środa, 10 listopada 2021
Bechcie - Lutomiersk - Zabawa taneczna - Gwałt - Wyrok - Republika - 1924
poniedziałek, 28 czerwca 2021
Wiśniowa Góra - Fałszerze pieniędzy - Zgierz - Dąbrówka - Łódż - Republika - 1931
Działo się w Gminie Andrespol - Wiśniowa Góra - Fałszerze pieniędzy - Republika 22.10.1931
Fabryka stuzłotówek w Wiśniowej Górze
została założona przez znanego fałszerza Golanowskiego. - równocześnie fabrykowano bankonoty dolarowe pod Zgierzem.
Policja aresztowała 12 wspólników Golanowskiego.
W ubiegłym tygodniu donosiliśmy już obszernie o wykryciu szajki fałszerzy 500- złotowych banknotów, na czele której stał łodzianin Kazimierz Glankowski, litograf z zawodu, zamieszkały przy ul. Reytana 9.
Jak ustaliła policja, fabryka fałszywych banknotów została założona w Gaszynie, w odległości 3 kilometrów od Wielunia, na strychu domu Wilhelma Wielocha.
Fałszerze zdążyli już puścić w obieg pewną ilość podrobionych pieniędzy. Resztę, przygotowaną przygotowaną już do wysyłki skonfiskowała policja, w ręce której wpadły również klisze, odbitki i wszelkie inne przedmioty fałszerskie.
Aresztowani zostali, prócz herszta szajki, Glankowskiego, Stanisław i Piotr Szancowie, Józef Czerpała, Stanisław i Władysław Wolniccy orz Władysław Koj.
Aresztowań tych dokonała policja śląska. Niezależnie od powyższego urząd śledczy w Łodzi w ciągu ostatnich dni aresztował jeszcze kilkanaście osób, które spółdziałały z Glankowskim i wspólnie z nim zamierzały fabrykować pieniądze.
Jak przedewszystkiem stwierdził łódzki urząd śledczy, Glankowski, który jeszcze za czasów okupacji niemieckiej podrabiał pieniądze i odsiedział dziesięcioletnią karę więzienną, przed wyjazdem do Wielunia zamierzał uruchomić fabryki fałszywych pieniędzy w innych miastach. Kilka tygodni spędził on w Dąbrówce pod Zgierzem, gdzie nawiązał kontakt z Franciszkiem Mączyńskim, dzierżawcą większego gospodarstwa rolnego i jego bratem, Władysławem. Wtajemniczył on ich w swe plany i wspólnie z nimi miał fabrykować banknoty pięciodolarowe.
Glankowski zażądał od nich większych sum pieniężnych na zakup wszelkiego rodzaju materiałów, które mu były potrzebne do fabrykacji. Ponieważ Mączyńsy nie mogli mu zaoferować żądanej sumy, wciągnął jeszcze do „interesu” Marjana Łabańskiego, zamieszkałego w Łodzi przy ul. Łącznej 12 i Kazimierza Bajera, szewca łódzkiego, zamieszkałego przy ul. Rzgowskiej 9.
Wkrótce Glankowski otrzymał od wszystkich powyżej wymienionych pieniądze i zakupił odpowiednie przyrządy, które ulokował w domu Mączyńskiego w Dąbrówce.
Gdy wyprodukował pewną ilość dolarowych banknotów, okazało się, że się one nie udały i nie nadawały do użytku. Glankowski daremnie tłumaczył swym wspólnikom, że nie powinni się zrażać nie udaną próbą i następne banknoty z pewnością będą lepsze.
Wspólnicy stracili doń zaufanie i oświadczyli mu, że nie chcą brać udziału w fabrykacji. Glankowski po nieudanych pertraktacjach opuścił Dąbrówckę likwidując zupełnie zainstalowaną w tej miejscowości fabryczkę. Nie zdążył on jednak zniszczyć wszystkich przyrządów fałszerskich, to też część ich obecnie urząd śledczy odnalazł i załączył do innych dowodów rzeczowych.
Po powrocie z Dąbrówki, Glankowski szukał nowych wspólników. Zrezygnował on już zupełnie z zamiaru fabrykacji dolarowych banknotów i postanowił podrabiać stuzłowtówki.
Włócząc się po restauracjach łódzkich, zawarł znajomość z kilku osobami, których szybko zdołał wciągnąć do interesu. Pierwszym z nich był Wacław Przepiórkowski, drukarz łódzki, zamieszkały przy ulicy Poznańskiej 9, który zobowiązał się dostarczyć klisze i brać czynny udział w fabrykacji banknotów. Następnie przystąpił do spółki Stanisław Szyndler, mieszkaniec Retkini pod Łodzią, który zaofiarował Glankowskiemu 2 tysiące złotych Glankowski przy pomocy drukarza 2 tysiące złotych, Michał Zagłoba, właściciel, zamieszkały w Łodzi przy ul. Wiznera 11 oraz Adam Chorąży, właściciel piwiarni w Zarzewie pod Łodzią.
Glanowski od wszystkich nowych wspólników otrzymał pieniądze. Nie mając jednak odpowiedniego lokalu, nie wiedział gdzie ma urządzić swoją fabryczkę. Wówczas Chorąży zaproponował Glankowskiemu, by skomunikował się z jego bratem Ksawerym, dozorcą, dozorcą willi na Wiśniowej Górze, będącą własnością jednego z przemysłowców łódzkich.
Przemysłowiec ten w tym czasie przebywał już w Łodzi. W willi zamiejskiej nikt nie zamieszkiwał, więc Glankowski postanowił w niej urządzić fabryczkę. Z Ksawerym Chorążym poszedł on szybko do porozumienia i przywiózł na Wiśniową Górę wszystkie przyrządy. Glankowski przy pomocy drukarza Przepiórkowskiego oraz jeszcze kilku wspólników wyprodukował kilkanaście banknotów stuzłotowych, które jednak nie bardzo mu się udały. Gdy nie udało się ich puścić w obieg, wspólnicy zrezygnowali z całego interesu, który zresztą wydawał im się zbyt niebezpieczny. Glankowski niektórym z nich zwrócił pieniądze i znów począł szukać nowych wspólników. Wówczas właśnie nasunął mu się Władysław Koj, były posterunkowy policji, który zabrał go pod Wieluń. Urząd śledczy w Łodzi znalazł na Wiśniowej Górze sporą ilość przyrządów, które skonfiskował. Wszyscy łódzcy wspólnicy Glankowskiego, których nazwiska podaliśmy powyżej, zostali aresztowani i osadzeni w więzieniu. Staną oni przed sądem razem z poprzednio już aresztowanymi przez śląską policję fałszerzami. Ogółem osadzono w więzieniu 18 osób.
poniedziałek, 8 marca 2021
Andrzejów - Andrespol - OBLAŁA SIĘ NAFTA I PODPALIŁA - Republika - 1933
Republika – Niedziela 19-ego marca 1933
OBLAŁA SIĘ NAFTA I PODPALIŁA
MŁODA NIEWIASTA BAŁA SIĘ GNIEWU OJCA
Niezwykły objaw bojaźni przed ojcem zanotowała wczorajsza kronika pogotowia miejskiego.
Henryk Surta – gospodarz w Andrzejowie, żyjący z żoną w separacji, spotkał któregoś dnia w łodzi 21- letnią Frydę Beker. Poznali się przypadkowo, przypadli sobie do gustu i Sutra zdołał po kilku dniach starań namówić młodą niewiastę, by zamieszkała z nim pod wspólnym dachem.
Surta i jego przyjaciółka tylko przez kilka dni zażywali spokoju i samotności. Ojciec Bekerówny, człowiek o niezłomnych zasadach, poruszył ziemię i niebo, by odnaleźć córkę, przynoszącą mu – jego zdaniem – wstyd i hańbę.
Wreszcie udało się rozgniewanemu do ostatnich granic ojcu odnaleźć kryjówkę córki. Panna Beker, korzystając z ładnej pogody, stała akurat przed domem i spoglądała na drogę. Gdy ujrzała ojca – przejął ją paniczny lęk. Lęk ten musiał być doprawdy śmiertelny, gdyż nieszczęśliwa dziewczyna wpadła do izby, porwała bankę z naftą i benzyną, oblała się oboma płynami i podpaliła.
Ciężko poparzoną przewiózł zrozpaczony, przed chwilą jeszcze groźny ojciec – już w zgodzie z przyjacielem do Łodzi. Na dworzec wezwana została karetka pogotowia, gdzie Bekerównę opatrzył lekarz pogotowia i w stanie ciężkim przewiózł ją do szpitala.
REPUBLIKA, poniedziałek 20 marca 1933
STRASZLIWE SAMOBÓJSTWO MŁODEJ DZIEWCZYNY
OBLAŁA SIĘ BENZYNĄ, A NASTĘPNIE PODPALIŁA.
W wczorajszym w Andrzejowie, pod Łodzią miała miejsce straszna w skutkach tragedia rodzinna. Od kilku tygodni przebywała tam 21-letnia Fryda Beker, zamieszkała stale w Łodzi, Roberta 6.
Bekierówna żyła w niezgodzie z ojcem, a to z tej racji, iż zmuszał ją do prowadzenia handlu ulicznego. Ostatecznie dziewczyna uległa pozornie i zgodziła się na prowadzenie handlu, znajdując się jednak w oddaleniu od rodziny, nawiązała bliższe stosunki z pewnym miejscowym młodzieńcem.
Bekier dowiedziawszy się o tym, przybył na miejsce i poturbował córkę, która pod wpływem wstydu i zdenerwowania, zamknęła się w swoim mieszkaniu i oblawszy benzyną zapaliła na sobie odzież. W mgnieniu oka Bekierówna stanęła w płomieniach. Na ratunek wezwano miejscowych strażaków, którzy ugasili pożar mieszkania, jaki wszczął się od palącej dziewczyny, tudzież ogień na palącej się. Bekierównę przeniesiono niezwłocznie na dworzec kolejowy w Andrzejowie, skąd najbliższym pociągiem przewieziono ją do Łodzi.
Z Dworca Łódź Fabryczna, oczekujący już lekarz pogotowia przewiózł poparzoną do szpitala św. Józefa, gdzie nie odzyskawszy przytomności desperatka zmarła.
Powiadomione o strasznym samobójstwie władze policyjne wdrożyły dochodzenie.
Łódź - Gwałt na 80-latce - Republika - Gazeta - 1933
REPUBLIKA - Czwartek, 26 stycznia 1933.
ZNIEWOLIŁ 80-LETNIĄ STARUSZKĘ
ZWYRODNIAŁY MŁODZIENIEC SKAZANY NA PÓŁTORA ROKU WIĘZIENIA.
Oskarżony Gerhard Bejm, 20-letni, nie tylko przystojny, ale wręcz ładny chłopiec, zasiadł wczoraj na ławie oskarżonych za to, że 16 sierpnia zniewolił na szosie 80-letnią Mariannę Siwek. Starowina – z uwagi na mróz i swe lata – przybyła w trzech chustkach, zgięta we dwoje… Już 12 porodów przeszło…
Bejm zagroził staruszce, że ma rewolwer, że zrobi z niego użytek. Nie pomogły błagania. Piękny chłopak ‘ o miłej twarzy i łagodnym wejrzeniu któryby mógł śmiały liczyć na powodzenie u swoich rówieśniczek – za ten akt zwyrodnienia skazany został na półtora roku więzienia.
Sprawa rozważana była przy drzwiach zamkniętych. Chłopak jakoby tłumaczył się, że wszystko stało się po dobremu: dwa złote miał Bejm obiecać i zapłacić starowinie.
Gałkówek - Justynów - Kolej - Samobójstwo - Republika - 1933
TO BYŁ NIESZCZĘŚLIWY WYPADEK
ECHA ZNALEZIENIA ZMASAKROWANYCH ZWŁOK NA TORZE.
W dniu 28 b.m, a więc w ubiegły piątek, na torze kolejowym Gałkówek – Koluszki, w pobliżu nowo utworzonego przystanku kolejowego Justynów, znaleziono zwłoki młodej dziewczyny, jak się następnie okazało – 16-letniej Heleny Zorek.
Zwłoki były przecięte w okropny sposób kołami lokomotywy. Obie kończyny dolne były obcięte w górnej części ud.
Początkowo zachodziły podejrzenia, iż Zorkówna została wepchnięta pod pociąg, lub też popełniła samobójstwo.
W toku dochodzeń stwierdzono, iż obydwie możliwości odpadają, albowiem Zorkówna, służąca u przebywającego na letnisku w Justynowie starszego sierżanta Podolaka, nie miała powodów do popełnienia rozpaczliwego czynu. A poza tym brak jakichkolwiek znajomości ze strony młodziutkiej służącej poddawał w wątpliwość podejrzenia jakiejś eskapady, która zakończyćby się mogła wepchnięciem dziewczyny pod koła pociągu.
Dochodzenia zatrzymały się na hipotezie, iż miał tu miejsce nieszczęśliwy wypadek, samobójstwo samobójstwo wykluczają bowiem przede wszystkim takie okoliczności, jak położenie zwłok i brak jakiegokolwiek przygotowań rozstania się z życiem, a wreszcie jak i sam rodzaj przejechania przez pociąg.
Wydaje się najbardziej prawdopodobne, iż Zorkówna szła zamyślona środkiem toru kolejowego nie usłyszała łoskotu nadjeżdżającego pociągu, a pchnięta przez lokomotywę – upadła w poprzek jednej z szyn, wskutek właśnie nastąpiło obcięcie obydwu nóg i częściowe zgniecenie kości miednicy, co spowodowało nieomal natychmiastową śmierć.
Konstantynów - Skarb w kominie - Republika - 1933
Wesoły artykuł, kogo nie kręcą skarby?
Republika, sobota 4 listopada 1933
ZNALEZIONO „SKARB” W KOMINIE.
MURARZE ZNALEŹLI GARNEK Z 60 SREBRNYMI RUBLAMI, BITEMI W ROKU 1841-LUDNOŚĆ KONSTANTYNOWA ROZBIERA KOMINY WSZYSTKICH DOMÓW.
W jednym z domów w Konstantynowie podczas naprawy komina odkryli murarze garnek z monetami z czasów cara Aleksandra I. Wiadomość o znalezieniu „skarbu”w piecu – rozeszła się lotem błyskawicy po Konstantynowie: przed domem przy ul. 11-tego Listopada 21 gromadzą się tłumy; każdy chciałby zobaczyć komin, w którym jak w bajce, znaleźli murarze cały garnek z monetami. Każdy myśli co by zrobił, gdyby tak w jego kominie natrafili robotnicy, jeśli nie na garnek, to choćby kubek pełen monet. A może spróbować i zacząć rozbierać piec?…, Skarb niestety nie jest znów ani tak wielki, ani tak bardzo cenny jak owe skarby bajeczne…
Monet jest 60, są to srebrne ruble z roku 1841, z napisem Aleksander I – Car Wszechrosyjski i Król Polski.
W pierwszej chwili robotnicy – olśnieni swem odkryciem- podzielili się czymprędzem rublami między sobą. Ale każdy powiedział swej żonie, o szczęściu jakie go spotkało; po kilku minutach cały Konstantynów wiedział już o rublach, ale z rubli srebrnych zrobiły się złote, a liczba ich wzrosła w ciągu jednego popołudnia – podawana z ust do ust Konstantynowianek stokrotnie.
Wobec tak wielkie skarbu zajął się całą sprawą posterunek policji.
Przedstawiciele władz byli zdumieni, że tylko tak mało pieniędzy znalazło się na stole w biurze policji. Ale niestety – więcej ich być nie „chciało”.
Dzisiaj są tylko czasy, że nawet gdy biedny człowiek znajdzie w piecu skarb – to są marne ruble carskie z roku 1841 – warte w najlepszy razie po 2 złote od sztuk….Nawet odnajdywanie skarbów jest teraz kiepskim interesem.
czwartek, 28 stycznia 2021
Ewcin - Będków - Walka o świnię znalazła swój epilog w sądzie - Republika - 1934
REPUBLIKA, sobota 20 października 1934
UZBROJONA W SZPADEL RZUCIŁA SIĘ NA SEKWESTRATORA.
Walka o świnię znalazła swój epilog w sądzie.
Tomaszów 19 października.
Do zagrody Marjanny Hejduk we wsi Ewcin gminy Będków, zgłosił się sekwestrator urzędy skarbowego w Brzezinach, Tadeusz Pępowiński celem ściągnięcia zaległych podatków w wysokości 41 złotych. Ponieważ Hejdukowa nie chciała uregulować długu, sekwestrator skierował się do chlewu, by zająć świnię.
Jednakże zagrodziła mu drogę Hejdukowa, zamierzając się nań szpadlem, krzyczała „zbliż się, a rozbiję ci głowę”.
Wobec tak groźnej postawy dłużniczki sekwestrator zmuszony był zaniechać swych czynności służbowych i zażądać asysty policji z Będkowa.
Za to przestępstwo Hejdukowa stanęła przez sądem okręgowym, który skazał ją na dwa miesiące aresztu, zawieszając wykonanie tej kary na przeciąg trzech lat.
środa, 27 stycznia 2021
Bedoń - SPŁONĄŁ KOŚCIÓL WE WSI BEDOŃ, POD ŁODZIĄ - Republika - Wehikuł Czasu Ziemi Łódzkiej
Dzisiaj zostałem członkiem WEHIKUŁ CZASU ZIEMI ŁODZKIEJ.
Jestem oczarowany materiałami które są tam wstawiane! Zdjęcie poniżej pochodzi właśnie z Wehikułu, natomiast artykuł znalazłem w Republika z 1934 roku. Pytanie, czy ten pożar miał z wiązek z budynkami ze zdjęcia?
SPŁONĄŁ KOŚCIÓL WE WSI BEDOŃ, POD ŁODZIĄ.
Ubiegłej niedzieli wybuchł pożar w kościele we wsi Bedoń, gminy Gałkówek, powiatu łódzkiego. Ogień powstał podczas odprawianego nabożeństwa niedzielnego i natrafiwszy na łatwopalny materiał w postaci dekoracji przy ołtarzu rozszerzył się z błyskawiczną szybkością.
Mimo natychmiastowej akcji ratunkowej parafian i przybyłych kilku oddziałów okolicznych straży ogniowych, ogień doszczętnie strawił kościół.
niedziela, 24 stycznia 2021
Czarnocin - Działo się... - Echo - Hasło Łódzkie - Republika - 1928-34
Czarnocin
130 uczniów w nowym roku szkolnym zapisało się do szkoły rolniczej w Czarnocinie
Jak się dowiadujemy w dniu 15 stycznia br. Rozpoczyna się nowy rok szkolny w szkole rolniczej w Czarnocinie. Dzięki celowej propagandzie zgłosiło się 130 kandydatów z czego sto osób pochodzi spoza województwa łódzkiego. Szkołą Rolnicza w Czarnocinie słynie w całem województwie nie tylko z racjonalnego sposobu nauczania ale jako zakład naukowy propagujący prace społeczną. Przy szkole istnieje cały szereg organizacji, a więc straż ogniowa, orkiestra itp. Ferma rolnicza istniejąca przy szkole o charakterze badawczo – naukowym jest jedyną w Polsce nie przynoszącą deficytu a więc samowystarczalną. Ferma posiada około trzystu morgów ziemi. W tem 190 mórg ziemi ornej, 20 mórg zajmują pastwiska, 15 i pół morgi zajmują stawy, 5 morgów ogrody, 12 morgów zagajniki, 12 morgów szkółki, 20 morgów wikliny(które do Polski masowo sprowadzane są z Niemiec), 5 i pół morgi zajmują podwórza, 12 i pół morgi drogi.
,,Echo” 9.1.1930
Czarnocin
Obrady młodzieży wiejskiej na zjeździe w Czarnocinie
,,W ubiegłą niedzielę dnia 26 stycznia b. r. odbył się w gmachu szkoły rolniczej w Czarnocinie doroczny Walny Zjazd Delegatów Kół Młodzieży Wiejskiej powiatu łódzkiego z udziałem 300 osób. Po zagajeniu i powitaniu przedstawicieli pokrewnych organizacji przez prezesa p. Franciszka Pawlika piękne przemówienie o współpracy szkoły rolniczej z Kołami Młodzieży Wiejskiej wygłosił dyrektor Wardęcki. Referat programowy wygłosił dyrektor W. Z. M. W. p. Czech Józef. Sprawozdanie z dotychczasowej działalności złożył instruktor Sajduda, ze sprawozdania wynika, że na terenie powiatu łódzkiego istnieje 40 Kół Młodzieży Wiejskiej i 1246 członków. Zjazd jednomyślnie uchwalił następujące rezolucje:
,,Zjazd Walny jest zdania, że dzisiejsze rozbicie wsi wpływa ujemnie na całokształt stosunków społecznych, kulturalnych i gospodarczych wobec czego zwraca się do innych organizacji młodzieży nie tylko w powiecie łódzkim ale i całej Polsce, aby w interesie wsi ,,w imię jej dobra i dobra Państwa bezzwłocznie połączyły się w jeden Związek Młodzieży Wiejskiej”
,,Zjazd składa podziękowanie przewodniczącemu Wydziału Powiatowego panu Staroście Rżewskiemu oraz całemu Wydziałowi i członkom Sejmiku powiatu łódzkiego za ojcowskie traktowanie spraw Okręgowego Związku Młodzieży Wiejskiej”
,,Zjazd wyraża panu dyrektorowi szkoły rolniczej w Czarnocinie i prezesowi O. T. O. i K. R. inżynierowi Wardęckiemu serdeczne podziękowanie za dotychczasową pomoc i opiekę udzielaną Okręgowemu Związkowi Młodzieży Wiejskiej”
,,Walny Zjazd Delegatów Kół Młodzieży Wiejskiej powiatu łódzkiego dziękuje nauczycielstwu, pracującemu w Kołach Młodzieży Wiejskiej za ich dotychczasową ofiarną pracę i wyraża nadzieję, że współpraca młodzieży wiejskiej z nauczycielstwem będzie się układała jak najlepiej”
Dokonano wyborów nowego Zarządu w składzie następującym: Pawlik Franciszek – prezes; Sokalski i Sawicki – wiceprezesi, Bagińska – sekretarz; Zawadzki Antoni – skarbnik; Dębowski Eugeniusz, Czech Józef, Derach Piotr, Klimkiewicz Aleksander, Kowalski Stanisław. Po Zjeździe odbył się wspólny obiad w czasie którego piękne przyśpiewki ludowe śpiewało Koło Młodzieży z Bronisina pod batutą p. Salskiego. Wieczorem odbyła się zabawa.”
,,Hasło Łódzkie” 2.2.1930
Czarnocin
Akademja w Czarnocinie. Włościanie ku czci marszałka Piłsudskiego.
W uroczystości ku czci pierwszego marszałka Polski w powiecie łódzkim w ogóle w Czarnocinie zaś w szczególności wypadły imponująco. W przeddzień uroczystości w Czarnocinie odbył się capstrzyk, a ze Szkoły Rolniczej do urzędu gminy ruszył pochód, w którym udział wzięli nie tylko uczniowie szkoły, ale wszyscy włościanie. Nazajutrz w Szkole Rolniczej odbyła się w wypełnionej po brzegi sali uroczysta akademia, którą zagaił dyrektor Wardęski. Po odśpiewaniu Pierwszej Brygady wygłoszono cały szereg przemówień okolicznościowych, deklamacyj. Między innymi przemawiali porucznik Wojtanowski oraz uczniowie szkoły: Krzynówek i Guzicki poczem wysłano na ręce marszałka depeszę gratulacyjną. Poza tem odbyły się uroczyste akademie w Aleksandrowie, gdzie przemawiał burmistrz Andrzejak oraz w Rudzie Pabianickiej, Tuszynie i Zgierzu.
,,Echo” 22.3.1930
Moc internetu i starych gazet!
wyrządziła wiele szkód - Kilka osób zostało zabitych przez pioruny.
Wczoraj wieczorem przeszła nad powiatem łódzkim, brzezińskim i piotrkowskim silna burza, połączona z wichurą. Wyrządziła ona liczne straty w drzewostanie, pozrywała dachy na kilkunastu budynkach gospodarskich, poprzewracała słupy przewodów elektrycznych i t.p. poza tem w kilku miejscowościach powstały od piorunów pożary, które jednak nie przybrały większych rozmiarów. Było kilka przypadków porażenia piorunem.
I tak we wsi Czarnocin piorun zabił powracającego z pola gospodarza nazwiskiem Derendarz.
REPUBLIKA, wtorek - 26 czerwca 1934 roku.
sobota, 23 stycznia 2021
Gałkówek - Andrzejów - Łodź - SAMOBÓJSTWO, ZBRODNIA CZY PRZYPADEK ? - Judaika - REPUBLIKA - 1933 - 34
REPUBLIKA – Sobota 29 kwietnia 1933
TAJEMNICZY TRUP KOBIETY ZNALEZIONO NA TORZE
KOLEJOWYM POD GAŁKÓWKIEM
Wczoraj o godz. 7-ej wieczór przewieziono na Dworzec Łódź – Kaliska jakąś kobietę, dającą słabe oznaki życia. Lekarz pogotowia miejskiego stwierdził wstrząs mózgu oraz złamania kończyn. Po udzieleniu doraźnej pomocy, odwieziono ją w stanie beznadziejnym do szpitala w Radogoszczu.
Jak się okazało, niewiasta ta znaleziona została przez dróżnika na torze kolejowym w okolicy Gałkówka, przyczem na dworcu w Łodzi znalazł się świadek, który widział jakąś, wypadającą z wagonu pociągu, który zaledwie kilkanaście minut przedtem przybył do Łodzi.
Przy ciężko rannej znaleziono jedynie bilet kolejowy, sprzedany na stacji Sarny do Łodzi. Natychmiast przeszukano wagony pociągu, którym denatka podróżowała. Został znaleziony bagaż, do którego nikt z pasażerów się nie przyznawał się. Policja niewątpliwie niebawem wyświetli ten tajemniczy wypadek i stwierdzi tożsamość nieszczęśliwej kobiety. Wielce zagadkowe jest również, czy zachodzi tu zabójstwo, samobójstwo czy też nieszczęśliwy wypadek.
REPUBLIKA – Niedziela 30 kwietnia 1933
SAMOBÓJSTWO, ZBRODNIA CZY PRZYPADEK?
Policji udało się ustalić nazwisko młodej niewiasty, znalezionej na torze kolejowym - Lipszycówna miała zamiar wyemigrować do Palestyny.
WŁADZE PRZEPROWADZAJĄ ENERGICZNE DOCHODZENIE
Jak już wczoraj donosiliśmy, na torze kolejowym między Andrzejowem i Gałkówkiem około godziny siódmej wieczór zauważono młodą kobietę, dającą słabe oznaki życia, ciężko ranną i okrwawioną.
Ranną znalazł dróżnik. Dzięki jego energii udało się nieznajomą ulokować w pociągu i odstawić do Łodzi. Około godziny wieczór na stację Łódź – Fabryczna przybyła karetka pogotowia miejskiego oraz przedstawiciele władz śledczych. Lekarz pogotowia dr. Zausmer stwierdził u denatki wstrząśnienie mózgu oraz liczne obrażenia i polecił umieścić poszkodowaną w szpitalu.
Policja bagaż nieznajomej oraz poddała rewizji jej rzeczy, w tym przypuszczeniu, że tą drogą da się ustalić tło wypadku. Jednak i te wysiłki były płonne. W torebce nieznajomej brak było dowodu osobistego, znalazł się jedynie bilet kolejowy ze stacji Sarny do Łodzi.
Dopiero wczoraj rano doszło wreszcie do ustalenia młodej kobiety. Jest to 20-to letnia Hanka Lipszyc, zamieszkała przy rodzicach przy ulicy Piotrkowskiej 31.
Lipszycówna wyjechała do Saren do szkoły sjonistycznej, która kształci przyszłych kolonistów palestyńskich w uprawie roli i drzew pomarańczowych. Lipszycówna po ukończeniu szkoły zamierzała wyemigrować do Palestyny.
Lipszycówna wczoraj wracała do Łodzi. Spotkał ją ciężki zawód, gdyż dowiedziała się, że na razie przynajmniej nie będzie mogła wyemigrować do Palestyny.
Co się wydarzyło w biegnącym pociągu koło stacji Andrzejów, bezpośrednio przed tą chwilą, w której Lipszycówna upadła na tor – to będzie dotąd tajemnicą, dopóki nieszczęśliwa dziewczyna nie odzyska przytomności. Najbardziej prawdopodobny jest zamach samobójczy: zdesperowana Lipszycówna tuż przed przybyciem do Łodzi postanowiła odebrać sobie życie i wyskoczyła z pędzącego pociągu. Nie jest jednak wykluczona i inna ewentualność. Niewiasta mogła wypaść z pociągu przez przypadek, albo też mogła zostać z wagonu wyrzucona.
Nieszczęśliwy wypadek, zamach samobójczy, czy zbrodnia – nad tym zastanawiają się władze śledcze w związku z tajemnicą nieszczęśliwej Lipszycówny.
POD KOŁA POCIĄGU RZUCIŁA SIĘ NIEZNANA KOBIETA.
Dziś rano na torze kolejowym pod Andrzejowem wydarzyła się znów krwawa tragedja. Służba kolejowa obserwowała przez pewien czas jakąś młodą kobietę, siedzącą w rowie koło toru.
W chwili, gdy nadszedł pociąg, ku przerażeniu kilku osób, znajdujących się w sąsiedztwie stacji – nieznajoma wybiegła na tor i rozpostarłszy ramiona – przez krótką chwilę, jakiej potrzebował pociąg by do niej się zbliżyć – stała w tej pozycji, jakby czekając na nadejście śmierci.
Samobójczyni nikt nie znał w okolicach. Władze prowadzą dochodzenie, celem ustalenia identyczności desperatki.
piątek, 15 stycznia 2021
Republika - SAMOSĄD WE WSI CZARNOCIN POD ŁODZIĄ - WYPALIŁA OCZY KOCHANKOWI - 1933
REPUBLIKA - 12 Marca 1933
TŁUM PRZECIW ZBRODNIARCE
SAMOSĄD WE WSI CZARNOCIN POD ŁODZIĄ
Wczoraj pod Łodzią we wsi Czarnocin, doszło do ponurej sceny samosądu, która gdyby nie interwencja policji, skończyłaby się niechybnie tragicznie. Wieśniacy zebrali się pod domem akuszerki. Byliby spalili dom i ukamieniowali M. i jej córkę gdyby nie pomoc.
Janina Morawska- córka akuszerki – nawiązała znajomość z miejscowym nauczycielem Józefem Buczkowskim przez krótki przeciąg czasu stołował się w domu Morawskiej, gdy jednak doszedł do przekonania, że matka i córka starają się zdobyć go na zięcia – przestał u nich bywać i przestał się stołować.
Młoda Morawska. nie cieszyła się specjalnie dobrą opinią – musiało jej za to bardzo zależeć na małżeństwie z Buczkowskim, gdyż gdy nauczyciel się od niej usunął zemściła się na nim z okrucieństwem niesłychanym.
Dwudziestego pierwszego lutego znaleziono Buczkowskiego na pół żywego. Leżał w rowie z twarzą poparzoną jakimś kwasem: miał wypalone oko i zżarte przez kwas policzki i szyję.
Dochodzenie potwierdziło zeznania Morawskiego: napadła go młoda Morawska. Niedoszła małżonka nauczyciela wyznała z całą bezczelnością, że jest nie tylko sprawczynią zamachu na nauczyciela, ale, że rozprawi się także z jego rodzicom, którzy odwiedli od dalszego spotykania się z nią.
Morawską aresztowano. Wczoraj została wypuszczona za kaucją na wolność i wczoraj zjawiła się w Czarnocinie. Chłopi zebrali się przed jej chałupą – zebrała się ich liczna ciżba. Tłum przybrał tak groźną postawę, że policjanci musieli siłą rozpędzać wieśniaków, którzy szykowali się do podłożenia ognia pod dom akuszerki.
Tłum uspokojono. Rada gminy uchwaliła wysiedlenia Morawskich z gminy.
REPUBLIKA, sobota 30 grudnia 1933.
WYPALIŁA OCZY KOCHANKOWI
za to, ze chciał ją porzucić – Wstrząsająca rozprawa przed sądem okręgowym.
MORAWSKA SKAZANA ZOSTAŁA NA 2 LATA WIĘZIENIA
Oskarżona nazywa się Wanda Morawska. Ukończyła 6 klas gimnazjum. Poszkodowanym jest Józef Marian Buczkowski. Język sądowy nazywa Bukowskiego poszkodowanym. Ten termin jest szeroki w ustach prawnika. Tym razem jest on nieomal śmieszny w swej słabości.
BUCZKOWSKI POSTRADAŁ WZROK.
Nie ma obu gałek ocznych. A jest młodym, zdrowym inteligentnym człowiekiem. Trzyma się pochyło, z głową wysuniętą naprzód jak wszyscy ślepcy; jakby chciał wyczuć powonieniem mrok, w który wchodzi. Buczkowskiego prowadzi za rękę przyjaciel. I o Buczkowskim mówią wszyscy w tym procesie, jako o poszkodowanym. Tak samo mówi się o człowieku, który stracił palec, sto złotych, albo zgubił protestowany weksel…
Buczkowski był nauczycielem w Czarnocinie. Matka oskarżonej miała kilku stołowników. Buczkowski stołował się również u Morawskiej. Rozpoczął pracę w Czarnocinie 15 sierpnia 1931 r. Po roku już wszystko było wiadome, że Murawska i Buczkowski stanowią parę.
Pod koniec roku 1932 Morawska zaszła w ciążę. Prawie równocześnie zaczęły się psuć stosunki pomiędzy obojgiem. Murawska już raz miała dziecko, które umarło. Buczkowski dowiedział się, ze poza jego plecami Morawska miała jakoby utrzymywać stosunki z innymi mężczyznami, zajął się sam zresztą – może przelotnie – jedną ze swych koleżanek i coraz wyraźniej dawał Morawskiej do zrozumienia, że ma jej dość.
Morawska próbowała prośbami – nic nie pomagało. Próbowała groźbami – skutek był również nikły. Pisywała do niego listy, że się otruje, że mu nie wybaczy nigdy, pokazywała mu nawet straszak, mówiąc, że jest to rewolwer i, ze wystrzałem z niego odbierze sobie życie. Morawska nawet prosiła o rozmowę ową przyjaciółkę Buczkowskiego, w której widziała rywalkę. Wyjaśniła jej całą sprawę, prosiła, by się odsunęła Buczkowskiego. Obie kobiety porozumiały się: Morawska wyszła nieco spokojniejsza – Buczkowski nie miał wobec tamtej poważnych zamiarów.
Dwudziestego lutego Morawska zaprosiła do siebie Buczkowskiego. Gdy tylko młody człowiek przekroczył domu jej matki – wylała mu w twarz całą zawartość garnka, w którym sąsiad – blacharz przechowywał kwas solny.
Nazajutrz Morawska zgłosiła się do policji i złożyła zeznania.
Buczkowski miał wtedy przy sobie ów straszak, który odebrał Morawskiej. Wystrzelił z niego w tej samej chwili, gdy piekący płyn, wżerał mu się w żywe jeszcze oczy.
Leczył się w szpitalu do kwietnia br. - przez dwa dni tylko widział. Dziś w jednym oku ma jeszcze pewne wyczucie światła…
Morawska przyznaje się do winy. Na pytanie przewodniczącego sędziego - oświadcza, że nie ma nic do wyjaśnienia sądowi.
Jest winna i prosi sąd, by ją ukarał.
Dopiero na dalsze przepytywanie przewodniczącego Morawska oświadcza:
- zrobiła to z rozpaczy. Nie przygotowywałam niczego.
Wchodzą świadkowie. Jest Buczkowski. Ślepiec zupełny.
Przewodniczący: jaki jest zawód świadka?
Świadek: nauczyciel.
Przewodniczący: czy świadek jest teraz zwolniony z pracy?
Świadek: no tak, niewidomy jestem.
Niewidomy Buczkowski staje przed pulpitem i składa pierwsze zeznania. Zaczyna drżącym głosem – ma nisko popuszczoną głowę.
- Chciałem podać sądowi kilka szczegółów z mojego poprzedniego życia gdy miałem oczy… Byłem uczniem, było nam bardzo ciężko, chodziłem czasami bez chleba do szkoły, ale uczyłem się pilnie i nigdy nie przestawałem z kobietami… Świadek przerywa swe zeznania – jest długa pauza, w której słychać jak tykają zegarki w kieszeniach wyraźnie wzruszonych sędziów.
Ciszę przerywa przewodniczący:
Przewodniczący: Może świadek źle się czuje i chce usiąść?
Świadek: nie dziękuję, opieram się. Postoję. Żaden kolega nie widział mnie nigdy z kobietami. Byłem chowany w twardych zasadach chrześcijańskich przez matkę. Zacząłem stołować się u matki oskarżonej. Muszę powiedzieć, że to nie była moja sprawa w tem, co zaszło między mną a oskarżoną. Już na samym początku zauważyłem z jej strony… - Tutaj znów na chwilę Buczkowski przerywa zeznania, by potem zwrócić się do przewodniczącego:
- czy ja bym nie mógł opowiedzieć nie tak przy wszystkich? To są ważne szczegóły.
Pan sędzia Olszewski zarządza niejawność rozprawy na czas zeznań Buczkowskiego.
Z przemówień jednak prokuratora i obrońcy dowiedzieliśmy się potem, iż Buczkowski opisał sądowi dokładnie w jakich warunkach nawiązał stosunki z oskarżoną i, że z jego zeznań nie był on stroną agresywną, a ona.
Skolei składa zeznania lekarz sądowy. Buczkowski stracił wzrok przez oblanie oczu kwasem. Nie widzi nic – ma w jednym oku wrażliwość na światło.
Matka Buczkowskiego, zagadnięta o to, czy oskarżona groziła synowi, jeśli się nie ożeni z Morawską – nie można na to pytanie udzielić konkretnej odpowiedzi. Na to z miejsca dla świadków zrywa się sam Buczkowski.
- czy mogę coś powiedzieć?
Przewodniczący wzywa Buczkowskiego przed sąd
Świadek: miałem listy oskarżonej, z których jasno wynikało, że mi groziła śmiercią. Ale, te listy oskarżona mi ukradła. Tak jest. Mówię to zupełnie oficjalnie, ukradła mi je.
Nauczycielka, rzekoma rywalka Morawskiej, nie wnosi nic nowego do sprawy. Odbijała na hektografie elementarz i Buczkowski jej w tym pomagał. Przy tej pracy się spotykali. Lista świadków jest wyczerpana.
Prokurator p. Skąpski, opiera się na zeznaniach Buczkowskiego. To nie była tragedia uwiedzionej, bo przecież miała już przed tym dziecko, które umarło podobnie, jak dziecko Buczkowskiego. To ona wprowadziła w błąd Buczkowskiego, a nie on ją.
Obrońca ujmuje sprawę oczywista z drugiej strony. W ostatnim słowie Morawska – znać, że bez namysłu i przygotowania oświadcza:
- Gdyby on mógł odzyskać wzrok, to proszę mnie trzy razy ukarać. Jestem winna i mój żal, niestety, nic nie pomoże.
Morawska została skazana na dwa lata więzienia.
czwartek, 14 stycznia 2021
Król Cyganów Bazyli Kwiek - WOJNY ŁÓDZKICH CYGANÓW - Republika - 1933
REPUBLIKA - Sobota 12 sierpnia 1933.
WOJNY ŁÓDZKICH CYGANÓW
DWA RODY KWIEKÓW TOCZĄ BOJE O DANINY LENNE DLA KRÓLA BAZYLEGO.
W Łodzi obozują dwa rody cygańskie, które jak większość cyganów polskich, uważają za swojego protoplastę jednego z baronów cygańskich – możnego Kwieka.
Dwie gałęzie tego samego szczepu – dwa obozy, noszące to samo nazwisko Kwieków obozują pod Łodzią i toczą ze sobą od szeregu miesięcy ostry spory i zacięte boje. Cyganie z Bałut i jeden z tamtejszych Kwieków, mianują się adjutantami króla Bazylego z Warszawy z Marymontu i żądają od cyganów spod Żabieńca danin na rzecz dworu królewskiego.
Cyganie z Żabińca odpierają wszelkie żądania adjutanta i poborców królewskich i posuwają się do tego stopnia, że nie chcą uznać majestatu króla Bazylego. Sami są Kwiekami – z tego samego rodu królewskiego i nie mają zamiaru łożyć na samozwańczego króla z Marymontu.
Na tem tle doszło już do strzałów i przelewu krwi podczas wesela Miarki Kwiekówny, która łączyła się węzłami małżęńskiemi z cyganem Lolo. Na wesele, odprawiane huczne ze śpiewami i tańcami przybył adjutant króla Kwieka, z obozu bałuckiego i zażądał pieniędzy dla króla. Nastąpiła sroga odprawa tego posła władcy. Niestety – oblubieniec Lolo odniósł ranę postrzałową w łydkę – Gody zostały przerwane, miodowe miesiące – odłożone.
Obecnie antagonizm między dwoma bratniemi rodami doszedł do takiego naprężenia – że nie ma dnia, by po wielkim gmachu sądu nie kręcili się cyganie z Bałut lub Żabieńca. Składają na siebie nawzajem doniesienia karne lub je prostują.
Wczoraj, jeden z adwokatów podjął się obrony prawnej tej grupy cyganów, którzy powstali przeciwko uzurpatorskiej władzy króla Bazylego Kwieka – Do urzędu prokuratorskiego wpłynęło od rzecznika prawnego całego rodu cygańskiego, pismo, w którem adwokat prosi władze prokuratorskie w względne rozpatrywanie doniesień, jakie wpływać będą od cyganów bałuckich, przeciwko cyganom z Żabieńca.
Wśród cyganów wybuchł rodzaj małej rewolucji.
Historia królów cygańskich w:
II Rzeczpospolita
- Michał I Kwiek
- Grzegorz Kwiek
- Dymitr Koszor Kwiek
- Michał II Kwiek
- Bazyli Kwiek
- Mikita Kościeniak
- Janusz Kwiek (1937–1939)
- Ostatnim był:
Okres powojenny
- Rudolf Kwiek (zrzekł się tytułu królewskiego w 1946) - źródło: Wikipedia.
wtorek, 12 stycznia 2021
Rzgów - EKSMISJA CMENTARZA WOJENNEGO - Proces - Republika - 1933
REPUBLIKA - Środa 4 stycznia 1933 roku.
EKSMISJI CMENTARZA WOJENNEGO
pod Rzgowem domagają się właściciele tych terenów – Niezwykły proces odbędzie się przed sądem łódzkim.
KOLEJKI DOJAZDOWE OFIARUJĄ ZNACZNE ODSZKODOWANIE.
Do wydziału cywilnego sądu okręgowego w Łodzi, wpłynęła niezwykła skarga. Chodzi ni mniej ni więcej, jak o eksmisję cmentarza wojennego pod Rzgowem!
Skargę wnoszą: Antoni-Stefan i Aurelja-Maria Adamowiczowie i Walerjan-Aleksander Jurkiewicz – właściciele, a w każdym razie posiadający prawa własności do gruntu na wzgórzu, na którym znajduje się obecnie cmentarz wojskowy z czasów wielkiej wojny- potężny pomnik tej nawałnicy, jaka w pierwszym roku zawieruchy europejskiej przewaliła się przez naszą ziemię.
Powodowie wnoszą skargę przeciwko Skarbowi Państwa, domagając się w niej, bądź
EKSMISJI CMENTARZA.
ze swych ziem, bądź odszkodowania w wysokości 881 tysięcy złotych.
Dowiadujemy się, że sprawa ta jest w ścisłym związku z budową przez okupanta kolejki dojazdowej na szlaku Ruda Pabianicka – Tuszyn. W tym samym bowiem okresie, gdy niemieckie władze wojskowe budowały kolejkę – posadzone zostały pierwsze drzewka cmentarne i pochowano pierwsze kości uczestników bitew w okolicach Łodzi. Niemcy nie liczyli się z prawami własności do tych terenów, na których budowali kolejkę i planowali cmentarz- rzecz szła w trybie wojennym.
Gdy kolejka przeszła w ręce Towarzystwa Łódzkich Elektrycznych Kolei Dojazdowych, włościanie, wywłaszczeni przez Niemców, potrzebowali kilku lat, by zorientować się, że mają prawa do roszczenia sobie prenensyj do towarzystwa kolei dojazdowych z tytułu przeprowadzenia toru przez ich grunta. - Sprężyną ostateczną, która wreszcie poruszyła chłopstwo siedzące na linją kolejki, do wystąpień gremialnych z żądaniami materiałowymi wobec kolejek – byli wreszcie Adamowiczowie i Jurkiewicz ewentualnie osoby stojące poza nimi.
Właściciele wzgórza i terenów przyległych do cmentarza skontatowali na terenach, na któremi góruje wielki krzyż cmentarny – jakieś – niezwykłe bogactwa geologiczne. Łupek, glina, glinka szlachetna – cały szereg cennych składników ziemnych miał się znaleźć na tym właśnie gruncie, na którym spoczywają kości kilku tysięcy żołnierzy bez nazwiska.
Akcja, zainicjowana przez właścicieli wzgórza, doprowadziła wreszcie do tego, że koleje dojazdowe wyraziły gotowość wypłaty poważnej, sięgającej paruset tysięcy złotych, sumy odszkodowania. Adamowiczowie i Jurkiewicz weszli w ścisły kontakt z włościanami. Sami, nie mając środków na wielkie koszta procesu, zawarli z wieśniakami rodzaj paktu: mieli uzyskać swe należności od kolejek, potem poprzeć materialnie właścicieli cmentarza, by wreszcie uzyskać od nich pewne szczególne dogodności z chwilą, gdy cmentarz zostałby wyeksmitowany, a na jego miejscu miałaby powstać cegielnia, kamieniołomy i.t.p.
Sprawa proponowana była Adamowiczów i Jurkiewicza kilku łódzkim adwokatom: właściciele cmentarza są niezamożni, w każdym razie nadal nie dysponują sumą poważna, którąby należało wnieść tytułem opłat sądowych i.t.d. Żaden z łódzkich adwokatów nie przyjął tego złotego jabłka; żaden nie zgodził się na dopłacenie jeszcze pewnej sumy z własnej kieszeni na „pierwsze wydatki”powodów. Dowiadujemy się, że sprawę przejął pewien adwokat warszawski.
W przeddzień Nowego Roku sprawa znalazła się posiedzeniu sądu, na skutek podania powodów o przyznanie im prawa ubogich przy prowadzenia procesu, co jest równoznaczne z całkowitym zwolnieniem ich od opłat. Dowiadujemy się dalej, że pretensje Adamowiczów i Jurkiewicza nie są bynajmniej nieuzasadnione: powodowie przeprowadzili już obszerną korespondencję z instytucją państwową, roztaczającą się na terenie całego Państwa opiekę nad grobami wojennemi. Niema oczywiście mowy o tym, by Państwo dopuściło do eksmisji cmentarza pod Rzgowem. Na zasadzie jednego z paragrafów Traktatu Wersalskiego, wszyscy uczestnicy wielkiej wojny zobowiązali się do wzajemnego poszanowania grobów wojennych – jest to zresztą sprawa oczywista. Rząd Polski niewątpliwie nie dopuści do tego, by łopata robotnika naruszyła spokój śpiących na polach polskich bojowników wielkiej wojny, nie bacząc na ich narodowość i przynależność do tej czy innej armii.
Będziemy za tem świadkami ciekawego procesu, który odtworzy cały szereg szczegółów, a którego celem ma być – eksmisja cmentarza.






