Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sołtys. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sołtys. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 listopada 2023

Wola Rakowa - Sołtys - Wywiad- Odgłosy - 1979


Odgłosy : tygodnik społeczno-kulturalny. 1979-12-02 R. 22 nr 48

Wola Rakowa – wieś w Polsce położona w województwie łódzkim, w powiecie łódzkim wschodnim, w gminie Brójce. Wieś ma charakter wielodrożnicy i składa się z następujących jednostek: Wola Rakowa Kolonia Giemzowska obecnie ul. Główna. Kolonia Pałczewska - ul. Południowa. Kolonia Romanowska - ul. Tuszyńska. - Wikipedia

 


— Jest pan przedstawicielem podstawowego szczebla władzy państwowej. Obywatelowi urząd kojarzy się zazwyczaj z tabliczką na drzwiach, z telefonem na biurku i właściwą pieczątką. Telefonu pan nie ma... 

— Ale są cztery we wsi! Starałem się, żeby je założyli. Tabliczkę i pieczątkę jednak mam. 

— I  one stanowią atrybut sołtysowej władzy? 

— Niby tak. Ale ja tę władzę czuję w rękach. Jak mam coś załatwić dla ludzi, to w gminie mnie wysłuchają, zgodzą się i pomogą. Liczą się ze mną. Ludzie też się liczą, jak coś zarządzę. 

— Ludzie mówią, nie jak ktoś wdepnie w coś koło obory, to na szczęście. Że zostanie sołtysem. To jest takie wielkie szczęście! 

— Żartują sobie! Ale zostać sołtysem to na pewno duże wyróżnienie. A jak się jest dobrym sołtysem, to każdy uszanuje, wysłucha, pomoże. I takiego chcą zatrzymać jak najdłużej. 

— Pana długo zatrzymują? 

— Dwadzieścia dwa lata. 

— Musiał pan dużo dobrego zrobić dla wsi. 

— Zrobiło się coś niecoś. Jak rozpocząłem pierwszą kadencję, to w Woli niczego nie było. Zacząłem od postawienia zlewni mleka. Nie, nie sam. Trzeba było ludzi przekonać, żeby pomogli. Żona. która teraz już nie wytrzymuje nerwowo, jak się co dzień wali do chałupy kupa narodu, też mi pomogła. Założyła Koło Gospodyń Wiejskich i baby przyśpieszyły elektryfikację, bo światła u nas nie było. Dzięki kobietom jest dzisiaj we wsi gaz z butli... 

— Ale kobiety światła przecież nie zakładały... 

— Chłopi wozili słupy i kopali doły. A potem, jak przeciągnięto w pobliżu rurociąg z Pilicy do Łodzi, to myśmy sobie założyli wodociąg. Ale nic za darmo! Wszystko w czynie społecznym! Kiedyśmy budowali remizę, chłopi zwozili kamień, materiały budowlane, kopali fundamenty, zalewali cementem stropy... 

— A co w tamtym okresie było najtrudniejsze? 

— Drogi. Bo Wola Rakowa, to wieś rozrzucona, są jeszcze kolonie: Folwark i Nowiny. Do wielu gospodarstw nie było dojazdu i ludzie strasznie się męczyli. Nieraz się spaliło, bo straż nie mogła podjechać. Nie było jak chorować, ani jak umrzeć. Chorego niosło się po dwa kilometry na noszach a nieboszczyka na plecach. Połączyliśmy kolonio drogą, wysypaliśmy ją szlaką. Ale jak ja musiałem ludzi urabiać, jak im przemawiać do sumienia! Męczyli się, psiakrew, a drogi przez swoje pola nie chcieli puścić! Potem sami rowy pokopali i teraz sobie chwalą. 

— I pewnie są panu wdzięczni. 

— Nie tylko za drogi. Myślę, że najlepszą sprawą, jaką osobiście załatwiłem, to było nowe „klasowanie” ziemi. U nas same piaski, od IV do VI klasy, a zaraz po wojnie zrobili nam klasyfikację na II, III a nawet 1 klasę. To się zmieniło i podatki są niższe. Jeszcze jedna dobra rzecz, to kółko rolnicze, teraz ma tam bazę SKR z Brójec. Zrobiliśmy kilkanaście zabaw w remizie i za dochód kupiło się pierwszy traktor. 

— Panie Trela. Czy rola sołtysa ogranicza się do puszczenia przez wieś kartki z wiadomością o szczepieniu bydła? 

— Zakres obowiązków sołtysa jest nieograniczony. Ja na przykład organizuję zebrania wiejskie i  uczestniczę w zebraniach KGW, ZSL OSP i SKR. Biorę udział w sesjach w Urzędzie Gminy, rozprowadzam materiał siewny i sadzeniaki. Zgłaszam potrzeby konserwacji rowów, pomagam organizować demonstracje i pokazy w zakresie nowości rolniczych. Jestem pełnomocnikiem d/s kontraktacji i uczestniczę w rozliczaniu zawartych kontraktów. Zbieram podatki, składki na NFOZ, prowadzę meldunki, lustruję pola, ubezpieczam zwierzęta hodowlane, biorę udział w spisach rolnych i powszechnych. Długo by wyliczać... 

— I co pan z tego ma? — Czasem dużo nerwów, a czasem zadowolenie. A na dodatek 14 zł od 1000 zł ściągniętego podatku, 15 zł od hektara zakontraktowanego żyta i 7 zł od sztuki bydła lub trzody. — To jest dużo?

— Niewiele. A pensji nie mam. I to mnie boli. Bo chłoporobotnik dostanie drugą rentę, a ja nie dostanę. Ja nie pracuję osiem godzin, tylko na okrągło przez dobę. Czasem w nocy milicja mnie budzi, żeby sprawdzić książkę meldunkową. Trzeba się napracować. Pracuje się w gruncie rzeczy honorowo, społecznie. Sołtys musi chodzić, jak ten zegar na ścianie. Na okrągło, równo, bez zgrzytów. Czasem się szarpie, robi coś w gospodarstwie, ktoś przychodzi, trzeba rzucać rogotę i iść do ludzi. 

— Zatrzymajmy się przy szczegółach. Co to znaczy, że sołtys uczestniczy w rozliczaniu z kontraktacji? — Najpierw chodzę po domach I zawieram z rolnikami umowy kontraktacyjne na pięć lat. Dwa razy w miesiącu odnoszę umowy do GS, tam wszystko spisują, a Ja każdemu rolnikowi przynoszę do domu. Potem chodzę za rolnikami, patrzę czy wszystko rośnie i przypominam, że umowa zobowiązuje. 

— A jak coś nie wyjdzie? 

— Wtedy opiniuję wnioski w sprawie umorzeń w podatku i zastosowaniu ulg w kontraktacji. Jak padnie koń albo krowa, na przykład. Czasem GS nie wychodzi z planem. Przychodzą do mnie, a ja idę do takiego rolnika, który ma jakiś zapas do sprzedania i ja o tym wiem. Mówię: 

„Franek, tobie pewnie by się przydało z 15 metrów węgla. Sprzedaj ty jeszcze 15 metrów żyta, a będziesz miał ten węgiel”. Udaje się... 

— W ramach kontraktacji trzeba wyprodukować dobry towar... 

— Toteż co trzy lata zmienia się kwalifikowany materiał siewny i sadzeniaki. Ja zajmuję się rozprowadzaniem żyta i sadzeniaków. Teraz przywieźli ziemniaki z Centrali Nasiennej z Koluszek, więc szopa pełna worków. Widzi pan, że co rusz chłopi przynoszą puste worki. 

— Naczelnik Korzeniewski twierdzi, że u niego w dniu przyjęć interesantów poczekalnia jest pusta. 1 to się zgadza. To jest wyłącznie zasługa Urzędu Gminy? 

— Korzeniewski to porządny naczelnik, rozumie ludzi. Ale że się do niego nie pchają, to zasługa sołtysów. Bo najpierw ludzie pchają się do mnie. Co mogę, to załatwię na miejscu. Inne problemy i potrzeby przekazuję w GS I SKR, a te najważniejsze — w gminie. Bywa, że trzy razy w tygodniu jestem w gminie. Cały dzień człowiek łazi. Bo sołtys to jest mała władza, która musi trzymać za klamki u władzy wyższej... 

— Wszystko się udaje załatwić? 

— Dużo. Ale trzeba być upartym. Ostatnio w czynie społecznym utwardzono podjazd do remizy strażackiej, podjazd do szkoły, zbudowano pętlę dla autobusu dowożącego dzieci do szkoły. Nie udało się poprawić zaopatrzenia sklepu spożywczego. A najgorzej jest z usługami. Brakuje części. Kosiarki stoją i sołtys nie pomoże, trzeba brać kosy do rąk. Ostatnio zepsuła się kolumna pamikowa... 

— No, właśnie! Urządza pan pokaz kiszenia zielonek i parowanią ziemniaków, a potem nie ma folii albo kolumny parnikowej. 

— Pokazywałeś, to dawaj! Wszystko odbija się na sołtysie, on jest najbliżej ludzi. Czasem trzeba być ślepym i głuchym, czasem widzieć, ale nie mówić. Teraz unormowała się trochę sprawa z węglem, nie ma tłoku. A materiały budowlane rozdziela się komisyjnie. Chłop pisze podanie, komisja rozpatruje. Jest większa sprawiedliwość. 

— Sołectwo liczy 133 gospodarstwa i 568 mieszkańców. Zna pan wszystkich? 

— U nas nie ma działek z kioskami i raz do roku przeoraną ziemią Sami stali gospodarze. Ktoś przybędzie, dziecko się urodzi, ktoś umrze — wszystko jest u mnie w książce meldunkowej. Wiosną przeglądam całą wieś. Jak nie zasiane, mówię: 

„Zrób coś, człowieku, nie będę z tym latał prosto do gminy”. I zrobi. Wiem, kto śpi dłużej, a  kto wcześnie wstaje. Kto może coś zrobić, i kto nie może. Staruszek idzie w żniwa po maszynę do SKR, a tam mówią: 

„Już jedziemy” Mijają trzy dni i nie ma nikogo. Wtedy idę ja i załatwiam, bo starym należy się usługa w pierwszej kolejności. 

— W przyszłym roku wszystkich rolników obejmą renty i emerytury. — U nas ziemia nie będzie leżeć odłogiem, bo są następcy. Mnie co innego, boli. Są staruszki, co biadają, że nie mają opieki. Jeden syn coś da, drugi nie da. Opiekun społeczny w gminie mówi, że wniosek o zapomogę musi wystawić opiekun wiejski. Ten twierdzi, że jak babka ma trzech synów, to powinni ją utrzymać. Albo ojciec zapisał synowi gospodarkę i nie dostaje renty. Z tą rentą to nie jest do końca pomyślane. Bo rolnik na pięć lat przed rentą musi najwięcej sprzedać państwu, a przecież wtedy on jest już za słaby, żeby dużo produkować. 

— Kobiety lubią sołtysa? 

— Na pewno! W tym roku założyłem im magiel. Ale mężczyźni też się cieszą. Kuźnię się wyremontowało i sprowadziłem z Wiskitna kowala. Teraz kowal jest na wsi niezbędny. Nie tylko podkuwa konie. Reperuje pługi, maszyny... 

— Przy organizowaniu jakiejś akcji lepiej się oprzeć na kobietach czy na mężczyznach? 

— Prawie po równo. Ale z chłopami lepiej. Kobiety trochę się boją, czekają na decyzję mężów. 

— Co to jest „uśmiech sołtysa”? 

— Wiem, wiem! Tylko, że to jest trochę niesprawiedliwe, poniżające. Bo ja, na przykład, nie lubię pijaków. Nie dalej, jak wczoraj młody traktorzysta zapił się u nas na śmierć. Za mocno się oparł o bufet. Żeby coś załatwić, trzeba oprzeć sprawę o bufet. To jest modne, ja też nieraz wypiję... 

— Tępi pan bimbrowników? 

— U nas nie ma takich. 

— A jak ktoś stuknie coś w łepek i zahandluje po cichu? 

— Wie pan co? Mnie bardziej interesują ludzie. Ja nie muszę dokładnie wiedzieć, co i kiedy się komu okoci. Od tego jest weterynarz. A na wsi przy świniobiciu obowiązuje tradycja poczęstunku. Dla uszanowania tradycji jest przepis, który mówi, że gospodarz ma prawo dać sąsiadowi pięć kilo w podarunku. Jak on panu sprzeda, to pan powie, że poczęstował... 

--- W sprawozdaniu się pisze, że i w tym roku zlikwidowano we wst 7 strzech. U sołtysa została słoma na stodole... - Ciężkie jest życie sołtysa, musi świecić przykładem. A tu nie ma desek ani papy... Mam 63 lata, 6 hektarów ziemi, trzymam trzy krowy, jałówkę lub byczka, sześć świń. Nie mogę myśleć tylko o swoim gospodarstwie, ale o całej wsi. Chodzę, ludziom pomagam, a swoje na ostatku. 

__ W zeszłym roku sołtys Trela został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi. W tym roku otrzymał list gratulacyjny od prezydenta Miasta Łodzi, 100 tys. nagrody dla sołectwa i nagrodę indywidualną. Co pan zrobi z tymi pieniędzmi? 

— Zadysponuję nimi po uzgodnieniu z gminą. Trzeba naprawić przeloty wody, zniszczone mostki, dreny i wykończyć drogę między wsiami. Te sto patyków pójdzie jak nic, bo traktorzysta, robiąc trzy kursy dziennie, bierze tysiąc złotych. 

— Widzi pan następcę na urząd sołtysa? 

— Żona mówi, że drugiego takiego głupiego się nie znajdzie. 

— A następca w gospodarstwie? 

— Nie ma. W mieście siedzą. Wie pan, co? Ja nie zmieniłem dachu na' stodole, bo zbuduję nową. Mam już’ zgromadzony materiał. 

— Dla kogo pan będzie budować? 

— To jak? Mam po sobie zostawić ruinę? Robić trzeba, dopóki się żyje. Jak by wszyscy na wsi opuścili ręce, to by nie było co jeść... 

                                                                                     Rozmawiał: RYSZARD BINKOWSKI



piątek, 15 października 2021

Bukowiec - Königsbach - Administracja wspólnoty - Sołtys - Schulzen - Otto Heike - 150 JAHRE ...

 Takie prawa obowiązywały w szwabskiej osadzie Bukowcu - Königsbach w pierwszych latach osadnictwa, materiał pochodzi z książki Otto Heike - 150 JAHRE SCHWABENSIEDLUNGEN IN POLEN 1795-1945

                                           W SŁUŻBIE WSPÓLNOTY

Administracja wspólnoty:

     Ze swojej ojczyzny w południowych Niemczech osadnicy znali samorządność w swoich gminach. Z tego powodu Komisja Osiedleńcza przyznała im prawo samodzielnego wybierania organów administracji lokalnej. Pierwszym i najważniejszym był Schulzenamt. Odpowiedni kandydat był wybierany co roku przez zgromadzenie gminne i zaprzysięgany pod przepisową przysięgą "lojalności i sprawiedliwości". Dopiero wtedy izba domowa Kalischa zatwierdzała wybraną osobę.

Początkowo jednym z obowiązków sołtysa było przewodniczenie sądowi wiejskiemu, który składał się z trzech lub czterech członków jako ławników. Była to raczej rola arbitra w "sporach i wzajemnej niesubordynacji"; większe przestępstwa musiał sądzić sąd izbowy. Zgodnie z aktem dziedzicznym osadnicy byli zobowiązani do przestrzegania zarządzeń wójta i wyroków sądu wiejskiego. Zapis ten zapewniał autorytet sołtysa i wójta, co pozytywnie wpływało na współżycie społeczności. Do sądu wiejskiego należało przede wszystkim rozstrzyganie spraw spadkowych, opiekuńczych i kupna-sprzedaży oraz protokołowanie tych spraw. Autorytet posunął się nawet do tego, że szeryf w porozumieniu z ławą przysięgłych mógł pozbawić pracy złego rolnika, jeśli ten nie reagował na wcześniejsze upomnienie lub karę ze strony sądu wiejskiego.

W pierwszych latach Schulze był zasadniczo odpowiedzialny za nadzór nad uporządkowaną budową domów i karczowaniem ziemi, za terminowe płacenie podatków i składek procentowych oraz za nadzór nad szkołą. Wszystkie zamówienia na kwatery i furażerki, a także zapewnienie obsługi koni i wozów, przekazywano również wiejskiemu szkolnikowi. W koloniach, które nie posiadały jeszcze karczmarza, Schulze musiał przejąć także "oficjalne" stanowisko oberżysty. Za swoją pracę otrzymał specjalny przydział ziemi. W większości przypadków było to pół akra, które otrzymywał bez podatku, a ponadto otrzymywał część dochodów, które wpływały do administracji miejskiej z tytułu nałożonych grzywien.

Po 1820 roku zachowano prawo do demokratycznego wyboru sołtysa, ale pozbawiono go władzy sądowniczej, nawet w drobnych sprawach. Obok wójtów, zgromadzenie gminne wybierało teraz także stałego przedstawiciela sołtysa, tzw. Unterschulza (Podsołtysa), który miał na bieżąco wykonywać pewne zadania administracyjne. Wybrani przedstawiciele gminni byli zatwierdzani przez władze administracyjne tylko wtedy, gdy znali język polski. Kadencja była ograniczona do 3 lat, ale mogła być przerwana lub zawieszona w przypadku udowodnionego nadużycia władzy publicznej. Użytkowanie ziemi zostało ograniczone: zamiast pierwotnych pół akrów Schulze zachowali tylko 4 akry, a Unterschulz 2 akry.

                


                 IM DIENSTE DER GEMEINSCHAFT


Die Verwaltung der Gemeinde:

    Von ihrer süddeutschen heimat her waren die Siedler mit der Selbstverwaltung in ihren Gemeinden vertraut. Deshalb räumte ihnen die Ansiedlungskommission auch für den neuen Recht ein, die Organe der örtlichen Verwaltung selbst zu wählen. An erster Stelle stand das Schulzenamt. Durch Wahl, die alljährlich von der Gemeindeversammlung vorgenommen wurde, kam ein geeigneter Bewerber in sein Amt, nachem er mit dem vorgeschriebenen Schwur "aufTreue und Gerechtigkeit" vereidigt worden war. Dann erst gab die Kalischer Domänenkammer dem Gewählten die Bestätigung.

Zu den Obliegenheiten des Schulzen gehörte am Anfang auch der Vorsitz im Dorfgericht, dem drei bis vier Mitglieder als Schöffen angehörten. Es war mehr die Rolle eines Schiedsmannes in "Streitigkeiten und gegenseitigen Widersetzlichkeiten"; größere Vergehen hatte das Kammergericht abzuurteilen. Die Ansiedler waren laut Erbverschreibung verplichtet, sich den Anordnungen des Dorfschulzen und dem Urteil des Dorfgerichts zu fügen. Mit deieser Bestimmung war die Autorität des Schulzen und der Schöffen gesichert, und das wirkte sich im Zusammenleben der Gemeinde positiv aus. Das Dorfgericht hatte vornehmlich Erbschafts-, Vormundschafts- und Verkaufsangelegenheiten zu regeln und darüber protokoll zu führen. Die Kompetenz ging sogar so weit, daß der Schulze im Einvernehmen mit den geschworenen einem schlechten Landwirt die Stelle aberkennen konnte, wenn er auf vorangegangene dorfgerichtliche Ermahnung oder Strafe nicht reagiert hatte.

 In den ersten Jahren hatte der Schulze im wesentlich den ordentlichen Hausbau und die Rodung zu überwachen, auf die pünktliche Zahlung der Abgaben und Zinsbeiträge zu achten und die Aufsicht über die Schule zu führen. Auch gingen sämtliche Quartier- und Fouragabefehle sowie die Bereitstellung von Gespanndiensten über den Dorfschulzen. In Kolonien, die noch keinen Krugwirt hatten, mußte der Schulze auch den "amtlichen" Ausschank übernehmen. Für seine Tätikheit erhielt er eine besondere Landzuteilung. Meist war es eine halbe Hufe, die ihm abgabenfreien Notzung überlassen wurde; außerdem erhielt er einen Anteil des Einkünfte, die aus verhängten Geldstrafen der Gemeindeverwaltung zuflossen.

Nach 1820 blieb zwar das Recht einer demokratischen Schulzenwahl erhalten, aber die Gerichtsberkeit, auch in Bagatellsachen, wurde dem Schulzen entzogen. Außer den Schöffen wählte die Gemeindeversammlung jetzt auch einen ständigen vertreter des Dorfschulzen, den sogenannten Unterschulz (polnisch Podsołtys), der laufend gewisse Verwaltungsaufgaben wahrznehmen hatte. Die jeweils gewählten Gemeindvertreter wurden nur dann von der Verwaltungsbehörde bestätigt, wenn der polnischen Sprache einigermaßen mächtig waren. Die Amtszeit ersteckte sich auf 3 jahre; sie konnte aber bei nachgewiesenem Mißbrauch der Amstgewalt unterbrochen oder aufgehoben werden. Die Landnutzung wurde beschnitten: Statt der urspünglichvorgesehenen halben Hufe, behielt der Schulze nur noch 4 Morgen und der Unterschulz 2 Morgen.


wtorek, 5 maja 2020

Henryk Mantyk - Rogowiec - Kleszczów - Sołtys - Wspomnienie

..."Andrzejku, dzisiaj rano zmarł w Rogowcu Heniek Mantyk. Dowiedziałam się o tym od Wiesi Ziółkowskiej, która po godzinie 12 do mnie zadzwoniła. Na razie nic więcej nie wiem"... Wiesia.
    Tą wiadomość w formie SMS-a otrzymałem 2 maja. Muszę przyznać, że spodziewałem się podobnej wiadomości... Dosłownie 2 tygodnie temu dowiedziałem się, że stan Henia nie jest dobry, bardzo cierpi, w czerwcu miał obchodzić swoje 87 urodziny.

                                             Heniu Mantyk z czasów służby   wojskowej.


Spotkałem się z nim dwa lata temu, muszę przyznać, że byłem bardzo przygnębiony, widząc jak wychodził z szopy znajdującej się na tyłach podwórka. Zgarbiony, przekrzywiony, podpierał się laską... Twarz uwidaczniała cierpienia jakie towarzyszą każdemu ruchowi. Chciałem dowiedzieć się czegoś na temat historii Rogowca, przecież to żywa historia tej wioski. Jednak nie był przygotowany na taką rozmowę, nawet najprostsza rozmowa sprawiała mu trudność. Chciałem zobaczyć jakieś zdjęcia rodziny Mantyków, stwierdził, ze takowych nie posiada, że wszystko co mieli, miał Nikodem (brat Henia). Nie odważyłem się na powtórną wizytę. Dowiadywałem się o jego stanie zdrowia poprzez osoby trzecie. Wiem, że bardzo pragnął śmierci, ból, niedołężność, starość, odbiło na nim takie pięto, że nawet ten Rogowiec, który kochał ponad życie nie był w stanie motywować do dalszej egzystencji...


    Jeszcze dwa lata temu, w Rogowcu mieszkało "trzech muszkieterów", trzech najstarszych mieszkańców. Romek, Heniu i Maniek. W październiku 2018 roku odszedł na zawsze Romek Braun (85 lat), obecnie pozostał Maniek -Marian Nagoda. Cała trójka była rówieśnikami, urodzili się w 1933 roku.
    Każdy z nich był wyjątkową postacią, tym razem skupię się na osobie Henia. Zawsze odnosiłem się z wielkim szacunkiem do jego osoby, był ode mnie starszy o 20 lat, nigdy z jego strony nie spotkałem się z niechęcią, był niezwykle do mnie miły. Nie bałem się go gdy jako chłopiec broiłem    na Rogowcu. W przeciwieństwie do jego brata Irka, który nie raz mnie i naszą wakacyjną bandę pogonił...Nie mogę podać dokładnych dat, być może otrzymam je w późniejszych okresie. Wiem tylko, że Sołtysem był bardzo długo, tą schedę przejął po swoim tacie Leonie. Pamiętam, że to u niego był jedyny telefon we wsi, był on oknem na świat. Nie raz ratował ludzkie życie, pamiętam,że jako nastolatek miałem silny atak kamieni nerkowych, Heniu z wujkiem Romkiem biegiem polecieli dzwonić na pogotowie. Do przyjazdu pogotowia, paznokciami rysowałem tynk na ścianie...
    Z tego co usłyszałem, to on nazwał ulicę w Rogowcu, ulicą Wiejską, tak pozostało do dzisiaj. To on bronił jak największego skarbu jedności w Rogowcu. Okres wywłaszczeń odbił na nim wielkie piętno, nie mógł się pogodzić z utratą przyjaciół, sąsiadów którzy emigrowali. Wiedział, że ta jedyna w swoim rodzaju oaza- wieś ginie bezpowrotnie. Starał się to powstrzymać..., z marnym skutkiem..., sam pozostał do ostatniego dnia, był ostatnim Mohikaninem.
    Nie zapomnę dnia, kiedy w Łodzi spotkałem się z nim podczas pogrzebu jego brata Nikodema, stał samotny, przygnębiony. Po ceremonii pogrzebowej odprowadziłem go trzymając pod ramię cmentarnymi alejkami do busa który przywiózł przyjaciół z Rogowca....
    Jedyne dwa zdjęcia które posiadam pokazują m.in. Henia na konnym wozie z Tatą Leonem po prawicy, myślę, że jest ono symbolem... Heniu, spoczywaj w spokoju Przyjacielu!
    Dzisiaj o godzinie 11 odbył się pogrzeb w Kleszczowie. Niestety, ze względu na pandemię nie pojechałem na pogrzeb. Mój brat przed chwilą dzwonił, mówiąc, że był obecny i było naprawdę sporo ludzi żegnających Henia. Trudno było wszystkich rozpoznać, chociażby z tego powodu, że  twarze były zakryte maseczkami.

wtorek, 24 lipca 2018

Będków - Brzeziny - Życiorys - Andrzej Pachniewicz - 1946 - cz.2

              Dzięki uprzejmości Krystyny i Ludka Pachniewiczów z Będkowa prezentuję materiał poświęcony dziadkowi Ludka, Andrzej Pachniewicza. Znana postać w będkowskim środowisku, szanowany mieszkaniec. Pamiętam jako małe dziecko tego wujka, był on członkiem także mojej rodziny. Poniżej zamieszczam zdjęcie paszportowe jak i własnoręcznie napisany życiorys Andrzeja Pachniewicza. Książeczka Sołtysa jest w pierwszej części.

             



                                            Życiorys

         Urodziłem się dnia 26 listopada 1894 roku w osadzie Będków, gmina Będków, pow. Brzeziny, woj. Łódzkiego. Dziecięce lata spędziłem przy rodzicach, następnie w 7-mym roku życia zacząłem uczęszczać do szkoły powszechnej w Będkowie, którą ukończyłem w roku 1905 . Następnie uczęszczałem na kursy wieczorowe prowadzone przez ówczesnego kierownika szkoły powszechnej w Będkowie, ob. Golińskiego Wojciecha. Po ukończeniu wspomnianych kursów wieczorowych począłem pracować w miejscowej Spółdzielni Spożywców w dziale księgowym, początkowo jako praktykant, później jako samodzielny księgowy pracowałem do roku 1939, do 1 września.
          W tym czasie jednocześnie pracowałem z rodzicami na własnym gospodarstwie rolnym i pracuję w tym gospodarstwie do obecnej chwili. Od roku 1946 powołany zostałem na stanowisko Sołtysa gromady Będków i pracuję na tym stanowisku do obecnej chwili, jednocześnie pełniąc stanowisko kierownika referatu rolno-leśnego w Prezydium Gminnej Rady Narodowej w Będkowie.



niedziela, 22 lipca 2018

Będków - Brzeziny - Legitymacja Sołtysa - Andrzej Pachniewicz - 1946 - cz.1

   Po raz pierwszy mam okazję oglądać "Legitymację Sołtysa". A to dzięki mojej wczorajszej wizyty w Będkowie. Spotkałem się z Krystyną i Ludkiem Pachniewiczami, któłrzy mieszkają w Będkowie przy ulicy Warszawskiej. Bardzo miłe spotkanie, z przepyszną nalewką i ciastem. Celem mojej wizyty były rozmowy o historii rodziny Pachniewiczów i zdjęcia z epoki. Było wszystko, kilka wspaniałych zdjęć i dokumentów. Te ostatnie zostały znalezione na strychu, ile jeszcze podobnych skarbów spoczywa pod dachami?!
 Jaki pierwsze prezentuje Legitymację Andrzeja Pachniewicza, jednego z pierwszy, być może pierwszego Sołtysa po 2 wojnie światowej. Zeskanowałem całą książeczkę, chociażby z tego powodu, że treść jest bardzo ciekawa. Nurtuje mnie w związku z tym pytanie: kiedy Sołtys spał, przy takim nawale obowiązków! Warto przeczytać!