Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 1 lutego 2026

HORST MILNIKEL - OLECHÓW - WSPOMNIENIA - Najlepszy życiowy zakup - CZ.3

 Lata powojenne jeżeli chodzi o ubiór były bardzo ubogie. Ludzie ubierali się w to co kto miał. Przerabiano ubrania, cerowano, naszywano łatki. Swetry czy też skarpety robiono na drutach.

Ja do 3 klasy szkoły podstawowej chodziłem w krótkich spodenkach, w pończochach z wełny zrobionych także na drutach, podtrzymywanych gumkami.

Mieszkańcy okoliczni kupowali od Olechowskich kolejarzy, którzy dostawali oprócz deputatu węglowego, przydział sukna kolejowego w kolorze praktycznie czarnym. Z tego mieszkańcy szyli płaszcze, spodnie itp.

Ponieważ byłem żeglarzem, nasze środowisko szyło spodnie z płótna żaglowego, oczywiście w białym kolorze. Takie spodnie to było już coś w tym morzu szarzyzny.

Wielka Łódź, a w niej ul. Piotrkowska była handlowym centrum gdzie było wiele sklepów. Tam też pojawiły się swetry w czerwonym kolorze. Ponieważ nie było już większych rozmiarów, kupiłem dwa swetry, sprułem i pani a Andrzejowa zrobiła mi odpowideni sweter na maszynie. Miałem już bardzo modny komplet: białe spodnie i czerwony sweter!

Przyszedł czas, że powiększono ilość i jakość sklepów. Wybudowano słąwny "Central", powstały sklepu "Pewex" w których można było za obcą walutę kupować deficytowy towar! Płaciło się np. dolarami, ale resztę wydawano w postaci bonów dolarowych, które były ważne tylko na terenie Polski. Jeden z takich "Pewexów" znajdował się przy ul. Sienkiewicza w pobliżu Łódzkiego Domu Kultury. Tam kupiłem sobie wymarzone  spodnie (teksasy wranglery) które miały specyficzny granatowy kolor i z czerwonym swetrem wyglądał super.

Do czasu jednak...., kiedy wybrałem się do Rochny popływać, był to odkryty basen w otoczeniu zieleni.Ponieważ, jak każdy żeglarz byłem słabym pływakiem i po kilku przepłynięciu długości basenu jak wróciłem na miejsce gdzie zostawiłem swoje ubranie, okazało się, że moje wymarzone spodnie skradziono....

Kierownik ośrodka (WOSIR) podarował mi jakieś podarte dresy, na szczęście pieniądze miałem schowane w kieszeni w koszuli. Piechotą dotarłem do Koluszek i dalej pociągiem do Andrzejowa wróciłem smutny do domu.

Moja o 10 lat młodsza sąsiadka bardzo mi współczuła. Ponieważ sama marzyła o takich spodniach. Ta kradzież spowodowała, że wranglery przestały mi się podobać..., jednak postanowiłem współczującej mi sąsiadce takie spodnie sprezentować.

Zaprosiłem ją i pojechaliśmy do Pewexu w Łodzi. Muszę przyznać, że miał figurę modelki, w związku z czym nie było problemu z dopasowaniem odpowiedniego rozmiaru!


Kierownik Urzędu Stanu Cywilnego w Andrespolu, pani Mrówka udziela ślubu cywilnego "wranglerowcom" Alicji Łyszcz (Ali) i Horstowi Milnikelowi - 1975 rok. 
Atelier: Zakład Fotograficzny Teresa Radzian - Wiśniowa Góra.


Okazało się, że ten prezent stukrotnie się odpłacił..., po niedługim czasie została moją żoną!

A, że nie nic a nic nie zmyślam, załączam zdjęcia z cywilnego ślubu w Andrespolu.

                                                                                       Horst Milnikel

                                                                                       Andrzejów 2025


wtorek, 13 stycznia 2026

HORST MILNIKEL - OLECHÓW - WSPOMNIENIA - WYJAZD W GÓRY - CZ.2

                  HORST MILNIKEL - OLECHÓW - WSPOMNIENIA  - WYJAZD W GÓRY

Po ukończeniu zawodówki, podjąłem pracę w Janowie. Była to Baza Remontowa Transformatorów. Po kilku miesiącach pracy, chciałem troszeczkę wypocząć, wyjeżdżając w Tatry. Plecak i mapę pożyczył mi kolega Witek Matuszewski. Buty robocze zastąpiły górskie "pionierki".

Moim celem tej wyprawy było zdobycie Brązowej Odznaki Górskiej. Aby ją zdobyć należało zbierać pieczątki ze schronisk do których się dotarło. Dotarcie do tych miejsc, również szczytów górskich było wyceniane w punktach.

Wykupiłem książeczkę "autostopowicza", wyszedłem na drogę i tak przy sporym szczęściu, jadąc okazjami dotarłem pod wieczór do Zakopanego.

Jeden z kierowców który mnie wiózł, zapytał czy mogę go poczęstować papierosem. Ja rzuciłem palenie w wieku 12 lat, ale na wszelki wypadek kupiłem w Łodzi paczkę amerykańskich Camenów. Poczęstowałem go, a on zdziwiony pyta:

- Dlaczego masz papierosy, skoro nie palisz?!

Odpowiedziałem mu, że mam je przy sobie na taką właśnie okazję!

W Zakopanem zanocowałem u Bacy w stodole. Z rana rozpocząłem wędrówkę szczytami od prawa do lewa. Po tygodniu doszedłem do podnóża Kasprowego. Jeszcze między pomiędzy zaliczyłem Muzeum Lenina w Poroninie., za które premia punktowa stanowiła przynajmniej 20% wszystkich punktów.

Po powrocie pojechałem do Łodzi i w siedzibie PTTK otrzymałem BRĄZOWA ODZNAKĘ WYSOKOGÓRKĄ. Odznaka wszystkim się podobała i byłem z niej bardzo dumny.

Zimą postanowiłem pojechać do Wisły na narty na 2 tygodniowe wczasy. Pogoda dopisywała, śniegu nie brakowało. Trzy dni przed zakończeniem turnusu, nadwyrężyłem kostkę i musiałem pauzować.

Na szczęście znalazła się opiekunka i nie nudziliśmy się. Ta kobieta miała męża narkomana i ten pobyt w górach był dla niej wytchnieniem od smutnej rzeczywistości.

Przy rozstaniu powiedziała:

- Pokaż mi tę odznakę. - odkręciła nakrętkę, wzięła ją w dłonie mówiąc, że nie odda mi jej, będzie ona przypominała chwile, które razem spędziliśmy. 

Cóz miałem począć, zgodziłem się....

                                                                                                Horst Milnikel

                                                                                                Andrzejów 2025


niedziela, 11 stycznia 2026

HORST MILNIKEL - OLECHÓW - WSPOMNIENIA - ZABAWA TANECZNA - CZ.1

 HORST MILNIKEL - OLECHÓW - WSPOMNIENIA  - ZABAWA TANECZNA - CZ.1

W niedzielne popołudnie wybrałem się z kolegą Stanisławem Płatkiem na spacer. Poszliśmy zobaczyć jak w Olechowie bawią się na zabawie tanecznej w strażackiej remizie.

Była to według mnie świetlica z zapleczem gastronomicznym. Zbudowana już po wojnie. Idąc od strony szkoły w stronę Andrzejowa, była oddalona jakieś 500 metrów po lewej stronie drogi. Był to parterowy barak sąsiadujący z boiskiem piłkarskim. Sąsiadami świetlicy był dwa gospodarstwa p. Furmańczyka i p. Kiełka.

Zabawa dopiero nabierała rumieńców. Wewnątrz tańczyło kilka dziewcząt (one nie musiały płacić biletu wstępu, miały wabić chłopaków).

Przed świetlicą stało jak zwykle sporo młodzieży. Stasia rozpoznała jedna z dziewcząt, która przyszła ze swoją koleżanką. Ponieważ Stasiu był urodziwy, przystojny i do tego w mundurze leśnika, natychmiast go porwała. Ja zostałem z jej koleżanką. Zaproponowała mi spacer, od niej dowiedziałem się, że jest nową nauczycielką pracującą w nowej także olechowskiej szkole. Miałem na jej życzenie wybrać trasę wycieczki.

Zaproponowałem spacer do rzeki Olechówki. Droga prowadziła od skrzyżowania przy "starej szkole"wzdłuż sadu owocowego dyrektora szkoły, dalej polną drogą w kierunku stacji rozrządowej(obecnie Olechów-Zachód).

Po drodze mieliśmy staw w którym latem zażywano kąpieli. W tym miejscu Olechówka miał już zaznaczony nurt. Po obu jej brzegach rosły olszyny.

Nie powiem, nawet dobrze nam się rozmawiało. Pierwszy raz nie jako uczeń - nauczyciel, tylko jako równorzędny partner. Idąc brzegiem rzeki wypatrzyłem w piaszczystym dnie, ładny krzemień, który bardzo mi się spodobał.

Przy rozstaniu poprosiła abym pokazał jej ten kamień. Wzięła go do ręki, popatrzyła mówiąc:

- ten krzemień zatrzymam dla siebie na wspomnienie naszej krótkiej znajomości.

Cóż miałem zrobić, pogodziłem się...

                                                                                            Horst Milnikiel

                                                                                           Andrzejów 2025

środa, 7 stycznia 2026

Horst Milnikel - Wspomnienia

 Dzisiaj spotkałem się w domu Horsta na jego prośbę. Na przełomie starego i nowego roku spisał swoje wspomnienia. Zapraszam, w najbliższym czasie zamieszczę następne.

        KULINARNE WSPOMNIENIA HORSTA MILNIKELA - ANDRZEJÓW 1973

Koledzy z Biura Konstr. - Technologicznego zapowiedzieli koleżeńską wizytę. Ja musiałem przygotować prawdziwy wiejski rosół z koguta. Oni mieli zadbać o alkohol i przekąski.

Koguta "odpracowałem" u mojej teściowej. Chcąc jeszcze bardziej przypodobać się kolegom kupiłem śliwowicę paschalną "Pejsakówkę", którą produkowano na podhalu pod nadzorem Izraelczyków. To tam rosły śliwki-węgierki, które nadają właściwy smak.

Nadszedł dzień wizyty. Rosół. Niespodziewanie moi koledzy nie mogli go nachwalić, tak wybornie smakował! Stasiu Deredas, który miał w rodzinie opinię najlepszego kucharza stwierdził, że tak smacznego rosołu jeszcze nie jadł.

Z Pejsakówką okazało się, że był to niewypał, nikomu nie smakowała. Wychodząc powiedzieli, że w życiu nie zdarzyło się, żeby wychodząc z imprezy, zostawili alkohol na stole.

Po wyjściu gości zastanawiałem się, co sprawiło, że rosół był tak wyjątkowo smaczny? Przyczyny tego mogły być dwie: 

- W przeciwieństwie do gospodyń, które wydłubują z korpusu płuca, jądra itp. ja ugotowałem koguta w całości.

- Być może to zasługa garnka w którym zazwyczaj gotowane były pieluchy! 

Na tym przyjęciu był nasz szef, inż, Krzysztof Grabarczyk, który w latach okupacji niemieckiej miał 16 lat. Pracował w Grand-Hotelu jak hotelowy Boy. Dochodziła północ, był akurat w hotelowej kuchni, gdy przybiegł przestraszony kelner, gdyż obiad zamówił oficer Wehrmachtu. Kelner podczas rozmowy z nim powiedział, że w nocnej porze podają tylko zimne przekąski. Ta informacja tak zdenerwowała, że wzburzony powiedział:

- To my tam na froncie siedzimy zmarznięci w okopach, a wy nie macie dla mnie obiadu?!

Wyciągnął pistolet, kładąc go na stole i powiedział:

- Masz przynieść ciepły obiad, w przeciwnym razie zastrzelę Ciebie!

Szef kuchni tylko się uśmiechnął i powiedział, że nie ma problemu. Wyciągnijcie z pojemnika w którym są resztki po obiadowe, kawałki ziemniaków, opłuczcie je i przysmarzcie. Natomiast z pojemnika ze zlewkami wybierzcie porcję zupy, zagrzejcie i przyprawcie to zieleniną. - Jak rozkazał, tak zrobili!

Kelner niesie obiad, oficer powiada, widzisz, jak cię postraszyłem, to obiad się znalazł!

MNie, też Niemiec chciał zastrzelić. To zdarzyło się w Karl-Marks - Stadt - Chemnitz, w zakładach "Orst Hydraulik". Było w nim zatrudnione 80 pracowników Instalu Rzeszów. Do tłumaczenia było 6 tłumaczy. Mnie skierowali do biura. Łącznikiem między kierownikiem tej grupy pracowników Instalu Rzeszów, a kierownictwem "Orst Hydraulik" był Teischner. Codziennie przychodził do biura uzgadniając bieżące sprawy.

Ponieważ nasz kierownik nie znał niemieckiego, ja pośredniczyłem w rozmowach. Każda z nich kończyła się kawą i wspomnieniami.

Tego dnia Teischner wspominał końcówkę wojny i czas powojenny. Miał wtedy 17 lat i przydzielono go do kuchni Wojsku Polskim. 

Wspominał, że nie jest w stanie zliczyć, ile dostał kuksańców i poszturchiwań. Ja mu na to odpowiedziałem uśmiechając się:

- Widzisz, na dobre ci to wyszło, wyprowadzili cię na porządnego człowieka!

Jego natychmiastowa odpowiedź brzmiała: -- Horst, ja ciebie zastrzelę!

W Chemnitz zastało nas zburzenie Muru Berlińskiego i Zjednoczenie Niemiec. Każdy z pracowników mógł wymienić 4.500 Marek wschodnich na 4.500 Marek zachodnich. Jedna Marka zachodnia t w przeliczeniu 3 Marki wschodnie. 

Wszyscy o tym tylko mówili i każdy starał się tę kwotę zgromadzić. Wymiana na miejscu w zakładzie. Nawet pracownicy Instalu Rzeszów, którzy obsługiwali Export, pieniądze wymienili. To trwało 2 tygodnie. Po tym czasie, przyszedł nasz pracownik do Biura i chciał wymienić pieniądze. Odpowiedzieliśmy zgodnie z prawdą, że jest za późno! Mimo tego, poszedłem z nim do punktu wymiany walut, mówiąc, ze kolega zaspał i czy da się coś z tym zrobić? Pani tam pracująca odpowiedziała:

-Wy macie jednego gamonia, a my mamy wielu! Przewidzieliśmy takie sytuacje. Sprawa została załatwiona pozytywnie!

                                                                                              Horst Milnikel

                                                                                              Andrzejów 01.01.2026


środa, 10 grudnia 2025

Jan Braun - 100 rocznica urodzin - Rogowiec - Łódź - Bełchatów - Będków - Wspomnienie.

 

Dnia 10 grudnia 1925 roku w malutkiej wiosce wśród lasów i torfowisk urodził się mój Tata Jan Braun. Nikt nigdy nie przypuszczał, że ta wioska będzie jedną z najbardziej znanych w Polsce i poza nią. Rogowiec w gminie Kleszczów, to właśnie tam powstała i wzięła swoją nazwę jedna z największych w Europie elektrowni na węgiel brunatny "Elektrownia Rogowiec"!
Ale nie o tym chcę napisać, dzisiaj mija 100 rocznica urodzin mojego Taty. Ten chłopak z zapomnianej wioski do której jeszcze pod koniec lat 60-tych nie było utwardzonej drogi, nie było prądu, w wieku 15 lat został aresztowany przez niemieckiego okupanta, osadzony w Kleszczowie i zesłany do Człuchowa (Schlochau) jako  niewolnik u niemieckiego bauera. Ciężko pracował aż do wyzwolenia w 1945 roku, wrócił piechotą do swojej rodzinnej wsi, do swoich rodziców. "Koleżanka", Ella Hammerschmidt, ze szkolnej ławy całowała jego stopy prosząc o przebaczenie za wydanie go w ręce okupanta. Wielka gospodarka jej rodziców miała być przekazana jako rekompensata za zmarnowane 5 lat młodego życia....

Mój Tata przebaczył rodzinie Hammerschmidt, nie przyjął darowizny. Nie widział się na wsi, marzyła mu się wielka Łódź! W Łodzi mieszkała najbliższa kuzynka Apolonia Braun - Przybyłek. Tam też zawitał mój Tata. Tym miejscem była wielorodzinna kamienica przy ul. Kilińskiego 216 nr.20. Na tym samym korytarzu poznał swoją przyszłą żonę, a moją Mamę Jadwigę Pachniewicz, która również nie widziała się na roli w Będkowie, wyemigrowała do swojej siostry Leokadii Pachniewicz - Wasielewskiej zamieszkałej w tym samym korytarzu pod numerem 19. 

Takim oto przypadkiem, zostałem poczęty w 1953 roku, urodziłem się pod numerem mieszkania 22. W ciasnocie, niecałych 20 m2 mieszkaliśmy w czwórkę do początku lat 70-tych. W 1957 roku urodził  się mój brat Zbyszek. W "rewanżu" za wcześniejszą pomoc moim rodzicom, mieszkali u nas długie miesiące dwaj bracia Taty: Jurek i Romek. Wspominam swoje miejsce urodzenia i dzieciństwo jako cudowne lata, ciasno było ale rodzinnie.

Nastąpiła przeprowadzka do bloków na Dąbrowie (dawnej Wandy Wasilewskiej 3). Było to 4 piętro bez windy, lata leciały. Mój brat podjął decyzję przeprowadzki Rodziców do Bełchatowa, gdyż mieszkał niedaleko w pobliskim Kurnosie i mógł opiekować się coraz bardziej schorowanymi Rodzicami. Tam mieszkali aż do śmierci. Niestety, bez mała 20 lat zamieszkiwałem z moją rodziną poza granicami Polski, więc obowiązek opieki spadł na mojego Brata, za co jestem mu bardzo wdzięczny! Nasi rodzice spoczywają na cmentarzu katolickim w Bełchatowie. Można jeszcze dużo napisać, ale chcę, aby za dalszą treść posłużyły zdjęcia najbliższych.  Dodam tylko, że dzięki ich korzeniom wywodzącym się ze wsi, mogliśmy spędzać z moim Bratem wspaniałe wakacje raz w Będkowie, raz w Rogowcu. Rodzice moi byli również wspaniałymi dziadkami, co do dnia dzisiejszego wspominają nasze dzieci Magdusia i Tomaszek! Nie każdy miał takie szczęście! Wszystko przemija, pamięć nigdy!

============================================================

Am 10. Dezember 1925 wurde mein Vater Jan Braun in einem kleinen Dorf inmitten von Wäldern und Mooren geboren. Niemand hätte jemals gedacht, dass dieses Dorf einmal zu einem der bekanntesten in Polen und darüber hinaus werden würde. Rogowiec in der Gemeinde Kleszczów – genau dort entstand eines der größten Braunkohlekraftwerke Europas, das „Elektrownia Rogowiec” (Kraftwerk Rogowiec), und gab ihm seinen Namen!

Aber darüber möchte ich heute nicht schreiben, denn heute ist der 100. Geburtstag meines Vaters. Dieser Junge aus einem vergessenen Dorf, zu dem es noch Ende der 60er Jahre keine befestigte Straße und keinen Strom gab, wurde im Alter von 15 Jahren von den deutschen Besatzern verhaftet, in Kleszczów inhaftiert und nach Człuchów (Schlochau) als Sklave zu einem deutschen Bauern geschickt. Er arbeitete hart bis zur Befreiung 1945 und kehrte zu Fuß in sein Heimatdorf zu seinen Eltern zurück. Seine „Freundin” Ella Hammerschmidt aus der Schulbank küsste ihm die Füße und bat ihn um Vergebung, dass sie ihn an die Besatzer verraten hatte. Der große Hof ihrer Eltern sollte als Entschädigung für die verschwendeten fünf Jahre seines jungen Lebens übergeben werden...

Mein Vater vergab der Familie Hammerschmidt und lehnte die Spende ab. Er sah sich nicht in einem Dorf, er träumte vom großen Łódź! In Łódź lebte seine nächste Cousine Apolonia Braun-Przybyłek. Dort kam auch mein Vater hin. Dieser Ort war ein Mehrfamilienhaus in der Kilińskiego-Straße 216 Nr. 20. Im selben Flur lernte er seine zukünftige Frau und meine Mutter Jadwiga Pachniewicz kennen, die sich ebenfalls nicht auf dem Land in Będków sehen konnte und zu ihrer Schwester Leokadia Pachniewicz-Wasielewska gezogen war, die im selben Flur unter der Nummer 19 wohnte.

So wurde ich 1953 gezeugt und in der Wohnung Nr. 22 geboren. In dieser beengten Wohnung von knapp 20 m² lebten wir zu viert bis Anfang der 70er Jahre. 1957 wurde mein Bruder Zbyszek geboren. Als „Gegenleistung” für die frühere Hilfe meiner Eltern wohnten die beiden Brüder meines Vaters, Jurek und Romek, viele Monate lang bei uns. Ich erinnere mich an meinen Geburtsort und meine Kindheit als wundervolle Jahre, es war eng, aber familiär.

Dann zog die Familie in einen Wohnblock in Dąbrowa (ehemals Wandy Wasilewskiej 3). Es war der 4. Stock ohne Aufzug, die Jahre vergingen. Mein Bruder beschloss, meine Eltern nach Bełchatów umziehen zu lassen, da er in der Nähe, im nahe gelegenen Kurnos, wohnte und sich um meine zunehmend kranken Eltern kümmern konnte. Dort lebten sie bis zu ihrem Tod. Leider lebte ich fast 20 Jahre lang mit meiner Familie außerhalb Polens, sodass die Pflegepflicht meinem Bruder zufiel, wofür ich ihm sehr dankbar bin! Unsere Eltern ruhen auf dem katholischen Friedhof in Bełchatów. Es gäbe noch viel zu schreiben, aber ich möchte, dass die Fotos meiner Lieben für den weiteren Inhalt sprechen.  Ich möchte nur hinzufügen, dass wir dank ihrer ländlichen Wurzeln mit meinem Bruder wunderschöne Ferien in Będków und Rogowiec verbringen konnten. Meine Eltern waren auch großartige Großeltern, an die sich unsere Kinder Magdusia und Tomaszek bis heute gerne erinnern! Nicht jeder hatte dieses Glück! Alles vergeht, die Erinnerung bleibt!

============================================================

On December 10, 1925, my father Jan Braun was born in a tiny village surrounded by forests and peat bogs. No one ever imagined that this village would become one of the most famous in Poland and beyond. Rogowiec, in the municipality of Kleszczów, is where one of Europe's largest lignite-fired power plants, the Rogowiec Power Plant, was built and took its name!

But that's not what I want to write about. Today is the 100th anniversary of my father's birth. This boy from a forgotten village, which even at the end of the 1960s had no paved roads or electricity, was arrested by the German occupiers at the age of 15, imprisoned in Kleszczów, and sent to Człuchów (Schlochau) as a slave to a German farmer. He worked hard until liberation in 1945, then walked back to his home village to his parents. His “friend” Ella Hammerschmidt, from his school days, kissed his feet, begging for forgiveness for handing him over to the occupiers. Her parents' large farm was to be transferred to him as compensation for the five wasted years of his young life....

My father forgave the Hammerschmidt family and did not accept the gift. He did not see himself in the countryside; he dreamed of the big city of Łódź! His closest cousin, Apolonia Braun-Przybyłek, lived in Łódź. That is where my father ended up. The place was a multi-family tenement house at 216 Kilińskiego Street, apartment 20. In the same hallway, he met his future wife, my mother Jadwiga Pachniewicz, who also did not see herself living in Będków, and had emigrated to her sister Leokadia Pachniewicz-Wasielewska, who lived in the same hallway at number 19.

By such a coincidence, I was conceived in 1953 and born in apartment no. 22. The four of us lived in cramped conditions, in less than 20 m2, until the early 1970s. In 1957, my brother Zbyszek was born. In “return” for their earlier help to my parents, my father's two brothers, Jurek and Romek, lived with us for many months. I remember my birthplace and childhood as wonderful years. It was cramped, but it was a family home.

We moved to an apartment building in Dąbrowa (formerly Wandy Wasilewskiej 3). It was on the fourth floor without an elevator, and the years flew by. My brother decided to move our parents to Bełchatów, as he lived nearby in Kurnos and could take care of our increasingly ill parents. They lived there until their deaths. Unfortunately, I lived with my family outside Poland for almost 20 years, so the responsibility of caring for them fell to my brother, for which I am very grateful! Our parents are buried in the Catholic cemetery in Bełchatów. There is much more I could write, but I would like to let the photos of my loved ones speak for themselves.  I will only add that thanks to their rural roots, my brother and I were able to spend wonderful vacations in Będków and Rogowiec. My parents were also wonderful grandparents, whom our children Magdusia and Tomaszek still remember to this day! Not everyone was so lucky! Everything passes, but memories never do!




Szkolne zdjęcie, mały Janek leży z prawej strony na swoim podwórku, gdyż w jego domu znajdowała się szkoła w Rogowcu. - ok.1935.

Mały Janek przy trumnie swojej zmarłej siostrzyczki Waci 20 lutego 1933 roku, obok rodzice Władysława i Feliks Braunowie i jego babcia Konstancja.
                             Krótko po powrocie do rodzinnego domu w Rogowcu, ok.1946



Na obu zdjęciach jestem z moim Tatą na ręku, na skwerku w Łodzi, róg ul. Przybyszewskiego i Kilińskiego - 1954 roku.


         Rogowiec, słynna góra piaskowa przy strumyku, szczęśliwy ja z Rodzicami - 1955


                                                                  Rogowiec, z Tatą.


                                             Rogowiec. Mój Tata piorący moje pieluchy.



                                                            Zdjęcia portretowe.

                       Rodzice z moim Bratem Zbyszkiem w Będkowie (będkowskim lesie).


Szczęśliwi nasi Rodzice w oknie naszego domu w Będkowie - Krakowska 1. Takich ich zapamiętamy!





czwartek, 27 listopada 2025

Rogowiec - Kleszczów - Rodzina Braun - Szklarnia

 Wielu z czytelników zdziwią te zdjęcia... Zamieszczam wszystkie zdjęcia które dotyczą Rogowca, mojej małej ojczyzny. W Rogowcu urodził się 3.12.1925 roku mój Tata Jan Braun, dzięki temu mogłem od dziecka spędzać wspaniałe wakacje u mojej Babci Władzi i taty brata Romana, w prawdziwej naturze, las, torfowiska, leśne stawy.

Większości domów w Rogowcu już nie ma, także jego mieszkańców, po wybudowania Elektrowni i kopalni wszystko się zmieniło.....

W Informatorze Kleszczowskim z tego roku zamieszczono zdjęcia i opis Pikniku Gminnego w Rogowcu. Na zdjęciach nie poznałem nikogo z mieszkańców tej wsi. Niestety, Ci których znałem, młodsi i starsi ode mnie zmarli. Jutro pożegnamy najstarszego, urodzonego w Rogowcu Jerzego Brauna, ostatniego z trójki braci: Jana i Romana. Jurek, mój wujek zmarł przedwczoraj w wieku 89 lat. O nim zamieszczę wspomnienie jak najszybciej.

Co się tyczy szklarni widocznej na zdjęciach:

Kupno folii na budowę szklarni było niemożliwe. W tym czasie pracowałem w Łodzi przy ul. Wysokiej w Spółdzielni Pracy Chemików "Xenon". Dostawaliśmy w RFN od Bayera w metalowych 200-litrowych beczkach zabezpieczonych workami foliowymi preparat, który po rozpuszczeniu w wodzie destylowaliśmy w olbrzymich aparatach. W efekcie otrzymywaliśmy tysiące litrów cieczy, która była tłoczona rur w łódzkich elektrociepłowniach w celu niszczenia kamienia w gorącej wodzie. To "cholerstwo" było bardzo toksyczne, przez wiele lat nie mogłem wyleczyć swoich rąk, na których pękała skóra powodując wielki ból... Worki były wyrzucane, ja je zbierałem myjąc jak się dało. Później ładowałem do mojej Syrenki 104 i tak dojeżdżała do mojego Rogowca! 

Jedno muszę przyznać, w pierwszym roku był tak olbrzymi urodzaj pomidorów, jaki nigdy więcej się nie powtórzył, radości nie było końca!

                 Jadwiga i Jan Braunowie (moi rodzice) w szklarni w Rogowcu, koniec lat 70-tych.

Zdjęcie pokazujące stodołę która spłonęła pod koniec lat 80-tych w gospodarstwie Władysławy i Romana Braunów w Rogowcu. Z przodu szkielet przyszłej szklarni.

                                 W tle zabudowania sąsiada Mariana Nagody.




                           Na zdjęciu Tata Jan, ja niżej podpisany i mój Brat Zbyszek.


środa, 20 stycznia 2021

Łaznów - Będków - Helena Stolarska - Autobiografia - Facebook - 1910

 Od zaledwie dwóch dni jest członkiem Wirtualne Muzeum Łódzkiego Wehikułu Czasu na Facebooku. 

     Przed chwilką znalazłem bardzo interesującą rzecz, autobiografię Helenki Stolarskiej urodzonej 17 lutego 1903 roku w Łaznowie. Watek uczęszczania do szkoły w Będkowie ma dla mnie wielkie znaczenie. Także nazwisko Stolarski było znane w Będkowie! Jak na 12-latkę piękny charakter pisma i poziom dorosłej osoby!

Na grupie ŁRWC pokazałem zdjęcie szkolne z Pensji dla Panien Juli Zbijewskiej z moją ciocią Heleną Stolarską (starszą siostrą mojej Mamy). W 1915r. Helena napisała pewnie jako pierwsze wypracowanie swoją AUTOBIOGRAFIĘ ( jako dwunastolatka). Niestety brak ostatniej strony o początku I Wojny Światowej na Widzewie, ale i tak to jest niesamowita lektura (kaligrafią) o zasiedlaniu Łodzi przez okoliczną ludność, w tym przypadku przez ogrodnika z folwarku Łaznów (mojego dziadka i babcię Jakóba i Józefę Stolarskich) do wsi Widzew Nr 35 ( później Rokicińska 93 już w Łodzi). Moja mama Janka też była na tej furze jako dwuletnie dziecko. Opis wydarzeń oczywiście dotyczy 1910r.







niedziela, 5 kwietnia 2020

Ignacy i Janina Skupińscy - Antoni Bilski - Piotrków Trybunalski - Studium Nauczycielskie - Dąbie n.Nerem - Szkoła - Wspomnienia - cz.3


     Jako pierwsze, wstawiam zdjęcie kościoła rzymskokatolickiego w Dąbiu, gdyż ten kościół był miejscem spotkania przyszłego męża pani Janiny Skupińskiej, Józefa Bilskiego. Było to krótko po wyzwoleniu, pan Józef podjął się malowania tego właśnie obiektu sakralnego, przyjechał z Łodzi ze swoim kolegą, absolwentem Akademii Sztuk Pięknych im. Jana Matejki w Krakowie Józefem Mrozem. Jak doszło do spotkania, bliższego poznania już się nie dowiemy... Nauczycielka Powszechnej Szkoły Publicznej w Dąbiu powiedziała sakramentalne słowo TAK młodemu łodzianinowi.
    W niedługim czasie oboje zamieszkali w Łodzi. Pani Janina pracowała w Łodzi, w swoim zawodzie nauczyciela w Szkole Podstawowej nr.154 przy ul. Fabrycznej 4. Ich miejscem zamieszkania była ta sama ulica tylko pod numerem 5! Śmiałem się z Tolka, że w takim położeniu nie dało się uciec na wagary, potwierdził! Pani Janina pracowała w tej szkole w latach 1958-68. Zmarła zimą, w 1979 roku. Abym mógł to wszystko napisać, pomógł mi w tym owoc tej miłości małżeństwa Bilskich, Antoni, który urodził się w 1950 roku.
    Myślę, że będę mógł dopisać jeszcze wiele wątków tej rodziny, teraz poprzestanę na zdjęciach, które udostępnił mi Tolek, uważam, że są bardzo interesujące, zapraszam!

                      Źródło Wikipedia: Kościół rzymskokatolicki w Dąbiu n.Nerem.



    Przepiękne zdjęcie, najprawdopodobniej uczennic i uczniów Seminarium Nauczycielskiego w
    Piotrkowie.(muszę zasięgnąć informacji, aby nie było pomyłki).

                                Józef Bilski ze swoim synkiem Antonim. - Łódź, lata 50-te.

                             Antoni Bilski w 1954 roku na ulicy 1 Maja, w oddali latarnia gazowa.



Ignacy i Janina Skupińscy - Piotrków Trybunalski - Studium Nauczycielskie - Dąbie n.Nerem - Szkoła - Wspomnienia - cz.2

    W temacie Ignacego Skupńskiego na obecnym etapie nic więcej nie mogę napisać, natomiast mam ciekawe informacje o jego córce Janinie Skupińskiej. Urodziła się 20 listopada 1912 roku w Łodzi. Dlaczego akurat w Łodzi mój rozmówca Tolek, syn pani Janiny nie mógł mi odpowiedzieć. W każdym bądź razie pozostały świadectwa szkolne z Państwowego Seminarium Nauczycielskiego Żeńskiego im.Królowej Jadwigi w Piotrkowie. Także Świadectwa Państwowej Komisji Egzaminacyjnej dla nauczycieli w Słupcy. Pani Janina była nauczycielką Powszechnej Szkoły Publicznej II stopnia w Dąbiu nad Nerem. Dąbie będzie ważnym etapem w życiu pani Janiny, ale o tym napiszę w następnej części.

                                           Janina Skupińska - Bilska (1912-1979).

   
     Związek Nauczycielstwa Polskiego w Piotrkowie, wycieczka do Spały, okres międzywojenny.


      Związek Nauczycielstwa Polskiego w Piotrkowie, wycieczka do Spały, okres międzywojenny.

                 Piotrków Trybunalski - okres międzywojenny. Pani Janina trzecia od prawej strony.











Ignacy Skupiński - Piotrków Trybunalski - Strażak - Stolarz - Wspomnienia - cz.1


  Nie tak dawno (miesiąc przed pandemią), siedząc sobie przy kominku, popijając swojską cytrynówkę, zapytałem mojego kumpla Tolka, mieszańca Łodzi, czy nie posiada zdjęć, które mógłbym wstawić na Facebooku, czy też na moim blogu.
- Coś się powinno znaleźć, enigmatycznie odpowiedział Tolek
- Rodzina ze strony mojej mamy wywodzi się z Piotrkowa, dziadek miał Zakład Stolarski,
  produkował trumny.
  Dodał także, że babcia była nauczycielką w tym że Piotrkowie, wiedziałem, że go mam!
Pracowity Tolek, na przymusowym "urlopie" pogrzebał w swoich archiwach i znalazł wspaniałe według mojej oceny zdjęcia i dokumenty! Przesłał mi je drogą elektroniczną, troszeczkę nad nimi popracowałem i zamieszczam pierwsze z nich.
Na tym zdjęciu jest dziadek Ignacy Skupiński. Informacji o nim od Tolka nie uzyskałem zbyt dużo. Mało kogo dawniej interesowały losy dziadków, pradziadków, na szczęście, w dobie internetu, te tematy są popularne, coraz więcej osób szuka swoich przodków. Myślę, że Tolek popyta dalszej swojej rodziny, nowe informacje posypią się jak z rogu obfitości.
   Dodam jeszcze, że Ignacy Skupiński mieszkał w Piotrkowie przy ulicy Próchnika 7/9. Swój Zakład Stolarski miał w okresie międzywojennym, przez całą okupację, także po wojnie.
Był także komendantem OSP w Piotrkowie.
   Liczę na to, że być może ktoś z czytelników pomoże w szerszym opisie tej rodziny, w następnej części zamieszczę świadectwa szkolne, żony Ignacego, Janiny, nauczycielki w okresie międzywojennym w szkole w Dąbiu nad Nerem.



                      Ignacy Skupiński, komendant Ochotniczej Straży Pożarnej w Piotrkowie, z
                      lewej strony.

wtorek, 3 września 2019

Rogowiec - Kleszczów - Bronisław Mantyk - Sołtys - Znachor


     Dawnymi czasy, na wsiach byli tzw. znachorzy, ludzie którzy potrafili prawie wszystko. Nie było dróg, telefonów, pogotowia ratunkowego, w przypadku zachorowania, leczono się na miejscu. tak było w przypadku ludzi jak i zwierząt domowych. O Bronisławie Mantyku, mieszkańcu wsi Rogowiec, słyszałem bardzo dużo z opowiadań mojego taty, jak i mieszkańców tej wsi. Obrósł legendą, był postacią nietuzinkową, nie przez przypadek był przez długie lata sołtysem, także tym który potrafił leczyć. niestety, sam sobie nie potrafił pomóc, zachorował na nowotwór, ciężko chorował, zmarł w wieku 59 lat, spoczywa na cmentarzu w Kleszczowie.
     To, że dzisiaj wspominam o nim, przyczyniła się rozmowa z Adolfem z Kleszczowa, który jest ostatnim ewangelikiem w tej okolicy. Dlaczego rozmawiałem z nim? - otóż było on mieszkańcem wsi Stawek, niedaleko Rogowca, wsi, która już nie istnieje, ze względu na powstającą kopalnie i elektrownię. O osobie Adolfa napiszę osobno - to on podczas naszej rozmowy wspomniał o Bronisławie Mantyku.
      Osiemdziesięcioletni obecnie pan Adolf wspomina jak to mając 19 lat miał wypadek na rowerze. Upadł tak nieszczęśliwie, że połamał sobie kości w łokciu lewej ręki, także część z nich była przemieszczona. Był u lekarzy, poskładali połamane kości, jednak nie wszystko było w porządku. Znając wiedzę i doświadczenia pana Bronisława, zdecydował się prosić o pomoc. Przy ogromnym bólu, kości zostały prawidłowo ustawione - tutaj pan Adolf nadmienia, że jak pan Bronisław miał w swoich rękach chorego, nie puścił go mimo protestów, niekiedy płaczu, aż do momentu zakończenia "operacji". Drugim w Rogowcu, który robił podobne rzeczy (jednak nie osiągnął tej wiedzy, w takim stopniu jak jego sąsiad był Zenon Mantyk) - jednak on nie był tak "twardy"i niekiedy puszczał delikwenta przed zakończeniem zabiegu.
       Wracając do pana Adolfa, wspomniał, że chyba miesiąc po tym nastawianiu mijał się na wysokości Kleszczowa z panem Bronisławem, Adolf jechał na rowerze, miał chorą rękę na temblaku. Bronisław zajechał mu drogę furmanką, pytając:
- Co to ma znaczyć?!
- Czemu masz rękę podwiązaną?!
- Czy nie mówiłem tobie, że masz pracować nad nią, masz regularnie ją przygotowywać do normalnej pracy?!
- Jak tak będziesz postępować, nigdy nie uzyskasz w niej pełni władzy!
- Zagroził mi, że jak mnie jeszcze raz tak zobaczy, rozmontuje mi mój łokieć do stanu poprzedniego!- pomogło!



Ile lat miał pani tata kiedy umarł?
- Niecałe 60 lat, zmarł na raka, chorował dłuższy czas.
czy do końca piastował funkcję sołtysa?
  - Tak, do końca, chociaż ostatni rok przed śmiercią nie mógł w pełni spełniać swoich obowiązków, ze względu na postępującą chorobę. Zastępował go jak mógł Zdzisiu, miał kilkanaście lat, pomagał w obliczeniach. Zaraz, po śmierci taty sołtysem został Leon Mantyk.
Czy tata od dawna zajmował się nastawianiem złamanych kończyn, zwichnięć, od kogo tego wszystkiego się nauczył?
   - Jak tylko pamiętam zajmował się leczeniem ludzi, swoje nauki pobierał u swojego ojca, to była rodzinna tradycja. muszę zaznaczyć, że z czwórki rodzeństwa tylko on umiał pomagać chorym.
   - Nie tylko ludziom pomagał, również jechał do chorych krów, czy tez koni. W większości przy problemach przy cieleniu lub źrebieniu.
   - Muszę ci powiedzieć, że pamiętam taki przypadek, kiedy wyjmował z boku krowy cielaka. Często, czy to z Janowa, czy też z  innych pobliskich wsi, przyjeżdżali po niego w dzień czy też w nocy rolnicy którzy mieli problemy z rodzącą rogacizną.
Pamiętam niewiele pani tatę, jednak jak tylko sięgam pamięcią, zawsze słyszałem najlepsze opinie o nim, jego pracowitości i dobroci.
   - Zgadza się, tata był bardzo szanowany, muszę ci powiedzieć, że za swoją pomoc w leczeniu nigdy nie przyjął nawet jednej złotówki. Zdarzało się, ze ludzie chcieli płacić mu pieniędzmi - a w tym czasie na wsiach żyło się bezgotówkowo, ludzie byli samowystarczalni, jeśli to, był to handel wymienny), wtedy zdecydowanie odmawiał, mówiąc, że jest to dar od Boga i za to nie może brać wynagrodzenia.
   - Wiesz przecież, że mieliśmy jak na rogowskie warunki naprawdę wielką gospodarkę. Dla przykładu, podczas kopania kartofli, a wtedy pracowało się motykami, zeszło się tyle ludzi bez żadnej prośby, że w ciągu dnia wszystkie kartofle były wykopane. Ludzie ci, chcieli chociaż w takiej formie odwdzięczyć się za okazaną przez tatę pomoc.
    - Moja mama widząc co się dzieje, szybko biegła do domu, wypełniała dwa sabatniki piekąc ciasta. Przygotowywała jak mogła uroczystą wieczerzę. Na stole było i mięso (zawsze mieliśmy peklowane, czy też solone mięso ze świni, gdyż każdego roku zabijaliśmy wyhodowane przez nas dwie sztuki) i wszystkie wiejskie przysmaki.


        Nie tylko zdarzała się taka sąsiedzka pomoc jak przy wykopkach, także podczas sianokosów. Byłam młodą dziewczyną, przegrabiałam siano aby szybciej schło, wtedy też bez zapowiedzi zawsze ktoś przychodził i mi pomagał.
-  Andrzejku, muszę przy tej sposobności wspomnieć o bracie mojego taty, Felku Mantyku. Był przez kilkanaście lat wójtem w Klukach.
        Rozmowa nasza odbywała się w obecności wnuczki pana Bronisława, Danusi Braun, która w tym momencie przyszła ze smacznym obiadem serwowanym w ogrodzie. W żartach powiedziałem, żeby przysłuchiwała się opowieści o swoim dziadku, bo z pewnością mało wie w tym temacie. pomyliłem się, odpowiedziała mi natychmiast zdecydowanym głosem:
     - Oj, bardzo się mylisz, ja wszystko wiem o moim dziadku. Byłam bardzo mała jak zmarł w czerwcu 1965 roku, miałam wtedy 4 lata, ale znam z opowiadań jak dobrym był człowiekiem i fachowcem niosącym pomoc ludziom i zwierzętom.
    - Słyszałam o przypadku, kiedy mój dziadek tak profesjonalnie poskładał połamany obojczyk u jednego z mieszkańców, że z łódzkiego WAM-u przyjechała na Rogowiec specjalna komisja składająca się z lekarzy, którzy chcieli naocznie zobaczyć człowieka, który bez wykształcenia medycznego potrafi czynić takie cuda.
    - Andrzejku - mówi pani Marysia, wyobraź sobie, że po tej wizycie mój tata pojechał do Łodzi na Akademię Medyczną, tam pokazywał i opowiadał co potrafi. Dostał bardzo poważną propozycję: duże mieszkanie, pracę, szkoły dla całej rodziny. nie chcieli nawet słyszeć, że wróci na Rogowiec.
    - Mój tata zdecydowanie odrzucił tą intratną propozycję - powiedział:
    - W żadnym przypadku nie opuszczę Rogowca, tam jest moja liczna rodzina, duże gospodarstwo, tam są ludzie którzy potrzebują mojej pomocy. W Łodzi przebywał pół roku. Danusia dopowiada, że wracając otrzymał specjalne pozwolenie jako ortopeda, że może bez żadnych obaw leczyć ludzi! To w tych latach było wprost niemożliwe, musiał być naprawdę wielkim fachowcem kiedy okazano mu takie zaufanie!
   Jego przypadek można porównać z bohaterem filmu Znachor.
   - Pamiętam przypadek kobiety mówi Danusia, która spotkała nas w lesie kiedy zbieraliśmy jagody i powiedziała, że gdyby nie mój dziadek, to z pewnością już by nie żyła, czy też nigdy nie chodziła. Pani Marysia mówi, że faktycznie, pamięta ten przypadek, kiedy to przywieźli ją na do mojego taty na wozie konnym, miała wszystko pozrywane w wyniku wypadku, w szczególności kręgosłup. Tata wszystko ponastawiał, tak, ze ta kobieta mogła normalnie funkcjonować.
   Zapytałem czy pan Bronisław urodził się w Rogowcu.
   - Nie, odpowiedziała pani Marysia, tata mój urodził się w Nowym Janowie (Grafenorcie). Wywodził się z dużej rodziny, miał trzech braci, wspomnianego wcześniej Feliksa, Leona i Zenona którzy także przeprowadzili się na Rogowiec. Była także siostra, która jako mała dziewczynka zachorowała na krztusiec i zmarła, spoczywa na cmentarzu w Kaszewicach. Moja mamusia bardzo rozpaczała, nie mogła przeboleć jej śmierci. Wspomnę jeszcze, że mój tatuś był bardzo podobny mentalnie do Felka, natomiast Leon i Zenon mieli inne charaktery.
    Tyle wspominek o Bronisławie Mantyku. Wprosiłem się na wspominki w innych tematach, także związanych z Rogowcem i rodziną Mantyków. Pani Marysia wyraziła zgodę, myślę, że przeczytacie państwo ciekawy materiał, gdyż Rogowiec jest tego wart!

wtorek, 25 czerwca 2019

Muzeum Gałkówek - Romuald Kosiorek - Wspomnienia - 2 wojna swiatowa - cz.1

       Następny materiał dotyczący mieszkańców Gałkowa (materiał pochodzi z Muzeum w Gałkówku). Odręcznie pisane wspomnienia przez Kosiorka Romualda. Czytając ten materiał, może wydawać się, ze jest pisany bez składu i ładu. Ma swoją wartość, pokazuje losy młodego człowieka którego zaskoczyła ta straszliwa wojna. Dużo szczęścia przy tak częstym przemieszczaniu, wielu z jego rówieśników nie przeżyło, nie miało okazji napisać podobnych wspomnień. Zachowałem oryginalną pisownię, bardzo istotne są nazwiska jego kolegów, czy też przełożonych.





Kosiorek Romuald - Legitymacja Z.B.O.W.i.D. Nr. 300200 - Gałków Duży 129.

                                 PRZEBIEG KAMPANII WRZEŚNIOWEJ
      Wybuch II-wojny światowej 1939 roku, ja jako pracownik Składnicy Uzbrojenia Nr.4 w Gałkowie Małym, pod dowództwem majora Skawińskiego i jego zastępców kapitana Kozłowskiego i podoficerów, szefa Składnicy chorążego Kubasika, Ogniomistrza Selandra, Ogniomistrza Ragusa, Ogniomistrza Marciniaka, plutonowego pirotechnika Gębka, plutonowego pirotechnik Bańczak, plutonowy pirotechnik Nowicki, to znaczy magazynierów tejże Składnicy Uzbrojenia Nr.4. Ja Kosiorek Romuald plutonowy rezerwy i Siemieczuk Stefan kapral.
      Otrzymaliśmy karty Mobilizacyjne, w tych pierwszych dniach września zmobilizowano samochody z Przedsiębiorstw Łódzkich celem rozsyłania amunicji dla poszczególnych Pułków Armii Samodzielnym pododdziałom naszej Armii. Pierwsze dni września zdążyliśmy załadować na samochody wszystką amunicje artyleryjską i karabinową, oraz materiały wybuchowe, prochy i petardy oraz rakiety. Bodajże w pierwszych dniach jak nieprzyjaciel przerwał linię bojową na Pomorzu i szedł klinami w kierunku Piotrków Trybunalski wtenczas zebrano wszystkich zmobilizowanych i wydano rozkazy - plutonowy Kosiorek Romuald i kapral Siemieczuk Stafan zameldują się we Fortach Bema w Warszawie, a inni podoficerowie zawodowi w innych oddziałach pod warszawskich.
      Z chwilą dojechania do Warszawy złożenia meldunku we Fortach Bema wychodzi oficer inspekcyjny i mówi
- tutaj nie macie co robić, tu mamy dość wojska, daję wam rozkaz: pojedziecie do Fortów w Brześciu nad Bugiem.
      I na to zarządzenie, rozkaz wykonaliśmy jadąc przez Siedlce - Mińsk Mazowiecki - Biała Podlaska - Brześć nad Bugiem. Z rozbiciem naszych oddziałów, jednostek wojskowych również nie było wielkiej obrony ze strony naszych pododdziałów rozbitych. Zameldowaliśmy się w Oddziale Chorodczyn Podlaski i tam zebrano kompanię żołnierzy. Spisano nazwiska i wysłano bez broni nad jezioro Lubiąż, pod Kanał Królewski, okolice Pińska i tak błądził dowódca z powrotem na Kowel i lasy Kowelskie. Tam rozbrajała nas po raz pierwszy Armia Radziecka z tankietkami, segregując żołnierzy podoficerów i oficerów na poszczególne grupy. Po tej segregacji żołnierzy, zwalniano i kazano iść do domów, a Policję, podoficerów i oficerów zatrzymano do dalszej dyspozycji władz wojskowych Związku Radzieckiego. Bardzo wielu z nas pozdejmowało naszywki i odznaczenia dla braku rozpoznania i zwolniono nas do domów jako żołnierzy zwykłych szeregowców.
     Po drodze powrotnej pod Sinicą wystawione były placówki i czujki przez wojska niemieckie i po raz drugi aresztowali nas, i zabrali do szkoły powszechnej Sinnicy, z tam tond po kilku godzinach wywieźli nas do Mińska Mazowieckiego i tam spędzili ze wszystkich stron wojska.
     Około 1.500 ludzi zamknęli do ujeżdżalni gdzie stał pułk naszej kawalerii. Na drugi dzień sprowadzili około 20-tu samochodów z przyczepami krytymi plandekami i wyprowadzili na dziedziniec, ustawili szóstkami i ładowali po 60-ciu ludzi do przyczepy. Ja powiedziałem, że ustawimy się samym końcu tych szóstek.
     I tak zostaliśmy załadowani do ostatniego wozu i ostatniej przyczepy. Wozy skierowali w stronę Warszawy przez Pionki, Modlin, przez Bug z Narwią, do Prus Wschodnich. Ten ostatni wóz zmylił drogę, w Pułtusku wykręcił powrotnie na Płońsk, Zakroczym, Warszawę z tego żeśmy skorzystali, zatrzymał się w polu. W tym momencie uciekliśmy z wozu, była noc i cieniem tego wozu, a Niemcy z przedniego wozu oświetlali na boki samochodu i nic nie mogli zauważyć, po kilku minutach wóz tylny był opróżniony przez Niewolników Polskich. Do rana schowaliśmy się pod stery przydrożne, rano zauważyliśmy młodzieńca pasącego krowy przed wsią, w porozumieniu z tym młodzieńcem i dał nam mapę gdzie jesteśmy - od Płońska około 20 kilometrów. Z tamtąt udaliśmy się w dalszą drogę, na Zakroczym przyjechaliśmy łódką przez naszą rzekę Wisłę w kierunku Leoncina, Miedniewice, Skierniewice, Jerzów, Brzeziny, Gałków i tak powróciliśmy po miesiącu czasu do swych domów.
     Z wyślizgnięciem się z niewoli niemieckiej która nam groziła na przeciąg II-ej wojny Polski z Niemcami Hitlerowskimi. A potem jeszcze nie byłem pewny, czy mnie nie aresztują za Związek Strzelecki i jako Instruktora Przysposobienia Wojskowego, bo miałem zadanie szpiegowania niemców - co robią i do jakich partii należą. na to robiłem zbiórki i prowadziłem ćwiczenia nocne z Junakami nap. przez Kolonię Gałkówek - Jordanów - Janówkę w marcu 1939.
     Co się okazało, że godz. 1 w nocy we wsi Jordanów u sołtysa Hanysa i jego szwagra Karola paliły się światła, nie zasłaniając okien roletami, a były zarządzenia przez Władze Zwierzchnie Polski Sanacyjnej, aby przestrzegać stanu pogotowia alarmowego i nalotu samolotów nieprzyjacielskich.
     A dałem poufne zarządzenie mojemu zastępcy Suligorskiemu, który prowadził szperaczy aby meldował o wszystkich spostrzeżeniach , dał znać do drużyny którą ja prowadziłem - około 50 ze szperaczami. Dosyć niefortunnie podszedł do sprawy, bo narobił alarmu, zamiast wejść do mieszkania zobaczyć co robią, czy czyszczą broń, czy czytają gazetki Hitlerowskie. Usłyszałem te krzyki podszedłem na podwórko i udaję, ze nie wiem o co chodzi, a ob. Suligorski Józef zaczyna wykrzykiwać na zewnątrz tego gospodarstwa zamiast wejść do środka i zobaczyć co się tam robi.
     Wszyscy ci niemcy byli mi znajomi, bo na tym terenie we wsi Eufeminów budowałem drogę do Kolonii Gałkówek do szkoły w Eufeminowie, a na zastępstwo akurat był tam niemiec Jesse, który tam miał nadzór przy tej drodze. Pomimo, że byłem w mundurze wojskowym poznał mnie i zaczął mi tytułować panie inżynierze - my tys tak krowa sprzedać i tak po trochu wypić. Ja na to co miałem robić. Pomyślałem sobie jaki obrót weźmie przyszła wojna światowa. Zrezygnowałem aby przeprowadzać rewizje po mieszkaniach i piwnicach dałem rozkaz drużynie i powiedziałem: wracamy z ćwiczeń nocnych, dać się chłopcom napić się wody i maszerujemy dalej. Na to miałem przeczucie, że mogłem się poruszać w późniejszym czasie byłej okupacji. Zmyliło im umysły i podejrzenia do dalszej roboty szpiegowania którą przyjąłem w listopadzie 1939 roku przez Komendanta byłego w Brzezinach kap.Plutę Edmunda zamieszkałego w Koluszkach, przyszedł do mnie jako cywilny człowiek i w moim mieszkaniu złożyłem mu przysięgę na rzecz Armii Podziemnej.
     A cała drużynę zdałem podporucznikowi Szczepaniakowi Stanisławowi który przyjął chętnie, bo był moim junakiem. Od 1935-go roku właśnie z nim zakonserwowałem 10-sięć karabinów Mauzera i 4-ry pistolety Vist, które to zostały zachowane do dużych skrzyń drewnianych i obite papą. na jego polu w ogrodzie zostały zakopane przez na obu. Do tej pory nie znaleziono, trudno tak pamięciowo było odszukać tego miejsca. Bo mi była potrzebna kiedy zorganizowałem na PKP 32 Sokistów Ochrony Kolei i była mi bardzo potrzebna w 1945 roku. Od 3-go lutego tegoż roku było brak karabinów do służby wartowniczej, pilnowania mostów, przepustów i stacji kolejowych oraz wagonów z różnymi materiałami.
     Nadmieniam, ze ob.Szczepaniak i jego brat Wojciech zginęli w 44 roku, domysły były różne, prawdopodobnie miał narzeczoną która miała być pochodzenia i ona musiała się przyczynić do jego aresztowania i wykończenia jego i wielu innych z naszego terenu. Już swego czasu podawałem 18-tu ludzi, a to z różnych przyczyn jak zabijania świń Ołubka Józefa. Przeprowadzania za granice i wymiany dowodów itp. były szofer Amstkomisarz Gminy Pawlikowski Franciszek.
     Pietowski Antoni podejrzany za szpiegostwo przy wynoszeniu nalepek kierunkowych z wagonów wysyłania amunicji na front wschodni. Siekiereckich ojca i syna Kazimierza podejrzanych za czytanie gazetek i siania propagandy itp. Michalskiego Longina za to, że wychodził na Borowe i bił Niemców na zabawach chałupniczych, oraz że na zebraniu wyborczym na wójta Gminy w Gałkowie Dużym postawili kandydaturę niemca i chcieli go koniecznie forsować, a on im wtedy dogryzł - że szwabów nie dopuścimy do rządzenia polakami itp. i na to miejsce Powiat w Brzezinach wystawił wójta Komisarycznego Sokołowskiego Józefa który przetrwał do wybuchu II-ej wojny światowej i z nim współpracowałem jako instruktor PWiWF Kosiorek Romuald i wszystkim wywiadzie moim musiał wiedzieć. Również do samej wojny swoim sąsiadom niemcom dogryzał przez to musiał uciekać na protektorat General Gubernament i tam pozostawał całą II wojnę światową.
                                                                                                           Kosiorek R.

                                                         - ciąg dalszy nastąpi -