte ich eine solche Prüfung noch nie durchlaufen. Diese Verharmlosung meiner Befürchtungen war umso merkwürdiger, als es für die mit der Verschwörung vertrauten Personen offensichtlich war, dass es sich um einen totalen "Ausrutscher" handelte und jeder zumindest für einige Zeit verschwinden sollte, um zu beobachten, was als Nächstes geschehen würde. Der Mann gab schließlich seine Zustimmung, dass ich gehen durfte. Nachdem ich gegangen war, fühlte ich mich sehr unwohl. Einerseits ein gewisses Bedauern (wenn auch wahrscheinlich nicht gerechtfertigt, denn dieser Mann kannte mich kaum), andererseits eine unbewusste Angst vor Fahnenflucht, Fahnenflucht vor meinem eigenen Gewissen, denn schließlich hatte ich die Erlaubnis erhalten. Ich bin mit Tadek Gęsiński spazieren gegangen und wir haben darüber gesprochen. Er war absolut der Meinung, dass ich gehen sollte. Ich wiederum forderte ihn nachdrücklich auf, zusammen mit Józek Sułk und anderen ebenfalls "auszuschwärmen". Das hat er mir versprochen. Von der ul.3-go Maja bogen wir in die Podjazdowa ein. Ich kam am Haus meiner Eltern vorbei. Ich ging hinein, um mich zu verabschieden, packte einige persönliche Dinge in meinen Koffer und ging mit Tadek in die Kolejowa-Straße, gegenüber dem Bahnhof, zu Irma Sławińska. Dort wollte ich die Nacht verbringen und am nächsten Tag mittags nach Warschau aufbrechen. Das habe ich meinem Vorgesetzten gesagt, und Tadek hat das auch getan. Ich hatte dort Unterstützung, denn die gesamte Familie meiner Mutter lebte in Warschau, und auch Stefan war in der Nähe. Ich war sehr beunruhigt. Man konnte die Gefahr in der Luft spüren. Es war wahrscheinlich eine Art Sinn. Ich beschloss, nicht mittags zu fahren, sondern den Zug gegen 6 Uhr morgens zu nehmen. Das habe ich getan. Es war der 22. Januar 1944, ein Tag des Abschieds von Skarżysko und meinen Liebsten, die mir monatelang nahe standen. Das konnte ich noch nicht wissen. Mein "siebter" Sinn hat mich nicht im Stich gelassen. Um 10 Uhr morgens fuhren zwei Militärpolizeiwagen und Gestapo-Männer vor meinem Büro vor. Sie riefen "meinen" Deutschen, der nach einiger Zeit erschüttert zurückkam und zu meinen Freunden sagte: "Felix ist ein Bandit? Sie waren hinter ihm her". Noch vor Mittag war der gesamte Bahnhof von Gendarmen umstellt. Alle Reisenden wurden identifiziert. Ich wäre nicht vor Mittag gegangen. Interessant ist, dass die Gestapo-Beamten gar nicht im Haus meiner Eltern waren. Nach der "erfolglosen" Razzia bei mir verschwand die Gestapo aus Skarżysko, die Gendarmen waren nicht mehr zu sehen. Es wurde totenstill, aber wir hatten schon einige Berufserfahrung. Wir wussten, dass die Gestapo viele Agenten geschickt hatte, die herumschnüffelten und warteten ..... Leider hat sich herausgestellt, dass nicht alle diese Erfahrung gemacht haben. Die Nachricht über den Versuch, mich zu verhaften, wurde mir von meinem engen konspirativen "Kameraden" Stach Michnowski übermittelt. Von diesem Tag an musste ich meine Dokumente verstecken und stand ohne alles da. Die Frage der Dokumente ist jedoch ein anderes Thema. Ich werde darauf zurückkommen, aber schon auf dem Warschauer Boden. Nun möchte ich zu Ende bringen, was während meiner Abwesenheit in Skarzysko geschah und wovon ich von Augenzeugen erfahren habe, entweder während der Besatzung in Warschau oder nach dem Krieg.

    Schon bald erfuhr ich von "Wydra", wer eine Reihe von tragischen Ereignissen verursacht hatte, sowohl die Fahndung nach den Einheiten von "Ponury", den Tod von Leutnant "Robot" in Wielka Wieś (zusammen mit einigen Leuten aus der Garde), die Verhaftung von Leutnant "Czarka" auf der Brücke in Białobrzegi, die Abschöpfung der Produktion von Sten-Gewehren in Suchedniów, die Tragödie von Michniów (doppelt), die Verhaftung von "Korekbi"? (unklar) - der Hersteller der in Suchedniów und vielen anderen Orten hergestellten Stenes. Es war ein Freund von "Grim" noch aus den Zeiten von "Wachlarz", ein Teilnehmer der Aktion auf das Gefängnis in Pinsk, und dann ein Verbindungsoffizier des A.K. Hauptquartiers mit "Grim" - Second Lieutenant "Motor" - Jerzy Wojnowski. Nach der letzten "Aktion" von "Motor" in Skarżysko ordneten die höchsten konspirativen Behörden des Landes eine sofortige Untersuchung an. Erst jetzt, nachdem die bisherigen Indizien als unwahrscheinlich angesehen wurden, konnten alle Fäden zusammengeführt werden, einschließlich der Zugänge zu den kollaborierenden Deutschen. Das Urteil wurde gefällt und am 28. Januar 1944, also bereits 8 Tage nach den Ereignissen in Skarżysko, wurde "Motor" nach einer Vernehmung und einem Geständnis in der Gruppe von Leutnant "Nurt" erschossen.

     Ich habe auch eine andere Version der endgültigen Denunziation des Spions gehört, die von C. gegeben wird. Chlebowski in dem zitierten Buch. Es wurde erzählt (ich weiß heute nicht mehr, ob ich diese Version während des Aufstandes oder nach dem Krieg in Skarżysko gehört habe, aber es ist auf jeden Fall sehr wahrscheinlich), dass die Gendarmen bereits nach der Verurteilung von "Motor" seinen Opel in der Nähe des Waldes anhielten und Erklärungen dafür verlangten, was er in diesem Gebiet machte. Sie waren so hartnäckig (die Papiere der Firma Hasag, bei der "Motor" als Fahrer beschäftigt war, reichten nicht aus), dass "Motor" irgendwann unter den Sitz des Opels griff und das richtige Papier herauszog. Nun gab es keinen Zweifel mehr - die "Gendarmen", unsere Soldaten von Leutnant "Nurt", hatten den Agenten dort abgeliefert, wo er hingehörte.