Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Erich Kühler. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Erich Kühler. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 grudnia 2022

Bukowiec - Königsbach - Ucieczka - Erich Kühler - Miottelpolen.de - 1945

 

    Od dawna nie byłem na portalu: Mittelpolen.de. Znalazłem tam m.in. dialog prowadzony pomiędzy członkami Forum o styczniu 1945 roku w Bukowcu. Miałem to szczęście, że od Ericha Kühlera otrzymałem jego wspomnienia, także o tym pamiętnym styczniu 1945 roku. Oprócz jego wspomnień zamieszczam wypowiedzi członków Forum:

     17.1.1945. Wszyscy mieszkańcy wsi i rolnicy uciekali przed zbliżającym się frontem, furmanka za furmanką, torby i bagaże. Wozy konne z drabinami wyłożone były burtami, a na nie naciągnięta była plandeka. Nie mieliśmy gospodarstwa, więc wujek Jonas Frank, brat mojej babci, zabrał nas do siebie. Było mało miejsca. Wujek Jonas z żoną i dwójką dzieci, babcia z ciocią Marią i Klarą, plus moja mama z trzema chłopcami. Na wozie, który był ciągnięty tylko przez jednego konia, było nas 11 osób.
Po drodze spotkaliśmy ojca mojej matki. Dziadek Aleksander miał sklep mięsny w Andrespolu i duży samochód dostawczy z gumowymi oponami oraz dwa silne konie. Z tyłu stała kabina z motorem dziadka. Przeładowano go i pozwolono nam jechać z dziadkiem Aleksandrem. Mieliśmy dużo miejsca i ładną białą pościel. Jeździliśmy tylko w dzień, konie miały odpoczywać.
To była nasza porażka, po prostu nie byliśmy w stanie poruszać się wystarczająco szybko. Dogonił nas front z szybkimi czołgami. Większość wozów zjechała na prawą stronę drogi i zatrzymała się. To było straszne przeżycie, po przejściu kolumny czołgów wyglądało to strasznie i niszczycielsko.   
Po prawej stronie drogi widziałem trupy koni i wraki wozów.

                            Erich Kühler jako dziecko, krótko przed ucieczką z Bukowca.

Mieliśmy szczęście. Z nieznanego mi powodu nasz dziadek zjechał na lewą stronę drogi do małego zagłębienia. Udało nam się bez zagrożenia opuścić zaprzęg i uciec do lasu. Bezradnie wszyscy biegali między sobą, uchodźcy, niemieccy żołnierze i zaprzęgnięte konie.  Żołnierze i uchodźcy z dziećmi nocowali w opuszczonym budynku gospodarczym. W każdym pokoju szukali miejsca do spania, bo na dworze było stanowczo za zimno. Następnego dnia dziadek Aleksander dał mamie pieniądze i powiedział, że nie może jej już pomóc, że musi sobie sama poradzić z dziećmi.
Mama z pomocą odczepiła kabinę od wielkiej furgonetki i zaprzęgła konia. Było wystarczająco dużo koni. W związku z posuwaniem się frontu wojennego i tym, co działo się z kolumną pancerną, wiele wozów zostało uszkodzonych, a konie, jeśli jeszcze żyły, pozostawały wolne. W lesie i okolicy było dużo koni.
Moja mama i nasza trójka dzieci pojechała wozem z powrotem do Bukowca. To było zdecydowanie za daleko na zachód i po przejściu frontu nie wiedzieliśmy, czy uda nam się przekroczyć granicę.

Tak rozpoczęła się odyseja powrotna do Bukowca !!!
Wracaliśmy tą samą drogą, którą posuwał się front. Żołnierze z wozami wyszli nam naprzeciw, a nasz koń był kilkakrotnie wymieniany na gorszego. Wreszcie mieliśmy ślepego konia, którego mama musiała prowadzić.
Po drodze widziałem okrucieństwo wojny. Wciąż mam w głowie obrazy, jak te liczne trupy układały się w stertę.
Po kilku dniach znaleźliśmy się w środku miasta Łodzi. Moja mama szukała ulicy, na której mieszkali krewni. Zapytała jakiegoś mężczyznę, czy mógłby nam pomóc. Z niemieckimi tabliczkami na samochodzie zostaliśmy zatrzymani przez milicję.

Musieliśmy iść na posterunek policji, mężczyzna też. Postawiono nas pod ścianą i przeszukiwano kieszenie. Przed nami stało trzech milicjantów z karabinami i bagnetami i ładowali broń. Wtedy rzuciłem się do ucieczki i wybiegłem na ulicę krzycząc: "Nie dam się zastrzelić". Strasznie bałam się o swoje życie. Wypuszczono nas po pół dnia pobytu w więzieniu. Człowiek ten miał przy sobie wszystkie swoje niemieckie dokumenty. Powiedział do mojej matki: "Mogę się teraz powiesić, nie puszczą mnie wolno".
Po tej historii zabrali nam wóz, a my znaleźliśmy schronienie u krewnych. Udało nam się tam pozostać przez kilka dni, ale jedzenia zaczynało brakować. Gdy zima stała się nieco łagodniejsza, mama zorganizowała sanie i wyruszyliśmy w kierunku Bukowca. Moi bracia na saniach, a ja i mama ciągnęłyśmy. Zawsze chodziliśmy wzdłuż głównej drogi. Z przystankiem u krewnych w Andrespolu dotarliśmy z powrotem do Bukowca.
Znaleźliśmy prababcię Rometsch i ciotkę Elsę z dziećmi, Gerhardem i Kurtem Kainath, w domu prababci w Dolnym Bukowcu....

DIALOG CZŁONKÓW FORUM:

EmilErich (30.09.2021 um 11:57 Uhr)

 

Witam, dlaczego Bukowiec/Königsbach miał być ewakuowany lub mieszkańcy uciekli na północ (Prusy Wschodnie) w połowie (16) stycznia 1945 roku, wszyscy pozostali chcieli chyba kierować się na zachód.

"Nakaz ewakuacji przyszedł zbyt późno w styczniu 1945 roku, aby można było przeprowadzić uporządkowaną ewakuację ludności niemieckiej przed nacierającą Armią Czerwoną".

Jeśli spojrzeć na sytuację militarną w Polsce Centralnej od 12.01.1945 r. to z 14/15.01.1945 r. w ofensywie zimowej interweniowała 61 Armia Czerwona (Below) i była w Radomiu 16.01 ,17.01 w Brzezinach , Łódź płonęła 17.01 a części 61 Armii były w Łodzi 19.01.

Jeszcze gdy 16.01.1945 r. wyruszyła wędrówka z Bukowca/Königsbach furmankami, tylko obok dróg, lód i śnieg, minus 20 stopni, 9 Armia wycofywała się z Wisły na zachód. Czołówka Armii Czerwonej posuwała się do przodu 40-80 km dziennie. Większość taboru została dogoniona przez wojska rosyjskie i odesłana do swoich wsi.

Wojska rosyjskie były w Warszawie 17/01/1945, Kutno zostało ewakuowane w kierunku Przedecza-Moosburga około godziny 7:00 i zostało zajęte przez wojska rosyjskie 19/01/1945, Płock-Schröttersburg i Włocławek-Leslau zostały osiągnięte przez wojska rosyjskie 21/01/1945, szczyt Armii Czerwonej był na obrzeżach Posen 22/23/01/1945.

Ucieczka w kierunku północnym oznaczałaby ucieczkę wzdłuż linii frontu. Gdyby wędrówka nie pokonała odpowiednio szybko 120 km do Płocka-Schröttersburga, wojska rosyjskie zablokowałyby drogę do Prus Wschodnich.

Scherfer (28.09.2021 um 22:26 Uhr)

…w książce Otto Heike "150 lat osadnictwa szwabskiego w Polsce 1795-1945" jest cały rozdział Leopolda Schenzla "Königsbach. The Fate of an East German Swabian Settlement". Są tam dwa fragmenty istotne z punktu widzenia ucieczki:

Str. 247: "Gdy w styczniu 1945 roku od Wisły rozpoczęła się wielka ofensywa Rosjan, tylko nieliczni mieszkańcy Königsbach zdążyli w porę uciec. Część z nich zapewne uznała, że ucieczka w nieznane nie ma większego sensu. Przede wszystkim w swoich mieszkaniach pozostawiono osoby starsze i samotne kobiety z małymi dziećmi. Część z nich została następnie internowana w obozach pracy lub znalazła zakwaterowanie u polskich sąsiadów, którzy w międzyczasie wrócili do swoich gospodarstw. Mimo wszystko wielu Polaków doświadczyło również dobra od swoich niemieckich współobywateli w czasie wściekłości narodowosocjalistycznych władców i nie zapomnieli o tym.

Po wypędzeniu większość Szwabów z Königsbach przybyła do historycznie ważnej wsi majątkowej Großgörschen koło Lipska. Tutaj i w trzech innych gminach, Kleingörschen, Rahner i Kaja, potomkowie kolonistów z południowych Niemiec znaleźli nowy dom. Tylko nieliczni przybyli do Republiki Federalnej pod koniec lat 40. dzięki więzom pokrewieństwa."

P. 287: "Jeśli w styczniu 1945 roku duża część mieszkańców Königsbach opuściła dom i gospodarstwo, to tylko po to, by chwilowo uniknąć bezpośrednich wydarzeń na froncie. Potem oczywiście wróciliby do swoich ojczyzn, jak to miało miejsce w grudniowych dniach 1914 roku."

 

DIVUS 17.09.2021, 08:31

Witam, informacje czerpię bezpośrednio od mojego chrzestnego. Urodził się w 1933 roku i miał 12 lat, gdy uciekł z Königsbach. Ma teraz 87 lat i jego pamięć jest wciąż dobra! Rozmawialiśmy o tym właśnie na drugi dzień i o ile pamiętam trasa ucieczki wyglądała następująco: Najpierw mieszkańcy Königsbach z burmistrzem na czele opuścili wieś Długim Traktem ( rodzaj ogromnej kolumny powozów) i przybyli do Prus Wschodnich. Stamtąd tor szedł przez kilka stacji do Berlina, a stamtąd do Halle. Z Halle przybyli do wsi "Großgörschen", gdzie kwaterowało wielu Königsbacherów, a także mój ojciec chrzestny i wiele innych rodzin. Inni, którzy nie chcieli zostać, pojechali dalej na Zachód, ale nic mi o tym nie wiadomo.

Mam nadzieję, że udało mi się w jakiś sposób pomóc i życzę wszystkiego najlepszego.





niedziela, 13 czerwca 2021

Erich Kühler - Bukowiec - Königsbach - Grünberg - Zielona Góra - Cmentarz ewangelicki - Żołnierze - Trupy - Wspomnienia - cz.3

 Zaczęło się to jakiś czas po wojnie w Königsbach

 Wiosna 1945 r. do jesieni 1946 r.


    Mieszkaliśmy w starym budynku gospodarczym z trzema kobietami i pięciorgiem dzieci. Tuż przy wejściu do domu znajdowała się letnia kuchnia. Podłogę stanowiła mocno ubita ziemia. W dużym salonie wzdłuż ścian stały miejsca do spania, a na środku stał stół, duży czarny żelazny piec z długą czarną rurą piecową. To była nasza zimowa kwatera.

W domach sąsiadów mieszkało jeszcze kilka niemieckich kobiet z dziećmi.

                            
                                          Erich Kühler i Arno (Vetter) - Bukowiec



    Wiosną 1945 r. moja matka szukała pracy u polskiego rolnika. W niektórych gospodarstwach polscy parobkowie przejęli gospodarstwa niemieckie. Nie stanowiło to problemu, ponieważ w większości przypadków ludzie już się znali. Za każdą pracę płacono żywnością, taką jak ziemniaki, jęczmień na kawę słodową, mąka, mleko, smalec. Jeśli jadło się w domu, to zazwyczaj były to ziemniaki w marynarce i kawa słodowa, czasem gęste kwaśne mleko. Pozyskiwanie wszelkiego rodzaju żywności było codziennym tematem. Moja mama codziennie chodziła do rolnika do pracy. Czasem była to inna zagroda, tam był dla mnie problem. Bardzo często szukałam mamy, tam gdzie była mama było też coś dla mnie do jedzenia.

Doświadczenia indywidualne:

Wspomnienie pierwszych dni po wojnie w Königsbach.

     Była jeszcze zima i mróz, droga (Rokicińska) była jeszcze odśnieżona, a my poszliśmy na sanki (jak już wspomniano). Raz po raz leżeli przy drodze martwi żołnierze, zdmuchnięci przez śnieg. Na tej drodze musiały toczyć się walki podczas odwrotu żołnierzy niemieckich z wojskami rosyjskimi. W okresie mrozów zwłoki gromadzono na stosie przy cmentarzu. Na wiosnę obok cmentarza (ewangelicki w Bukowcu - mój przypisek) wykopano zbiorową mogiłę, w której "pochowano" wszystkie zwłoki, do dziś pamiętam ten widok. 

    W Grünbergu (Zielona Góra) była bogata rodzina, moja mama musiała wykonywać prace domowe, prasowanie itd. Ja też tam kiedyś byłam, był tam niemiecki dozorca, pilnował stawów rybnych...        Podczas rozłupywania drewna odrąbałem sobie nasadę lewego kciuka. Wieczorem wróciliśmy do domu z grubym bandażem. Wypadek, którego ślady można zobaczyć do dziś:

    Na lewo i prawo od drogi wiejskiej znajdował się rów, który latem był zarośnięty. Moja próba przeskoczenia przez rów nie powiodła się. Lewą nogą wskoczyłem na gruby kawał szkła i miałem po tym bardzo dużą ranę! Bez lekarstwa, środka dezynfekującego (jodyny) zrobiła się straszna gangrena. Ostatnią pomocą był wiejski kowal Pan Lassota, miał łój wieprzowy (tkanka tłuszczowa brzucha) i cukier który zdobył starą metodę do dezynfekcji. Mimo stosowania starych domowych sposobów, długo trwało zanim rana się zagoiła. Blizna widoczna do dziś jest moją pamięcią.



                                    Erich Kühler i Ella Keppler - Bukowiec

sobota, 12 czerwca 2021

Erich Kühler - Bukowiec - Königsbach - Wojna - Ucieczka - Łódź - Wspomnienia - cz.2

 

    Mieliśmy szczęście. Z jakiegoś nieznanego mi powodu nasz dziadek zjechał na lewą stronę drogi w małe zagłębienie. Udało nam się bez niebezpieczeństwa opuścić wóz konny i uciec do lasu. Bezradnie wszyscy biegali między sobą, uchodźcy, niemieccy żołnierze i zaprzęgnięte konie. Żołnierze i uchodźcy z dziećmi nocowali w opuszczonym budynku gospodarczym. Szukali miejsca do spania we wszystkich pomieszczeniach, bo na dworze było stanowczo za zimno. Następnego dnia dziadek Aleksander dał mojej mamie pieniądze i powiedział, że nie może jej już pomóc, że będzie musiała radzić sobie sama z dziećmi.

Alexander i Erich pokazują gdzie stał ich dom rodzinny w Bukowcu, ul. Rokicińska 713 (plac z tyłu), który został rozebrany po spaleniu w 2014 roku, po przeciwnej stronie Sklep "Jawor"



    Mama z pomocą odczepiła kabinę od dużego skrzyniowego wozu i zaprzęgła konia. Było wystarczająco dużo koni. W związku z posuwaniem się frontu wojennego i tym, co działo się z kolumną pancerną, wiele wozów zostało uszkodzonych, a konie, jeśli jeszcze żyły, pozostawiono wolne. W lesie i okolicy było dużo koni.

    Moja mama i nasza trójka dzieci pojechała z powrotem z wozem w kierunku Königsbach. To było zdecydowanie za daleko na zachód, a po przejściu frontu nie wiedzieliśmy, czy uda nam się przekroczyć granicę.

    W ten sposób rozpoczęła się odyseja powrotna do Königsbach!!!

    Wracaliśmy tą samą drogą co cofający się front. Żołnierze z wozami wyszli nam naprzeciw, a nasz koń był kilkakrotnie wymieniany na gorszy. Wreszcie mieliśmy ślepego konia, którego mama musiała prowadzić.

    Po drodze widziałem okrucieństwo wojny. Wciąż mam w głowie obrazy wszystkich ciał ułożonych w stertę.

    Po kilku dniach znaleźliśmy się w środku miasta Łodzi. Moja mama szukała ulicy, na której mieszkali krewni. Zapytała jakiegoś mężczyznę, czy mógłby nam pomóc. Z niemieckimi tabliczkami na samochodzie zostaliśmy zatrzymani przez milicję. Musieliśmy iść na posterunek policji, mężczyzna też. Ustawiono nas pod ścianą i przeszukiwano kieszenie. Przed nami stało trzech milicjantów z karabinami i bagnetami i ładowali broń. Wtedy skoczyłem się górę i wybiegłem na ulicę krzycząc: "Nie dam się zastrzelić". Strasznie bałam się o swoje życie. Wypuszczono nas po pół dnia pobytu w więzieniu. Człowiek ten miał przy sobie wszystkie swoje niemieckie dokumenty, powiedział do mojej matki: "Mogę się teraz tylko powiesić, nie puszczą mnie wolno".

    Po tej historii zabrali nam wóz, a my schroniliśmy się u krewnych. Udało nam się tam pozostać przez kilka dni, ale jedzenia zaczynało brakować. Gdy zima stała się nieco łagodniejsza, mama zorganizowała sanki i wyruszyliśmy w kierunku Königsbach. Moi bracia na saniach, a ja i mama ciągnęłyśmy. Zawsze szliśmy główną drogą. Z przystankiem u krewnych w Andrespolu dotarliśmy z powrotem do Königsbach.

W domu pradziadków w Unterdorf (Dolny Bukowiec) spotkaliśmy prababcię Rometsch i ciotkę Elsę z dziećmi, Gerhardem i Kurtem Kainathami.

                                       Emilia Kühler  ze swoimi dziećmi Horstem i Erichem.





Erich Kühler - Bukowiec - Königsbach - Miazga - Wojna - Wspomnienia - cz.1

 

    Swoje wspomnienie z lat dziecinnych przysłał mi Erich Kühler dobre 3 lata temu. Wcześniej odwiedził nas w naszym domu wraz ze swoim młodszym bratem. To było wspaniałe spotkanie, cudowne opowieści i zwiedzanie Bukowca i Andrespola. Niestety jego znajomość języka polskiego była niewystarczająca, do prowadzenia płynnej rozmowy, miał prawo zapomnieć. Widziałem jego łzy wzruszenia podczas wizyty na cmentarzu w Bukowcu, szukał także cmentarza w Andrespolu, niestety...Staliśmy przed działką na której stał rodzinny dom przy ulicy Rokicińskiej w Bukowcu. Wielu z czytelników z pewnoąścią pamięta ten drewniany budynek, który około 2010 roku uległ spaleniu (na wprost delikatesów Jawor). Erich żyje, ma 84 lata, sentyment do jego rodzinnego Bukowca pozostanie do końca jego dni. Zapraszam na jego wspomnienia:

                                           Erich podczas wizyty w Bukowcu 


                   

     Wspomnienia z dzieciństwa w Königsbach (Bukowiec Polska).

Pojedyncze fragmenty wzięte z pamięci bez dokładnych danych chronologicznych.

    Siedzimy na ulicy (ulica Rokicińska – mój przypisek), na ciepłym asfalcie i bawimy się. Głośne trąbienie zaskoczyło moją matkę. O tej porze w ciągu dnia przejeżdżał tędy może jeden samochód. Ta historia była opowiadana przez moją mamę tak wiele razy, więc jest bardzo silna w mojej pamięci.

    Szedłem do domu z moim bratem Horstem z dolnej wsi skrótem, wąską ścieżką przez bagnistą łąkę. Mieszkańcy Bukowca nie mogli wykorzystywać tego terenu jako ziemi uprawnej, właśnie ze względu na podmokły teren. Musiał to być czas około 1943 roku, bo mój brat (rocznik 1941) umiał już chodzić. Byłem bardzo dumny, że sam znalazłam drogę.

    Mój ojciec i jego kuzyni łowili raki w Baachu (Miazga). Jeszcze dziś widzę ten wielki garnek z gotowanymi czerwonymi rakami.

    W zimie łąki były zalane, więc bez większego niebezpieczeństwa mogliśmy jeździć na łyżwach i ślizgać się po lodzie u źródeł Baacha (Miazgi), w kierunku Kurowic. Łyżwy były drewniane z dwoma żelaznymi drutami wbitymi w drewnianą podeszwę, wyglądało to jak biegówki.

    Wielkanoc: ciocia Klara przychodzi z tradycyjnym stiplem (wiązka jałowca). Spóźnialskich wyciąga się z łóżka smagając gałązką jałowca, to bardzo bolało na gołej skórze.

    Moje wspomnienie o żniwach. Na dużych polach wszyscy zbierali się razem. Kilku mężczyzn kosiło ręcznie kosami. Za każdym kosiarzem szła kobieta, która zbierała skoszone zborze w snopki. Wiązka (snop) jest trzymana razem za pomocą pasma łodyg. Snopki układano na kształcie lalki. Jako mały chłopiec brałem udział w ustawianiu lalek. Niektóre kobiety koordynowały, za którym mężczyzną pracują. Silni mężczyźni kosili bardzo szybko, a kobieta musiała podbierać równie szybko, bo z tyłu już szli następni kosiarze..

    Pamiętam zbiory ziemniaków u wujka Jonasa. Łęty ziemniaczane zostały wypalone. Do ognia wrzucano ziemniaki. Po ugaszeniu ognia z żaru wyjmowano spalone ziemniaki. Skórka z ziemniaków była zdejmowana, a upieczone ziemniaki smakowały wspaniale. My, dzieci, mieliśmy oczywiście czarne od popiołu i sadzy twarze i ręce.

    Wycieczka dorożką do Effingshausen (Starowa Góra). Wujek Jonas i ciotka Klara z domu Wölfle pochodzili z Effingshausen (Starowa Góra). Cały dzień jechaliśmy w pięknej czarnej karecie z czarnymi rumakami. Była tam również moja babcia Emilie (siostra wujka Jonasa).

    Wspomnienie kiszenia kapusty. Na środku pokoju stała duża drewniana beczka (to chyba było u babci Rometsch.) Moje stopy były myte do czysta, a potem wkładano mnie do beczki, żebym stąpał po poszatkowanej białej kapuście.

Mama  Ericha Kühlera, Emilja Kühler z jego siostrą na ręku. W oknie stoi pani Enge. Z lewej strony stoją: Erich i jego brat Horst. (ten budynek stał jeszcze kilka lat temu, biuro miejscowej masarni - obecnie parking delikatesów Jawor).



    W latach wojennych, latem 1943 lub 1944 r., w pobliżu gospodarstwa rodziny Egler w kierunku Kurowic, po prawej stronie drogi głównej (Rokicińskiej), samolot musiał lądować awaryjnie z powodu awarii silnika. Była tam prawdziwa migracja ludzi, którzy wszyscy chcieli zobaczyć samolot z bliska.

    Wszyscy mieszkańcy wsi i rolnicy uciekali 17.1.1945 przed zbliżającym się frontem, furmanka za furmanką, z workami i torbami. Wozy konne z drabinami wyłożone były deskami bocznymi, a nad nimi w łuk naciągnięta była plandeka. Nie mieliśmy gospodarstwa, więc podwiózł nas wujek Jonas Frank, brat mojej babci. Nie było tam zbyt wiele miejsca. Wujek Jonas z żoną i dwójką dzieci, babcia z ciocią Marią i Klarą, plus moja mama z trzema chłopcami. Na wozie, który był ciągnięty przez jednego konia, było nas 11 osób.

    Po drodze spotkaliśmy ojca mojej matki. Dziadek Aleksander miał w Andrespolu sklep mięsny i duży wóz skrzyniowy z gumowymi oponami i dwoma silnymi końmi. Z tyłu była doczepiona kabina z motocyklem dziadka. Przeładowano go i pozwolono nam jechać z dziadkiem Aleksandrem. Mieliśmy dużo miejsca i ładną białą pościel. Jeżdżono nim tylko w ciągu dnia, konie powinny mieć przerwę.

    To stało się naszą zgubą, po prostu nie mogliśmy poruszać się wystarczająco szybko. Dogonił nas front z szybkimi czołgami. Większość wozów zjechała na prawe pobocze i zatrzymała się. To było straszne przeżycie, po tym jak kolumna czołgów się przebiła wyglądało to makabrycznie i niszcząco.

    Po prawej stronie drogi widziałem trupy koni i wraki wozów.