Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Egzekucja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Egzekucja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 16 czerwca 2025

Herbert Höft - Turbulente Zeiten - Egzekucja - Gałkówek

 

Na stronach 108-110 książki Herberta Höfta - Turbulente Zeiten jest temat który jest mi troszeczkę znany. Myślę, że najwięcej będzie miał do powiedzenia Dominik Trojak. Także ten materiał zamieszczam na Facebooku, być może ktoś z czytelników dopisze dalszą historię (gdzie był ten masowy grób), i czy jest prawdą, że szczątki tych 28 żołnierzy przeniesiono na cmentarz ewangelicki w Borowej?

                                        POZOSTAWIENIE RANNYCH

Ofensywa Armii Czerwonej w styczniu 1945 r. rozpoczęła się pod Warszawą z taką siłą, że duże oddziały Wehrmachtu w naszym regionie zostały rozbite i pozostały daleko za frontem, w lasach. Dowództwo Armii Czerwonej nie interesowało się tymi oddziałami Wehrmachtu. Wykorzystali okazję, aby jak najdalej na zachód przepędzić pokonanego, zdezorientowanego wroga, niemiecki Wehrmacht i inne walczące oddziały. Żołnierze, którzy codziennie patrzą śmierci w oczy, nie są sentymentalni. Biorą to, czego potrzebują i co się im nadarzy. Jeśli w pobliżu nie było oficera, młodzi mężczyźni rzucali się grupami na dziewczyny i kobiety. Łatwa zdobycz.

Oddziały frontowe ruszyły dalej. W wiosce pozostał oficer i trzech żołnierzy. Trzeba było przywrócić porządek. Na torach przed małą stacją kolejową w Gałkowie pozostały wagony porzucone przez uciekający Wehrmacht. Stały opuszczone. Starsza kobieta zgłosiła, że w jednym z wagonów słychać jęki i ciche wołanie o wodę.

Rosyjski oficer i jego mały oddział ruszyli w tę stronę.

„Sasza, zajrzyj do środka. Wy dwaj osłaniajcie go” – brzmiał rozkaz dla młodych chłopców. Sasza otworzył drzwi wagonu i wsadził do środka kałasznikowa. Uderzyła go okropna woń. Opuścił broń.

Przerażone, szeroko otwarte oczy patrzyły na niego z opatrunków na głowach. Był to wagon towarowy z ciężko rannymi. Trzej rosyjscy żołnierze ostrożnie przeszli przez wagon, zabezpieczając lewą i prawą stronę. Panowała absolutna cisza, nie słychać było jęków, ani szeptów, ledwie słychać było oddech, tylko przerażone oczy śledziły powolne ruchy ludzi w innych mundurach. Co się teraz stanie? Ci, którzy tam leżeli, byli bezradni, ciężko ranni, niektórzy bez rąk, bez ramion, bez nóg, z ciałami pokrytymi ranami, a niektórzy z ciężkimi obrażeniami głowy – porzuceni, pozostawieni wrogowi, zdani na łaskę losu.

Sascha złożył raport: „Ranni Niemcy, prawdopodobnie bez broni, bez jedzenia, bez opatrunków, po prostu porzuceni”.

„Ilu?”

„Cały wagon, około dwudziestu”.

Oficer zastanawiał się. Co teraz? Przez chwilę chodził w tę i z powrotem obok wagonu. Cholera, ci Fryce (obraźliwe określenie Niemców); zostawiają swoich ciężko rannych ludzi po prostu tak. Rozmyślał pół po rosyjsku, pół po niemiecku: „Szpital w pobliżu? Njet. Bandaże? Njet. Wyżywienie? Njet. Lekarz, morfina, operacje? Niemożliwe do zorganizowania”.

Odmachał ręką.

„Ach, kto się troszczy o tych ludzi? Jest wojna. To wrogowie. Ciężko ranni, ale kto wie, co narobili w naszym kraju?”.

Zapytał jeszcze raz: „Ilu ich jest?”.

Następnie wyciągnął pistolet, sprawdził zapasowy magazynek i wysłał żołnierzy, aby zabezpieczyli oba wyjścia. Wszedł do wagonu z odbezpieczonym pistoletem, spojrzał surowo, wytrzymał przerażone spojrzenia, dostrzegł drgawki i rezygnację w ruchach ciał, które wiedziały, co zaraz zrobi.

Zastosował bezpieczny i bezbolesny strzał w głowę. Wkrótce rozległy się wystrzały. Strzał w lewo, w prawo, w lewo, w prawo, w lewo, w prawo. W środku wagonu wyprostował się młody chłopak, chcąc opuścić pryczę i uciec. Trzy strzały z bliskiej odległości sprawiły, że osunął się na siatkę zabezpieczającą. Oficer spokojnie i pewnie zmienił magazynek, nie zwracając uwagi na rannych, którzy jeszcze żyli.

I znowu: lewa, prawa, lewa, prawa, lewa, prawa.

Na zewnątrz wydał rozkaz: „Jutro sprowadźcie z wioski kilka dziewcząt, które mają ich zakopać tutaj, przy nasypie kolejowym”. Dziewczynki były jeszcze dziećmi. Również Hilde, moja kuzynka, została do tego zmuszona. Ziemia była zamarznięta. Rosyjscy żołnierze zadowolili się płytkim dołem między nasypem kolejowym a brzozowym zagajnikiem. „Wyciągnijcie ich i wrzućcie do środka”.

Wiele dziesięcioleci później Hilde zeznała: „Ciała były sztywno zamarznięte w nocy. Zmarli mieli na szyjach nieśmiertelniki, ale nikt z nas nie odważył się ich zerwać, aby zachować informacje. Nie wiedzieliśmy też, czy nie grozi nam to samo. Była wojna, a zabijanie niewinnych ludzi było jej częścią. Niektórzy z młodych niemieckich żołnierzy mieli szeroko otwarte oczy, inni zamknęli je. Co mogło dziać się w głowach tych mężczyzn w ostatnich sekundach życia, kiedy widzieli i słyszeli śmiertelne strzały swoich pierwszych towarzyszy?

Hilde nigdy nie zapomniała twarzy młodego chłopca, który w połowie wychylał się ponad siatkę ochronną. Rysy twarzy, nawet w sztywnym, zimnym stanie, wyrażały krzyczącą niesprawiedliwość wojny. Później dołączyło jeszcze 10 ciał z drugiego wagonu. Wiosną trawa porosła niewielkie wzniesienie. Wkrótce brzozowy zagajnik całkowicie pokrył pagórek. Nikt nie zapytał o 28 nazwisk.

W kolejnych latach, kiedy Hilde była w Polsce, zawsze odwiedzała to miejsce nieznanego zbiorowego grobu. Ile matek i kobiet czekało jeszcze przez lata na wiadomość od swoich synów i mężów, zastanawiając się, gdzie są ich bliscy i jak zginęli.

Tak więc ci mężczyźni nadal są uznawani za zaginionych – pochowani w zbiorowej mogile przy nasypie kolejowym, o której nikt nie wie.


Auf den Seiten 108-110 des Buches von Herbert Höft – Turbulente Zeiten – wird ein Thema behandelt, das mir ein wenig bekannt ist. Ich denke, Dominik Trojak wird dazu am meisten zu sagen haben. Ich veröffentliche diesen Beitrag auch auf Facebook, vielleicht kann jemand aus der Leserschaft weitere Informationen hinzufügen (wo sich dieses Massengrab befand) und ob es stimmt, dass die Überreste dieser 28 Soldaten auf den evangelischen Friedhof in Borowa überführt wurden.

                     ZURÜCKGELASSENE VERWUNDETE

Die Januaroffensive der Roten Armee 1945 hatte bei Warschau mit solcher Wucht begonnen, dass große Wehrmachtsverbände in unserer Gegend zersplittert wurden und weit hinter der Front in den Wäldern zurückgeblieben waren. Die Führung der Roten Armee interessierte sich kaum für diese Wehrmachtsteile. Sie nutzte die Gelegenheit, den geschlagenen, desorientierten Feind, die deutsche Wehrmacht und andere kämpfende Einheiten, so weit als nur möglich nach Westen zu jagen. Soldaten, die täglich den Tod vor Augen haben, sind nicht sentimental. Się nehmen sich, was sie brauchen und was sich ihnen bietet. War kein Offizier in der Nähe, stürzten sich die jungen Kerle gruppenweise auf die Mädchen und Frauen. Leichte Beute.

Die Fronttruppen zogen weiter. Ein Offizier und drei Soldaten bleiben im Dorf. Ordnung sollte wieder einziehen. Da waren Waggons auf der Schienenstrecke vor dem kleinen Bahnhof bei Galkow von der fliehenden Wehrmacht zurückgelassen worden. Sie standen verlassen da. Eine alte Frau hatte gemeldet, się habe ein langes Stöhnen und leises Rufen nach Wasser in einem der Waggons vernommen.

Der russische Offizier und sein Kleiner Trupp marschierten dorthin.

”Sascha, schau rein. Ihr beiden gebt ihm Deckung”, so lautete der Befehl an die jungen Burschen. Sascha stieß die Waggontür auf und hielt seine Kalaschnikow hinein. Ein übler Dunst kam ihm entgegen. Er ließ die Waffe sinken. Angstvolle, aufgerissene Augen schauten ihn aus verbundenen Köpfen an. Es war ein Liegewagen mit Schwerverwundeten. Die drei russischen Soldaten gingen vorsichtig, nach links und rechts sichernd, durch den Waggon. Absolute Stille, kein Stöhnen, keine Silbe, kaum ein Hauch, nur angstvolle Augen, die den langsamen Bewegungen der anders Uniformierten folgten. Was wird jetzt geschehen? Die da drin lagen, waren hilflos, schwer verwundet, manche ohne Hände, ohne Arm, ohne Bein, mit durchlöchertem Körper, und manche mit schweren Kopfverletzungen – zurückgelassen, dem Feind überlassen, ausgeliefert.

Sascha machte stramme Meldung: ”Verwundete Fritzen, wahrscheinlich ohne Waffen, ohne Essen, ohne Verbandszeug, einfach zurückgelassen.”

”Wie viele?”

”Der ganze Waggon voll, circa zwanzig.”

Der Offizier überlegte. Was nun? Eine Weile ging er neben dem Waggon hin und her. Verdammt noch mal, diese Fritzen (Schimpfwort für die Deutsche); lassen ihre schwer verwundeten Leute einfach stehen. Er sinnierte halb russisch, halb deutsch: ”Krankenhaus in der Nähe? Njet. Verbandszeug? Njet. Verpflegung? Njet. Arzt, Morphium, Operationen? Unmöglich zu organisiert.”

Er winkte ab.

”Ach, wer fragt schon nach den Leuten? Es ist Krieg. Się sind Feinde. Schwer verwundet zwar, aber wer weiß, was die in unserem Land angerichtet haben?”

Er fragte noch einmal: ”Wie viele?”

Dan zog er seine Pistole, überprüfte das Reservemagazin und schickte seine Soldaten, die beiden Ausgänge zu sichern. Er betrat mit entsicherter Pistole den Waggon, schaute streng drein, hielt den ängstlich schauenden Augen Stand, sah die Ansprung und die resignierenden Bewegungen der Körper, die wussten, was er jetzt gleich tun würde.

Er würde den sicheren und schmerzarmen Kopfschuss anwenden. Bald krachte es. Ein Schuss links, einer rechts, links, rechts, links, rechts. In der Mitte des Waggons bäumte sich ein junger Bursche auf, wollte die Pritsche verlassen, entfliehen. Drei Schuss aus Geringer Entfernung ließen ihn im Sicherungsnetz zusammensacken. Der Offizier wechselte ruhig und sicher das Magazin, ohne auf die noch lebenden Verwundeten zu achten.

Und wieder: links, rechts, links, rechts, links, rechts.

Draußen gab er den Befehl: ”Schafft morgen aus dem Dorf ein paar Mädchen her, die sollen się gleich hier am Bahndamm einbuddeln.” Die Mädchen waren noch Kinder. Auch Hilde, meine Cousine, wurde dazu verpflichtet. Der Boden war gefroren. Die russische Soldaten gaben sich mit einer flachen Grube, zwischen Bahndamm und Birkenwäldchen zufrieden. ”Holt sie raus und schmeißt sie rein.”

Viele Jahrzehnte später gab Hilde zu Protokoll: „”Die Körper waren in der Nacht steif gefroren. Die Toten trugen ihre Erkennungsmarken am Hals, aber keine von uns traute sich, eine Marke abzubrechen, um eine Information zu bewahren. Wie wussten auch nicht, ob. uns nicht hinterher Ähnliches droht. Es war Krieg und töten von Unschuldigen gehörte dazu. Einige der jungen deutschen Soldaten hatten die Augen schreckhaft aufgerissen, andrere geschlossen. Was mag in diesen Männern in ihren letzten Sekunden vorgegangen sein, als sie die Todesschüsse ihrer ersten Kameraden sahen und hörten?

Niemals konnte Hilde das Gesicht des jungen Burschen vergessen, der halb über dem Schutznetz. Die Gesichtszüge drückten noch im erstarrten kalten Todd as schreiende  Unrecht des Krieges aus. Später kamen noch weitere 10 Tote aus einem zweiten Waggon Hinzu. Im Frühjahr wuchs Gras über die kleine Erhebung. Bald hatte das Birkenwäldchen den Hügel vereinnahmt. Niemand hatte nach den 28 Namen gefragt.

In den folgenden Jahren, wenn Hilde in Polen war, besuchte się stets diese Stelle des unbekannten Massengrabes. Wie viele Mütter und Frauen hatten noch Jahre auf eine Nachricht von ihren Söhnen und Männern gewartet, sich gefragt, wo ihre Lieben geblieben und wie się gestorben waren.

So gelten wohl auch diese Männer noch immer als vermisst – begraben in einem Massengrab an einem Bahndamm, das niemand kennt.


poniedziałek, 9 czerwca 2025

Herbert Höft - Turbulente Zeiten - Borowa - Granica - Szmugiel

 Wczoraj odbyłem  jak zawsze miłą i interesującą rozmowę z Dominikiem Trojakiem również w temacie, który przedstawiam poniżej. Wiedza Dominika jest ogromna, liczę, że temat granicy w czasie niemieckiej okupacji jak i szmuglu na tych terenach będzie rozszerzony i zamieszczony na moim blogu.


                                                          GRANICA CELNA

Po podziale Polski na niemiecki Kraj Warty i polską prowincję (Generalną Gubernię), która jednak podlegała niemieckiej administracji, nasza wieś znajdowała się bezpośrednio na granicy tych dwóch obszarów dawnej Polski. Wschodnia część lasu państwowego należała do prowincji. Nasza wieś i zachodnia część lasu państwowego wraz z dużym magazynem amunicji zostały przyłączone do Kraju Warty. Ponieważ ceny różnych towarów w obu obszarach były różne, wkrótce, jak to bywa na każdej granicy państwowej, rozwinął się u nas intensywny przemyt. Dotyczyło to przede wszystkim popularnych wśród przemytników papierosów i alkoholu. Ponieważ przemyt jest zabroniony na każdej granicy państwowej, konieczne było utworzenie straży celnej. Początkowo wynajęto większy dom naprzeciwko szkoły wiejskiej. Później postawiono barak przy polnej drodze bliżej granicy. Celnicy mieli teraz obowiązek zapobiegania przemytowi. Kontrole przeprowadzali wzdłuż skraju lasu, czasem w lesie, czasem we wsi, i sprawdzali osoby obce, o ile udało się je zidentyfikować. Do tego zadania zatrudniano głównie starszych żołnierzy, właściwie celników w mundurach Wehrmachtu. Znaleźli oni w tej wojnie idealną pracę i często kręcili się na skraju lasu, gdzie były ścieżki. Wkrótce stało się wiadome, że nie wolno im strzelać w kierunku wsi. Zuchwali przemytnicy wyjeżdżali więc z lasu na rowerach z dużą prędkością w kierunku naszej wsi, mijając ich. Krzyki: „Stać! Stoj!”, i strzały w powietrze nie pomagały. Często zatrzymywano pieszych. Zazwyczaj zbierano ich w grupy i odprowadzano. Zabierano im towary, czasami zamykano na kilka dni lub w razie potrzeby wysyłano mężczyzn do pracy w Niemczech. Kiedy taka grupa była prowadzona przez wieś, zdarzało się, że ktoś uciekał. Jeśli biegł w kierunku lasu, strzelano do niego. Tak raz widziałem, jak przed naszym domem jeden z mężczyzn z takiej grupy uciekał w kierunku zachodniego lasu państwowego. Trzech celników strzelało jak szaleni do uciekiniera, a dwóch innych pilnowało grupy i trzymało się razem. I rzeczywiście, kiedy mężczyzna prawie dotarł do granicy lasu, upadł. Dwóch celników podbiegło do niego. Miał postrzał w płuca. Mimo to zmusili go, aby z podniesionymi rękami wrócił do grupy. W wiosce, na wszelki wypadek, zatrzymano wóz konny.

Ranny mężczyzna wołał z daleka, tak głośno, jak tylko mógł, po polsku: „Drodzy ludzie, pomóżcie mi. Jestem ranny. Proście woźnicę, aby zawiózł mnie do szpitala”. Został wprawdzie położony z tyłu wozu, ale najpierw zawieziono go do urzędu celnego. Tam skonfiskowano jego kontrabandę, kilka paczek papierosów. Następnie przewieziono go do szpitala w Löwenstadt. Nie wiadomo, co stało się z nim później. To było moje pierwsze doświadczenie, kiedy ludzie strzelali do człowieka. Patrzyłem na to wstrząśnięty.


Gestern hatte ich wie immer ein nettes und interessantes Gespräch mit Dominik Trojak, auch zu dem Thema, das ich im Folgenden vorstelle. Dominiks Wissen ist enorm, ich hoffe, dass das Thema der Grenze während der deutschen Besatzung sowie des Schmuggels in diesen Gebieten erweitert und auf meinem Blog veröffentlicht wird.

                                            DIE ZOLLGRENZE

Nach der Aufteilung Polens in der reichsdeutschen verwalteten Warthegau und das polnisch verwaltete Gouvernement, das aber unter reichsdeutscher Oberverwaltung stand, lag unser Dorf unmittelbar an der Grenze dieser beide Gebiete des ehemaligen Polens. Der östliche Staatswald gehörte zum Gouvernement. Unser Dorf und de westliche Staatwald mit seinem großen Munitionslager waren dem Warthegau zugeordnet. Da die preise verschiedener Güter in den beiden gebieten unterschiedlich waren, entwickelte sich auch bei uns, wie an jeder Staatsgrenze, bald ein reger Schmuggel. Das betraf vor allen Dingen die bei Schmugglern beliebten Zigaretten und den Alkohol. Da Schmuggel an jeder Landesgrenze verboten ist, musste also eine Zollwache her. Er wurde vorerst ein größeres Haus gegenüber der Dorfschule gemietet. Später wurde ein Barackenbau an einem Landweg näher an der Grenze aufgestellt. Die Zöllner hatten nun die Pflicht, den Schmuggel zu unterbinden. Sie führten ihre Kontrollen längs des Waldrandes, manchmal im Wald, manchmal im Dorf durch und kontrollierten fremde Personen, soweit diese als solche erkannt wurden. Für diese Aufgabe wurden meistens ältere Soldaten, eigentlich Zollbeamte in Wehrmachtsuniform, eingesetzt. Się hatten in diesem krieg den idealen Job gefunden und lungerten oft am Waldrand, wo Gehwege waren, herum. Dass sie nicht ins Dorf hineinschießen durften, war bald bekannt. Dreiste Schmuggler fuhren deshalb mit dem Fahrrad in hohem Tempo in Richtung unseres Dorfes aus dem Wald, direkt an ihnen vorbei. Die Rufe: ”Stehen bleiben! Stoi!”, und die Schüsse in die Luft nutzten nicht viel. Oft wurden Fußgänger gefangen genommen. Się wurden meist in Gruppen gesammelt und abgeführt. Man nahm ihnen ihre Ware ab, sperrte sie manchmal für ein paar Tage ein oder schickte die Männer bei Bedarf zur Arbeit nach Deutschland. Wenn eine solche Gruppe durchs Dorf geführt wurde, kam es vor, dass mitunter jemand flüchtete. Wenn es in Richtung Wald war, wurde scharf geschossen. So erlebte ich einmal unmittelbar mit, wie vor unserem Haus ein Mann aus einer dieser Gruppen in Richtung westlichen Staatswald floh. Drei Zollbeamte schossen wie wild auf den Flüchtenden, zwei weitere passten auf die Gruppe auf und hielten się zusammen. Und tatsächlich, als der Mann fast die Waldgrenze erreicht hatte, fiel er um. Zwei der Zollner rannten hin. Er hatte einen Lungenschuss. Się zwangen ihn trotzdem, mit erhobenen Händen zur Gruppe zurückzukehren. Im Dorf wurde prophylaktisch während der Schießerei ein Pferdewagen angehalten.

Der verwundete Mann rief von weiten so laut er noch konnte auf Polnisch: ”Liebe Leute, helft mir. Ich bin verwundet. Bittet den Fuhrmann, dass er mich ins Hospital fährt.” Er wurde zwar hinten auf den Wagen gelegt, aber erst zum Zollamt gefahren. Dort wurde seine Schmuggelware, mehrere Zigarettenpäckchen, konfisziert. Danach wurde er ins Krankenhaus nach Löwenstadt gebracht. Was danach mit ihm passierte, wurde nicht bekannt. Das war mein erstes Erlebnis, wie Menschen auf einen Menschen schießen. Ich schaute erschüttert zu.

czwartek, 5 czerwca 2025

Herbert Höft - Turbulente Zeiten - Witkowice - Egzekucja - 1943

 Tłumacząc książkę profesora Herbert Höfta - Turbulente Zeiten na stronach 59-60 znalazłem tekst informujący o egzekucji 10 mieszkańców Witkowic. Nie znałem wcześniej tej tragicznej historii. Liczę, że koledzy działający w Brzezinach, Gałkowie czy też Koluszkach, pomogą w bliższym jej poznaniu. Chociażby informacja, gdzie znajdują się mogiły pomordowanych?


                                             ŚRODKI KARNE W 1943 R.

W nieco oddalonej małej wiosce Witkowice za miejscowością Zielona Góra polski rolnik nie zgłosił posiadania świni i sądził, że może ją potajemnie zabić bez pozwolenia. Albo został zadenuncjowany, albo przypadkiem żandarm chciał przeprowadzić kontrolę w domu i akurat trafił na moment rozbioru zwierzęcia. Co teraz? Zgłoszenie byłoby równoznaczne z wyrokiem śmierci. W desperacji rolnik uderzył siekierą i żandarm zginął na miejscu. Sąsiedzi pomogli mu zakopać ciało w lesie. Nie minęło dużo czasu, zanim znaleziono ciało zaginionego żandarma. Niemieccy okupanci już dawno ustanowili zasadę: za jednego zabitego Niemca – dziesięciu zabitych Polaków. W ramach zadośćuczynienia aresztowano dziesięciu zupełnie niewinnych Polaków. Folksdojcze, którzy ze względu na swój wzrost zostali przydzieleni do SS, zostali wybrani do plutonu egzekucyjnego. Nikt nie odważył się odmówić udziału. Aby złagodzić ich sumienie, powiedziano im, że będą strzelać w grupie. Tylko jeden miałby ostrą kulę w przekazanej mu naładowanej broni. Pozostali mieli tylko ślepe naboje. Ale wszyscy musieli celować dokładnie. Wśród wskazanych był również syn naszego dobrego sąsiada, który nie skrzywdziłby nawet muchy. On również musiał podjąć decyzję: „Jeśli mam ostrą kulę, celuję niecelnie, a ofiara nie padnie, to ja zostanę uznany za osobę która odmówiła wykonania rozkazu”. Potem powiedział: „Mam nadzieję, że moja kula nikogo nie trafiła”. Zginął później na froncie wschodnim. Kiedy kilka miesięcy później członek partii w mundurze przekazał rodzicom wiadomość, że jego młodszy brat również zginął za Führera, naród i ojczyznę, matka wściekła wygnała mundurowego z podwórka, krzycząc i przeklinając. W tym czasie władze nie odważyły się podjąć żadnych działań przeciwko matce.

Jeden z wielu członków rodziny Patzerów z naszej wsi, który ze względu na wiek nie został powołany do Wehrmachtu, również został zmuszony do udziału w tej akcji rozstrzeliwania. W styczniu 1945 roku, zaraz po rozpoczęciu wielkiej ofensywy Armii Czerwonej i wycofaniu się Wehrmachtu z naszej wsi, został pierwszym mieszkańcem wsi zabitym przez Polaków.


Bei der Übersetzung des Buches „Turbulente Zeiten“ von Professor Herbert Höft fand ich auf den Seiten 59-60 einen Text über die Hinrichtung von 10 Einwohnern von Witkowice. Diese tragische Geschichte war mir bisher nicht bekannt. Ich hoffe, dass meine Kollegen aus Brzeziny, Gałków oder Koluszki dabei helfen können, mehr darüber zu erfahren. Zum Beispiel, wo sich die Gräber der Ermordeten befinden?

                                STRAFMAßNAHMEN 1943

In dem etwas abgelegenen kleinen Dorf Witkowice hinter dem Ort Grünberg, hatte ein polnische Kleibauer ein Schwein nicht angemeldet und glaubte, es heimlich ohne Genehmigung schlachten zu können. Entweder wurde er angezeigt oder es geschah zufällig, dass der Gendarm eine Kontrolle im Haus durchführen wollte und genau zur Fleischverarbeitung ins Haus kam. Was nun? Eine Anzeige wäre ein sicheres Todesurteil gewesen. In seiner Not schlug der Bauer mit der Axt zu und der Gendarm war auf der Stelle tot. Nachbarn halfen ihm, die Leiche im Wald zu vergraben. Es dauerte nicht lange und die Leiche des vermissten Gendarmen wurde gefunden. Die reichsdeutschen Besatzer hatten schon lange vorher eine Regel aufgestellt: für eine toten Deutschen – zehn tote Polen. Als Sühne wurden zehn völlig unschuldige polnische Männer verhaftet. Volksdeutsche, die wegen ihrer körperlichen Größe der SS zugeordnet waren, wurden zur Erschießung verpflichtet. Keiner traute sich, die Teilnahme zu verweigern. Für die moralische Entlastung sagte man ihnen, dass się in Gruppen schießen würden. Nur einer hätte eine scharfe Kugel im übergebenen geladenen Gewehr. Die anderen hätten nur Platzpatronen. Aber alle müssten genau zielen. Unter den Verpflichteten war auch unserer seelensguter Nachbarssohn, der keiner Fliege etwas zuleide tun konnte. Auch er musste eine Entscheidung fällen: ”Wenn ich die scharfe Kugel habe, und ich daneben ziele und der Delinquent fällt nich tum, dann bin ich als Befehlsverweigerer dran.” Er sagte danach: ”Hoffentlich hat meine Kugel keinen getroffen.” Er ist später an der Ostfront gefallen. Als Monate später ein Parteimann in Uniform den Eltern die Nachricht überbrachte, das auch sein jüngerer Bruder für Führer, Volk und Vaterland gefallen war, hatte die Mutter wutentbrannt den Uniformierten schimpfend und schreiend vom Hof gejagt. Zu dieser Zeit trauten sich die Machthaber nicht mehr, gegen die Mutter Maßnahmen zu ergreifen.

Einer von den zahlreichen Patzer Familien unseres Dorfes, der wegen seines Alters nicht mehr zur Wehrmacht gezogen wurde, war zu dieser Erschießungsaktion auch verpflichtet worden. Im Januar 1945, gleich nachdem die Rote Armee ihre große Offensive gestartet und die Wehrmacht unserer Dorf geräumt hatte, wurde er als Erster im Dorf von den Polen umgebracht.

środa, 29 marca 2023

Będków - Getto - Egzekucja - Mord - 1942

     Jestem w trakcie gromadzenia archiwalnych dokumentów dotyczących Getta w Będkowie. Moja ostatnia wizyta w Państwowym Archiwum w Tomaszowie Maz. zaowocowała ponad 200 nowymi dokumentami. Przedstawiam jeden z nich. Żydowska Rada podaje wykaz "zmarłych" 28 kwietnia 1942 roku w Będkowie... To były ofiary pokazowej egzekucji przez niemieckiego okupanta. Nawet to było zakazane, żeby napisać słowo "rozstrzelani"... 

Na zdjęciu: Agnieszka Łabęcka z Będkowa, Kacper Buldecki opiekun cmentarza ewangelickiego w Brzezinach, Dominik Trojak z Muzeum w Gałkowie, Damian Polny z Muzeum w Koluszkach, Bogusław Przywara były sołtys z Będkowa.



    W dniu 28 kwietnia zjawiliśmy się w 81 rocznicę barbarzyńskiego mordu na mieszkańcach Będkowa, na leśnym cmentarzu żydowskim. Uroczyście odczytane zostały imiona i nazwiska zamordowanych, złożyliśmy symboliczne kwiaty i elektroniczne znicze.

    W jednym z dokumentów będących w posiadaniu IPN jest informacja, że egzekucji dokonała żandarmeria z Koluszek przy drodze do Będkowa w stronę Łaznowa. Zwłoki ofiar pochowano na cmentarzu żydowskim w Będkowie.

                        Państwowe Archiwum w Tomaszowie Maz.

- Getto w Będkowie.
Utworzone na przełomie IV i V 1942 r. zlikwidowane  we IX 1942 r. Ogółem w getcie przebywało około 300 żydów, m.in. z Będkowa, Rzgowa i Tuszyna. Mieszkańcy getta pracowali na terenie gospodarstwa rolnego, przy budowie drogi Będków - Prażki oraz wykonywali prace porządkowe na terenie Będkowa. 10 osób hitlerowcy rozstrzelali podczas likwidacji getta. Pozostałe wywieźli ze stacji kolejowej Skrzynki* do ośrodka zagłady w Treblince.**...

- Pacyfikacje niemieckie na ziemiach polskich w czasie II wojny światowej 1939–45

w Łódzkiem; niektóre miejscowości były pacyfikowane wielokrotnie, np. Aleksandrów, gdzie 1939–44 zamordowano 290 mieszk., zraniono 43, deportowano na roboty przymusowe 434, spalono 113 gospodarstw. Większość pacyfikacji cechowało wyjątkowe bestialstwo; we w. Łaźnie 5 dzieci, po zastrzeleniu matek, pogrzebano żywcem; przypadki palenia żywych ludzi zdarzyły się w kilkudziesięciu miejscowościach; po 10 i więcej osób spalono żywcem we w.: Będków, Biała, Borowiec, Brenna, Bór Kunowski, Cecylówka, Ciepielów Stary, Jabłoń-Dobki, Henryków, Michniów, Pogorzany, Przyrów, Rakówka, Raszówka, Serbinów, Skronina, Szarajówka, Ulatowo, Wanaty, Zygmuntów. Ogółem okupanci niem. dokonali na ziemiach pol. kilku tys. pacyfikacji, podczas których mordowali bezbronnych mieszkańców; tylko podczas ok. 800 akcji, w których uśmiercono po 10 i więcej osób, pozbawiono życia 20 tys. ludzi. 

Źródło:

Pacyfikacje niemieckie na ziemiach polskich w czasie II wojny ...

 

- …”Jeszcze w kwietniu 1942 r. Niemcy zamordowali we wsi 6 Żydów, natomiast w lipcu lub sierpniu tego roku Żydzi z Będkowa zostali przesiedleni do Białej Rawskiej”…


Według dokumentów Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich jesienią 1942 roku w Będkowie dwaj żandarmi zastrzelili obywatela polskiego pochodzenia żydowskiego na ulicy,który odmówił oddania kołnierza futrzanego. Zwłoki ofiary pochowano na cmentarzu żydowskim w Będkowie.

niedziela, 10 kwietnia 2022

Feliks Bernas Lubecki - Armia Krajowa - Warszawa - Podziemie - Sokołów Podlaski - Rękopis - 1939-45 - cz.16

 

Tych Sarnak wsławionych osiągnięciami wywiadu A.K. , a dotyczącymi niemieckiej broni V1. Pociski tam właśnie padały, gdzieś w nadburzańskich bagnach, wystrzeliwane zdaje się z okolic Dębicy. Stamtąd dostałem się do wspomnianego majątku trochę piechotą, trochę jakimiś przygodnymi furmankami.. Gdzie po drodze nocowałem – nie pamiętam. Odszukałem administratora. Był, jak pamiętam, nieco wystraszony moją wizytą. Nocowałem w jakichś zabudowaniach gospodarskich tak, by mnie nikt nie widział. Woził mnie linijką gdzieś w pola. Spotykaliśmy jakichś ludzi. Przesuwa mi się to przed oczyma, jak bardzo zamglony obraz. Wróciłem do Warszawy po tygodniu. Ogłoszenie o „BIUrku” na Królewskiej. Spotkania z majorem Okoniem w Ogrodzie Saskim i tak płynął czas, aż do następnej podróży. Ta była znamienna dlatego, że epopeja warszawska jakby wisiała już w powietrzu i dlatego, że przeżyłem w tej podróży chyba najwięcej wrażeń. Miałem się dostać do administratora majątku hr. Platerów w Platerowie nad Bugiem. Rosjanie dochodzili już do Bugu, wobec czego podróżowanie dla cywila sprawiało nie lada trudności. Wyjechałem w kierunku Mińsk Mazowiecki – Siedlce. Trochę pociągiem osobowym, trochę towarowym, w każdym razie wczesnym popołudniem byłem już w Siedlcach. Tam wyraźna panika. Siedlce tej nocy było bombardowane. Czuło się front tuż, tuż. O dalszej jeździe w jakichś względnie normalnych warunkach nie było mowy. Ruch na stacji – to tylko transporty wojskowe. Rozglądam się zupełnie bezradny, bo do celu mojej podróży z Siedlec było ok. 70 kilometrów. Co robić? Nagle widzę znajomą twarz pięknej dziewczyny. Aż przetarłem oczy ze zdumienia. Zobaczyła mnie również i oboje w tym straszliwym bałaganie byliśmy ze spotkania bardzo szczęśliwi. Była to bratnia dusza, ale by tego dowieść muszę się nieco cofnąć z mym opowiadaniem. Nie pamiętam już z jakiego to z kolei zagrożenia, musiałem czasowo zmienić mieszkanie i znalazłem się, dzięki Stefanowi, u Irki Adamskiej – wtedy już Irki Witkowskiej, na ul. Terespolskiej na Grochowie. Tam, któregoś dnia na uroczystej kolacji (nie pamiętam powodu) poznałem właśnie tę bardzo przystojną panią, trochę chyba starszą ode mnie. Była duszą towarzystwa i z opowiadań przy stole wynikało, że praca konspiracyjna nie była jej obca. I to jakaś specjalna praca. Okazało się, że dziewczyna władała perfekt niemieckim i francuskim, że z jakimiś poleceniami często przemierzała trasę Berlin-Paryż. Było to bardzo intrygujące, ale były to czasy, w których nie zadawało się zbyt wielu pytań. Widziałem ją tam chyba raz, ale dzięki nieprzeciętnej urodzie, rozpoznałem bez trudu. Zapytana czy wraca do warszawy, czy jedzie gdzieś dalej – odpowiedziała, że dalej, tylko nie bardzo widzi możliwości. Po dalszej rozmowie okazało się, że jedziemy w tym samym kierunku (ona o jedną stację bliżej). Na jednym z peronów podstawiono jakiś trochę dziwny towarowo-osobowy pociąg niemiecki. Lokomotywa była pod parą. Obok kręcili się niemieccy żołnierze i jakiś oficer. Od kolejarzy polskich dowiedzieliśmy się, ze pociąg ten jechać ma zaraz w dogodnym dla nas kierunku. Nim się zorientowałem, dziewczyna już była przy oficerze niemieckim prosząc, by pozwolił nam jechać tym pociągiem. Podszedłem i ja, zaczęliśmy go maglować we dwoje, argumentując, że musimy jakoś wywiązać się z polecenia służbowego (ja oczywiście „nieśmiertelne” deski, ona – nie pamiętam już co). Oficer, nie mam żadnej wątpliwości, ze ujęty urokiem dziewczyny, machnął ręką na znak zgody, ale pod warunkiem, że pojedziemy na platformie z piaskiem przed lokomotywą. Kto przeżył okupację, ten pamięta, że Niemcy, aby chronić lokomotywę i resztę pociągu przed coraz częstszymi zamachami Ruchu Oporu – umieszczali przed lokomotywą platformę załadowaną piachem, aby w razie wybuchu na torach – ona wylatywała przed wszystkim w powietrze. Było nam oczywiście wszystko jedno, byle jechać. Wgramoliliśmy się na platformę i pociąg wkrótce ruszył. Jechał nawet dość szybko, ale zwalniał i zatrzymywał się przy każdym, najmniejszym nawet mostku kolejowym. Niemcy wyskakiwali z jakimiś paczkami, coś majstrowali i pociąg po jakimś czasie ruszał znowu. Zaczęliśmy te zabiegi ukradkiem obserwować i okazało się, ze Niemcy po prostu minują każdy most. Był to pociąg saperski. Wiedzieliśmy, że Rosjanie dochodzą podobno do Bugu, ale nie wiedzieliśmy, ze sytuacja jest tak poważna. Wobec częstych i dość długich postojów jazda przeciągała się. Dziewczyna wysiadła na jednej stacyjce przed moją – nie pamiętam dziś nazwy ani jednej, ani drugiej. Umówiliśmy się, raczej teoretycznie, że będziemy próbowali się spotkać na tej trasie jutro przed południem i wrócimy do warszawy razem, ale oboje wiedzieliśmy, ze szans na spotkanie nie ma. Dojechałem do mojej stacji już sam.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

These Sarnaks are famous for the achievements of A.K. intelligence. and concerning German V1 weapons. The missiles fell there, somewhere in the marshes by the river Bug river, fired I think from the vicinity of Debica. From there I got to the mentioned estate a bit on foot, a bit in some casual carts. Where I spent the night on the way - I don't remember. I found the administrator. He was, as I remember, a bit frightened by my visit. I spent the night in some farm buildings so that no one would see me. He drove me with a ruler somewhere in the fields. We met some people. It flashes before my eyes like a very hazy picture. I returned to Warsaw after a week. An announcement about "BIUrk" on Krolewska street. Meetings with Major Okon in the Saxon Garden and so time passed until the next journey. This one was significant because the Warsaw epic seemed to be already hanging in the air and because I probably experienced the most impressions on this trip. I was to get to the administrator of the estate of Count Plater in Platerowo on the Bug River. The Russians had already reached the Bug river, so travelling for a civilian was very difficult. I left in the direction of Minsk Mazowiecki - Siedlce. I took a little bit of a passenger train, a little bit of a goods train, and in any case, in the early afternoon I was already in Siedlce. There was a clear panic. Siedlce was bombarded that night. It felt like the front was just around the corner. There was no way I could continue my journey in relatively normal conditions. The traffic at the station - only military transports. I look around completely helpless as it was about 70 kilometres from Siedlce to my destination. What to do? Suddenly, I see a familiar face of a beautiful girl. I rubbed my eyes in astonishment. She saw me too and in this terrible mess we were both very happy to meet. She was my soul mate, but to prove it I have to go a bit back with my story. I don't remember anymore from what danger I had to temporarily change my flat and I found myself, thanks to Stefan, at the house of Irka Adamska - then already Irka Witkowska, in Terespolska Street in Grochów district. There, one day during a ceremonial dinner (I don't remember the reason) I met this very handsome lady, probably a bit older than me. She was the soul of the company and from the stories told at the table it seemed that underground work was not alien to her. And it was some kind of special work. It turned out that the girl had a perfect command of German and French, that she often travelled between Berlin and Paris with some orders. It was very intriguing, but those were times when one didn't ask too many questions. I think I saw her there once, but thanks to her unusual beauty, I recognized her without difficulty. When asked whether she was going back to Warsaw or going somewhere else, she replied that she was going further, but she did not really see the possibilities. After further conversation it turned out that we were going in the same direction (she was one station closer). On one of the platforms there was some kind of a strange German freight train. The locomotive was under steam. German soldiers and an officer were hanging around. From the Polish railwaymen we learned that this train was to go in a direction convenient for us. Before I knew it, the girl was already with the German officer, asking him to let us take the train. The two of us started to mangle him, arguing that we must somehow fulfil the official order (I, of course, "immortal" boards, she - I do not remember what). The officer, I have no doubt, taken by the girl's charm, waved his hand as a sign of consent, but on condition that we ride on a platform with sand in front of the locomotive. Those who survived the occupation will remember that the Germans, in order to protect the locomotive and the rest of the train from more and more frequent attacks of the Resistance Movement, placed a platform loaded with sand in front of the locomotive so that in case of an explosion on the tracks - it would fly out in front of everything. Of course, we didn't care, just go. We climbed onto the platform and the train soon set off. It was even going quite fast, but it slowed down and stopped at every railway bridge, even the smallest one. The Germans would jump out with some parcels, tinker with something and after a while the train would move again. We began to observe these operations surreptitiously and it turned out that the Germans were simply passing each bridge. It was a sapper train. We knew that the Russians were supposedly reaching the Bug River, but we did not know that the situation was so serious. Because of the frequent and quite long stops, the journey dragged on. The girl got off at one station before mine - I don't remember the name of either one or the other today. We agreed, rather theoretically, that we would try to meet on this route tomorrow before noon and return to Warsaw together, but we both knew that there was no chance of meeting. I arrived to my station already alone.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Diese Sarnaks sind berühmt für die Leistungen der A.K.-Intelligenz. und über deutsche V1-Waffen. Die Raketen fielen dort, irgendwo in den Sümpfen am Fluss Bug, abgefeuert, glaube ich, aus der Nähe von Debica. Von dort aus erreichte ich das besagte Anwesen ein wenig zu Fuß, ein wenig mit einigen lässigen Karren. Wo ich unterwegs übernachtet habe, weiß ich nicht mehr. Ich habe den Administrator gefunden. Er war, wie ich mich erinnere, ein wenig erschrocken über meinen Besuch. Ich verbrachte die Nacht in einigen landwirtschaftlichen Gebäuden, damit mich niemand sehen konnte. Er hat mich mit einem Lineal irgendwo in die Felder gefahren. Wir haben einige Leute getroffen. Wie ein verschwommenes Bild taucht es vor meinen Augen auf. Nach einer Woche kehrte ich nach Warschau zurück. Eine Ankündigung über "BIUrk" in der Krolewska Straße. Treffen mit Major Okon im Sächsischen Garten und so verging die Zeit bis zur nächsten Reise. Dies war wichtig, weil das Warschauer Epos bereits in der Luft zu hängen schien und weil ich auf dieser Reise wahrscheinlich die meisten Eindrücke erlebt habe. Ich sollte zum Verwalter des Anwesens des Grafen Plater in Platerowo am Fluss Bug gehen. Die Russen hatten bereits den Bug erreicht, so dass das Reisen für Zivilisten sehr schwierig war. Ich fuhr in Richtung Minsk Mazowiecki - Siedlce. Ich bin ein bisschen mit dem Personenzug gefahren, ein bisschen mit dem Güterzug, und auf jeden Fall war ich am frühen Nachmittag schon in Siedlce. Es herrschte eine deutliche Panik. Siedlce wurde in dieser Nacht bombardiert. Es fühlte sich an, als stünde die Front gleich um die Ecke. Es gab keine Möglichkeit, meine Reise unter relativ normalen Bedingungen fortzusetzen. Der Verkehr am Bahnhof - nur Militärtransporte. Völlig ratlos schaue ich mich um, denn von Siedlce bis zu meinem Ziel sind es etwa 70 Kilometer. Was ist zu tun? Plötzlich sehe ich das bekannte Gesicht eines schönen Mädchens. Ich rieb mir erstaunt die Augen. Sie sah mich auch, und in diesem schrecklichen Durcheinander waren wir beide sehr froh, uns zu treffen. Sie war meine Seelenverwandte, aber um das zu beweisen, muss ich in meiner Geschichte ein wenig zurückgehen. Ich weiß nicht mehr, aus welcher Gefahr heraus ich vorübergehend die Wohnung wechseln musste, und dank Stefan fand ich mich im Haus von Irka Adamska - damals schon Irka Witkowska - in der Terespolska-Straße im Stadtteil Grochów wieder. Dort traf ich eines Tages während eines feierlichen Abendessens (ich erinnere mich nicht mehr an den Grund) diese sehr hübsche Dame, die wahrscheinlich etwas älter war als ich. Sie war die Seele des Unternehmens, und aus den Geschichten, die am Tisch erzählt wurden, ging hervor, dass ihr die Arbeit unter Tage nicht fremd war. Und es war eine ganz besondere Arbeit. Es stellte sich heraus, dass das Mädchen die deutsche und französische Sprache perfekt beherrschte und oft mit Aufträgen zwischen Berlin und Paris unterwegs war. Es war sehr faszinierend, aber das waren noch Zeiten, in denen man nicht zu viele Fragen stellte. Ich glaube, ich habe sie dort einmal gesehen, aber dank ihrer außergewöhnlichen Schönheit habe ich sie ohne Schwierigkeiten wiedererkannt. Auf die Frage, ob sie nach Warschau zurückkehre oder woanders hingehen wolle, antwortete sie, sie wolle weitergehen, aber sie sehe die Möglichkeiten nicht wirklich. Nach einem weiteren Gespräch stellte sich heraus, dass wir in dieselbe Richtung fuhren (sie war eine Station näher). Auf einem der Bahnsteige stand eine Art seltsamer deutscher Güterzug. Die Lokomotive stand unter Dampf. Deutsche Soldaten und ein Offizier trieben sich dort herum. Von den polnischen Eisenbahnern erfuhren wir, dass dieser Zug in eine für uns günstige Richtung fahren sollte. Ehe ich mich versah, war das Mädchen schon bei dem deutschen Offizier und bat ihn, uns den Zug nehmen zu lassen. Wir beide fingen an, ihn zu zerfleischen, mit dem Argument, dass wir irgendwie den offiziellen Auftrag erfüllen müssen (ich natürlich, "unsterbliche" Bretter, sie - ich weiß nicht mehr was). Der Offizier, der zweifellos vom Charme des Mädchens angetan war, winkte mit der Hand als Zeichen der Zustimmung, allerdings unter der Bedingung, dass wir auf einem Bahnsteig mit Sand vor der Lokomotive fahren. Diejenigen, die die Besatzung überlebt haben, werden sich daran erinnern, dass die Deutschen, um die Lokomotive und den Rest des Zuges vor den immer häufigeren Angriffen der Widerstandsbewegung zu schützen, eine mit Sand beladene Plattform vor die Lokomotive legten, so dass diese im Falle einer Explosion auf den Gleisen vor allem wegfliegen würde. Natürlich war es uns egal, wir wollten einfach nur gehen. Wir kletterten auf den Bahnsteig, und der Zug fuhr bald los. Er fuhr sogar ziemlich schnell, wurde aber langsamer und hielt an jeder noch so kleinen Eisenbahnbrücke an. Die Deutschen sprangen mit einigen Paketen heraus, bastelten an etwas herum und nach einer Weile fuhr der Zug wieder. Wir begannen, diese Vorgänge heimlich zu beobachten, und es stellte sich heraus, dass die Deutschen einfach jede Brücke passierten. Es war ein Pionierzug. Wir wussten, dass die Russen angeblich den Fluss Bug erreicht hatten, aber wir wussten nicht, dass die Lage so ernst war. Wegen der häufigen und recht langen Stopps zog sich die Reise in die Länge. Das Mädchen stieg an einer Station vor meiner aus - ich weiß heute weder den Namen der einen noch der anderen Station. Wir vereinbarten, eher theoretisch, dass wir versuchen würden, uns morgen vor Mittag auf dieser Strecke zu treffen und gemeinsam nach Warschau zurückzukehren, aber wir wussten beide, dass es keine Chance auf ein Treffen gab. Ich kam bereits allein an meinem Arbeitsplatz an.



sobota, 9 kwietnia 2022

Feliks Bernas Lubecki - Armia Krajowa - Warszawa - Podziemie - Sokołów Podlaski - Rękopis - 1939-45 - cz.15

 

Jak w tej chwili sięgam pamięcią, okres mniej więcej do wybuchu Powstania, był to okres, w którym byłem w ciągłej gotowości. Kontakt do mnie miały łączniczki do mieszkania na Mokotowskiej – na hasło. Po takim kontakcie na ogół jechałem do skrzynki kontaktowej na Kolonię Grottgera na Mokotowie i tam dostawałem jakieś dokumenty. Pamiętam, że w domu, w którym była skrzynka, mieszkał również (w każdym miał mieszkanie) Kornel Makuszyński. Mijałem to mieszkanie, wchodząc po schodach. Miałem możliwość innego kontaktu. Tyczyło to na ogół kontaktu po przyjeździe z podróży konspiracyjnej. Był na ul. Królewskiej, blisko Marszałkowskiej dom (może uszkodzony, nie pamiętam), wsparty na chyba 2 potężnych kolumnach. Na jednej z nich naklejałem ogłoszenie, którego treść dokładnie pamiętam: „ biurko amerykańskie do sprzedania wiadomość...” Po krótkim czasie zgłaszała się do mnie na Mokotowską łączniczka.

    Pierwszy dalszy wyjazd – to podróż w okolice Białegostoku do księdza, który był znajomym Matki mojej przyszłej bratowej. Pojechałem tam z jej Matką. O ile pamiętam podróż ta przeszła bez żadnych zakłóceń. Miałem od „swojego” volksdeutscha papiery uprawniające mnie do zakupu drzewa w tamtych okolicach. Z takimi właśnie papierami wyjeżdżałem kilka razy.

    Drugą podróż odbyłem już samodzielnie. Mógł to być przełom czerwca i lipca 1944 roku. Podróżowanie nie było wtedy łatwe. Rosjanie byli już na naszych ziemiach, wobec czego tzw. Generalne Gubernatorstwo stało się (w każdym razie tereny bezpośrednio na zachód od Bugu) strefą przyfrontową. Już znacznie wcześniej podróżowanie koleją było bardzo utrudnione. Teraz trudności te były zwielokrotnione. Wierzyłem w swoje papiery, a przede wszystkim w swoje 21 lat. Pojechałem na dworzec Zachodni i tam wsiadłem do pociągu pospiesznego tylko dla Niemców (wracających na front z urlopu). Wagony były pulmanowskie. W jednym z przedziałów zobaczyłem wolne miejsce przy drzwiach. Wszedłem i wyjawiwszy cel podróży (jak zwykle po drzewo), zapytałem czy można tu zostać. Nikt nie miał nic naprzeciwko. Pociąg był już w ruchu, minął dworzec Główny, byliśmy na moście kolejowym, kiedy na korytarzu zobaczyłem patrol żandarmerii wojskowej, idący z biegiem pociągu. JA też tak siedziałem (z biegiem pociągu). Wtuliłem się w kąt wagonu i usiłowałem zasłonić się firaneczką. Już przechodzili dalej, kiedy ostatni odwrócił się i coś tam musiał dojrzeć świdrującymi ślepiami, bo zaszczekał do pozostałych, wrócili i otworzyli mój przedział. Rozwarcie niemieckiej mordy na cały regulator zna każdy, kto przeżywał okupację w kraju. „Was machst du hier? Das ist Urlauberzug nur für Soldaten! Papiere!” Kiedy zorientowali się, ze jestem Polakiem, ryk jeszcze się wzmógł. Teraz z pomocą przyszli mi „towarzysze” z przedziału. „Dajcie mu spokój, jedzie służbowo, przecież jest miejsce”. Mówili początkowo spokojnie, potem podniesionymi głosami (Byli to wermachtowcy, którzy jak wszyscy żołnierze na świecie mają swoisty stosunek do żandarmów i policji). Poza tym trzeba pamiętać, ze był to już rok 1944. Żandarmi w końcu machnęli ręką na zafajdanego cywila i poszli dalej. Odetchnąłem. W przedziale nastąpiło również odprężenie. Zaczęły się rozmowy. Tak dojechaliśmy do Małkini. Pociąg jechał w kierunku Białegostoku i dalej. Niestety musiałem wysiąść, bo to już o dla mnie nie po drodze. Pożegnałem moich „Obrońców” i znalazłem się na peronie stacji. Ruch dla cywili w ogóle tutaj się skończył. Co robić dalej? Musiałem na razie dostać się do Sokołowa Podlaskiego. Również do księdza, do którego jechałem, czego jeszcze nie zdążyłem napisać, z wielkim obrazem pod pachą. Obraz miał stanowić znak rozpoznawczy. Pomogli mi polscy kolejarze, którzy wskazali jakiś towarowy pociąg jadący w kierunku Siedlec. Wlókł się niemiłosiernie, w końcu dotarłem na miejsce. Z odszukaniem „mojego” księdza (Trzeba było jednak dyskretnie) nie miałem większych kłopotów, za to ksiądz okazał się dość mrukliwy. Próbował na mnie wrzeszczeć, dlaczego tak późno się zjawiłem i co te władze w Warszawie sobie myślą, ale wyjaśniłem spokojnie, ze spełniam tylko dany mi rozkaz i o niczym więcej nie wiem. Ksiądz, o ile sobie przypominam, nakarmił mnie i przenocował. Przychodzili w międzyczasie jacyś ludzie ciekawi wieści ze Stolicy. Następnego dnia musiałem jechać dalej. Jechałem do jakiegoś majątku pod Janowem Podlaskim, do administratora tego majątku. Dostać się tam nie było łatwo. Musiałem z Sokołowa Podlaskiego dojechać koleją do Siedlec, a stamtąd…. , stamtąd prawdopodobnie, gdzieś w okolice Sarnak.

--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

As far as I can remember at the moment, more or less until the outbreak of the Uprising, it was a period when I was on constant alert. I was contacted by women liaison officers in the Mokotowska street flat - on password. After such a contact I usually went to the contact box in Kolonia Grottgera in Mokotów and there I received some documents. I remember that Kornel Makuszyński also lived in the house where the box was located (he had a flat in each house). I passed that flat, climbing the stairs. I had the opportunity for other contact. It was usually contact after arriving from an underground trip. There was a house (maybe damaged, I don't remember) on Królewska Street, near Marszałkowska Street, supported by probably two huge columns. On one of them I pasted an advertisement whose content I remember exactly: " American desk for sale message...". After a short time a woman liaison officer reported to me in Mokotowska Street.

    My first trip was to Białystok to a priest who was a friend of my future sister-in-law's mother. I went there with her Mother. As far as I remember this journey passed without any disturbances. I had papers from "my" volksdeutsch, authorising me to buy wood in that area. I left several times with such papers.

    The second trip I made was already on my own. It might have been the turn of June or July 1944. Travelling was not easy then. The Russians were already on our lands, so the so-called General Government became a front zone (in any case, the areas directly west of the Bug River). Already much earlier, travelling by rail was very difficult. Now the difficulties were multiplied. I believed in my papers, and above all in my 21 years. I went to the West railway station and there I boarded an express train only for Germans (returning to the front from leave). The carriages were Pulman's. In one of the compartments I saw an empty seat by the door. I entered and, having revealed the purpose of my journey (as usual to get wood), I asked if I could stay there. Nobody had anything against it. The train was already moving, it had passed the Main Station, we were on the railway bridge, when I saw a military police patrol in the corridor, going with the flow of the train. I was also sitting like that (with the train running). I huddled in a corner of the carriage and tried to cover myself with a curtain. They were already passing on, when the last one turned around and must have seen something with his blind eyes, because he barked at the others, they came back and opened my compartment. The opening of the German murder to the full volume is known to anyone who has lived through the occupation in the country. "Was machst du hier? Das ist Urlauberzug nur für Soldaten! Papiere!" When they realised that I was Polish, the roar increased even more. Now my "comrades" in the compartment came to my aid. "Leave him alone, he's on business, there is room after all". At first they spoke calmly, then with raised voices (they were Wermacht soldiers who, like all the soldiers in the world, have a peculiar attitude to the gendarmes and the police). Besides, one must remember that it was already 1944. Finally, the gendarmes waved their hands at the civilian and went on. I took a breath. The compartment also relaxed. Conversations began. This is how we reached Malkinia. The train was going in the direction of Białystok and further. Unfortunately, I had to get off, because it was out of my way. I said goodbye to my "Defenders" and found myself on the station platform. The traffic for civilians stopped here altogether. What to do next? For the time being I had to get to Sokołów Podlaski. Also to the priest, to whom I was going, which I have not yet had time to write, with a large painting under my arm. The painting was to be a sign of recognition. I was helped by Polish railway workers who pointed out a freight train heading in the direction of Siedlce. It dragged mercilessly, but finally I arrived. I did not have much trouble finding "my" priest (it had to be discreet, though), but the priest turned out to be rather rude. He tried to yell at me about why I had come so late and what the authorities in Warsaw were thinking, but I explained calmly that I was only following an order and knew nothing more. The priest, as far as I remember, fed me and put me up for the night.  In the meantime some people came in, curious about the news from the capital. The next day I had to travel further. I was going to some estate near Janów Podlaski, to the administrator of this estate. Getting there was not easy. I had to get from Sokołów Podlaski by rail to Siedlce, and from there.... and from there probably somewhere in the vicinity of Sarnaki.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Soweit ich mich im Moment erinnern kann, war ich mehr oder weniger bis zum Ausbruch des Aufstandes in ständiger Alarmbereitschaft. Ich wurde von weiblichen Verbindungsbeamten in der Wohnung in der Mokotowskastraße kontaktiert - per Passwort. Nach einem solchen Kontakt ging ich in der Regel zur Kontaktbox in Kolonia Grottgera in Mokotów und erhielt dort einige Dokumente. Ich erinnere mich, dass Kornel Makuszyński auch in dem Haus wohnte, in dem sich der Kasten befand (er hatte in jedem Haus eine Wohnung). Ich ging an dieser Wohnung vorbei und stieg die Treppe hinauf. Ich hatte die Möglichkeit zu weiteren Kontakten. In der Regel handelte es sich um einen Kontakt nach der Ankunft von einer unterirdischen Fahrt. In der Królewska-Straße, in der Nähe der Marszałkowska-Straße, stand ein Haus (vielleicht beschädigt, ich weiß es nicht mehr), das wahrscheinlich von zwei riesigen Säulen getragen wurde. Auf einem von ihnen habe ich eine Anzeige aufgeklebt, an deren Inhalt ich mich genau erinnere: Nachricht "Amerikanischer Schreibtisch zu verkaufen...". Nach kurzer Zeit meldete sich eine Verbindungsbeamtin bei mir in der Mokotowska-Straße.

    Meine erste Reise ging nach Białystok zu einem Priester, der mit der Mutter meiner zukünftigen Schwägerin befreundet war. Ich war mit ihrer Mutter dort. Soweit ich mich erinnere, verlief diese Reise ohne jegliche Störungen. Ich hatte Papiere von "meinem" Volksdeutschen, die mich berechtigten, in diesem Gebiet Holz zu kaufen. Ich bin mehrere Male mit solchen Papieren weggegangen.

    Die zweite Reise unternahm ich bereits auf eigene Faust. Es könnte die Wende im Juni oder Juli 1944 gewesen sein. Das Reisen war damals nicht einfach. Die Russen waren bereits auf unserem Gebiet, so dass das so genannte Generalgouvernement zum Frontgebiet wurde (auf jeden Fall die Gebiete direkt westlich des Flusses Bug). Schon viel früher war das Reisen mit der Bahn sehr schwierig. Nun wurden die Schwierigkeiten vervielfacht. Ich habe an meine Papiere geglaubt, und vor allem an meine 21 Jahre. Ich ging zum Westbahnhof und stieg dort in einen Schnellzug nur für Deutsche (die aus dem Urlaub an die Front zurückkehrten). Die Kutschen gehörten Pulman. In einem der Abteile sah ich einen leeren Sitz neben der Tür. Ich trat ein und fragte nach dem Grund meiner Reise (wie üblich, um Holz zu holen), ob ich dort bleiben könne. Niemand hatte etwas dagegen. Der Zug war bereits in Bewegung, er hatte den Hauptbahnhof passiert, wir befanden uns auf der Eisenbahnbrücke, als ich eine Militärpolizeistreife im Korridor sah, die mit dem Zug mitfuhr. Ich habe auch so gesessen (bei laufendem Zug). Ich kauerte in einer Ecke des Wagens und versuchte, mich mit einem Vorhang zu bedecken. Sie fuhren schon weiter, als der letzte sich umdrehte und mit seinen blinden Augen etwas gesehen haben muss, denn er bellte die anderen an, sie kamen zurück und öffneten mein Abteil. Die Eröffnung des deutschen Mordes in vollem Umfang ist jedem bekannt, der die Besatzungszeit im Lande miterlebt hat. "Was machst du hier? Das ist ein Urlauberzug nur für Soldaten! Papiere!" Als sie merkten, dass ich Pole war, wurde das Gebrüll noch lauter. Nun kamen mir meine "Kameraden" im Abteil zu Hilfe. "Lassen Sie ihn in Ruhe, er ist geschäftlich unterwegs, es ist doch noch Platz". Zuerst sprachen sie ruhig, dann mit erhobener Stimme (es handelte sich um Soldaten der Wehrmacht, die wie alle Soldaten der Welt eine besondere Einstellung zu Gendarmen und Polizisten haben). Außerdem muss man bedenken, dass es bereits 1944 war. Schließlich winkten die Gendarmen dem Zivilisten zu und gingen weiter. Ich holte tief Luft. Auch das Abteil entspannte sich. Die Gespräche begannen. Auf diese Weise haben wir Malkinia erreicht. Der Zug fuhr in Richtung Białystok und weiter. Leider musste ich aussteigen, weil ich nicht mehr weiterkam. Ich verabschiedete mich von meinen "Defenders" und fand mich auf dem Bahnsteig wieder. Der Verkehr für Zivilisten kam hier ganz zum Erliegen. Was ist als nächstes zu tun? Ich musste erst einmal nach Sokołów Podlaski kommen. Auch an den Pfarrer, zu dem ich ging, was ich noch nicht schreiben konnte, mit einem großen Gemälde unter dem Arm. Das Gemälde sollte ein Zeichen der Anerkennung sein. Polnische Eisenbahner halfen mir und wiesen mich auf einen Güterzug hin, der in Richtung Siedlce fuhr. Es zog sich erbarmungslos hin, aber schließlich kam ich an. Ich hatte keine großen Schwierigkeiten, "meinen" Priester zu finden (er musste allerdings diskret sein), aber der Priester erwies sich als ziemlich unhöflich. Er versuchte mich anzuschreien, warum ich so spät gekommen sei und was die Behörden in Warschau denken würden, aber ich erklärte ruhig, dass ich nur einen Befehl befolgt habe und nichts weiter wisse. Soweit ich mich erinnere, gab mir der Priester zu essen und brachte mich für die Nacht unter.  In der Zwischenzeit kamen einige Leute herein, die sich über die Neuigkeiten aus der Hauptstadt informierten. Am nächsten Tag musste ich weiterreisen. Ich war auf dem Weg zu einem Gut in der Nähe von Janów Podlaski, zu dem Verwalter dieses Gutes. Der Weg dorthin war nicht einfach. Ich musste von Sokołów Podlaski mit der Bahn nach Siedlce fahren, und von dort.... und von dort wahrscheinlich irgendwo in der Nähe von Sarnaki.



piątek, 8 kwietnia 2022

Feliks Bernas Lubecki - Armia Krajowa - Warszawa - A. Kotowski "Okoń" - Podziemie - Rękopis - 1939-45 - cz.15

 

     Podobnie było z moją przyszłą bratową, z która po przyjęciu świątecznym, na ul. Ludwiki jechałem do jej rodziny do Ursusa, na resztę świąt Wielkanocnych. Dworzec Zachodni pełen żandarmów, legitymujących ludzi. Nie było wyjścia. Przytuleni do siebie, udając parę zakochanych, przeszliśmy szturmem, nie zaczepieni. Trzeci podobny przypadek miałem przy przenoszeniu się na nowe mieszkanie. Również do kuzynów Matki – pp. Malewskich, mieszkających na ul. Mokotowskiej, tuż przy Placu Trzech Krzyży. Jechałem tramwajem z Jurkiem Malewskim tuż przed godziną policyjną. Twierdził, że tak będzie bezpieczniej. Na rogu Żelaznej i Al. Jerozolimskich, gdzie musieliśmy się przesiadać, wpadliśmy w jakiś kocioł niemiecki. Udając podchmielonych, poszliśmy prosto na nich. Nie zaczepili. W ramach deprawacji Polaków – do pijaków mieli zgoła łagodniejsze podejście.

     Wracam do „Wydry”. Skontaktował mnie z bardzo przystojnym, szczupłym, wysokim, szpakowatym panem. Spotkaliśmy się w Ogrodzie Saskim na wyznaczonej ławeczce. W tymże Ogrodzie spotykaliśmy się później wielokrotnie. Chodziło o wywiad wojskowy, a ów pan, jak się później okazało, to major „Okoń”.

Batalion „Pięść”: Pluton „AgatonP” (zwany także oddziałem legalizacji „WD-68”) na cmentarzu Ewangelickim na Woli 1 sierpnia 1944 przed godziną „W”. Z niemiecką flagą pozuje major Alfons Kotowski „Okoń”, dowódca Batalionu „Pięść”

Alfons Kotowski ps. „Okoń” (ur. 14 sierpnia 1899, zm. 29 września 1944) – major piechoty Wojska Polskiego.

24 października 1922, po ukończeniu I Kursu Centralnej Szkoły Podoficerów Piechoty Nr 2 w Grudziądzu został mianowany podporucznikiem ze starszeństwem z dniem 1 sierpnia 1922 i 4. lokatą w korpusie oficerów piechoty z równoczesnym wcieleniem do 28 pułku Strzelców Kaniowskich w Łodzi. 30 września 1924 awansował na porucznika ze starszeństwem z dniem 1 sierpnia 1924 i 4. lokatą w korpusie oficerów piechoty. Był odznaczony Krzyżem Walecznych. W 1932 pełnił służbę w 44 pułku piechoty Strzelców Kresowych w Równem. 22 lutego 1934 awansował na kapitana ze starszeństwem z dniem 1 stycznia 1934 i 78. lokatą w korpusie oficerów piechoty. Walczył w kampanii wrześniowej. Od początku okupacji działał w polskiej konspiracji – najpierw w Związku Walki Zbrojnej, następnie w Armii Krajowej.

Od lipca 1944 był dowódcą batalionu „Pięść”, na czele którego walczył w powstaniu warszawskim. 16 sierpnia został dowódcą Grupy „Kampinos”, a 13 września 1944 dowódcą 13 pułku piechoty Armii Krajowej. Pod koniec września podjął na czele swego oddziału próbę przebicia się w rejon Gór Świętokrzyskich. Na skutek błędnych decyzji zakończyła się ona klęską. Grupa „Kampinos” została otoczona i rozbita przez Niemców 29 września 1944 w bitwie pod Jaktorowem. Kotowski zginął podczas tego boju w niewyjaśnionych okolicznościach. Został pochowany na cmentarzu wojennym w Budach Zosinych.

Został odznaczony Orderem Wojennym Virtuti Militari rozkazem dowódcy AK nr 507 z 11 VIII 1944. Uzasadnienie nadania mu krzyża Virtuti Militari brzmiało: „odznaczył się w walkach na terenie Grupy «Północ»”. Order został zweryfikowany pozytywnie uchwałą Kapituły Orderu Wojennego Virtuti Militari z dnia 13 października 2011

Zdjęcie i tekst pochodzi z Wikipedia.