Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuciny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuciny. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 22 grudnia 2025

Podróż do Polski - Dąbrówka Woźnicka - Niemieckie osadnictwo - Der Heimatbote - 3/1968 - cz. 4

                                                             Wizyta w rodzinnej wsi

Wjechaliśmy do mojej rodzinnej wsi, Dąbrówka Woźnicka*. Już z daleka widziałem puste miejsce, na którym kiedyś znajdowało się duże gospodarstwo naszego sąsiada Sperbera. Wszystko zrównane z ziemią! Rozległe budynki, stare drzewa, łosie, gruszki, wszystko zniknęło.

Moje spojrzenie padło na gospodarstwo, które odziedziczyłem po ojcu. Byłem zaskoczony, widząc budynki w tak dobrym stanie! Stodoła, stajnia i dom mieszkalny zostały wyremontowane, częściowo wyposażone w nowe ściany. A więc to jednak zasługa gospodarza! W gospodarstwie mieszka Polak z okolic Buga. W 1943 roku założyłem sad z około 200 drzewami; dziś pnie mają średnicę około 25 cm, a Polak zarobił kilkadziesiąt tysięcy złotych na owocach. Przypomniało mi się słowo z Biblii: „Jeden sieje, a drugi zbiera!”...

Przejeżdżając przez wieś, zauważyłem, że wiele rzeczy zniknęło. Budynki Zacherta, Brehla, Otto Scheiblera i Hutta całkowicie zniknęły. Tylko pierścienie studni wystawały z ziemi, wskazując, że coś tam musiało stać. Odwiedziłem jeszcze rolników Nowaka, Bilskiego i Stefańskiego. Stefańskiemu podziękowałem za to, że w latach głodu i prześladowań 1948-1949 wielokrotnie dostarczał mojej rodzinie żywność. Bardzo ucieszył się z mojego uznania, poczuł się zaszczycony i powiedział: „Tak należy” (tak właśnie powinno być).

Mój kierowca zawiózł mnie w końcu z powrotem do Kucin, gdzie wsiadłem do autobusu i stamtąd pojechałem dalej do Aleksandrowa.

                                                 Aleksandrów prawie się nie zmienił.

Ulice sprawiają wrażenie zaniedbanych, domy wyglądają nieestetycznie, od dziesięcioleci czekają na nowy tynk i farbę. Kościół ewangelicki stał się katolicki.

                                                                   Ostry wiatr

W Łodzi miałem wiele trudności z odnalezieniem się. Nowe nazwy ulic utrudniają orientację, a ponadto faktycznie wiele się tu buduje. Poprosiłem więc Polkę, aby mi towarzyszyła i wskazała drogę do poszczególnych urzędów.

Chciałem bowiem przedłużyć swój pobyt o tydzień. Do tej pory wszystko przebiegało bez problemów, nikt mnie nie niepokoił, żaden milicjant nie zatrzymywał, wszyscy urzędnicy byli uprzejmi. Jednak w urzędzie w Łodzi, gdzie starałem się o przedłużenie pobytu, poczułem, że może wiać inny wiatr. Urzędnik zwrócił mi uwagę na upływający czas i w niegrzecznym tonie nakazał mi natychmiast opuścić kraj. Dosłownie: „Pan jeszcze w Łodzi? A dziś ósmy dzień! Pan kare zaplaci 1 500 Zloty. Pana zamkniemy i wiecej Pana do Polski nie wpuścimy!” (Nadal jest pan w Łodzi? Dzisiaj jest ósmy dzień. Zapłaci pan karę w wysokości 1 500 złotych. Zostanie pan zamknięty i nigdy więcej nie wpuszczony do Polski). Odpowiedziałem panu, że zadał mi silny cios, i zwróciłem uwagę, że w czasie wojny dzięki moim staraniom kilku Polaków zostało uwolnionych z obozu koncentracyjnego Dachau, a groźba, że nigdy więcej nie będę mógł wjechać do Polski, jest bardzo złą zapłatą za to.

Urzędnik był upartym typem człowieka. Miałem przy sobie jeszcze 38 marek niemieckich, które musiałem teraz wymienić w Grand Hotelu przy ulicy Piotrkowskiej i przedstawić mu pokwitowanie. Następnie musiałem udać się do adwokata i zapłacić nie 1500, ale 150 złotych kary, ponieważ przebywałem w Polsce o jeden dzień dłużej, niż mi pierwotnie pozwolono. Urzędnik powiedział mi, że muszę przekroczyć polską granicę jeszcze dzisiaj o północy. Pośpiesznie spakowałem swoje rzeczy, po raz ostatni odwiedziłem mojego śmiertelnie chorego brata w szpitalu i starałem się jak najszybciej opuścić kraj, który w końcu pokazał mi swoje pazury. Podróż powrotna przebiegła bez zakłóceń.

                                                                                                                            Ludwig Janke


* - Dąbrówka Woźnicka – wieś w Polsce położona w województwie łódzkim, w powiecie poddębickim, w gminie Dalików. W latach 1975–1998 miejscowość administracyjnie należała do województwa sieradzkiego. Wikipedia

                                                  Besuch im Geburtsdorf

Wir fuhren nun in mein Geburtsdorf ein, Dombrowka Wosnicka. Von weitem schon konnte ich den leeren Platz sehen, auf dem einst unser Nachbar Sperber seinen großen Hof hatte. Alles dem Erdboden gleichgemacht! Die weiträumigen Gebäude, die alten Bäume, Elchen, Gruschken (Birnbaume), alles weg. 

Der Blick erreichte den Hof. den mir mein Vater vererbt hatte. Ich war überrascht, die Gebäude in einem solch guten Zustand vorzufinden! Scheune, Stall und Wohnhaus sind überholt, zum Teil mit neuen Wänden versehen. Also liegt es doch an dem Bewirtschafter! Auf dem Hofe wohnt ein Pole aus der Buggegend. 1943 legte ich noch einen Obstgarten mit etwa 200 Bäumen an; heute haben die Stämme einen Durchmesser von ca. 25 cm und der Pole hat einige zehntausend Zloty für das Obst eingenommen. Das Bibelwort "Jener sät, dieser aber schneidet!" kam mir in den Sinn ...

Beim Durchfahren des Dorfes fiel mir auf, daß vieles fehlte. Die Gebäude von Zachert, Brehl, Otto Scheibler und Hutt fehlten ganz. Nur die Brunnenringe ragten aus der Erde hervor und deuten darauf hin, daß dort etwas gestanden haben muß. Ich besuchte noch die Bauern Nowak, Bilski und Stefanski. Dem Stefanski sprach ich noch meinen Dank. aus, daß er meiner Familie in den Hunger- und Verfolgungsjahren 19~5-1949 immer wieder Lebensmittel zukommen ließ. Uber meine Anerkennung freute er sich sehr, er wurde in seiner Ehre bestärkt und sagte: "Tak sie nalezy" (so gehörte es sich auch).

Mein Fahrer brachte mich schließlich wieder nach Kuciny zum Bus und von da gelangte ich nach Alexandrow weiter.

                                             Alexandrow hat sich kaum verändert. 

Die Straßen machen einen unsauberen Eindruck, die Häuser erscheinen unansehnlich, träumen wohl schon seit Jahrzehnten von neuer Tünche und Farbe. Die evangelische Kirche ist katholisch geworden.

                                                               Ein scharfer Wind

In Lodz hatte ich viele Schwierigkeiten, um mich zurechtzufinden. Die neuen Straßennamen erschweren die Orientierung, auch ist tatsächlich viel gebaut worden. So bat ich eine Polin herzlich, mich zu begleiten und mir den Weg zu den einzelnen Behörden zu zeigen. 

Ich wollte nämlich meinen Aufenthalt um eine Woche verlängern lassen. Bis dahin war alles reibungslos verlaufen, es hat mich keiner belästigt, kein Milizmann angehalten, alle Beamten waren höflich. Doch bei der Lodzer Behörde, wo ich um die Verlängerung nachsuchte, bekam ich zu spüren, daß auch ein anderer Wind wehen kann. Der Herr Beamte verwies mich auf die abgelaufene Zeit und forderte mich in einem rüden Ton auf das Land sofort zu verlassen. Wörtlich: "Pan leszcze w Lodzi? A dzis ósmy dzien! Pan kare zaplaci 1 500 Zloty. Pana zamkniemy i wiecej Pana do Polski nie wpuszczymy!" (Sie sind noch in Lodz? Heute ist der achte Tag. Sie bezahlen eine Strafe von 1 500 Zloty. Sie werden eingesperrt und nie wieder nach Polen reingelassen). Ich erwiderte dem Pan, daß er mir einen rechten Schlag versetzt habe, und verwies darauf, daß in der Kriegszeit durch meine Bemühungen mehrere Polen vom KZ Dachau freikamen und die Drohung, nie mehr nach Polen einreisen zu dürfen, nun ein sehr schlechter Lohn dafür sei.

Der Behördenmensch war einer von der sturen Sorte. Ich hatte noch 38 DM bei mir, die mußte ich nun im Grand Hotel in der Petrikauer umtauschen und ihm die Quittung vorlegen. Dann mußte ich zu einem Rechtsanwalt hingehen und zwar nicht 1500, aber 150 Zloty Strafe bezahlen, weil ich einen Tag länger in Polen war, als mir ursprünglich erlaubt wurde. Der Beamte sagte mir, ich müsse noch heute um 24 Uhr die polnische Grenze passieren. So packte ich eilends meine Sachen, besuchte noch einmal meinen todkranken Bruder im Krankenhaus und bemühte mich, das Land, das mir zum Schluß doch noch seine Krallen gezeigt hatte, so schnell wie möglich zu verlassen. Die Rückreise ging dann auch reibungslos vonstatten.

                                                                                                              Ludwig Janke

* - Dąbrówka Woźnicka – Dorf in Polen in der Woiwodschaft Łódź, im Landkreis Poddębice, in der Gemeinde Dalików. In den Jahren 1975–1998 gehörte der Ort verwaltungstechnisch zur Woiwodschaft Sieradz. Wikipedia

Podróż do Polski - Kuciny - Dalików - Niemieckie osadnictwo - Der Heimatbote - 3/1968 - cz. 3

                                         W drogę do ojczyzny rodziców i dziadków!

Josef zawiózł mnie swoimi końmi z powrotem do Balina. Stamtąd pojechałem autobusem do Niewiesza* i przenocowałem u córki znanej nauczycielki. Tam również zebrało się wielu Polaków i prowadzono długie rozmowy o przeszłości i teraźniejszości.

Z Niewiesza pojechałem przez obecne miasto powiatowe Poddębice do Kucina **, a stamtąd powozem konnym udałem się do Dalikowa***, gdzie podczas wojny pełniłem służbę jako nauczyciel. W Dalikowie odwiedziłem kilka rodzin, na przykład panią Zielinską, rodziny Adamskich i Gałęzowskich.

Następnie pojechaliśmy powozem konnym w kierunku Marcinowa. Z powozu widziałem duże gospodarstwa rodaków Blocha i Rosentretera, którzy obecnie tworzą spółdzielnię rolniczą. Drobni rolnicy nadal posiadają swoją ziemię, ale nie otrzymują zbyt wiele za swoje produkty; pod tym względem są tak samo niezadowoleni jak wielu ich kolegów po fachu w Niemczech Zachodnich i być może chcieliby maszerować za czarnymi flagami i demonstrować – gdyby było to możliwe w „demokracji ludowej”.

Ziemia jest uprawiana wyłącznie przy pomocy koni, ponieważ drobni rolnicy nie mogą sobie pozwolić na tak duży wydatek, jakim jest zakup traktora. W większości przypadków stado bydła jest niewielkie, a gospodarstwo o powierzchni 20 hektarów posiada czasem tylko jednego konia, jedną krowę, jedną kozę, jedną świnię i drób. Obserwuje się dużą migrację ludności wiejskiej do miast, gdzie praca jest łatwiejsza, a zarobki wyższe. Kiedy rolnicy nie są już w stanie dalej prowadzić gospodarstwa, państwo proponuje im połączenie się w koła rolnicze, które nie są jeszcze kołchozami, ale mają dać rolnikom możliwość wspólnego zakupu drogich, nowoczesnych narzędzi rolniczych i nawozów. -

W Marcinowie odwiedziłem cmentarz, na którym spoczywają moi dziadkowie, wujkowie i ciotki. Cmentarz ten jest w dobrym stanie. Ogrodzenie jest nadal zachowane, groby są oczywiście porośnięte bzem i innymi krzewami, ale nagrobki i kopce są nadal rozpoznawalne. Duży drewniany krzyż został złamany na pół przez burzę i wisi górną belką w dół. Trzymają go jeszcze tylko kilka wytrzymałych włókien drzewnych.

W myślach widziałam moich przodków: rodziców, dziadków, znajomych i pomyślałam o tym, jak najstarsze pokolenie opuściło kiedyś ojczyznę Niemcy, aby stworzyć w Polsce nowe życie dla siebie i swoich potomków. Ten wybrany przez nich kraj, który mógł wydawać się im „ziemią obiecaną” (pol. „ziemia obiecana”), stał się ich ojczyzną, a także miejscem spoczynku.

Czy kiedykolwiek przypuszczali, że kiedyś Niemcy zostaną wygnani z tej ziemi, że niewdzięczna Polska odpłaci się za wysiłki, pracowitość i zdolności nie tylko na rzecz własnego, ale także polskiego narodu, żebraczym kijem? Że dzieci ich dzieci będą musiały opuścić Wschód, aby powrócić do kraju swoich przodków? Zamyślony stałem przed nagrobkami moich bliskich, a powiew przeszłości otaczał mnie, tego, co dobre i piękne, co kiedyś było, tego, co ponure i melancholijne, co teraz wypełniało powietrze.

Musiałem oderwać się od miejsca pochowanych nadziei, od cichego, wciąż zachowanego cmentarza – ileż ich już nie ma! – aby ponownie zobaczyć wszystkie znane mi miejsca, gdzie niegdyś osiedlili się moi przodkowie, gdzie moi rodzice uprawiali ziemię, gdzie spędziłem dzieciństwo w bajecznie uroczym otoczeniu!

Dotarłem do Stefanowa*****, gdzie moi rodzice i dziadkowie spędzili swoje życie, gdzie mój ojciec posiadał łąki położone wśród tak wielu olch. Z jaką radością udałem się w te strony! Na podwórzu, gdzie mieszkał mój dziadek, a później moja ciotka, zerwałem gałąź z drzewa orzechowego, które kiedyś zasadził mój dziadek. Zabrałem tę gałązkę mojej ciotce, która nadal żyje, i powiedziałem jej: „To gałązka ze starego orzecha z Stefanowa!”. To oczywiście drobiazg, obcy tego nie zrozumieją, ale dla tęskniącego za ojczyzną serca ma to ogromne znaczenie.

                                                                - ciąg dalszy nastąpi -

* - Niewiesz – wieś w Polsce położona w województwie łódzkim, w powiecie poddębickim, w gminie Poddębice. Miejscowość położona w odległości ok. 10 km na północny zachód od Poddębic. Dawniej siedziba istniejącej do 1954 roku oraz w latach 1973–1976 gminy Niewiesz. Wikipedia

** - Kuciny – wieś w Polsce położona w województwie łódzkim, w powiecie poddębickim, w gminie Dalików. W latach 1954–1968 wieś należała i była siedzibą władz gromady Kuciny, po jej zniesieniu w gromadzie Bełdów. W latach 1975–1998 miejscowość administracyjnie należała do województwa sieradzkiego. Wikipedia

*** - Dalików – wieś w Polsce położona w województwie łódzkim, w powiecie poddębickim, w gminie Dalików. Położona 10 km na wschód od Poddębic i 28 km na północny zachód od Łodzi. W latach 1975–1998 miejscowość położona była w województwie sieradzkim. Miejscowość jest siedzibą gminy Dalików. Wikipedia

**** - Marcinów – wieś w Polsce, położona w województwie łódzkim, w powiecie poddębickim, w gminie Zadzim. W latach 1975–1998 miejscowość należała administracyjnie do województwa sieradzkiego. Na końcu wsi znajduje się „podwójny krzyż” – oznacza on podwójne cierpienie ludności podczas wojny. Wikipedia

***** - Stefanów – wieś w Polsce położona w województwie łódzkim, w powiecie poddębickim, w gminie Dalików. Miejscowość wchodzi w skład sołectwa Brudnów. W latach 1975–1998 miejscowość administracyjnie należała do województwa sieradzkiego. Wikipedia


                                 Auf zur Heimat der Eltern und Großeltern!

Josef brachte mich mit seinen pferden wieder nach Balin. Von dort fuhr ich mit dem Bus nach Niewiesch und übernachtete bei der Tochter einer bekannten Lehrerin. Auch dort kamen viele Polen zusammen und es wurden lange Gespräche über Vergangenheit und Gegenwart geführt.

Von Niewiesch fuhr ich über die jetzige Kreisstadt Poddembice nach Kutschin, und von da begab ich mich mit dem pferdewagen nach Dalikow, wo ich während des Krieges meine Dienststelle als Lehrer hatte. In Dalikow besuchte ich einige Familien, zum Beispiel Frau Zielinska, die Familien Adamski und Gauensowski.

Anschließend fuhren wir mit dem pferdewagen Richtung Marzinow. Vom Wagen aus konnte ich die großen Höfe der Landsleute Bloch und Rosentreter sehen, die heute eine Landwirtschaftliche Produktionsgenossenschaft bilden. Die kleinen Bauern besitzen noch ihr Land, erhalten aber für ihre Produkte nicht allzu viel; sie sind in dieser Hinsicht genau so unzufrieden wie viele ihrer Berufsgenossen in Westdeutschland und würden vielleicht auch gern hinter schwarzen Fahnen hermarschieren und demonstrieren - wenn das in einer "Volksdemokratie" eben auch möglich wäre.

Das Land wird nur mit dem Pferde beackert, weil der kleine Bauer an eine solch große Ausgabe wie einen Trecker überhaupt nicht denken kann. Der Viehbestand ist in den meisten Fällen schlecht und ein Hof von immerhin 20 Hektar manchmal nur mit einem Pferd, einer Kuh, einer Stärke, einem Schwein und Geflügel besetzt. Die Landflucht ist groß, in der Stadt ist die Arbeit leichter, der Verdienst größer. Wenn die Bauern nicht mehr weiter können, schlägt der Staat den Zusammenschluß zu Landwirtschaftlichen Zirkeln vor, das ist noch keine Kolchose, aber soll den Bauern die Möglichkeit geben, die teuren modernen Ackergeräte und Düngemittel gemeinsam zu beziehen. -

In Marzinow suchte ich den Friedhof auf, auf dem meine Großeltern, Onkel und Tanten ruhen. Dieser Friedhof ist in gutem Zustand. Die Einfriedung ist noch erhalten, die Gräber sind natürlich von Flieder und anderem Gestrüpp überwuchert, aber Grabsteine und Hügel sind noch erkennbar. Das große Holzkreuz ist vom Sturm bis zur Hälfte abgeknickt, hängt mit dem oberen Querbalken nach unten. Es wird noch von einigen zähen Holzfasern festgehalten.

Ich sah im Geiste meine Vorfahren: Eltern, Großeltern, Bekannte, und dachte daran, wie die älteste Generation einst die Heimat Deutschland verlassen hat, um in Polen eine neue Existenz für sich und ihre Nachfahren zu schaffen. Dieses von ihnen erwählte Land, das ihnen als eine "verheißene Erde" (polnisch "ziemia obiecana") erschienen sein mag, ist dann zur  He i m a t  geworden, auch zur irdischen Ruhestätte. Haben sie jemals geahnt, daß einmal deutsche Menschen aus diesem Lande ausgetrieben werden, daß das undankbare Polen Aufbauleistung, Fleiß, Tüchtigkeit nicht nur zur eigenen, sondern auch zu des polnischen Volkes Nutz, dereinst mit dem Bettelstab beantworten wird? Daß die Kindeskinder den Osten verlassen müssen um in das Land der Urväter zurückzukehren? Gedankenverloren stand ich beim Anblick der Grabsteine meiner Lieben der Hauch des Gewesenen umwehte mich, des Guten und Schönen, was einstmals war, des Trüb-Melancholischen, das jetzt die Luft erfüllte.

Ich mußte mich von der Stätte begrabener Hoffnungen losreißen von dem stillen, noch erhalten gebliebenen Gottesacker - wieviele findet man nicht mehr! - um noch alle mir bekannten Orte wo meine Vorfahren sich einst niederließen, wo meine Eltern ihre Scholle gruben, wo ich meine Kindheit in einer traumhaft reizvollen Umgebung verbrachte, wiederzusehen!

Ich bin nach Stefanow gelangt, wo meine Eltern und Großeltern ihr Leben verbrachten, wo mein Vater Wiesen besaß, die zwischen so vielen Erlen eingebettet lagen. Mit wieviel Freuden habe ich mich in diese Gegend begeben! Auf der Hofstelle, auf der mein Großvater lebte, später eine Tante von mir, brach ich einen Zweig von dem Wallnußbaum ab, den mein Großvater einst gepflanzt hatte. Als einen Gruß überbrachte ich diesen Zweig meiner noch lebenden Tante und sagte ihr: "Das ist ein Zweig van dem alten Nußbaum aus Stefanow!" Eine Kleinigkeit gewiß nur, ein Fremder begreift es nicht, aber ein heimwehkrankes Herz hängt daran.

                                                         - Schluß folgt - 

* - Niewiesz – ein Dorf in Polen, gelegen in der Woiwodschaft Łódź, im Landkreis Poddębice, in der Gemeinde Poddębice. Der Ort liegt etwa 10 km nordwestlich von Poddębice. Früher war er Sitz der bis 1954 und in den Jahren 1973–1976 bestehenden Gemeinde Niewiesz. Wikipedia

** - Kuciny – ein Dorf in Polen in der Woiwodschaft Łódź, im Landkreis Poddębice, in der Gemeinde Dalików. In den Jahren 1954–1968 gehörte das Dorf zur Gemeinde Kuciny und war deren Sitz, nach deren Auflösung zur Gemeinde Bełdów. In den Jahren 1975–1998 gehörte der Ort administrativ zur Woiwodschaft Sieradz. Wikipedia

*** - Dalików – ein Dorf in Polen, gelegen in der Woiwodschaft Łódź, im Landkreis Poddębice, in der Gemeinde Dalików. Es liegt 10 km östlich von Poddębice und 28 km nordwestlich von Łódź. In den Jahren 1975–1998 gehörte der Ort zur Woiwodschaft Sieradz. Der Ort ist Sitz der Gemeinde Dalików. Wikipedia

**** - Marcinów – Dorf in Polen, gelegen in der Woiwodschaft Łódź, im Landkreis Poddębice, in der Gemeinde Zadzim. In den Jahren 1975–1998 gehörte der Ort administrativ zur Woiwodschaft Sieradz. Am Ende des Dorfes befindet sich ein „Doppelkreuz” – es symbolisiert das doppelte Leid der Bevölkerung während des Krieges. Wikipedia

***** - Stefanów – ein Dorf in Polen in der Woiwodschaft Łódź, im Landkreis Poddębice, in der Gemeinde Dalików. Der Ort gehört zur Gemeinde Brudnów. In den Jahren 1975–1998 gehörte der Ort verwaltungstechnisch zur Woiwodschaft Sieradz. Wikipedia